Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Maestro. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Maestro. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 20 listopada 2012

Makijażowy niezbędnik - vol.1

Cześć Dziewczyny!

Dzisiaj post nietypowy, bo ani to post o ulubieńcach, ani nawet nie jest to tag z rodziny "Ile warta jest Twoja twarz". Tym razem postanowiłam pokazać Wam mój mały makijażowy niezbędnik w postaci produktów, których używam, kiedy spędzam noc w domu, czy może raczej powinnam napisać u mamy (a co za tym idzie rano muszę się u niej jakoś umalować!;)). Te z Was, które śledzą mój blog już dłuższy czas, wiedzą z pewnością, że mój czas dzielę pomiędzy dwa domy - mieszkanie z mamą i mieszkanie z chłopakiem, ale już od dłuższej chwili ta granica płynnie przesuwa się na korzyść mojego mężczyzny i to u niego trzymam teraz wszystkie moje największe kosmetyczne skarby i zapasy. Co jednak, kiedy noc spędzam z u mamy, z dala od wszelkich skarbów i dylematów co by tu z czym dzisiaj...? ;)


Generalnie bardzo nie lubię targania wielkiej kosmetyczki za każdym razem, kiedy jadę do mamy, wobec tego w pewnym momencie postanowiłam skompletować z moich kosmetyków mały niezbędnik, który ma swoje miejsce u mamy, a na który składają się kosmetyczne pewniaki (w 90%). Nie wszystkie z tych produktów to ulubieńcy, ale starałam się, żeby ten zestaw był zestawem kosmetyków i akcesoriów, które doskonale znam i wiem, że w nocy o północy będę mogła się nimi szybko umalować i będzie się to nadawało do czegokolwiek ;) ...bo prawda jest taka, że makijaż o 7.30 rano, to dla mnie - sowy, tak jak w nocy o północy dla wszystkich rannych ptaszków ;) Makijaż musi być wobec tego łatwy do przewidzenia i nie wymagający dumania nad połączeniem kolorów ;))

Oto mój "mamowy" niezbędnik! :)

  

Zacznijmy od pędzli - tymi po które sięgam najczęściej są pędzelek do nakładania cieni - Maestro 320 w rozmiarze 12, pędzelek Maestro 497 do rozcierania oraz mała kulka z zestawu Duo Crease Brush z Essence of Beauty do aplikowania cienia na dolną powiekę. Oprócz pędzli naocznych korzystam tylko ze skunksa Maestro - Foundation I, którym aplikuję róż. Pisałam o tym pędzelku kilka dni temu TUTAJ. Z całego tego zestawu jestem bardzo zadowolona i bardzo chętnie po niego sięgam, ponieważ dokładnie wiem, czego się spodziewać po każdym z tych produktów. Pędzle są przyjemne dla twarzy i oka, nie drapią i nie drażnią skóry. Myślę, że każdy z nich zasłużył na oddzielną recenzję, wobec czego spodziewajcie się ich w kolejnych tygodniach.


Dalej mamy podkład - i tutaj znowu mamy jednego z moich faworytów w kategorii płynnych podkładów, czyli fluid matujący Anti! Acne od Under Twenty w kolorze 120. Podkład ten świetnie sprawdza się nakładany palcami, wygląda na twarzy bardzo naturalnie, a przy tym kryje niemal wszystko to, czego nie chcę uwydatniać na mojej buźce. Trzyma się naprawdę przez większość dnia i bardzo przyzwoicie matuje. Wiem, że wiele już o nim napisano w blogosferze, ale nie umiem się powstrzymać przed dorzuceniem wkrótce swoich kilku groszy na jego temat! :)

