Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kiko. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kiko. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 19 lutego 2015

Nowości ostatnich miesięcy (październik 2014 - styczeń 2015)

Dawno już nie uzupełniałam postów z nowościami, ale szkoda mi czasu, żeby wszystko to, co przybyło mi od października rozbijać na mniejsze posty. Postanowiłam więc w skrócie pokazać najciekawsze nowości ostatnich miesięcy. Oczywiście nie wszystko to zakupy, bo są tu również prezenty urodzinowe, a także prezenty, które znalazłam pod choinką. Jest też kilka produktów, otrzymanych w ramach współprac. W sumie mogłabym sobie odpuścić ten post, ale wiem, że lubicie je oglądać, a i ja sama chętnie zerkam na zakupy innych blogerek :)


W październiku odwiedziłam Wiedeń, dzięki czemu miałam okazję do zrobienia kolejnych zakupów w LUSH i DM. W tym drugim sklepie nie szalałam, bo nic szczególnego nie było mi potrzebne, ale w LUSH skusiłam się na kolejne opakowanie mojej ulubionej maseczki - Catastrophe Cosmetics (recenzja TUTAJ). Do tego przygarnęłam jeszcze czyścik Herbalism oraz czyścik/peeling Dark Angels. Każdy z tych produktów okazał się wyjątkowo udany i z pewnością w miarę możliwości będę do nich wracać! :)

 

Przy okazji któregoś weekendu typu "Szaleństwo Zakupów" postanowiłam w końcu zapoznać się bliżej z bardzo chwaloną marką Organique. Przygarnęłam słynne czarne mydło (Savon Noir Classic) oraz trzy produkty do pielęgnacji ciała - czekoladowy scrub cukrowy (Chocolate Sugar Peeling), pomarańczową piankę myjącą (Creamy Whip) oraz piankę peelingującą o zapachu Ice Tea (Sugar Whip Peeling). Jestem całkiem zadowolona z zakupów, chętnie korzystam z każdego z produktów, ale mój apetyt na tę markę jest póki co niemal całkowicie zaspokojony. Na ten moment ciekawi mnie jeszcze tylko maska do włosów Argan Shine.


W międzyczasie zdarzyły mi się również większe zakupy "twarzowe". Na pewno znacie tę sytuację, kiedy okazuje się, że wszystkie codziennie używane kosmetyki kończą się w jednym czasie i albo nie macie zapasów, albo to co w nich jest nie odpowiada funkcją temu, czego chciałybyście używać. Mi taka sytuacja przytrafiła się w październiku, czego efektem był zakup matującego kremu nawilżającego Tołpa Strefa T (nie ma szału, oceniam go raczej jako przeciętny kosmetyk), sprawdzonego płynu dwufazowego z Lirene (nie zliczę która to już buteleczka - recenzja TUTAJ) oraz płynu bakteriostatycznego z serii Pharmaceris T. Oprócz tego, w mojej pielęgnacji rozgościły się również szczoteczka soniczna Foreo Luna Mini (recenzja TUTAJ) oraz olejek do twarzy Magic Rose od Evree. O tym ostatnim z pewnością jeszcze przeczytacie, bo okazał się być naprawdę pomocny w pielęgnacji mojej skóry, mimo, że bardzo sceptycznie podchodziłam do stosowania olejku na cerę na pograniczu tłustej. Nic bardziej mylnego! :)



Produkty z serii FitoCell od Seboradin to kolejne kosmetyki, o których za chwilę przeczytacie. Seria przeznaczona jest do włosów potrzebujących odżywienia i wzmocnienia, a oparta jest na roślinnych komórkach macierzystych. Brzmi interesująco, a jak wyszło w praktyce? Do końca tygodnia na pewno o tym przeczytacie! :)


Od pewnego czasu, pomimo dalszej sympatii do marki Essie, coraz rzadziej sięgam po nowe kolory. Choć nowe kolekcje zazwyczaj mi się podobają, to jednak przy takiej ilości lakierów, jaką obecnie posiadam, mało który budzi we mnie chęć posiadania. Mimo wszystko, kostka z czterema kolorami z jesiennej kolekcji Essie Dress To Kilt trafiła w mój gust. Każdy z kolorów jest mocno trafiony, a czerwień nosi mi się tak dobrze, jak żadna inna! :)


Po obfitych październikowych zakupach zaczęłam się mocno ograniczać z kolejnymi zakupami, szczególnie tymi zachciankowymi. Listopad był więc u mnie miesiącem odwyku zakupowego. Jak widać powyżej, może nie był to całkowicie skuteczny zabieg, ale bądź co bądź, z efektów jestem bardzo zadowolona. Kupiłam tylko cztery rzeczy - mikrozłuszczający krem na noc z serii Ziaja Liście Manuka (poprzedni mi się skończył), dwa produkty z Organic Shop - peeling z kawą oraz maseczkę błotną, którą miałam już wcześniej i byłam z niej bardzo, bardzo zadowolona. Dodatkowo skusiłam się również na tzw. skunksa z Real Techniques, czyli typowy pędzel duo-fibre do podkładu. Nie lubię stosować tego typu pędzli zgodnie z przeznaczeniem, ale za to rewelacyjnie sprawdzają się przy aplikacji mocno napigmentowanych różów. Kiedyś miałam taki z Maestro, ale podprowadziła mi go mama ;)


Listopad, to miesiąc moich urodzin, więc wstrzemięźliwość w zakupach osłodziły mi kosmetyczne prezenty. Od Sylwii dostałam przepiękny zestaw z nowo otwartego w Polsce salonu KIKO Milano. Sylwia dobrze mnie zna, bo idealnie trafiła z kolorem zestawu, na który składają się szminka i konturówka z limitowanej serii Luscious Punk w kolorze Fucsia, czyli - nieco wbrew nazwie - amarantowym odcieniu różu.


