wtorek, 19 listopada 2013

Golden Rose - Rich Color #17 [swatche]

Cześć Dziewczyny!

Wracam do Was z nowym postem, tym razem lakierowym, ale jednocześnie dość wyjątkowym. Długo, długo nie pojawiały się u mnie lakiery marki Golden Rose i przez dość długi czas nie malowałam nimi paznokci. Mimo, że w między czasie kilka sztuk wpadło mi w ręce, to jakoś nie ciągnęło mnie do nich tak, jak do Essie. No cóż, moje upodobania względem marek nadal się nie zmieniły, ale odkąd naczytałam się tyle pozytywnych opinii o serii Rich Color, ponownie zaczęłam zerkać na Golden Rose łaskawym okiem ;)

Tak się złożyło, że na Spotkaniu Lakieromaniaczek otrzymałyśmy m.in. paczuszkę z Golden Rose, a w niej znalazłam... Nie, nie dzisiejszego bohatera. Znalazłam w niej jedyny Rich Color, który już miałam, ale od czego są wymianki - tę piękną czerwień przehandlowałam chyba z Zuzią :))

Zapraszam Was na prezentację numerka 17!


KOLOR:
Numerek 17, to piękna, kremowa i intensywna czerwień. W zależności od światła widzę w niej kropelkę pomarańczu lub różu, ale pierwszym skojarzeniem jest i tak określenie "pomidorowa czerwień", ale to taka czerwień pomidorków koktajlowych :))

PĘDZELEK:
Lakiery Rich Color charakteryzują się między innymi tym, że są wyposażone w szeroki pędzelek, przypominający nieco łopatkę. Jak pewnie wiecie, bardzo lubię tego typu pędzelki, ponieważ bardzo sprawnie i szybko pokrywają moją dość szeroką płytkę. Ten nie stanowi wyjątku, więc również mocno przypadł mi do gustu. Łatwo kontrolować dzięki niemu aplikację lakieru i zapanować nad ewentualnym rozlewaniem emalii.


KONSYSTENCJA:
Lakier ma dobrą konsystencję, łatwą w obsłudze. Nie rozlewa się po płytce, ani po skórkach, ale też nie jest przesadnie gęsty. Życzyłabym sobie samych takich przyjemnych w obsłudze egzemplarzy :)

KRYCIE:
Seria Rich Color z założenia ma zawierać silnie napigmentowane lakiery, które mogłyby kryć już po jednej warstwie. Co prawda pigmentacja numeru 17 jest naprawdę wysoka, to jednak uważam, że dwie warstwy mimo wszystko będą niezbędne.

TRWAŁOŚĆ:
Wiele z Was chwali sobie trwałość tych lakierów, jednak na moich paznokciach Rich Color nie wytrzymuje dłużej, niż 3 dni, a do tego dość szybko widać obtarcia na końcówkach. Szkoda, bo liczyłam na coś więcej, ale z drugiej strony ostatnio mało który lakier trzyma się na moich paznokciach dłużej.


ZMYWANIE:
Lakier zmywał się w miarę nieźle, nie stawiał zbytnio oporu zmywaczowi, ale doczyszczenie paznokci z resztek czerwieni wymagało niestety nieco cierpliwości. Wprawdzie lakier nie zafarbował płytki, ale jego resztki, zmieszane ze zmywaczem łatwo wchodziły pod paznokcie, skąd trudno je było wydobyć.

CENA/DOSTĘPNOŚĆ:
Lakiery Golden Rose są bardzo tanie, dzięki czemu cieszą się tak dużą popularnością. Seria Rich Color należy do tych odrobinkę droższych, niż starsze kolekcje Golden Rose, ale i tak są bardzo tanie. W sklepie Golden Rose kosztują niecałe 7 zł, a w drogeriach widziałam je najdrożej po 10 zł.







Lubicie czerwień na paznokciach? Ja sięgam po nią bardzo rzadko, ale jeśli już, to chętnie wybieram właśnie takie odcienie, jak ten z Golden Rose :)
K.
Czytaj dalej

sobota, 16 listopada 2013

Październikowe nowości

Cześć Dziewczyny!

