Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lily Lolo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lily Lolo. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 23 grudnia 2014

Denko majowo-czerwcowo-lipcowe

Cześć Dziewczyny!
Przed Wami najbardziej wymęczony post roku! Bynajmniej nie dlatego, że jest w nim coś nieprzyjemnego, po prostu w okresie od maja do lipca uzbierało mi się tak gigantyczne denko, że ilekroć myślałam o opisywaniu tego wszystkiego, to od razu opadałam z sił, więc nie zdziwię się i nie obrażę, jeśli przeczytacie ten post tylko wybiórczo ;)) Mimo wszystko zapraszam! :)

za tym pierwszym rządkiem jest jeszcze drugi, mało widoczny ninja-rząd :D
A więc (nie zaczyna się zdania od "a więc" - wiem i nic sobie z tego nie robię! ;)), w okresie od maja do lipca nazbierałam chyba rekordową ilość pustych opakowań, co istotne - w dominującej większości są to kosmetyki, których używałam sama. Mój mężczyzna przyłączył się do zużywania żeli i balsamów do ciała - reszta to całkowicie moja zasługa! *dumny*


Tamtadaaaadaaaaammm... W tym czasie zużyłam aż 45 pełnowymiarowych produktów! O, pardon! 44, bo zmywacz był miniaturką! Pozwólcie jednak, że dla porządku ponumeruję wszystkie z produktów, zarówno te w pełnym wymiarze, jak i te miniaturowe :)


1. Żel pod prysznic o zapachu miodu lawendowego; Le Petit Marseillais (400 ml; ok.11-14 zł).
2. Żel pod prysznic Mango & Macadamia; Original Source (250 ml; ok.8-10 zł).
3. Żel pod prysznic Aromatherapy Eucalyptus & Spearmint; Bath & Body Works (250 ml; 49 zł).
4./5./6./7. Żele pod prysznic Melon Tango; Mango Mambo; Brazil Mango; Borówka (250 ml; ok. 1€).
Nie ma sensu rozpisywać się o każdym z żeli osobno, bo jeśli chodzi o właściwości, to każdy z nich jest pod tym względem podobny - świetnie oczyszczają skórę, nie podrażniają jej i nie powodują u mnie jej wysuszania. Po żele Original Source i Balea lubię sięgać regularnie i testuję na sobie praktycznie każdy wariant, który pojawia się w sklepach lub drogeriach internetowych. W przypadku OS miałam trochę przerwy, ale teraz staram się zużywać zapasy, więc kilka kolejnych wersji poszło w ruch (czego efekt zobaczycie w kolejnych miesiącach), jak na razie zużyłam wersję mango i makadamia, która była dosyć specyficzna, bo słodycz mango przełamywał orzech makadamia nieco prztłumiając owocową woń. W przypadku żeli Balea, w użyciu miałam przede wszystkim letnie wersje o cudnych zapachach arbuza, mango czy borówki - do każdej z nich z przyjemnością bym wróciła, gdyby nie były letnimi limitowankami.
Żel z Le Petit Marseillais o zapachu miodu lawendowego, to kosmetyk do którego z pewnością wrócę! Rewelacyjnie pachnie, cudownie działa na zmysły, dając wrażenie otulenia lawendą. Spotkanie koniecznie do powtórzenia! :)
Seria Aromatherapy z Bath&Body Works od dłuższego czasu należy do moich ulubionych, a żel miętowo-eukaliptusowy, to mój zdecydowany faworyt! Latem jest niezastąpiony ze względu na szalenie orzeźwiający i pobudzający zapach! O całej serii przeczytacie więcej TUTAJ.


8. Płyn micelarny SkinFuture; AA (250 ml; ok.20 zł).
Bardzo lubię stosować wszelkiego rodzaju płyny micelarne, ale jak dotąd, nigdy wcześniej nie miałam okazji korzystać z tych od AA, ale zawsze musi być ten pierwszy raz. Produkt z linii SkinFuture okazał się być bardzo przyzwoity, ponieważ był delikatny dla skóry i oczu, a także całkiem nieźle radził sobie ze zmywaniem makijażu. Lżejszy makijaż nie stanowił dla niego większego problemu, natomiast ten cięższy wymagał już trochę cierpliwości i sporo poprawek, mimo wszystko byłam z niego bardzo zadowolona, tym bardziej, że na cięższy makijaż pozwalam sobie rzadko. Na co dzień, jak najbardziej jest to płyn, któremu warto dać szansę. Jedyne do czego mogłabym się przyczepić, to relacja ceny do pojemności, ponieważ za 20 zł kupicie niemal dwa razy większy i znacznie skuteczniejszy płyn micelarny z Garniera, albo kilka miceli z BeBeauty, co niestety przemawia na niekorzyść AA. Gdyby nie to, pewnie raz na jakiś czas wracałabym do tej marki.

9. Płyn micelarny + peeling do demakijażu 2w1 Cera Mieszana; AA (200 ml; ok.13 zł).
Kolejny produkt z AA to kosmetyk, który tym razem miał łączyć w sobie cechy płynu micelarnego i peelingu, przy czym od razu zastrzegam, że nie jest to produkt, wyposażony w jakiekolwiek drobinki. W tym przypadku chodzi o skład kosmetyku, w którym znajdziemy kwas azelainowy, który teoretycznie ma być wybawieniem dla cer trądzikowych. Szczerze powiedziawszy, niestety nie odczułam jakichkolwiek wizualnych efektów stosowania tego produktu w roli tzw. peelingu. Z pewnością nie podrażniał mojej cery, ale nie zaobserwowałam również zmniejszenia wydzielania sebum czy ograniczenia powstawania zaskórników. Jeśli natomiast chodzi o oczyszczanie, to stosowałam go - zgodnie z zaleceniem producenta - jednynie na twarz, z pominięciem oczu. Tu poradził sobie całkiem skutecznie, ponieważ z powodzeniem pozbywał się resztek makijażu i dobrze służył mi kosmetyk do wstępnego demakijażu. Mimo wszystko, raczej już się nie spotkamy.

10. Płyn micelarny; BeBeauty (250 ml; ok.5 zł).
Krótko i treściwie - bardzo dobry płyn micelarny, który jest łagodny dla oczu i skóry, a przy tym świetnie radzi sobie z demakijażem. Zdecydowanie polecam i zdecydowanie będę do niego wracać! :)


11. Żel do mycia twarzy Purritin; Iwostin (150 ml; ok.25 zł).
Co do tego żelu mam mocno mieszane uczucia, ponieważ w zasadzie nie mam mu nic poważnego do zarzucenia, ale mimo wszystko niezbyt go polubiłam. Żel z serii Purritin całkiem nieźle sprawdził się w codziennej pielęgnacji mojej mieszanej cery, ponieważ skutecznie wspomagał mnie w porannym oczyszczaniu twarzy, a wieczorem stanowił jeden z kosmetyków, stosowanych podczas demakijażu. Sprawiał, że miałam wrażenie dobrze oczyszczonej skóry, a  przy tym absolutnie nie wysuszał jej i nie powodował uczucia ściągnięcia i wszystko byłoby super, gdyby nie fakt, że zupełnie nie przypadł mi do gustu jego zapach. Teoretycznie miało być neutralnie i chyba bezzapachowo, ale im bliżej było końca opakowania, tym bardziej się z tym kosmetykiem męczyłam, w związku z czym, końcówkę zużyłam do mycia pędzli. Szkoda, bo produkt sam w sobie jest dobry, ale jego zapach niestety skutecznie mnie do niego zniechęcił, w związku z czym powtórek nie będzie. Chyba, że trafi mi się jako gratis do kremu z tej serii, który raz na jakiś czas kupuję, wtedy przemyślę sprawę powrotu ze względu na skuteczność produktu.

