Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Soraya. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Soraya. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 18 września 2014

Czerwcowe nowości

Taaaak, tak właśnie... Nie pomyliłam się, po prostu jestem królową zaległości, dlatego dzisiaj przychodzę do Was z moimi czerwcowymi nowościami... Mogłabym je pominąć, ale z drugiej strony wiem, że lubicie takie posty, więc czemu by nie. Jakby zaległości było mało, mam jeszcze do nadrobienia posty denkowe od ...kwietnia? Taaak właśnie... :D


W czerwcu nie robiłam szczególnie dużych zakupów, większość produktów trafiła do mnie z różnych źródeł, częściowo były to nagrody w konkursach, częściowo prezenty ze spotkania blogerskiego, no i oczywiście pojawiło się też kilka produktów, otrzymanych w ramach współpracy.


Największe zakupy czerwca, to zakupy z początków wyprzedaży w Bath & Body Works. Z pewnością dobrze wiecie, że uwielbiam tę markę i często sięgam po ich kosmetyki. Mam już swoich ulubieńców, więc tym razem sięgnęłam przede wszystkim po dobrze już sprawdzone produkty - zestaw żel i balsam z serii Aromatherapy Eucalyptus & Spearmint, o których pisałam już TUTAJ, a także balsamy do ciała w moich ulubionych zapachach - Pink Chiffon oraz Paris Amour. Jedyną nowością jest mydło w płynie w jesiennym wariancie Sweet Cinnamon Pumpkin, które, tak na marginesie, jest diabelnie wydajne! Używamy go od czerwca, czyli około trzech miesięcy, a nadal mamy jeszcze około połowy... :)


Po balsam brązujący z Lirene dla ciemnej karnacji sięgnęłam, kiedy jeszcze nie byłam zbytnio opalona. Balsam bardzo powoli daje efekt subtelnej opalenizny i nawet nie śmierdzi aż tak długo i tak intensywnie co inne balsamy tego typu. Lubię go, jest ok, choć nie wykluczone, że kiedy już go zużyję, to sięgnę po coś szybszego :)

Peeling morelowy marki Soraya, to produkt, który już kiedyś gościłam w swojej łazience i byłam z niego bardzo zadowolona! Kiedy więc trafiłam na niego w Biedronce w naprawdę niskiej cenie, to bez większego namysłu wrzuciłam go do koszyka. Jestem pewna, że nadal będę z niego tak samo zadowolona, jak wtedy, kiedy recenzowałam jego brata w wersji oczyszczającej KLIK.

Po kremy do rąk Anida sięgnęłam po kilku pozytywnych opiniach, znalezionych na blogach, oczywiście najbardziej zapamiętałam je dzięki Sylwii, która jest mistrzem w najdłuższym zużywaniu tubki kremu (KLIK - recenzja Sylwii) :D


Od pewnego czasu podstawą mojego makijażu są przede wszystkim podkłady mineralne. Przez kilka ostatnich miesięcy używałam podkładów Lily Lolo, jednak czytałam wiele dobrego również o produktach z Annabelle Minerals. Pamiętam, że kiedy marka pojawiła się na rynku, można było zamówić sobie próbki ich produktów jedynie za cenę przesyłki, więc skorzystałam, ale nie trafiłam wtedy ani na swój kolor, ani na odpowiednie wykończenie. Później jednak naczytałam się wiele pozytywów o wersji matującej podkładu AM, a dzięki Sylwii mogłam wypróbować odsypkę jednego z jaśniejszych odcieni, który uznałam za odpowiedni dla mnie. Postanowiłam zaryzykować i skusiłam się od razu na cały zestaw w atrakcyjnej cenie - wzięłam podkład w kolorze Natural Fair, róż Rose, korektor Light oraz pędzel do różu. Kupując cały zestaw pędzel wyszedł mi gratis, a zarówno pojemności, jak i ceny produktów Annabelle Minerals są bardzo atrakcyjne, wobec czego (po wypróbowaniu odsypki) nie bałam się już tej inwestycji :)


Powyższy zestaw kosmetyków Gosh otrzymałam od Pani Ewy, zajmującej się PR-em marki. Kosmetyki przywędrowały do mnie jako przeprosinowy upominek za baaaaaardzo długą wysyłkę nagrody, wygranej w konkursie u Kaczki z piekła rodem. Żeby było śmieszniej, zestaw okazał się być jeszcze bardziej atrakcyjny, niż sama nagroda, ponieważ znalazłam w nim piękną paletkę cieni w odcieniach fioletu, granatową kredkę Smokey Blue, pomadkę oraz piękny różowy lakier Oh My Gosh.