Po kilku dniach przerwy wracam do Was z kolejnym postem podsumowującym - tym razem nowości ubiegłego - szczególnie obfitego miesiąca. Tak wyszło, że w październiku uczestniczyłam w dwóch fantastycznych spotkaniach blogerskich, a ponadto sama poczyniłam nieco zakupów, które pokażę Wam poniżej. Październik był również obfity w przeróżne gratisy i atrakcyjne promocje. No cóż, żeby nie rozwlekać za bardzo, zdecydowałam się zaprezentować moje nowości z formie kolaży (dobrze to napisałam? :P).

To, co mnie satysfakcjonuje na równi z nowymi osobnikami w moich zasobach, to to, że naprawdę sporo mi ubyło w ciągu minionych dwóch miesięcy i chyba nie zwalniam tempa, dlatego moje sumienie jest nieco spokojniejsze ;) Oczywiście post o denkach również się pojawi, jak tylko zwalczę opisywanie każdego z produktów. Same dobrze wiecie, że nie przepadam za jednozdaniowym opisem produktu z poście denkowym, bo nie widzę w czymś takim większego sensu. Aaaale... Ja nie o denkach dzisiaj miałam... ;)


Na przełomie września i października było głośno o promocji w The Body Shop, która dotyczyła słynnego bananowego duetu do włosów. Początkowo nie miałam zamiaru z niej korzystać, ale Agu, Iwetto i Bellitka zewsząd mnie kusiły tymi produktami i tą promocją, że i ja w ostatniej chwili złapałam w sklepie swój duet - szampon i odżywkę. A promocja była bardzo korzystna, ponieważ płaciło się tylko za jeden produkt, a drugi był gratis :)

Drugą okazją, z której skorzystałam, to realizacja nagród za pieczątki, zbierane na karcie lojalnościowej w Bath & Body Works. Za pierwszą czwórkę mogłam wybrać dowolne body do Scentportable, czyli przenośnego odświeżacza powietrza, a także dowolny wkład z oferty B&BW. Pani namówiła mnie na uroczą sówkę, którą można zaczepić w torebce, a jak zginą Wam klucze, to wystarczy nacisnąć sówkę w czoło, bo jej oczy, to jednocześnie latareczki :D Wkład, który wybrałam, to mieszanka lawendy i wanilii!

Drugą nagrodą za pieczątki była dowolna pełnowymiarowa mgiełka z kolekcji Signature. Od dłuższego czasu przymierzałam się zgarnięcia mgiełki Carried Away, dlatego wybór był oczywisty :)


Bez lakierowych zakupów byłabym chora - fakt. Miesiąc bez nowych Essie (kostka minilakierów z kolekcji For The Twill Of It) byłby miesiącem straconym - fakt. Kolekcja jesienna Hean (nr 185 i 186) jest urzekająca - fakt. Tak samo jak Typografia z Colour Alike (A, B, H) - fakt. Do tego dodajcie jeszcze promocję 2za1 na produkty Kinetics (2x Kwik Kote), szał na piaski z Wibo (Glamour Sand nr 3) i potrzebę zakupu nowej bazy pod cienie (ArtDeco).


Pielęgnacyjnie też nie próżnowałam - uzupełniłam ciągle zużywane zapasy płynów dwufazowych (tym razem Eucerin) i zmywacza (wracam do Isany...). Do tego w Biedronce skusiłam się na kurację z olejkiem arganowym z Marion oraz dużą butlę słynnego micela BeBeauty. A w Rossmannie kupiłam sól do kąpieli stóp Fuss Wohl, bo odkąd przeskoczyłam w botki na obcasie co jakiś czas wracam z prawie odrętwiałymi stopami, więc porządny relaks jest im niezbędny!

