Pokazywanie postów oznaczonych etykietą LUSH. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą LUSH. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 24 marca 2015

LUSH - Herbalism

W tym miesiącu moja wena co chwilę popycha mnie do wysmarowania recenzji produktów Lush, w związku z czym chciałabym przedstawić Wam kolejny fantastyczny produkt tej marki, który zasługuje równie duży rozgłos, co jego nieco bardziej znany kolega - czyścik Angels On Bare Skin. Poznajcie jeden z moich osobistych hitów Lush - czyścik Herbalism. 


DZIAŁANIE:
Herbalism to kolejny produkt z szerokiej gamy czyścików do twarzy. Jednocześnie jest to kolejny fantastyczny produkt, który z pewnością sprawdzi się u właścicielek cer mieszanych i tłustych, ponieważ zawiera w składzie glinkę białą, która ma działanie regulujące produkcję sebum. Jednocześnie, na pierwszym miejscu w składzie tego czyścika znajdziecie delikatny środek złuszczający, to jest mączkę z nasion migdałów. Dzięki temu Herbalism jest idealny do codziennego stosowania, ponieważ nie jest tak intensywny, jak opisywane ostatnio Dark Angels, a jednocześnie drobinki delikatnie złuszczają stary naskórek bez podrażniania skóry.

Po użyciu tego czyścika, moja skóra jest przyjemnie gładka i miękka. Ze względu na to, że produkt ma lekkie działanie peelingujące, lubię sięgać po niego rano, żeby pobudzić nieco skórę i pomóc jej wrócić do formy po wielogodzinnym śnie :) Wielokrotnie zabieram go również pod prysznic i wtedy wykonuję około minutowy masaż twarz z użyciem tego czyścika, a następnie zostawiam go na skórze przez kolejną minutę lub dwie, żeby moja cera mogła skorzystać więcej z jego dobroczynnych składników :)


KONSYSTENCJA, ZAPACH I SPOSÓB UŻYCIA:
Herbalism, to kolejny czyścik o konsystencji zwartej pasty. Jest nieco mniej mokry, niż Dark Angels, ale za to niemal niczym nie różni się od słynnego czyścika Angels On Bare Skin, z tym wyjątkiem, że w przeciwieństwie do AOBS, tu nie ma lawendy, więc czyścik łatwiej rozprowadzić na twarzy. A wystarczy oczywiście oderwać kawałek i rozrobić go z kilkoma kroplami wody z zagłębieniu dłoni. Następnie rozprowadzamy całość na zwilżonej twarzy i chwilę masujemy.

Herbalism cudownie pachnie mieszanką słodkich migdałów i świeżego rozmarynu, co oczywiście znajduje swoje uzasadnienie w bogatym składzie produktu. Tak na marginesie, znajdziecie tam również kilka innych atrakcyjnych składników, takich jak ekstrakt z gardenii, ekstrakt z róży damasceńskiej oraz olejek z szałwii.


WYDAJNOŚĆ:
Ponownie mamy do czynienia z produktem, który jest ważny przez trzy miesiące od daty produkcji. Zapewniam Was, że ta ilość czasu prawdopodobnie nie wystarczy Wam na zużycie produktu do końca, jeśli nie będziecie sięgać po niego dzień w dzień. Ja lubię traktować go jako urozmaicenie w mojej pielęgnacji, więc w momencie kiedy sięgam dna w opakowaniu, mija pół roku odkąd go mam. I znowu - robię to na własną odpowiedzialność, ale absolutnie nie zachęcam do takiego rozwiązania... ;)


OPAKOWANIE:
Czyścik Herbalism umieszczono w typowym dla Lush czarnym, plastikowym pudełeczku o pojemności 100 g. Jest to, moim zdaniem, najwygodniejsze rozwiązanie do kosmetyku o takiej konsystencji. Z łatwością zużyjecie go do ostatniego okruszka.

Warto dodać, że jeśli uzbieracie pięć pustych opakować po kosmetykach Lush, to będziecie mogły wymienić je w sklepie na świeżą maskę do twarzy gratis! Ja już naszykowałam swoje puste opakowania, żeby wymienić je przy okazji najbliższego zagranicznego wyjazdu do Wiednia, który czeka mnie już na przełomie miesiąca :)

CENA/DOSTĘPNOŚĆ:
Opakowanie Herbalism, to wydatek 6,75£ lub 10,95€. Produkty Lush niestety nie są dostępne stacjonarnie w Polsce, ale możecie skusić się na zakupy ze sklepu online, który wysyła również do Polski (warto zebrać się w kilka osób, żeby rozłożyć koszty przesyłki). Jeśli chodzi o europejskie kraje, w których zaopatrzycie się w kosmetyki Lush, to z pewnością kupicie je w Wielkiej Brytanii, Irlandii, Niemczech, Austrii czy Włoszech. Pełną listę znajdziecie na stronie LUSH.

SKŁAD:

Dajcie znać, czy udało mi się zainteresować Was ofertą Lush, a jeśli znacie już tę markę i macie wśród niej swoich faworytów, to koniecznie dajcie mi o nich znać w komentarzach! Już wkrótce będę miała możliwość zrobić zakupy stacjonarnie w sklepie Lush, więc będę mogła przyjrzeć się bliżej Waszym ulubieńcom! :)
Karolina
Czytaj dalej

czwartek, 19 marca 2015

LUSH - Dark Angels

Nieco ponad tydzień temu, recenzowałam dla Was bardzo udaną maskę z oferty marki Lush, natomiast dzisiaj znowu mam dla Was coś "twarzowego". Czyścik Dark Angels, to jeden z hitów marki Lush, często wymieniany na liście produktów must have, tuż obok słynnego Angels On Bare Skin. Dark Angels trudno jednak zakwalifikować do typowych produktów do oczyszczania twarzy...


DZIAŁANIE:
Dark Angels, to produkt wszechstronny. Najłatwiej byłoby go nazwać peelingiem, ponieważ takie jest jego najbardziej zauważalne działanie, aczkolwiek byłoby to krzywdzące określenie, pomijające jego pozostałe zasługi. Dark Angels ma bowiem fantastyczne działanie peelingujące, dzięki zawartości sproszkowanego węgla, natomiast dzięki glince marokańskiej (rhassoul) działa również oczyszczająco. Z pewnością będą z niego zadowolone posiadaczki cer tłustych i mieszanych, natomiast zdecydowanie odradzam go posiadaczkom cer wrażliwych, ponieważ DA jest naprawdę mocny! Cera po jego użyciu jest aksamitnie gładka i jednocześnie miękka, a do tego szalenie przyjemna w dotyku.