Warto jeszcze wspomnieć o pudrze, który nie załapał się na oddzielne zdjęcia, ale jest na zdjęciu grupowym. Niech Was nie zwiedzie opakowanie, bo w środku znajduje się słynny puder bambusowy z jedwabiem z Biochemii Urody. Kupiłam go ponad rok temu, kiedy jeszcze można go było kupić tylko w słoiczkach. Jest to niekwestionowany hit blogosfery i bohater dziewczyn o cerze tłustej lub mieszanej. Hit, na którym szalenie się zawiodłam! Próbowałam nakładać go zwykłym pędzlem do pudru, pędzlem kabuki, włochatym puszkiem i gąbeczką, ale żadna z tym metod zupełnie mnie nie zadowala. Najbliższa prawdy jest zwykła gąbeczka powleczona materiałem, taka jaką to zwykle znajdujemy w pudrach, jednak wymaga ona ode mnie mocnego dociskania pudru do twarzy, co i tak nie daje matu idealnego, ale uzyskany efekt jest najlepszy ze wszystkich opisanych wyżej metod. Niestety moja cera po tym pudrze bardzo szybko się świeci, a w dodatku jest bardzo "pudrowa" w dotyku. Za każdym razem kiedy dotknę twarzy czuję, jak wszystko zostaje mi na palcach... Nie rozumiem fenomenu tego pudru i chyba już nie zrozumiem... ;)


Totalny must have, czyli baza pod cienie - jeszcze nieco ponad rok temu uważałam produkt tego typu za zbędny wynalazek, a teraz niemal nie potrafię się bez niej obejść. Na zdjęciu nieśmiertelna baza z Hean, której recenzja pojawiła się dawno temu na blogu TUTAJ. Może nie uznałabym jej dziś za najlepszą bazę, ale z pewnością nadal plasuje się w czołówce i choć mam do niej pewne zastrzeżenia (gumowatość!), to z pewnością będą po nią sięgać dopóki nie zamieni się w kamień ;)

Kolejny produkt marki Hean, czyli paletka High Definition w wersji Hot Chocolate, czyli wersji kolorystycznej, która szturmem podbiła blogosferę nie dalej, jak rok temu. Ja również uległam tej manii i do tej pory nie żałuję, bo zestaw kolorystyczny jest nie tylko świetny do codziennego makijażu, ale również do makijażu, który ma zacięcie stać się wieczorowym. Ponadto cienie są bardzo dobrze napigmentowane, co tyczy się również jasnego matowego cienia, o co niełatwo nawet z Inglotami. Tę paletkę również przybliżałam Wam już kiedyś na blogu TUTAJ. Ponadto matowy brązowy cień świetnie sprawdza się również jako cień do brwi, jest idealnie neutralny kolorystycznie - ani on zbyt ciepły, ani zbyt chłodny, po prostu brąz idealny.

Skoro mamy niezbędnik, to nie mogłoby zabraknąć również różu - w tym przypadku jest to mój ukochany róż z wiosennej limitowanki Essence - Marble Mania, bliżej prezentowany TUTAJ. Ten róż to jeden z moich zdecydowanych faworytów. W tym kolorze czuję się świetnie o każdej porze roku i w każdym odcieniu skóry ;) Na początku nie chciał współpracować z klasycznym ukośnym pędzlem do różu, ale wspomniany wyżej skunsik od Maestro okazał się być ideałem do tego różu. Mogę zapomnieć pomalować oczy (poza tuszem oczywiście), ale róż musi być! I już! :)


Paletka Catrice Hollywood Boulevard z kolekcji Hollywood's Faboulous 40'ties, to nowość w moim niezbędniku (wygrana u Kasi z xkeylimex), ale za to nowość, która szturmem zdobyła moje serce piękną, jesienną kolorystyką! Za pomocą jedynie dwóch kolorów z tej paletki jestem w stanie stworzyć makijaż, w którym czuję się lekko, świeżo i atrakcyjnie, a wszystko to za sprawą odpowiednio intensywnie podkreślonego spojrzenia. Zdecydowanie faworytka! :)


No i na koniec mój prywatny koszmarek. Maskara Maybelline Falsies (albo raczej masakra...), bo o niej mowa, to dla wielu dziewczyn hit... Hit, który uświadomił mi, że ja zwyczajnie nie cierpię włochatych szczoteczek i zdecydowanie jestem wyznawczynią jedynie słusznych dla moich rzęs silikonowych, bądź gumowych szczoteczek. Dodatkowo przez to wygięcie wiecznie mam ufajdane powieki, wobec czego tak naprawdę do tego niezbędnika powinnam dodać również patyczki do uszu, którymi koryguję wszelkie kropki, kreski i inne cuda, która ta szczotka niepożądanie robi mi na moim misternym makijażu... Sam tusz nie jest zły, ale szczoteczka - a konkretniej jej wielkość, włochatość, miękkość i to jak okropnie skleja mi rzęsy, sprawiają, że szczerze nie znoszę tego tuszu... Ciekawa jestem, czy moja mama by go polubiła... Chyba ją zapytam, bo nie wiem ile jeszcze wytrzymam z tą szczotą :P

