Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Benefit. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Benefit. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 29 września 2014

Lipcowe nowości

Cześć Dziewczyny!

Były czerwcowe nowości, było kwietniowe denko (:D), pora więc ruszać dalej z nadrabianiem blogowych zaległości. Przyszła pora na lipcowe nowości - a co! :))


Jeśli wezmę dobry rozpęd, to jest szansa, że może już w październiku wyjdę na prostą... Trzymajcie kciuki!


Jak widać, ponownie uległam wyprzedażowemu szaleństwu w Bath & Body Works. Tak naprawdę chciejstwami są tylko mgiełka Forever Red Vanilla Rum i miniaturki kosmetyków - odżywek do włosów w wersji pomarańcza i imbir (czerwona tubka) oraz mięta z eukaliptusem (zielona tubka), a także mini żelu i mini balsamu do ciała o zapachu wanilii z rumiankiem. Teoretycznie nie są mi one szczególnie potrzebne, ale tak naprawdę tego typu miniatury po prostu przydają się na krótkich wyjazdach, a skoro kosztowały tylko 5 zł za sztukę... Pozostałe produkty, to po prostu zapas piankowych mydełek (i jedno z drobinkami), a także żeli i balsamów z serii Aromatherapy Eucalyptus & Spearmint (to nasza ulubiona seria z BBW! Recenzja TUTAJ). Do tego dorzuciłam też żel pod prysznic i balsam Twilight Woods, które już kiedyś miałam, ale lubię nosić ten zapach jesienią.


W okresie urlopowym oczywiście przydają się filtry i produkty po opalaniu. Produkty Kolastyny - nawilżający balsam po opalaniu, filtr SPF30 z przyspieszaczem opalania oraz sam przyspieszacz opalania kupiłam w trakcie urlopu na działce, kiedy trafiły mi się w korzystnych cenach, ale najbardziej polubiłam sam przyspieszacz. Jeśli natomiast chodzi o produkty po opalaniu, to skusiłam się na nowości z AA, czyli piankę po opalaniu oraz mgiełkę z drobinkami, która okazała się moim absolutnym hitem. Niedługo postaram się napisać Wam o niej więcej, bo myślę, że sprawdzi się w każdym czasie :)


O ile jeszcze pamiętacie, w lipcu Biedronka uraczyła nas świetną gazetką kosmetyczną, w której znalazły się m.in. suche szampony Batiste, które - na pewno to wiecie - szczerze uwielbiam (recenzja KLIK)! Wybrałam dwa zapachy, których jeszcze nie używałam (Fresh i Original) oraz dużą wersję mojego ulubionego wariantu (Blush). Oprócz tego, zdecydowałam się również na mocno chwalony płyn micelarny z Garniera (potwierdzam - jest świetny!) oraz duet szampon i odżywkę z Ultra Doux o zapachu lawendy i róży.


W trakcie trwania tej samej promocji skusiłam się również na dwie pary skarpetek złuszczających marki Purederm oraz plastry na zniszczone pięty z zawartością olejku jojoba. Na razie nie testowałam żadnego z produktów,bo nie chciałam gubić skóry na urlopie, ani straszyć wiórkami w odkrytych butach, ale teraz już powoli przestawiam się na w pełni zakryte buty, więc może to dobry moment (w końcu przygotowałam sobie jesienne botki, tj. wymieniłam fleki, jeszcze przed sezonem! jestem z siebie dumna! :D).


Na malinową odżywkę do włosów Angry Birds by Lumene miałam ochotę od dłuższego czasu. Nie dość, że totalnie poleciałam na to opakowanie, to jeszcze naczytałam się dobrych opinii. Traf chciał, że trafiłam na nią całkowicie przypadkiem na zakupach w Carrefourze. Cenowo okazała się nawet nieco tańsza, niż gdybym zamawiała ją przez internet. A skoro wzięłam odżywkę, to dobrałam od razu szampon do kompletu. Co poradzę, mam słabość do tych wściekłych ptasiorów :)


O peelingu solnym z Clareny mogłyście już przeczytać w recenzji (KLIK), a za jakiś czas pojawi się również w denku, bo właśnie kilka dni temu wykorzystałam ostatnią porcję. Byłam z niego bardzo zadowolona i pewnie jeszcze do niego wrócę, a przy okazji zgarnę pewnie również jego cukrowego, kawowego brata :)

Krem do rąk z Palmers, to całkowicie przypadkowy zakup. Umówiłam się na spotkanie, wzięłam małą torebkę, w której - jak się okazało - nie miałam kremu do rąk, a w tym czasie miałam akurat dość spore problemu z przesuszającą się skórą dłoni. Co więc robi kobieta bez kremu do rąk? Idzie do drogerii, oczywiście. Zakup ten okazał się być całkiem trafiony, bo krem naprawdę nieźle nawilża i natłuszcza dłonie. Chętnie sięgnę również po dwa inne warianty, które widziałam wtedy na półce :)


Powyższy zestaw z The Body Shop, czyli masło do ciała i żel pod prysznic o zapachu passiflory, to mój imieninowy prezent od Sylwii! Już od pewnego czasu obdarowujemy się prezentami z różnych okazji, ale przyznam, że to nadal jest miłe zaskoczenie i bardzo przyjemna niespodzianka. Sylwia, jeszcze raz dziękuję! Trafiłaś w 10 z zapachem! :)


Od Marty również dostałam dosyć niespodziewaną przesyłkę! Umawiałyśmy się tylko na odlewkę kremu CC z Lumene, tak dla wypróbowania, a tymczasem Marta sprawiła mi nie lada przyjemność, ponieważ do odlewki dołączyła również pomadkę z Make Up Revolution w odcieniu Bliss, piękny holograficzny lakier Colour Alike Niebieskie Migdały (to właśnie nazwa, nadana mu przez Kaczkę! :)), a także mini wersję płynu micelarnego z Tołpy (świetny!). Marta, jeszcze raz baaaaardzo Ci dziękuję :*


Bronzer z wiosennej kolekcji ArtDeco - Jungle Fever - chodził za mą odkąd w maju miałam przyjemność uczestniczyć w warsztatach makijażowych, organizowanych przez tę markę. W końcu uległam i kupiłam to cudeńko. Teraz tylko szkoda mi go regularnie używać, bo uwielbiam zerkać na tę piękną fakturę z ważką ;))

Skoro jesteśmy przy ArtDeco, od marki otrzymałam również przesyłkę z hitami i nowościami. Wśród nich znalazł się piękny zielony liner, dwie pomadki w - jak dla mnie - dość jesiennych odcieniach (więc teraz będą jak znalazł!), kultową bazę pod cienie oraz cień, również pochodzący z kolekcji Jungle Fever. Oprócz tego, w przesyłce znalazłam również upominek z Revlonu - krem BB z linii Photoready oraz upominek od Misslyn, czyli dwa lakiery (ten różowy, to kolorystycznie prawie idealny zamiennik Watermelona :)). Wkrótce postaram się o bliższe prezentacje i recenzje tych cudeniek :)


