Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Batiste. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Batiste. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 23 grudnia 2014

Denko majowo-czerwcowo-lipcowe

Cześć Dziewczyny!
Przed Wami najbardziej wymęczony post roku! Bynajmniej nie dlatego, że jest w nim coś nieprzyjemnego, po prostu w okresie od maja do lipca uzbierało mi się tak gigantyczne denko, że ilekroć myślałam o opisywaniu tego wszystkiego, to od razu opadałam z sił, więc nie zdziwię się i nie obrażę, jeśli przeczytacie ten post tylko wybiórczo ;)) Mimo wszystko zapraszam! :)

za tym pierwszym rządkiem jest jeszcze drugi, mało widoczny ninja-rząd :D
A więc (nie zaczyna się zdania od "a więc" - wiem i nic sobie z tego nie robię! ;)), w okresie od maja do lipca nazbierałam chyba rekordową ilość pustych opakowań, co istotne - w dominującej większości są to kosmetyki, których używałam sama. Mój mężczyzna przyłączył się do zużywania żeli i balsamów do ciała - reszta to całkowicie moja zasługa! *dumny*


Tamtadaaaadaaaaammm... W tym czasie zużyłam aż 45 pełnowymiarowych produktów! O, pardon! 44, bo zmywacz był miniaturką! Pozwólcie jednak, że dla porządku ponumeruję wszystkie z produktów, zarówno te w pełnym wymiarze, jak i te miniaturowe :)


1. Żel pod prysznic o zapachu miodu lawendowego; Le Petit Marseillais (400 ml; ok.11-14 zł).
2. Żel pod prysznic Mango & Macadamia; Original Source (250 ml; ok.8-10 zł).
3. Żel pod prysznic Aromatherapy Eucalyptus & Spearmint; Bath & Body Works (250 ml; 49 zł).
4./5./6./7. Żele pod prysznic Melon Tango; Mango Mambo; Brazil Mango; Borówka (250 ml; ok. 1€).
Nie ma sensu rozpisywać się o każdym z żeli osobno, bo jeśli chodzi o właściwości, to każdy z nich jest pod tym względem podobny - świetnie oczyszczają skórę, nie podrażniają jej i nie powodują u mnie jej wysuszania. Po żele Original Source i Balea lubię sięgać regularnie i testuję na sobie praktycznie każdy wariant, który pojawia się w sklepach lub drogeriach internetowych. W przypadku OS miałam trochę przerwy, ale teraz staram się zużywać zapasy, więc kilka kolejnych wersji poszło w ruch (czego efekt zobaczycie w kolejnych miesiącach), jak na razie zużyłam wersję mango i makadamia, która była dosyć specyficzna, bo słodycz mango przełamywał orzech makadamia nieco prztłumiając owocową woń. W przypadku żeli Balea, w użyciu miałam przede wszystkim letnie wersje o cudnych zapachach arbuza, mango czy borówki - do każdej z nich z przyjemnością bym wróciła, gdyby nie były letnimi limitowankami.
Żel z Le Petit Marseillais o zapachu miodu lawendowego, to kosmetyk do którego z pewnością wrócę! Rewelacyjnie pachnie, cudownie działa na zmysły, dając wrażenie otulenia lawendą. Spotkanie koniecznie do powtórzenia! :)
Seria Aromatherapy z Bath&Body Works od dłuższego czasu należy do moich ulubionych, a żel miętowo-eukaliptusowy, to mój zdecydowany faworyt! Latem jest niezastąpiony ze względu na szalenie orzeźwiający i pobudzający zapach! O całej serii przeczytacie więcej TUTAJ.


8. Płyn micelarny SkinFuture; AA (250 ml; ok.20 zł).
Bardzo lubię stosować wszelkiego rodzaju płyny micelarne, ale jak dotąd, nigdy wcześniej nie miałam okazji korzystać z tych od AA, ale zawsze musi być ten pierwszy raz. Produkt z linii SkinFuture okazał się być bardzo przyzwoity, ponieważ był delikatny dla skóry i oczu, a także całkiem nieźle radził sobie ze zmywaniem makijażu. Lżejszy makijaż nie stanowił dla niego większego problemu, natomiast ten cięższy wymagał już trochę cierpliwości i sporo poprawek, mimo wszystko byłam z niego bardzo zadowolona, tym bardziej, że na cięższy makijaż pozwalam sobie rzadko. Na co dzień, jak najbardziej jest to płyn, któremu warto dać szansę. Jedyne do czego mogłabym się przyczepić, to relacja ceny do pojemności, ponieważ za 20 zł kupicie niemal dwa razy większy i znacznie skuteczniejszy płyn micelarny z Garniera, albo kilka miceli z BeBeauty, co niestety przemawia na niekorzyść AA. Gdyby nie to, pewnie raz na jakiś czas wracałabym do tej marki.

9. Płyn micelarny + peeling do demakijażu 2w1 Cera Mieszana; AA (200 ml; ok.13 zł).
Kolejny produkt z AA to kosmetyk, który tym razem miał łączyć w sobie cechy płynu micelarnego i peelingu, przy czym od razu zastrzegam, że nie jest to produkt, wyposażony w jakiekolwiek drobinki. W tym przypadku chodzi o skład kosmetyku, w którym znajdziemy kwas azelainowy, który teoretycznie ma być wybawieniem dla cer trądzikowych. Szczerze powiedziawszy, niestety nie odczułam jakichkolwiek wizualnych efektów stosowania tego produktu w roli tzw. peelingu. Z pewnością nie podrażniał mojej cery, ale nie zaobserwowałam również zmniejszenia wydzielania sebum czy ograniczenia powstawania zaskórników. Jeśli natomiast chodzi o oczyszczanie, to stosowałam go - zgodnie z zaleceniem producenta - jednynie na twarz, z pominięciem oczu. Tu poradził sobie całkiem skutecznie, ponieważ z powodzeniem pozbywał się resztek makijażu i dobrze służył mi kosmetyk do wstępnego demakijażu. Mimo wszystko, raczej już się nie spotkamy.

10. Płyn micelarny; BeBeauty (250 ml; ok.5 zł).
Krótko i treściwie - bardzo dobry płyn micelarny, który jest łagodny dla oczu i skóry, a przy tym świetnie radzi sobie z demakijażem. Zdecydowanie polecam i zdecydowanie będę do niego wracać! :)


11. Żel do mycia twarzy Purritin; Iwostin (150 ml; ok.25 zł).
Co do tego żelu mam mocno mieszane uczucia, ponieważ w zasadzie nie mam mu nic poważnego do zarzucenia, ale mimo wszystko niezbyt go polubiłam. Żel z serii Purritin całkiem nieźle sprawdził się w codziennej pielęgnacji mojej mieszanej cery, ponieważ skutecznie wspomagał mnie w porannym oczyszczaniu twarzy, a wieczorem stanowił jeden z kosmetyków, stosowanych podczas demakijażu. Sprawiał, że miałam wrażenie dobrze oczyszczonej skóry, a  przy tym absolutnie nie wysuszał jej i nie powodował uczucia ściągnięcia i wszystko byłoby super, gdyby nie fakt, że zupełnie nie przypadł mi do gustu jego zapach. Teoretycznie miało być neutralnie i chyba bezzapachowo, ale im bliżej było końca opakowania, tym bardziej się z tym kosmetykiem męczyłam, w związku z czym, końcówkę zużyłam do mycia pędzli. Szkoda, bo produkt sam w sobie jest dobry, ale jego zapach niestety skutecznie mnie do niego zniechęcił, w związku z czym powtórek nie będzie. Chyba, że trafi mi się jako gratis do kremu z tej serii, który raz na jakiś czas kupuję, wtedy przemyślę sprawę powrotu ze względu na skuteczność produktu.

12. Żel myjąco-peelingujący Youngy; Lirene (150 ml; ok.15 zł).
Żel z Lirene trafił do mnie w jednej z eriskowych paczek i w sumie muszę przyznać, że był to po prostu miły przyjemniaczek. Produkt nie wyróżnił się jakimiś szczególnymi właściwościami, ale dobrze wywiązywał się ze swojego zadania - skutecznie mył, a przy tym bardzo przyjemnie pachniał cytrusami. Na mocny i skuteczny peeling raczej bym nie liczyła, ale tak czy inaczej, masaż za sprawą drobinek, zawartych w żelu, należał raczej do tych przyjemnych i niezbyt drażniących. Być może jeszcze do niego wrócę.

