czwartek, 7 listopada 2013

Pat&Rub - otulający balsam do rąk (karmel, cytryna, wanilia)

Cześć Dziewczyny!

Wczoraj obiecywałam, że już wkrótce pojawi się moja opinia o otulającym balsamie do rąk z Pat&Rub, który po raz drugi pojawił się w moich ulubieńcach. Cóż, nie dość, że doskonale wiem, co chcę Wam na temat powiedzieć, to jeszcze udało mi się zrobić całkiem przyjemne zdjęcia, więc czym prędzej przybiegam do Was z moją recenzją! :)


Produkt pochodzi z limitowanej kolekcji, wypuszczonej specjalnie z okazji 5-tych urodzin Pat&Rub i muszę, po prostu muszę to napisać! Jeśli komuś przyjdzie do głowy wycofać linię otulającą z końcem roku, zgodnie z zapowiedziami, to Pat&Rub zyska spore grono niezadowolonych klientek! Linia otulająca robi prawdziwą furrorę na blogach i ja również zdążyłam szczerze pokochać ten produkt! Do linii orzeźwiającej nie miałam okazji się aż tak przywiązać, ale ma ona zapach, który łatwiej będzie zastąpić, wybierając coś spośród innych linii z Pat&Rub, natomiast seria otulająca jest wyjątkowa! I to wyjątkowo udana! :)

EDIT: Linia otulająca została wprowadzona do stałej oferty Pat&Rub :))



Od producenta:
"Balsam do Rąk zapewnia odżywczą pielęgnację i ochronę dla zmęczonej i suchej skóry dłoni. Słodki relaks w domowym SPA. Naturalne składniki użyte do skomponowania balsamu odżywiają, nawilżają, zmiękczają, rozjaśniają, koją i uelastyczniają skórę dłoni. Zapewniają ochronę przed czynnikami zewnętrznymi. Lekka, aksamitna formuła sprawia, że balsam świetnie się wchłania."


DZIAŁANIE:
Jak już wielokrotnie wspominałam, jestem raczej reprezentantką osób o normalnej skórze dłoni, ale jednocześnie praca z papierami sprawia, że moje dłonie często są narażone na niekorzystne czynniki. Często dają mi odczuć swoje niezadowolenie z tych kontaktów, dlatego dobry krem do rąk, to dla mnie podstawa. W domu nie czuję tak często potrzeby sięgania po krem, ale nie wyobrażam sobie dnia pracy bez kremu czy balsamu pod ręką :)

Balsam z P&R fantastycznie się sprawdził zarówno w warunkach domowych, jak i w pracy. Mimo dość treściwej konsystencji, balsam bardzo łatwo rozprowadza się na dłoniach, ale też równie łatwo się wchłania. Początkowo sądziłam, że będzie to zbyt treściwy produkt, żeby nosić go w torebce, ale nic bardziej mylnego! Balsam wchłania się prawie do sucha, pozostawiając na dłoniach delikatnie wyczuwalną warstewkę ochronną, która jednak nie jest tłusta, więc zupełnie nie utrudnia pracy, nie tłuści papierów i nie sprawia, że za wyślizgującym się długopisem trzeba by biegać po całym biurze ;)

Balsam skutecznie nawilża i odżywia moje dłonie, dzięki czemu nie straszne im niższe temperatury i chłodniejszy wiatr! Jestem bardzo zadowolona z działania tego produktu, a świadomość tego, że wraz z działaniem idą w parze cudowny zapach i fantastyczny skład, sprawia, że naprawdę nie żałuję ani jednej złotówki wydanej na ten produkt!


KONSYSTENCJA:
Jak już pisałam, balsam ma dość treściwą konsystencję, ale jednocześnie jest ona bardzo lekka, powiedziałabym nawet, że sprawia wrażenie puszystej w dotyku ;)