A oto i wspomniana nagroda - zestaw lakierów Gosh z serii Frosted! Otrzymałam aż pięć pięknych kolorów o ciekawym wykończeniu. Teoretycznie są to lakiery piaskowe, ale kolory są na tyle rozbielone, że efekt końcowy rzeczywiście przypomina nieco szron na paznokciach :)

swatche lakierów Gosh Frosted oraz Oh My Gosh
Powyżej prezentuję Wam wszystkie moje nowe lakiery Gosha na wzorniku, dzięki czemu myślę, że już teraz uda mi się zaspokoić częściowo Waszą ciekawość :)


Stała współpraca z marką Rimmel zaowocowała możliwością wypróbowania kolejnych nowości. Tym razem otrzymałam kolejne trzy lakiery z serii 60 seconds by Rita Ora w kolorach White Hot Love (już się nim z Wami podzieliłam), Breakfast in Bed oraz Don't Be Shy (absolutnie róż idealny!). W moje ręce wpadły również kredki do oczu z serii Exaggerate (o których pisałam ostatnio TUTAJ), a także czarny liner w słoiczku Scandaleyes i tusz Scandaleyes Rockin' Curves (którym również się z Wami podzieliłam :)).

Rimmel 60 seconds by Rita Ora
Powyżej prezentuję Wam swatche pięciu z sześciu posiadanych przeze mnie lakierów Rimmel z serii 60 seconds by Rita Ora. Jeśli chciałybyście poczytać więcej o którymś z nich, to dajcie znać w komentarzach :)


Lakiery Essie kupuję już coraz rzadziej, bo nagromadziłam już naprawdę pokaźną gromadę produktów tej marki, a poza tym kolejne kolekcje coraz mniej mnie porywają. Są jednak takie kolory, które nie od razu chwytają mnie za serce i które zyskują dopiero przy bliższym poznaniu. Tak też było z powyższą dwójką. Beżowo-piaskowy Spin The Bottle i dżinsowo-niebieski Truth Or Flare wpadły mi w oko dopiero u Sylwii, czyli mojej Essie-siostry, więc jak tylko natknęłam się na nie w Super-Pharm, to od razu porwałam je do koszyka. W obu kolorach czuję się zaskakująco dobrze i chętnie je noszę :)

Essie Truth or Flare oraz Essie Spin The Bottle
Powyżej oczywiście swatche. Dodam jeszcze, że lakiery należą do wiosennej kolekcji Essie Hide & Go Chic, z których pozostałą czwórkę prezentowałam już TUTAJ.


Do Natury zaglądam bardzo rzadko, ale od kilku miesięcy zapisywałam sobie na liście zakupów powody, dla których w końcu powinnam ją odwiedzić. Jednym z nich były pokazane wyżej kremy do rąk z Anidy, ale tym, co przyciągnęło mnie do tej drogerii był również niebieski tusz z Essence. Kiedy byłam w liceum, uwielbiałam malować rzęsy niebieskim tuszem z Avonu, później jednak trudno mi było znaleźć taki, więc wróciłam do czerni. Teraz z przyjemnością sięgnęłam znowu po kolor i właśnie ten tusz w dużej mierze zdominował mój urlopowy makijaż. Bardzo często towarzyszył mu też top coat z limitowanki Beach Cruiser, który sprawia, że każdy tusz do rzęs, który zostanie pokryty top coatem, staje się wodoodporny i muszę z przyjemnością przyznać, że ten patent zdecydowanie działa! To świetna opcja dla tych, którym nie odpowiada efekt delikatnego podkreślenia rzęs, który zwykle dają klasyczne wodoodporne tusze.

Rozświetlająca kredka pod łuk brwiowy z Catrice, to efekt tej samej wizyty w Naturze. Swego czasu naczytałam się sporo o kredce podobnego typu, którą oferuje Benefit, a parę lat wstecz Catrice już miało coś podobnego w jednej z edycji limitowanych, jednak nie udało mi się wtedy załapać. Tym razem skusiłam się i... no cóż, dobrze, że kupiłam Catrice, a nie Benefit, bo jednak zbyt rzadko sięgam po takie bajery, żeby wydawać na nie znacznie większe pieniądze, niż te kilkanaście złotych ;)

Matowa pomadka Bourjois Rouge Edition Velvet w kolorze Ole Flamingo, to dla odmiany efekt ogromnej promocji na produkty "naustne" z oferty Super-Pharm. Miałam nadzieję nosić ten kolor w czasie ślubu mojej przyjaciółki, ale niestety nie udało mi się na niego dotrzeć z powodów rodzinnych... :/ Chyba muszę zacząć nosić ją na co dzień, żeby mi się takie cudeńko nie zmarnowało... ;)


Kiedy spora część blogosfery uczestniczyła w konkursie na makijaż nowymi kosmetykami kolorowymi od Dr Ireny Eris, jak postanowiłam tym razem odpuścić sobie uczestnictwo. Znam swoje możliwości i znam uzdolnienia koleżanek blogerek, który odwaliły kawał dobrej roboty. Magda postanowiła jednak, że podeśle mi coś, z czego na pewno skorzystam, dzięki czemu miałam okazję również wypróbować kosmetyk z linii ProVoke. W moje ręce trafiła zgrabna paletka, zawierająca czwórkę cieni w odcieniach beżu i brązu. Cienie mają naprawdę piękne i bardzo bezpieczne, uniwersalne kolory, więc sprawdzą się z pewnością na wyjazdach. Są też naprawdę komfortowe w aplikacji i nawet niewprawna ręka (taka jak moja :P), nie powinna mieć z nimi problemów :)