Dalej widzicie moją drugą butlę szamponu H-Keratineum z Pharmaceris (niedługo recenzja!), a także drugą mojego ukochanego żelu z Bath & Body Works z serii Aromatheraphy w wersji wanilia i werbena! Do tego nowy balsam z Lirene Youngy w wersji papaja (cudo!) oraz nowy krem pod prysznic z Lirene o jakże jesienno-zimowym zapachu wanilii.


Na samym początku października otrzymałam również sferyczny peeling oczyszczający z nowej serii Dr Ireny Eris - Normamat! Pierwsze wrażenia z używania tego produktu zawarłam w poście konkursowym TUTAJ, ale na pewno pojawi się tu jeszcze jego pełna recenzja, ponieważ uważam, że to produkt naprawdę godny uwagi :)

Marta, reprezentująca między innymi markę AA, przesłała mi do testów serum przyspieszające wzrost rzęs - 4 Long Lashes. Niedługo zaczynam testy, myślę, że minęło już wystarczająco dużo czasu od testów poprzedniego serum tego typu. A serum od AA prezentuje się wyjątkowo korzystnie cenowo (w porównaniu do innych preparatów tego typu), dlatego jestem go szczególnie ciekawa!


Pod koniec października uczestniczyłam w warsztatach makijażowych z wizażystką Anią Orłowską, organizowanych przez markę Lirene. O tym spotkaniu jeszcze Wam nie napisałam, ale koniecznie muszę to nadrobić, ponieważ to był wyjątkowo przyjemny wieczór :) Na spotkaniu zaprezentowano nam nowości makijażowe, wchodzące do oferty Lirene - przede wszystkim nowy podkład Glam & Matt, który jest naprawdę świetny! Używam go już od 2-3 tygodni i jestem z niego bardzo zadowolona! Oprócz tego, w ofercie pojawia się też produkt, który początkowo wygląda jak zwykły krem, by po chwili zmienić się na twarzy w lekki krem koloryzująco-nawilżający. To oczywiście Magic Mike, o pardon! Magic Make-up! I znowu - mama skorzystała na tym, że ma ciemniejszą odcień cery, niż ja, więc G&M w kolorze 03 Beżowy oraz Magic Make-Up w kolorze 02 Naturalny trafiły właśnie do niej, więc bardzo możliwe, że o wrażeniach ze stosowania produktów damy znać obie :) 

Dzieła dopełnia koloryzująco-rozświetlające trio do ciała, czyli Body BB w dwóch odcieniach i Body Shine. Body BB, to - w dużym uproszczeniu - rajstopy w sprayu, tyle, że w kremie :D Jest to balsam koloryzujący, który oczywiście możecie nakładać nie tylko na nogi, ale takie było pierwsze skojarzenie, ponieważ produkt wcieramy w skórę jak balsam, a ten nadaje skórze koloru (dostępne odcienie dla jasnej i ciemnej karnacji), a przy okazji ukrywa drobne niedoskonałości! W dodatku nie jest to ani balsam brązujący, ani tym bardziej samoopalacz, ponieważ kolor zmywa się ze skóry pod wpływem wody. Body Shine to już typowy balsam rozświetlający skórę, więc z pewnością zrobi furrorę w sezonie karnawałowym. Każdy z produktów z pewnością opiszę na blogu po bliższym zapoznaniu się z nimi :)


Pod koniec września odezwała się do mnie Pani Natalia, reprezentująca m.in. markę Barwa i zaproponowała przetestowanie produktów z serii Siarkowa Moc oraz kilku innych produktów marki Barwa. Kiedy jednak odebrałam paczkę wydałam z siebie niemały okrzyk zachwytu! Takiej zawartości, to ja się nie spodziewałam. Oprócz produktów z serii Siarkowa Moc, w paczce znalazłam również produkty z serii Miss, Barwa Naturalna, a także Barwa Ziołowa. Produktami podzieliłam się częściowo z mamą i razem postaramy się zrecenzować dla Was tę ogromną pakę :) Pierwsze recenzje produktów z serii Siarkowa Moc już pojawiły się na blogu TU i TU.