KOLOR/ZAPACH:
Balsam ma zwykły biały kolor, ale za to niezwykły, cudowny zapach! Początkowo, widząc cytrynę jako jeden z głównych składników linii otulającej pokręciłam nosem i stwierdziłam, że to nie może się udać. Ciekawość jednak zwyciężyła i z początkiem września w moje ręce wpadł oczywiście właśnie ten balsam. Muszę przyznać, że połączenie karmelu z wanilią i cytryną to strzał w dziesiątkę! Wyczuwam każdy z tych składników, ale jest to, moim zdaniem, idealnie wyważony aromat! Sam karmel i wanilia mogłyby tworzyć zbyt słodką mieszankę, natomiast zrównoważone cierpkością i świeżością cytryny stanowią niesamowicie przyjemną kompozycję, w której zakochają się zarówno fanki, jak i przeciwniczki słodkich zapachów! :)

Balsam ma na tyle zwracający uwagę zapach, że - jak żaden produkt wcześniej - wielokrotnie przykuł uwagę moich współpracowników. Każdy pytał co tak ładnie pachnie, a jedna z tych osób wzięła ten zapach za moje nowe perfumy. W dodatku zapach zdaje się być wyczuwalny w pomieszczeniu jeszcze długo po aplikacji produktu - i o ile na dłoniach rzeczywiście czuję ten balsam, to nie zdawałam sobie sprawy z tego, że czują go również osoby, które wchodzą do pomieszczenia dobre pół godziny po tym, jak kremowałam dłonie! :)


OPAKOWANIE:
Balsam umieszczono w estetycznym opakowaniu typu air-less, które zawiera 100 ml produktu. Lubię opakowania tego typu ze względu na ich higieniczność, ale też wygodę w dozowaniu i przechowywaniu produktu. Taka tuba z pewnością nie otworzy nam się sama w torebce, a nawet gdyby, to potrzeba jednak trochę siły, żeby wcisnąć pompkę na tyle, żeby wycisnąć produkt. Dla przeciętnej kobiety nie będzie to problem, ale już dla przeciętnej torebki raczej tak. 1:0 w meczu ja kontra torebka! :)

Oprócz przyjemnego designu, opakowanie ma jeszcze jedną dobrą cechę - w etykiecie znajdziecie przerwę na całej wysokości tuby, dzięki czemu będziecie mogły dokładnie obserwować zużycie produktu.


WYDAJNOŚĆ:
Produkt jest dosyć wydajny i chociaż początkowo wydaje się, że dosyć szybko ubywa, to po pewnym czasie zużycie się nieco stabilizuje. Niewątpliwą zaletą jest to, że nie trzeba wyciskać całej pompki, żeby obficie posmarować dłonie, dlatego wydajność produktu łatwo dopasować do własnych potrzeb. Mojej tuby używam już od około 1,5 miesiąca, z czego od miesiąca bardzo, bardzo regularnie, bo właściwie codziennie. Myślę, że będę się cieszyć tym produktem jeszcze co najmniej przez dwa tygodnie!

SKŁAD:

CENA/DOSTĘPNOŚĆ:
Cena regularna - 45 zł (do końca listopada w promocji na stronie -15%). Produkt kupicie w sklepie internetowym Pat&Rub (KLIK), na Empik.com, Merlin.pl czy DOZ.pl albo stacjonarnie w Perfumeriach Sephora.

CZY KUPIĘ PONOWNIE:
Zdecydowanie tak! I ostrzegam Was Pat&Rub - niech nikt nie rusza mojego ukochanego balsamu! Stanowczo żądam wprowadzenia tej linii do stałej oferty! :))

***
Czy znacie już linię otulającą z Pat&Rub? Czy pobiła Wasze serca tak jak moje? A może uważacie, że nie ma sensu wydawać tyle pieniędzy na "zwykły" krem do rąk?
K.


Czytaj dalej

środa, 6 listopada 2013

Ulubieńcy października :)

Cześć Dziewczyny!

Korzystając z dobrej passy blogowej dzisiaj przychodzę do Was z postem o moich październikowych ulubieńcach! Jestem z siebie taka dumna! W końcu udało mi przygotować ulubieńców na początku miesiąca... :D


W październiku używałam raczej dość stałej grupki produktów, więc niewiele tu nowości. Większość faworytów, to raczej powroty do już sprawdzonych kosmetyków. Tym razem wśród produktów pielęgnacyjnych wyróżniłam tylko jeden kosmetyk po który faktycznie sięgałam cały czas i który niezmiennie robi na mnie wrażenie. W kwestii kolorówki jak zwykle uzbierałam nieco większą gromadkę, choć tym razem mój makijaż był wyjątkowo monotematyczny i sięgałam ciągle po te same kosmetyki ;)