No i na koniec jeszcze jedna gromadka przyjemniaczków... Po pierwsze - różany błyszczyk do ust z Pat&Rub oraz lakier Color Club w odcieniu Jackie Oh!, kupione na blogowej wyprzedaży u Sylwii. Po drugie róż BeBeauty, czyli tak naprawdę Bell, kupiony za grosze w Biedronce. Po trzecie, wygrany u Marti mini liner They're Real Push-Up Liner, czyli nowość z Benefitu. I po czwarte, moje piękne MACowe pomadki, czyli Plumful, Chatterbox i Speed Dial. Czaiłam się na nie od pewnego czasu i w końcu postanowiłam sobie sprawić imieninowy prezent. Jestem z nich bardzo zadowolona, szczególnie ze słynnej Plumful! :)

***
Jak tak sobie teraz spojrzałam na te zdjęcia... No kurcze, ja się chyba jednak nigdy nie wygrzebię z tych zaległości! Przecież mam tyle pięknej kolorówki, którą warto by Wam pokazać z bliska, że to aż wstyd, że jeszcze tego nie zrobiłam... ;) No cóż... Muszę jeszcze trochę popracować na lepszym stanem cery (bo ostatnio dzieje się z nią tragedia!) i zrobię zdjęcia tych cudaków na twarzy. Macie pełne przyzwolenie na poganianie mnie ;)

No i standardowo - jeśli cokolwiek macie, miałyście, albo Wam się marzy, to koniecznie dzielcie się swoim zdaniem w komentarzu! :)
Karotka
Czytaj dalej

czwartek, 8 maja 2014

Ulubieńcy kwietnia

Cześć Dziewczyny!

Maj płynie mi bardzo szybko, ale korzystając z tego, że póki co mamy jeszcze początek miesiąca (w przyszłym tygodniu będzie już połowa maja! Kiedy to zleciało?!), chciałabym przedstawić Wam moich ulubieńców kwietnia :)


Znowu mogłabym napisać, że większość ulubieńców z poprzednich miesięcy nadal jest aktualna, ale mimo to i tym razem udało mi się wytypować kilka produktów, po które wyjątkowo chętnie sięgałam w kwietniu. Większość z nich debiutuje w ulubieńcach :)


Tym razem kwiecień w dużej mierze kręcił się wokół ust i choć nie sięgałam po kolorowe pomadki tak często jak w marcu, to jednak znalazłam sobie nową faworytkę - Color Riche Balm z L'Oreal w kolorze Tender Mauve. Pomadka rzeczywiście należy do tych, które nadają jedynie niewielką poświatę koloru, a jednocześnie nie wysusza ust i sprawia, że wyglądają bardzo miękko, kusząco i ładnie połyskują :)

Pozostałe dwa produkty, to produkty typowo pielęgnacyjne - w torebce lub w kieszeni płaszcza noszę ostatnio pomadkę ochronną z serii Angry Birds by Lumene, która przyjemnie pielęgnuje usta, sprawia, że są bardzo mięciutkie i gładkie w dotyku, a do tego przyjemnie pachnie. Podobne cechy przedstawia balsam do ust EOS, z którego korzystam przede wszystkim w domu. Może nie jest to najbardziej nawilżający produkt do ust, jaki miałam, ale dobrze sobie radzi z utrzymaniem ust w dobrej kondycji, jednak dla tych bardziej wymagających może być niewystarczający.


O tym, że lakier Flawless Flush z Orly jest moim najnowszym wiosennym faworytem pisałam Wam już kilka dni temu w notce, w której przedstawiłam Wam go bliżej (KLIK). Uważam, że to świetna alternatywa dla typowych nudziaków, ale też po prostu ładny i elegancki lakier na co dzień :)

O anielskim rożu Hervana (pamiętacie te reklamy? :) z Benefit też już kilka razy wspominałam, ale nie doczekał się jeszcze odrębnej prezentacji. Zawsze chciałabym Wam pokazać zbliżenie na twarzy, ale nie za bardzo wychodzi mi robienie takich zdjęć. Jak już się trochę nauczę, to postaram się zrobić pełną recenzję :)) Sam róż uwielbiam za bardzo twarzowy, ale nienachalny kolor oraz naprawdę przyzwoitą trwałość. Tak naprawdę należy do mojej żelaznej piątki ulubionych róży! :)

Ostatnim produktem, który wytypowałam do ulubieńców kwietnia jest kredka automatyczna Linea z Paese w pięknym brązowym odcieniu. Kupiłam ją dwa miesiące temu na targach i od tej pory prawie się z nią nie rozstaję, choć jest to odrobinę rudawy odcień brązu, to jednak świetnie się sprawdza i dobrze się w nim czuję, a co najważniejsze, kredka trzyma się na moich oczach praktycznie cały dzień, nieznacznie tylko blaknąc. Chyba zaopatrzę się w więcej odcieni! :)


Tym razem nawet udało mi się streścić w kilku słowach na temat każdego z produktów :)) Oczywiście jak zawsze dajcie znać, czy znacie i lubicie moich i ulubieńców? Piszcie też o tym co Was oczarowało w kwietniu :)
Karotka
Czytaj dalej

środa, 4 września 2013

Ulubieńcy sierpnia

Cześć Dziewczyny!

Sierpień za nami, wrzesień przywitał nas chłodnym przypomnieniem, że jesień już za pasem, ale ja jeszcze trochę powspominam lato. Dzisiaj pora na ulubieńców ubiegłego miesiąca! :)

Zanim jednak o ulubieńcach, chciałabym zaznaczyć, że nowy szablon na blogu jest w całości dziełem Agaty z bloga Agata bloguje, której bardzo mocno dziękuję! Może dzięki tym różowo-fioletowym barwom uda mi się zatrzymać lato choć na parę tygodni dłużej :)))


Nie przedłużając - zacznijmy od kolorowych ulubieńców, ponieważ tych, jak zwykle, uzbierało się najwięcej. Jest wśród nich kilka nowości, więc pomyślałam, że dorzucę od razu swatche produktów kolorowych, jeśli jeszcze nie pojawiły się one na blogu :)


Jeśli chodzi o róże, w sierpniu sięgałam wymiennie po trzy produkty - na urlopie był to róż Bell (prawdopodobnie numer 12, wersja z Biedronki :)), po urlopie - Cabana Boy z TheBalm, natomiast pod koniec miesiąca, najczęściej wybierałam Hervanę z Benefitu. Każdy z nich posiadam już dłuższy czas i o ile TheBalm i Benefit wracają do łask co jakiś czas, tak róż z Bell zdobył moje serce dopiero teraz. Choć nie jest pozbawiony wad, to jednak mocno przypadł mi do gustu i chętnie sięgam po niego, jeśli nie zależy mi na super trwałym makijażu, ponieważ jest to dość delikatny kolor, który w miarę upływu dnia przestaje być widoczny na mojej skórze. Mimo to mocno go polubiłam, a skojarzenia związane z jego użytkowanie podczas bardzo udanego urlopu działają tylko na plus ;))


Na zdjęciu powyżej możecie zajrzeć do środka produktów oraz zobaczyć jak wyglądają na skórze. Swatche wyszły dość delikatnie, ale na twarzy produkty nałożone pędzlem są odrobinę bardziej intensywne.