Dobra wiadomość jest taka, że produkt posiada w składzie również olejek z awokado, które ma działanie nawilżające, a za działanie antyseptyczne odpowiada olejek z drzewa różanego. Moja skóra po sesji z Dark Angels jest zdrowo zaróżowiona, ale z pewnością nie podrażniona, nawet pomimo zaskakującej mocy produktu. Myślę, że Dark Angels jest mocniejszy, niż większość drogeryjnych maziajek, pretendujących do miana peelingu... ;)


KONSYSTENCJA I ZAPACH:
Czyścik ma zapach, który mi kojarzy się po prostu z zapachem mokrej ziemi do kwiatków... Wyglądem w sumie również przypomina ziemię, choć jest od niej stanowczo bardziej zwarty. Przed użyciem, należy sobie oderwać bryłkę czyścika i nieco rozmazać ją w palcach, a następnie rozmasować ją po zwilżonej twarzy. Na szczęście Dark Angels nie należy do tych produktów, które "odpadają" z twarzy, więc przy sprawnej aplikacji prawdopodobnie nawet nic nie zgubicie. Nadal jednak warto wykonywać zabieg pod prysznicem lub w wannie, bo jeśli już coś zgubicie, to gwarantuję Wam, że pobrudzi wszystko na swojej drodze... ;)


WYDAJNOŚĆ:
Dark Angels jest obłędnie wydajne! Staram się go używać dwa, czasami trzy razy w tygodniu, a i tak mam go już dwa razy dłużej, niż powinnam... Produkt bowiem należy do tych z krótką datą przydatności. Myślę, że albo warto zamrozić sobie zawczasu połowę, albo kupować go na pół z koleżanką. Moja aniołki mają już chyba z pół roku, a powinnam była je wykończyć w grudniu... Produkt pomimo to nie wyrządził mi żadnej krzywdy, ale wiadomo, że używam go już na własne ryzyko... Tak czy inaczej - producent rekomenduje zużycie kosmetyku w ciągu trzech miesięcy od daty produkcji, co jest moim zdaniem niemal niemożliwe :)


OPAKOWANIE:
Produkt umieszczono w charakterystycznym czarnym, plastikowym pudełeczku o pojemności 100 g. Ponownie jest to, moim zdaniem, najwygodniejsze rozwiązanie do kosmetyku o takiej konsystencji. Z pewnością nie będzie problemu, żeby zużyć go do ostatniego okruszka.

Ponownie wspomnę, że jeśli uzbieracie pięć pustych opakować po kosmetykach Lush, to będziecie mogły wymienić je w sklepie na świeżą maskę do twarzy gratis!

CENA/DOSTĘPNOŚĆ:
Opakowanie Dark Angels, to wydatek 6,75£ lub 10,95€. Produkty Lush niestety nie są dostępne stacjonarnie w Polsce, ale możecie skusić się na zakupy ze sklepu online, który wysyła również do Polski (warto zebrać się w kilka osób, żeby rozłożyć koszty przesyłki). Jeśli chodzi o europejskie kraje, w których zaopatrzycie się w kosmetyki Lush, to z pewnością kupicie je w Wielkiej Brytanii, Irlandii, Niemczech, Austrii czy Włoszech. Pełną listę znajdziecie na stronie LUSH.

SKŁAD:

Czy znacie ten czyścik? Jakie macie zdanie na jego temat? Czy byłyście zaskoczone jego mocą, tak samo jak ja? I najważniejsze - czy komuś z Was udało się zużyć go w terminie? :D
Karolina
Czytaj dalej

wtorek, 10 marca 2015

LUSH - Cupcake

Od mojego pierwszego spotkania z marką Lush minęły już prawie trzy lata, a przez ten czas ta marka nadal jeszcze nie pojawiła się w Polsce. Z tego powodu, nadal jeszcze nie znam oferty tego sklepu tak dobrze, jak bym chciała, ale staram się to nadrabiać przy okazji zagranicznych wyjazdów. Jednym z produktów, które są flagowe dla marki Lush, są świeże maseczki. Wcześniej kilkukrotnie używałam rewelacyjnej Catastrophe Cosmetic, ale w końcu postanowiłam wypróbować coś nowego. Tym razem padło na przepięknie pachnącą maskę Cupcake! :)


DZIAŁANIE:
Kiedy szukałam w internecie opinii o produktach z oferty Lush, które trzeba wypróbować, maska Cupcake była jednym z tych, które pojawiały się wśród poleceń najczęściej, ze szczególnym wskazaniem na posiadaczki cer tłustych i mieszanych, tak jak moja. Cupcake, zgodnie z założeniami producenta, okazała się naprawdę skutecznym produktem oczyszczającym. W moim odczuciu, maska daje nieco rozgrzewający efekt, ale dzięki temu faktycznie sprawia, że twarz jest dobrze oczyszczona i staje się przyjemnie miękka. Jednocześnie, mam wrażenie, że po zastosowaniu tej maski, wszystkie zanieczyszczenia wychodzą na wierzch, przez co może się wydawać, że na twarzy pojawili się nowi nieprzyjaciele, jednak w moim odczuciu, zastosowanie Cupcake tylko przyspiesza to, co nieuniknione i jednocześnie sprzyja szybszemu gojeniu się.


KONSYSTENCJA I ZAPACH:
Cupcake, dzięki zawartości masła kakaowego, cudownie pachnie czekoladą, co znacząco umila wykonanie zabiegu. Sama aplikacja maski jest raczej bezproblemowa, ponieważ jest to gęsta pasta, którą bardzo łatwo rozsmarować na twarzy. Na szczęście nic nie spływa i przez te 10-15 minut, wymagane dla skuteczności zabiegu, trzyma się na twarzy. Zmycie jej z twarzy również nie należy do najbardziej uciążliwych, pomimo zawartości glinki rhassoul.