12. Żel myjąco-peelingujący Youngy; Lirene (150 ml; ok.15 zł).
Żel z Lirene trafił do mnie w jednej z eriskowych paczek i w sumie muszę przyznać, że był to po prostu miły przyjemniaczek. Produkt nie wyróżnił się jakimiś szczególnymi właściwościami, ale dobrze wywiązywał się ze swojego zadania - skutecznie mył, a przy tym bardzo przyjemnie pachniał cytrusami. Na mocny i skuteczny peeling raczej bym nie liczyła, ale tak czy inaczej, masaż za sprawą drobinek, zawartych w żelu, należał raczej do tych przyjemnych i niezbyt drażniących. Być może jeszcze do niego wrócę.

13. Tonik nawilżająco-oczyszczający; Lirene (200 ml; ok.12 zł).
O tym produkcie pisałam już wielokrotnie i to nie tylko w recenzji (KLIK), ale również przy okazji denek, zakupów, czy ulubieńców. Najlepszy tonik, jakiego dotąd używałam. Czasami go zdradzam, bo jak to kobieta, jestem ciekawa innych kosmetyków, ale zawsze wracam do Lirene. 


14. Krem przeciwstarzeniowy z wyciągiem z dzikiej róży; AA Eco (50ml; ok. 40-50 zł).
O tym kremie napisałam Wam już więcej w recenzji (KLIK), wobec czego teraz przypomnę tylko tyle, że uważam go za dobry produkt, aczkolwiek mimo wszystko nie do końca dopasowany do mojej cery. Myślałam, że przechytrzę sama siebie, ale niestety krem był dla mnie odrobinę zbyt ciężki. Gdyby nie to, to chętnie sięgałabym po niego raz na jakiś czas.

15. Emulsja matująca Purritin; Iwostin (75ml; ok.30 zł)
I znowu - o tym produkcie również było już więcej na blogu (KLIK). Zdecydowanie warto go wypróbować, bo nie tylko nieźle matowi cerę, ale również dobrze o nią dba. Zużyłam już dwa opakowania i pewnie zużyję jeszcze kilka, tym bardziej, że krem, którego używam obecnie niestety nie dorównuje Iwostinowi do pięt.

16. Krem eliminujący zmiany trądzikowe Effaclar Duo; La Roche-Posay (40 ml; ok.50 zł).
Effaclar Duo zużywałam jeszcze w starej wersji, która według wielu osób niczym specjalnym się nie różni od obecnej, ulepszonej wersji ED+. Nie zmienia to jednak faktu, że nie byłam szczególnie oczarowana tym produktem. Regularnie stosowany na całą twarz, bardzo mi ją przesuszał, a punktowo zdawał się nie sprawdzać aż tak skutecznie, jak to większość recenzentek opisuje. Teoretycznie nieco wspomagał gojenie się wyprysków, ale też nieszczególnie zapobiegał powstawaniu kolejnych. Nie czuję się zachęcona do wypróbowania nowej wersji, ale niczego nie wykluczam. Na razie jednak wolę krem na noc z serii Liście Manuka od Ziaji.


17. Masło rewitalizujące; Pat&Rub (250 ml; 69 zł).
To masło było moim pierwszym tego typu produktem z Pat&Rub i muszę przyznać, że byłam z niego bardzo zadowolona. Fantastycznie nawilżało i odżywiało skórę, sprawiając, że jest miękka i gładka. W tym wariancie zapachowym zdecydowanie dominuje cytryna, ale dla mnie nie było to w żaden sposób przeszkodą. W użyciu mam jeszcze wersję orzeźwiającą, a w zapasach wersje rozgrzewającą i otulającą. Zdecydowanie lubię!

18. Rewitalizujący scrub do ciała; Pat&Rub (500 ml; 79 zł).
O scrubach z Pat&Rub naczytałam się mnóstwo dobrych rzeczy, ale szczerze powiedziawszy ja ze swojego nie byłam szczególnie zadowolona. Z jednej strony jego moc była w miarę zadowalająca, a nawilżenie i natłuszczenie skóry sprawiało, że spokojnie można sobie po nim darować użycie balsamu, ale jednocześnie był to dla mnie na tyle uciążliwy w stosowaniu, a jednocześnie średni w efektach produkt, że raczej nie zdecyduję się na kolejną sztukę. Więcej przeczytacie w recenzji TUTAJ.

19. Krem antycellulitowy na noc Cellu Slim Nuit; Elancyl (500 ml; ok. 90 zł).
Muszę przyznać, że rzadko polegam na produktach antycellulitowych, bo nie do końca wierzę w ich działanie. Owszem, dla spokojnego sumienia staram się uwzględniać je w regularnej pielęgnacji, ale jednocześnie pamiętam, że bez picia odpowiednich ilości wody, bez diety i aktywności fizycznej mojego cellulitu raczej nic z miejsca nie ruszy - i zwykle tak jest. Tym razem jednak okazało się, że krem Elancyl jest naprawdę skuteczny i widocznie napina skórę, sprawiając jednocześnie, że cellulit staje się nieco mniej zauważalny. Myślę, że w połączeniu z wyżej wymienionymi składnikami oraz odpowiednim sposobem masażu jest w stanie zdziałać naprawdę wiele, dlatego mam nadzieję, że uda mi się go upolować na jakiejś korzystnej promocji, bo choć cena trochę boli, to chciałabym do niego wrócić.