W sierpniu wyjątkowo chętnie sięgałam po kolorowe pomadki. Odkąd w mojej kosmetyczce znalazły się pomadki Color Whisper z Maybelline prawie się z nimi nie rozstaję. Całkiem słusznie uległam całemu temu szałowi na nie, ponieważ idealnie wpisują się w moje upodobanie do półprzezroczystych kolorów. Postawiłam na nieco fioletowy Oh La Lilac oraz delikatny brudny róż Lust for Blush, który jest jednym z hitowych kolorów tej serii. Pomadki Color Whisper nadają ustom widoczny kolor, ale jednocześnie nie jest on zbyt intensywny, dlatego pomadki nadają się nawet na co dzień, niemal w każdej sytuacji. Kiedy jednak miałam ochotę na wyraźny kolor na ustach, to wtedy sięgałam po przepiękną szminkę o numerze 103 z serii matowych szminek Rimmel by Kate. Na początku ta czerwona seria nie wywarła na mnie wrażenia, a teraz mam 4 z 5 dostępnych kolorów... No cóż, tylko krowa nie zmienia zdania ;)


O cieniach z kolekcji Me & My Icecream od Esscence pisałam całkiem niedawno. W TYM poście znajdziecie również swatche wszystkich trzech cieni z tej kolekcji. W ubiegłym miesiącu upodobałam sobie szczególnie Cone Head (beżowo-fioletowy) oraz Always On My Mint (miętowo-złoty). Świetnie sprawdzały się w duecie z matowym brązem!

Po urlopie wróciłam trochę opalona, więc siłą rzeczy, wszystkie moje podkłady zrobiły się dla mnie zbyt jasne. Nie chciałam kupować nic nowego, więc zerknęłam na to, co już miałam - i tym sposobem dokopałam się do używanego już kiedyś podkładu City Matt z Lirene. Wcześniej nie byłam nim zachwycona i mimo, że trudno mi było mu coś zarzucić, to jednak nie pokochałam go. Tym razem okazał się być dla mnie naprawdę dobrym produktem. City Matt, w duecie z niezastąpionym Maybelline Dream Matte Powder, bardzo dobrze trzyma mat na mojej skórze, całkiem nieźle się trzyma i - co najważniejsze - nie ciemnieje, ani nie pomarańczowieje w ciągu dnia! Jest bardzo ok! :)


W sierpniu liczyły się tylko dwa lakiery - Cocktail Passion od Rimmel (swatche TU), który królował na paznokciach u rąk oraz ukochany Splash of Grenadine (swatche TU), który tym razem wylądował na stopach. Oba kolory uwielbiam i chętnie do nich wracam! :)


Starczy już tej kolorówki, prawda? :) Pora przyjrzeć się kilku wyróżnionym przeze mnie produktom pielęgnacyjnym! Właściwie mogłabym tu powielić ostatnich ulubieńców, w szczególności kremy z Pharmaceris i Sanoflore, ale nie chcę się powtarzać, więc pokażę Wam tylko nowych ulubieńców (i jednego nowego-starego) :)


Peeling do ust Bubblegum z Lush to naprawdę świetny gadżet, którego walory pielęgnacyjne (i smakowe!) są naprawdę warte uwagi! Sądzę, że dzięki niemu naprawdę zacznę dbać o regularne peelingowanie ust, dzięki czemu nawet dość wymagające matowe pomadki zaczną w końcu wyglądać na moich ustach elegancko :)

Maska do twarzy Catastrophe Cosmetic z Lush, to jest mój hit-hitów, jeśli chodzi o oczyszczanie twarzy! Wszystkie zachwyty na jej temat pojawiły się już w TYM poście, więc nie będę ich powielać. Powiem tylko tyle - MUST HAVE!

Oba produkty Lush dostałam od mojej ukochanej Przyjaciółki Stefanii, której po raz setny dziękuję z całego serca! :) :*


Parafinowy krem do rąk z Lirene to bardzo przyjemne zaskoczenie! Nie wiem dlaczego, ale byłam mocno uprzedzona w stosunku do tego produktu i, mimo ogromnej sympatii, jaką darzę kremy do rąk z czerwonej linii, zostawiłam go sobie jako ostateczność. Kiedy w końcu wykończyłam większość kremów, które nadawały się do pracy, wyciągnęłam ten produkt z zapasów. Okazało się, że wszelkie moje uprzedzenia były zupełnie niesłuszne, ponieważ krem przyjemnie otula dłonie warstwą ochronną, która dobrze się wchłania, nie zostawia tłustego filmu i przyzwoicie nawilża moje dłonie. Bardzo dobrze radzi sobie zwłaszcza w starciu moje dłoni kontra sterta papierów ;)

Woda termalna Uriage, która również znalazła się wśród ulubieńców, to efekt Waszych blogowych zachwytów nad tym produktem! Byłam jej niesamowicie ciekawa, ale przez większość czasu odkładałam ten zakup. Wcześniej miałam wodę termalną z Avene, ale nie byłam nią oczarowana. Natomiast Uriage z miejsca zdobyła moje serce! Nie tylko rozpyla na buzi prawdziwą mgiełkę, ale i naprawdę mam wrażenie, że moja skóra jest jakby odrobinę bardziej nawilżona, a kiedy tego potrzebuje - również ukojona. Myślę, że ta znajomość ma szansę przerodzić się w regularny związek ;)

***
Jak widzicie, po raz kolejny grono moich ulubieńców jest całkiem liczne, a i tak oszczędziłam Wam ględzenia o ulubieńcach, których mogłabym pokazywać w każdym poście z tej serii, czyli m.in. paletki Sleek Oh So Special czy pudru matującego Dream Matte Powder z Maybelline :)

Miałyście już okazję poznać moich ulubieńców i przetestować ich na sobie? Czy któryś z tych produktów również i Wam tam mocno przypadł do gustu, jak i mi? :)
K.
Czytaj dalej

środa, 12 czerwca 2013

Ulubieńcy maja!

Cześć Dziewczyny!