zdjęcie można powiększyć
Na powyższym zdjęciu znajdziecie ogrom paznokciowych dobroci, które przytargałam z I Spotkania Lakieromaniaczek, o którym pisałam TUTAJ. Nadal nie wiem, jak skomentować taką ilość, jak na to patrzę, bo buzia sama mi się cieszy! Częścią produktów podzieliłam się już z mamą i przyszłą teściową :)

zdjęcie można powiększyć
Tu dla odmiany skarby, które otrzymałyśmy na VI Spotkaniu Warszawskich Blogerek Urodowych, o którym pisałam już TUTAJ. Otrzymałyśmy mnóstwo wspaniałych produktów i mam też coś dla Was, ale musicie jeszcze chwilę poczekać! :)

***

Sama nie wiem jak to skomentować. Może po prostu dajcie znać co Wam najbardziej wpadło w oko i czego jesteście najbardziej ciekawe? Może uda mi się o tym dla Was wkrótce napisać :) Koniecznie piszcie, jeśli używałyście któregoś z tych produktów - podzielcie się wrażeniami, zwłaszcza, jeśli coś nie powinno czekać w szufladzie z zapasami! :)
K.
Czytaj dalej

niedziela, 10 listopada 2013

Wrześniowe nowości

Cześć Dziewczyny!

Postanowiłam w końcu uzupełnić zaległości z pokazywaniu nowości i zanim przejdę do październikowej lawiny nowości, pokażę Wam gromadkę kosmetyków, które zasiliły moją kosmetyczkę jeszcze we wrześniu! Część z nich zdążyłam zużyć, a jeden nawet zrecenzować, dlatego, żeby zachować chronologię wydarzeń, najpierw pokażę nowości z obu miesięcy, a za kilka dni pokażę Wam co mi przez te dwa miesiące ubyło - oczywiście jak zwykle wraz z minirecenzjami! :)


Po pierwsze, w moje ręce wpadło kilka niemieckich dobroci z DM, a wszystko to, dzięki Sylwii, która zrobiła mi te zakupy, będąc na wakacyjnym wyjeździe na Słowacji!

W moje ręce wpadły następujące produkty: olejek arganowo-migdałowy do włosów Alverde, maska do włosów z morelą i cytryną oraz druga z awokado i ekstraktem z winogron, trzy żele Balea w wersji wiśniowej, mango oraz kokosowo-nektarynkowej, lakier She Stylezone nr 230, róż Alverde 03 Pretty Terra oraz korektor Alverde Cream to Powder w kolorze 20 Ivory.


Skusiłam się również na zakupy z darmową dostawą w sklepie Kokardi. Liczyłam na nieco większy wybór kosmetyków, ale niestety trafiłam na moment, kiedy spora część produktów była wyprzedana, choć i tak było z czego wybierać. Uzupełniając niektóre braki w kosmetyczce zdecydowałam się na kilka nowości - oczyszczającą błotną maskę z algami z Organic Shop, maskę regenerującą z efektem laminowania z awokado i mango z Love2Mix Organic, serum ściągające pory z Organic Therapy, złoty scrub do twarzy z Organic Therapy, płyn dwufazowy do demakijażu z Balea oraz pomadkę ochronną waniliowo-mandarynkową z Alverde :)


Po raz pierwszy skusiłam się też na zamówienie ze strony Pat&Rub. Skorzystałam z rabatu na serię rewitalizującą z żurawiną i cytryną i wybrałam masło, scrub do ciała oraz balsam do rąk z tej serii, a także balsam do rąk z serii otulającej, który recenzowałam już kilka dni temu (KLIK). O pozostałych produktach też zamierzam napisać w osobnych recenzjach dlatego nie będę Wam zdradzać zbyt wiele poza tym, że w większości moje wrażenia są bardzo pozytywne :)


Multifunkcyjny balsam do ciała z serii BB od AA, to zakup kierowany głównie do mojego faceta i to on najwięcej korzystał z tego produktu, choć nie omieszkałam mu go podkradać! Jeśli jesteście ciekawe opinii o tym produkcie, to myślę, że damy radę razem coś na temat napisać :)

Odtłuszczacz do płytki paznokcia od Sensique, to zakup trochę z ciekawości. Tyle się nasłuchałam i naczytałam, że zmywacz to nie wszystko, że trzeba jeszcze mocniej przygotować paznokcie do malowania. No i kupiłam. Na razie nie mam zdania.

