Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pielęgnacja ciała. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pielęgnacja ciała. Pokaż wszystkie posty

środa, 18 lutego 2015

Sposób na zwalczanie cellulitu - CelluBlue

Choć za oknem wciąż zimno, to jednak chciałabym z Wami dzisiaj poruszyć temat, który w miarę rosnących temperatur już za chwilę ponownie stanie się bardzo na czasie. Cellulit, bo oczywiście o nim mowa, niestety towarzyszy większości z nas, choć chyba żadna z nas nie życzy sobie jego obecności w swoim życiu ;) Przyczyn jego powstawania jest wiele, tak jak wiele jest też sposobów jego zwalczania. I właśnie jednym z tych sposobów chciałabym się z Wami dzisiaj podzielić! :)



CZYM JEST CELLUBLUE?
Kilka miesięcy temu otrzymałam propozycję przetestowania nietypowego gadżetu o nazwie CelluBlue. Jest to kubeczek z silikonu chirurgicznego, który działa na podobnej zasadzie, jak bańki chińskie. CelluBlue służy do wykonywania masażu antycellulitowego poprzez zasysanie wybranej partii skóry, objętej cellulitem i przesuwanie kubeczkiem w odpowiednich kierunkach przy wciąż zassanej skórze. Taki masaż pozwala na pobudzenie lipolizy tkanki tłuszczowej, czyli rozpadu jej komórek i usuwanie ich z organizmu, dzięki czemu szansa na jędrne uda i pośladki staje się całkiem realna :)

JAK WALCZYĆ Z CELLULITEM?
Wielokrotnie miałam okazję uczestniczyć w różnego rodzaju szkoleniach i prezentacjach, podczas których przedstawiano podstawowe zasady walki z cellulitem. Niemal za każdym razem, prowadzący podkreślali, że nawet najlepszy i najdroższy kosmetyk sam z siebie nie przyniesie  żadnych efektów (choć odpowiedni skład znacząco może poprawić wspomóc działanie zabiegu), jeśli nie damy nic od siebie, dlatego z cellulitem należy zmagać się łącząc stosowanie kosmetyku z odpowiednim masażem. Oczywiście bezsprzecznie najskuteczniejsze efekty przyniesie Wam włączenie do codziennych zajęć regularnych ćwiczeń, a także spożywanie dużych ilości wody i zdrowa dieta - bez tego nie ma co liczyć na spektakularne efekty. Są to kroki, które wydają się oczywiste, ale jednocześnie doskonale wiem z własnego doświadczenia, że to właśnie one są jednocześnie najtrudniejsze do wykonania.


JAK WYKONAĆ MASAŻ Z KUBECZKIEM CELLUBLUE?
Z pewnością nie raz zdarzyło Wam się przeczytać, że skórę należy traktować delikatnie. Uda i pośladki są jednak tą partią, na której zawsze możecie wyładować stresy całego dnia, a Wasze ciało będzie Wam za to wdzięczne J Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, żebyście masaż wykonały jedynie własnymi rękami, ale ja na przykład bardzo szybko zniechęcam się bolącymi palcami i wykręcaniem się w nienaturalnych pozach tylko po to, żeby sięgnąć do każdego centymetra uda i pośladka. Wbrew pozorom, automasaż nie jest taki łatwy, dlatego czasami warto mieć pomocnika.

Sposób wykonania masażu najlepiej przedstawi poniższa instrukcja obrazkowa. Długość sesji możecie dowolnie modyfikować, warto jednak pamiętać, że im więcej czasu poświęcicie na dany obszar, tym szybciej zobaczycie efekty. Oczywiście pod warunkiem, że będziecie regularne.



Sięgając po CelluBlue, musicie pamiętać o kilku podstawowych zasadach, które sprawią, że jego stosowanie będzie łatwe:
  • Przed użyciem kubeczka, musicie użyć produktu, który nada Waszej skórze poślizg. Warto sięgnąć po kosmetyk antycellulitowy, bo masaż wspomoże jego działanie, ale jeśli nie macie go pod ręką, to równie dobrze możecie użyć oliwki dla dzieci. Ważne jest to, żeby podczas masażu skóra nie była sucha.
  • Masaż zawsze należy wykonywać od dołu do góry, zawsze w kierunku serca, zgodnie z kierunkiem przepływu krwi.
  • Przeciwwskazaniem do stosowania kubeczka są uszkodzenia skóry, a także problemy zdrowotne, związane z zaburzeniami krążenia.
  • Lekkie zaczerwienienie skóry, związane z pobudzonym krążeniem jest normalną reakcją i powinno ustąpić po kilku, kilkunastu minutach. Jeśli na Waszej skórze pojawią się siniaki, to oznacza to, że należy wykonywać masaż przy mniejszym zassaniu skóry.
  • W ciągu godziny po wykonaniu masażu należy wypić pół litra wody, co pomoże w pozbyciu się z organizmu nadmiaru toksyn.
  • Jak każdy przyrząd, służący naszej urodzie, również i CelluBlue należy utrzymywać w czystości. Kubeczek jest wykonany z silikonu chirurgicznego i wystarczy po użyciu umyć go ciepłą wodą z mydłem.






MOJE WRAŻENIA ZE STOSOWANIA CELLUBLUE
Chciałabym Wam napisać, że dzięki temu urządzeniu cieszę się teraz gładką i jędrną skórą, ale nie mogę. I nie jest to wina urządzenia, a moja własna. Niestety jestem bardzo nieregularna w wykonywaniu masaży (nawet nie zliczę ile razy zmęczenie wygrało!), a dodatkowo ciągle nie pamiętam o piciu odpowiednich ilości wody. Jakby tego było mało, od połowy grudnia mam przerwę w ćwiczeniach, wobec czego efekty nie są tak dobre, jak mogłyby być. Nie dało się jednak nie zauważyć, że po każdorazowym masażu z użyciem CelluBlue, moja skóra stawała się widocznie bardziej jędrna, co sprzyjało jej optycznemu wygładzeniu. Z każdym zabiegiem skóra prezentowała się nieco lepiej i gdyby nie przerwa i moja nieregularność, to efekty byłyby dużo lepsze. Podoba mi się to, że dzięki temu gadżetowi jednocześnie pielęgnuję skórę, smarując ją obfitą ilością balsamu lub oliwki, co już samo w sobie poprawia jej kondycję (nie wiem jak Wy, ale z jakiegoś dziwnego powodu, jeśli nie używam tylko zwykłego balsamu, to zwykle odpuszczam sobie smarowanie ud...) , a zarazem masażem pobudzam krążenie. Dzięki temu osiągam cel 2w1 - odżywioną, miękką skórę, a także poprawione napięcie i zauważalne wygładzenie. Do pięknych nóg i pupy jeszcze wprawdzie daleka droga, ale pierwsze efekty pozwalają mi wierzyć, że, przy wzmożonym wysiłku z mojej strony, jestem w stanie osiągnąć zamierzony cel! W końcu nie od razu Rzym zbudowano! ;)