Prezent od mojej ukochanej Stefci, to kolejne spełnione kosmetyczne marzenie. Pomadka Girl About Town (wykończenie Amplified) z MACa chodziła mi po głowie już od dawna, a Stefcia nie dość, że mi ją sprezentowała, to jeszcze do kompletu dobrała mi idealny odcień konturówki - More To Love. Uroczyście oświadczam, że jest to duet idealny! Kolory są świetnie dobrane, a jakościowo zdecydowanie stoją na najwyższym poziomie! :)


Jeśli chodzi o nowości grudniowe, to również starałam się zbytnio nie szaleć. W Minti Shop kupiłam dawno planowane składane pędzle, które planowałam nosić w kosmetyczce - Real Techniques Retracktable Kabuki Brush oraz Retracktable Bronzer Brush, a także kolejną sztukę mojego ulubionego pędzla do rózu, czyli H24 z Hakuro (recenzja TUTAJ). Stara sztuka nadal ma się świetnie, ale zachciało mi się zgrabnego pędzla, który sprawdzi się do konturowania, H24 po raz kolejny okazał się być ideałem, tym razem nie tylko do różu! :)

W tym miejscu muszę pochwalić Minti Shop oraz dystrybutora pędzli Real Techniques - Sense&Body. Okazało się, że moje pędzle RT przyszły do mnie całkowicie rozklejone, tzn. widać było resztki kleju w miejscach łączenia części, ale najwyraźniej był on bardzo złej jakości. Napisałam reklamację do sklepu, po czym następnego dnia maila z zapewnieniem, że zajmą się tą sprawą, natomiast tuż po weekendzie wysłano do mnie nowe sztuki z prośbą o odesłanie tych wadliwych do dystrybutora z opisem sytuacji. Okazało się, że nowe pędzle otrzymałam później zarówno od sklepu (z miniaturką cienia z palety TheBalm Meet Matt(e)!), jak i dystrybutora. Jestem jednak uczciwa, więc ponownie skontaktowałam się z dystrybutorem (bo w końcu interesy robiłam ze sklepem ;)) w celu odesłania nadprogramowej paczki :) Wielkie brawa zarówno dla Minti Shop, jak i dla Sense&Body za szybką reakcję i sprawne załatwienie sprawy! :)


Jak już wspomniałam, w listopadzie w warszawskiej Arkadii otwarto pierwszy w Polsce salon KIKO Milano. Nie miałam zamiaru robić tam wielkich zakupów, ale był jeden produkt, którego nie mogłam sobie odpuścić, a mianowicie zachwalane cienie z serii Water Eye Shadow! Skusiłam się na przepiękne dwa dzienne odcienie - 227 i 228. I tu nie obyło się bez przygód, ponieważ biorąc cienie z półki pomyliłam jeden numerek i zamiast 227, wzięłam 229. Następnego dnia wróciłam do sklepu w celu wymiany pomylonego koloru, nastawiona, że pewnie nic z tego nie będzie, jednak okazało się, że produkt został bez problemu wymieniony i nikt nie robił mi z tego powodu wyrzutów. Wystarczyło tylko szybkie zerknięcie, że produkt jest nienaruszony, pięć minut na zwrot i "kupno" właściwego odcienia i już było po sprawie! Brawo KIKO! :)


Grudzień i listopad stały u mnie pod znakiem kolorowych mazideł do ust. Co ciekawe, żadnego z nich nie kupiłam sama, ale najwyraźniej opatrzność nade mną czuwa i wie, co lubię najbardziej. Tym sposobem, w grudniu trafiły do mnie kolejne piekności! Tym razem w przesyłce z nowościami od Rimmel otrzymałam pomadki w kredce. Jest to nowa seria Color Rush, a kolory, które otrzymałam, to od najjaśniejszego - Give Me My Cuddle, I Want Candy oraz The Redder, The Better. Każda z nich jest naprawdę udana, a czerwień okazała się być dla mnie idealna! Piękna, intensywna i seksowna, ale w żadnym razie nie wulgarna, a do tego wszystkiego sprawia, że zęby wydają się bielsze! :)


Pozostałe zakupy, to mgiełka do pościeli z serii Aromatherapy Lavender&Vanille z Bath&Body Works (seria ułatwiająca zasypianie) oraz Balmi, czyli balsam do ust w kostce. Tego drugiego miałam w sumie nie kupować, ale przełamałam się i jestem bardzo zadowolona! Słyszałam wiele opinii, że ten produkt wcale nie działa, a tymczasem okazało się, że na moje usta działa lepiej, niż słynny EOS.



Jednym z prezentów świątecznych, który wyciągnęłam spod choinki był zestaw trzech kosmetyków Soap&Glory, które marzyły mi się już od dawna! Ciocia Michała postanowiła mi sprezentować słynny żel pod prysznic Clean On Me, peeling do ciała Sugar Crush oraz masło do ciała The Righteous Butter! Każdy z kosmetyków pachnie cudownie! Cieszę się, że w końcu będę miała możliwość zapoznać się bliżej z kosmetykami tej marki! :)



Mój ukochany świetnie zinterpretował mój "list do Św. Mikołaja", bo z całej długiej listy podpowiedzi wybrał to, o czym najbardziej marzyłam, czyli palety TheBalm Balmsai oraz Nude 'Tude. Ta druga widniała na mojej chciejliście aż od 2012 roku! Michał śmiał się później, że nie był ani trochę przekonany do tego pomysłu, ale postanowił się przełamać, kiedy zobaczył moją reakcję na stand z kosmetykami TheBalm w Douglasie! ;) Zakupy świąteczne zrobił jednak w Minti Shop (jak dobrze, że wskazałam ich w "liście" jako przykładowy sklep internetowy, w którym dostanie TheBalm) i tak się złożyło, że dzięki temu, dostałam kolejną miniaturkę - tym razem cudnego różu w kremie w odcieniu Pie z palety How 'Bout Them Apples.