WYDAJNOŚĆ:
Świeże maski Lush należy zużyć w ciągu miesiąca od ich wyprodukowania. W rezultacie, od momentu zakupu mamy zwykle około 2-3 tygodni na zużycie produktu. Dla mnie to zwykle za mało, więc przeciągam korzystanie z maski na kolejne dwa tygodnie, trzymając ją jednak przez cały czas w lodówce. Przez ten czas naprawdę warto używać maski szczodrze i często, ponieważ produkt jest zaskakująco wydajny. Zwykle wystarczy nawet na 3 zabiegi tygodniowo! :)


OPAKOWANIE:
Maski Lush pakowane są w czarne, plastikowe opakowania o pojemności 75 ml. Takie rozwiązanie pozwala na zużycie produktu do ostatniego okruszka, więc jak najbardziej oceniam je na plus! :)

Warto oczywiście wspomnieć, że po zgromadzeniu pięciu opakowań po dowolnych produktach Lush, można zanieść je do sklepu i w zamian wybrać sobie którąś ze świeżych masek zupełnie za darmo. Ja zamierzam wkrótce po raz drugi skorzystać z tego rozwiązania, kiedy w kwietniu odwiedzę Wiedeń!

SKŁAD:

CENA/DOSTĘPNOŚĆ:
Maska Cupcake, to jednorazowy wydatek 6,50£ lub 11,95€. Produkty Lush niestety nie są dostępne stacjonarnie w Polsce, ale jeśli jesteście ich mocno ciekawe, to możecie skusić się na zakupy ze sklepu online, który wysyła również do Polski (warto zebrać się w kilka osób, żeby rozłożyć koszty przesyłki). Jeśli chodzi o europejskie kraje, w których zaopatrzycie się w kosmetyki Lush, to z pewnością kupicie je w Wielkiej Brytanii, Irlandii, Niemczech, Austrii czy Włoszech. Pełną listę znajdziecie na stronie LUSH.

Moim hitem wśród maseczek Lush nadal pozostaje Catastrophe Cosmetic, którą uwielbiam za to, że twarz po jej zastosowaniu jest nie tylko fantastycznie oczyszczona, ale również pięknie wygładzona i rozjaśniona. Gdybym jednak zaczęła swoją znajomość tej kategorii produktów od maski Cupcake, to jestem pewna, że pokochałabym ją znacznie bardziej. Póki co, nie wykluczam, że po tę czekoladową przyjemność jeszcze zdarzy mi się sięgnąć :)

A jakie są Wasze doświadczenia z produktami Lush? Miałyście już okazję wypróbować coś tej marki? Czy macie swoich ulubieńców spośród oferty Lush? Koniecznie dajcie znać w komentarzach! :)
Karolina
Czytaj dalej

czwartek, 19 lutego 2015

Nowości ostatnich miesięcy (październik 2014 - styczeń 2015)

Dawno już nie uzupełniałam postów z nowościami, ale szkoda mi czasu, żeby wszystko to, co przybyło mi od października rozbijać na mniejsze posty. Postanowiłam więc w skrócie pokazać najciekawsze nowości ostatnich miesięcy. Oczywiście nie wszystko to zakupy, bo są tu również prezenty urodzinowe, a także prezenty, które znalazłam pod choinką. Jest też kilka produktów, otrzymanych w ramach współprac. W sumie mogłabym sobie odpuścić ten post, ale wiem, że lubicie je oglądać, a i ja sama chętnie zerkam na zakupy innych blogerek :)


W październiku odwiedziłam Wiedeń, dzięki czemu miałam okazję do zrobienia kolejnych zakupów w LUSH i DM. W tym drugim sklepie nie szalałam, bo nic szczególnego nie było mi potrzebne, ale w LUSH skusiłam się na kolejne opakowanie mojej ulubionej maseczki - Catastrophe Cosmetics (recenzja TUTAJ). Do tego przygarnęłam jeszcze czyścik Herbalism oraz czyścik/peeling Dark Angels. Każdy z tych produktów okazał się wyjątkowo udany i z pewnością w miarę możliwości będę do nich wracać! :)

 

Przy okazji któregoś weekendu typu "Szaleństwo Zakupów" postanowiłam w końcu zapoznać się bliżej z bardzo chwaloną marką Organique. Przygarnęłam słynne czarne mydło (Savon Noir Classic) oraz trzy produkty do pielęgnacji ciała - czekoladowy scrub cukrowy (Chocolate Sugar Peeling), pomarańczową piankę myjącą (Creamy Whip) oraz piankę peelingującą o zapachu Ice Tea (Sugar Whip Peeling). Jestem całkiem zadowolona z zakupów, chętnie korzystam z każdego z produktów, ale mój apetyt na tę markę jest póki co niemal całkowicie zaspokojony. Na ten moment ciekawi mnie jeszcze tylko maska do włosów Argan Shine.


W międzyczasie zdarzyły mi się również większe zakupy "twarzowe". Na pewno znacie tę sytuację, kiedy okazuje się, że wszystkie codziennie używane kosmetyki kończą się w jednym czasie i albo nie macie zapasów, albo to co w nich jest nie odpowiada funkcją temu, czego chciałybyście używać. Mi taka sytuacja przytrafiła się w październiku, czego efektem był zakup matującego kremu nawilżającego Tołpa Strefa T (nie ma szału, oceniam go raczej jako przeciętny kosmetyk), sprawdzonego płynu dwufazowego z Lirene (nie zliczę która to już buteleczka - recenzja TUTAJ) oraz płynu bakteriostatycznego z serii Pharmaceris T. Oprócz tego, w mojej pielęgnacji rozgościły się również szczoteczka soniczna Foreo Luna Mini (recenzja TUTAJ) oraz olejek do twarzy Magic Rose od Evree. O tym ostatnim z pewnością jeszcze przeczytacie, bo okazał się być naprawdę pomocny w pielęgnacji mojej skóry, mimo, że bardzo sceptycznie podchodziłam do stosowania olejku na cerę na pograniczu tłustej. Nic bardziej mylnego! :)



Produkty z serii FitoCell od Seboradin to kolejne kosmetyki, o których za chwilę przeczytacie. Seria przeznaczona jest do włosów potrzebujących odżywienia i wzmocnienia, a oparta jest na roślinnych komórkach macierzystych. Brzmi interesująco, a jak wyszło w praktyce? Do końca tygodnia na pewno o tym przeczytacie! :)


Od pewnego czasu, pomimo dalszej sympatii do marki Essie, coraz rzadziej sięgam po nowe kolory. Choć nowe kolekcje zazwyczaj mi się podobają, to jednak przy takiej ilości lakierów, jaką obecnie posiadam, mało który budzi we mnie chęć posiadania. Mimo wszystko, kostka z czterema kolorami z jesiennej kolekcji Essie Dress To Kilt trafiła w mój gust. Każdy z kolorów jest mocno trafiony, a czerwień nosi mi się tak dobrze, jak żadna inna! :)