W końcu mam chwilę wolnego i choć to jeszcze niestety nie koniec walki z magisterką, to na szczęście zostały mi już tylko drobne poprawki i... walka o odpowiednio wczesny termin obrony ;) Tymczasem powoli zaczynam wracać na bloga, więc oczywiście najwyższa pora zająć się podsumowaniem maja! Na facebooku przegłosowałyście, że jako pierwszych chcecie zobaczyć ulubieńców, a więc są ulubieńcy :)


Uświadomcie mnie, czy to tło jest jeszcze radosne, czy już pstrokate? Bo coś mi w tym zdjęciu nie leży :P


Po pierwsze - moja nieśmiertelna, ukochana paletka Oh So Special ze Sleeka! Odkąd się z nią przeprosiłam, nie rozstaję się już z ulubionymi cieniami. Jak widać, w dwóch dobiłam już dna, więc jeśli znacie jakiś odpowiednik tego różowego cienia z dolnej części palety, to dajcie znać! To najlepszy cień, jaki miałam! :)

Po drugie - odkąd wykończyłam moją brązową kredkę z Oriflame, to regularnie korzystam z brązowej z drobinkami Avon Glimmerstick Diamond, którą dostałam od La Frambuesy. Marysia zareklamowała mi tę kredkę jako jedną ze swoich ulubionych i teraz nie mam wątpliwości dlaczego. Kolor jest bardzo ładny, taka gorzka czekolada, rozświetlona drobinkami, które nie rzucają się w oczy. Kolor ładnie podkreśla linię rzęs i optycznie ją zagęszcza, wyglądając znacznie bardziej naturalnie, niż czarna kredka :)

No i po trzecie - czarny tusz do rzęs Hean Maxxi Lash Flexi. Tusz o tyle dziwny, bo po pierwszym wyjęciu szczoteczki sprawiał wrażenie suchego, ale jak się okazuje, wszystko z nim w jak najlepszym porządku. Nakładany na rzęsy, pięknie je pokrywa i świetnie podkreśla. Na co dzień jest świetny i chętnie z niego korzystam! Wkrótce postaram się go zrecenzować, bo naprawdę warto o nim napisać i jednocześnie opisać jego specyficzną konsystencję!


Bourjois Healthy Mix w kolorze Light Vanilla 51, to zdecydowany faworyt wśród płynnych podkładów. Z dobrze dobranym pudrem matującym wygląda pięknie i trzyma się na twarzy naprawdę porządnie! Tę buteleczkę właśnie wykończyłam, ale u Sylwii już czeka u mnie następna! Jak dla mnie, to zdecydowany must have! :)

Mozaika Hervana od Benefitu to kolejny produkt, po który sięgam wyjątkowo chętnie! Pogońcie mnie kiedyś o recenzję, bo to naprawdę zacny produkt. Choć do ideału mu daleko, to jednak traktuję go jako pewniaka i sięgam zawsze wtedy, kiedy w pośpiechu jedną ręką się maluję, drugą suszę włosy, próbując jednocześnie się nie zabić :D

Kolejnym pewniakiem jest róż z Alverde w kolorze Soft Pink, który dostałam od Sylwii. To zdecydowanie jeden z najlepszych róży w mojej kolekcji i nie mam mu nic do zarzucenia! Jest idealny zarówno pod względem jakości, trwałości, jak i koloru :)

Puder Maybelline Dream Matte w kolorze 04 Vanilla Rose, w ubiegłym miesiącu po raz pierwszy, nieco nieśmiało, został okrzyknięty przeze mnie ulubieńcem. No cóż, miałam nosa! Ten puder, to dla mnie idealne rozwiązanie! Jest absolutnie fanastyczny i świetnie sobie radzi z moją mieszaną cerą, która jest skłonna do szybkiego przetłuszczania się. Użyty rano na podkład, trzyma moją cerę w ryzach przez dobre kilka godzin. Tak naprawdę, wystarczy, że użyję ok.14-15 bibułki matującej albo przyłożę na sekundę papierowy ręcznik, żeby zebrać niepożadany błysk. Synergen tego nie potrafił ;)


Lakier do ust Rimmel Apocalips w kolorze Nova zdobył moje serce od pierwszego użycia! Mimo dość intensywnego koloru, świetnie nadaje się na co dzień i pięknie ożywia buzię! W dodatku całkiem przyzwoicie utrzymuje się na ustach :)

Pomadka L'Oreal Rouge Caresse w kolorze Rose Mademoiselle (KLIK) gościła na moich ustach niemal równie często, co Nova. Delikatnie rozjaśnia usta, ale daleko jej do tandetnej. Na moich ustach wygląda raczej dość naturalnie i neutralnie, więc maluję się nią nawet z zamkniętymi oczami ;)

Pomadka ochronna Nivea Vitamin Shake, to moja zdecydowana faworytka w pielęgnacji ust - nie tylko dobrze o nie dba, ale i cudownie nabłyszcza. Odpowiada mi nieporównywalnie bardziej, niż błyszczyki, a daje niemal taki sam efekt! :)

Zapach Forever Red z Bath&Body Works towarzyszył mi przy okazji weekendowych wyjazdów, a czasami również w domu. Jest przyjemnie słodki, ale nie duszący, a do tego zaskakująco długo go wyczuwam. Rozważę kupno mgiełki o tym zapachu, będzie mi pasować do balsamu z tej samej linii :)


Lakierowa trójca - Madison Ave-Hue (KLIK), Fiji (KLIK) i top coat Good To Go (KLIK), to produkty do paznokci, po które wyjątkowo chętnie sięgałam w maju. Zresztą ja po prostu uwielbiam Essie, więc to chyba żadne zaskoczenie :)


W pielęgnacji niewielu ulubieńców - mam swój w miarę sprawdzony zestaw, po który chętnie sięgam. Może powinnam przygotować post z aktualną pielęgnacją? Niewiele się w niej zmienia, dopóki nie zużyję opakowania.

W kwietniu zaczęłam używać łagodnego toniku nawilżającego z linii Pharmaceris A. Wprawdzie nie przeskoczył on mojego ukochanego ogórka z Lirene, ale sprawdza się niemal równie dobrze. Dobrze odświeża twarz i robi wszystko to, co tonik robić powinien. Sięgam po niego z przyjemnością.

Wśród kosmetyków Pharmaceris odnalazłam kolejnego ulubieńca w kategorii kremów! Po świetnych Sebostatic Dzień i Sebo-Almond Peel 5% z serii T, zakochałam się również w lekkim kremie głęboko nawilżającym z serii A. Naprawdę, naprawdę świetny krem, który moja kapryśna cera pokochała. Wielokrotnie już pisałam, że nie moja cera na próby intensywnego nawilżania często reaguje nadmiernym przetłuszczaniem, a z tym kremem zupełnie tego nie ma! Nareszcie mogę nawilżać cerę codziennie, bez żadnych wyrzeczeń. Stosuję go głównie jako krem na noc, ale jako użyty kilka razy jako krem na dzień również się sprawdzał.