20. Balsam do ciała mango z linii Youngy; Lirene (400 ml; ok.15 zł).
Balsamy z linii mango należą do moich ulubionych smarowideł w codziennej pielęgnacji. Uwielbiam każdą dostępną wersję, ale mango stanowczo wybija się na prowadzenie ze względu na cudowny i orzeźwiający zapach! Jeśli chodzi o działanie pielęgnacyjne, to w moim przypadku jest ono bardzo dobre, ale znowu warto podkreślić, że moja skóra nie jest wyjątkowo wymagająca pod tym względem. Do codzinnej pielęgnacji jest super - nawilża i odżywia skórę, pomagając utrzymać ją w dobrej kondycji, natomiast jeśli moja skóra ma "awarię", wtedy sięgam po coś bardziej skondensowanego, zarówno w konsystencji, jak i działaniu. Balsamy Youngy zagościły w mojej łazience już po raz szósty, a to musi coś znaczyć! :)
21. Nawilżająco-odżywczy balsam do opalania Family SPF 20; Lirene (200 ml; ok.20 zł).
Filtry do ciała z Lirene zmieniają nazwy i opakowania jak rękawiczki, dlatego w tej chwili nie jestem nawet w stanie stwierdzić jak wygląda obecnie ten produkt. Tak czy inaczej, filtry z Lirene uważam za bardzo udane - stanowią dobrą ochronę dla skóry przy naszym polskim lecie (przypomnijcie sobie jak to było w wakacje :D). Warunkiem jest oczywiście reaplikacja produktu co kilka godzin i po każdej kąpieli. W tym roku używałam również jednej z późniejszych "wersji" filtru SPF 20 od Lirene i byłam równie zadowolona. W przyszłym roku również sięgnę po tę markę! :)
22. Wygładzający peeling do ciała Eucalyptus & Spearmint z serii Aromatherapy; Bath & Body Works (311g; 49 zł).
O tym peelingu miałam już okazję napisać więcej TUTAJ. Generalnie byłam z niego zadowolona, bo był niezłym, choć stosunkowo umiarkowanym zdzierakiem. Jego działanie oceniam na bardzo przyzwoite, nieziemski zapach jako ponadprzeciętny, ale cena jest niestety niezbyt akceptowalna. Sprawę ratuje trochę niezła wydajność produktu, ale nie zmienia to faktu, że w cenie regularnej raczej się na niego nie skuszę. Inna sprawa, że w Bath & Body Works zawsze są jakieś promocje, trzeba tylko zapolować na tę najbardziej korzystną ;)

23. Balsam do ciała Eucalyptus & Spearmint z serii Aromatherapy; Bath & Body Works (192g; 49 zł).
Balsam do ciała z serii miętowo-eukaliptusowej wyjątkowo ujął za serce mojego faceta. I chociaż ja również go lubię, to tym razem cały zapach (3 butelki!) jest własnością przede wszystkim mojego narzeczonego :D Produkt bardzo przyzwoicie nawilża skórę i pomaga utrzymać ją w dobrej kondycji. I znowu - moim zdaniem nie jest to produkt, po który należałoby sięgnąć w razie "awarii", ale jest to bardzo dobry balsam na co dzień. Więcej napisałam oczywiście w recenzji.


24. Rozgrzewający balsam do rąk; Pat&Rub (100ml; 39 zł).
Lubię balsamy do rąk z Pat&Rub, zdecydowanie! Uważam, że są warte swojej ceny, choć i tak zwykle kupuję je albo w promocji albo wykorzystując różne kupony rabatowe. Jak dotąd, używałam bodajże czterech wersji, z czego najsłabsza okazała się być wersja rewitalizująca. Ta rozgrzewająca, pachnąca imbirem była namiast bardzo zbliżona działaniem do bardzo udanej wersji otulającej (recenzja TU). Balsam świetnie sobie radził z nawilżaniem moich dłoni, nie tłuścił ich i szybko się wchłaniał, a jednocześnie zostawiał wrażenie "rękawiczki ochronnej" i poczucie nawilżonych i odżywionych dłoni. Wersja rozgrzewająca pod koniec nieco znudziła mnie swoim zapachem, dlatego na razie nie zdecyduję się na ten balsam ponownie, ale na pewno z przyjemnością będę korzystać z masła o tym zapachu :)
25. Zmywacz do paznokci; Isana (250ml; ok.7 zł).
Ten zmywacz jest moim ulubieńcem, ponieważ z każdym lakierem rozprawia się szybko i skutecznie. Kiedyś miałam z nim pewiem problem, ponieważ przesuszał trochę paznokcie, ale chwila przerwy i lepiej dobrana odżywka dobrze mi zrobiły, bo teraz to znowu mój numer 1. Jak na zmywacz z zawartością acetonu, naprawdę nie robi tragedii ani z paznokciami, ani ze skórkami. Warunkiem jest po prostu korzystanie z dobrej odżywki nawilżającej płytkę i regularne kremowanie dłoni.
26. Płyn do higieny intymnej z ekstraktem z kory dębu z linii Miss; Barwa (300 ml; ok.7 zł).
Chociaż płyn ten zawiera w składzie SLES, to mimo wszystko okazał się być dosyć delikatny dla skóry. Absolutnie nie podrażniał, dobrze oczyszczał, no i cóż - po prostu dobrze wywiązywał się ze swojego zadania. Na plus wygodne opakowanie i bardzo wysoka wydajność! Używałam go spokojnie około pół roku! Nie wykluczam ponownego spotkania, jeśli natknę się na niego gdzieś w markecie :)

27. Maska do włosów z proteinami kaszmiru i kolagenem; Bingo Spa (500 ml; ok.10 zł).
28. Maska do włosów z masłem shea i pięcioma algami; Bingo Spa (500 ml; ok.10 zł).
Uwielbiam maski do włosów z Bingo Spa! Są rewelacyjne i fantastycznie działają na moje włosy, dlatego zupełnie nie wiem, czemu wciąż częściej sięgam po maski Biowax, których działania nijak nie umiem zaobserwować na moich włosach. W przypadku Bingo Spa, obie wersje, które zużyłam świetnie odżywiały i nawilżały moje włosy, sprawiając, że są niesamowicie miękkie i gładkie. O miękkość lepiej dbała wersja z masłem shea i pięcioma algami, natomiast o gładkość wersja z kaszmirem i kolagenem. I jak tak patrzę na moje włosy teraz, to chyba zdecydowanie pora wrócić do Bingo Spa...


29. Szamon z 20% zawartością aloesu; Equilibra (250 ml; ok.18-20 zł).
Kiedyś te produkty były dostępne w Super-Pharm, teraz dawno ich już tam nie widziałam, ale wiem, że w internecie można wybierać wśród bogatej oferty marki. I warto to zrobić, a tym bardziej warto przymknąć oko na cenę, ponieważ szampon jest naprawdę skuteczny w oczyszczaniu włosów z codziennych zanieczyszczeń i resztek produktów stylizujących, ale również jest łagodny dla włosów i skóry głowy, dzięki bardzo wysokiej zawartości aloesu, który łagodzi działanie detergentu (ALS). To moja druga butelka i jak tylko zejdę trochę z zapasów, to z pewnością ponownie sięgnę po ten produkt, a także chętnie wypróbuję odżywki do włosów tej marki :)

30./31. Nawilżająca odżywka do włosów z mango i aloesem; Balea (250 ml; ok.1 euro).
Skoro już jesteśmy na dobre w temacie włosów, to zdecydowanie mogę Wam polecić również odżywkę z mango i aloesem z Balea. Cudownie pachnie i skutecznie pielęgnuje włosów. Nie jest to może produkt, którym ratowałabym mocno zniszczone włosy (tu należałoby sięgnąć raczej po maski i oleje), ale za to jest świetna do codziennej pielęgnacji. Dobrze nawilża włosy, nie obciąża ich, a jednocześnie nie podrażnia skóry głowy. Będąc w Chorwacji skusiłam się na jeszcze jedną butelkę na zapas :)
32. Suchy szampon do włosów Wild; Batiste (ok.15 zł/szt.).
Uwielbiam Batiste i w każdym moim denku pojawia się przynajmniej jedna butelka tego produktu. To powinno mówić samo za siebie. Po szczegóły zapraszam do recenzji TUTAJ.
33. Jedwab w płynie Green Pharmacy; Elfa Pharm (30 ml; ok.9 zł).
Jedwab z Green Pharmacy, to zdecydowanie jeden z lepszych tego typu produktów, które trafiły w moje ręcej. Z jednej strony wydaje mi się, że nie widzę znacznych różnic pomiędzy wszystkimi jedwabiami, a z drugiej strony - z perspektywy czasu uważam, że GP i CHI, to dwa najlepsze tego typu sera na końcówki, jakich dotąd używałam. Wielki plus dla Green Pharmacy za wygodne opakowanie, dobrą cenę, brak alkoholu w składzie, a także za zawartość ekstraktu z aloesu (czwarte miejsce w składzie). Na pewno spotkamy się ponownie!