13. Tonik nawilżająco-oczyszczający; Lirene (200 ml; ok.12 zł).
O tym produkcie pisałam już wielokrotnie i to nie tylko w recenzji (KLIK), ale również przy okazji denek, zakupów, czy ulubieńców. Najlepszy tonik, jakiego dotąd używałam. Czasami go zdradzam, bo jak to kobieta, jestem ciekawa innych kosmetyków, ale zawsze wracam do Lirene. 


14. Krem przeciwstarzeniowy z wyciągiem z dzikiej róży; AA Eco (50ml; ok. 40-50 zł).
O tym kremie napisałam Wam już więcej w recenzji (KLIK), wobec czego teraz przypomnę tylko tyle, że uważam go za dobry produkt, aczkolwiek mimo wszystko nie do końca dopasowany do mojej cery. Myślałam, że przechytrzę sama siebie, ale niestety krem był dla mnie odrobinę zbyt ciężki. Gdyby nie to, to chętnie sięgałabym po niego raz na jakiś czas.

15. Emulsja matująca Purritin; Iwostin (75ml; ok.30 zł)
I znowu - o tym produkcie również było już więcej na blogu (KLIK). Zdecydowanie warto go wypróbować, bo nie tylko nieźle matowi cerę, ale również dobrze o nią dba. Zużyłam już dwa opakowania i pewnie zużyję jeszcze kilka, tym bardziej, że krem, którego używam obecnie niestety nie dorównuje Iwostinowi do pięt.

16. Krem eliminujący zmiany trądzikowe Effaclar Duo; La Roche-Posay (40 ml; ok.50 zł).
Effaclar Duo zużywałam jeszcze w starej wersji, która według wielu osób niczym specjalnym się nie różni od obecnej, ulepszonej wersji ED+. Nie zmienia to jednak faktu, że nie byłam szczególnie oczarowana tym produktem. Regularnie stosowany na całą twarz, bardzo mi ją przesuszał, a punktowo zdawał się nie sprawdzać aż tak skutecznie, jak to większość recenzentek opisuje. Teoretycznie nieco wspomagał gojenie się wyprysków, ale też nieszczególnie zapobiegał powstawaniu kolejnych. Nie czuję się zachęcona do wypróbowania nowej wersji, ale niczego nie wykluczam. Na razie jednak wolę krem na noc z serii Liście Manuka od Ziaji.


17. Masło rewitalizujące; Pat&Rub (250 ml; 69 zł).
To masło było moim pierwszym tego typu produktem z Pat&Rub i muszę przyznać, że byłam z niego bardzo zadowolona. Fantastycznie nawilżało i odżywiało skórę, sprawiając, że jest miękka i gładka. W tym wariancie zapachowym zdecydowanie dominuje cytryna, ale dla mnie nie było to w żaden sposób przeszkodą. W użyciu mam jeszcze wersję orzeźwiającą, a w zapasach wersje rozgrzewającą i otulającą. Zdecydowanie lubię!

18. Rewitalizujący scrub do ciała; Pat&Rub (500 ml; 79 zł).
O scrubach z Pat&Rub naczytałam się mnóstwo dobrych rzeczy, ale szczerze powiedziawszy ja ze swojego nie byłam szczególnie zadowolona. Z jednej strony jego moc była w miarę zadowalająca, a nawilżenie i natłuszczenie skóry sprawiało, że spokojnie można sobie po nim darować użycie balsamu, ale jednocześnie był to dla mnie na tyle uciążliwy w stosowaniu, a jednocześnie średni w efektach produkt, że raczej nie zdecyduję się na kolejną sztukę. Więcej przeczytacie w recenzji TUTAJ.

19. Krem antycellulitowy na noc Cellu Slim Nuit; Elancyl (500 ml; ok. 90 zł).
Muszę przyznać, że rzadko polegam na produktach antycellulitowych, bo nie do końca wierzę w ich działanie. Owszem, dla spokojnego sumienia staram się uwzględniać je w regularnej pielęgnacji, ale jednocześnie pamiętam, że bez picia odpowiednich ilości wody, bez diety i aktywności fizycznej mojego cellulitu raczej nic z miejsca nie ruszy - i zwykle tak jest. Tym razem jednak okazało się, że krem Elancyl jest naprawdę skuteczny i widocznie napina skórę, sprawiając jednocześnie, że cellulit staje się nieco mniej zauważalny. Myślę, że w połączeniu z wyżej wymienionymi składnikami oraz odpowiednim sposobem masażu jest w stanie zdziałać naprawdę wiele, dlatego mam nadzieję, że uda mi się go upolować na jakiejś korzystnej promocji, bo choć cena trochę boli, to chciałabym do niego wrócić.


20. Balsam do ciała mango z linii Youngy; Lirene (400 ml; ok.15 zł).
Balsamy z linii mango należą do moich ulubionych smarowideł w codziennej pielęgnacji. Uwielbiam każdą dostępną wersję, ale mango stanowczo wybija się na prowadzenie ze względu na cudowny i orzeźwiający zapach! Jeśli chodzi o działanie pielęgnacyjne, to w moim przypadku jest ono bardzo dobre, ale znowu warto podkreślić, że moja skóra nie jest wyjątkowo wymagająca pod tym względem. Do codzinnej pielęgnacji jest super - nawilża i odżywia skórę, pomagając utrzymać ją w dobrej kondycji, natomiast jeśli moja skóra ma "awarię", wtedy sięgam po coś bardziej skondensowanego, zarówno w konsystencji, jak i działaniu. Balsamy Youngy zagościły w mojej łazience już po raz szósty, a to musi coś znaczyć! :)
21. Nawilżająco-odżywczy balsam do opalania Family SPF 20; Lirene (200 ml; ok.20 zł).
Filtry do ciała z Lirene zmieniają nazwy i opakowania jak rękawiczki, dlatego w tej chwili nie jestem nawet w stanie stwierdzić jak wygląda obecnie ten produkt. Tak czy inaczej, filtry z Lirene uważam za bardzo udane - stanowią dobrą ochronę dla skóry przy naszym polskim lecie (przypomnijcie sobie jak to było w wakacje :D). Warunkiem jest oczywiście reaplikacja produktu co kilka godzin i po każdej kąpieli. W tym roku używałam również jednej z późniejszych "wersji" filtru SPF 20 od Lirene i byłam równie zadowolona. W przyszłym roku również sięgnę po tę markę! :)
22. Wygładzający peeling do ciała Eucalyptus & Spearmint z serii Aromatherapy; Bath & Body Works (311g; 49 zł).
O tym peelingu miałam już okazję napisać więcej TUTAJ. Generalnie byłam z niego zadowolona, bo był niezłym, choć stosunkowo umiarkowanym zdzierakiem. Jego działanie oceniam na bardzo przyzwoite, nieziemski zapach jako ponadprzeciętny, ale cena jest niestety niezbyt akceptowalna. Sprawę ratuje trochę niezła wydajność produktu, ale nie zmienia to faktu, że w cenie regularnej raczej się na niego nie skuszę. Inna sprawa, że w Bath & Body Works zawsze są jakieś promocje, trzeba tylko zapolować na tę najbardziej korzystną ;)

23. Balsam do ciała Eucalyptus & Spearmint z serii Aromatherapy; Bath & Body Works (192g; 49 zł).
Balsam do ciała z serii miętowo-eukaliptusowej wyjątkowo ujął za serce mojego faceta. I chociaż ja również go lubię, to tym razem cały zapach (3 butelki!) jest własnością przede wszystkim mojego narzeczonego :D Produkt bardzo przyzwoicie nawilża skórę i pomaga utrzymać ją w dobrej kondycji. I znowu - moim zdaniem nie jest to produkt, po który należałoby sięgnąć w razie "awarii", ale jest to bardzo dobry balsam na co dzień. Więcej napisałam oczywiście w recenzji.