Co tu dużo gadać, z teściową też nie będę miała źle, bo dostałam od niej kolejną buteleczkę mojego ukochanego zapachu - Roses de Chloé. Uwielbiam ten zapach! W pierwszym flakoniku miałam już tylko kilka kropelek, które oszczędzałam, jak mogłam, więc moment był idealny! :)


Kuzynka Michała również postawiła na prezent kosmetyczny - w związku z czym dostałam od niej zestaw kosmetyków J.S. Douglas Söhne z linii masło shea i witaminy. W środku znalazłam nabłyszczający puder do ciała w przepięknej szklanej buteleczce, która ślicznie prezentuje się na toaletce! Oprócz tego w zestawie znalazły się również perfumy w kremie oraz miniaturka żelu pod prysznic z tej samej linii. Muszę przyznać, że ta seria pachnie absolutnie cudownie! Kobieco, ciepło, nieco otulająco, a jednocześnie świeżo i kwiatowo! Na pewno skuszę się kiedyś na coś jeszcze i pewnie postawię na pełnowymiarowy żel pod prysznic i masło do ciała do kompletu. Mocno ciekawi mnie również wersja lawenda i tymianek! :)


Te lakiery z pewnością widziałyście już na kilku blogach! Wkrótce i ja zaprezentuję serię Miracle Gel od Sally Hansen bliżej. Od stycznia nosiłam już trzy kolory i jestem naprawdę miło zaskoczona ich jakością! Może nazywanie ich hybrydami bez użycia lamp jest trochę na wyrost, ale ponad tydzień na paznokciach, niemal całkowicie bez uszczerbku, to już naprawdę coś! :)


W styczniu znowu mocno ograniczałam swoje zakupowe zapędy i starałam się iść raczej w jakość, niż w ilość. Efektem tego są kolejne zakupy w Minti Shop (królestwo za krówkę! :D). Tym razem przygarnęłam zestaw pędzli do oczu Classic Eye Set od Zoeva, czyli marki, która bije rekordy popularności na blogach. Do tego dorzuciłam kolejną upatrzoną paletkę z TheBalm, czyli Autobalm Hawaii. Paleta zawiera róż, cielisty rozświetlacz/cień oraz dwa ciemniejsze cienie. Taki zestaw jest wprost idealny na wyjazdy - cóż za oszczędność miejsca! :)


Wspominałam już o listopadowym odwyku kosmetycznym - tak się składa, że ta akcja była całkiem zorganizowana, ponieważ moje postanowienie było skutkiem posta u Balbiny Ogryzek, w którym Ania ogłosiła jednocześnie konkurs, w którym udało mi się wygrać bon zniżkowy na produkty Lulu&Boo do wykorzystania w sklepie Costasy. W styczniu podjęłam decyzję, że przeznaczę go na żel z echinaceą i drzewem herbacianym, przeznaczony dla cer problematycznych. To moje pierwsze spotkanie z tą marką, więc tym bardziej było mi miło, kiedy okazało się, że w paczuszce znalazłam również próbki trzech innych produktów! :)


Subskrybowanie newslettera w sklepie internetowym Pat&Rub skutkuje tym przywilejem, że w każde urodziny otrzymujecie kod zniżkowy, obniżający cenę produktów o 20%. Tym razem miałam sobie odpuścić, ale w ostatnich tygodniu obowiązywania mojego kodu pojawiła się dodatkowa promocja, obniżająca ceny kilku produktów o kolejne kilkanaście, czy nawet kilkadziesiąt procent. Tak się złożyło, że a) promocja i kod zniżkowy mogły zostać połączone i b) w promocji znalazły się dwa produkty z linii, którą od dawna chciałam wybróbować. W ten sposób skończyłam z żelem pod prysznic i balsamem do ciała z linii Relaksującej o zapachy trawy cytrynowej i kokosa :)

***
Z nowości, to na razie u mnie tyle! Chyba nie ma tragedii, jak na podsumowanie czterech miesięcy. Jestem bardzo zadowolona z ilości i jakości produktów, które kupuję. Pielęgnację uzupełniam już tylko niemal według potrzeby, a zachcianki staram się po pierwsze - ograniczać, po drugie - dokładnie przemyśleć i po trzecie - nie kupować spontanicznie. Staram się dokonywać zakupu tylko w sytuacji, jeśli nie mogę się pozbyć danego produktu z głowy :)
Oczywiście standardowo czekam na Wasze komentarze - co znacie i lubicie, nad czym się zastanawiacie, a co się u Was nie sprawdziło? :)
Karolina

Czytaj dalej

czwartek, 22 maja 2014

Kwietniowe nowości

Cześć Dziewczyny!

Szybko przychodzę do Was z kwietniowymi nowościami dopóki jeszcze mamy maj i nie narobię sobie zaległości ;)) Z góry uprzedzam - jest tego dużo. Dużo za dużo. Trafiło się kilka dobrych okazji, trochę nowości, których byłam bardzo ciekawa, kilka tych mocno wyczekiwanych i kilka niespodziewanie napotkanych... Ziarnko do ziarka i uzbierała się absurdalnie duża grupa nowości... ;)


***
 
Po pierwsze i najważniejsze! Dzięki mojej kochanej Stefanii, nareszcie dorwałam w swoje ręce upragnioną paletkę Urban Decay Naked 3! Choć to może porównanie nie na miejscu - od czasów paletki Oh So Special ze Sleeka nie miałam tak pięknej palety, składającej się z mieszaniny różo-fioleto-brązów. Myślę, że większość kolorów świetnie się u mnie sprawdzi i znajdę dla nich zastosowanie, bo lubię się w takich odcieniach, a chłodniejsze, czy ciemniejsze w razie potrzeby znajdę w Naked 2 :)
 
Przy okazji zakupu Naked 3, poprosiłam Stefcię również o słynne masełko do skórek z Burt's Bees. Jeszcze muszę zadbać o regularność w jego stosowaniu, ale pierwsze wrażenia są jak najbardziej pozytywne.
 