Po obfitych październikowych zakupach zaczęłam się mocno ograniczać z kolejnymi zakupami, szczególnie tymi zachciankowymi. Listopad był więc u mnie miesiącem odwyku zakupowego. Jak widać powyżej, może nie był to całkowicie skuteczny zabieg, ale bądź co bądź, z efektów jestem bardzo zadowolona. Kupiłam tylko cztery rzeczy - mikrozłuszczający krem na noc z serii Ziaja Liście Manuka (poprzedni mi się skończył), dwa produkty z Organic Shop - peeling z kawą oraz maseczkę błotną, którą miałam już wcześniej i byłam z niej bardzo, bardzo zadowolona. Dodatkowo skusiłam się również na tzw. skunksa z Real Techniques, czyli typowy pędzel duo-fibre do podkładu. Nie lubię stosować tego typu pędzli zgodnie z przeznaczeniem, ale za to rewelacyjnie sprawdzają się przy aplikacji mocno napigmentowanych różów. Kiedyś miałam taki z Maestro, ale podprowadziła mi go mama ;)


Listopad, to miesiąc moich urodzin, więc wstrzemięźliwość w zakupach osłodziły mi kosmetyczne prezenty. Od Sylwii dostałam przepiękny zestaw z nowo otwartego w Polsce salonu KIKO Milano. Sylwia dobrze mnie zna, bo idealnie trafiła z kolorem zestawu, na który składają się szminka i konturówka z limitowanej serii Luscious Punk w kolorze Fucsia, czyli - nieco wbrew nazwie - amarantowym odcieniu różu.


Prezent od mojej ukochanej Stefci, to kolejne spełnione kosmetyczne marzenie. Pomadka Girl About Town (wykończenie Amplified) z MACa chodziła mi po głowie już od dawna, a Stefcia nie dość, że mi ją sprezentowała, to jeszcze do kompletu dobrała mi idealny odcień konturówki - More To Love. Uroczyście oświadczam, że jest to duet idealny! Kolory są świetnie dobrane, a jakościowo zdecydowanie stoją na najwyższym poziomie! :)


Jeśli chodzi o nowości grudniowe, to również starałam się zbytnio nie szaleć. W Minti Shop kupiłam dawno planowane składane pędzle, które planowałam nosić w kosmetyczce - Real Techniques Retracktable Kabuki Brush oraz Retracktable Bronzer Brush, a także kolejną sztukę mojego ulubionego pędzla do rózu, czyli H24 z Hakuro (recenzja TUTAJ). Stara sztuka nadal ma się świetnie, ale zachciało mi się zgrabnego pędzla, który sprawdzi się do konturowania, H24 po raz kolejny okazał się być ideałem, tym razem nie tylko do różu! :)

W tym miejscu muszę pochwalić Minti Shop oraz dystrybutora pędzli Real Techniques - Sense&Body. Okazało się, że moje pędzle RT przyszły do mnie całkowicie rozklejone, tzn. widać było resztki kleju w miejscach łączenia części, ale najwyraźniej był on bardzo złej jakości. Napisałam reklamację do sklepu, po czym następnego dnia maila z zapewnieniem, że zajmą się tą sprawą, natomiast tuż po weekendzie wysłano do mnie nowe sztuki z prośbą o odesłanie tych wadliwych do dystrybutora z opisem sytuacji. Okazało się, że nowe pędzle otrzymałam później zarówno od sklepu (z miniaturką cienia z palety TheBalm Meet Matt(e)!), jak i dystrybutora. Jestem jednak uczciwa, więc ponownie skontaktowałam się z dystrybutorem (bo w końcu interesy robiłam ze sklepem ;)) w celu odesłania nadprogramowej paczki :) Wielkie brawa zarówno dla Minti Shop, jak i dla Sense&Body za szybką reakcję i sprawne załatwienie sprawy! :)


Jak już wspomniałam, w listopadzie w warszawskiej Arkadii otwarto pierwszy w Polsce salon KIKO Milano. Nie miałam zamiaru robić tam wielkich zakupów, ale był jeden produkt, którego nie mogłam sobie odpuścić, a mianowicie zachwalane cienie z serii Water Eye Shadow! Skusiłam się na przepiękne dwa dzienne odcienie - 227 i 228. I tu nie obyło się bez przygód, ponieważ biorąc cienie z półki pomyliłam jeden numerek i zamiast 227, wzięłam 229. Następnego dnia wróciłam do sklepu w celu wymiany pomylonego koloru, nastawiona, że pewnie nic z tego nie będzie, jednak okazało się, że produkt został bez problemu wymieniony i nikt nie robił mi z tego powodu wyrzutów. Wystarczyło tylko szybkie zerknięcie, że produkt jest nienaruszony, pięć minut na zwrot i "kupno" właściwego odcienia i już było po sprawie! Brawo KIKO! :)


Grudzień i listopad stały u mnie pod znakiem kolorowych mazideł do ust. Co ciekawe, żadnego z nich nie kupiłam sama, ale najwyraźniej opatrzność nade mną czuwa i wie, co lubię najbardziej. Tym sposobem, w grudniu trafiły do mnie kolejne piekności! Tym razem w przesyłce z nowościami od Rimmel otrzymałam pomadki w kredce. Jest to nowa seria Color Rush, a kolory, które otrzymałam, to od najjaśniejszego - Give Me My Cuddle, I Want Candy oraz The Redder, The Better. Każda z nich jest naprawdę udana, a czerwień okazała się być dla mnie idealna! Piękna, intensywna i seksowna, ale w żadnym razie nie wulgarna, a do tego wszystkiego sprawia, że zęby wydają się bielsze! :)


Pozostałe zakupy, to mgiełka do pościeli z serii Aromatherapy Lavender&Vanille z Bath&Body Works (seria ułatwiająca zasypianie) oraz Balmi, czyli balsam do ust w kostce. Tego drugiego miałam w sumie nie kupować, ale przełamałam się i jestem bardzo zadowolona! Słyszałam wiele opinii, że ten produkt wcale nie działa, a tymczasem okazało się, że na moje usta działa lepiej, niż słynny EOS.