Będąc w Naturze wrzuciłam od razu do koszyka jedwab z Green Pharmacy, o którym już dawno słyszałam mnóstwo pochlebnych opinii. Od kilku tygodni, to właśnie nim zabezpieczam końcówki po myciu włosów i póki co mam dobre wrażenia. Planuję od dawna zrobić zbiorczy post o jedwabiach, ale ciągle wpada mi w ręce coś nowego. Obiecuję, że już wkrótce wezmę się w garść i napiszę w końcu które z produktów tego rodzaju sprawdziły się u mnie najlepiej! :) 


Korzystając z tego, że dotarłam do Natury, kiedy wchodziła nowa limitowanka Essence skusiłam się na róż Floral Grunge. W sumie trochę uległam chciejstwu i jeszcze nie wiem, czy go sobie zostawię. To chyba nie jest do końca mój kolor, albo może pora roku nie jest właściwa. Jeszcze się nad tym zastanowię.

Przez ostatnie tygodnie właściwie co chwilę była jakaś okazja, żeby kupić cienie w kremie Maybelline Colour Tattoo w znacznie obniżonej cenie, bo aż -40%. Oczywiście ja też skorzystałam z tej okazji i skusiłam się na dwa najpopularniejsze kolory - Permanent Taupe oraz On And On Bronze . Ten drugi od razu trafił do grona moich ulubieńców, natomiast nad pierwszym muszę trochę popracować i znaleźć na niego sposób.


Oczywiście moje zakupy nie mogłyby być udane, gdyby nie wpadły mi w ręce nowe buteleczki Essie! Tym razem szeregi mojej małej armii zasiliły kolory (od góry) cudny róż Nice Package z kolekcji Resort 2013 (kolor dostępny jedynie w wersji profesjonalnej), piękna śliwka Recessionista z ubiegłorocznej kolekcji jesiennej Stylenomics, błękit z drobinkami Rock The Boat z kolekcji Naughty Nautical oraz jako gratis otrzymałam wybrany kolor, czyli California Coral, który kojarzę przede wszystkim z filmików Nissiax83 :)


Ponadto, w ramach współpracy z marką Rimmel, otrzymałam nowości marki, czyli eyeliner i tusz z serii Scandaleyes Retro Glam. Maskara jeszcze czeka na swoją kolej, ponieważ właśnie wykańczam jej brata Lash Accelerator Endless, o którym wkrótce napiszę, ale o linerze mniej więcej mam już zdanie, więc zostało mi tylko przygotować zdjęcia! Jeśli tylko dobrze rozplanuję sobie czas, to obie recenzje powinnyście przeczytać jeszcze w tym miesiącu :)

***
Także tego :D W końcu udało mi się przedstawić Wam moje wrześniowe nowości, teraz zabieram się za te październikowe i wrześniowo-październikowe denka i wyjdę na prostą z zaległościami :D
Jeśli znacie któreś z moich nowości lub chciałybyście poznać moją opinię o nim, to dajcie znać w komentarzach! :)
K.
Czytaj dalej

sobota, 9 listopada 2013

Essie - The Lace Is On - kolekcja For The Twill Of It - Fall 2013 [swatche]

Cześć Dziewczyny!