No i to by było na tyle... Dużo? Mało? Chyba całkiem w normie, jak na szybki makijaż :) A jak tam Wasze niezbędniki? Macie w swoich zbiorach produkty, po które sięgacie zawsze w pośpiechu? :)
K.
Czytaj dalej

sobota, 17 listopada 2012

Maestro - Foundation I - pędzel do podkładu

Cześć Dziewczyny!

Zauważyłam, że coraz lepiej czuję się w recenzowaniu pędzli - i całe szczęście, bo moja kolekcja co jakiś czas powiększa się o pojedyncze sztuki, a najstarsze pędzle w moim zbioru mają już spokojnie ponad rok, więc to najwyższa pora, żeby o nich coś napisać! Tym razem weźmy na tapetę pędzel do podkładu polskiej marki Maestro. Jest to pędzel typu duo-fibre (zwany potocznie skunksem :D), pochodzący ze Złotej Kolekcji Maestro. Pędzel nosi oznaczenie Foundation I.


Kiedy jakieś półtora roku temu wzięłam się za stopniową wymianę moich pędzli na takie z prawdziwego zdarzenia, firma Maestro była pierwszą, której zaufałam. Posiadam cztery pędzle przeznaczone do makijażu oka oraz dwa pędzle przeznaczone do makijażu twarzy. Generalnie ze wszystkich jestem bardzo zadowolona i mam spore zaufanie do tej marki, choć recenzowany dziś skunks, wyjątkowo nie przypadł mi do gustu, jeśli chodzi o jego klasyczne zastosowanie. Nie przeszkodziło mu to jednak, żeby znaleźć się w ulubieńcach... A dlaczego? Zapraszam na recenzję! :)


WYGLĄD I WYKONANIE: Pędzel jest solidnie wykonany i bardzo dobrze leży w dłoni. Trzonek jest wykonany z drewna i, w przypadku Złotej Kolekcji, jest krótszy, niż w klasycznej serii. Podkreślam ten fakt, ponieważ wiem, że wiele dziewczyn chwali sobie ZK właśnie za skrócone trzonki, które nie zawadzają o lusterko podczas makijażu. Odpowiednikiem tego pędzla w klasycznej serii jest pędzel Maestro 145 Duo Fibre.

Włosie pędzla jest wykonane z mieszanki włosia naturalnego i syntetycznego. Na początku użytkowania pędzla, zgubiłam kilka włosków, ale nie były to zbyt duże ilości i nigdy nie zdarzyło mi się to podczas wykonywania makijażu. Teraz od dawna wszystko jest w porządku, a pędzel nadal wygląda niemal jak na początku. Samo włosie jest dość stosunkowo gęsto osadzone, oczywiście jak na pędzel tego typu.


ZASTOSOWANIE I EFEKT: Pędzel przeznaczony jest do nakładania podkładu, ale ja nie jestem szczególnie zadowolona z takiego zastosowania. Podkład nakładany tym pędzlem wymaga sporo uwagi, żeby efekt był zadowalający. Pędzel nie dociera w trudno dostępne miejsca, takie jak skrzydełka nosa, czy okolice oczu, przez co i tak odczuwam potrzebę poprawiania podkładu palcami, a przecież nie o to nam chodzi! Niestety znacznie wydłuża to cały proces makijażu, co rano szczególnie potrafi być uciążliwe.

Przez te wszystkie ceregiele na początku nieco zniechęciłam się do tego pędzla, ale nie leżał zbyt długo bezczynnie, ponieważ okazał się najlepszym pędzlem do twardych i średnionapigmentowanych róży. Mój róż z wczesnowiosennej limitowanki Essence - Marble Mania - sprawiał mi delikatne problemy w aplikacji i nie zawsze byłam zadowolona z efektu i w tym momencie okazało się, że skunksik jest w tym celu idealny! Pędzel świetnie zbiera pigment z kosmetyku i wydobywa z niego to, czego nie potrafiły zrobić inne pędzle. Być może jest to kwestia odpowiednio sztywnego włosia, który nie wygina się w kontakcie z różem, tylko delikatnie "złuszcza" kosmetyk z wierzchu.