Jednym z prezentów świątecznych, który wyciągnęłam spod choinki był zestaw trzech kosmetyków Soap&Glory, które marzyły mi się już od dawna! Ciocia Michała postanowiła mi sprezentować słynny żel pod prysznic Clean On Me, peeling do ciała Sugar Crush oraz masło do ciała The Righteous Butter! Każdy z kosmetyków pachnie cudownie! Cieszę się, że w końcu będę miała możliwość zapoznać się bliżej z kosmetykami tej marki! :)



Mój ukochany świetnie zinterpretował mój "list do Św. Mikołaja", bo z całej długiej listy podpowiedzi wybrał to, o czym najbardziej marzyłam, czyli palety TheBalm Balmsai oraz Nude 'Tude. Ta druga widniała na mojej chciejliście aż od 2012 roku! Michał śmiał się później, że nie był ani trochę przekonany do tego pomysłu, ale postanowił się przełamać, kiedy zobaczył moją reakcję na stand z kosmetykami TheBalm w Douglasie! ;) Zakupy świąteczne zrobił jednak w Minti Shop (jak dobrze, że wskazałam ich w "liście" jako przykładowy sklep internetowy, w którym dostanie TheBalm) i tak się złożyło, że dzięki temu, dostałam kolejną miniaturkę - tym razem cudnego różu w kremie w odcieniu Pie z palety How 'Bout Them Apples.


Co tu dużo gadać, z teściową też nie będę miała źle, bo dostałam od niej kolejną buteleczkę mojego ukochanego zapachu - Roses de Chloé. Uwielbiam ten zapach! W pierwszym flakoniku miałam już tylko kilka kropelek, które oszczędzałam, jak mogłam, więc moment był idealny! :)


Kuzynka Michała również postawiła na prezent kosmetyczny - w związku z czym dostałam od niej zestaw kosmetyków J.S. Douglas Söhne z linii masło shea i witaminy. W środku znalazłam nabłyszczający puder do ciała w przepięknej szklanej buteleczce, która ślicznie prezentuje się na toaletce! Oprócz tego w zestawie znalazły się również perfumy w kremie oraz miniaturka żelu pod prysznic z tej samej linii. Muszę przyznać, że ta seria pachnie absolutnie cudownie! Kobieco, ciepło, nieco otulająco, a jednocześnie świeżo i kwiatowo! Na pewno skuszę się kiedyś na coś jeszcze i pewnie postawię na pełnowymiarowy żel pod prysznic i masło do ciała do kompletu. Mocno ciekawi mnie również wersja lawenda i tymianek! :)


Te lakiery z pewnością widziałyście już na kilku blogach! Wkrótce i ja zaprezentuję serię Miracle Gel od Sally Hansen bliżej. Od stycznia nosiłam już trzy kolory i jestem naprawdę miło zaskoczona ich jakością! Może nazywanie ich hybrydami bez użycia lamp jest trochę na wyrost, ale ponad tydzień na paznokciach, niemal całkowicie bez uszczerbku, to już naprawdę coś! :)


W styczniu znowu mocno ograniczałam swoje zakupowe zapędy i starałam się iść raczej w jakość, niż w ilość. Efektem tego są kolejne zakupy w Minti Shop (królestwo za krówkę! :D). Tym razem przygarnęłam zestaw pędzli do oczu Classic Eye Set od Zoeva, czyli marki, która bije rekordy popularności na blogach. Do tego dorzuciłam kolejną upatrzoną paletkę z TheBalm, czyli Autobalm Hawaii. Paleta zawiera róż, cielisty rozświetlacz/cień oraz dwa ciemniejsze cienie. Taki zestaw jest wprost idealny na wyjazdy - cóż za oszczędność miejsca! :)


Wspominałam już o listopadowym odwyku kosmetycznym - tak się składa, że ta akcja była całkiem zorganizowana, ponieważ moje postanowienie było skutkiem posta u Balbiny Ogryzek, w którym Ania ogłosiła jednocześnie konkurs, w którym udało mi się wygrać bon zniżkowy na produkty Lulu&Boo do wykorzystania w sklepie Costasy. W styczniu podjęłam decyzję, że przeznaczę go na żel z echinaceą i drzewem herbacianym, przeznaczony dla cer problematycznych. To moje pierwsze spotkanie z tą marką, więc tym bardziej było mi miło, kiedy okazało się, że w paczuszce znalazłam również próbki trzech innych produktów! :)


Subskrybowanie newslettera w sklepie internetowym Pat&Rub skutkuje tym przywilejem, że w każde urodziny otrzymujecie kod zniżkowy, obniżający cenę produktów o 20%. Tym razem miałam sobie odpuścić, ale w ostatnich tygodniu obowiązywania mojego kodu pojawiła się dodatkowa promocja, obniżająca ceny kilku produktów o kolejne kilkanaście, czy nawet kilkadziesiąt procent. Tak się złożyło, że a) promocja i kod zniżkowy mogły zostać połączone i b) w promocji znalazły się dwa produkty z linii, którą od dawna chciałam wybróbować. W ten sposób skończyłam z żelem pod prysznic i balsamem do ciała z linii Relaksującej o zapachy trawy cytrynowej i kokosa :)

***
Z nowości, to na razie u mnie tyle! Chyba nie ma tragedii, jak na podsumowanie czterech miesięcy. Jestem bardzo zadowolona z ilości i jakości produktów, które kupuję. Pielęgnację uzupełniam już tylko niemal według potrzeby, a zachcianki staram się po pierwsze - ograniczać, po drugie - dokładnie przemyśleć i po trzecie - nie kupować spontanicznie. Staram się dokonywać zakupu tylko w sytuacji, jeśli nie mogę się pozbyć danego produktu z głowy :)
Oczywiście standardowo czekam na Wasze komentarze - co znacie i lubicie, nad czym się zastanawiacie, a co się u Was nie sprawdziło? :)
Karolina

Czytaj dalej

czwartek, 30 października 2014

Sierpniowe nowości

Cześć Dziewczyny!
 