Sięgając po CelluBlue po raz pierwszy miałam lekki problem z jego użyciem. Trudno mi było wyczuć odpowiednią dla mnie siłę zasysania skóry, na szczęście jednak urządzenie silikonowe ma tę przewagę nad elektrycznymi, że bardzo łatwo skorygować „siłę rażenia”. Miałam kiedyś taki elektryczny masażer, który miał tylko dwa stopnie działania – pierwszy był dla mnie za lekki, a drugi za mocny, wobec czego masaż albo nie przynosił efektów, albo sprawiał mi nadmierny ból. Z CelluBlue możecie dostosować siłę zabiegu do swoich możliwości i preferencji, a następnie – w miarę przyzwyczajania się do działania urządzenia, zwiększać jego „moc”, nieco silniej zasysając skórę. To, że siłę zassania możecie dowolnie dostosować do odpowiedniej partii ciała, na której chcecie wykonać masaż jest jego ogromną zaletą. Ja mam na przykład bardzo, bardzo wrażliwą skórę na brzuchu oraz na wewnętrznej partii ud, wobec czego tu muszę być bardzo ostrożna (zwłaszcza na udach chwila nieuwagi skutkuje powstawaniem tzw. pajączków), natomiast na pośladkach zdecydowanie mogę się wyżyć. Tak, jak wspomniałam, początki były nieco nieporadne, ale w miarę stosowania produktu łatwo wypracować sobie odpowiedni sposób i zorientować się z jaką siłą należy podejść do konkretnych partii ciała. Gdyby jeszcze tak samo łatwo przychodziło wyrobienie w sobie nawyku regularności… :)



GDZIE KUPIĆ I ZA ILE?
CelluBlue kosztuje 18,90 Euro, czyli w przeliczeniu na złotówki, około 80 zł. Jak na nasze polskie warunki – nie jest to z pewnością niska kwota, ale warto pamiętać, że jest to urządzenie wielokrotnego użytku, wykonane z trwałego materiału. Jest też niewielki i bardzo poręczny, dzięki czemu z łatwością zabierzecie go nawet w podróż (w końcu trzeba być regularnym :D). Kubeczek jest dostępny w sklepie internetowym producenta TU.

Jakie są Wasze sposoby na walkę z cellulitem? Czy macie cierpliwość do regularnych masaży czy może tak jak mi, często brakuje Wam samozaparcia? Jakie są Wasze ulubione kosmetyki, wspomagające redukcję pomarańczowej skórki? :)
Karolina
Czytaj dalej

piątek, 19 września 2014

Joanna - Z Apteczki Babuni - Wygładzający peeling do ciała z ekstraktem z bzu

To był maj... Kiedy zrobiłam te zdjęcia! Uwierzycie, że wytrwały tyle czasu na moim dysku niezauważone?! No cóż, najwyraźniej czekały aż złapie mnie wena, która - jak ostatnio pewnie widzicie - w końcu mi dopisuje, dlatego korzystając z okazji chciałabym podzielić się z Wami moją opinią na temat świetnego peelingu Joanny o zapachu bzu! No i już się zdradziłam! :)

Informacja od producenta:


KOLOR/ZAPACH:
Peeling bzowy zwrócił moją uwagę od razu, kiedy tylko pojawił się w drogeriach. Do tej pory zużyłam jedno opakowanie, ale gdzieś tam przy okazji nabyłam w promocji drugie, które chwilę musiało poczekać na swoją kolej, ale teraz znowu mam ten produkt w użyciu. To, co od razu przyciąga wzrok w tym produkcie, to piękny, fioletowy kolor, od razu kojarzący się z kwiatem bzu, a co najlepsze, zapach całkowicie idzie z nim w parze! Dla mnie to najprawdziwszy, absolutnie nieprzekłamany fioletowy bez! Czysta wiosna w słoiczku! :)

DZIAŁANIE:
Peeling okazał się być przyjemny w użyciu nie tylko ze względu na jego walory zapachowe, ale również ze względu na bardzo dobre działanie. Produkt jest naszpikowany polietylenowymi drobinkami, które świetnie wywiązują się swojego zadania. Peeling jest odpowiednio mocny, ale jednocześnie nie jest przesadnie ostry i nie podrażnia skóry nadmiernym drapaniem. Czuć, że drobinki odpowiednio intensywnie masują ciało i zarazem wygładzają skórę, złuszczając martwy i zrogowaciały naskórek.

Po użyciu tego bzowego przyjemniaczka moja skóra jest przyjemnie gładka, delikatnie, zdrowo zaczerwieniona (oczywiście tylko przez kilkanaście minut po wyjściu spod prysznica). Nie zauważyłam, żeby peeling przesuszał skórę, ale - po pierwsze - moja skóra nie ma do tego tendencji, a po drugie - po peelingu zawsze sięgam po produkty nawilżające, bo w końcu kiedy mają działać najlepiej, jak nie wtedy, kiedy skóra jest najlepiej ukrwiona i jednocześnie może skorzystać z balsamu najwięcej :)

KONSYSTENCJA I WYDAJNOŚĆ:
Peeling przypomina mi nieco galaretkę, ale taką, która dopiero zaczęła tężeć. Ma trochę tendencji do przelewania się między palcami, ale wystarczy nakładać go pełną dłonią, żeby opanować jego skłonności do ucieczki :) Produkt bardzo łatwo rozprowadza się na ciele i dzięki temu dobrze wykonuje robotę!

Być może to właśnie ta specyficzna konsystencja sprawia, że produkt jest zaskakująco wydajny, jak na peeling. O ile większość tego typu produktów wystarcza na około 10 użyć na całe ciało, tak ten szacuję raczej na około 20 zabiegów.

OPAKOWANIE:
Produkt umieszczono w plastikowym, odkręcanym słoiczku. Oczywiście jest to najwygodniejsze rozwiązanie dla peelingu, więc nie ma co się zbytnio rozwodzić nad "pomysłowością" producenta ;) Całość jest bardzo przyjemna dla oka i moim zdaniem przyciąga wzrok. Przeszkadza mi tylko brak folii zabezpieczającej produkt. Nie dość, że ktoś może bezkarnie wsadzać w niego nos bez naszej wiedzy, to jeszcze może się okazać, że jeśli macant nie dokręci słoiczka, to połowę produktu zgubimy w drodze do domu... To jest coś nad czym zdecydowanie warto by było popracować, zwłaszcza przy tak płynnej konsystencji!