Stefcia nie byłaby sobą, gdyby nie dorzuciła czegoś od siebie, tym razem obdarowała mnie pomadką Lancome Rouge In Love w kolorze - o ile dobrze rozszyfrowałam - Midnight Crush. Ot tak, bo kupiła sobie, ale później stwierdziła, że mi będzie lepiej w tym kolorze. Tak, też uważam, że jest wariatką i nie powinna mnie tak rozpieszczać ;)


Pozostając w klimatach z nieco wyższej półki, przyznam się Wam, że skusiłam się również na zakupy w niedawno otwartym sklepie internetowym Clinique. Przyznam, że oferty mają naprawdę bardzo korzystne, nie dość, że jestem zadowolona z samych zakupów, to jeszcze przesyłka była gratis, a do tego... ale to zaraz... :) Wracając do głównego tematu - kupiłam słynną kredkę do ust Chubby Stick w dosyć neutralnym kolorze Whoopin' Watermelon oraz przepiękny, stokrotkowy róż Cheek Pop w kolorze Plum Pop z wiosennej kolekcji Clinique. Z obu produktów jestem zadowolona, ale po róż sięgam ostatnio wyjątkowo chętnie! Mimo dość intensywnej pigmentacji nie sprawia mi większych problemów z aplikacją, a wygląda naprawdę świeżo i dziewczęco! :)


No właśnie, dlaczego opłacało mi się zrobić zakupy online? Dlatego, że mogłam skorzystać z dodatkowej oferty i zgarnęłam aż 7 gratisów w postaci miniaturek produktów Clinique, przy czym naprawdę są to miniaturki, a nie próbki. Dwa z powyższych gratisów - Take The Day Off Make-Up Remover i 7 Day Scrub Cream wybrałam spośród proponowanych przez sklep (i gwarantowanych do każdych zakupów) miniaturek. Do wyboru było osiem czy dziesięć różnych produktów. Natomiast puszka z pięcioma miniaturami kosmetyków Clinique była dodawana do zamówienia po przekroczeniu określonej wartości zamówionych produktów. Dzięki temu będę miała możliwość przetestować między innymi serum Repairwear Laser Focus, krem pod oczy All About Eyes, krem CC, pomadkę High Impact (o niewiele mniejszej gramaturze, niż produkt pełnowymiarowy!) i tusz High Impact Mascara. Aktualnie obowiązuje już inna oferta, ale za to możecie zgarnąć zdaje się, że aż sześć miniatur w kosmetyczce plus standardowe dwie miniatury do wyboru :)


Przez cały kwiecień czekałam, aż gdzieś pojawi się kostka z miniaturkami z wiosennej kolekcji Essie - Hide & Go Chic. Najsolidniejszą firmą okazała się oczywiście nasza Mania, dlatego właśnie w MAANI kupiłam swoją kostkę, a do tego dorzuciłam dwa kolory lakierów Models Own z kolekcji Polish For Tans - neonowo brzoskwiniowy Beach Bag i neonowy koral Shades. Mam nadzieję, że będę z niech bardziej zadowolona, niż z mojej pierwszej modelki, bo jeśli nie to chyba śmiertelnie się obrażę na tę markę :D

Left - Shades; Right - Beach Bag
Powyżej zamieszczam zdjęcie poglądowe lakierów na próbniku. Kolory bardzo trudno oddać na zdjęciu, ponieważ aparat bardzo mocno je łagodzi, ale tutaj mniej więcej udało się nie przekłamać tych cudaków. Aż mi się zachciało jechać na jakieś egzotyczne, słoneczne wakacje! :)


I drugie zdjęcie poglądowe - ze swatchami kolekcji Hide & Go Chic. Wszystkie lakiery prezentowałam już wstępnie w tym poście porównawczym, a wkrótce wrzucę post ze zbliżeniem miętowego Fasion Playground na paznokciach :)


Zachęcona pozytywnymi doświadczeniami z innymi kolorami pomadek Color Whisper z Maybelline - Lust For Blush oraz Oh La Lilac - skusiłam się jeszcze na dwa inne odcienie - czerwony Who Wore It Redder oraz fuksjowy Mad For Magenta. Oba kolory, choć mało kryjące (o czym doskonale wiedziałam), dają bardzo ładny kolor, który wygląda na ustach dużo bardziej naturalnie, niż mocne, kryjące pomadki. Taki efekt nadaje się nawet na co dzień, więc jestem bardzo na tak! :)


Jako, że miesiąc bez nowych Essie jest miesiące straconym - po wypatrzeniu na Nocance kilku kolorów tych lakierów zdecydowałam się na przygarnięcie jednego nowego i zamianie trzech miniaturek na pełne wymiary. Nowość, to piękny, fiołkowy Boxer Shorts (dotąd baaaardzo rzadko spotykany :)), a powtórki, to kolejno The Lace Is On, Where's My Chaffeur oraz In The Cab-Ana.


Kolejną powtórką z rozrywki jest też przepiękny Orly First Blush! Miniaturka tak bardzo przypadła mi do gustu, że po prostu musiałam mieć ten lakier w pełnym wymiarze! Z pomocą przyszły mi jak zwykle koleżanki blogerki, którym serdecznie dziękuję :)) (nie wiem, czy mogę wskazywać paluchami ;))
 
Pozostałe lakiery, to zakupy z blogowych wyprzedaży, Kiko Intuitive Pink zgarnęłam od Tovy, a Essie Parka Perfect, Blanc i Coctail Bling zaopiekowałam się w spadku po Sylwii ;)


Lekki krem głęboko nawilżający z serii A od Pharmaceris, to od wielu miesięcy mój must have! To opakowanie będzie już chyba moim czwartym i naprawdę ja już chyba nie wyobrażam sobie życia bez tego kremu! :D Teraz wprawdzie zrobiłam sobie chwilę przerwy od niego, ale muszę mieć go zawsze w pogotowiu, więc jak tylko wypatrzyłam go w promocji, to od razu porwałam go z półki :)
 