Ponownie wywiązuję się z danej Wam obietnicy najszybciej, jak jest to możliwe, dlatego dzisiaj na blogu gości lakier, który wzbudził Wasze zainteresowanie w ostatnim poście o ulubieńcach miesiąca, a który ja sama okrzyknęłam gwiazdą jesiennej kolekcji Essie For The Twill Of It. Oczywiście w moim prywatnym rankingu :)

The Lace Is On, bo o nim mowa, początkowo wydawał mi się powtórką z rozrywki, wydawał mi się zbyt podobny do Jamaica Me Crazy (KLIK), ale jak się okazało, na żywo oba te lakiery mocno się różnią, ponieważ TLIO jest trochę ciemniejszy i ma głębszy odcień. Niektóre z Was pisały również, że TLIO jest znacznie ładniejszy, niż JMC, czemu ja stanowczo zaprzeczałam, ale po przemyśleniu sprawy chyba muszę Wam przyznać rację... ;)


KOLOR:
The Lace Is On, to piękny kolor w odcieniu mieszanki ciemnego różu i fioletu, mieniący się drobinkami w odcieniach różu, choć czasami wydaje mi się, że widzę również złote, srebrne i niebieskawe refleksy. TLIO ma niezwykle głęboki, piękny odcień, który w porównaniu z Jamaica Me Crazy rzeczywiście wypada znacznie bardziej elegancko.

PĘDZELEK:
Moja buteleczka, to 5ml miniaturka, dlatego pędzelek również jest krótki, a dodatkowo wąski, jednak w przypadku tego koloru jest on akurat całkiem wygodny. Moim zdaniem wszelkie ewentualne smugi niweluje położenie top coatu, dlatego grubość pędzelka w tym przypadku zupełnie nie robi mi różnicy.


KONSYSTENCJA:
Lakier ma dość rzadką, ale nie lejącą konsystencję, dzięki czemu dobrze się go rozprowadza po płytce. Nie rozlewa się po skórkach i łatwo kontrolować jego aplikację. Wierzcie mi na słowo, malowałam nim paznokcie dosłownie na kolanie i muszę przyznać, że był wyjątkowo łatwy w obsłudze :)

KRYCIE:
Lakier bardzo dobrze kryje płytkę, więc leniuszki mogłyby się nawet pokusić o położenie jednej grubszej warstwy, jednak dwie warstwy zdecydowanie poprawiają głębię koloru. Przy okazji myślę, że dzięki temu można też liczyć na lepszą trwałość :)


TRWAŁOŚĆ:
Lakier nosiłam mniej więcej jakieś 3-4 dni, ale za pierwszym razem w międzyczasie trochę go poprawiałam, bo paznokcie u prawej dłoni totalnie mi się posypały podczas gry w kręgle :( Generalnie ostatnio praktycznie żaden lakier nie trzyma się na mnie dłużej, co nadal jest dla mnie zagadką, ale mam podejrzenie, kierowane pod adresem top coatu ;)

ZMYWANIE:
Lakier wymagał nieco cierpliwości przy zmywaniu, ale mimo wszystko dość szybko odpuszczał. Po prostu trzeba dać zmywaczowi nieco dłuższą chwilę, niż w przypadku kremowych odcieniu, ponieważ drobinki zawarte w TLIO trzymają się płytki mocniej, niż sama kolorowa baza.



CENA/DOSTĘPNOŚĆ:
Pełnowymiarowy lakier kosztowałby ok.35 zł, natomiast moja miniaturka, która pochodzi z kostki czterech miniaturek kosztowała mnie dokładnie tyle samo w sklepie Kajuba. Na Allegro ceny kostek kształtują się bardzo różnie - od ok.40 zł nawet do 70 zł.


Zapraszam na prezentację na paznokciach! :)




No cóż, ja jestem zachwycona tym odcieniem i odszczekuję wszystko, co złego o nim napisałam w oparciu o pierwsze wrażenia po zdjęciach promocyjnych ;)

A jak Wam się podoba ten kolor? :)
K.