Pędzel bardzo fajnie sprawdził się również do rozcierania pudru bambusowego z Biochemii Urody, który nakładam dociskając go puszkiem do twarzy przez co później jestem cała w białe kropki od sitka ;) Skunks bardzo dobrze rozciera i rozprowadza nałożony wcześniej puder i sprawia, że robi się on niewidoczny.


WYMIARY: Włosie pędzla ma 35mm. Jest dość długie, ale dzięki temu pędzel nie kłuje w twarz, a delikatnie ją omiata.

CZYSZCZENIE: No i w tym tkwi największy szkopuł. O ile pędzel dość łatwo dopiera się zarówno z różu, jak i z podkładu, tak największy problem stanowi dla niego... farbowanie włosia... Niestety czarne włosie jakimś cudem puszcza kolor i tym sposobem brudzi białą część pędzla, co naprawdę jest niełatwe do doprania i zajmuje mi dużo więcej, niż samo dopranie pędzla z resztek kosmetyków.

Pędzel zwykle piorę wieczorem i zostawiam go do wyschnięcia na noc, wobec czego rano zawsze jest już gotowy do użycia.

CENA/DOSTĘPNOŚĆ: 47zł; pędzle dostępne są przede wszystkim w sklepie internetowym Maestro - ten konkretny model kupicie TUTAJ;

CZY KUPIŁABYM PONOWNIE: Ten pędzel dostałam rok temu na urodziny od przyjaciółki i przyznam, że owszem myślałam wtedy o pędzlach do podkładu, ale skunksy jakoś mnie nie kusiły. Cieszę się jednak, że miałam okazję go wypróbować, bo dzięki temu mam najlepszy pędzel na świecie do jednego z moich ulubionych róży :D Jeśli więc miałabym go wybrać w tym celu, to tak - kupiłabym ponownie! :)

Podsumowując, jeśli macie doświadczenie z pędzlami typu duo-fibre, to możecie się skusić na niego i stosować go klasycznie, jeśli jednak dobrze Wam z pędzlami do podkładów typu kulka czy flat top, to myślę, że ten pędzel powinnyście rozważać raczej jako genialny pędzel do wszystkich waszych nieco problematycznych kosmetyków kolorowych, oczywiście tych prasowanych :)

Macie w swoich zbiorach jakieś pędzle Maestro? Lubicie tę markę? I może przede wszystkim jakiego rodzaju pędzlami lubicie aplikować podkłady? :)
K.

P.S. Podczas, gdy czytacie tę notkę, ja prawdopodobnie już jestem na spotkaniu warszawskich blogerek! Jeszcze niedawno było do niego tyle czasu, a tu już! :) Oczekujcie niedługo relacji! :)
Czytaj dalej

sobota, 9 czerwca 2012

Ulubieńcy maja!

Podsumowanie maja zakończę postem z nowego u mnie cyklu ulubieńców, najwyższa na to pora! :)

Tym razem bez przydługawych wstępów! Do zacnego grona kosmetyków, po które najchętniej sięgałam w maju należą te oto gagatki... :)

Bourjois Healthy Mix & TheBalm Down Boy
Po pierwsze - nowy zakup z maja, czyli podkład Bourjois Healthy Mix. Zdążyłam go co nieco poużywać przez miesiąc i powiem Wam, że z efektów jestem mocno zadowolona. Nie matowi mojej skóry, ale też nie ma takiego zadania, ważne, że nie przyspiesza jej błyszczenia się, a cera po jego zastosowaniu wygląda naprawdę na zdrową i wypoczętą. Krycie ma średnie, ale jak już mnie jakiś nieprzyjaciel dopadnie, to żaden podkład mu nie straszny, natomiast jeśli pojawiają się tylko jakieś drobne niespodzianki lub nierówności w kolorycie, to ten podkład radzi sobie z nimi bardzo dobrze. Oby tak dalej!