Dwufazowy płyn do demakijażu, to właściwie wyjątek w mojej pielęgnacji, ale wyjątek, który szturmem się do niej wdarł i z miejsca zadomowił, kiedy okazało się, że aktualnie używany płyn micelarny nie zawsze radzi sobie z demakijażem oczu. Awokado od Bielendy zmyje wszystko to, z czym płyn micelarny z Lirene sobie nie da rady. A nawet dużo więcej! Świetnie sprawdza się też do zmywania wodoodpornego tuszu, mocnego linera, czy zmycia kremu BB. Dobrze, że kupiłam kiedyś tę buteleczkę z ciekawości! :)

***

To by było na tyle, jeśli chodzi o moich majowych ulubieńców! W tym miesiącu nazbierało mi się trochę produktów wartych uwagi, a część tak dobrze zagrzała swoje miejsce w ulubieńcach, że po prostu muszą się pojawić w którejś z wersji :)

A jakich Wy macie faworytów? Możecie linkować swoje ulubieńcowe wpisy w komentarzach, albo wpisywać swoje typy :)

Chętnie też przeczytam Wasze opinie o moich ulubieńcach :)
K.
Czytaj dalej

czwartek, 9 maja 2013

Ulubieńcy kwietnia!

Cześć Dziewczyny!

Kolejny miesiąc umknął nie-wiadomo-kiedy! Jakieś 30 dni temu na ulicach zalegał śnieg, a teraz mamy właściwie piękne lato! I pomyśleć, że już za miesiąc będzie czerwiec! Kiedy ten czas tak leci?! Mam nadzieję, że za miesiąc będę mogła Wam w końcu napisać, że pracę mgr mam w końcu z głowy, a ponieważ terminy gonią, mam nadzieję, że wybaczycie mi umiarkowaną obecność na blogu :)

Tradycji jednak musi stać się zadość! Pora rozpocząć podsumowania miesiąca, zanim dogoni mnie połowa maja! Zaraz po nich planuję przejść do obiecanego posta z kolekcją Essie! Teraz to już naprawdę czekam na ostatnie sztuki, które dziś po południu trafiły w opiekuńcze ręce Sylwii prosto z USA! :)


Nie przedłużając - pora na ulubieńców kwietnia! :)


Przeprosiłam się z moją ukochaną pomadką pielęgnacyjną, czyli Nivea Vitamin Shake! Zdecydowanie uwielbiam ten produkt zarówno za świetne działanie, jak i piękny zapach! Nie wiem, jak to się dzieje, ale ta pomadka dba o moje usta lepiej, niż niejeden specjalistyczny produkt i stanowi genialną bazę dla każdej, ale to każdej pomadki! Ekspresowo wygładza usta i robi wrażenie nawet solo!

Trochę rzadziej, ale również stosunkowo często, sięgałam po masełko Nivea w wersji wanilia i makadamia. Produkt ten stosowałam na noc, wymiennie z kremem Blistex, który zapomniałam umieścić w ulubieńcach. Oba produkty ładnie zmiękczają usta i sprawiają, że suche skórki stają się dużo mniej upierdliwe.

W kwietniu dokuczały mi nieco skórki, więc postanowiłam się przemóc i w miarę regularnie sięgałam po masełko z Inglota. Muszę przyznać, że moje skórki doceniły je dużo bardziej, niż tony kremów, które usilnie wcieram w dłonie, a co za tym idzie, również w paznokcie. Gdybym tylko jeszcze nabrała odpowiedniego nawyku codziennego wcierania... ;)


Tutaj nie ma niespodzianki! Odkąd przeprosiłam się z paletką Sleek Oh So Special, praktycznie nie ma dnia, żebym z niej nie korzystała! Dosłownie na palcach jednej ręki można by policzyć dni, w które sięgałam po inne cienie/palety. Ta paletka, to mój hit wszechczasów! :)

Swatche cieni z tej palety pokazywałam już kiedyś TUTAJ.


Ponownie nie ma zaskoczenia - Hervana z Benefitu i Africa z W7, to moje ulubione twarzowe produkty! Po oba sięgałam z podobną częstotliwością, zależnie od tego, na jakim efekcie mi zależało. Hervana daje bardziej naturalny rumieniec i jest dużo bardziej dyskretna na twarzy. Africę natomiast stosuję, kiedy chcę nieco mocniej podkreślić policzki, a przede wszystkim, kiedy zależy mi na maksymalnej trwałości produktu. Pod tym względem jest niezastąpiona. Ale przecież o jej zaletach rozpisywałam się TUTAJ.


Dream Matte Powder z Maybelline to chyba moje największe odkrycie! Na jego zakup zdecydowałam się dość przypadkowo, ale jak na razie wszystko wskazuje na to, że to będzie najlepszy puder, jaki kiedykolwiek miałam! Chyba nigdy nie spotkałam się z pudrem, który, bez względu na użyty podkład, tak długo i tak pięknie utrzymuje na mojej skórze mat! Ciekawe jak sprawdzi się w nieco bardziej ekstremalnych i upalnych warunkach?! :)

Podkład Healthy Mix od Bourjois dobija już do końca i gdybym nie miała kilku innych podkładów do zużycia, to na pewno od razu kupiłabym kolejną buteleczkę. Choć ze mną to nic nie wiadomo, może wcale nie będę czekać ;) HM to mój ulubiony podkład płynny i mimo, że z założenia ma być nawilżający (a moja cera szczerze takich podkładów nienawidzi), to wygląda na mojej buzi naprawdę cudnie! Świetnie się w nim czuję i trudno mi dostrzec w nim wady :)


Tym razem - z wielkim hukiem - do grona ulubieńców powrócił mój ukochany top coat, czyli Essie Good To Go. Próbowałam innych, ale do każdego z topów miałam jakieś zastrzeżenia! GTG spełnia właściwie wszystkie moje oczekiwania. Właśnie sięgnęłam po drugą buteleczkę i przypomniałam sobie dlaczego tak bardzo za nim przepadałam! :)

***
Dużo? Mało?

Wydaje mi się, że tym razem grono ulubieńców jest naprawdę niewielkie, ale bardzo szczere. Oczywiście nadal chętnie sięgam po produkty, o których wspominałam w ubiegłych miesiącach, ale powyższy zestaw był tym, który najczęściej trafiał do mojej ręki w kwietniu :)

Pokazywałyście już swoich ulubieńców? Chętnie zerknę na to, co polecacie, choć może być to ryzykowne! ;)

Znacie moich ulubieńców? :)
K.
Czytaj dalej

wtorek, 2 kwietnia 2013

Ulubieńcy marca

Mamy już kwiecień, dlatego dzisiejszym postem rozpoczynam podsumowanie marca. Na pierwszy ogień znowu idą ulubieńcy!