W dalszym ciągu nadrabiam zaległości, więc oczywiście nie zdziwcie się tym, że dzisiejsze nowości przybyły do mnie jeszcze w sierpniu. Uwierzcie, że naprawdę staram się wyrobić, żeby nie pokazać Wam wrześniowych nowości w grudniu... (:D) Dobra wiadomość numer jeden jest taka, że obrobiłam już zdjęcia do wszystkich postów z nowościami i denkami do października włącznie, więc pozostaje mi stworzyć do tego tylko (i aż) teksty. Dobra wiadomość numer dwa jest taka, że wychodzę z założenia, że informacje czy wrażenia, którymi się z Wami dzielę przy okazji tych postów nie przeterminowują się, więc tak naprawdę nawet zaległe posty są dla mnie po prostu pretekstem do wyrażenia opinii, choćby w okrojonej formie :)


Sierpniowe nowości nie są aż tak okazałe, jak zwykle, choć nie obyło się bez skorzystania z kilku - jak zawsze - niepowtarzalnych okazji. Takich niepowtarzalnych, że do dnia dzisiejszego miałabym możliwość powtórzyć te zakupy co najmniej raz, ale... Same na pewno wiecie jak to jest z rozsądnym myśleniem na zakupach. Nigdy nie grzeszyłam zdrowym rozsądkiem w drogerii, więc to się akurat nie zmienia. Ot co :D


W trakcie urlopu w Chorwacji po raz pierwszy miałam możliwość odwiedzić słynną drogerię DM. Zawsze myślałam, że wpadnę tam w jakiś totalny szał zakupowy i wyjdę stamtąd objuczona jak wielbłąd, ale na miejscu jakimś cudem stwierdziłam, że postawię po prostu na sprawdzone kosmetyki i kilka kuszących i nowych dla mnie kosmetyków.
 
Wśród zakupów znalazły się w pierwszej kolejności produkty Balealotion do ciała o zapachu arbuza i żel pod prysznic o tym samym zapachu. Żel miałam już wcześniej i bardzo, bardzo podobał mi się jego zapach, więc ponowiłam ten zakup, a oprócz tego dorzuciłam lotion - głównie z myślą o moim facecie, który lubi lekkie smarowidła. Oprócz tego kupiłam dwa inne żele pod prysznic - o zapachu mango (również powtórka z rozrywki) i truskawki.


Do koszyka dorzuciłam również dwa rodzaje odżywek Balea - odżywkę z mango i aloesem, a także dwie tubki odżywki z olejem arganowym. Oba te produkty zdążyłam już wcześniej przetestować, więc powtórny zakup był jak najbardziej zaplanowany. Obie całkiem fajnie się u mnie sprawdzały, byłam z nich zadowolona i zdecydowanie będę chciała napisać o nich dla Was coś więcej.
 

Jeśli chodzi o produkty, które zainteresowały mnie już na miejscu, to skusiłam się na dwa kosmetyki do mycia twarzy (jakbym w domu miała ich za mało :D) - piankę z Himalaya Herbals (które podobno zaczęły pojawiać się również w drogeriach w Polsce, na razie słyszałam o drogeriach Dayli) oraz emulsję do mycia twarzy z Alverde.


I ostatnie dwa kosmetyki, również nieplanowane, a upolowane w chorwacki DM, to kosmetyki Burt's Bees - pomadka ochronna z ekstraktem z granatu oraz balsam do rąk. Oba kosmetyki są już w użyciu i choć sprawdzają się całkiem nieźle, to raczej nie skusiłabym się na nie, gdybym miała polowań na nie przez internet, dlatego tym bardziej cieszę się, że miałam możliwość kupienia ich stacjonarnie. Oba produkty mają baaaaardzo przyjazne i atrakcyjne składy i głównie to skusiło mnie do ich zakupu.


Wracając z Chorwacji zachaczyliśmy o Wiedeń, gdzie przypuściłam atak na LUSH. Okazało się jednak, że byłam dosłownie kilka minut za późno, więc pocałowałam klamkę, na szczęście kuzynka Michała ruszyła z odsieczą i kilka dni później zrobiła dla mnie upragnione zakupy (które tydzień później dojechały do Warszawy z jej mamą ;)), a raczej jeden zakup - ulubiony czyścik do twarzy Let The Good Times Roll. Natomiast maska Cupcake (recenzja wkrótce) to efekt wymiany pięciu pustych pudełeczek na świeżą maskę! Opłacało się je chomikować w szafie! :))


Zestaw kosmetyków Aldo Vandini, widoczny na powyższym zdjęciu, to mój prezent imieninowy od rodziny Michała z Wiednia, u której nocowaliśmy w drodze z i do Chorwacji. Nie spodziewałam się nic dostać, a już tym bardziej nie taki okazały zestaw. Jeszcze większą radość sprawiło mi to, że zupełnie nie słyszałam wcześniej o tej marce, więc znowu mam szansę zapoznać się z czymś całkowicie nowym dla mnie! W skład prezentu weszły dwa mydła w płynie o zapachu tamaryndy i imbiru oraz oliwki i granatu, a także żel pod prysznic, peeling, balsam do ciała oraz krem do rąk (w pierwszym wariancie zapachowym).


Powyższe produkty to już w ogóle zamierzchłe czasy - oba kosmetyki kupiłam na początku sierpnia, tuż przed wyjazdem na urlop. Ponieważ posty o filtrach do ciała muszą przezimować co najmniej do wiosny, warto teraz wspomnieć tak pro forma, że zarówno ochronny balsam do ciała SPF 50 z linii Pharmaceris S, jak i emulsja do opalania SPF 20 z Lirene świetnie wywiązały się ze swojego zadania i uchroniły nas przed intensywnym chorwackim słońcem. Opalaliśmy się bezpiecznie, bez żadnych zaczerwienień i bez poparzeń. Każdy w produktów ma przyjemną, lekką konsystencję i ekspresowo się wchłania, co było dla mnie sporym zaskoczeniem w przypadku wysokiego filtra! Na pewno będę się ich trzymać również podczas kolejnych urlopów pod chmurką! :)


No i na koniec trzy tusze do rzęs... Jak wiele z Was, również i ja otrzymałam od marki Rimmel zestaw recenzentki, który zawierał dwa egzemplarze nowego tuszu Wonder'Full. Jednym podzieliłam się już z Sylwią z Lacquer-Maniacs, a drugi poszedł w ruch. Na pewno napiszę o nim więcej, bo jest to produkt bardzo specyficzny. Na pewno przeszkadza mi w nim gigantyczna, niezbyt poręczna szczota, a efekt na rzęsach dla wielu z Was będzie niewystarczający, jednak muszę przyznać, że kiedy jak tylko tusz nieco podsechł, to - jak to często bywa - zaczęło mi się z nim całkiem nieźle pracować. Efekt na rzęsach jest zdecydowanie dzienny, ale wygląda ładnie i całkiem naturalnie. Dla mnie najważniejsze jest to, że nie skleja rzęs, ładnie je przyciemnia i nieco je wydłuża. Generalnie preferuję raczej mocniejszy efekt, ale ten też jest ok.
 