Pomadki ochronne z Nivea, to kolejny produkt do którego co jakiś czas wracam. Wersja Vitamin Shake, to mój must have, ze względu na to, że pięknie nabłyszcza i nadaje odrobinkę koloru. Skusiłam się również na nowość Fruity Shine - wersję brzoskwiniową. Natomiast wersja z oliwkowa Pure & Natural, to ulubieniec mojego Michała, który twierdzi, że pomadka pachnie herbatą Earl Grey :)


Ostatnia już grupka nowości z czerwca, to prezenty, wylosowane na charytatywnym spotkaniu blogerek, zorganizowanym przez Olę z bloga HiDiamond. Miło czasami uczestniczyć w spotkaniu, mającym na celu pomoc tym, którzy tego potrzebują. Dzięki Oli, pieniądze, uzbierane ze sprzedaży losów, zostały przeznaczone na rzecz Stasia, chłopczyka, który urodził się bez rączek. Udało nam się uzbierać całkiem pokaźną sumkę, która na pewno pozwoliła pomóc choć na chwilę :)

Muszę przyznać, że trafiło mi się sporo przydatnych produktów. Częścią podzieliłam się z przyszłą teściową (mam nadzieję, że choć troszeczkę poprawiłam jej tym nastrój :)), a część poszła w obroty w czasie urlopu. Największą przyjemność sprawił mi jednak zestaw z The Body Shopu :) W końcu mam pełnowymiarowe masło o przepięknym, owocowym zapachu :)

***
Jeśli chodzi o czerwcowe nowości, to by było na tyle. Tyle dobrego w tym opóźnieniu, że spora część produktów już poszła w ruch, dzięki czemu, w kilku przypadkach, mogłam się z Wami podzielić również pierwszymi wrażeniami z użytkowania tych kosmetyków :)

Jak zawsze - dajcie znać, jeśli coś Was szczególnie zainteresowało lub jeśli używałyście któregoś z tych kosmetyków i chcecie się podzielić swoją opinią na ich temat :)
Karotka
Czytaj dalej

poniedziałek, 8 października 2012

Wrześniowe denko!

Oto i ono!

Wrześniowe denko! W końcu udało mi się zrobić zdjęcia i ostatecznie pożegnać się z tym, co we wrześniu dobiło dna, a więc jestem, może trochę spóźniona, ale co tam - denko musi być! :)

Teoretycznie, w porównaniu z ubiegłym miesiącem, przybyły mi jedynie trzy denka więcej, jednak tym razem jestem szczególnie dumna z tych zużyć! Przede wszystkim we wrześniu udało mi (nam) zużyć kilka kosmetyków o dużych pojemnościach, co zwykle często jednak trochę trwa. Jak widać poniżej, tym razem nastąpiła istna kumulacja - zużyliśmy aż 5 produktów o powiększonych pojemnościach!



Ponadto, wrzesień był pierwszym miesiącem, w którym zużyte denka gromadziłam do torby i zrobiłam im zdjęcie "grupowe" na koniec miesiąca (no dobra, wczoraj, ale sza! ;)). I niby to niewielka różnica, biorąc pod uwagę efekt ostateczny, ale jednak tak jest po prostu łatwiej kontrolować zarówno zużycia, jak i zwalnia mnie to z szukania zdjęć wydenkowanych wśród czeluści folderu ze zdjęciami na bloga... Do tej pory robiłam tak, że po zużyciu kosmetyku, robiłam zdjęcie i wyrzucałam puste opakowanie. Działo się tak ze względu na to, że swój czas spędzałam mniej więcej po połowie, pomiędzy dwoma domami. Teraz szala przechyliła się na korzyść mojego mężczyzny, a więc i denka łatwiej mi zbierać w jednym miejscu :) Takie "zbieractwo" pozwoliło mi również namacalnie pokazać mojemu chłopakowi to, że nie tylko używam, ale i zużywam całą masę produktów - w czym on również ma swój niemały udział. To był całkiem ciekawy "eksperyment", który z chęcią będę kontynuować! :P


1. Antyperspirant Crystal Clear Aqua; Rexona (ok.150ml/10-12zł).
Bardzo skuteczny antyperspirant! Niby nie mam problemów z potliwością, ale z drugiej strony wszelkie antyperspiranty bez zawartości aluminium niestety są dla mnie nieskuteczne. Dlatego mimo całej nagonki na ekodezodoranty ja jednak zostanę przy tych klasycznych. Rexona sprawdza się u mnie najlepiej, czy to w sprayu, czy w kulce. Do tego produkt jest bardzo wydajny i nie zazwyczaj nie zostawia białych śladów na ubraniach. Na pewno dalej będę kupować różne dostępne wersje Rexony.

Następca: antyperspirant w kulce Rexona Linen Dry


2. Żel pod prysznic Creamy - oliwka i aloes; Luksja (500ml; 5-8zł).
Ten żel kupiliśmy podczas jednej z promocji w Super-Pharm, wtedy zapłaciliśmy za niego nie więcej niż 5zł, co było szczególnie korzystną ceną. Tym bardziej, że jest to naprawdę bardzo przyjemny produkt. Dobrze wywiązuje się ze swoich zadań - świetnie oczyszcza, dobrze się pieni i przyjemnie pachnie. Dodatkowo był dość wydajny, korzystaliśmy z niego kilka razy dziennie przez cały miesiąc. Chętnie jeszcze do niego wrócę!