Tym razem nazbierałam całkiem liczną gromadkę, szczególnie kosmetyków pielęgnacyjnych. Pierwszy raz od dawna miałam tak liczne grono produktów, po które sięgałam ze szczególną chęcią, a ich stosowanie nie tylko przynosiło efekty, ale było również wyjątkowo przyjemne :)


Zacznijmy od kolorówki - tutaj pojawiło się kilku ulubieńców, po których sięgam niemal codziennie. W pierwszej połowie miesiąca żelaznym zestawem był róż Africa z W7, który miałam wcześniej w formie testera, który niestety roztrzaskał się przez moją niezdarność. Tak pokochałam ten produktu, że kupiłam jego pełnowymiarowe opakowanie, jak tylko natknęłam się na nie w jednym ze sklepów internetowych. Zanim jednak dotarł do mnie nowy kartonik, sięgałam po sprawdzoną już Hervanę od Benefitu. Jak widać pudełeczka rządziły moim sercem ;)

Podobnie, choć zdecydowanie mniej dramatycznie, było w przypadku moich ulubionych cieni. W pierwszej połowie miesiąca sięgałam po paletę Naked 2 z Urban Decay, ale ponieważ korzystam z niej niemal non stop od stycznia, postanowiłam co nieco zmienić i w końcu przeprosiłam się z moją ukochaną paletą Sleeka - Oh So Special. No mówcie co chcecie, ale ja preferuję konsystencję i łatwość aplikacji właśnie cieni ze Sleek. Urban Decay jest niestety dużo bardziej problematyczne jak dla mnie.

Pozostała dwójka kolorówkowych ulubieńców, to lakier Essie z ubiegłorocznej kolekcji wakacyjnej Bikini So Teeny, w przepięknym odcieniu różu z domieszką fioletu, czyli Cascade Cool. Niedługo zaprezentuję go z bliska, bo wyjątkowo mnie urzekł i sądzę, że poszerzy grono najlepszych według mnie kolorów z Essie. Całą gromadkę uzupełnia korektor z L'Oreal w odcieniu Ivory. Stosuję go zarówno pod oczy, jak i na wypryski i w obu sytuacjach sprawdza się bardzo dobrze. Na razie nie szukam innego korektora, też w zupełności mi wystarcza!


Tak, jak zapowiadałam - grono ulubieńców w zakresie pielęgnacji jest w tym miesiącu wyjątkowo liczne. W marcu byłam wyjątkowo wierna naprawdę sporej gromadce kosmetyków, które skradły moje serce i nos ;)


Przede wszystkim - podobnie jak w lutym - z ogromną przyjemnością korzystałam z mojego prezentu walentynkowego, czyli balsamu i żelu pod prysznic z Bath & Body Works z linii Twilight Woods. Żel zaskoczył mnie swoją wysoką wydajnością, bo naprawdę sięgam po niego całkiem regularnie, a jego naprawdę niewiele ubywa. Wprawdzie i tak staram się go oszczędzać, ale wychodzi mi to z różnym skutkiem. Przyjemne doznania po prysznicu kontynuuję za pomocą balsamu z tej samej linii - uwielbiam ten zapach, a działanie balsamu na skórę jest naprawdę zaskakująco dobre.

W marcu z własnej głupoty miałam problem z przesuszoną skórą dłoni. Walczyłam z nią na różne sposoby przez około tygodnia, ale działanie regeneracyjne dla skóry wspomógł świetny peeling Flake Away z Soap & Glory, który dostałam jakiś czas temu od Hexxany. Mam miniaturkę, więc staram się go oszczędzać i używam go tylko na dłonie, ale ten produkt pachnie tak obłędnie, że z największą radością wykonałabym nim peeling całego ciała!

Niestety, o ile skóra na ciele nie płatała mi żadnych figli, tak moja cera również zaczęła nieco głupieć i w marcu, tylko się to nasiliło. Borykałam się jednocześnie z suchymi skórkami, czy nawet czasem plackami i z nadmiernym przetłuszczaniem się cery. Im bardziej ją nawilżałam, tym bardziej się przetłuszczała, im bardziej chciałam zwalczyć nieprzyjaciół i przetłuszczanie, tym bardziej się przesuszała. Na pewno nie pomógł mi w tym Effaclar Duo, który wyrządził mi więcej szkód, niż pożytku - dam mu jeszcze szansę, ale nie wróżę miedzy nami miłości. W każdym razie w walce z nadmiernym przetłuszczaniem i niedoskonałościami wspomagałam się maską oczyszczającą z Sanoflore, która jest naprawdę dobrym produktem, który bardzo dobrze wywiązuje się ze swojego zadania. Myślę, że również i o niej napiszę wkrótce parę słów.


Odnosząc się jeszcze do problemów z przesuszonymi dłońmi - najwięcej dobrego zdziałał dla mnie krem do zniszczonych dłoni Ratunek z Lirene, który zawiera 10% masła shea. Tak jak wcześniej uratował dłonie mojego chłopaka, tak teraz pięknie zajął się moimi. Jeśli natomiast chodzi o moją cerę, to z suchymi miejscami najlepiej poradził sobie lekki krem głęboko nawilżający z Pharmaceris z linii A. Naprawdę świetnie się w tej roli sprawdził. Stosuję go jako krem na noc i moja skóra jest mu naprawdę wdzięczna za odpowiedni poziom nawilżenia.

W marcu o kondycję moich ust dbał Blistex w sztyfcie. Jestem z jego działania bardzo zadowolona i choć nie zdetronizuje on mojego ulubieńca z Nivea, to jednak ma sporą szansę mu dorównać. Oprócz dobrego działania pielęgnacyjnego, uwielbiam w nim jego piękny zapach. Dla mnie pachnie jak ciasteczka waniliowe! Pyszności! :)

Ostatnimi, ale nie mniej ważnymi produktami są suche szampony Batiste. Wcześniej korzystałam z suchego szamponu z Oriflame, który był dość dobry, ale nigdy nie sądziłam, że Batiste będzie aż tak skuteczne! Małą wersję noszę ze sobą w torebce w razie awaryjnej sytuacji, natomiast dużą butelkę trzymam w łazience i ratuję się nią zawsze wtedy, kiedy mojej czuprynie przydałoby się trochę odświeżenia, a niekoniecznie mam czas na mycie głowy. Zwykle myję głowę co drugi dzień i to wystarcza, ale zdarzają się dni, kiedy włosy, mimo, że czyste są nieco przyklapnięte i nie układają się tak, jak bym chciała. Wtedy sięgam po Batiste i kryzys zażegnany ;)

No i to by było na tyle! Widzę, że wyszły mi z tego niemal mini recenzje. Ja chyba nie potrafię pisać zwięźle ;)

A jak tam Wasi ulubieńcy? Czy Wasze gromadki były w tym miesiącu równie liczne? :)
K.
Czytaj dalej

poniedziałek, 4 lutego 2013

Ulubieńcy stycznia

Cześć Dziewczyny,

Wczoraj mogłyście oglądać na blogu moje styczniowe nowości (KLIK), a dzisiaj płynnie przejdziemy do ulubieńców tego miesiąca. Jak zaraz zobaczycie, w moich ulubieńcach zaszły pewne zmiany. W związku z tym, że choroba i mrozy nieźle dały w kość mojej skórze, w styczniu zaczęłam doceniać kosmetyki nawilżające. Tym samym częściej sięgałam po wszelkiego rodzaju mazidła - do ciała i do rąk, a także odstawiłam mój ukochany podkład Lily Lolo, który niestety zaczął podkreślać to, co chciałabym ukryć. Z pewnością jednak wrócę do niego, kiedy moja cera nieco odetchnie.