O maskach z Himalaya Herbals też zdążyłam się już co nieco naczytać, ale do tej pory były one raczej trudno dostępne. Kiedy więc natknęłam się na całkiem spory wybór w Hebe, od razu porwałam z półki trzy warianty - scrub morelowy, maskę odżywiającą oraz maskę oczyszczającą. Składy tych produktów są naprawdę przystępne, zwłaszcza w relacji do ceny (ok.12 zł/szt.), że stwierdziłam, że pora na zmianę warty w mojej pielęgnacji :)


O włosy trzeba dbać, to jasne jak słońce, ale jakimś cudem nie uznaję zbyt wielu produktów pielęgnacyjnych poza odżywkami i maskami. Postanowiłam jednak wprowadzić do mojej pielęgnacji nieco urozmaicenia i skusiłam się również na mgiełkę chroniącą włosy przed wpływem wysokiej temperatury Termoochrona od Marion (czasami trzeba użyć tej suszarki ;)) oraz spray z octem z malin Nature Therapy tej samej firmy. Ponieważ drogeria internetowa Nocanka ma bardzo korzystne ceny na kosmetyki, które mnie interesowały (wszystkie produkty ze zdjęcia kosztowały poniżej 10 zł za sztukę), dorzuciłam do koszyka jeszcze jedwab w sprayu NaturaSilk z Marion (zdaje się, że używałam takiego samego, tyle, że w mniejszej pojemności) oraz mój ulubiony jedwab CHI (producentem jest Farouk, czyli ta sama firma, która dystrybuuje też BioSilk, z tą różnicą, że CHI nie ma w składzie alkoholu). Właśnie kończę moją buteleczkę jedwabiu z Green Pharmacy, więc moje zakupy nie poleżą zbyt długo w zapasach ;)


Pasta do zębów Dental Cream z Himalaya Herbals, to już praktycznie norma w naszej łazience. Zarówno ja, jak i mój facet bardzo ją polubiliśmy i zgodnie twierdzimy, że jest ona najdelikatniejszą dla zębów i dziąseł pastą, a przy tym wszystkim nadal jest bardzo skuteczna i przyjemnie odświeża jamę ustną (:D). Co tu dużo gadać, po prostu jest bardzo dobra! Mieliśmy jeszcze dwie inne pasty z Himalayi, ale ta jest najlepsza.
 
Mam słabość do a) ładnych i zgrabnych opakowań i b) ptasiorów Angry Birds. Obie te cechy łączy w sobie krem do rąk z Lumene z serii Angry Birds, który również postanowiłam dorzucić do koszyka podczas zakupów w Hebe. Aktualnie to mój ulubiony torebkowy krem do rąk! Przyjemnie pachnie, dobrze pielęgnuje i dość szybko się wchłania, a do tego cieszy oko! Takie gadżety, to ja lubię! :)
 
Antyperspirant w kulce z Rexony, to rzecz, której chyba nie trzeba tłumaczyć, w końcu to produkt pierwszej potrzeby, a Rexona jest dla mnie najskuteczniejsza, szczególnie podczas ćwiczeń :D


W kwietniu drogerie zostały zasypane produktami nowej na polskim rynku marki - Le Petit Marseillais. Ja byłam zainteresowana przede wszystkim żelami, a ponieważ nie umiałam się za bardzo zdecydować, przygarnęłam 5 wersji zapachowych... Nie to, żebym miała już w zapasie ze 20 innych żeli... Ot, taka moja kolejna słabość ;) Właściwie każdy z tych żeli pięknie pachnie, ale jak na razie moim faworytem jest chyba miód lawendowy :)
 
 
Produkty Avène, to już efekt współpracy podjętej z marką. Sprawdzę jak spisują się na mojej skórze filtr Cleanance SPF 30, który ma być dedykowany również cerze mieszanej, jak moja, a także zweryfikuję moją opinię o wodzie termalnej Avène. Jeśli produkty będą warte uwagi, to na pewno o nich przeczytacie. Jeśli zrobią mi krzywdę, to też o tym przeczytacie, ale wolę nie brać tej opcji pod uwagę :D
 

No i na koniec - Rimmel miło zaskoczył mnie przesyłką z nowościami. Otrzymałam bazę pod makijaż Stay Matte Primer oraz róż w kremie Stay Blushed w przepięknym różowym odcieniu - Touch Of Berry. Ten kolor od razu przykuł moją uwagę, więc cieszę, że to właśnie on wpadł w moje ręce! Pierwsze testy wypadły całkiem obiecująco - róż całkiem fajnie się rozprowadza i nie sprawia większych trudności przy aplikacji, a do tego wygląda całkiem urokliwie! :) 
 
Uff! To by było na tyle! Trochę się tego nazbierało, ale nie żałuję żadnego z zakupów! Jestem z nich bardzo zadowolona i to nic, że mój portfel trochę sobie popłakuje. Jakoś się z nim dogadam :P
 
Jak zawsze - dajcie znać które z produktów macie, co o nich myślicie! A może któreś z nich dopiero Wam się marzą lub potrzebujecie podpowiedzi gdzie coś znaleźć ;)
Karotka
Czytaj dalej

poniedziałek, 3 września 2012

Sierpniowe zdobycze - zakupy, gratisy, prezenty :)

Cześć Dziewczyny!

Wczoraj były denka, dzisiaj pora na zdobycze miesiąca ;) Ponownie przybyło mi sporo nowości, przy czym duża ich część była związana z naszymi wyjazdami, więc ich zakup był poniekąd koniecznością. Nie oznacza to jednak, że obyło się bez zachcianek. Co to, to nie! I znowu, może się tego wydawać sporo, ale jak na moje chciejstwo i ilość podchodów (szczególnie do szafy Essie!), to i tak uważam sierpień za miesiąc zakończony sukcesem xD


Na dobry początek Biedronkowe zdobycze, czyli wszystkie cztery rodzaje musujących kul do kąpieli! Póki jeszcze czasem pomieszkuję z mamą i mam wannę, to korzystam póki mogę, bo później zostanie mi już tylko prysznic do dyspozycji. I choć długie kąpiele w wannie szalenie uwielbiam, to jednak na tyle przywykłam już do prysznica i do wiążącej się z nim wygody, że myślę, że jakoś odżałuję ten brak.