Następca: Luksja Creamy - płatki róży i proteiny mleka oraz Balea - żel o zapachu mango.

3. Szampon Syoss Silikone Free - Repair & Fulness (500ml; 10-15zł)
Bardzo dobry szampon, który został już zrecenzowany na blogu TUTAJ. Spodobał nam się na tyle, że ponowiliśmy zakup. Mój chłopak korzysta z niego regularnie, natomiast ja używam go wymiennie z innymi szamponami, zależnie od tego, czy nakładałam na noc olej na włosy. Mamę też namówiłam na wypróbowanie serii Silicone Free i z tego co wiem, również jest całkiem zadowolona :)

Następca: ten sam produkt oraz szampon aloesowy Equilibra.


4. Żel + oliwka z bawełny; Lirene (250ml; ok.8zł).
Wersję z oliwką z mango opisywałam szerzej TUTAJ. Wersja z bawełną nie różni się od niej niczym poza zapachem. Obie żelooliwki wybitnie przypadły mi do gustu i bardzo chętnie do nich wracam, aktualnie mam trzy sztuki w zapasie... :P

Następca: jak wyżej - Luksja Creamy - płatki róży i proteiny mleka oraz Balea - żel o zapachu mango.

5. Termoaktywne serum wyszczuplające antycellulit; Eveline (500ml; ok.20zł).
Wcześniej miałam wersję w tubce, później zdecydowałam się na wygodną wersję z pompką. Niestety serum miało zbyt gęstą konsystencję i po wykorzystaniu większości produktu, do którego sięgała pompka, okazało się, że ogromna jego ilość osiadła na ściankach, a jego wydobycie było naprawdę uciążliwe... Co do samego działania antycellulitowego, to niestety produkt nie zdziałał cudów (jakby był taki, który to robi...) i nawet używany regularny nie spowodował na mojej skórze właściwie żadnych efektów... Nie zrezygnuję całkowicie z kosmetyków antycellulitowych, ale do tego na pewno już nie wrócę.

Następca: Trójaktywne serum antycellulitowe z serii Body Art; Dr Irena Eris


6. Subtelne mleczko do ciała, Bawełna; Bielenda (250ml; ok.15zł).
Ten produkt recenzowałam wczoraj (KLIK). To mleczko genialnie działało na moją skórę i chyba dawno nie miałam kosmetyku, który byłby tak skuteczny. Mimo, że moja skóra nie jest wymagająca, to tym razem wyjątkowo wyraźnie odczuwałam nawilżające działanie kosmetyku. Z przyjemnością wróciłabym do tego produktu, jednak jest on trudno dostępny, a poza tym moje zapasy zaczynają mnie przerażać... :P

7. Balsam do ciała z ekstraktem z zielonej herbaty (400ml; ok.12-18zł).
Jeden z naszych ulubieńców, zrecenzowany na samym początku mojego blogowania (KLIK)! Sama nie wiem ile butelek tego balsamu zużyliśmy, dobrze nawilżał, subtelnie pachniał i delikatnie dbał o skórę moją i mojego chłopaka. Niestety produkt został wycofany.


8. Latte - maska do włosów z proteinami mlecznymi; Kallos (275ml; ok.5zł).
Ten produkt również zdążyłam już zrecenzować TUTAJ. Bardzo dobra maska do włosów, świetnie dbała o moje włosy. Dzięki niej były miękkie i dobrze dociążone. Na pewno jeszcze do niej wrócę.

Następca: maska z keratyną i jedwabiem, Biovax

9. Maska z granatem i aloesem; Alterra (150ml; ok.9zł).
Całkiem przyjemna maska, której używam jako nieco bardziej treściwej odżywki. Nie robi cudów, ale ma coś w sobie, co sprawia, że bardzo ją lubię. Kupiłam już kolejne opakowanie, a nad recenzją muszę się jeszcze zastanowić, bo sama nie wiem jak ją opisać... ;)

Nastepca: ten sam produkt.


10. Dwufazowy, delikatny płyn do demakijażu oczu; Lirene (125ml; ok.12zł).
Dotychczas szczerze nie znosiłam takiej formy demakijażu, jednak płyn od Lirene przekonał mnie, że nie wszystkie dwufazówki muszą zostawiać mgłę na oczach! Bardzo dobry produkt, do którego z pewnością będę wracać, kiedy tylko będę potrzebowała zmyć makijaż wodoodporny. Produkt zrecenzowany TUTAJ.

Następca: dwufazowy płyn do demakijażu Awokado z Bielendy.

11. Morelowy peeling oczyszczający; Soraya (150ml; ok.12zł).
Bardzo dobry i skuteczny peeling. Nie dość, że świetnie złuszczał martwy naskórek, to jeszcze nie powodował przy tym żadnych podrażnień. Pewnie do niego wrócę, jak tylko zużyję inny posiadany peeling.
Produkt zrecenzowany TUTAJ.