24. Rozgrzewający balsam do rąk; Pat&Rub (100ml; 39 zł).
Lubię balsamy do rąk z Pat&Rub, zdecydowanie! Uważam, że są warte swojej ceny, choć i tak zwykle kupuję je albo w promocji albo wykorzystując różne kupony rabatowe. Jak dotąd, używałam bodajże czterech wersji, z czego najsłabsza okazała się być wersja rewitalizująca. Ta rozgrzewająca, pachnąca imbirem była namiast bardzo zbliżona działaniem do bardzo udanej wersji otulającej (recenzja TU). Balsam świetnie sobie radził z nawilżaniem moich dłoni, nie tłuścił ich i szybko się wchłaniał, a jednocześnie zostawiał wrażenie "rękawiczki ochronnej" i poczucie nawilżonych i odżywionych dłoni. Wersja rozgrzewająca pod koniec nieco znudziła mnie swoim zapachem, dlatego na razie nie zdecyduję się na ten balsam ponownie, ale na pewno z przyjemnością będę korzystać z masła o tym zapachu :)
25. Zmywacz do paznokci; Isana (250ml; ok.7 zł).
Ten zmywacz jest moim ulubieńcem, ponieważ z każdym lakierem rozprawia się szybko i skutecznie. Kiedyś miałam z nim pewiem problem, ponieważ przesuszał trochę paznokcie, ale chwila przerwy i lepiej dobrana odżywka dobrze mi zrobiły, bo teraz to znowu mój numer 1. Jak na zmywacz z zawartością acetonu, naprawdę nie robi tragedii ani z paznokciami, ani ze skórkami. Warunkiem jest po prostu korzystanie z dobrej odżywki nawilżającej płytkę i regularne kremowanie dłoni.
26. Płyn do higieny intymnej z ekstraktem z kory dębu z linii Miss; Barwa (300 ml; ok.7 zł).
Chociaż płyn ten zawiera w składzie SLES, to mimo wszystko okazał się być dosyć delikatny dla skóry. Absolutnie nie podrażniał, dobrze oczyszczał, no i cóż - po prostu dobrze wywiązywał się ze swojego zadania. Na plus wygodne opakowanie i bardzo wysoka wydajność! Używałam go spokojnie około pół roku! Nie wykluczam ponownego spotkania, jeśli natknę się na niego gdzieś w markecie :)

27. Maska do włosów z proteinami kaszmiru i kolagenem; Bingo Spa (500 ml; ok.10 zł).
28. Maska do włosów z masłem shea i pięcioma algami; Bingo Spa (500 ml; ok.10 zł).
Uwielbiam maski do włosów z Bingo Spa! Są rewelacyjne i fantastycznie działają na moje włosy, dlatego zupełnie nie wiem, czemu wciąż częściej sięgam po maski Biowax, których działania nijak nie umiem zaobserwować na moich włosach. W przypadku Bingo Spa, obie wersje, które zużyłam świetnie odżywiały i nawilżały moje włosy, sprawiając, że są niesamowicie miękkie i gładkie. O miękkość lepiej dbała wersja z masłem shea i pięcioma algami, natomiast o gładkość wersja z kaszmirem i kolagenem. I jak tak patrzę na moje włosy teraz, to chyba zdecydowanie pora wrócić do Bingo Spa...


29. Szamon z 20% zawartością aloesu; Equilibra (250 ml; ok.18-20 zł).
Kiedyś te produkty były dostępne w Super-Pharm, teraz dawno ich już tam nie widziałam, ale wiem, że w internecie można wybierać wśród bogatej oferty marki. I warto to zrobić, a tym bardziej warto przymknąć oko na cenę, ponieważ szampon jest naprawdę skuteczny w oczyszczaniu włosów z codziennych zanieczyszczeń i resztek produktów stylizujących, ale również jest łagodny dla włosów i skóry głowy, dzięki bardzo wysokiej zawartości aloesu, który łagodzi działanie detergentu (ALS). To moja druga butelka i jak tylko zejdę trochę z zapasów, to z pewnością ponownie sięgnę po ten produkt, a także chętnie wypróbuję odżywki do włosów tej marki :)

30./31. Nawilżająca odżywka do włosów z mango i aloesem; Balea (250 ml; ok.1 euro).
Skoro już jesteśmy na dobre w temacie włosów, to zdecydowanie mogę Wam polecić również odżywkę z mango i aloesem z Balea. Cudownie pachnie i skutecznie pielęgnuje włosów. Nie jest to może produkt, którym ratowałabym mocno zniszczone włosy (tu należałoby sięgnąć raczej po maski i oleje), ale za to jest świetna do codziennej pielęgnacji. Dobrze nawilża włosy, nie obciąża ich, a jednocześnie nie podrażnia skóry głowy. Będąc w Chorwacji skusiłam się na jeszcze jedną butelkę na zapas :)
32. Suchy szampon do włosów Wild; Batiste (ok.15 zł/szt.).
Uwielbiam Batiste i w każdym moim denku pojawia się przynajmniej jedna butelka tego produktu. To powinno mówić samo za siebie. Po szczegóły zapraszam do recenzji TUTAJ.
33. Jedwab w płynie Green Pharmacy; Elfa Pharm (30 ml; ok.9 zł).
Jedwab z Green Pharmacy, to zdecydowanie jeden z lepszych tego typu produktów, które trafiły w moje ręcej. Z jednej strony wydaje mi się, że nie widzę znacznych różnic pomiędzy wszystkimi jedwabiami, a z drugiej strony - z perspektywy czasu uważam, że GP i CHI, to dwa najlepsze tego typu sera na końcówki, jakich dotąd używałam. Wielki plus dla Green Pharmacy za wygodne opakowanie, dobrą cenę, brak alkoholu w składzie, a także za zawartość ekstraktu z aloesu (czwarte miejsce w składzie). Na pewno spotkamy się ponownie!


34. Miniaturka tuszu do rzęs Mascara Infinito; Collistar (pełnowymiarowy produkt: 11 ml; 65 zł).
Tak udanych miniatur życzyłabym sobie dostawać częściej. Jeśli pełnowymiarowy produkt jest tak samo dobry, to byłabym skłonna skusić się na jego zakup, pomimo wysokiej ceny. Fantastyczna szczoteczka, formuła pięknie podkreślająca rzęsy, zero sklejania i łatwość stopniowania efektu. Bliski ideałowi! :)

35./36. Podkład mineralny w odcieniu China Doll i Warm Peach; Lily Lolo (10g; 72,90 zł).
Zużyłam już trzy opakowania podkładów mineralnych z Lily Lolo, w tym dwa opakowania odcienia China Doll. Byłam z nich bardzo mocno zadowolona i to dzięki nim na dobre przerzuciłam się na stosowanie minerałów. Pewnie sięgałabym po nie nadal, gdyby nie udane spotkanie z formułą matującą podkładów z Annabelle Minerals. Lily Lolo nadal bardzo lubię, ale chwilowo mamy od siebie przerwę. Nie wykluczone jednak, że jeszcze się spotkamy :) Rozbudowaną opinię na ich temat przeczytacie w recenzji TUTAJ.
37. Korektor Cream To Powder Concealer w odcieniu Ivory; Alverde (ok.2g; ok.2 euro).
Bardzo polubiłam się zarówno z korektorem, jak i z kamuflażem z Alverde. Oba okazały się być produktami, które świetnie sobie radzą zarówno z lekkimi cieniami pod oczami, jak i z nieco większymi wypryskami. Oczywiście nic nie zastąpi pięknej, zdrowej i gładkiej cery, ale niestety nie wszyscy mogą się taką poszczycić. O dziwo, uważam, że korektor sprawdzał się u mnie lepiej, niż kamuflaż, dlatego planuję powrót właśnie do Cream to Powder Concealer jak tylko wykończę wspomniany kamuflaż. Po Nowym Roku postaram się też wrzucić na blog recenzje obu produktów. Jeśli natomiast chcecie porównanie posiadanych przeze mnie kolorów, to dajcie znać w komentarzach - mogę wrzucić je na fanpage bloga :)
38. Kredka do oczu Linea Automatic Eyeliner w odcieniu Brown Glam; Paese (19,90 zł/szt.).
Jak już wspominałam w ostatniej zbiorczej recenzji kredek do oczu (KLIK), kredka Linea z Paese należy do ścisłej czołówki moich kredkowych ulubieńców. Ma przepiękny kolor, bardzo dobrą trwałość i wygodną formułę. Mam już kolejną i na pewno jeszcze nie raz zagości w mojej kosmetyczce!