34. Miniaturka tuszu do rzęs Mascara Infinito; Collistar (pełnowymiarowy produkt: 11 ml; 65 zł).
Tak udanych miniatur życzyłabym sobie dostawać częściej. Jeśli pełnowymiarowy produkt jest tak samo dobry, to byłabym skłonna skusić się na jego zakup, pomimo wysokiej ceny. Fantastyczna szczoteczka, formuła pięknie podkreślająca rzęsy, zero sklejania i łatwość stopniowania efektu. Bliski ideałowi! :)

35./36. Podkład mineralny w odcieniu China Doll i Warm Peach; Lily Lolo (10g; 72,90 zł).
Zużyłam już trzy opakowania podkładów mineralnych z Lily Lolo, w tym dwa opakowania odcienia China Doll. Byłam z nich bardzo mocno zadowolona i to dzięki nim na dobre przerzuciłam się na stosowanie minerałów. Pewnie sięgałabym po nie nadal, gdyby nie udane spotkanie z formułą matującą podkładów z Annabelle Minerals. Lily Lolo nadal bardzo lubię, ale chwilowo mamy od siebie przerwę. Nie wykluczone jednak, że jeszcze się spotkamy :) Rozbudowaną opinię na ich temat przeczytacie w recenzji TUTAJ.
37. Korektor Cream To Powder Concealer w odcieniu Ivory; Alverde (ok.2g; ok.2 euro).
Bardzo polubiłam się zarówno z korektorem, jak i z kamuflażem z Alverde. Oba okazały się być produktami, które świetnie sobie radzą zarówno z lekkimi cieniami pod oczami, jak i z nieco większymi wypryskami. Oczywiście nic nie zastąpi pięknej, zdrowej i gładkiej cery, ale niestety nie wszyscy mogą się taką poszczycić. O dziwo, uważam, że korektor sprawdzał się u mnie lepiej, niż kamuflaż, dlatego planuję powrót właśnie do Cream to Powder Concealer jak tylko wykończę wspomniany kamuflaż. Po Nowym Roku postaram się też wrzucić na blog recenzje obu produktów. Jeśli natomiast chcecie porównanie posiadanych przeze mnie kolorów, to dajcie znać w komentarzach - mogę wrzucić je na fanpage bloga :)
38. Kredka do oczu Linea Automatic Eyeliner w odcieniu Brown Glam; Paese (19,90 zł/szt.).
Jak już wspominałam w ostatniej zbiorczej recenzji kredek do oczu (KLIK), kredka Linea z Paese należy do ścisłej czołówki moich kredkowych ulubieńców. Ma przepiękny kolor, bardzo dobrą trwałość i wygodną formułę. Mam już kolejną i na pewno jeszcze nie raz zagości w mojej kosmetyczce!

39. Kredka do oczu Eye_matic 2; Pierre René w kolorze brązowym (ok. 11 zł/szt.).
Kredka Eye_matic, to w moim odczuciu kolejny świetny produkt do oczu (więcej o kredce TUTAJ). Może nie jest tak dobra jak Paese, ale również mocno się polubiłyśmy. W zasadzie ma wszystki te same cechy, które ma Paese, ale jedyne co je ciut różni, to kolor, który nieco bardziej podoba mi się w przypadku kredki Linea. Tak czy inaczej, z Eye_matic byłam również bardzo zadowolona, więc śmiało możecie sięgać po brąz z tej serii! :)


40. Rokitnikowa pomadka ochronna o zapachu cynamonu; Sylveco (ok. 8 zł/szt.).
Marka Sylveco cieszy się bardzo dobrymi opiniami wśród blogerek, ale ja jak dotąd miałam do czynienia tylko z jedną jedyną pomadką. Byłam z niej bardzo zadowolona, choć zapachem na pewno nie przypominała cynamonu (Michał twierdził, że pachnie jak kaszanka :D). Średni zapach wynagradzało mi za to bardzo dobre działanie pomadki, która świetnie pielęgnowała moje usta i dbała o ich dobrą kondycję. Więcej przeczytacie o niej w recenzji KLIK.
41. Miniaturka zmywacza do paznokci; Inglot (pełnowymiarowy produkt - 100 ml; 14 zł).
Tę miniaturkę dostałam kiedyś do zakupów w Inglocie i uznałam, że będzie niezła na podróże. Zmywacz okazał się być dosyć przyzwoity, ale mam wobec niego dosyć mieszane uczucia, ponieważ bardzo wolno pozbywał się resztek lakieru, nawet takiego, który był już mocno poodpryskiwany. Na jego plus świadczy jednak to, że ma naprawdę niezły skład, jak na tego typu produkt, ponieważ nie ma acetonu, za to zawiera olej sojowy i olejek rycynowy. Znajdziemy w nim również parafinę, ale akurat w przypadku zmywacza, to raczej żadna tragedia. Jedno jest pewne - nigdy nie wysuszył mi ani skórek, ani paznokci, a nawet powiedziałabym, że po zmywaniu miałam wrażenie, że cała okolica paznokcia jest solidnie natłuszczona, jeśli więc zależy Wam na zmywaczu, który lepiej zadba o paznokcie i macie trochę większe pokłady cierpliwości, niż ja, to warto wypróbować produkt z Inglota.
43. Miniaturka odżywki nawilżającej; Equilibra (pełnowymiarowy produkt - 200 ml; ok.18-20 zł).
Na jednym ze spotkań otrzymałam dwie malutkie tubki tej odżywki, ale obie czekały na jakiś krótki weekendowy wyjazd, dlatego jedną zużyłam dużo wcześniej. Generalnie trudno ocenić całościowe działanie po dwóch użyciach, ale na pewno pierwsze wrażenia są na tyle dobre, że chętnie wypróbuję pełnowymiarowy produkt, tym bardziej, że ponownie bardzo wysoko składzie znajdziemy ekstrakt z aloesu, który jest jednym z lepszych nawilżaczy.