Następca: peeling gruboziarnisty z serii Optimals z Oriflame.

12. Maska oczyszczająca z glinką, Swedish Spa; Oriflame (50ml; ok.12zł).
Przyzwoita maska oczyszczająca, całkiem nieźle wywiązywała się ze swojej roli, jednak ja preferują odrobinę gęstszą konsystencję. Już ją kiedyś miałam, ale wtedy sprawdzała się lepiej, więc raczej już do niej nie wrócę.

Następca: maska oczyszczająca Sanoflore i glinki z ZSK.


13. Kula do kąpieli mango i mandarynka; Body Club (ok. 4zł/szt.).
Przyjemny, ładnie pachnący umilacz kąpieli. Raczej nie niosła za sobą szczególnych właściwości pielęgnacyjnych, ale zawsze miło wrzucić do wanny coś, co ułatwi relaks. Mam jeszcze inne wersje zapachowe.

14. Gąbka do mycia twarzy Konjac (ok14zł/szt.).
Swego czasu na blogach panował istny szał na tą gąbeczkę. Szał, który nie do końca rozumiem, owszczem byłam dość zadowolona z tego produktu, ale nie zrewolucjonizował on mojej codziennej pielęgnacji. Nie pisałam jej recenzji, bo zrobiło to całe mnóstwo blogerek, a ja nie miałam do powiedzenia na jej temat nic więcej, niż to, co zostało już napisane. Myślę, że więcej się na nią nie skuszę.

15. Maść z witaminą A (ok.2-3zł za tubkę).
Bardzo, bardzo dobra i wszechstronna maść. Stosowałam ją zarówno punktowo na twarz, w celu przyspieszenia gojenia ranek po wypryskach, a także... na stopy... ;) Baaaardzo dobrze natłuszczała suche stopy, dzięki niej mogłam sobie raz na jakiś czas odpuścić codzienne kremowanie stóp. Z pewnością będę do niej wracać.

A tak wygląda moja denkowa torba, we wrześniu puste opakowania niemal wysypywały się z niej, więc mam nadzieję, że październik będzie wyglądać podobnie! :)


A Wam jak poszło ze zużyciami we wrześniu? Jesteście zadowolone ze swoich denek? :)
K.
Czytaj dalej

niedziela, 27 maja 2012

Soraya - Beauty Therapy - morelowy peeling ultra oczyszczający

Twarz to nasza wizytówka i każda z nas doskonale wie, że warto ją odpowiednio pielęgnować i dbać o nią. Poza codzienną pielęgnacją warto sięgnąć również po tzw. wspomagacze w postaci peelingów i maseczek. Myślę, że każda z Was zna zalety peelingu, ale warto przypomnieć, że dzięki temu prostemu zabiegowi nasza skóra jest świetnie przygotowana na dalsze rozpieszczanie i lepiej przyswaja składniki nakładanych później produktów. Dlatego warto pamiętać o wykonywaniu peelingu przynajmniej raz na 7-10 dni, w zależności od tego, jaki macie rodzaj skóry.

Uczęszczając na szkolenia kosmetyczne w Oriflame usłyszałam od kosmetyczki świetne porównanie, które dość obrazowo przekazuje zalety tego zabiegu. [UWAGA BRUTALNE ;)] Wyobraźcie sobie, że macie na nogach piękne, skórzane buty, które podczas spaceru mocno Wam się ubrudziły i ubłociły. Co robicie po powrocie do domu? Wyobraźcie sobie teraz, że na to całe błoto nakładacie pastę, bo przecież chcecie je odświeżyć, tak? Coś nie gra, co? :) Tak mniej więcej wygląda nakładanie maseczek, bez uprzedniego wykonania peelingu. Zanim zapastujemy buty, musimy je najpierw wyczyścić - i warto tę samą zasadę zastosować w pielęgnacji naszej cery, pozbywając się martwego naskórka, któremu maseczka nic już nie pomoże.

Dziś opowiem Wam pokrótce o moich wrażeniach ze stosowania peelingu morelowego marki Soraya, który podobno jest następcą słynnego peelingu z St. Ives. Zdania na ten temat są dość podzielone, jednak ja nie miałam przyjemności używać tego drugiego.

Soraya peeling morelowy
Słowo od producenta:

DZIAŁANIE: Peeling jest naprawdę świetnym zdzierakiem, intensywnie i bardzo przyjemnie masuje skórę, dzięki zawartości ostrych drobinek bardzo dobrze złuszcza martwy naskórek pozostawiając twarz naprawdę gładką w dotyku. Moja cera (mieszana w kierunku tłustej) nie należy do wrażliwych, więc peeling nie powodował u mnie żadnych podrażnień. Po zastosowaniu skóra były odrobinę zaczerwieniona, ale tylko w rejonie policzków, co jednak zawsze wracało do normy po kilku-kilkunastu minutach. Jedyną upierdliwą wadą tego peelingu jest fakt, że podczas zmywania z uporem maniaka dostaje się do ust, mimo, że nigdy ich nie otwieram, ani nawet nie gadam w trakcie zabiegu, oprócz tego, nie wiedzieć czemu peeling dostaje się też odrobinę do nosa i trzeba sobie czasem smarknąć, żeby się go stamtąd pozbyć ;)