39. Kredka do oczu Eye_matic 2; Pierre René w kolorze brązowym (ok. 11 zł/szt.).
Kredka Eye_matic, to w moim odczuciu kolejny świetny produkt do oczu (więcej o kredce TUTAJ). Może nie jest tak dobra jak Paese, ale również mocno się polubiłyśmy. W zasadzie ma wszystki te same cechy, które ma Paese, ale jedyne co je ciut różni, to kolor, który nieco bardziej podoba mi się w przypadku kredki Linea. Tak czy inaczej, z Eye_matic byłam również bardzo zadowolona, więc śmiało możecie sięgać po brąz z tej serii! :)


40. Rokitnikowa pomadka ochronna o zapachu cynamonu; Sylveco (ok. 8 zł/szt.).
Marka Sylveco cieszy się bardzo dobrymi opiniami wśród blogerek, ale ja jak dotąd miałam do czynienia tylko z jedną jedyną pomadką. Byłam z niej bardzo zadowolona, choć zapachem na pewno nie przypominała cynamonu (Michał twierdził, że pachnie jak kaszanka :D). Średni zapach wynagradzało mi za to bardzo dobre działanie pomadki, która świetnie pielęgnowała moje usta i dbała o ich dobrą kondycję. Więcej przeczytacie o niej w recenzji KLIK.
41. Miniaturka zmywacza do paznokci; Inglot (pełnowymiarowy produkt - 100 ml; 14 zł).
Tę miniaturkę dostałam kiedyś do zakupów w Inglocie i uznałam, że będzie niezła na podróże. Zmywacz okazał się być dosyć przyzwoity, ale mam wobec niego dosyć mieszane uczucia, ponieważ bardzo wolno pozbywał się resztek lakieru, nawet takiego, który był już mocno poodpryskiwany. Na jego plus świadczy jednak to, że ma naprawdę niezły skład, jak na tego typu produkt, ponieważ nie ma acetonu, za to zawiera olej sojowy i olejek rycynowy. Znajdziemy w nim również parafinę, ale akurat w przypadku zmywacza, to raczej żadna tragedia. Jedno jest pewne - nigdy nie wysuszył mi ani skórek, ani paznokci, a nawet powiedziałabym, że po zmywaniu miałam wrażenie, że cała okolica paznokcia jest solidnie natłuszczona, jeśli więc zależy Wam na zmywaczu, który lepiej zadba o paznokcie i macie trochę większe pokłady cierpliwości, niż ja, to warto wypróbować produkt z Inglota.
43. Miniaturka odżywki nawilżającej; Equilibra (pełnowymiarowy produkt - 200 ml; ok.18-20 zł).
Na jednym ze spotkań otrzymałam dwie malutkie tubki tej odżywki, ale obie czekały na jakiś krótki weekendowy wyjazd, dlatego jedną zużyłam dużo wcześniej. Generalnie trudno ocenić całościowe działanie po dwóch użyciach, ale na pewno pierwsze wrażenia są na tyle dobre, że chętnie wypróbuję pełnowymiarowy produkt, tym bardziej, że ponownie bardzo wysoko składzie znajdziemy ekstrakt z aloesu, który jest jednym z lepszych nawilżaczy.


*Próbka wzmacniającego szamponu do włosów; Equilibra.
Słowem podsumowania - zupełnie go nie pamiętam, wobec czego raczej nie kupię pełnowymiarowego opakowania. Na pewno sięgnę jednak po jego aloesowego brata.
44./45./46. Peeling, maska oczyszczająca i maska nawilżająca z linii Siarkowa Moc; Barwa (2x5 ml; ok. 3,50 zł za saszetkę).
Jeśli chodzi o te maski, to pamiętam, że okazały się być całkiem przyzwoite. Chciałabym napisać Wam o nich coś więcej, ale nie mam przy sobie notatnika, w którym zapisałam uwagi na ich temat. Spróbuję zrobić na ich temat osobny post, bo o takich saszetkowych maskach warto zawsze wiedzieć coś więcej :)
47. Skarpetki złuszczające; Magic Foot Peel (50 zł/para).
W okresie wiosenno-letnim, kiedy nieuchronnie zbliża się pora odkrytych stóp wiele z nas przypomina sobie o ich istnieniu i obowiązku odpowiedniej pielęgnacji poza codzienną kąpielą (:D), jednak po zimie zwykle okazuje się, że szczególnie nasze pięty pozostawiają wiele do życzenia. Tym razem sięgnęłam po chwalone skarpetki złuszczajace Magic Foot Peel i przyznam szczerze, że była jednocześnie zachwycona i przerażona efektami. Po całym zabiegu miałam niesamowicie gładkie i miękkie stopy, a kondycja skóry na moich piętach uległa znacznej poprawie. Dla tego efektu trzeba jednak przetrwać wcześniejszą totalną apokalipsę i zrzucanie starego naskórka w ilościach hurtowych. Ten produkt również zasługuje na pełną recenzję, więc postaram się odgrzebać zdjęcia, również te drastyczne i napisać Wam o nich więcej! :)

***
Uff! Cieszę się, że w końcu, w końcu skończyłam chociaż ten post denkowy przed końcem roku! Próbowałam go wymęczyć chyba od października, co prowadzi do wniosku, że następnym razem powinnam sobie to podzielić na kilka mniejszych postów, albo zwyczajnie pisać mniej... Ale jaki wtedy byłby sens w pokazywaniu pustego opakowania bez kilku zdań komentarza? ;))

Mam nadzieję, że jest ktoś, kto dobrnął do końca, a nawet jeśli nie, to że każda z Was znalazła sobie tu jakiś punkt zaczepienia i są produkty, o których chciałybyście wiedzieć więcej. Jeśli o czymś nie pisała, a chciałybyście o tym przeczytać, to dajcie znać! Zobaczymy co da się zrobić! :)
Karotka

Czytaj dalej

poniedziałek, 29 września 2014

Lipcowe nowości

Cześć Dziewczyny!

Były czerwcowe nowości, było kwietniowe denko (:D), pora więc ruszać dalej z nadrabianiem blogowych zaległości. Przyszła pora na lipcowe nowości - a co! :))


Jeśli wezmę dobry rozpęd, to jest szansa, że może już w październiku wyjdę na prostą... Trzymajcie kciuki!


Jak widać, ponownie uległam wyprzedażowemu szaleństwu w Bath & Body Works. Tak naprawdę chciejstwami są tylko mgiełka Forever Red Vanilla Rum i miniaturki kosmetyków - odżywek do włosów w wersji pomarańcza i imbir (czerwona tubka) oraz mięta z eukaliptusem (zielona tubka), a także mini żelu i mini balsamu do ciała o zapachu wanilii z rumiankiem. Teoretycznie nie są mi one szczególnie potrzebne, ale tak naprawdę tego typu miniatury po prostu przydają się na krótkich wyjazdach, a skoro kosztowały tylko 5 zł za sztukę... Pozostałe produkty, to po prostu zapas piankowych mydełek (i jedno z drobinkami), a także żeli i balsamów z serii Aromatherapy Eucalyptus & Spearmint (to nasza ulubiona seria z BBW! Recenzja TUTAJ). Do tego dorzuciłam też żel pod prysznic i balsam Twilight Woods, które już kiedyś miałam, ale lubię nosić ten zapach jesienią.


W okresie urlopowym oczywiście przydają się filtry i produkty po opalaniu. Produkty Kolastyny - nawilżający balsam po opalaniu, filtr SPF30 z przyspieszaczem opalania oraz sam przyspieszacz opalania kupiłam w trakcie urlopu na działce, kiedy trafiły mi się w korzystnych cenach, ale najbardziej polubiłam sam przyspieszacz. Jeśli natomiast chodzi o produkty po opalaniu, to skusiłam się na nowości z AA, czyli piankę po opalaniu oraz mgiełkę z drobinkami, która okazała się moim absolutnym hitem. Niedługo postaram się napisać Wam o niej więcej, bo myślę, że sprawdzi się w każdym czasie :)


O ile jeszcze pamiętacie, w lipcu Biedronka uraczyła nas świetną gazetką kosmetyczną, w której znalazły się m.in. suche szampony Batiste, które - na pewno to wiecie - szczerze uwielbiam (recenzja KLIK)! Wybrałam dwa zapachy, których jeszcze nie używałam (Fresh i Original) oraz dużą wersję mojego ulubionego wariantu (Blush). Oprócz tego, zdecydowałam się również na mocno chwalony płyn micelarny z Garniera (potwierdzam - jest świetny!) oraz duet szampon i odżywkę z Ultra Doux o zapachu lawendy i róży.


W trakcie trwania tej samej promocji skusiłam się również na dwie pary skarpetek złuszczających marki Purederm oraz plastry na zniszczone pięty z zawartością olejku jojoba. Na razie nie testowałam żadnego z produktów,bo nie chciałam gubić skóry na urlopie, ani straszyć wiórkami w odkrytych butach, ale teraz już powoli przestawiam się na w pełni zakryte buty, więc może to dobry moment (w końcu przygotowałam sobie jesienne botki, tj. wymieniłam fleki, jeszcze przed sezonem! jestem z siebie dumna! :D).