Musujące kule Body Club: 3,99zł/szt. (promocja)


Ciąg dalszy napadu na Biedronkę, który zaowocował również kupnem przepięknego kobaltowego (chabrowego? jaka jest różnica?) lakieru Bell. Niestety nie mam pojęcia, jaki to numerek, tym bardziej, że te w Biedronce mają zdaje się inne oznaczenia, niż lakiery dostępne regularnie w drogeriach (mimo, że kolory są chyba te same). Miałam ochotę na kilka innych kolorów, m.in. teal, tudzież morską zieleń, ale stwierdziłam, że mój Inglot 987 jest dość zbliżony, a nie jest to jednak kolor, który noszę na co dzień. Skończyło się tym, że kupiłam mamie piękną czerwień, której już ubyła 1/3 buteleczki, to chyba znak, że mamie spodobał się prezent ;)

Lakier Bell Air Flow - 5,99zł (promocja)

Po udanej przygodzie z dwufazą od Lirene zdecydowałam się zaryzykować i chwycić również dwufazę z Bielendy. Miałam ochotę na Bawełnę, ale już pierwszego dnia promocji u mnie zostały tylko dwie buteleczki Awokado. Złapałam więc Awokado i pobiegłam do kasy. Miałam go zabrać na wakacje, ale skoro miałam już otwarty Lirene, to wzięłam Lirene. Ale Awokado również przeszło test zmywania tuszu wodoodpornego - pomyślnie. Zobaczymy jak będzie dalej :)

Płyn dwufazowy Bielenda Awokado - 5,99zł (promocja)


Najbardziej urlopowa część zakupów, czyli filtry! W domu mieliśmy wcześniej SPF 30 od Lirene oraz SPF 15 z SunOzon. Trzydziestka jest dość wysokim filtrem, jak na nasze polskie warunki, a ja lubię zasięgnąć nieco słoneczka, więc od trzydziestki zaczynam swoje opalanie, stopniowo schodząc w dół z wysokością filtrów. Tyle, że nie mieliśmy na co schodzić, bo SunOzon okazał się dość marnym filtrem. Dlatego bez dłuższego zastanawiania pochwyciłam filrty 10 i 20 od Lirene. Muszę dodać, że mój chłopak był zachwycony aplikatorem dziesiątki! Ucieszył się, jak dziecko i gdyby tylko było słońce (taaak, pogoda nad Bałtykiem nie zachwycała), to pewnie z największą ochotą pryskałby się tym filtrem nawet i co 15 minut :D Od siebie dodam, że dziesiątka pachnie cudownie gumą balonową! :)

Całe szczęście, że chociaż dwudziestka - przelana do podróżnej buteleczki - przydała nam się w Rzymie! Mimo ostrego słońca wróciliśmy tylko delikatnie zbrązowieni! Ach, no i oczywiście, jak tylko wróciliśmy z nad morza, to filtry wszędzie były w promocji, a ja tydzień wcześniej kupowałam wszystko w regularnych cenach...

Lirene SPF 10 - 19,99zł
Lirene SPF 20 - 19,99zł


Na początku jako balsam po opalaniu planowałam kupić sprawdzony już wielokrotnie Pantenol, który mój ukochany lubi stosować również jako zwykły balsam po codziennej kąpieli. Niestety nie miałam zbyt wiele czasu na bieganie po aptekach w jego poszukiwaniu, a w Super-Pharm niestety nie znalazłam tego produktu, więc pochwyciłam w półki do kompletu Ratunek od Lirene. Tutaj również panthenol jest w dużej dawce i wysoko w składzie, dodatkowo miałam w pamięci pozytywną recenzję, przeczytaną u Orlicy.

Ratunek po przedawkowaniu słońca; Lirene - 20,99zł

Wczoraj w denkach pokazywałam Wam jeden z moich ulubionych toników, czyli ten z Corine de Farme. Ponieważ wzbudził on Wasze zainteresowanie, postaram się o nim napisać wkrótce kilka słów. Natomiast póki co, biegając po Super-Pharm tuż przed urlopem i uzupełniając braki w naszych zapasach wakacyjnych, skusiłam się również na chwalony tonik nawilżający od Lirene. Większość dziewczyn, które go do tej pory recenzowały była zadowolona i również ja przyznam, że póki co jestem zadowolona. Swoją drogą słyszałam wielokrotnie, że Lirene produkuje naprawdę dobre toniki. No cóż, zobaczymy! :)

Tonik nawilżający; Lirene - 12,49zł

Zarówno na Twitterze, jak i na Facebooku prosiłam Was o podpowiedzi co do Waszych ulubionych tuszy do rzęs w formule wodoodpornej. Niestety odzew był niewielki, ale i tak dziękuję każdej z osób, które cokolwiek próbowały się włączyć w dyskusję :) Z braku laku, braku promocji i braku czasu zdecydowałam się na maskarę One by One od Maybelline, której używałam wcześniej w wersji klasycznej i byłam z niej bardzo zadowolona. Wersja wodoodporna okazała się być również bardzo dobra, choć nie daje aż tak dobrego rezultatu, jak wersja klasyczna. Z pewnością jednak tusz był wytrzymały, zarówno na wodę, upały oraz wiatr i łzawiące oczy, a ponadto używało mi się go dużo lepiej niż wodoodpornego Collosala rok temu.