Jedyna obietnica producenta, z którą nie do końca się zgadzam, to zmniejszenie widoczności porów. Nie wiem dlaczego wszyscy to obiecują, przecież naprawdę nieliczne produkty mają na to jakikolwiek widoczny wpływ. Pozostałe obietnice uważam jak najbardziej za spełnione - niektóre z nich miałyby zresztą zastosowanie do 90% peelingów dostępnych na rynku... ;)

KONSYSTENCJA: Peeling ma kremową konsystencję, w której zatopione jest całe mnóstwo drobinek ścierających. Są one naprawdę ostre, jednak, jak już wspomniałam, mojej skóry one nie podrażniają.


KOLOR/ZAPACH: Baza peelingu jest beżowa, a w niej pomarańczowe drobinki. Niektórzy twierdzą, że peeling naprawdę pachnie morelami, ale ja tego nie wyczuwam. Właściwie mi ten zapach zupełnie niczego nie przypomina, ale z pewnością jest bardzo przyjemny. [Mój chłopak podpowiada mi, że ten kosmetyk pachnie jak środki stosowane w salonach fryzjerskich i ma trochę racji :)]

OPAKOWANIE: Peeling zapakowany jest w miękką tubę o zawartości 150ml, co jest dość sporą pojemnością, ponieważ duża część peelingów zapakowana jest w tuby o ponad połowę mniejszej pojemności. Tuba peelingu Soraya'i zamykana jest na delikatny klik, przy czym wieczko jest uchylane, a nie zakręcane, dzięki czemu nie zgubimy go gdzieś w łazience... ;)


WYDAJNOŚĆ: Moim zdaniem peeling ma naprawdę dobrą wydajność, kupiłam go w lutym i od tej pory używam regularnie przynajmniej raz-dwa razy w tygodniu, a z tego, co wyczuwam, nadal mam go jeszcze trochę.

CENA/DOSTĘPNOŚĆ: ok.10-12zł; dostępny jest na pewno w Rossmanie, ale jestem przekonana, że w innych drogeriach też go znajdziecie.

CZY KUPIĘ PONOWNIE: Myślę, że tak. Chociaż teraz chcę spróbować z peelingami ze Zrób Sobie Krem.

Podsumowując:
+ intensywne złuszczanie martwego naskórka;
+ wygładzenie buzi;
+ wysoka wydajność;
+ brak podrażnień;
+ przystępna cena;
+ przyjemny zapach;
- odrobinę upierdliwe zmywanie wędrujących drobinek;

SKŁAD:
Aqua, Juglans Regia (Walnut) Shell Powder, Glyceryl Stearate SE, Glycerin, Sodium Laureth Sulfate, Polyethylene, Cocamidopropyl Betaine, Glyceryl Stearate, PEG-100 Stearate, Cetyl Alcohol, Cetearyl Stearate, Ceteareth-20, Polysorbate 60, Cetyl Acetate, Acetylated Lanolin Alcohol, Titanium Dioxide, Prunus Armeniaca (Apricot) Fruit Extract, Sorbitol, Propylene Glycol, Carbomer, Triethanoloamine, DMDM Hydantoin, Methylparaben, Propylparaben, Parfum, Benzyl Alcohol, Benzyl Benzoate, Benzyl Salicylate, Citral, Citronellol, Eugenol, Geraniol, Hexyl Cinnamal, Hydroxycitronellol, Eugenol, Geraniol, Hexyl Cinnamal, Hydroxycitronellal, Isoeugenol, Limonene, Linalool.

Używacie regularnie peelingów? Macie swoich ulubieńców? :)
K.
Czytaj dalej

wtorek, 6 marca 2012

Lutowe zakupy

Jako, że marzec rozgościł się w kalendarzu już na dobre, to pora na podsumowanie zakupowe lutego... W tym miesiącu przybyło mi... ekhm... sporo nowych szpargałów i nie były to same niezbędne rzeczy, dlatego w marcu mam silne postanowienie nie kupowania niczego ponad aktualne potrzeby... Tzn. wiadomo, jak się trafi coś super hiper, to pewnie ulegnę, ale żeby to super hiper mega kilo giga fantastyczne, nie kusiło mnie za każdym razem... ;)

Dla usprawiedliwienia dodam tylko, że tzw. projekt denko nadal idzie mi całkiem ładnie i zgrabnie i tendencja kilkunastu zużyć jest jak najbardziej zachowana (o czym więcej jutro). Myślę tylko, że chyba powinnam nieco zaostrzyć jego reguły w rejonie kolorówki, ale która z nas nie ma z tym problemów... ;)

Przechodząc jednak do rzeczy... Przedstawiam Wam nowe nabytki w miesiącu lutym! Tadaaaam! :)

1. Pielęgnacja twarzy.

Tutaj zdecydowanie padło na maseczki! Ostatnio stałam się totalną fanką maseczek w saszetkach, również ze względu na to, że jeśli któraś mi nie pasuje, to męczę się z nią tylko raz, a nie od razu z całą tubą... ;)