*Próbka wzmacniającego szamponu do włosów; Equilibra.
Słowem podsumowania - zupełnie go nie pamiętam, wobec czego raczej nie kupię pełnowymiarowego opakowania. Na pewno sięgnę jednak po jego aloesowego brata.
44./45./46. Peeling, maska oczyszczająca i maska nawilżająca z linii Siarkowa Moc; Barwa (2x5 ml; ok. 3,50 zł za saszetkę).
Jeśli chodzi o te maski, to pamiętam, że okazały się być całkiem przyzwoite. Chciałabym napisać Wam o nich coś więcej, ale nie mam przy sobie notatnika, w którym zapisałam uwagi na ich temat. Spróbuję zrobić na ich temat osobny post, bo o takich saszetkowych maskach warto zawsze wiedzieć coś więcej :)
47. Skarpetki złuszczające; Magic Foot Peel (50 zł/para).
W okresie wiosenno-letnim, kiedy nieuchronnie zbliża się pora odkrytych stóp wiele z nas przypomina sobie o ich istnieniu i obowiązku odpowiedniej pielęgnacji poza codzienną kąpielą (:D), jednak po zimie zwykle okazuje się, że szczególnie nasze pięty pozostawiają wiele do życzenia. Tym razem sięgnęłam po chwalone skarpetki złuszczajace Magic Foot Peel i przyznam szczerze, że była jednocześnie zachwycona i przerażona efektami. Po całym zabiegu miałam niesamowicie gładkie i miękkie stopy, a kondycja skóry na moich piętach uległa znacznej poprawie. Dla tego efektu trzeba jednak przetrwać wcześniejszą totalną apokalipsę i zrzucanie starego naskórka w ilościach hurtowych. Ten produkt również zasługuje na pełną recenzję, więc postaram się odgrzebać zdjęcia, również te drastyczne i napisać Wam o nich więcej! :)

***
Uff! Cieszę się, że w końcu, w końcu skończyłam chociaż ten post denkowy przed końcem roku! Próbowałam go wymęczyć chyba od października, co prowadzi do wniosku, że następnym razem powinnam sobie to podzielić na kilka mniejszych postów, albo zwyczajnie pisać mniej... Ale jaki wtedy byłby sens w pokazywaniu pustego opakowania bez kilku zdań komentarza? ;))

Mam nadzieję, że jest ktoś, kto dobrnął do końca, a nawet jeśli nie, to że każda z Was znalazła sobie tu jakiś punkt zaczepienia i są produkty, o których chciałybyście wiedzieć więcej. Jeśli o czymś nie pisała, a chciałybyście o tym przeczytać, to dajcie znać! Zobaczymy co da się zrobić! :)
Karotka

Czytaj dalej

sobota, 11 października 2014

"Okołokolorowi" ulubieńcy letnich miesięcy

Cześć Dziewczyny!

W związku z tym, że na blogu już dawno nie było ulubieńców, pomyślałam, że warto byłoby przygotować zbiorczy post z ulubieńcami ostatnich miesięcy. Kiedy tak zebrałam wszystko, okazało się, że najwięcej ulubieńców wytypowałam wśród kolorówki. To nie tak, że nagle obraziłam się na pielęgnację, po prostu część produktów zmieniała się zbyt często, żeby zasłużyć na miano ulubieńca, część stanowi stałą gromadę od wielu miesięcy, więc nie ma sensu ich znowu powtarzać, a inne po prostu nie urzekły mnie na tyle, żeby je tu pokazywać. Co do pozostałych - na pewno przygotuję odpowiednie recenzje, dlatego dzisiaj skupmy się po prostu na kolorówce i produktach oscylujących blisko tej kategorii :)

***

Pierwszym ulubieńcem jest woda toaletowa Roses de Chloé. Odkąd ją kupiłam, używałam jej praktycznie non stop, jedynie z drobnymi przerwami na Daisy Eau So Fresh. Teraz zostało mi już dosłownie tylko kilka kropelek na dnie, co chyba najlepiej świadczy o mojej miłości do tego zapachu :) Choć początkowo wydaje się być dosyć delikatny, nawet odrobinę mydlany i zdecydowanie czuć w nim różę, to jednak na mojej skórze szybko zyskuje sporo mocy, a do głosu dochodzą cięższe nuty.Oprócz tego naprawdę długo się utrzymuje na skórze, więc liczę na dłuższy związek z kolejnymi buteleczkami :)


Powyższa trójka to aktualnie moje ulubione pędzle. Blush Brush z Real Techniques zamierzałam początkowo używać zgodnie z przeznaczeniem do różu, ale okazało się, że w tej kwestii H24 z Hakuro nadal jest moim numerem 1, któremu naprawdę mało co może zagrozić :) Za to pędzel z RT sprawił, że na nowo zaczęłam sięgać po bronzery, które odstawiłam ze względu na poranną oszczędność czasu. W końcu co jak co, ale bronzer wymaga jednak trochę uwagi podczas aplikacji. Jajo z Real Techniques pokazało mi jak bardzo byłam w błędzie. Teraz nałożenie bronzera nie zajmuje mi więcej, niż kilkanaście sekund, a do tego mam gwarancję, że produkt będzie nałożony lekką ręką :)

Super Kabuki z Lily Lolo, to pędzel, którego używam już prawie od roku i jak dla mnie jest niezastąpiony, jeśli chodzi o aplikację podkładów mineralnych. Sprawdza się zarówno z podkładami Lily Lolo, jak i Annabelle Minerals. Świetnie je rozprowadza, nie tworzy plam na skórze, no i nie zjada przy tym zbyt dużo produktu :)


Skoro już wspomniałam o bronzerze, to warto byłoby również wskazać głównego "wykonawcę" - myślę, że nie zdziwię Was, jeśli napiszę, że oczywiście jest to bardzo popularny w blogosferze bronzer Bahama Mama z TheBalm. Tuż za nim plasuje się piękny bronzer z kolekcji Jungle Fever z ArtDeco, ale ponieważ TheBalm mam nieco dłużej i w związku z tym częściej po niego sięgam, to właśnie ten produkt zdecydowałam się zaprezentować w ulubieńcach :) Co w nim jest takiego dobrego? Hmm... Wszystko! Świetna pigmentacja, piękny, odpowiednio ochłodzony odcień brązu i całkowity mat, bez żadnych drobinek.

Skoro jesteśmy przy TheBalm, to oczywiście nie mogłabym nie wspomnieć również o różu Hot Mama, który jest stałym bywalcem mojej kosmetyczki nie tylko latem, aczkolwiek latem sięgam po niego najczęściej ze względu na to, że pięknie współgra z opaloną skórą, a drobinki w nim zawarte dodatkowo przyjemnie ją rozświetlają. Kiedy jednak mam ochotę na klasyczny odcień różu, wtedy sięgam po jeden z dwóch ulubieńców Plum Pop z Clinique, który jest połączeniem różu z kropelką fioletu, lub cukierkowy róż Well Dressed z MAC, który daje efekt bardzo delikatnie, naturalnie zaróżowionych policzków.


Kolejna trójeczka, to produkty, które pozwalają mi na uporanie się z moją nieco problematyczną cerą. Kamuflaż z Alverde całkiem nieźle radzi sobie zarówno z ukrywaniem cieni pod oczami, jak i z drobnymi wypryskami. Natomiast pudry Flawless Matte z Lily Lolo oraz Stay Matte z Rimmel pomagają mi cieszyć się matową cerą przez kilka godzin. Używam ich wymiennie, ponieważ po Flawless Matte sięgam w połączeniu z podkładami mineralnymi, natomiast po Stay Matte, gdy używam klasycznych płynnych podkładów lub kremów BB czy CC.