Na malinową odżywkę do włosów Angry Birds by Lumene miałam ochotę od dłuższego czasu. Nie dość, że totalnie poleciałam na to opakowanie, to jeszcze naczytałam się dobrych opinii. Traf chciał, że trafiłam na nią całkowicie przypadkiem na zakupach w Carrefourze. Cenowo okazała się nawet nieco tańsza, niż gdybym zamawiała ją przez internet. A skoro wzięłam odżywkę, to dobrałam od razu szampon do kompletu. Co poradzę, mam słabość do tych wściekłych ptasiorów :)


O peelingu solnym z Clareny mogłyście już przeczytać w recenzji (KLIK), a za jakiś czas pojawi się również w denku, bo właśnie kilka dni temu wykorzystałam ostatnią porcję. Byłam z niego bardzo zadowolona i pewnie jeszcze do niego wrócę, a przy okazji zgarnę pewnie również jego cukrowego, kawowego brata :)

Krem do rąk z Palmers, to całkowicie przypadkowy zakup. Umówiłam się na spotkanie, wzięłam małą torebkę, w której - jak się okazało - nie miałam kremu do rąk, a w tym czasie miałam akurat dość spore problemu z przesuszającą się skórą dłoni. Co więc robi kobieta bez kremu do rąk? Idzie do drogerii, oczywiście. Zakup ten okazał się być całkiem trafiony, bo krem naprawdę nieźle nawilża i natłuszcza dłonie. Chętnie sięgnę również po dwa inne warianty, które widziałam wtedy na półce :)


Powyższy zestaw z The Body Shop, czyli masło do ciała i żel pod prysznic o zapachu passiflory, to mój imieninowy prezent od Sylwii! Już od pewnego czasu obdarowujemy się prezentami z różnych okazji, ale przyznam, że to nadal jest miłe zaskoczenie i bardzo przyjemna niespodzianka. Sylwia, jeszcze raz dziękuję! Trafiłaś w 10 z zapachem! :)


Od Marty również dostałam dosyć niespodziewaną przesyłkę! Umawiałyśmy się tylko na odlewkę kremu CC z Lumene, tak dla wypróbowania, a tymczasem Marta sprawiła mi nie lada przyjemność, ponieważ do odlewki dołączyła również pomadkę z Make Up Revolution w odcieniu Bliss, piękny holograficzny lakier Colour Alike Niebieskie Migdały (to właśnie nazwa, nadana mu przez Kaczkę! :)), a także mini wersję płynu micelarnego z Tołpy (świetny!). Marta, jeszcze raz baaaaardzo Ci dziękuję :*


Bronzer z wiosennej kolekcji ArtDeco - Jungle Fever - chodził za mą odkąd w maju miałam przyjemność uczestniczyć w warsztatach makijażowych, organizowanych przez tę markę. W końcu uległam i kupiłam to cudeńko. Teraz tylko szkoda mi go regularnie używać, bo uwielbiam zerkać na tę piękną fakturę z ważką ;))

Skoro jesteśmy przy ArtDeco, od marki otrzymałam również przesyłkę z hitami i nowościami. Wśród nich znalazł się piękny zielony liner, dwie pomadki w - jak dla mnie - dość jesiennych odcieniach (więc teraz będą jak znalazł!), kultową bazę pod cienie oraz cień, również pochodzący z kolekcji Jungle Fever. Oprócz tego, w przesyłce znalazłam również upominek z Revlonu - krem BB z linii Photoready oraz upominek od Misslyn, czyli dwa lakiery (ten różowy, to kolorystycznie prawie idealny zamiennik Watermelona :)). Wkrótce postaram się o bliższe prezentacje i recenzje tych cudeniek :)


No i na koniec jeszcze jedna gromadka przyjemniaczków... Po pierwsze - różany błyszczyk do ust z Pat&Rub oraz lakier Color Club w odcieniu Jackie Oh!, kupione na blogowej wyprzedaży u Sylwii. Po drugie róż BeBeauty, czyli tak naprawdę Bell, kupiony za grosze w Biedronce. Po trzecie, wygrany u Marti mini liner They're Real Push-Up Liner, czyli nowość z Benefitu. I po czwarte, moje piękne MACowe pomadki, czyli Plumful, Chatterbox i Speed Dial. Czaiłam się na nie od pewnego czasu i w końcu postanowiłam sobie sprawić imieninowy prezent. Jestem z nich bardzo zadowolona, szczególnie ze słynnej Plumful! :)

***
Jak tak sobie teraz spojrzałam na te zdjęcia... No kurcze, ja się chyba jednak nigdy nie wygrzebię z tych zaległości! Przecież mam tyle pięknej kolorówki, którą warto by Wam pokazać z bliska, że to aż wstyd, że jeszcze tego nie zrobiłam... ;) No cóż... Muszę jeszcze trochę popracować na lepszym stanem cery (bo ostatnio dzieje się z nią tragedia!) i zrobię zdjęcia tych cudaków na twarzy. Macie pełne przyzwolenie na poganianie mnie ;)

No i standardowo - jeśli cokolwiek macie, miałyście, albo Wam się marzy, to koniecznie dzielcie się swoim zdaniem w komentarzu! :)
Karotka
Czytaj dalej

piątek, 26 września 2014

Kwietniowe denko

Cześć Dziewczyny!

Jak już wspominałam kilka postów temu - w tym roku mianuję się królową blogowych zaległości - wobec czego, żeby po raz kolejny uczcić ten tytuł, przybywam do Was (z planety Nieregularność) z podsumowaniem i krótkimi recenzjami produktów zużytych... w kwietniu :D


Taaak, możecie się śmiać, ale przed Wami jeszcze denka od maja do września, więc ten tego... Przygotujcie się na mnóóóóóstwo czytania, bo nie odpuszczę! ;) Posty denkowe, to tradycja mojego bloga i często są dla mnie świetną okazją, żeby krótko zrecenzować produkty, o których nie warto się rozpisywać w osobnych postach, a jednak warto coś o nich wiedzieć. Czasami są też okazją do przypomnienia o moich ulubieńcach, czy odkryciach. Pomijając powyższe argumenty, kiedy mam wiedzieć lepiej czy produkt się sprawdził, jeśli nie po zużyciu całego opakowania? :))


Wobec powyższego, życzę Wam miłego czytania! Na początek krótkie i nieduże denko kwietniowe, kiedy to zużyłam/liśmy 9 produktów :)


1. Balsam do ciała Intensywna Regeneracja; Lirene (400ml; ok.16-18 zł).
Ten balsam zdecydowanie przypadł do gustu zarówno mi, jak i mojemu facetowi. Bardzo dobrze sprawdzał się jako codzienny nawilżacz. Nie zostawiał tłustej warstwy, ale jednocześnie dawał poczucie dobrze odżywionej skóry. Pełną recenzję znajdziecie TUTAJ. Myślę, że jeszcze nie raz będziemy wracać do tego produktu.

Aktualnie używam: Lirene Youngy balsam z jabłkiem;

2. Pianka do mycia rąk Sea Island Cotton; Bath & Body Works (259 ml; cena regularna 29 zł).
Z pewnością stałe czytelniczki mojego bloga wiedzą, że bardzo lubię pianki z BBW i goszczą one regularnie w mojej łazience. Nie wysuszają moich dłoni, dobrze ją oczyszczają, a do tego przyjemnie pachną. Najchętniej zaopatruję się w nie podczas wyprzedaży, dzięki czemu płacę za nie często ok.10-15 zł. Oczywiście mam zrobiony zapas :) Recenzję innego wariantu zapachowego znajdziecie TUTAJ.

Aktualnie używam: Bath & Body Works pianka do mycia rąk Dancing Waters;


3. Woda termalna; Uriage (150 ml; ok. 15 zł).
Ten produkt zna i chwali dobre pół blogosfery - i bardzo słusznie! Ja również jestem zachwycona tą wodą termalną i właściwie to dzięki niej polubiłam tego rodzaju produkty i na stałe włączyłam je do pielęgnacji. Jej działanie trudno opisać w kilku słowach, bo i trudno jest je w ogóle w słowa ująć, dlatego odsyłam Was do pełnej recenzji TUTAJ :) Już mam jedną buteleczkę w zapasie!