Cień Maybelline Color Tattoo w kolorze On And On Bronze był świetnym wyborem zawsze wtedy, kiedy malowałam się w pośpiechu! Nie tylko sam wystarczy za cały makijaż, ale też pięknie podkreśla oczy. Wystarczy dołożyć tylko kredkę i tusz i makijaż oczu miałam z głowy! Po cichu liczyłam na to, że ten cień nie będzie wymagał bazy, ale niestety bez tego nie trzyma się zbyt długo, natomiast na bazie wytrzymuje niemal cały dzień :)


W październiku przeprosiłam się z dawno nieużywanym różo-bronzerem Africa z W7. Kilka miesięcy temu nie rozstawałam się z tym produktem, po czym nieco mi się znudził i większość czasu przeleżał w szafce. Teraz jednak zachciało mi się odmiany i odstawiłam na bok nieśmiertelny róż z Alverde i z radością sięgnęłam po piękną Africę! Uwielbiam ten produkt za to, że efekt może być za każdym razem inny, w zależności od tego po której części mapki przejadę pędzelkiem. Jeśli jesteście ciekawe tego, jak wygląda na twarzy, to zapraszam do recenzji TUTAJ.


Październik to kolejny miesiąc, kiedy chętnie sięgałam po paletę Naked 2 z Urban Decay. No cóż, jak już wielokrotnie wspominałam, łączy nas relacja love-hate relationship. W ostatnim czasie ją kocham, tylko zobaczymy ile to potrwa ;)

Mój makijaż nie może obejść się bez kredki, więc w październiku sięgałam wymiennie po brązową i czarną kredkę z serii Glimmerstick Cosmic z Avonu. Co jak co, ale te kredki są naprawdę świetne! Uwielbiam je! :)


W ostatnim miesiącu przybyło mi mnóstwo lakierów, a tak naprawdę tylko ten jeden zrobił na mnie na tyle spore wrażenie, żebym go zapamiętała. Może wynika to z faktu, że na początku zupełnie go skreśliłam, po czym jednak doszłam do wniosku, że The Lace Is On, to prawdziwa gwiazda jesiennej kolekcji Essie. Wkrótce pokażę Wam go z bliska :)

Pomadka ochronna Blistex, to kolejny powrót! Od października mam toaletkę, więc urządzając się zrobiłam wielki przegląd kosmetyczki i natknęłam się na tę pomadkę! Uwielbiam jej ciasteczkowy zapach, więc na jesień jest idealna! Jeśli chodzi o walory pielęgnacyjne, to zapraszam do recenzji kilku produktów Blistex TUTAJ.


No i mamy rodzynka wśród ulubieńców - otulający balsam do rąk z Pat&Rub, to mój absolutny ulubieniec tego miesiąca. Nosiłam ten krem w torebce i zawsze sięgałam po niego z największą przyjemnością! Jego cudowny zapach jest na tyle intensywny i zwracający uwagę, że wyczuli go nawet moi współpracownicy, posądzając ten zapach o rolę moich nowych perfum :) Więcej o nim pojawi się na blogu już wkrótce! :)

***
To by było na tyle! Wybaczcie, jeśli pisałam dziś jak potłuczona! :D Mimo ogromnej ochoty na napisanie tej notki wyjątkowo nie umiałam dobrać słów, dlatego nie rozpisywałam się zbyt obszernie! Jeśli chodzi o The Lace Is On oraz balsam otulający, to ich bliższe prezentacje z pewnością pojawią się na blogu w najbliższych dniach, dlatego zapraszam Was do regularnego zaglądania! :)

Znacie moich ulubieńców? Czy wpasowali się również i w Wasze potrzeby? :)
K.
Czytaj dalej

wtorek, 5 listopada 2013

VI Spotkanie Warszawskich Blogerek Urodowych - 26 października 2013

Cześć Dziewczyny!