Po drugie - piękny, matowy róż z TheBalm, czyli Down Boy. To chyba kosmetyk, po który sięgałam w tym miesiącu najczęściej! Wszystkie inne róże, oprócz Marble Manii poszły w odstawkę, tylko kilka razy spojrzałam w stronę innych i zawsze z ogromną chęcią wracałam do Down Boy. Uwielbiam to, jak pięknie ożywia moją buzię, razem z Healthy Mix dają fantastyczny efekt! Swatche pokazywałam TUTAJ.

Hakuro H54, Oriflame blush brush, EcoTools powder brush
Po trzecie - ponownie pędzel do pudru z EcoTools! Uwielbiam tego skubańca za jego niesamowitą miękkość, za to co robi z moją buzią po omieceniu jej pudrem i za to jak jedno jego muśnięcie genialnie stapia róż i bronzer z całą resztą makijażu!

Po czwarte - pędzel do różu z Oriflame. Dzięki temu, że jest dość słabo zbity i ma stosunkowo elastyczne włosie, genialnie radzi sobie z mocno napigmentowanymi różami Sleek'a, albo właśnie z różami TheBalm, które najbardziej podobają mi się nałożone właśnie skośnym pędzlem, a ten póki co jest jedynym takim w mojej kolekcji. Wprawdzie sprawuje się bardzo dobrze, ale poszukuję dla niego zastępstwa, ponieważ po zaznajomieniu się z miękkością i "miłością" włosia pędzli z Hakuro czy EcoTools wszelkie inne zaczynam odczuwać jako drażniące i odrobinę drapiące. Z drugiej strony ten pędzel ma też swoje 2-3 lata i przeżył czasy, kiedy o czyszczeniu pędzli wiedziałam niewiele... ;)

Po piąte - pędzel kulka do podkładu - Hakuro H54 - próbowałam nakładać Bourjois palcami, ale nie zrobię tego nigdy więcej, bo to, co ta kulka wyczynia z tym podkładem na mojej twarzy, to istny fotoszop jak dla mnie ;)

Essence Marble Mania & Maestro foundation II
Ten duet powinnyście już znać z ulubieńców poprzedniego miesiąca - róż z limitowanki Essence - Marble Mania (swatche TUTAJ) oraz skunks z Maestro. W dni, w które na moim licu nie królował Down Boy, ten róż był jednynym słusznym wyborem i alternatywą, dlatego ta para okupuje dom, a para opisana wyżej, pilnuje mieszkania mojego M. :)

Corine de Farme & Flos-Lek
No i pora na pielęgnację!
Po pierwsze - krem nawilżający z Corine de Farme - bardzo dobrze radzi sobie z moją mieszaną cerą, dobrze ją nawilża, nie wpływając jednocześnie na jej większe przetłuszczanie, nie roluje się pod makijażem, przyjemnie pachnie i naprawdę sprawia, że poranne rytuały pielęgnacyjne z jego użyciem są bardzo, bardzo przyjemne... Czasem tak mi do niego spieszno, że zapominam, że w planach miałam jeszcze peeling lub maseczkę... ;)

Po drugie - żadne to odkrycie, a po prostu mój kosmetyczny must-have! Jestem ogromną fanką żeli ze świetlikiem z Flos-Lek, aktualnie korzystam z wersji z dodatkiem bławatka oraz wersji z dodatkiem herbaty. Najchętniej korzystam z nich rano, bo w bardzo przyjemny sposób odświeżają okolice oczu, czy nawet powieki, lekko chłodząc miejsca, na które został zaaplikowany. Dla mnie to niezastąpiony produkt po źle przespanej lub zbyt krótkiej nocy, zwłaszcza jeśli żel przeleżakuje noc w lodówce, a rano trafi prosto na nasze zmęczone powieki! :) Świetnie odświeża, rozbudza i orzeźwia o poranku... Niby to tylko malutki żel, a tyle potrafi! :)

I po trzecie - tonik oczyszczający z Corine de Farme - niesamowicie przyjemna odmiana po poprzednio stosowanym toniku normalizującym z Orfilame, który moim zdaniem nie robił nic, poza moczeniem twarzy... Ten z CdF bardzo przyjemnie odświeża i w odczuwalny sposób orzeźwia buzię, zapobiega ewentualnemu ściągnięciu po myciu twarzy oraz po prostu przygotowuje twarz na przyjęcie kremu. Bardzo lubię jego zapach, a używanie powyższej trójki wspólnie, to naprawdę bardzo relaksująca część mojej porannej pielęgnacji.