Czytaj dalej

piątek, 8 listopada 2013

Barwa - Siarkowa Moc - krem antybakteryjny matujący

Cześć Dziewczyny!
Kilka dni temu, publikując recenzję antybakteryjnego żelu myjącego z serii Siarkowa Moc (KLIK), pisałam, że wkrótce opublikuję również moją opinię o antybakterynym kremie matującym z tej serii, o którym wiele z Was wspominało w komentarzach. Dzisiaj spełniam tę obietnicę i przychodzę do Was z recenzją tego produktu :)


Od producenta:

Charakterystyka cery: Tutaj napomknę już tylko dla przypomnienia, że mam cerę mieszaną, w kierunku tłustej, skorą do błyszczenia w strefie T. Szerszą charakterystykę znajdziecie w uzupełnionej zakładce "O MNIE" :)
DZIAŁANIE:
Korzystam z tego produktu od pierwszych dni października i przez ten czas dokładnie obserwowałam moją cerę. Pierwsze, co rzeczywiście rzuciło mi się na początku w oczy, to naprawdę skuteczne matowienie cery na długie godziny. Przez pierwszy tydzień byłam autentycznie zachwycona, później jednak moja radość nieco siadła, ponieważ okazało się, że krem chyba nie polubił się z moim podkładem Match Perfection i w rezultacie po pierwszym tygodniu zachwytów, pomimo użycia kremu matującego i pudru matującego, cera zaczynała się świecić tak samo szybko, jak zwykle. Ostatecznie zmieniłam podkład na najnowsze dziecko Lirene Glam&Matt i to połączenie okazało się najskuteczniejsze! Krem jest bardzo dobrą bazą dla podkładu i dobrze przygotowuje cerę na jego przyjęcie ładnie ją matowiąc. Po nałożeniu podkładu utrwalałam go jeszcze pudrem Dream Matt Powder i takie trio sprawiało i sprawia, że moja buzia jest ponownie matowa przez długie godziny i jeśli czuję jakiś dyskomfort w ciągu dnia, to zazwyczaj wystarczy jedna czy dwie bibułki matujące, żeby zażegnać ten problem. Podsumowując - jeśli chodzi o matowienie - jestem na tak, choć warto dobrać odpowiednią konfigurację produktów dla siebie tak, aby żaden nie niwelował działania tego drugiego.
W kwestii nawilżania należy wspomnieć, że produkt moim zdaniem zupełnie nie nada się dla osób, które borykają się z suchą cerą lub skłonną do przesuszeń. Zresztą uważam, że ta seria w ogóle nie jest kierowana do takich osób. Moja cera ma dosyć letni stosunek do nawilżania, dlatego też rzadko raczę ją mocnymi nawilżaczami na dzień. Skupiam się na tym, żeby to krem na noc odpowiadał za odpowiednie odżywienie i nawilżenie skóry. Krem Siarkowa Moc jest raczej średniakiem w tej kwestii, dlatego nie zdecydowałam się na używanie go na noc (zresztą na co komu mat w nocy ;)). Natomiast na dzień był dla mnie wystarczający. Koił ewentualne ściągnięcie skóry po jej porannym oczyszczeniu i sprawiał, że uczucie nawilżenia wracało na normalny poziom. Jak wspomniałam - na dzień zwykle nie potrzebuję większego nawilżenia, dlatego ja jestem zadowolona z takiego obrotu sprawy, ale trzeba się liczyć z tym, że jeśli Wasza skóra jest bardziej wymagająca pod tym względem, to ten krem może nie spełnić Waszych oczekiwań.
Starałam się też mocno obserwować ewentualne rezulataty działania antybakteryjnego kremu, ale szerze powiedziawszy nie wiem, czy takowe w ogóle jest. Tzn. na pewno produkt mnie nie zapchał i nie spowodował wysypu nieprzyjaciół, ale to jeszcze o niczym nie świadczy, prawda? :) Niestety w kwestii nieprzyjaciół jest w zasadzie tak, jak zwykle - od czasu do czasu trafia mnie zmasowany atak w okolicach brody i praktycznie żaden specyfik jeszcze sobie z tym nie poradził na dłuższą metę... Tak więc na plus jest brak zapychania, tylko czy to Wam wystarczy? :)

KONSYSTENCJA:
Krem ma ciekawą konsystencję, jakiej nie zdarzyło mi się wcześniej zaobserwować w żadnym produkcie do pielęgnacji twarzy. Krem ma gęstą, zbitą konsystencję, która tkwi w tym samym miejscu w słoiczku, nawet, jeśli odwrócicie go do góry nogami. Nazwałabym ją żelowo-masełkowatą, ponieważ jest zbity jak masło, ale na skórze rozprowadza się tak łatwo, jak żel. Dodatkowo naprawdę ekspresowo się wchłania! W kilka sekund nie ma po nim śladu!