SKŁAD:
Aqua, Cocamidopropyl Betaine, Polyethylene, Glycerin, Sodium Laureth Sulfate, Coco-Glucoside, Glyceryl Oleate, Hydroxypropyl Guar Hydroxypropyltrimonium Chloride, Xanthan Gum, Acrylates/C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, Triethanolamine, Sambucus Nigra Flower Extract, Propylene Glycol, Disodium EDTA, Sodium Chloride, Parfum, Cinnamyl Alcohol, Limonene, Linalool, DMDM Hydantoin, Methylchloroisothiazolino ne, Methylisothiazolinone, Cl:42090, Cl:17200

CENA/DOSTĘPNOŚĆ:
Około 10-14 zł, w zależności od promocji. Swój peeling kupowałam w Super-Pharm i szczerze przyznam, że nie mam pojęcia gdzie jeszcze jest dostępny. Joanna jest dosyć popularną marką, więc podejrzewam, że mimo wszystko nie powinnyście mieć problemów z jego znalezieniem :)


Peeling z Joanny zdecydowanie dał się polubić! Uważam, że to jedna z ciekawszych propozycji na półkach drogeryjnych. Przyjemny w użytkowaniu, skuteczny, pięknie pachnący i bardzo przystępny cenowo. Więcej takich przyjemniaczków poproszę! :)

A Wy jakie zapachy lubicie w kosmetykach? Czy miałyście okazję używać innych kosmetyków pachnących bzem? Jeśli tak, to koniecznie dajcie znać w komentarzach!
Karotka
Czytaj dalej

wtorek, 2 września 2014

Clarena - wyszczuplający peeling morski

Cześć Dziewczyny!

Znowu mnie długo nie było i znowu nie mogę obiecać, że teraz to już na pewno wrócę regularnie. Jakiś czas temu dałam Wam znać na facebooku dlaczego mnie nie ma, mogę dodać tylko tyle, że mam szczerą nadzieję, że wszystko w końcu się jakoś poukłada. Próbując wrócić do codzienności, przychodzę do Was z recenzją ciekawego produktu do pielęgnacji ciała od marki Clarena. Jestem przekonana, że większość z Was natknęła się na innych blogach na recenzje cukrowego peelingu kawowego tej marki, natomiast ja przygotowałam dla Was swoją opinię na temat nieco mniej "wyeksploatowanego recenzencko produktu", jak to zgrabnie określiła Pani Alicja z Clareny. Za jej sugestią, wybrałam do przetestowania solny wyszczuplający peeling morski, który okazał się naprawdę ciekawym produktem z jedną drobną wadą... :)


Informacja od producenta i SKŁAD:


KONSYSTENCJA I ZAPACH:
Peeling ma postać błękitnej pasty o przyjemnym, orzeźwiającym zapachu. Choć kryształki soli nie są zbyt widoczne, to jednak są bardzo dobrze wyczuwalne pod palcami. Początkowo nie sprawiają wrażenia ostrych, a jednak w trakcie wykonywania masażu już na skórze pokazują na co je stać.


DZIAŁANIE:
Peeling pomimo niepozornych drobinek okazał się być naprawdę dobry zdzierakiem! Choć nie drapie skóry tak mocno, jak to potrafią niektóre z produktów, to efekty wcale nie są gorsze. Skóra jest baaardzo przyjemnie wygładzona, zmiękczona, a jednocześnie przyjemnie nawilżona i lekko natłuszczona. Po zmyciu peelingu, na ciele wyczuwalny jest delikatny film, który jednak nie jest tak uciążliwy, jak np w scrubuch Pat&Rub. Film, pozostały po użyciu produktu z Clareny jest delikatny, nie zostawia białych śladów i w kilka, maksymalnie kilkanaście minut całkowicie się wchłania nie brudząc później ubrań, czy pościeli. Osoby z mniejszymi problemami spokojnie mogłyby nawet darować sobie po nim stosowanie balsamu lub zastosowanie go w niewielkiej ilości tylko i wyłącznie na miejsca problematyczne.

Czy peeling ma działanie wyszczuplające? Oczywiście regularnie stosowany, do spółki z dietą i sportem z pewnością tak. W cuda nie wierzę, więc nie spodziewałabym się, że kilka spotkań z peelingiem cokolwiek zmieni, wierzę jednak, że odpowiednia pielęgnacja przyspiesza widoczność i jakość efektów, osiągniętych ćwiczeniami i dietą i w tej konfiguracji dobry peeling z pewnością nas wspomoże :)


OPAKOWANIE:
Peeling zamknięto w prostym, przezroczystym, plastikowym słoiczku o pojemności 250 ml. Jest to rozwiązanie najprostsze i zwyczajnie najbardziej odpowiednie dla produktu o takiej konsystencji. Produkt łatwo wybrać do końca i na szczęście nie trzeba się z tym za bardzo gimnastykować. Szata graficzna jest tu typowa dla Clareny, czyli ascetyczny minimalizm.

WYDAJNOŚĆ:
Dochodząc do kwestii wydajności produktu... Niestety uważam, że w tej kwestii niestety nie trafiłam na mistrza... Produkt, w zależności od obszaru ciała, na którym jest stosowany, wystarczy na pięć, maksymalnie 10 zabiegów, co biorąc pod uwagę nie najniższą cenę i w pewnym sensie utrudnioną dostępność, zaczyna być już nieco problematyczne. Z drugiej strony, jeśli rozłożyć cenę nawet na te pięć zabiegów, to czy nie warto raz w tygodniu przeznaczyć na samą siebie tych 10 zł? ;))


CENA/DOSTĘPNOŚĆ:
Jak już pewnie szybko przekalkulowałyście,  jedno opakowanie scrubu, to koszt ok. 45-55 zł w zależności od miejsca. Oczywiście najłatwiej kupicie ten produkt w sklepie internetowym Clareny (KLIK), ale istnieje również możliwość zakupu produktów w marki w niektórych salonach kosmetycznych, których listę sprawdzicie TU.

CZY KUPIĘ PONOWNIE:
Nie wiem... Bo choć polubiłam się z tym produktem i jestem zadowolona z jego działania, to jednak nie ukrywam, że cena jest dla mnie pewnym ograniczeniem. Sądzę, że gdybym miała powtórzyć zakup, to sięgnęłabym najpierw po wersję kawową (czyli cukrowy), tak dla porównania i wtedy decydowała dalej który z tych dwóch produktów bardziej przypadnie mi do gustu i właśnie tym rozpieszczałabym się raz na jakiś czas :) Jedno jest jednak pewne - peeling z Clareny przypadł mi do gustu dużo bardziej, niż scrub z Pat&Rub!