Pragnę jedynie nadmienić, że jak tylko wróciłam z nad morza, to - jakże by inaczej - otrzymałam na maila kupon z Super-Pharm na zakup maskary One by One w każdej dostępnej wersji, bodajże w cenie 19,90zł... Nie muszę chyba Wam mówić jak bardzo byłam wściekła?! ;)

Wodoodporna wersja tuszu One by One; Maybelline - 33,99zł


No i powoli zaczynamy przechodzić do chciejstw. Peeling bzowy z Joanny chodził za mną odkąd tylko dowiedziałam się o jego istnieniu. Pierwszą promocję na niego przetrwałam dzielnie i oparłam się pokusie kupna. Drugiej takiej okazji nie wytrzymałam i czym prędzej wrzuciłam go do koszyka! To nic, że poczeka na swoją kolej. Pachnie absolutnie CU-DOW-NIE! Na pewno się nie zmarnuje, a ja będę miała motywację, żeby szybko zużyć peeling, który mam obecnie otwarty, żeby szybko zabrać się za bez! :]

Bzowy peeling do ciała; Joanna - ok.10zł (promocja)

Kolejny krem do stóp do efekt poszukiwań pełnowymiarowej wersji peelingu, którego próbkę dostałam od Agu. Peelingu nie znalazłam, ale ten krem wydaje się być niezłą alternatywą. Odpalę go, jak tylko zrecenzuję aktualnie używany krem do stóp z 30% zawartością mocznika od Lirene. Ten z Propodii ma dodatkowo w składzie kwasy, które powinny nieco złuszczyć zgrubiały naskórek na piętach... Mam nadzieję, że cokolwiek mi pomogą, bo albo ja jakoś koślawo chodzę, albo coś innego jest ze mną nie tak, ponieważ na zewnętrzej części pięt mam zgrubienia w kształcie podkówek. O ile krem od Lirene był sobie w stanie poradzić z nawilżeniem suchej skóry na nich, tak niestety na zgrubienia nie pomagają ani kremy, ani peelingi, ani tarki. A ścinać skóry, to ja na pewno nie będę, bo to niestety spowoduje tylko szybsze narastanie nowej zgrubiałej warstwy. To to samo, co z wycinaniem skórek przy paznokciach u rąk ;) A może Wy jakoś poradziłyście sobie z tą przypadłością? A może to już kwalifikuje mnie do wizyty u dermatologa? A może wystarczy tylko jakiś zabieg u kosmetyczki? Poradźcie dziewczyny! :)

Krem złuszczająco-zmiękczający na zniszczone pięty; Propodia - ok.15zł (promocja)


Jako, że niemal duża część powyższych zakupów została dokonana w SuperPharm - nie jednorazowo, ale w krótkich odstępach czasu - to w krótkim czasie nazbierałam sporo gratisów. Bardzo rzadko spotykam się z otrzymywaniem gratisów lub próbek w drogeriach takich jak Super-Pharm - chociaż raz mi się już zdarzyło i dzięki temu mój chłopak, po 25 latach przekonał się do używania kremu do twarzy (alleluja!). Tym razem zostałam obdarowana gratisami, które były powiązane z innymi produktami, niż te które ja kupiłam, ale mimo wszystko owe gratisy niespodziewanie znalazły się w mojej torbie z zakupami. Serio! Zorientowałam się dopiero jak oglądałam na spokojnie zakupy! Pani przy kasie musiała wrzucić je jakoś niepostrzeżenie, ale grunt, że i tak mam zwyczaj ładnie podziękować odchodząc od kasy ;)

Tym sposobem trafił do mnie tusz do rzęs Great Lash od Maybelline )który oddałam mamie, bo jej zapasy nie są tak obfite, jak moje ;)), szczotka do włosów Syoss (z której korzysta głównie mój ukochany) oraz sześć próbek kremu do twarzy Siquens Renovation (które czekają na swoją kolej, gdyż obecnie przechodzę armaggedon na twarzy, o tym też chyba muszę napisać, bo będzie miało to wpływ na wszelkie "twarzowe" recenzje).


A nie mówiłam? Czyż nie mówiłam (no dobra, pisałam), że wrócę po niego? W trakcie promocji w Super-Pharm na jego miejscu zawsze była pusta półka, która zapełniła się wraz z nastaniem nowej gazetki. Tego problemu nie było jednak w Rossmanie. I to bez promocji. Wzięłam, a jakże! Ulubieniec jakich mało! Inne żele muszą czekać w kolejce, ja obecnie sięgam tylko po ten z mango lub z bawełną! :)

Żel + oliwka pod prysznic z oliwką z mango; Lirene - 7,50zł

Kupno odżywki było "zawinione" brakiem pustych buteleczek podróżnych (przypominam: bagaż podręczny - Rzym - RyanAir - ograniczenia bagażu;)) zarówno w moim SP, jak i w moim Rossmanie, albo wszystkich Rossmanach na raz... Nigdy ich nie ma, kiedy potrzebuję. A skoro nie miałam w co przelać odżywki, to kupiłam miniaturkę prawie ulubionej Alterry (ulubiona byłaby morelowa, ale tę dziadygi mi wycofały!).

Odżywka z granatem i aloesem; Alterra - ok.2zł

Co bardziej sprytne osoby zaopatrzyły się w zmywacz w płatach z wyprzedawanej różanej kolekcji Wibo, a ja nie wpadłam na to, że nie ma sensu targać ze sobą butli zmywacza na kilka dni... Olśniło mnie dwa dni przed wyjazdem, więc chwyciłam zwykłą wersję, za którą życzyli sobie jak za zboże... Po czym znalazłam opakowanie różanej w dzień wyjazdu... Sierpień, to nie był mój promocyjny miesiąc...

Zmywacz w płatkach; Wibo - ok.7zł


Płyn micelarny kupiłam skuszona pozytywnymi recenzjami kosmetyków tej marki oraz tym, że właściwie mój micelowy zapas powoli zaczyna topnieć, a ja jestem ogromną fanką tego rodzaju oczyszczania. Na razie nie wiem czy dobrze zrobiłam, bo opinie czytałam skrajne, a zależy mi głównie na demakijażu oczu.