Ostatnio sporo się działo w moim życiu prywatno-towarzyskim i choć na blogu nie odzywam się zbyt często, to jednak nie oddzielam się zupełnie od blogowego świata, czego dowodem jest moje uczestnictwo w ostatnim, fantastycznym spotkaniu blogerskim, czyli VI Spotkaniu Warszawskich Blogerek Urodowych! Dzisiaj przychodzę do Was z mini relacją i moimi wrażeniami na temat tego spotkania! :)


Na początku nie mogłabym nie wspomnieć, że organizacji spotkania podjęły się dwie wspaniałe dziewczyny, czyli Paula i Sylwia! Dziewczyny wykonały naprawdę świetną robotę i w sobotę, 26 października 2013 r. w kawiarni Kava i Vino zgromadziły kilkanaście fantastycznych babeczek! Każdą z dziewczyn podczytuję od dłuższego czasu i chyba z każdą z nich miałam już przyjemność się zapoznać, jednak każda okazja do spotkania i kosmetycznych plot jest dobra, dlatego z ogromną radością wzięłam udział w tym spotkaniu :)

Paula i Sylwia
Z pewnością już mniej więcej wiecie jak wyglądał program spotkania. Wspomnę tylko, że dziewczyny postawiły na dwie, nieco bardziej rozbudowane prezentacje, dwóch ciekawych marek. I tak na początek pojawiły się Sylwia i Karolina, które zaprezentowały ofertę marki Mary Kay. Niestety tej prezentacji nie udało mi się wysłuchać w całości, ponieważ tego dnia wracałam akurat z Poznania, dlatego na spotkaniu pojawiłam się ponad godzinę po jego rozpoczęciu. Szkoda, że przegapiłam większość tej prezentacji, ponieważ zarówno z relacji dziewczyn, jak i uśmiechniętych buziach widać było, że koleżankom się podobało! :)


Następnie, po przerwie na tak zwaną kawę, mogłyśmy wysłuchać prezentacji Pań reprezentujących markę Vipera. Agnieszka wraz z koleżanką przedstawiły nam stosunkowo nowy system palet magnetycznych, czyli Puzzli i Hamsterów. Puzzle, to palety magnetyczne różnej wielkości, które można wypełniać dowolnymi kosmetykami, od cieni, przez pudry, róże, pomadki, czy korektory. Tym sposobem w jednej palecie można zgromadzić cały niezbędnik! :) Hamstery natomiast, to okrągłe "wkłady", które można łączyć ze sobą w wieżyczki za pomocą magnesów zawartych w opakowaniach, a całość wystarczy zwieńczyć przezroczystym wieczkiem. Mam już dwa kosmetyki w tej formie, więc za jakiś czas postaram się przybliżyć Wam ten sposób przechowywania :)


Po prezentacjach, dziewczyny urządziły losowanie, w którym do kilku z dziewcząt uśmiechnęło się szczęście w postaci m.in. pudełek Glossy Box. Paula i Sylwia nie chciały chyba, żeby reszcie było smutno, więc każdą z nas obficie odbarowały prezentami od marek, które zdecydowały się uświetnić nasze spotkanie upominkami. Poniżej znajdziecie listę tych firm.



Po wszystkim było jeszcze mnóstwo czasu na ploty i pewnie gadałybyśmy dłużej, gdyby nie goniła nas godzina wygaśnięcia rezerwacji. Mam nadzieję, że jeszcze nie jedno takie miłe popołudnie przed nami :)


W spotkaniu wzięły udział dziewczyny, do których możecie zajrzeć klikając w poniższe linki :

Organizatorki:
2. Lacquer –maniacs http://lacquer-maniacs.blogspot.com/
Uczestniczki:
4. Charlotte’s Wonderland http://charlottes-wonderland.blogspot.com/
11. My Strawberry Fields http://fraise26.blogspot.com/
12. Kaczka z piekła rodem http://kaczkazpieklarodem.blogspot.com/
15. Rozmyślania Yasminelli http://yasminella-yasminella.blogspot.com/
17. Make-Up Today http://www.make-up-today.com/



Cieszę się, że w Warszawie co chwilę coś się dzieje i mamy wiele okazji do spotkań. Choć od kawy nie stronimy, to jednak niektóre osoby trudno byłoby wyciągnąć na godzinę na kawkę, podczas gdy do Warszawy mają kilkadziesiąt ładnych kilometrów. Dzięki temu znowu miałam okazję pogadać z kochaną Kaczmartą, czy przemiłą Bellitką :)


...a takie piękne zdjęcia mamy dzięki uprzejmości Marty z M-art Studio! :)
Czytaj dalej

GoodSkin Labs - Eyliplex-2 - serum stymulujące wzrost rzęs [recenzja po pełnej kuracji]

Cześć Dziewczyny!