Czy macie większe zaufanie do marek, produkujących kosmetyki z myślą o salonach? W moim przypadku to dopiero drugie spotkanie z Clareną, ale jednocześnie drugie naprawdę udane :) Dajcie znać, czy miałyście okazję korzystać już z dobrodziejstw peelingów lub innych kosmetyków z Clareny i oczywiście co o nich myślicie. 
Karotka
Czytaj dalej

wtorek, 1 lipca 2014

Bath & Body Works - seria Aromatherapy Eucalyptus & Spearmint

Cześć Dziewczyny!

Dzisiaj przychodzę do Was z linią kosmetyków idealną na upały (choć ostatnio różnie z nimi bywa)! Chciałabym Wam dzisiaj przybliżyć serię Aromatherapy z Bath & Body Works o orzeźwiającym zapachu łączącym miętę i eukaliptus! Miałam okazję używać trzech kosmetyków z tej serii, z czego jeden co i rusz kupuję ponownie! W mojej łazience gościły już żel pod prysznic, balsam do ciała i peeling do ciała :)

*ŻEL POD PRYSZNIC EUCALYPTUS & SPEARMINT*

Ten produkt recenzowałam już kiedyś TUTAJ, ale nie mogę sobie odmówić, żeby nie wspomnieć o nim ponownie choć w kilku słowach. Zarówno ja, jak i mój facet bardzo chętnie do niego wracamy i właściwie ilekroć znajdzie się on pod naszym prysznicem, to wszystkie inne produkty do mycia schodzą na dalszy plan. Kosmetyk dobrze oczyszcza, nie wysuszając przy tym skóry i w tym względzie nie różniłby się niczym od każdego przeciętego kosmetyku pod prysznic, jednak jego szalenie orzeźwiający i pobudzający zapach, który rewelacyjnie stawia na nogi czy to po kiepsko przespanej nocy, czy po intensywnym treningu (zapach jest zresztą zaletą całej serii) sprawia, że nie żałuję żadnej wydanej dotąd na ten produkt złotówki! Produkt najczęściej kupuję przy okazji różnego rodzaju wyprzedaży lub promocji, dlatego chyba jeszcze nie zdarzyło mi się zapłacić za niego pełnego ceny 49 zł. Aktualnie można go nabyć za pół ceny! 
Skład żelu Aromatherapy Eucalyptus & Spermint
*WYGŁADZAJĄCY PEELING DO CIAŁA EUCALYPTUS & SPEARMINT* 

W tej chwili nie mogę zlokalizować tego produktu na stronie, więc nie jestem pewna, czy jest on nadal dostępny, ale z tego, co pamiętam, jego cena również oscylowała w okolicach 49 zł. I znowu - myślę, że jest to cena, którą mogłabym zapłacić za ten produkt, ponieważ byłam z niego bardzo zadowolona. Produkt wprawdzie nie należy do mega intensywnych zdzieraków, ale jego działanie można łatwo stopniować w zależności od sposobu aplikacji (na suchą lub mokrą skórę).
Peeling w dotyku sprawia wrażenie papki z dużą ilością piasku, co świadczy zapewne o wysokiej zawartości drobinek orzecha mandżurskiego, który, wraz z cukrem (występującym na pierwszym miejscu składu) odpowiada tu za ścieranie martwego naskórka. Jak już wspomniałam, działanie produktu łatwo zintensyfikować od takiego, które przypomina raczej delikatny masaż, aż po całkiem przyzwoitą drapankę :)

Ciało po zabiegu jest przyjemnie wygładzone i delikatnie zaczerwienione, ale absolutnie nie podrażnione. Peeling nie zostawia na ciele tłustej warstwy, a jednocześnie nigdy nie odczułam, żeby moja skóra była ściągnięta czy wysuszona po kąpieli z tym produktem.

I znowu muszę wspomnieć o zapachu - o ile żel pod prysznic pachnie mocno, tak zapach peelingu, to już czyste szaleństwo! Jest mocny, intensywny, wręcz świdruje nozdrza, ale jednocześnie nie podrażnia i nie powoduje łzawienia oczu (jak zdarzyło mi się to z żelem miętowym z Original Source, a właściwie samymi jego oparami :D). Po kąpieli z tym produktem czuję się naprawdę zrelaksowana i wyciszona. Coś w tej aromaterapii musi być :) 
Skład peelingu Aromatherapy Eucalytpus & Spearmint
*BALSAM DO CIAŁA EUCALYPTUS & SPEARMINT* 
Tak się złożyło, że w moje ręce trafił również balsam do ciała. O ile dobrze pamiętam, upolowałam go w zestawie z żelem pod prysznic na którejś z wyprzedaży. Być może nie sięgnęłabym po niego, gdyby nie to, że znałam już dwa wyżej opisane kosmetyki, ale na szczęście stało się inaczej, a niedawno kupiłam właśnie kolejne opakowanie tego produktu. Jego cena bez promocji, również oscyluje w granicach 49 zł, ale jak już wspominałam, na tę serię często trafiają się jakieś zniżki lub promocje łączone, a w obecnej wyprzedaży można go nabyć za pół ceny.

Podoba mi się to, że produkt umieszczono w szklanej, ciężkiej butli, wyposażonej w pompkę. Może nie jest to szczyt bezpieczeństwa (balsam, śliskie ręce, szklana butelka, płytki w łazience...), ale na pewno jest to rozwiązanie bardzo estetyczne i higieniczne! Nam udało się zużyć produkt bez żadnych upadków i stłuczonego szkła, więc zapewniam, że się da :D

Co do działania produktu - pomijając już cudowny zapach (o którym z pewnością jesteście już przekonane :)), muszę przyznać, że produkt całkiem przyzwoicie radzi sobie z pielęgnacją skóry. Naprawdę nieźle nawilża i odżywia skórę oraz sprawia, że jest gładka i miękka w dotyku. Jednocześnie warto zastrzec, że nie jest to produkt, który byłby dobrym ratunkiem dla bardzo suchych skór, bo - moim zdaniem - byłby po prostu za słaby. Moja skóra jest normalna i nie potrzebuje zbyt intensywnej pielęgnacji, dlatego ten balsam świetnie się sprawdził na co dzień zarówno u mnie, jak i u mojego faceta.