Od prawie roku regularnie sięgam po podkłady mineralne i są one podstawą mojego makijażu. Aktualnie moim ulubieńcem w tej kwestii jest podkład matujący z Annabelle Minerals, jednak w lato często go zdradzałam z kremami CC. Po ten z Gosha sięgałam, kiedy nie byłam nie opalona, bo ma ładny, jasny kolor, odpowiedni dla bladzioszków. Nie jest mocno kryjący, ale przyjemnie rozświetla skórę i nawet ja, posiadaczka mieszanej skóry, byłam z niego mocno zadowolona. Superdefense CC z Clinique, to dla odmiany hit moich wakacji, kiedy już złapałam nieco słońca. Odcień Light Medium nie należy do najjaśniejszych, więc słusznie pomyślałam, że sprawdzi się na urlopie. Całkiem przyjemnie krył drobne niedoskonałości, wyrównywał koloryt skóry i naprawdę nieźle się utrzymywał. Gdyby jaśniejszy kolor był dla mnie odpowiedni, mogłabym nawet rozważyć zakup pełnowymiarowego produktu.


Jeśli chodzi o lakiery do paznokci, to bywam dość niestała w uczuciach. Lubię sięgać po przeróżne odcienie i rzadko sięgam po jeden non stop, ale jest jeden taki lakier, który jest moim ulubieńcem na paznokciach u stóp i jest to Jazz Funk z serii Salon Pro od Rimmel. Rzadko noszę inny kolor na stopach, nie tylko latem! :)

Usta są wprawdzie dość odległe do stóp, ale produkt gabarytowo idealnie wpasował się z Rimmelowym lakierem, więc musicie mi wybaczyć to zestawienie ;) Jajeczko z balsamem EOS, to niezmiennie mój ulubieniec w domowej pielęgnacji ust. Sięgam po niego zarówno rano, podczas wykonywania makijażu, jak i tuż przed zaśnięciem. Dla moich ust jest wystarczający i dba o ich bieżącą dobrą kondycję. Więcej na razie nie potrzebuję :)


W przypadku produktów do oczu, przez ostatnie miesiące regularnie szłam na łatwiznę i byłam koszmarnym leniem, jeśli chodzi o makijaż oczu. Genialna baza z ArtDeco załatwiała sprawę trwałości makijażu, natomiast na niej lądowały kolejno - cień Maybelline Colour Tattoo w odcieniu On & On Bronze na górnej powiece oraz szarość Muse od Sigma Beauty na dolnej powiece. Na brwiach natomiast niezmiennie Maybelline Colour Tattoo w odcieniu Permanent Taupe. I tyle! Sprawdzony zestaw bez wydziwiania ;)


Żeby nie było tak całkiem łyso, powyższe zestawienie wzbogacałam o kredkę i tusz - najchętniej brąz z Avon (brązowa Glimmerstick Diamonds) lub Pierre Rene (brązowy Eye_Matic), czasami jednak ciągnęło mnie do granatu - wtedy na powiece lądowała świetna kredka Smokey Eye Liner z Gosh.

W kwestii tuszy do rzęs byłam znacznie mniej wierna, ponieważ używałam wymiennie Catchy Eyes z Gosh oraz Lash Accelerator Endless z Rimmel. Pod koniec wakacji wymieniłam je z ciekawości na High Impact Mascara z Clinique. Dwa pierwsze są moimi ulubieńcami od dłuższego czasu i w obu przypadkach to mojego drugie opakowania, jednak Clinique całkiem niespodziewanie również zyskała moją ogromną sympatię i to pomimo klasycznej szczoteczki z włosiem. Po raz kolejny przekonuję się, że ta marka ma naprawdę sporo do zaoferowania :)

Do zestawienia wkradły się również dwa produkty Essence, które fantasycznie sprawiły się na urlopie. Po niebieską maskarę sięgałam, kiedy miałam ochotę zmienić drobny akcent w makijażu oka, natomiast top coat z limitowanki Beach Cruiser z Essence sprawiał, że każdy mój ulubiony tusz stawał się wodoodporny, dzięki czemu nie musiałam tym razem kupować 350 tuszu do rzęs tylko po to, żeby móc go używać przez dwa tygodnie wakacji ;)


Na koniec największa niespodzianka zestawienia, czyli dwa świetne błyszczyki. Nie wiem co mi się stało, bo od dłuższego czasu na błyszczyki spoglądałam raczej niechętnie i od kilku lat żadnego nie kupiłam. Na jednym ze spotkań blogerskich otrzymałam jednak fioletowy błyszczyk z Gosh, który zatrzymałam ze względu na ciekawy odcień i w końcu odważyłam się go użyć. Okazało się, że pokochałam go tak bardzo, że zdecydowałam się dokupić sobie jeszcze różany błyszczyk z Pat&Rub, który również zdobył moje serce. Oba produkty przyjemnie zmiękczają usta, długo na nich trwają i choć nieco się kleją, to jednak nie są w tej kwestii na tyle upierdliwe, jak większość produktów tego typu. Muszę przyznać, że chyba na dobre przeprosiłam się z tym rodzajem kosmetyków, aczkolwiek nie przewiduję nagłego powiększenia "kolekcji". Z tymi dwoma mam się świetnie i niczego więcej mi nie trzeba :)

***

No cóż, dzisiaj uraczyłam Was sporą gromadką kolorówki, ale od maja minęło przecież mnóstwo czasu, warto więc chociaż napomknąć co przez ten czas dominowało na mojej toaletce :) Wkrótce na blogu powinni się pojawić również wrześniowi ulubieńcy, w których zdecydowanie wiodącą rolą odegrają tym razem kosmetyki pielęgnacyjne. Tym razem sporo nowości mocno przypadło mi do gustu, wobec czego chciałabym się z Wami podzielić swoimi dobrymi wrażeniami na ich temat.

Tymczasem jednak zapraszam do dzielenia się Waszymi spostrzeżeniami na temat dzisiejszej gromadki. Miałyście któreś z tych produktów? Czy u Was sprawdził się równie dobrze? :)
Karotka
Czytaj dalej

środa, 23 kwietnia 2014

Marcowe denko

Cześć Dziewczyny!
Znowu pojawiam się z postem denkowym, tym razem marcowym i w końcu, w końcu będę na bieżąco! W ubiegłym miesiącu wykończyłam 13 produktów. Znowu poszło mi całkiem przyzwoicie. Jeśli chcecie dowiedzieć się czegoś więcej o tych produktach, to oczywiście zapraszam dalej! :)


Poprzednie posty denkowe znajdziecie TUTAJ (styczeń) i TUTAJ (luty).

***


1. Antyperspirant w sprayu; Cotton; Rexona (ok.15 zł/szt.).
Wielokrotnie już Wam pisałam, że antyperspirantem, który najlepiej się u mnie sprawdza jest Rexona. Zazwyczaj preferuję formę kulki, ale dezodorant też spisuje się całkiem dobrze. Co tu dużo gadać, antyperspiranty z Rexony pozwalają mi czuć się pewnie i najdłużej chronią przed poceniem i przykrym zapachem ;) Nie zauważyłam, żeby którakolwiek z dotychczas stosowanych wersji podrażniła lub wysuszyła mi skórę, więc tym bardziej jestem zadowolona z działania tych produktów, dlatego stale do nich wracam.