Niektóre z Was może pamiętają, że jakiś czas temu rozpoczęłam testowanie serum z GoodSkin Labs - Eyliplex-2, którego zadaniem jest stymulowanie wzrostu rzęs, więc dzisiaj, w kilka tygodni po zakończeniu pełnej kuracji, chciałabym podzielić się z Wami moją opinią o nim.


Od producenta:


Moje rzęsy z natury są dość długie i w miarę grube, dlatego ciekawa byłam, czy odżywka będzie w stanie cokolwiek zmienić. Może od razu napiszę, że rzeczywiście zauważyłam efekty, choć nie są one tak spektakularne, jak u niektórych osób, stosujących różne tego typu sera (uwielbiam tę odmianę :D), jednak to nie jedyne pozytywne skutki stosowania serum Eyliplex-2.

Zacznijmy od początku - nieco poniżej możecie zobaczyć moje rzęsy przed kuracją - bez tuszu i z tuszem. Dalej, moje rzęsy po ośmiotygodniowej kuracji - bez tuszu i z tuszem (tym samym, co na zdjęciach przed). Myślę, że pierwsze, co rzuca się w oczy, to nie długość, ale grubość rzęs i ich przyciemnienie. Z tego efektu kuracji jestem najbardziej zadowolona!

Jeśli chodzi o długość, to należy wspominać, że moje rzęsy mają to do siebie, że mają bardzo jasne końcówki, na których mój aparat nieco głupieje, dlatego niektóre ze zdjęć bez tuszu mogą być nieco rozmazane, za co z góry Was przepraszam.


DZIAŁANIE:
Zacznijmy od tego, co dla większości z Was liczy się najbardziej, czyli wydłużenia rzęs. W moim przypadku wydłużenie jest zauważalne i choć nie jest to spektakularny efekt, to jednak mogę go uznać za zadowalający. Dodatkowo, mam wrażenie, że moje rzęsy są po kuracji znacznie grubsze. Wydłużenie nie jest może najlepiej widoczne, ale pogrubienie i przyciemnienie rzęs z pewnością zauważycie! Na szczęście już po użyciu tuszu - i to w zasadzie dowolnego - okazuje się, że moje rzęsy, to całkiem niezły materiał nad którym mogę pracować z tuszem ;)

Bardzo dużą zaletą serum Eyliplex było dla mnie zauważalne odżywienie i wzmocnienie rzęs. Stały się bardziej lśniące i przede wszystkim przestały wypadać! Przed kuracją, zdarzało mi się, że gubiłam po 2-3 rzęsy w trakcie demakijażu i to codziennie, natomiast w trakcie kuracji wypadanie niemal zupełnie ustało i wypadały mi właściwie tylko te rzęsy, na które przyszła już pora zgodnie z ich naturalną żywotnością ;) Co najciekawsze, naczytałam się wcześniej, że po zakończeniu różnych tego typu kuracji na rzęsach, niektóre z dziewczyn miały problem ze wzmożonym wypadaniem rzęs. U mnie nic takiego się nie dzieje, a produktu nie używam już od ponad miesiąca. Rzęsy nadal są mocne, długie i odżywione, a ich wypadanie jest bardzo sporadyczne i ograniczone do pojedynczych rzęs.

KONSYSTENCJA I APLIKACJA:
Produkt należy nakładać na linię rzęs dokładnie tak samo jak eyeliner, co jest rzeczywiście bardzo wygodnym rozwiązaniem. Nie przeczesujemy całych rzęs, a działamy jedynie u ich nasady. Produkt jest dość rzadki, ale nie ucieka zbyt szybko z pędzelka, a ponadto nie zastyga na powiece. Właściwie to zdaje się całkowicie wchłaniać w skórę, ponieważ -  w przeciwieństwie do buteleczki - na skórze nie zostają żadne ślady aplikacji.