Oto odświeżona grupka ulubieńców! :)


Pomadkę ochronną Vitamin Shake zastąpiła jej niemal równie dobra siostra, czyli Nivea Soft Rose. Naprawdę uwielbiam te sztyfty, a moje usta bardzo doceniają ich działania. Jestem również fanką efekty, a raczej efektów (bo obie te pomadki różnią się między sobą), jakie zostawiają na ustach.

Tym razem w ulubieńcach pojawiają się trzy produkty z Oriflame, które prezentowałam Wam niedawno w ramach kolorowych ulubieńców roku 2012 (KLIK). Brązowa kredka do oczu Smooth Effect, to mój absolutny ulubieniec i must have w niemal każdym makijażu. Może jestem nudna i przewidywalna, ale po prostu lubię mieć podkreśloną dolną linię wodną, no chociaż zewnętrzny kącik :)

Trio korektorów nie raz uratowało mnie, kiedy miałam sporo do ukrycia. Żółty panował nad cieniami pod oczami (uroki wczesnego wstawania do pracy), a zielony przyklepany minerałami skutecznie ukrywał czerwoną latarnię, która nie wiadomo czemu wyskoczyła mi pod okiem :P

Paletka do brwi, to produkt, z którym zawsze przepraszam się zimą. Ostatnio zmieniłam nieco sposób aplikacji cieni i wypełniania brwi i powiem Wam, że na nowo odkrywam ten produkt! :)


Paleta cieni Urban Decay skutecznie zastąpiła w tym miesiącu moje ukochane kilka cieni z Inglota (ale nie paletkę z Catrice, której widok tym razem Wam odpuściłam ;)). Tym razem z ogromną radością sięgałam po neutrale z palety Naked 2 i przypuszczam, że to się zbytnio nie zmieni :)

Jeśli natomiast chodzi o twarz, to w końcu zdecydowałam się sięgnąć po inne róże, niż mój faworyt z Alverde. Tym samym wróciłam do równie ukochanego różu Down Boy z TheBalm (KLIK), a także sięgnęłam po nowość w mojej kosmetyczce, czyli Hervanę od Benefitu. Całości dość często dopełniał rozświetlacz z limitowanki Wild Craft z Essence.


Jeśli chodzi o pielęgnację, to tutaj dość niespodziewanie wyróżniam masło do ciała Granatapfel z Pharmatheiss Cosmetics. Niespodziewanie, bo na początku naszej znajomości zupełnie nie wróżyłabym mu miejsca w tym poście. Nie jest to produkt idealny, ma swoje wady, ale nie sposób zaprzeczyć, że jest dobry dla mojej skóry, zwłaszcza zmęczonej mrozami. Więcej o nim już niedługo w recenzji.

Oliwka pielęgnacyjna Hipp, to jedyny produkt olejopodobny, który moje włosy autentycznie lubią. Wszystkie inne oleje i oliwki, których próbowałam, nie robiły na moich włosach większego wrażenia. Efekty jakieś tam były, ale nigdy takie, żebym poczuła się zachęcona do wyjątkowo regularnego olejowania. Ta oliwka jako jedyna zauważalnie poprawia kondeycję moich włosów. Ja stosuję ją również na rozstępy, który niestety sporadycznie pojawiają się na mojej skórze. Nie wiem jaki składnik to powoduje, ale mam wrażenie, że naprawdę szybko i skutecznie rozjaśnia świeże (czyli jeszcze różowe) rozstępy, sprawiając, że robią się dużo mniej zauważalne. Dla mnie ten produkt to hit!

Do toniku z Lirene wróciłam z wielką ulgą po wykończeniu płynu micelarnego z siostrzanej marki Pharmaceris. Jak dla mnie wersja z ogórkiem nie ma sobie równych i przewiduję nam długą i romantyczną relację, zwłaszcza, że to moja druga butelka, którą darzę nadal tak samo gorącym uczuciem! :)


Jak już pisałam, zima (i wzmożona współpraca z papierzyskami) dały moim dłoniom w kość. Sięgnęłam więc po produkty, które dostałam w świątecznej paczce od Pań Erisek i muszę przyznać, że te dwa gagatki naprawdę znają się na rzeczy. Moje dłonie wyraźnie odczuwają ulgę po ich użyciu i, mimo sporadycznych spadków kondycji, powrót do formy zajmuje im teraz dużo krótszy okres czasu. Polecam Wam zwłaszcza kurację kremem Ratunek (a po nim regularne stosowanie Regeneracji), który docenił również mój nieznoszący wszelkich naręcznych mazideł chłopak, którego dłonie potraktowałam tym kremem, kiedy zauważyłam jak suche i szorstkie ma dłonie. Użyłam do tego podstępu, proponując mu masaż dłoni. Polecam Wam tę sztuczkę, jeśli Wasi Panowie również nie tykają kremów do rąk nawet kijem od szczotki! Masaż dłoni zmienia ich w potulne baranki, które dają w siebie wsmarować wszystko, byle byście tylko nie przestawały :D Ale o czym to ja miałam... Aha! Krem przyniósł efekty już na drugi dzień, kiedy zauważyłam, że po szorstkościach nie ma śladu! Przyznam, że nawet ja nie spodziewałam się aż tak spektakularnych efektów! :)

Z ulubieńców, to by było na tyle! W najbliższych dniach spodziewajcie się jeszcze posta denkowego, a później płynnie przejdziemy do kolejnych recenzji. Macie jakieś szczególne zamówienia? :)

Czy znacie któregoś z moich ulubieńców? Jakie macie o nim zdanie? :)
K.
Czytaj dalej

niedziela, 3 lutego 2013

Styczniowe nowości :)

Cześć Dziewczyny!

Mamy luty, a skoro tak, to oczywiście zaczniemy ten miesiąc od podsumowania stycznia! Jako pierwsze wybrałam nowości, bo na to zawsze najchętniej zerkam na innych blogach, więc pomyślałam sobie, że przy niedzielnej kawce miło będzie popatrzeć (zwłaszcza na pierwszą część ;)) na kilka pierdółek, które zasiliły moje zapasy kosmetyczne w ubiegłym miesiącu. A co, chwalę się ;))

***
KOLORÓWKA


Po pierwsze i chyba najważniejsze - również i ja uległam czarowi przepięknej palety Urban Decay Naked 2. Tym bardziej, że tuż po jej premierze w polskiej Sephorze rozpętał się isnty szał na blogach i każdy kolejny post tylko potęgował moje chciejstwo. Regularna cena 189zł raczej nie przyspieszała bicia mojego serca, ale postanowiłam zorganizować na blogu wyprzedaż i tym sposobem zebrałam część funduszy na ten jakże szczytny cel ;) Dodatkowo udało mi się skorzystać ze zniżki z Sephorze i za paletę zapłaciłam ok.150zł. Zawsze to trochę lepiej :)

Pytanie (retoryczne?), czy chcecie swatche tej palety? Będą na pewno, ale pytanie, czy czekać z nimi do recenzji, czy chcecie zobaczyć je od razu? :)