Aktualnie używam: antyperspirant w kulce Rexona

2. Krem antycellulitowy; Gerovital Plant (200ml; ok.15-20 zł).
Czytałam wiele pochlebnych opinii na temat tego kremu antycellulitowego, ale nie zaobserwowałam u siebie większych efektów. Oczywiście przyjemnie wygładzał skórę i sprawiał, że była przyjemna i miękka w dotyku, ale nie zaobserwowałam u siebie jakiegoś szczególnego napięcia, ani przynajmniej optycznego zmniejszenia widoczności cellulitu. Na pewno nie ułatwiło mu zadania to, że dopiero pod koniec jego stosowania zaczęłam ćwiczyć, więc trudno byłoby uzyskać bardziej spektakularne efekty. Na razie nie planuję powrotu, ale może jeszcze kiedyś dam mu szansę.
Aktualnie używam: krem antycellulitowy Cellu Slim na noc z Elancyl;
3. Wiśniowo-migdałowy żel pod prysznic; Balea (ok.1 euro/300ml).
O żelach z Balea wspominałam już wielokrotnie! Lubię je za to, że nie wysuszają mojej skóry, dobrze ją oczyszczają i pięknie pachną. Więcej od żelu nie oczekuję, więc chętnie do nich wracam w różnych możliwych wariantach :)
Aktualnie używam: borówkowy żel pod prysznic z Balea;


4. Suchy szampon do włosów w wersji koloryzowanej dla szatynek Medium & Brunette (200 ml; 16,99 zł).
To kolejny produkt, który przewija się przez moje posty denkowe w ilościach niemal hurtowych! Powoli wykańczam pierwszą zmianę moich Batiste, które dokładnie opisywałam TUTAJ, więc jeśli chcecie przeczytać moją pełną opinię, to koniecznie zajrzyjcie do podlinkowanego posta. Wersja koloryzowana, to jedna z moich ulubionych! Powtórzę się, z moim nieznośnym spóźnialstwem jestem wiecznie w niedoczasie, więc Batiste ratował mnie już wiele, wiele razy. Wersja koloryzowana jest o tyle ciekawsza, że pozwala zaoszczędzieć jeszcze więcej czasu (w końcu rano każda minuta się liczy! :)), dzięki temu, że nie zostawia białego nalotu, który trzeba wmasować. Produkt ekspresowo odświeża włosy i fryzurę i nie wymaga zbyt wiele uwagi. Choć używam różnych wersji Batiste, to ta i tak jest moim numerem 1 i mam już jej kolejną butelkę! :)

Aktualnie używam: Batiste w wersji Wild;
5. Maska do włosów suchych i łamiących się z ekstratami z winogron i awokado; Alverde (100 ml; ok.3 euro).
Tę maskę opisywałam dokładniej wczoraj (KLIK). Niestety na moich włosach zachowywała się jak zwykła odżywka i to dość przeciętna, dlatego nie zamierzam do niej wracać. Bo co mi po miękkich, ale napuszonych włosach... ;)
Aktualnie używam: maska do włosów z morelą i trawą cytrynową z Alverde;

6. Peeling myjący; Anti Acne; Under Twenty (150 ml; ok.15 zł).
Po ten produkt sięgnęłam ze sporą dozą sceptycyzmu, ale okazł się być naprawdę udaną alternatywą dla zwykłych żeli do mycia twarzy. Dzięki zawartości drobinek ścierających, zauważalnie wygładzał skórę, ale jednocześnie nie był na tyle mocny, żeby nie nadawać się do codziennego stosowania. Dobrze oczyszczał skórę i nie przesuszył jej. Generalnie jestem na tak, choć nie sądzę, żebym włączyła go stałej pielęgnacji. Pełną recenzję znajdziecie TUTAJ.
Aktualnie używam: żel do mycia twarzy z linii Purritin z Iwostin;
7. Lekki krem głęboko nawilżający Vita-Sensilium; Pharmaceris A (50 ml; ok.35-40 zł).
I znowu - mój hit pielęgnacyjny! Zakochałam się w tym kremie tak bardzo, że - choć aktualnie staram się zużywać inne produkty - czuję się bez niego jak bez ręki! Fantastycznie nawilża moją skórę, a jednocześnie nie daje jej się "przejeść", dzięki czemu nie wzmaga błyszczenia. Jest dla mnie totalnym pewniakiem, jeśli chcę zachować równowagę między działaniem matującym kremu na dzień i działaniem nawilżająco-odżywczym kremu na noc. Dodatkowo, uwielbiam po niego sięgać jeśli zmywam makijaż na kilka godzin przed snem, ale nie chcę używać jeszcze bardzo treściwego kremu na noc. Pharmaceris sprawdza się u mnie w każdej roli - na dzień, w ciągu dnia, na noc. Zużyłam już trzy opakowania i znowu kupiłam kolejne. Tak na wszelki wypadek. Pełną recenzję znajdziecie TUTAJ.

Aktualnie używam: krem przeciwzmarszczkowy Dzika Róża z AA Eco (warto już powoli zacząć działać profilaktycznie);
8. Płyn micelarny; Lirene (200 ml; ok.10-12 zł).
Lubię markę Lirene i mam wielu ulubieńców wśród produktów przez nią oferowanych, ale płyny micelarne, to jest coś, co bardzo u nich kuleje. Jak dla mnie, każdy jeden jest bardzo przeciętny i ledwo radzi sobie ze zmywaniem makijażu twarzy, a co dopiero gdy przychodzi do demakijażu oczu... Zużyłam dwa, czy trzy różne micele tej marki i z żadnego nie byłam zadowolona. Jeszcze jeden czeka na mnie w szufladzie z zapasami, ale nie patrzę na niego zbyt przychylnie. Generalnie odradzam, ja sama będę się od nich trzymać z daleka w miarę możliwości. Nad tymi produktami Lirene musi jeszcze mocno popracować! :)

Aktualnie używam: płyn micelarny BeBeauty z Biedronki;
9. Dwufazowy płyn do demakijażu; Lirene (100 ml; ok.12 zł).
Ta dwufazówka całkowicie zmieniła moje postrzeganie tego typu produktów do demakijażu! Wcześniej kojarzyły mi się z tłustą warstwą i mgłą na oczach, ale ten produkt jest zupełnie inny! Uważam, że to absolutnie najlepszy płyn dwufazowy, jakiego do tej pory używałam i zużyłam już kilka jego buteleczek! Jest naprawdę świetny, szybki i skuteczny, więc przewiduję długi i satysfakcjonujący związek. Teraz zrobiłam chwilowy powrót do miceli, ale Lirene na pewno wkrótce znowu wpadnie do mojego koszyka! TUTAJ znajdziecie moją recenzję, napisaną po zużyciu pierwszej buteleczki. Teraz piałabym z zachwytu jeszcze głośniej! ;)

Aktualnie używam: płyn micelarny BeBeauty z Biedronki;


10. Czyścik do twarzy Bûche de Noël; LUSH (100g; ok.6,5 funta).
Bûche de Noël, to kolejny czyścik z Lush, który miałam okazję wypróbować. Choć był przyjemny w stosowaniu i miał niezłe działanie oczyszczające, to jednak w zestawieniu z fantastycznym Let The Good Times Roll wypadł dosyć blado. Raczej do niego nie wrócę. Pełną recenzję znajdziecie TUTAJ.