Aktualnie używam: woda termalna z Avene;

4. Błotna maska oczyszczająca z algami; Organic Shop (75 ml; 16,90 zł).
Po tę maskę sięgnęłam z ciekawości i poniekąd w ramach urozmaicenia swojej pielęgnacji. Zwykle sięgam po maski oczyszczające z glinkami, a tym razem sięgnęłam po wersję błotną, która sprawdziła się równie dobrze. Generalnie byłam zadowolona i chętnie do niej wrócę, a ponieważ chcę Wam napisać o niej trochę więcej, to w tej chwili nie będę pisać więcej, niż to, że po prostu warto ją wypróbować :)

Aktualnie używam: oczyszczająca maska błotna z Himalaya Herbals;


5. Antyperspirant w kulce Clear Diamond; Rexona (50 ml; ok.10 zł).
Jeśli chodzi o antyperspiranty, to Rexona sprawdza się u mnie zdecydowanie najlepiej i to właśnie po tę markę sięgam najczęściej i najchętniej. Po prostu najskuteczniej chroni mnie przed nieprzyjemnym zapachem i nieestetycznymi plamami. Co tu więcej tłumaczyć... Wracam do niej regularnie i ta wersja nie różniła się szczególnie od innych Rexon, których dotychczas używałam :)

Aktualnie używam: antyperspirant w kulce Aloe Vera z Rexony;

6. Suchy szampon Wild; Batiste (50 ml; ok.8zł, ten wariant dostępny tylko w zestawie trzech miniaturek za 19,90 zł).
Suche szampony z Batiste, to mój absolutny must have. Mam spory zapas, który stale jest uzupełniany, zarówno jeśli chodzi o wersje mini, jak i pełny wymiar. Batiste świetnie odświeżają włosy i regularnie ratują mnie w sytuacjach podbramkowych. Więcej znajdziecie TU.

Aktualnie używam: suchy szampon Batiste z l-argininą;

7. Regenerująca maseczka do stóp Feet Up Advanced; Oriflame (100 ml; cena regularna 25,90 zł).
Uwielbiam tę maskę! Tak po prostu! Rewelacyjnie nawilża, odżywia i zmiękcza stopy, a w połączeniu z masażem sprawdza się wręcz idealnie. Powinna być sprzedawana obowiązkowo w komplecie z masażystą i skarpetami frotte :D Muszę ją znowu kupić! :)


8. Tusz do rzęs Catchy Eyes; Gosh (30-45 zł/szt.).
Ten tusz bardzo długo czekał na swoją kolej. Czytałam o nim wiele pozytywnych opinii, a jednocześnie trochę bałam się, że po prostu się zawiodę. I na początku rzeczywiście tak było, bo tusz był dość rzadki i dawał dosyć słaby efekt, jednak jak tylko trochę podsechł, zmienił się nie do poznania. Świetnie pogrubiał i wydłużał rzęsy, a do tego pozwalał na stopniowanie efektu. Aktualnie jest jednym z moich ulubionych tuszy i na pewno będę do niego wracać. Już wróciłam! :)

Aktualnie używam: m.in. ten sam produkt;

9. Kredka do oczu Glimmerstick Cosmic; Avon (cena regularna - 22 zł/szt.).
Zdaje się, że ta kredka była akurat czarna, ale nie zmienia to faktu, że Glimmersticki zużywam ostatnio jak szalona! Pierwsza z tych kredek trafiła do mnie jako upominek od jednej z koleżanek blogerek i od tej pory pokochałam je szczerą miłością. Kupuję je zawsze (i w różnych kolorach), kiedy tylko mam okazję. Świetnie wyglądają na powiekach, dobrze się trzymają i mają przyjemnie rozświetlające drobinki. Regularnie do nich wracam, w różnych wariantach :)

Aktualnie używam: m.in. brązowa kredka do oczu Misslyn;

***
Jeśli chodzi o podsumowanie kwietnia, to by było na tyle. Kolejna część będzie obejmować denka od maja do lipca, więc będę miała z nią dużo więcej roboty, a Wy potem czytania, ale póki co - jak zawsze - dajcie znać czy znacie i lubicie produkty, które dzisiaj opisałam. Jakie macie z nimi doświadczenia? :)
Karotka
Czytaj dalej

środa, 23 kwietnia 2014

Marcowe denko

Cześć Dziewczyny!
Znowu pojawiam się z postem denkowym, tym razem marcowym i w końcu, w końcu będę na bieżąco! W ubiegłym miesiącu wykończyłam 13 produktów. Znowu poszło mi całkiem przyzwoicie. Jeśli chcecie dowiedzieć się czegoś więcej o tych produktach, to oczywiście zapraszam dalej! :)


Poprzednie posty denkowe znajdziecie TUTAJ (styczeń) i TUTAJ (luty).

***


1. Antyperspirant w sprayu; Cotton; Rexona (ok.15 zł/szt.).
Wielokrotnie już Wam pisałam, że antyperspirantem, który najlepiej się u mnie sprawdza jest Rexona. Zazwyczaj preferuję formę kulki, ale dezodorant też spisuje się całkiem dobrze. Co tu dużo gadać, antyperspiranty z Rexony pozwalają mi czuć się pewnie i najdłużej chronią przed poceniem i przykrym zapachem ;) Nie zauważyłam, żeby którakolwiek z dotychczas stosowanych wersji podrażniła lub wysuszyła mi skórę, więc tym bardziej jestem zadowolona z działania tych produktów, dlatego stale do nich wracam.

Aktualnie używam: antyperspirant w kulce Rexona

2. Krem antycellulitowy; Gerovital Plant (200ml; ok.15-20 zł).
Czytałam wiele pochlebnych opinii na temat tego kremu antycellulitowego, ale nie zaobserwowałam u siebie większych efektów. Oczywiście przyjemnie wygładzał skórę i sprawiał, że była przyjemna i miękka w dotyku, ale nie zaobserwowałam u siebie jakiegoś szczególnego napięcia, ani przynajmniej optycznego zmniejszenia widoczności cellulitu. Na pewno nie ułatwiło mu zadania to, że dopiero pod koniec jego stosowania zaczęłam ćwiczyć, więc trudno byłoby uzyskać bardziej spektakularne efekty. Na razie nie planuję powrotu, ale może jeszcze kiedyś dam mu szansę.
Aktualnie używam: krem antycellulitowy Cellu Slim na noc z Elancyl;
3. Wiśniowo-migdałowy żel pod prysznic; Balea (ok.1 euro/300ml).
O żelach z Balea wspominałam już wielokrotnie! Lubię je za to, że nie wysuszają mojej skóry, dobrze ją oczyszczają i pięknie pachną. Więcej od żelu nie oczekuję, więc chętnie do nich wracam w różnych możliwych wariantach :)
Aktualnie używam: borówkowy żel pod prysznic z Balea;


4. Suchy szampon do włosów w wersji koloryzowanej dla szatynek Medium & Brunette (200 ml; 16,99 zł).
To kolejny produkt, który przewija się przez moje posty denkowe w ilościach niemal hurtowych! Powoli wykańczam pierwszą zmianę moich Batiste, które dokładnie opisywałam TUTAJ, więc jeśli chcecie przeczytać moją pełną opinię, to koniecznie zajrzyjcie do podlinkowanego posta. Wersja koloryzowana, to jedna z moich ulubionych! Powtórzę się, z moim nieznośnym spóźnialstwem jestem wiecznie w niedoczasie, więc Batiste ratował mnie już wiele, wiele razy. Wersja koloryzowana jest o tyle ciekawsza, że pozwala zaoszczędzieć jeszcze więcej czasu (w końcu rano każda minuta się liczy! :)), dzięki temu, że nie zostawia białego nalotu, który trzeba wmasować. Produkt ekspresowo odświeża włosy i fryzurę i nie wymaga zbyt wiele uwagi. Choć używam różnych wersji Batiste, to ta i tak jest moim numerem 1 i mam już jej kolejną butelkę! :)

Aktualnie używam: Batiste w wersji Wild;
5. Maska do włosów suchych i łamiących się z ekstratami z winogron i awokado; Alverde (100 ml; ok.3 euro).
Tę maskę opisywałam dokładniej wczoraj (KLIK). Niestety na moich włosach zachowywała się jak zwykła odżywka i to dość przeciętna, dlatego nie zamierzam do niej wracać. Bo co mi po miękkich, ale napuszonych włosach... ;)
Aktualnie używam: maska do włosów z morelą i trawą cytrynową z Alverde;