Kolejnym produktem, upolowanym w bardzo okazyjnej cenie jest słynna Hervana od Benefitu, którą kupiłam na wyprzedaży u Agaty, co ma nosa. To była szybka decyzja - i słusznie! Niejedna z Was ostrzyła sobie na nią ząbki, ale jest moja, moja, tylko moja! :))


Lakiery, to sprawa oczywista! Nie ma miesiąca, żeby coś nowego nie wpadło do mojego pudełka i zwykle nie są to samotne egzemplarze. Od lewej patrząc mamy Bell Air Flow (o ile dobrze pamiętam numerek z opakowania, to chyba jest to "ósemka"; 6zł), który mam dzięki uprzejmości Sylwii (Lacquer Maniacs), która pospieszyła na zakupy do swojej Biedronki ;)

Dalej mamy Essie After Sex, czyli cudowną czerwień z shimmerem, którą dostałam w spadku od Stefi (i znowu Cię pozdrawiam na blogu! ;)). Kolejne dwa Essie, to Tourquoise & Caicos oraz Jamaica Me Crazy (już go mam na paznokciach!), które kupiłam, korzystając z promocji w Hebe (26zł/szt.). Natomiast ten cudak po prawej stronie to słynny 969 (696?) z Inglota, czyli miętka, od której zaczęło się moje pożądanie do wszystkiego, co miętowe (7zł na wyprzedaży u Lilesly Inspirations).


Kolejne promocyjne zdobycze kolorówkowe, to kupiony w Rossmanowskiej promocji -40% na podkłady (bo jakże by inaczej!) Rimmel Match Perfection, który zbiera ostatnio same pochwały. No cóż, miałam kupić Bourjois Healthy Mix, ale w Rossmanie, do którego weszłam, nie było szafy Bourjois, a miałam podły dzień i postanowiłam wypróbować ten "hit". Nie wiem, czy zostanie moim ulubieńcem, na razie mam mieszane uczucia, ale mimo to sięgam po niego całkiem chętnie. Będzie, co ma być - za 22 zł mogę go testować :)

W styczniu do mojej kosmetyczki wpadło również kilka produktów do ust - między innymi osławiony już Lip Tint z Bell w kolorze 05 (piękny, intensywny róż; 10zł), a także dwa ostatnie hity marki Revlon, czyli Balm Stain Just Bitten Kissable w kolorze 020 Lovesick (30zł) oraz Lip Butter w kolorze Sweet Tart (23zł). Oba Revlony, kupiłam w szalonej promocji w Hebe -40% na całą markę :)

Takie promocje, to ja rozumiem! :)

***
PIELĘGNACJA


Przede wszystkim uzupełniłam zapas naszego ulubionego mydełka w piance z Bath & Body Works z linii Sweet Pea (20zł w promocji). Zarówno ja, jak i mój M. uwielbiamy tę piankę i po wykończeniu poprzednich dwóch kupiłam kolejną. Mam ochotę jeszcze na wersję Twilight Woods, ale jeszcze przyjdzie na to pora :)

Ponadto ponowiłam zakup obu zimowych wersji żeli pod prysznic z Original Source (ok.8zł/szt.). Obie wersje bardzo przypadły nam do gustu i pierwsze butelki zużyliśmy w mgnieniu oka. Te na razie czekają na swoją kolej, ale sądzę, że ta rozłąka nie potrwa długo ;)


Wszystkie tak chwaliłyście płyn micelarny Be Beauty, który pojawił się w Biedronce, że nie mogłam sobie darować tego zakupu, kiedy już w końcu udało mi się dopaść jakiś sklep tej marki. Niby są na każdym kroku, ale jakoś nigdy nie miałam żadnej po drodze, poza jedną małą i zaopatrzoną tylko w bardzo podstawowe produkty. Żeby mu nie było smutno, przygarnęłam też mój ukochany żel micelarny Be Beauty, bo dawno go już nie miałam. Oba produkty to koszt rzędu 5zł :)


Odkąd nawiązałam współpracę z Lirene w końcu zwróciłam uwagę na tę markę, która dziwnym trafem do tej pory umykała mojej uwadze. Mam do niej spore zaufanie, dlatego wystarczyło tylko jedno polecenie względem każdego z powyższych produktów, żeby znalazły się w moim koszyku. Płyn micelarny (ok.10zł) kupiłam pod wpływem pozytywnej recenzji u Sylwii z Lacquer Maniacs, peeling drobnoziarnisty (ok.13zł) kupiłam zachęcona zachwytami (słusznymi!) Gosi z Beauty Fascination, a peeling enzymatyczny (ok.16zł) poleciła mi Aneta z Kosmetycznej Krainy (vel. Kosmetyczne Przemyślenia Anety vel Milena81 - moja droga, jak to z Tobą w końcu jest :D)


Jedwab z Biovax, to dość oczywisty wybór - bardzo go lubię i chętnie po niego sięgam, również ze względu na wygodną buteleczkę. Lubię mieć jeden w zapasie, bo nigdy nie wiadomo, kiedy wykończę buteleczkę, więc korzystając z promocji porwałam jeden kartonik za jakieś marne 5zł :)

Tak chwaliłyście te nowe masełka do ust z Nivea, że jako maniaczka mazideł pielęgnacyjnych nie mogłam nie skusić się na nie, jak tylko (w końcu) natknęłam się na nie w Rossmanie! 10zł za pachnącą malinową mambą przyjemność, to bardzo przyzwoity pieniądz ;)

***
WSPÓŁPRACA


W styczniu zgodziłam się również na współpracę z marką AA, która za pośrednictwem Marty obdarowała mnie górką kosmetyków do pielęgnacji twarzy. Tym samym ogłaszam, że ja i mój zapas kremów do twarzy mamy się dobrze i będzie tak zapewne przez najbliższe dwa lata licząc pozostałe posiadane egzemplarze ;)

Żel do twarzy już testuję, a kremy (na dzień, na noc, pod oczy) pójdą w ruch, jak tylko wykończę nieśmiertelne kremy z Pharmaceris (których używam od września, a one ciągle są i są ;)). Ciekawa jestem jak moja cera polubi te produkty, ponieważ z AA używałam do tej pory tylko żelu do twarzy i kremu pod oczy, których recenzje wkrótce również pojawią się na blogu, bo powoli dobijam w nich dna :)

No! I to było na tyle przyjemności! W lutym nie planuję większych zakupów ani pielęgnacyjnych, ani kolorówkowych (poza lakierami!), bo w tym roku staram się zużywać zapasy (co nie obejmuje lakierów ;)). Zresztą pierwszą odsłonę tegorocznego denka zobaczycie na blogu już wkrótce, a ma się czym chwalić! :)

A jak tam Wasze zakupy? Upolowałyście coś, z czego szególnie jesteście zadowolone? :)
K.
Czytaj dalej
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Blog template designed by SandDBlast