Skład produktu tym razem w sumie nie powala, bo jest tu i parafina i silikon, dlatego jeśli jesteście wrażliwe na te składniki, to pewnie lepiej nie sięgać akurat po ten balsam. Swoją drogą szkoda, że co ciekawsze składniki zostały umieszczone tuż po zapachu, co sugeruje ich niewielką zawartość. Mało czy nie, znajdziemu tu również olej z eukaliptusa, olej z liści mięty zielonej, olej z pestek słonecznika, wyciąg z malachitu, wyciąg z cebulek i kwiatów lilii białej.
Skład balsamu Aromatherapy Eucalyptus & Spearmint
Sam balsam jest dosyć lekki i nietłusty. Bardzo szybko się wchłania i zostawia na skórze przyjemne uczucie ukojenia i nawilżenia bez żadnych zbędnych filmów. Myślę, że to również dlatego balsam zdobył uznanie mojego Michała, który sięgał po niego chyba nawet częściej niż ja :)

Poniżej zbliżenie na konsystencję peelingu (u góry, to jasne :D) i balsamu.

***
Nie ukrywam, że seria Aromatherapy, choć dosyć droga, zrobiła na mnie świetne wrażenie. Tym razem działanie schodzi dla mnie trochę na dalszy plan, bo zapach zdecydowanie gra tu główną rolę. Wprawdzie nigdy nie wierzyłam zbyt intensywnie w działanie aromaterapii, tak w przypadku tych kosmetyków nie mogę odmówić jej efektów. Olejki z mięty i eukaliptusa rewelacyjnie odprężają i relaksują, a dzięki swoim intensywnym zapachom docieraja do nozdrzy od razu po otwarciu buteleczki :)

Wiem, że cena tych produktów może być zniechęcająca, jednak jeśli będziecie miały okazję zapoznać się z testerami dowolnej serii Aromatherapy, to gorąco Was do tego zachęcam! Mnie te zapachy uwiodły, z linią eukaliptusowo-miętową na czele! :)
Karotka 
Czytaj dalej

czwartek, 27 marca 2014

Pat&Rub - rewitalizujący scrub cukrowy (żurawina i cytryna)

Cześć Dziewczyny!

Po krótkiej przerwie na denko, wracam z recenzją kolejnego produktu Pat&Rub, który kupiłam jakiś czas temu. Kilka dni temu recenzowałam balsam do rąk z tej samej serii (KLIK), a dzisiaj chciałabym Wam przedstawić rewitalizujący scrub cukrowy z serii z żurawiną i cytryną.


Informacja od producenta:
"Pachnie orzeźwiająco cytryną.

Seria Rewitalizująca jest pogotowiem ratunkowym dla przesuszonej i wymagającej nawilżenia skóry. Kosmetyki z tej linii zawierają ekstrakt z żurawiny, która ma działanie antyoksydacyjne. Pachną przyjemnie i orzeźwiająco cytryną.

Rewitalizujący Cukrowy Scrub do Ciała delikatnie złuszcza, ekspresowo nawilża i poprawia wygląd skóry.
Nazywamy ten Scrub – Twoja Nowa Skóra.

Skóra staje się gładka i ujędrniona. Pięknie wygląda i pachnie.
Cytrynowy ekoaromat Rewitalizujacego Scrubu do Ciała przyjemnie odświeża zmysły i dodaje energii.
Żurawina zwalcza objawy starzenia się skóry, regeneruje i wzmacnia.
Olejek cytrynowy poprawia wygląd skóry: wygładza i oczyszcza.
Po użyciu Scrubu skóra nie potrzebuje dodatkowo balsamu lub masła po kąpieli. 

Kosmetyk NATURALNY z certyfikatem NATRUE."


DZIAŁANIE:
Scrub od Pat&Rub, jak sugeruje nazwa, powinien spełniać przede wszystkim funkcję złuszczającą i usuwać martwy naskórek z ciała podczas masażu, ale cóż... z tym bywa różnie. Jeśli jesteście fankami mocnych zdzieraków, to nie będziecie zadowolone z tego produktu. Ja sama bardzo lubię silne złuszczanie, ale tym razem musiałam albo spisać produkt na straty, albo zweryfikować swoje oczekiwania względem niego. Już wyjaśniam o co chodzi... :)

Jeśli chodzi o złuszczanie, jak już wspomniałam, nie jest ono imponujące. Warto wypracować sobie odpowiednią technikę aplikowania produktu, żeby uzyskać jak najlepsze efekty. U mnie najlepiej sprawdza się wmasowanie produktu w lekko zwilżoną skórę, koniecznie pełną dłonią tak, żeby ograniczyć odpadanie peelingu od ciała. Niestety bardzo łatwo go "zgubić", a im mniej ziarenek, które w dodatku dość szybko się rozpuszczają, tym słabszy efekt złuszczający. A ten i tak jest średni - jednak uważnie i dokładnie wykonany peeling delikatnie wygładza skórę, a czasami nawet uda mu się ją nieco zaczerwienić. I to jest właściwie słabsza strona tego produktu, ale...

...kosmetyk jednocześnie ma rewelacyjne działanie pielęgnacyjne! Scrub ma w swoim składzie szereg olejów i masło shea, dzięki czemu bardzo intensywnie nawilża i odżywia skórę, zostawiając na niej nieco tłustą, oleistą warstwę, dzięki czemu po kąpieli nie trzeba już stosować żadnych maseł, czy balsamów do ciała. Warto dać skórze kilka, kilkanaście minut na wchłonięcie się tej warstwy, ponieważ dzięki temu będzie ona nawilżona naprawdę na długie godziny.


KONSYSTENCJA:
W opakowaniu produkt wygląda jak gęsta pasta cukrowa, ale na skórze łatwo dzieli się na mniejsze grudki. Podczas aplikacji i masażu trzeba go mocno kontrolować i przyciskać do skóry, bo w innym wypadku jest bardziej, niż pewne, że więcej scrubu znajdziecie w brodziku/wannie, niż na sobie.

ZAPACH:
Produkt ma przepiękny, intensywnie cytrynowy zapach, właściwy dla całej linii rewitalizującej. Niektóre z Was pod recenzją balsamu do rąk pisały, że ten zapach był dla Was zbyt męczący, ale dla mnie był on odpowiedni - raczej orzeźwiający i bardzo przyjemny.

OPAKOWANIE:
Opakowanie scrubu, to spory, zakręcany plastikowy słój o pojemności 500 g. Produkt jest oryginalnie zabezpieczony w środku srebrną folią, dzięki czemu widać, czy ktoś już wtykał tam swój nos przed nami ;)) Opakowanie jest oczywiście jedynym słusznym, ponieważ nie utrudnia wydobycia produktu i umożliwia jego zużycie do samego końca.

WYDAJNOŚĆ:
Trudno mi ocenić wydajność produktu, ponieważ po pierwszych - mało udanych próbach - odstawiłam go na pewien czas do szafki. Teraz sięgam po niego raz na tydzień, raz na dwa tygodnie, dlatego nie ubywa mi go przesadnie szybko, ale przy regularnym stosowaniu (np. 2 razy w tygodniu) obstawiałabym, że wystarczy go mniej więcej na dwa miesiące.