6. Peeling myjący; Anti Acne; Under Twenty (150 ml; ok.15 zł).
Po ten produkt sięgnęłam ze sporą dozą sceptycyzmu, ale okazł się być naprawdę udaną alternatywą dla zwykłych żeli do mycia twarzy. Dzięki zawartości drobinek ścierających, zauważalnie wygładzał skórę, ale jednocześnie nie był na tyle mocny, żeby nie nadawać się do codziennego stosowania. Dobrze oczyszczał skórę i nie przesuszył jej. Generalnie jestem na tak, choć nie sądzę, żebym włączyła go stałej pielęgnacji. Pełną recenzję znajdziecie TUTAJ.
Aktualnie używam: żel do mycia twarzy z linii Purritin z Iwostin;
7. Lekki krem głęboko nawilżający Vita-Sensilium; Pharmaceris A (50 ml; ok.35-40 zł).
I znowu - mój hit pielęgnacyjny! Zakochałam się w tym kremie tak bardzo, że - choć aktualnie staram się zużywać inne produkty - czuję się bez niego jak bez ręki! Fantastycznie nawilża moją skórę, a jednocześnie nie daje jej się "przejeść", dzięki czemu nie wzmaga błyszczenia. Jest dla mnie totalnym pewniakiem, jeśli chcę zachować równowagę między działaniem matującym kremu na dzień i działaniem nawilżająco-odżywczym kremu na noc. Dodatkowo, uwielbiam po niego sięgać jeśli zmywam makijaż na kilka godzin przed snem, ale nie chcę używać jeszcze bardzo treściwego kremu na noc. Pharmaceris sprawdza się u mnie w każdej roli - na dzień, w ciągu dnia, na noc. Zużyłam już trzy opakowania i znowu kupiłam kolejne. Tak na wszelki wypadek. Pełną recenzję znajdziecie TUTAJ.

Aktualnie używam: krem przeciwzmarszczkowy Dzika Róża z AA Eco (warto już powoli zacząć działać profilaktycznie);
8. Płyn micelarny; Lirene (200 ml; ok.10-12 zł).
Lubię markę Lirene i mam wielu ulubieńców wśród produktów przez nią oferowanych, ale płyny micelarne, to jest coś, co bardzo u nich kuleje. Jak dla mnie, każdy jeden jest bardzo przeciętny i ledwo radzi sobie ze zmywaniem makijażu twarzy, a co dopiero gdy przychodzi do demakijażu oczu... Zużyłam dwa, czy trzy różne micele tej marki i z żadnego nie byłam zadowolona. Jeszcze jeden czeka na mnie w szufladzie z zapasami, ale nie patrzę na niego zbyt przychylnie. Generalnie odradzam, ja sama będę się od nich trzymać z daleka w miarę możliwości. Nad tymi produktami Lirene musi jeszcze mocno popracować! :)

Aktualnie używam: płyn micelarny BeBeauty z Biedronki;
9. Dwufazowy płyn do demakijażu; Lirene (100 ml; ok.12 zł).
Ta dwufazówka całkowicie zmieniła moje postrzeganie tego typu produktów do demakijażu! Wcześniej kojarzyły mi się z tłustą warstwą i mgłą na oczach, ale ten produkt jest zupełnie inny! Uważam, że to absolutnie najlepszy płyn dwufazowy, jakiego do tej pory używałam i zużyłam już kilka jego buteleczek! Jest naprawdę świetny, szybki i skuteczny, więc przewiduję długi i satysfakcjonujący związek. Teraz zrobiłam chwilowy powrót do miceli, ale Lirene na pewno wkrótce znowu wpadnie do mojego koszyka! TUTAJ znajdziecie moją recenzję, napisaną po zużyciu pierwszej buteleczki. Teraz piałabym z zachwytu jeszcze głośniej! ;)

Aktualnie używam: płyn micelarny BeBeauty z Biedronki;


10. Czyścik do twarzy Bûche de Noël; LUSH (100g; ok.6,5 funta).
Bûche de Noël, to kolejny czyścik z Lush, który miałam okazję wypróbować. Choć był przyjemny w stosowaniu i miał niezłe działanie oczyszczające, to jednak w zestawieniu z fantastycznym Let The Good Times Roll wypadł dosyć blado. Raczej do niego nie wrócę. Pełną recenzję znajdziecie TUTAJ.

Aktualnie używam: żel do mycia twarzy z serii Purritin od Iwostin;

11. Krem do twarzy z kwasem pirogronowym i azaleinowym; Clarena (50 ml; ok.80 zł).
Ten krem był moim absolutnym hitem pielęgnacyjnym, jeśli chodzi o ostatnie miesiące! Fantastycznie matowił skórę, przyspieszał działanie niespodzianek, a jednocześnie znacznie ograniczył ich powstawanie i - jakby tego mało - nie przesuszał mojej skóry. Wszystkie zachwyty znajdziecie w recenzje TUTAJ. Chętnie do niego wrócę, być może jesienią.

Aktualnie używam: emulsja matująca z linii Purritin od Iwostin;

12. Podkład mineralny China Doll; Lily Lolo (10 g; ok.72,90 zł).
Podkład mineralny z Lily Lolo, to w tej chwili mój absolutny ulubieniec wszechczasów! Nie tylko pozwala skórze dłużej zachować matowy wygląd, ale również ładnie wyrównuje jej koloryt, a w parze z dobrym pudrem i korektorem, sprawia, że mogę się cieszyć estetycznym makijażem przez długie godziny. I znowu, wszystkie zachwyty przeczytacie w recenzji KLIK. Dodam jeszcze, że od razu kupiłam drugie opakowanie (a w międzyczasie czeka na zużycie reszteczka koloru Warm Peach).

Aktualnie używam: ten sam produkt;

13. Pomadka ochronna waniliowo-mandarynkowa; Alverde (ok. 10 zł/szt.).
Wprawdzie tej pomadki brak na zdjęciu, ale możecie mi wierzyć na słowo, że zużyłam ją praktycznie do samego końca, tylko zgubiłam niestety resztkę, którą nosiłam w kieszeni. Bardzo polubiłam tę pomadkę i jej działanie na moje usta. Świetnie dbała o ich kondycję i zabezpieczała je przed czynnikami pogodowymi, a do tego bardzo przyjemnie pachniała. Jeśli natknę się gdzieś na nią, to na pewno chętnie ponowię ten zakup.
Aktualnie używam: jeśli chodzi o produkt, który zastąpił Alverde w kieszeni mojego płaszcza, to jest to pomadka ochronna z ekstraktem z malin z serii Angry Birds by Lumene :)
***
No! Z mojej strony to tyle! Kwiecień jak na razie przedstawia się dosyć licho, więc pewnie denko z aktualnego miesiąca zostanie połączone z tym majowym, ale to nie ważne! Ważne, że mimo wszystko w moich szufladach z zapasami bardzo powoli, ale jednak, zaczyna się przejaśniać! To całkiem miłe uczucie, mimo wszystko! A ile przy tym odkrywam skarbów :))
Jak zawsze - dajcie znać, co sądzicie o tych produktach, jeśli używałyście któregoś z nich! Oczywiście, jeśli przymierzacie się do zakupu i macie pytania, to też jest to odpowiednie miejsce :)) ...cała reszta też może się wypowiedzieć (ale post musi mieć jakieś zakończenie... :D)!
Karotka
Czytaj dalej

czwartek, 3 kwietnia 2014

Lutowe i marcowe nowości! :)

Cześć Dziewczyny!

Dawno nie pokazywałam na blogu nowości - a wszystko to z jednego prostego powodu - w lutym nie kupiłam ani jednego kosmetyku i jestem z siebie dumna! Pilnuję się, żeby zużywać nagromadzone zapasy, a jednocześnie ograniczać swoje chciejstwa, ale... Widzę, że to tendencja, która pojawia się ostatnio na wielu blogach - staramy się być oszczędne i niby wszystko idzie dobrze, aż tu przyszedł marzec, a to nie tylko czas targów (KLIK), ale również promocji z okazji Dnia Kobiet, pierwszego dnia wiosny, zmiany czasu etc No i weź tu bądź mądry! W marcu trochę sobie odpuściłam i kupiłam kilka zachcianek, ale żaden z tych produktów nie jest przypadkowy i spora część z nich już jest w użytku :)

Już teraz wiem, że w kwietniu też pojawi się u mnie kilka ciekawych nowości, ale to jest bardziej kwestia zaoferowanej cudzej pomocy w zdobyciu tych kilku kosmetyków, ale na to przyjdzie jeszcze czas :)

L-R: Ja pierniczę, Pyrka, Black Saint, Sinner Lady, Holo Top - B. a Star, Los Diamentos
Oczywiście nie byłabym prawdziwą lakieromaniaczką, gdybym nie skorzystała z promocji na Dzień Kobiet -40% na całą ofertę Colour Alike! Skusiłam się na cztery lakiery, które krążyły mi już chwilę po głowie i dwie nowości, a wszystko w klimatach holograficznych z jednym brokatowym rodzynkiem, który swoją nazwę zawdzięcza Sylwii :)