Bielenda - maski z serii Bawełna i serii Granat
Nie miałam okazji ich jeszcze wypróbować, ponieważ pojawiły się w mojej kosmetyczce dopiero pod koniec miesiąca, ale koleżanka bardzo polecała mi serię z granatem, więc dobrałam do pary bawełnę i w ten weekend któraś z nich wyląduje ze mną w łazience... :)
Cena: 4,19zł/szt

Ziaja - maski z glinkami
Ziaja - maska oczyszczająca z glinką szarą
Absolutnym i niekwestionowanym ulubieńcem miesiąca jest dla mnie maska oczyszczająca z glinką szarą z Ziaji. W moim odczuciu stosowana regularnie zapobiegała, tudzież znacznie opóźniała świecenie moją piękną facjatą... :P A reszta? Zobaczymy, anty-stress nie powaliła mnie na kolana, ciekawe jak pozostałe...
Cena: ok.1,50zł/szt

Soraya - morelowy peeling oczyszczający
Kolejny hit-nie-hit. Różne opinie twierdzą co innego - jedne, że jest to odpowiednik wycofanego morelowego peelingu St. Ives, inne twierdzą, że w ogóle się do niego nie umywa. St. Ives nie miałam, ale ten sprawdził się absolutnie fantastycznie! A myślałam, że mam dobry zdzierak w domu - toż, to herezje! Soraya, to dopiero cudo nad cudami! Czuję, że to będzie związek na dłużej...
Cena: 9,49zł/250ml (promocja)

2. Pielęgnacja ciała.
Alterra - mydło różane i lawendowe
Kolejnym nabytkiem były mydełka z Alterry - czytałam o nich kilka pozytywnych opinii, więc skusiłam się na dwie wersje zapachowe. Krzywdy na pewno mi nie robią, nie zauważyłam wysuszenia dłoni, a jednocześnie nie potrzebuję używać po nich kremu do rąk. Dodatkowo mają krótki i przyjazny skład, kosztują niewiele, mają spory wybór zapachów, no i robią to, co mają robić - myją ręce!
Cena: ok.2zł/100g (promocja)
Oriflame - Loves me...
Zestaw Oriflame - Loves me..., w którego skład wchodzą krem do rąk (75ml), mydełko w kształcie stokrotki (75g) oraz krem pod prysznic (250g), wszystkie w jednej, delikatnej linii zapachowej. Oczywiście najbardziej urzekło mnie mydełko... Aż szkoda je ruszyć taką stokrotkę...
Cena: 19,90zł/zestaw (promocja)
Oriflame - Silk Beauty - żel do golenia
Z tego chyba nie muszę się tłumaczyć... ;) Po prostu żel do golenia. Od lat bardzo dobrze się u mnie sprawdza, w każdej wersji, która była dostępna, dlatego zawsze do niego wracam. Do tego jest bardzo wydajny. Nie pamiętam nawet, kiedy kupiłam poprzednią tubkę.
Cena: 10,90zł/150ml
Eveline - balsam różany
Już od dawna miałam na niego ochotę, a że u mojego M. skończyło się nasze mleczko z Oriflame, to zawinęłam różyczkę do koszyka, jak tylko spotkałam ją w promocji. Ogromny plus za wygodną pompkę, dużą pojemność i bardzo lekką konsystencję - idealna do smarowania na szybciocha. Należy mu się osobna recenzja.
Cena: ok.12zł/500ml (promocja)
Oriflame - balsam z wyciągiem z trzech zbóż
Argument właściwie jak powyżej, z tym, że różę miałam zagarnąć do domu, jak tylko będzie balsam w promocji (mój facet lubi je ze względu na neutralne zapachy), ale ostatecznie tak przyzwyczaił się do pompki, że róża została u niego, a zboża czekają na swoją kolej na półce z zapasami...
Cena: 13,90zł/400ml (promocja)

Body Club - kule do kąpieli
Kule do kąpieli kupiłam w promocji w Drogerii Natura, pamiętam, że zrobiły szał w którejś z edycji Biedronkowej gazetki urodowej, ale wtedy się na nie nie załapałam. Początkowo kupiłam dla siebie tylko różaną, ale ponieważ spodobała się mamie, to sprezentowałam jej różę i lawendę/pomarańczę. Na razie czekają na swoją kolej, bo my czekamy na naprawę pieca, więc kąpiele musimy sobie gotować... (Hahaha... Very funny!)
Cena: ok.5zł/170g  (promocja)
Douglas - różany płyn do kąpieli
Kolejny różany (tak, mam obsesję na punkcie tego zapachu...) umilacz kąpieli - Douglasowy płyn do kąpieli dostałam jako miły i pachnący dodatek do prezentu walentynkowego. U mojego M. mamy prysznic, a w domu sytuacja jak wyżej. Z tego względu póki co, tylko siedzę i niucham... 