Znacie moich ulubieńców? Sprawdzili się również i Was? A może dopiero polujecie na któregoś z nich? :)
K.
Czytaj dalej

niedziela, 6 maja 2012

Ulubieńcy kwietnia!

Dziś na blogu po raz pierwszy post typu ulubieńcy. Do tej pory nie zauważałam szczególnych tendencji do wyboru konkretnych kosmetyków w konkretnym miesiącu, natomiast w kwietniu z umiłowaniem wracałam do poniższych produktów w różnych kombinacjach. Tym razem ulubieńcy typowo kolorówkowi, ale może kolejnym razem zdarzy się też coś pielęgnacyjnego, nawet mam już kilku kandydatów... :)

Jeśli pojawiła się już u mnie recenzja danego produktu, to podlinkuję ją poniżej w nazwie.

Ulubieńcy kwietnia cz.1
1. Nivea Vitamin Shake - ulubiona pomadka ochronna do torebki, uwielbiam ją i za zapach i za dość przyzwoite działanie - poza domem o tej porze roku w zupełności mi wystarcza!

2. Maestro - pędzel do podkładu ze Złotej Kolekcji - Foundation I (odpowiednik Maestro 145) - długo nie mogłam się zaprzyjaźnić z tym pędzlem, jakoś nie umiałam sprawnie nałożyć nim podkładu, ale okazało się, że sprawdza się idealnie przy średnio napigmentowanych różach, takich jak Marble Mania. Idealnie rozprowadza i rozciera róż, nie wytracając jego koloru, ani nie powodując placków na buzi. To był mój absolutny hit kwietnia - niemal nie rozstawałam się z tym pędzlem :)

3. Maybelline One by One - ulubieniec tuszowy od listopada - powoli dogorywa, ale ciągle sprawdza się lepiej, niż chociażby The Falsies, którym próbowałam go zastąpić.

4. Hean HD, 405 Hot Chocolate - najlepsza paletka do makijażu na szybko - bez dylematów co z czym i dlaczego. Cień bazowy jest absolutnie fantastyczny, a brązy delikatnie podkreślają załamanie. W komplecie stanowią zarówno przyjemnego dzienniaka do pracy (lub na leniwy dzień), albo są dobrym tłem dla brązowego linera.

5. Essence Gel Liner, 02 London Baby - w tym miesiącu skusiłam się na brązowy liner w żelu, a ten z miejsca stał się jednym z kosmetyków kolorowych, po który sięgałam najczęściej.

6. Kobo, 504 Oriental Illusion (z kolekcji jesiennej Elegance) - początkowo dość rzadko sięgałam po ten cień, bo wydawało mi się, że jego kolor zbytnio ociepla się na mojej powiece i w efekcie i tak dodawałam w załamaniu ciemniejszy kolor, natomiast wystarczyło trafić na dobry odcień MIYO, żeby okazało się, że mam w swoich zbiorach wiosenny duet idealny.

7. Essence Marble Mania, 01 Swirlpool - odkąd wykończyłam ulubieńca z ELFa, w oczekiwaniu na Rose Gold od Sleeka, sięgnęłam po ten dość świeży nabytek. Okazało się, że tym różem mogę malować się nawet z zamkniętymi oczami i nie ma szans, żeby zrobić sobie nim krzywdę, a przy tym kolor jest odpowiednio intensywny do makijażu dziennego i jednocześnie pięknie ożywia buzię.

8. MIYO, 26 Haze - chciałam kupić odcień Vanilla, ale nigdy nie mogłam na niego trafić, ale po szybkim teście okazało się, że kolor Haze jest dość zbliżony do obiektu moich poszukiwań, tyle, że odrobinę chłodniejszy, co akurat bardzo mi odpowiada. Ulubiony cień bazowy! Swatche wkrótce.

9. Oriflame Kohl Kajal, Nude - świetna cielista kredka, dobrze się rozprowadza, ma idealny kolor i nie zostawia grudek. Z linią wodną bywa u niej różnie, ale "włożona" w rzęsy sprawdza się bardziej niż przyzwoicie.