CENA/DOSTĘPNOŚĆ:
W cenie regularnej produkt kosztuje 79 zł i jest dostępny przede wszystkim na stronie internetowej producenta, a także m.in. w perfumeriach Sephora. Oczywiście jest to dość wysoka cena, dlatego warto korzystać z różnego rodzaju promocji czy to na stronie Pat&Rub, czy w przypadku Dni VIP w Sephora itp.


SKŁAD:
Sucrose, Vitis Vinifera (Grape) Seed Oil, Olus (Vegetable) Oil, Olea Europaea (Olive) Fruit Oil, Orbignya Oleifera Seed Oil, Decyl Cocoate, Butyrospermum Parkii , Cera Alba, Glyceryl Stearate, Olive (Olea Europaea) Oil, Hydrogenated Vegetable Oil, Persea Gratissima (Avocado) Oil, Hydrogenated Vegetable Oil, Theobroma Cacao (Cocoa) Seed Butter, Parfum, Vaccinium Macrocarpon (Cranberry) Fruit , Tocopherol (mixed), Beta-Sitosterol, Squalene, Citrus Medica Limonum Peel Oil, Citral, Geraniol, Citronellol, Linalool, Limonene

***
Wydawać by się mogło, że jestem z tego produktu niezadowolona i rzeczywiście - na początku tak właśnie było. Spodziewałam się znacznie mocniejszego zdzieraka, więc trochę mnie zaskoczył swoją (nie)mocą. Dodatkowo na minus zaliczyłabym mu trudną we współpracy konsystencję, która sprawia, że produkt jest wszędzie, tylko nie na ciele (za to na wannie/brodziku w szczególności!). Kiedy jednak znalazłam już na niego swój sposób, doceniłam jego ogromne walory pielęgnacyjne. Generalnie nie jestem fanką produktów, które zostawiają na skórze jakiś film, bo często-gęsto jest to zasługa parafiny, tu jednak jej nie znajdziecie, dlatego warto dać szansę wartościowym składnikom. Tego rodzaju "powłoczka" przekonuje mnie znacznie skuteczniej :)

Produkt mogłabym polecić osobom, którym nie zależy na bardzo intensywnym złuszczeniu naskórka i które lubią poświęcić dłuższą chwilę na zabiegi pielęgnacyjne. Myślę, że będziecie z niego zadowolone, tym bardziej, jeśli cenicie sobie przyjazny dla skóry skład. Produkt odradzam natomiast fankom mocnych zdzieraków - z pewnością będziecie zawiedzione, chyba że z góry nastawicie się na przewagę walorów odżywczych nad złuszczającymi ;))

Pomimo tego, że ostatecznie jestem dosyć zadowolona z tego produktu, to jednak sądzę, że raczej do niego nie wrócę. Nie ukrywam, że kupowałam go raczej z myślą o usuwaniu martwego naskórka, bo do pielęgnacji kupiłam masło z tej samej linii - i przy takim klasycznym zastosowaniu produktów chciałabym zostać. Znacznie bardziej wolę zainwestować w masło, wyposażone w równie interesujące składniki, a rolę peelingu pozostawić produktom z niższej półki cenowej... ;))

Koniecznie dajcie znać, czy miałyście już okazję używać scrubów z Pat&Rub? Wiem, że cieszą się one sporą popularnością, ale ja chyba nie będę - mimo wszystko - należeć do grona ich miłośniczek. Chyba, że poszczególne wersje tak bardzo się między sobą różnią (podobno wersja Home Spa jest mocniejsza z racji dodatku soli)?
K.
Czytaj dalej

poniedziałek, 14 października 2013

Bath & Body Works - Aromatherapy - żel pod prysznic Eucalyptus & Spearmint

Cześć Dziewczyny!

Minął kolejny weekend, a ja znowu nie miałam czasu (lub nie obudziłam się w porę), żeby zrobić zdjęcia do postów podsumowujących ubiegły miesiąc. No cóż, to chyba naprawdę już pora na zakup odpowiednich żarówek lub lampy. Mam nadzieję, że uda mi się załatwić tę sprawę już wkrótce, bo niedługo zabraknie mi zdjęć do ilustrowania recenzji ;))

Tym razem ponownie sięgnęłam do zasobów zdjęciowych na dysku i przypomniałam  sobie, że nie opowiadałam Wam jeszcze o moim letnim ulubieńcu, który przez większość wakacji towarzyszył mi pod prysznicem. Wprawdzie lato, to już odległe wspomnienie, ale nie zaszkodzi go sobie przypomnieć. Przedstawiam Wam produkt, który przypadkiem wpadł w moje ręce na listopadowym spotkaniu blogerek, które organizowałam razem z Kasią i Sylwią już prawie rok temu! Przed Wami żel pod prysznic z serii Aromatherapy z Bath & Body Works, o niezwykle aromatycznym zapachu zielonej mięty i eukaliptusa!


DZIAŁANIE:
Bardzo polubiłam żele z Bath & Body Works za ich intensywne zapachy i intensywne działanie oczyszczające. Żele bardzo intensywnie pienią się na myjce i naprawdę niewielka ilość wystarcza, żeby umyć całe ciało. Nie zauważyłam żadnego działania wysuszającego, nawet przy regularnym używaniu, ale ponownie podkreślam, że nie miewam z tym większych problemów.

Na tym recenzję mogłabym zakończyć, ale mam wrażenie, że działanie myjące tego żelu, to tak naprawdę tylko przedsmak tego, co zapewnia nam niesamowity zapach produktu, dlatego koniecznie czytajcie dalej... ;)


ZAPACH:
Ten żel wchodzi w skład serii, która ma za zadanie działać na nasze zmysły niczym aromaterapia. Zgodnie z tym, co twierdzi etykieta, eukaliptus i mięta mają działać na nas odstresowująco i relaksująco i muszę przyznać, że coś w tym jest. Zapach mięty jest bardzo intensywny i nie dość, że w czasie upałów (lub po siłowni/fitnessie) działał odświeżająco, to jeszcze niejednokrotnie miałam wrażenie, że po wejściu pod prysznic wszystkie problemy zostawiam poza łazienką. Brzmi to naprawdę głupio i zdaję sobie z tego sprawę, ale zapach jest na tyle intensywny i absorbujący, że jeśli tylko lubicie miętę, złagodzoną eukaliptusem, to gwarantuję Wam, że przez cała kąpiel będziecie tylko i wyłącznie przeżywać to, jak ten żel pięknie pachnie :D

Początkowo obawiałam się nieco, że zapach będzie zbyt intensywny. Po średnio udanych doświadczeniach z miętowym żelem Original Source, który już z daleka szczypie w oczy, miałam takie prawo. Na szczęście tutaj zapach jest mocno wyczuwalny, ale absolutnie mnie nie drażnił, nie powodował szczypania w oczy, ani jakichkolwiek innych nieprzyjemnych dolegliwości.