3. Pielęgnacja włosów.
Mrs. Potters - balsam z aloesem i jedwabiem
Wszędzie polecana odżywka z Mrs. Potter's - mam nadzieję, że kupiłam dobrą wersję... W każdym bądź razie sprawdza się bardzo przyzwoicie, włosy mi nie odpadły, a i pachnie bardzo przyjemnie... A, że zapasy Isany się kończą...
Cena: 6,48zł/500ml
Joanna - balsam nawilżająco-regenerujący
Tutaj zadziałał trochę owczy pęd - spotkałam ją w markecie, pamiętałam, że coś dobrego o niej czytałam, a że nie kosztowała wiele, to wrzuciłam do koszyka... I w sumie teraz nie wiem, jak tego używać... Jakieś propozycje? :P
Cena:5,24zł/200g

4. Kolorówka.
My Secret, Manhattan, Essence, Kobo
W kwestii kolorówki dokonałam całe mnóstwo nieprzemyślanych zakupów. W zasadzie ze wszystkich jestem zadowolona (uff...), ale spokojnie mogłam sobie część darować... :P Niektóre z zakupów zostały już bliżej przedstawione, więc podlinkuję je poniżej.

Do zbiorów dołączyły:
My Secret 104 - flejksy (ok.4zł, promocja);
Manhattan - matowe pomadki w kremie (ok.6zł/szt.; allegro) TU i TU;
Essence - cień w kremie Stay All Day - 02 Glammy Goes To...(11,99zł);
Kobo - cienie z limitowanki Elegance -  Pearl Mist i Oriental Illusion (11zł/szt)

Oriflame, Synergen, Rimmel
Jak widać skusiłam się również na osławionego rimmelowskiego żelka - myślę, że już mogę zaliczyć się do grona jego fanek! Puder Synergen - kolejny blogowo-wizażowy hit - pierwsze wrażenie zrobił pozytywne, oby tak dalej. Oriflame Bio Clinic - krem redukujący zaczerwienienia - to coś, co ja traktuję jako bazę, która ma za zadanie utrzymać moje policzki w tym samym kolorze, co reszta twarzy... If u know what I mean... Muszę przyznać, że sprawdza się wyjątkowo przyzwoicie, ale póki co nadal jeszcze muszę ją trochę pomęczyć, zanim ją zrecenzuję.
Rimmel - ok.24zł/18ml (promocja);
Synergen - ok.6,50zł (promocja);
Oriflame BioClinic - 69,90zł/30ml (promocja, dla przerażonych dodam, że jako konsultantka zapłaciłam ok.20zł mniej).

Essence C&G 82 Rich&Pretty oraz Essence Stay All Day 03 Steel The Show
Zadowolona z pierwszej parki cień+lakier (wybranej nieświadomie w zbliżonej kolorystyce), tydzień później wybrałam się po kolejną parkę i znowu popełniłam nieświadomie duet kolorystyczny. A że do tego była promocja 2+1, to jako gratis wybrałam z kasy błyszczyk XXL Nudes, który dałam mamie, bo ja raczej mało błyszczykowa jestem, a ona lubi tego typu mazidełka :)
Lakier C&G 82 Rich & Pretty - 5,50zł;
Cień w kremie Stay All Day - 03 Steel The Show - 11,90zł.

Sensique 150 + Oriflame Very Me
Lakier Sensique wpadł do koszyka, bo miał taki sam kolor, jak sweterek w dniu jego zakupu i kosztował grosze, więc to typowo babski argument... :|
A kredki urzekły mnie kolorami i moją ulubioną formą ołówka, mam do takich większe zaufanie, niż do kredek wykręcanych. Tak mam i koniec. A turkus będzie cudny na wiosnę!
Sensique 150 - 3,99zł;
Kredki Oriflame - Very Me - 7,90zł/szt.

5. Inne.
Isana - migdałowy zmywacz do paznokci i Rexona aloesowa w kulce
Skończył mi się biedronkowy zmywacz Nailty, więc złapałam na szybko Isanę, skuszona obietnicą migdałów. Nie czuję ich, ale fakt faktem paznokcie po zmywaniu pachną cudownie! No a Rexona wpadła, bo morduję resztki kulki z Nivea, więc na dniach będzie potrzebny zamiennik.
Isana - zmywacz do paznokci - errrm... ok.5zł? To jest ta duża butla...;
Rexona - kulka aloesowa - ok.8zł (promocja).

Belissa
Po 1,5 miesięcznej przerwie na Capivit (skóra, włosy, paznokcie - czy jakoś tak... ;)), postanowiłam wrócić do Belissy, spotkanej w promocji w Rossmanie. Po niej najszybciej zauważam efekty i myślę, że dzięki niej przestały mi aż tak wypadać włosy. Pierwsze opakowanie "zjadłam" w grudniu i już wtedy widziałam efekty, dlatego teraz, po braku większej skuteczności Capivitu, wracam pokornie do Belissy.
Cena: ok.15zł/50 tabletek

To już chyba pełna lista moich lutowych grzeszków. Tym razem było tego dużo, może nie były to drogie rzeczy, ale pierdoły mają to do siebie, że łatwo wpadają do koszyka, ale ich suma może nieco porazić... ;)

A Wy jak tam? Też tak nagrzeszyłyście w tym miesiącu?
K.
Czytaj dalej
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Blog template designed by SandDBlast