Ulubieńcy kwietnia cz.2
10. Synergen, kolor 03 - kupiłam ten puder jakiś czas temu skuszona wszechobecnymi zachwytami i faktycznie - sprawdza się u mnie o niebo lepiej niż chociażby puder bambusowy z Biochemii Urody, czy choćby chwalony przeze mnie kiedyś Essence Fix & Matte. Dość przyzwoicie utrzymuje mat i nawet jeśli buzia zaczyna się świecić, to ewentualna warstwa sebum sprawia wrażenie dużo cieńszej niż zwykle.
11. Manhattan, Soft Mat Lipcream, 56k - o zaletach matowych pomadek z Manhattanu rozpisywałam się dość obszernie w recenzji i zdanie to nadal podtrzymuję! Użyta na balsam nie wysusza ust, a kolor utrzymuje się naprawdę długo.
12. EcoTools, pędzel do pudru - razem z pudrem Synergen tworzą bardzo zgraną parę i dzięki tej dwójce uzyskuję najlepszy i najbardziej naturalny efekt.
13. Celia Nude, 602 - wreszcie i mi - za sprawą nieocenionej babci - udało się zdobyć osławioną Celię. Świetny zamiennik dla pomadek ochronnych - bardzo dobrze nawilża usta, nadając im jednocześnie subtelny kolor.
14. Flos-Lek, wazelina kosmetyczna, różana - bardzo lubię używać jej na noc, od razu czuję jej zmiękczające działanie, a delikatny różany zapach jest naprawdę bardzo, bardzo przyjemny.
Czytaj dalej

środa, 14 grudnia 2011

Mikołajkowo-urodzinowe chwalipięctwo :)

Mikołajki już za nami, a na Waszych blogach pojawiały się często posty, w których pokazywałyście Wasze prezenty. Nie wiem, czy to przypadek, ale zauważyłam, że sporo z Was miało też w ostatnim czasie urodziny, więc prezentów było dwa razy więcej (co każda z nas uwielbia! :D). Ponieważ ja również mam urodziny w okolicach Mikołajek, to i do mnie zawitało kilka uroczych paczuszek z prezentami... Chwaliłyście się Wy, to pochwalę się i ja! ;)

Wszystkich cudowności pokazywać Wam nie będę, ponieważ chciałabym pozostać jak najbardziej w tematyce kosmetycznej, dlatego pierwszą paczuszką, którą się pochwalę będzie ta oto torebeczka... 


Torebeczka zawierała prezent od mamy mojego mężczyzny i muszę przyznać, że bardzo trafiła w moje upodobania i kosmetyczne zainteresowania! Oto co zawierała torebeczka...

Lotion Vichy.
Po pierwsze NUTRIextra mleczko - pielęgnacja odżywczo-regenerująca, 2-dniowy komfort skóry z Vichy - ufff! Co za długaśna nazwa! :D Uwielbiam wszelkiego rodzaju balsamy do ciała, mleczka, masła, więc to jest naprawdę trafiony prezent. W dodatku dzięki temu mam możliwość przetestować kosmetyki apteczne, a z Vichy nie miałam zbyt wiele wspólnego w życiu ;) Butla mleczka ma wygodną pompkę, więc sądzę, że dozowanie balsamu będzie dzięki temu mocno ułatwione. W dodatku warto wspomnieć, że ta niepozorna buteleczka ze zdjęcia zawiera aż 400 ml produktu! Bardzo się cieszę! :) Jak tylko wykończę mangowe masełko do ciała z Biedronki, to natychmiast zabiorę się za to mleczko!

Próbki La Roche-Posay i Vichy.
Ponadto paczuszka zawierała aż 3 próbki różnych produktów La Roche-Posay oraz miniaturkę (ta - niezła miniaturka - aż 100 ml! :D) oczyszczającego żelu do twarzy Vichy Normaderm. Obecnie mam kilka pootwieranych produktów do oczyszczania twarzy, więc nie chcę otwierać nowego, ale niech ja tylko wykończę chociaż jeden z tych otwartych... ;)

Próbki La Roche-Posay.
Bardzo mocno ucieszyły mnie próbeczki z La Roche-Posay, ponieważ dostałam 5ml tubkę Effaclar K, obok którego krążyłam kilkukrotnie przy okazji promocji w Super-Pharm, więc z największą przyjemnością go wypróbuję. Opis na opakowaniu dosyć enigmatycznie określa ten produkt jako odnawiający krem do skóry tłustej przeciw nawrotom. W każdym razie ja z nieprzyjaciółmi miewam różne przygody i najczęściej czepiają się mojej brody, więc zamierzam ich potraktować właśnie Effaclar'em. Jeśli któraś z Was stosowała Effaclar K lub Effaclar Duo, to bardzo chętnie poczytam Wasze opinie na ich temat!