KONSYSTENCJA:
Żel ma dość gęstą konsystencję i zdecydowanie bliżej mu do galaretowatej, niż do wodnistej. Dzięki takiej koncentracji jest też całkiem wydajny. Niewielka jego ilość wystarcza na umycie całego ciała i to bez uszczerbku dla intensywności zapachu samego produktu :)


WYDAJNOŚĆ:
Produkt jest stosunkowo wydajny, dzięki wspomnianej gęstej konsystencji. Korzystaliśmy z jego dobrodziejstw około 2-3 tygodni, ale przy 2-3 kąpielach dziennie na osobę (przypominam, że korzystaliśmy z niego przede wszystkim w wakacje ;)). Uważam to za dobry wynik, dlatego skusiłam się na druga butelkę, która również już dobiła dna.


CENA/DOSTĘPNOŚĆ:
Produkt ma dość wysoką cenę regularną jak na żel pod prysznic, bo kosztuje aż 49 zł, ale na szczęście w BBW rządzi zasada, że im więcej kupujesz, tym lepiej na tym wychodzisz, wobec czego bardzo często trafiają się promocje w stylu 2za1, albo zniżki na drugi, czy trzeci produkt. Ta konkretna seria jest ostatnio dość często promowana w sklepach, więc łatwo o korzystną cenę. Produkt dostępny jest tylko w salonach Bath & Body Works, z których oba znajdują się w Warszawie - w Złotych Tarasach i w Galerii Mokotów.


CZY KUPIĘ PONOWNIE:
Tak! Już teraz zużyłam dwie buteleczki i z pewnością ponownie sięgnę po niego przy okazji jakiejś atrakcyjnej promocji albo po prostu bliżej kolejnego lata. W tej chwili będę stawiać raczej na inne wersje produktów z serii Aromatherapy, np. ukochane połączenie wanilii i werbeny!

SKŁAD:

Wiem, że dla wielu z Was cena produktów z serii Aromatherapy może być przegięciem, ale zachęcam Was chociaż do wypróbowania miniaturek. Ta seria zdecydowanie jest warta uwagi, bo obietnice intensywnych doznań zapachowych nie są ani trochę przesadzone! Przetestowałam już trzy warianty, z czego tylko mięta z eukaliptusem trafiły do mnie przypadkiem. Uważam, że każdy z tych zapachów jest godny uwagi, bo w końcu komu nie cieknie ślinka, kiedy próbuje sobie wyobrazić połączenie wanilii z lawendą, czarnej porzeczki z wanilią, wanilii z werbeną, jaśminu z wanilią (dużo tej wanilii :D), lawendy i rumianku, czy pomarańczy z imbirem? :)

Jeśli macie ochotę na produkty z tej serii, to polecam rozejrzeć się za licznymi promocjami! Ostatnio kupiłam mój ukochany żel o zapachu wanilii i werbeny za połowę ceny!

Czy lubicie tak aromatyczne połączenia i czy byłybyście w stanie przymknąć oko na wyższą cenę produktu, czy jednak zdecydowanie bardziej liczy się dla Was niska cena kosmetyku?
K.
Czytaj dalej

poniedziałek, 30 września 2013

Farmona - Sensitive Eco Style - nawilżająco-wygładzający balsam do ciała

Cześć Dziewczyny!

Wrzesień już właściwie za nami, więc za chwilę przyjdzie pora na posty podsumowujące ten miesiąc, ale zanim to nastąpi, na ostatni dzień września przygotowałam dla Was kolejną recenzję balsamu do ciała, który w ostatnich dniach dobił dna. Warto o nim wspomnieć, bo to kolejny przyjemniaczek, który przewinął się przez naszą łazienkę. Tym razem zapraszam Was na moją opinię o balsamie nawilżająco-wygładzającym z serii Sensitive Eco Style od Farmony, który otrzymałam na lipcowych Igraszkach Kosmetycznych :)


PRODUCENT O PRODUKCIE:


DZIAŁANIE:
Balsam Sensitive Eco Style okazał się być całkiem niezłym nawilżaczem (choć uczulam, że zarówno moja skóra, jak i skóra mojego faceta należą raczej do tych mało wymagających), więc świetnie sprawował się jako produkt do codziennego stosowania. Dobrze nawilżał i rzeczywiście nieco wygładzał skórę, po jego użyciu była ona przyjemna w dotyku. O ile dla nas działanie produktu było satysfakcjonujące, tak sądzę, że osoby o suchej skórze raczej byłyby zawiedzione jego działaniem.

Dla mnie ogromnym plusem tego produktu był też stosunkowo neutralny zapach, który nie utrzymywał się zbyt długo na skórze, więc był dobry, jako "baza pod perfumy", stosowane przeze mnie i Michała, ponieważ nie zakłócał ich zapachu. Poza tym, wielokrotnie to powtarzałam, nie chcę, żeby mój facet pachniał przez pół dnia kokosem czy różami :D

KONSYSTENCJA:
Balsam od Farmony miał stosunkowo rzadką konsystencję, ale na szczęście nie spływał z dłoni podczas aplikacji. Taka formuła sprawiła, że balsam bardzo szybko i łatwo można było rozprowadzić na większych powierzchniach skóry. Produkt szybko się wchłaniał i nie zostawiał żadnego wyczuwalnego filmu na skórze.


KOLOR/ZAPACH:
Produkt ma typowy dla balsamów biały kolor i, jak już wspominałam, pachnie dość neutralnie. Odrobinę kwiatowo, ale na tyle delikatnie, że trudno mi skojarzyć ten zapach z czymkolwiek znajomym. Zapach uprzyjemnia aplikację produktu, ale nie dominuje później na skórze, co jest dla mnie dużym plusem rano, kiedy sięgam po konkretne perfumy (bo wieczorami lubię sięgać po pachnące balsamy solo, ale to zupełnie inna bajka :)).