KOLOR/ZAPACH:
Krem ma białawy odcień i pachnie, podobnie jak żel, trochę chemicznymi cytusami. Ostatnio przyszło mi do głowy, że zapach tych produktów kojarzy mi się z pitym (czy raczej zjadanym :D) w dzieciństwie Vibovitem. O ile w żelu ten zapach nieco mnie denerwuje, tak tutaj jest już na szczęście dużo mniej intensywny, dlatego uważam go za przyjemny.


OPAKOWANIE:
Krem jest zapakowany z plastikowy słoiczek o pojemności 50g, który dodatkowo włożono do kolorowego kartonika, który zawiera wszystkie niezbędne informacje o produkcie. Sam słoiczek jest estetycznie wykonany i sprawia wrażenie szklanego. Sądzę, że design serii jest bardzo trafiony, ponieważ cechują go energetyczne kolory, które prawdopodobnie przyciągną wzrok grupy docelowej, do której kierowana jest ta seria.

WYDAJNOŚĆ:
Produkt prawdopodobnie będzie zabójczo wydajny! To co widzicie na zdjęciach w notce to zużycie aktualne na niedzielę 3 listopada! Po miesiącu używania produktu! Wszystko przez tę specyficzną konsystencję, której naprawdę nie trzeba wiele, żeby pokryć całą twarz! Trudno mi nawet przewidywać na ile wystarczy mi tego produktu, ale strzelam w ciemno, że nie przesadzę twierdząc, że wystarczy go przynajmniej na pół roku ;)

SKŁAD:

CZY KUPIĘ PONOWNIE:
Trudno prorokować, biorąc pod uwagę fakt, że produkt prawdopobnie zbyt szybko mi się nie skończy. Jeśli jednak potrzeby mojej cery nadal będą takie same, a skóra nie przyzwyczai się do kremu, to na tę chwilę mogłabym powiedzieć, że tak.
CENA/DOSTĘPNOŚĆ:
15-20 zł, czyli grosze, jeśli zestawić tę i tak korzystną cenę z szaloną wręcz wydajnością! Produkt widziałam swego czasu w Rossmanie, ale z tego, co widzę jest też dostępny w wielu aptekach, nie tylko internetowych!
Krótko podsumowując - jestem zadowolona, że miałam szansę zmierzyć się z legendą produktu, który zbiera niemal wyłącznie pozytywne opinie! Najbardziej zależało mi na jego działaniu matującym i w tej kwestii produkt zdecydowanie się sprawdził, choć warto zwrócić uwagę na całą kombinację produtków, którą nakładamy na twarz. W pozostałych kwestiach było dobrze, zadowalająco, jak na krem na dzień, więc trudno się nawet czepiać. Z pewnością ogromnym plusem będzie też niska cena i kosmicznie wysoka wydajność produktu, dzięki czemu nawet młodsze osoby, które muszą liczyć jeszcze na kieszonkowe od rodziców powinny być zadowolone, że produkt nie nadszarpnie ich po kieszeniach :)
A czy Wy znacie krem matujący z serii Siarkowa Moc? Wiem, że tak! Podzielcie się swoimi wrażeniami w komentarzach! A może jest jednak ktoś, u kogo ten produkt zupełnie się nie sprawdził? ;)
K.
***
Produkt otrzymałam do przetestowania i zrecenzowania od Agencji reprezentującej firmę Barwa, producenta serii Siarkowa Moc.
Czytaj dalej
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Blog template designed by SandDBlast