Dwie miniaturki tuszu High Impact Mascara od Clinique, to już dla odmiany efekt sephorowej akcji typu "wymień stary tusz na nowy". Miniaturka tego tuszu dzielnie służyła mi podczas urlopu, a nawet teraz jest jej jeszcze ciut, więc tym bardziej ucieszyłam się na wieść, że będę mogła bezkosztowo przygarnąć kolejne dwie miniatury! :)
 
***
 
Jeśli chodzi o sierpień - to już wszystko! W zasadzie prawie całe moje zakupy z tego miesiąca sprowadziły się do miniszaleństwa w DM, więc nie jest ze mną jeszcze tak źle. To znaczy w sierpniu nie było, bo we wrześniu i październiku znowu zasypała mnie sterta kosmetyków... Teraz dla równowagi zacznę w końcu opisywać Wam moje denko od maja, bo naprawdę było tego sporo, a naprawdę desperacko zależy mi na tym, żebyście wiedziały, że nie jestem aż takim człowiekiem-chomikiem, jak mogłoby się wydawać! :D
 
 
Jak zawsze czekam na Wasze opinie o zaprezentowanych kosmetykach - lubicie, nienawidzicie, pragniecie? :)
Karotka
Czytaj dalej

środa, 23 kwietnia 2014

Marcowe denko

Cześć Dziewczyny!
Znowu pojawiam się z postem denkowym, tym razem marcowym i w końcu, w końcu będę na bieżąco! W ubiegłym miesiącu wykończyłam 13 produktów. Znowu poszło mi całkiem przyzwoicie. Jeśli chcecie dowiedzieć się czegoś więcej o tych produktach, to oczywiście zapraszam dalej! :)


Poprzednie posty denkowe znajdziecie TUTAJ (styczeń) i TUTAJ (luty).

***


1. Antyperspirant w sprayu; Cotton; Rexona (ok.15 zł/szt.).
Wielokrotnie już Wam pisałam, że antyperspirantem, który najlepiej się u mnie sprawdza jest Rexona. Zazwyczaj preferuję formę kulki, ale dezodorant też spisuje się całkiem dobrze. Co tu dużo gadać, antyperspiranty z Rexony pozwalają mi czuć się pewnie i najdłużej chronią przed poceniem i przykrym zapachem ;) Nie zauważyłam, żeby którakolwiek z dotychczas stosowanych wersji podrażniła lub wysuszyła mi skórę, więc tym bardziej jestem zadowolona z działania tych produktów, dlatego stale do nich wracam.

Aktualnie używam: antyperspirant w kulce Rexona

2. Krem antycellulitowy; Gerovital Plant (200ml; ok.15-20 zł).
Czytałam wiele pochlebnych opinii na temat tego kremu antycellulitowego, ale nie zaobserwowałam u siebie większych efektów. Oczywiście przyjemnie wygładzał skórę i sprawiał, że była przyjemna i miękka w dotyku, ale nie zaobserwowałam u siebie jakiegoś szczególnego napięcia, ani przynajmniej optycznego zmniejszenia widoczności cellulitu. Na pewno nie ułatwiło mu zadania to, że dopiero pod koniec jego stosowania zaczęłam ćwiczyć, więc trudno byłoby uzyskać bardziej spektakularne efekty. Na razie nie planuję powrotu, ale może jeszcze kiedyś dam mu szansę.
Aktualnie używam: krem antycellulitowy Cellu Slim na noc z Elancyl;
3. Wiśniowo-migdałowy żel pod prysznic; Balea (ok.1 euro/300ml).
O żelach z Balea wspominałam już wielokrotnie! Lubię je za to, że nie wysuszają mojej skóry, dobrze ją oczyszczają i pięknie pachną. Więcej od żelu nie oczekuję, więc chętnie do nich wracam w różnych możliwych wariantach :)
Aktualnie używam: borówkowy żel pod prysznic z Balea;


4. Suchy szampon do włosów w wersji koloryzowanej dla szatynek Medium & Brunette (200 ml; 16,99 zł).
To kolejny produkt, który przewija się przez moje posty denkowe w ilościach niemal hurtowych! Powoli wykańczam pierwszą zmianę moich Batiste, które dokładnie opisywałam TUTAJ, więc jeśli chcecie przeczytać moją pełną opinię, to koniecznie zajrzyjcie do podlinkowanego posta. Wersja koloryzowana, to jedna z moich ulubionych! Powtórzę się, z moim nieznośnym spóźnialstwem jestem wiecznie w niedoczasie, więc Batiste ratował mnie już wiele, wiele razy. Wersja koloryzowana jest o tyle ciekawsza, że pozwala zaoszczędzieć jeszcze więcej czasu (w końcu rano każda minuta się liczy! :)), dzięki temu, że nie zostawia białego nalotu, który trzeba wmasować. Produkt ekspresowo odświeża włosy i fryzurę i nie wymaga zbyt wiele uwagi. Choć używam różnych wersji Batiste, to ta i tak jest moim numerem 1 i mam już jej kolejną butelkę! :)

Aktualnie używam: Batiste w wersji Wild;
5. Maska do włosów suchych i łamiących się z ekstratami z winogron i awokado; Alverde (100 ml; ok.3 euro).
Tę maskę opisywałam dokładniej wczoraj (KLIK). Niestety na moich włosach zachowywała się jak zwykła odżywka i to dość przeciętna, dlatego nie zamierzam do niej wracać. Bo co mi po miękkich, ale napuszonych włosach... ;)
Aktualnie używam: maska do włosów z morelą i trawą cytrynową z Alverde;

6. Peeling myjący; Anti Acne; Under Twenty (150 ml; ok.15 zł).
Po ten produkt sięgnęłam ze sporą dozą sceptycyzmu, ale okazł się być naprawdę udaną alternatywą dla zwykłych żeli do mycia twarzy. Dzięki zawartości drobinek ścierających, zauważalnie wygładzał skórę, ale jednocześnie nie był na tyle mocny, żeby nie nadawać się do codziennego stosowania. Dobrze oczyszczał skórę i nie przesuszył jej. Generalnie jestem na tak, choć nie sądzę, żebym włączyła go stałej pielęgnacji. Pełną recenzję znajdziecie TUTAJ.
Aktualnie używam: żel do mycia twarzy z linii Purritin z Iwostin;
7. Lekki krem głęboko nawilżający Vita-Sensilium; Pharmaceris A (50 ml; ok.35-40 zł).
I znowu - mój hit pielęgnacyjny! Zakochałam się w tym kremie tak bardzo, że - choć aktualnie staram się zużywać inne produkty - czuję się bez niego jak bez ręki! Fantastycznie nawilża moją skórę, a jednocześnie nie daje jej się "przejeść", dzięki czemu nie wzmaga błyszczenia. Jest dla mnie totalnym pewniakiem, jeśli chcę zachować równowagę między działaniem matującym kremu na dzień i działaniem nawilżająco-odżywczym kremu na noc. Dodatkowo, uwielbiam po niego sięgać jeśli zmywam makijaż na kilka godzin przed snem, ale nie chcę używać jeszcze bardzo treściwego kremu na noc. Pharmaceris sprawdza się u mnie w każdej roli - na dzień, w ciągu dnia, na noc. Zużyłam już trzy opakowania i znowu kupiłam kolejne. Tak na wszelki wypadek. Pełną recenzję znajdziecie TUTAJ.