OPAKOWANIE I WYDAJNOŚĆ:
Produkt opakowany jest w podłużną buteleczkę, typową dla eyelinerów z pędzelkiem. Ma prosty, ale dość estetyczny design. Buteleczka zawiera 4,5 ml produktu, co jest ilością wystarczającą na pełną, ośmiotygodniową kurację (a nawet dłuższą!). To, co nie do końca odpowiadało mi w produkcie to fakt, że w miarę upływu czasu, należało się trochę nagimnastykować z opakowaniem, żeby pędzelek nabrał odpowiednią ilość produktu.


CENA/DOSTĘPNOŚĆ:
Serum jest dostępne wyłącznie w Perfumeriach Douglas (również online) w cenie 165 zł. Jest to niewątpliwie dość wysoka kwota, ale jednocześnie jest ona znacznie niższa, niż innych rozpoznawalnych produktów tego typu, a biorąc pod uwagę pozytywne efekty, warto rozważyć wybór tego produktu.

SKŁAD:

Pora pokazać efekty! Zdjęcia przed kuracją, to zdjęcia, które pojawiły się również w niedawnej recenzji tuszu. Były one zrobione na krótko przed rozpoczęciem kuracji, więc idealnie nadają się do zilustrowania efektów przed.

PRZED KURACJĄ
ZDJĘCIA RZĘS BEZ TUSZU I Z TUSZEM




zdjęcia z tuszem - niestety tylko na drugim oku
zdjęcia z tuszem - niestety tylko na drugim oku

***
W TRAKCIE KURACJI
PO 6 TYGODNIACH STOSOWANIA PRODUKTU

Tutaj mój aparat najlepiej złapał ostrość na końcówki rzęs, co generalnie jest dla niego dosyć trudnym zadaniem :)
***
PO KURACJI
ZDJĘCIA RZĘS BEZ TUSZU I Z TUSZEM


Tak, jak wspominałam - niestety mój aparat głupieje, jeśli chodzi o łapanie ostrości na nagich rzęsach :/





Jestem naprawdę zadowolona, a moja ciekawość względem tego typu produktów została mocno rozbudzona! A jak Wy oceniacie efekty mojej kuracji?
K.

Produkt otrzymałam w ramach współpracy z Perfumeriami Douglas.
Czytaj dalej

niedziela, 3 listopada 2013

Barwa - Siarkowa Moc - antybakteryjny żel myjący

Cześć Dziewczyny!

Wracam do Was z nowym postem "merytorycznym" :) Dawno już nie pisałam o pielęgnacji, dlatego dzisiaj zapraszam Was na moją recenzję produktu do mycia twarzy - czyli antybakteryjnego żelu myjącego z serii Siarkowa Moc od Barwy. Produkt przeznaczony jest przede wszystkim dla posiadaczek cer mieszanych i tłustych, z tendencją do trądziku lub częstego powstawania wyprysków, więc jeśli to o Was, zapraszam dalej! :)


Informacja o produkcie:

DZIAŁANIE:
Produkt stosuję już od miesiąca, sięgając po ten żel zarówno rano, jak i wieczorem. Przez ten czas zaobserwowałam, że produkt rzeczywiście nieźle radzi sobie z oczyszczaniem twarzy nie tylko z codziennych zanieczyszczeń, ale też z resztek makijażu. Zazwyczaj najpierw zmywam makijaż oczu płynem dwufazowym, a resztkami, które zostają na waciku przecieram twarz. Później sięgam po żel do mycia twarzy i tu wkracza do akcji żel Siarkowa Moc. Jak już wspomniałam, bardzo dobrze radzi sobie ze zmywaniem resztek podkładu, pudru czy różu. Na tyle dobrze, że gdy później przecieram twarz tonikiem, to na waciku nigdy nie zauważyłam żadnych śladów obecności makijażu ;)

Jeśli chodzi o odblokowanie porów, to w zasadzie od razu włożyłam to między bajki - i słusznie, bo w tej kwestii żel w zasadzie nie miałby jak zadziałać. W tym przypadku wierzę jedynie w maski lub inne zabiegi, które stawiają za cel właśnie odblokowanie porów.