A teraz proszę weźcie głęboki oddech (na kilka kolejnych zdjęć :D) - na początku marca utwierdziłam się w przekonaniu, że miniaturka suchego szamponu Batiste w torebce, to jednak przydatna sprawa, a w szczególności, gdy grzywka robi się już za długa, a ja nie mogę się pozbyć nawyku odgarniania jej z twarzy... No bywa... Teraz staram się ją raczej podpinać, ale nie zmienia to faktu, że lubię być przygotowana na każdą ewentualność. Z tego też powodu skusiłam się na trio miniaturek - Wild, Mamba i Savannah, którego nie mogłam dorwać w Hebe. W Minti Shopie znalazłam je bez żadnego problemu :)


W drugiej połowie miesiąca miałam okazję uczestniczyć w śniadaniu prasowym z marką Batiste. Dowiedziałam się co nieco o historii marki, obejrzałam nowości marki i przede wszystkim posłuchałam o różnych zastosowaniach Batiste. Po spotkaniu każda z uczestniczek została obdarowana torbą z nowościami i trzema hitowymi produktami Batiste - wśród hitów znalazł się puder dodający włosom objętości XXL Plumping Powder, miniaturka szamponu z lakierem XXL Volume oraz miniaturka wersji Tropical.


...natomiast wśród nowości Batiste znalazł się cudownie pachnący suchy szampon Oriental, szampon z olejkiem arganowym Strength & Shine oraz odżywka w sprayu Smoothing Conditioning Mist. Sama jestem bardzo ciekawa każdego z tych produtków, więc z pewnością dam Wam znać co o nich sądzę, jak tylko trochę ich poużywam! :)


...nieeee... nie macie problemów ze wzrokiem... Mimo całkiem już sporych zapasów suchych szamponów z Batiste postanowiłam na koniec miesiąca skusić się jeszcze na promocję, która obowiązywała do niedzieli na stronie polskiego dystrybutora, a mianowicie -20% na wszystkie produkty Batiste, a do tego wybrana miniaturka szamponu gratis. Skusiłam się na powtórkę z rozrywki w postaci sprawdzonego kolorowego szamponu Medium & Brunette, który recenzowałam Wam wraz z innymi wersjami TUTAJ, a do tego miniaturkę szamponu Blush, który był moim pierwszym Batiste :) Dodatkowo dobrałam sobie jeszcze dwie nowe dla mnie wersje Paisley i Lace (który podobno ma być wycofywany, więc nie chciałam dłużej odkładać tego zakupu ;)). Ostatnio niemal co miesiąc wrzucam do torby denkowej kolejną puszkę Batiste, więc taki zapas, mimo, że spory, na pewno się u mnie zmarnuje ;) No i szykuje się kolejne porównanie zapachów Batiste :)


Bibułki matujące z Beauty Formulas, to kolejny powtórny zakup. Wraz z nadejściem wiosny moja cera lubi czasami trochę szaleć, więc bibułki w torebce znowu stały się moim must have. Te z BF już kiedyś miałam i byłam z nich zadowolona, więc chętnie skusiłam się na nie ponownie, kiedy natknęłam się na nie w Super-Pharm, tym bardziej, że kosztowały tylko 10 zł.

Pozostałe dwa produkty, to również zakupy z Minti Shop - do szamponów, które pokazywałam Wam wyżej, wzięłam sobie jeszcze miniaturkę wysuszacza Poshe, który już od dawna za mną chodził i w związku z tym za jakiś czas możecie się spodziewać na blogu kolejnej części porównania wysuszaczy (pierwsza część TUTAJ) - tym razem zamierzam wziąć na tapetę Kwik Kote z Kinetics, Insta-Dri z Sally Hansen i oczywiście Poshe. No ale do rzeczy - jajeczko z balsamem do ust EOS (Evolution of Smooth), to zakup nieplanowany, ale krążył mi po głowie od dobrych dwóch lat. Już miałam go sobie darować ze względu na cenę przekraczającą 20 zł, ale po zerknięciu na skład, stwierdziłam, że warto się nim jednak zainteresować. Jak na razie jestem bardzo zadowolona! :)


Na Allegro skusiłam się również na dwa lakiery Essie - różowy, to Raspberry, który mignął mi już parę razy na Waszych blogach i na Instagramie, natomiast brokatowy, to mój ulubieniec - Beyond Cozy. W swoich zbiorach mam miniaturkę, ale tak bardzo polubiłam dodawać go do przeróżnych lakierów jako akcent na jednym czy dwóch paznokciach, że obawiam się, że miniaturka szybko mi się skończy ;)


Peeling gruboziarnisty z Lirene z serii Youngy już pewien czas chodził mi po głowie, ale ponieważ nie zaglądałam do drogerii, to nie miałam okazji, żeby wrzucić go do koszyka, aż w końcu natknęłam się na niego w promocji w Super-Pharm. Chyba jednak byliśmy sobie pisani :) Kolejnym długo odkładanym zakupem jest waniliowa mgiełka z Bath & Body Works - Warm Vanilla Sugar - uwielbiam ten sklep, ale znając swoją słabość do ich kosmetyków, staram się omijać go szerokim łukiem, tym razem jednak robiłam zakupy dla jednej z Was, więc no cóż... skorzystałam z okazji :)


W marcu miałam również okazję uczestniczyć w warsztatach, organizowanych przez markę Elancyl, towarzyszących wprowadzeniu dwóch nowości do oferty - olejku na rozstępy oraz kremu antycellulitowego na noc. Oba produkty staram się stosować systematycznie, szczególnie krem - bardzo mocno liczę na to, że wspomoże on moje zumbowe wysiłki i porządnie wygładzi mi pupę i uda, tym bardziej, że staram się również stosować masaż, zaprezentowany nam na warsztatach - czasami wczuwam się tak mocno, że parę razy narobiłam sobie siniaków na udach... To chyba tylko dowodzi tego, jak bardzo nie znoszę mojego cellulitu :D


Natomiast od marki Rimmel otrzymałam nowości w ofercie, czyli pomadkę z serii Moisture Renew - w moje ręce trafił piękny różowawy odcień z drobinkami o uroczej nazwie - Latino. Chodzi mi jeszcze po głowie przepiękny kolor - As You Want Victoria, ale na razie aktywowałam inne szminkowe zasoby, o czym przeczytacie pewnie w ulubieńcach :)


Pozostając w klimatach Rimmela - w lutym odebrałam również przesyłkę z nową maskarą w gamie Scandaleyes, tym razem jest to Rockin' Curves. Maskara jest wyposażona w bardzo zabawną szczoteczkę. Sama jeszcze jej nie testowałam, bo nie chcę otwierać zbyt wielu tuszy na raz, ale na innych blogach czytałam, że dziewczyny miały z nią trochę gimnastyki ;)


Jakiś czas temu miałam okazję skorzystać z zaproszenia do siedziby firmy Eris oraz marek jej pokrewnych, które towarzyszyło wprowadzeniu na rynek serii Lirene City Protect. W końcu udało nam się osobiście poznać drugą z kochanych Pań Erisek - Magdę, która w podziękowaniu za miłe spotkanie podesłała nam później kilka kosmetyków z serii Body Art marki Dr Irena Eris. Ja skusiłam się na krem redukujący rozstępy, intensywnie ujędrniający balsam do pielęgnacji biustu C+ i krystaliczny peeling cukrowy.


A zawartość tej paczki na pewno już bardzo dobrze znacie - to również lutowa "nowość" - ale nie chciałam robić osobnego postu, bo wiele już takich przewinęło się przez blogi. Kilkoma kosmetykami już się z Wami podzieliłam, a na pewno podzielę się również podkładem. Pozostałe natomiast będą się pojawiać co jakiś czas, jak już uda mi się do nich dobrać :)

***
Jak tak sobie patrzę na te wszystkie nowości razem, to w sumie dochodzę do wniosku, że nie jest źle. Dałam sobie troszeczkę luzu, kupiłam kilka fajnych kosmetyków, a teraz znowu mogę dalej oszczędzać ze spokojnym sumieniem :))

Jak się Wam podobają moje nowe nabytki? Znacie któreś z tych kosmetyków - czy są wśród nich Wasi ulubieńcy? :)
K.
Czytaj dalej
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Blog template designed by SandDBlast