Aktualnie używam: krem przeciwzmarszczkowy Dzika Róża z AA Eco (warto już powoli zacząć działać profilaktycznie);
8. Płyn micelarny; Lirene (200 ml; ok.10-12 zł).
Lubię markę Lirene i mam wielu ulubieńców wśród produktów przez nią oferowanych, ale płyny micelarne, to jest coś, co bardzo u nich kuleje. Jak dla mnie, każdy jeden jest bardzo przeciętny i ledwo radzi sobie ze zmywaniem makijażu twarzy, a co dopiero gdy przychodzi do demakijażu oczu... Zużyłam dwa, czy trzy różne micele tej marki i z żadnego nie byłam zadowolona. Jeszcze jeden czeka na mnie w szufladzie z zapasami, ale nie patrzę na niego zbyt przychylnie. Generalnie odradzam, ja sama będę się od nich trzymać z daleka w miarę możliwości. Nad tymi produktami Lirene musi jeszcze mocno popracować! :)

Aktualnie używam: płyn micelarny BeBeauty z Biedronki;
9. Dwufazowy płyn do demakijażu; Lirene (100 ml; ok.12 zł).
Ta dwufazówka całkowicie zmieniła moje postrzeganie tego typu produktów do demakijażu! Wcześniej kojarzyły mi się z tłustą warstwą i mgłą na oczach, ale ten produkt jest zupełnie inny! Uważam, że to absolutnie najlepszy płyn dwufazowy, jakiego do tej pory używałam i zużyłam już kilka jego buteleczek! Jest naprawdę świetny, szybki i skuteczny, więc przewiduję długi i satysfakcjonujący związek. Teraz zrobiłam chwilowy powrót do miceli, ale Lirene na pewno wkrótce znowu wpadnie do mojego koszyka! TUTAJ znajdziecie moją recenzję, napisaną po zużyciu pierwszej buteleczki. Teraz piałabym z zachwytu jeszcze głośniej! ;)

Aktualnie używam: płyn micelarny BeBeauty z Biedronki;


10. Czyścik do twarzy Bûche de Noël; LUSH (100g; ok.6,5 funta).
Bûche de Noël, to kolejny czyścik z Lush, który miałam okazję wypróbować. Choć był przyjemny w stosowaniu i miał niezłe działanie oczyszczające, to jednak w zestawieniu z fantastycznym Let The Good Times Roll wypadł dosyć blado. Raczej do niego nie wrócę. Pełną recenzję znajdziecie TUTAJ.

Aktualnie używam: żel do mycia twarzy z serii Purritin od Iwostin;

11. Krem do twarzy z kwasem pirogronowym i azaleinowym; Clarena (50 ml; ok.80 zł).
Ten krem był moim absolutnym hitem pielęgnacyjnym, jeśli chodzi o ostatnie miesiące! Fantastycznie matowił skórę, przyspieszał działanie niespodzianek, a jednocześnie znacznie ograniczył ich powstawanie i - jakby tego mało - nie przesuszał mojej skóry. Wszystkie zachwyty znajdziecie w recenzje TUTAJ. Chętnie do niego wrócę, być może jesienią.

Aktualnie używam: emulsja matująca z linii Purritin od Iwostin;

12. Podkład mineralny China Doll; Lily Lolo (10 g; ok.72,90 zł).
Podkład mineralny z Lily Lolo, to w tej chwili mój absolutny ulubieniec wszechczasów! Nie tylko pozwala skórze dłużej zachować matowy wygląd, ale również ładnie wyrównuje jej koloryt, a w parze z dobrym pudrem i korektorem, sprawia, że mogę się cieszyć estetycznym makijażem przez długie godziny. I znowu, wszystkie zachwyty przeczytacie w recenzji KLIK. Dodam jeszcze, że od razu kupiłam drugie opakowanie (a w międzyczasie czeka na zużycie reszteczka koloru Warm Peach).

Aktualnie używam: ten sam produkt;

13. Pomadka ochronna waniliowo-mandarynkowa; Alverde (ok. 10 zł/szt.).
Wprawdzie tej pomadki brak na zdjęciu, ale możecie mi wierzyć na słowo, że zużyłam ją praktycznie do samego końca, tylko zgubiłam niestety resztkę, którą nosiłam w kieszeni. Bardzo polubiłam tę pomadkę i jej działanie na moje usta. Świetnie dbała o ich kondycję i zabezpieczała je przed czynnikami pogodowymi, a do tego bardzo przyjemnie pachniała. Jeśli natknę się gdzieś na nią, to na pewno chętnie ponowię ten zakup.
Aktualnie używam: jeśli chodzi o produkt, który zastąpił Alverde w kieszeni mojego płaszcza, to jest to pomadka ochronna z ekstraktem z malin z serii Angry Birds by Lumene :)
***
No! Z mojej strony to tyle! Kwiecień jak na razie przedstawia się dosyć licho, więc pewnie denko z aktualnego miesiąca zostanie połączone z tym majowym, ale to nie ważne! Ważne, że mimo wszystko w moich szufladach z zapasami bardzo powoli, ale jednak, zaczyna się przejaśniać! To całkiem miłe uczucie, mimo wszystko! A ile przy tym odkrywam skarbów :))
Jak zawsze - dajcie znać, co sądzicie o tych produktach, jeśli używałyście któregoś z nich! Oczywiście, jeśli przymierzacie się do zakupu i macie pytania, to też jest to odpowiednie miejsce :)) ...cała reszta też może się wypowiedzieć (ale post musi mieć jakieś zakończenie... :D)!
Karotka
Czytaj dalej
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Blog template designed by SandDBlast