OPAKOWANIE:
Balsam zamknięto w minimalistycznym, białym opakowaniu o zawartości 250 ml. Nadruki sprawiają bardzo przyjemne wrażenie i kojarzą mi się dokładnie z takim typem produktów, jaki reprezentuje balsam z Famony, czyli przyzwoitymi nawilżaczami o przyjemnym zapachu. Opakowanie jest raczej wygodne, a płaska zakrętka ułatwia zużycie produktu do końca, ponieważ można postawić go do góry nogami, żeby wszystko spłynęło do "dziubka". Jedyne co nie przypadło mi do gustu to to, że balsam dość łatwo zastyga przy ujściu i tworzą się tam takie nieestetyczne kluchy ;)


WYDAJNOŚĆ:
Z racji dość rzadkiej konsystencji, produkt dość szybko się zużywa. Stosowany codziennie przez mojego chłopaka i prawie codziennie przez mnie, wystarczył nam tylko na około 3 tygodnie. Nie obraziłabym się, gdyby został z nami jeszcze ten tydzień dłużej, no ale nie jest tak źle, jeśli spojrzeć na relację wydajności do ceny.

CENA/DOSTĘPNOŚĆ:
Produkt można dostać na pewno w sklepie internetowym Farmony za jedyne 9 zł. Zdaje się, że to jakaś nowość w ofercie Farmony, więc nie spotkałam go jeszcze w żadnej z drogerii, ale widziałam go na pewno w jednej z gazetek Hebe :)

SKŁAD:

Tym razem spotkanie z produktem Farmony nie wywołało fajerwerków w mojej łazience, ale mimo to, na pewno mogę zaliczyć je do udanych :) 

Czy spotkałyście się już z balsamami z tej serii? Jakie macie o nich zdanie? A może macie innych neutralnych pewniaków, których mogłybyście polecić? :)
K.
Czytaj dalej

czwartek, 26 września 2013

Lirene - Intensywna Regeneracja - balsam do ciała

Cześć Dziewczyny!

Pora na trochę pielęgnacji, w końcu równowaga na blogu musi być :) Postanowiłam przybliżyć Wam balsam, który wykończyliśmy na początku miesiąca, a który zdecydowanie wart jest uwagi, zwłaszcza teraz, kiedy lada moment rozpocznie się sezon grzewczy. Dzisiaj zapraszam Was na moją opinię o balsamie do ciała z linii Intensywna Regeneracja od Lirene.


Od producenta:


DZIAŁANIE:
Balsam do ciała od Lirene funduje mojej skórze solidną dawkę nawilżenia i świetnie radzi sobie z ułatwieniem jej powrotu do dobrej kondycji. Wprawdzie moja skóra nie miewa większych problemów z przesuszeniami, ale sądzę, że dzięki treściwej konsystencji balsamu, również i osoby, borykające się z suchą skórą będą zadowolone z działania tego produktu.

Balsam Intensywna Regeneracja stosowałam codziennie lub co drugi dzień, wespół z moim mężczyzną. W tym czasie okresowo, zwykle rano, sięgałam również po balsamy zapachowe z Bath & Body Works i zawsze dopasowywałam je do aktualnie noszonego zapachu. Lirene stosowałam zwykle po wieczornej kąpieli lub kiedy miałam w zamiarze użycie zapachu, do którego nie mam odpowiednio dopasowanego balsamu.

Moja skóra, po użyciu balsamu Intensywna Regeneracja była intensywnie nawilżona, miękka i przyjemna w dotyku. Balsam ma tę zaletę, że dość szybko się wchłania i choć wymaga to kilku minut, to zajmuje to nie dłużej, niż przykładowo umycie zębów :) Mimo, że balsam zawiera już na drugim miejscu parafinę, to nie odniosłam wrażenia, żeby na skórze pozostawała jakakolwiek nieprzyjemna warstwa. Nie zauważyłam również powstawania ewentualnych wyprysków. Moja skóra reagowała na niego bardzo dobrze.

Działanie balsamu docenił również mój Michał, który dotychczas był fanem balsamu ujędrniającego MaXSlim (również z Lirene). Już po pierwszym użyciu Intensywnej Regeneracji triumfalnie oznajmił, że koniecznie powinnam napisać, że ten balsam dużo lepiej nawilża i szybko się wchłania, więc piszę! A z ust faceta, który nie stosuje wiele więcej niż 5 kosmetyków, to naprawdę coś :)


KONSYSTENCJA:
Balsam ma dość gęstą, ale jednocześnie lekką konsystencję. Jest w miarę zwarty, ale bardzo łatwo rozprowadza się na ciele, nie tworząc smug i nie zostawiając białego nalotu.

ZAPACH:
Przy wyborze balsamu, po który będziemy sięgać oboje kieruje się, obok kryterium nawilżenia, również tym, żeby zapach był dość neutralny. Zależy mi na tym, żeby był przyjemny dla nosa, ale jednocześnie nie utrzymywał się zbyt długo na ciele i nie był dominujący. To również dobra cecha balsamu, który ma być tylko tłem dla różnorakich perfum. Lirene w pełni spełnia te wymagania, dzięki czemu ja mogę bez przeszkód używać ulubionych zapachów, a i mój chłopak pachnie tylko sobą i Bossem, zamiast różami i Bossem ;)



OPAKOWANIE:
Balsam umieszczono w dużej czerwonej butli o pojemności 400 ml. Butelka ma typowe dla marki Lirene wgłębienie przy wieczku, które ułatwia otwarcie produktu nawet mokrymi dłońmi. Design opakowania jest dość minimalistyczny, ale charakterystyczny i przyjemny dla oka. Zaletą butli jest, znowu typowa dla Lirene, płaska "nakrętka", dzięki czemu pod koniec można postawić produkt do góry nogami i zużyć go do końca.


WYDAJNOŚĆ:
Balsam wystarczył nam mniej więcej na dwa miesiące codziennego użytkowania. Mój chłopak sięgał po niego regularnie, co do dnia, natomiast ja - tak jak wspominałam - czasami przeplatałam jego stosowanie użyciem balsamu, odpowiadającego wybranej wodzie toaletowej, ale uśredniając i tak wyszłoby, że sięgałam po niego niemal codziennie.



CENA/DOSTĘPNOŚĆ:
Balsam jest łatwo dostępny we wszelkich drogeriach, takich jak Natura, Hebe, Super-Pharm czy Rossmann. Bez promocji (a te zdarzają się często) jego cena kształtuje się w okolicach 16-18zł. Jak za taką pojemność, jest to bardzo korzystna cena.

CZY KUPIĘ PONOWNIE:
Tak! Intensywna Regeneracja zdecydowanie wejdzie do naszego grona pewniaków! Lubię znać i mieć sprawdzone i jednocześnie uniwersalne produkty, dlatego jestem pewna, że ten balsam jeszcze niejednokrotnie pojawi się w naszej łazience.

SKŁAD:



Miałyście już okazję poznać ten balsam? Czy polubiłyście się z nim tak, jak ja? :)
K.
Czytaj dalej
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Blog template designed by SandDBlast