Płyn micelarny Dermedic - 9,99zł (promocja)

No a odżywka GlissKur, to kolejny gratis z SP... Bo nie było już zmywaczy ani pilniczków dołączanych do lakierów Essie... ;)


O kosmetykach Sanoflore czytałam sporo dobrych opinii, w szczególności o kremie na niedoskonałości, dlatego też mimo zapasów kremowych zdecydowałam się na kupno, tym bardziej, że produkty te są uhonorowane certyfikatem ECOCERT, a także były przecenione o 40% :D

Krem dla cery z niedoskonałościami; Sanoflore - ok.35zł (promocja)
Maska oczyszczająca Sanoflore - ok.30zł (promocja)


Na tego cudownego Essiaka skusił mnie post Urbanka. Zupełnie niespodziewanie, bo normalnie nie zwróciłabym uwagi na ten lakier, ponieważ wśród 89 innych odcieni na pierwszy rzut oka zupełnie się nie wyróżnia. Dopiero, gdy weźmie się go do ręki i zobaczy jak się skubaniec mieni... No nie mogłam się oprzeć!

Oparłam się za to (chwilowo) megakuszeniu, które namiętnie uskuteczniają ostatnimi czasy Aliss, Krzykla i Burn. Jestem pewna, że doprowadzą mój portfel do ruiny! Wszystko przez te Essie... Przez nie na chciejlistę wpisałam już Peach Daiquiri, Watermelon i Sand Tropez. A i Bachelorette się nieźle uśmiecha... Już przeczuwam swoją słabość we wrześniu...

Essie 40 Demure Vix - ok.35zł


Jak już smarujemy te paznokcie, to wypadałoby, żeby wyglądały jak trzeba. A ponieważ konieczność korzystania z ToiToia na plaży :D:D:D:D skutkowała również koniecznością nadużywania żeli antybakteryjnych (tak, tych alkoholowych), to koniecznie (:D) musiało to doprowadzić do przesuszenia nie tylko samych dłoni, ale i skórek. A może zwłaszcza skórek! No to wzięłam się za nie!

Patyczki do skórek InterVion - jakieś 3zł (dość drogo, jak za kilka wykałaczek, ale nie miałam ochoty zamawiać kilkudziesięciu patyczków z allegro, bo pewnie dokupiłabym im coś do towarzystwa i w efekcie wyszłoby drożej, zamiast taniej... :D)

Preparat do usuwania skórek; Eveline - ok.11zł

291, 344, 289, 319
UWAGA: NIE WSZYSTKIE LAKIERY SĄ DLA MNIE! Powyższy zakup, to efekt moich włoskich wojaży. Dwa z powyższych są jednak kupione dla dwóch blogowych koleżanek, pewnie dobrze wiecie których ;) Na razie nie zdradzę co dla kogo, niech się domyślają :D Ale wiadomo, że chodzi o Gray i o Sylwię ;)

Lakier do paznokci KIKO - 2,50 euro/szt.


Lush Soft Coer/I Love Me
Jakich to ja nie miałam planów względem zakupów w Lush! Czego to ja miałam nie kupić! Najpierw okazało się, że wszystkie nazwy kosmetyków są po włosku (no, nie wszystkie, ale chyba tylko Aquamarina miała dokładnie tę samą nazwę), to jeszcze - po wielkim rozszyfrowywaniu za pomocą włoskiej i angielskiej strony Lush - okazało się, że nigdzie nie mają maski Catastrophe Cosmetic, na której najbardziej mi zależało. Reszta była dość droga i nie do końca porywająca, więc ostatecznie wyszłam tylko z kostką do masażu Soft Coer alias I Love Me. Powyższa nazwa jest tylko jednym z przykładów, jak to wymówkę pani ekspedientki (notabene bardzo miłej) można o kant d... potłuc... Gucio prawda, że tłumaczą nazwy kosmetyków z angielskiego na włoski! No chyba, że I Love Me, to po włosku... Albo, że Frutta del Bosco, to dosłowne tłumaczenie Catastrophe Cosmetic... :P

No, ale dość narzekania. Kupiłam tylko kostkę, ale i tak dostałam do niej dwie próbki, jedną dla mnie - Dream Cream, a drugą dla mojego ukochanego, którego to zawołałam, gdy przyszło do płatności (spoko, kwota jest do zwrotu, mój facet nie chciał być sponsorem :D:D:D). M. dostał coś do stylizacji włosów, Dirty Hair Styling bodajże.

I Love ME (IT)/Soft Coer (ENG) - ok.6 euro


Powyższe zdjęcie przedstawia dowód uprzejmości pewnej blogerki, która zaoferowała, że wyśle mi odlewkę kremu BB od Eris. Jak powiedziała, tak zrobiła, a ja mogę się trochę mazać kolejnym kosmetykiem, który zbiera skrajne opinie w blogosferze :)

Dziękuję Angel! :)


No i na koniec drobiazgi od mamy. Wynaleziony wspólnie ekobalsam rozświetlający Cztery Pory Roku (naprawdę mega eko skład!), wychwalany przez wyżej wspomnianą Angel oraz moja upragniona dwufaza z serii bawełnianej z Bielendy.

No i to by było na tyle... Jak będzie we wrześniu? Na pewno się nazbiera... Boję się tylko ilości lakierów do paznokci, która zasili moje "konto", bo zapowiada się ostro... Już widzę dobre 6 sztuk w natarciu! :P

A jak tam Wasze zdobycze? Ja nie miałam szczęścia do promocji, większość tych najpotrzebniejszych mnie omijała. Trochę odbiłam sobie gratisami, ale to nie to samo ;) Może Wy miałyście więcej szczęścia? Pochwalcie się co ciekawego upolowałyście w sierpniu! :)

I czy Wy też nie możecie się powstrzymać od kupna nowych lakierów? Nawet, kiedy myślę, że mam już wszystkie kolory, które chcę, to zawsze znajdzie się jakaś kusicielka, która mi uświadomi, że ... ekhm... nic nie wiem :D

Pozdrawiam kolorowo :D
K.

PS. Muszę pomalować paznokcie... Muahaha :D
PS2. W sumie to prawie nie kupiłam kolorówki, nie licząc 3 lakierów i tuszu. Pielęgnacja rulez! ;)
Czytaj dalej
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Blog template designed by SandDBlast