Drugą z próbek jest 15ml tubka Hydreane Legere, czyli krem nawilżający do skóry wrażliwej dla skóry normalnej i mieszanej. Nawilżacze zawsze są potrzebne, więc i ten na pewno znajdzie miejsce w mojej kosmetyczce! Dodatkowo uważam, że może być dobrą równowagą dla wspomnianego Effaclar'u. Zobaczymy co z tego duetu wyjdzie! :)

Próbka balsamu LIPIKAR.
Ostatnią z próbek jest saszetka natłuszczającego balsamu do ciała LIPIKAR, również z La Roche-Posay. Taką próbką może nie wysmaruję całego ciała, ale myślę, że przyda się do natłuszczenia i nawilżenia ewentualnych przesuszonych miejsc na skórze... Co mnie mocno rozśmieszyło, to to, że ta saszetka zawiera o 2 ml więcej produktu niż wyżej opisywana tubka Effaclar K ;)

Zawartość paczuszki bardzo mocno przypadła mi do gustu i przystąpię do testów, jak tylko zużyję część z otwartych kosmetyków, tak żeby bez wyrzutów sumienia otworzyć te cudeńka! :)

Ponadto są jeszcze trzy "drobiazgi", którymi chciałabym Wam się pochwalić. Po pierwsze - kosmetycznie - od mojej przyjaciółki, Doroty, dostałam na urodziny wymarzony pędzel do podkładu! Tym bardziej wymarzony, bo po pierwsze skunks, a po drugie z Maestro! Pędzel pochodzi ze Złotej Kolekcji i nosi nazwę Foundation. Kusi mnie jednak, żeby wypróbować go do różu Pixie Pink ze Sleeka, który jest dosyć mocno napigmentowany i, mimo, że zwykłym pędzlem do różu bez większych problemów sobie radzę, to jednak ciekawi mnie efekt skunksa ;)

W planach mam jeszcze zakup Maestro 143, również do podkładu. Uwielbiam pędzle z tej firmy - mam głównie kilka sztuk pędzli do malowania oczu, ale stopniowo zamierzam uzupełniać kolekcję o pędzle do twarzy.

Oto i on:
Maestro - Złota Kolekcja - foundation













No i jeszcze dwa niekosmetyczne prezenty od mojego Ukochanego...

Mój ogrzewacz :)
Po pierwsze... TERMOFOR! :) Cudowny, przesłodki, ubrany w śliczny sweterek, cieplutki termofor! Już go testowałam! Dogrzewałam nim zmarznięte ręce po tym, jak w moim pokoju nie wiedzieć czemu zrobiło się lodowato... Jak się później okazało - po przedświątecznym myciu okien, jakimś cudem jedno z nich było niedomknięte i po prostu wiało mi do pokoju... Taki szczegół, a taki upierdliwy! ;)

Charmsy - YES.
No i last but not least - kolejna zawieszka do mojej charmsowej bransoletki z YES. Wybór mojego Ukochanego padł na londyńskiego Big Bena. Lepszego wyboru dokonać nie mógł, bo Londyn wielbię szczerze całym swoim sercem i mam do tego miasta przeogromny sentyment! Dlatego sprawia mi ogromną radość obserwowanie Big Bena na moim nadgarstku! :)

A wy dałyście się przekonać do biżuteryjnego zbieractwa? Kolekcjonujecie charmsy albo pandorkowe kuleczki? Mi marzy się piękna Pandorka, ale to dopiero, jak uzupełnię moją charmsową bransoletkę o kilka kolejnych zawieszek - myślę, że najładniej będzie wyglądać maksymalnie z pięcioma zawieszkami, tak, żeby nie było naćkane ;)

K.
Czytaj dalej
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Blog template designed by SandDBlast