Odnosząc się jeszcze do kwestii regulacji wydzielania sebum, to również nie byłabym aż tak entuzjastyczna w ocenie, ponieważ tę kwestię zostawiam akurat kremom (w ostatnim czasie był to krem z serii Siarkowa Moc, o którym również wkrótce przeczytacie). Nie sądzę, żeby żel miał na to wpływ, ale też raczej nie wpłynął na tę kwestię negatywnie ;)

W przypadku mojej mieszanej cery nie zauważyłam, żeby żel powodował jakiekolwiek przesuszenia, ale jeśli zbyt długo po umycia twarzy nie sięgałam po krem, to moja cera szybko mi o tym przypominała i stawała się nieco ściągnięta.

KONSYSTENCJA:
Żel ma dość gęstą, nawet nieco galaretowatą konsystencję, ale w kontakcie z intensywnie zwilżoną skórą bardzo łatwo się rozprowadza.


KOLOR/ZAPACH:
Żel Siarkowa Moc ma przeźroczysto-pomarańczowy kolor i intensywnie pachnie cytrusami. Jest to dość sztuczny zapach i choć na początku nawet przypadł mi do gustu, to teraz jednak zaczął być nieco nużący i ciut denerwujący. Chyba już mi się trochę znudził ze względu na to, że rzeczywiście intensywnie go czuć.

OPAKOWANIE:
Produkt ukryto w miękkiej tubie o pojemności 120 ml, czyli odrobinkę mniejszej, niż standardowo. Tuba wyposażona jest w zamknięcie na klapkę/zatrzask, dzięki czemu aplikacja produktu jest bardzo łatwa i nie wymaga gimnastyki. Sam design żelu jest prosty, ale jednocześnie energetyczny i spójny dla całej serii. Moim zdaniem jest przyjemny, choć raczej młodzieżowy, ale przypuszczam, że to właśnie jest główny target tej serii ;)

WYDAJNOŚĆ:
W ciągu miesiąca stosowania produktu dwa razy dziennie, ubyło mi nieco ponad pół tuby. Sądzę, że spokojnie będę go stosować jeszcze przez kolejny miesiąc, więc wydajność produktu jest jak najbardziej na plus!


CENA/DOSTĘPNOŚĆ:
ok. 15 zł; produkt powinien być dostępny w drogeriach i marketach, które mają w ofercie produkty Barwy. Stawiałabym m.in. na Rossmanna i Auchan.

CZY KUPIĘ PONOWNIE:
Nie sądzę. Mimo, że żel całkiem nieźle sprawdza się przy mojej cerze, to jednak mam już swoich faworytów w tej kategorii i póki co nie zanosi się na zmiany, bo produkt z serii Siarkowa Moc nie oczarował mnie aż tak mocno. Po prostu będę go miło wspominać! :)


SKŁAD:
AQUA, GLYCERIN, SODIUM LAURETH SULFATE, DISODIUM LAURETH SULFOSUCCINATE, ALPHA-GLUCAN OLIGOSACCHARIDE, PROPYLENE GLYCOL, LAURAMIDOPROPYL BETAINE, PANTHENOL, TRITICUM VULGARE, SULFUR, PEG-30 CASTOR OIL, PEG-7 GLYCERYL COCOATE, PEG-150 PENTAERYTHRITYL TETRASTEARATE, TRIETHANOLAMINE, ACRYLATES/C10-30 ALKYL ACRYLATE CROSSPOLYMER, XANTHAN GUM, PARFUM, METHYLCHLOROISOTHIAZOLINONE, METHYLISOTHIAZOLINONE, LIMONENE, CI 15985

Dotąd tylko kojarzyłam serię Siarkowa Moc z kilku całkiem pozytywnych recenzji na niektórych blogach, ale sama nie miałam okazji jej stosować. Teraz, kiedy dzięki współpracy kilka produktów tej marki wpadło w moje ręce, sama miałam okazję przekonać się o działaniu tej serii i muszę przyznać, że jestem całkiem miło zaskoczona. Może nie są to produkty, które 100% trafiają w moje upodobania, ale z pewnością sprawdzają się jak trzeba. O kolejnych produktach z tej serii będziecie mogły przeczytać już wkrótce.

Czy miałyście już do czynienia z produktami z serii Siarkowa Moc? Jakie macie wrażenia ze stosowania tych kosmetyków?
K.
Czytaj dalej
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Blog template designed by SandDBlast