Aktualnie używam: żel do mycia twarzy z serii Purritin od Iwostin;

11. Krem do twarzy z kwasem pirogronowym i azaleinowym; Clarena (50 ml; ok.80 zł).
Ten krem był moim absolutnym hitem pielęgnacyjnym, jeśli chodzi o ostatnie miesiące! Fantastycznie matowił skórę, przyspieszał działanie niespodzianek, a jednocześnie znacznie ograniczył ich powstawanie i - jakby tego mało - nie przesuszał mojej skóry. Wszystkie zachwyty znajdziecie w recenzje TUTAJ. Chętnie do niego wrócę, być może jesienią.

Aktualnie używam: emulsja matująca z linii Purritin od Iwostin;

12. Podkład mineralny China Doll; Lily Lolo (10 g; ok.72,90 zł).
Podkład mineralny z Lily Lolo, to w tej chwili mój absolutny ulubieniec wszechczasów! Nie tylko pozwala skórze dłużej zachować matowy wygląd, ale również ładnie wyrównuje jej koloryt, a w parze z dobrym pudrem i korektorem, sprawia, że mogę się cieszyć estetycznym makijażem przez długie godziny. I znowu, wszystkie zachwyty przeczytacie w recenzji KLIK. Dodam jeszcze, że od razu kupiłam drugie opakowanie (a w międzyczasie czeka na zużycie reszteczka koloru Warm Peach).

Aktualnie używam: ten sam produkt;

13. Pomadka ochronna waniliowo-mandarynkowa; Alverde (ok. 10 zł/szt.).
Wprawdzie tej pomadki brak na zdjęciu, ale możecie mi wierzyć na słowo, że zużyłam ją praktycznie do samego końca, tylko zgubiłam niestety resztkę, którą nosiłam w kieszeni. Bardzo polubiłam tę pomadkę i jej działanie na moje usta. Świetnie dbała o ich kondycję i zabezpieczała je przed czynnikami pogodowymi, a do tego bardzo przyjemnie pachniała. Jeśli natknę się gdzieś na nią, to na pewno chętnie ponowię ten zakup.
Aktualnie używam: jeśli chodzi o produkt, który zastąpił Alverde w kieszeni mojego płaszcza, to jest to pomadka ochronna z ekstraktem z malin z serii Angry Birds by Lumene :)
***
No! Z mojej strony to tyle! Kwiecień jak na razie przedstawia się dosyć licho, więc pewnie denko z aktualnego miesiąca zostanie połączone z tym majowym, ale to nie ważne! Ważne, że mimo wszystko w moich szufladach z zapasami bardzo powoli, ale jednak, zaczyna się przejaśniać! To całkiem miłe uczucie, mimo wszystko! A ile przy tym odkrywam skarbów :))
Jak zawsze - dajcie znać, co sądzicie o tych produktach, jeśli używałyście któregoś z nich! Oczywiście, jeśli przymierzacie się do zakupu i macie pytania, to też jest to odpowiednie miejsce :)) ...cała reszta też może się wypowiedzieć (ale post musi mieć jakieś zakończenie... :D)!
Karotka
Czytaj dalej

piątek, 11 kwietnia 2014

Ulubieńcy lutego i marca

Cześć Dziewczyny!
Zbliżamy się już do połowy kwietnia, Święta za pasem, a u mnie już od dawna nie było ulubieńców miesiąca! Najwyższa pora zabrać się i za to, dlatego tym razem przedstawiam Wam dwumiesięcznych faworytów z lutego i marca!

Tak naprawdę w lutym niewiele produktów rzuciło mnie na kolana, a te, które zasługiwały na wyróżnienie w zasadzie już jakiś czas temu pojawiały się w ulubieńcach, dlatego z premedytacją dałam sobie więcej czasu do namysłu. I słusznie, bo marzec wraz z pierwszymi słonecznymi dniami przyniósł gromadkę nowych i nowych-starych ulubieńców, do których dołączył jedyny nowy produkt, który oczarował mnie w lutym. Zapraszam zatem na prezentację najlepszych z najlepszych ;))


Pierwszym z ulubieńców jest rewitalizujące masło do ciała z Pat&Rub. Ostatnio opisywałam Wam balsam do rąk i scrub cukrowy z tej serii, ale żaden z tych produktów nie uwiódł mnie jak to masełko. Produkt rewelacyjnie dba o kondycję mojej skóry, świetnie nawilża i odżywia skórę, a do tego pięknie i orzeźwiająco pachnie. Wiem, że nie każdej z Was przypadnie do gustu intensywnie cytrusowy zapach, ale ja go polubiłam, a do tego uważam, że idealnie sprawdza się do pielęgnacji po potreningowym prysznicu. Od razu ulatuje ze mnie chociaż część zmęczenia! :)

Pozostając nadal w temacie pielęgnacji ciała - kolejnym ulubieńcem został olejek do ciała z dziką różą i trawą cytrynową z Alverde. Ten produkt wiódł prym w mojej pielęgnacji głównie w lutym, ale nadal chętnie po niego sięgam. Lubię w nim to, że nie jest przesadnie tłusty i nawet moja normalna skóra świetnie sobie radzi z jego wchłonięciem. Olejek oczywiście dobrze nawilża i odżywia skórę, a do tego ma ciekawy zapach - lekko słodki, ale przełamany cierpką nuta trawy cytrynowej.

Moim kolejnym ulubieńcem pielęgnacyjnym jest też krem pod oczy z dziką różą z AA Eco. Przez kilka miesięcy używałam kremu z serii Gold Philoshopy z Bandi, ale byłam trochę zawiedziona jego wodnistą konsystencją. Chociaż nie mam większych problemów ze zmarszczkami, to wolę zapobiegać, niż leczyć, dlatego lubię w kremach pod oczy lubię nieco bardziej treściwą konsystencję, zwłaszcza jeśli mówimy o wieczornej pielęgnacji. Oczywiście trudno mi wypowiedzieć się o długofalowych efektach stosowania tego produktu, ale jak na razie spełnia moje oczekiwania zarówno w kwestii konsystencji, działania, jak i współpracy z kosmetykami do makijażu.


W czasie ostatnich dwóch miesięcy moje paznokcie zostały zdominowane przez trzy produkty, widoczne na zdjęciu powyżej. Przede wszystkim sprawdziłam w końcu o co ten cały szum z wysuszaczem z Kintetics i cóż... Wszystko wskazuje na to, że Kwik zdobędzie i moje serce! Zdradzałam go przez chwilę z Poshe, ale Kwik Kote jednak znacznie bardziej przypadł mi do gustu! :)

Jeśli natomiast chodzi o kolory, to w lutym najchętniej sięgałam po piękny lakier Essie Beyond Cozy, który dodawał błyszczącego akcentu każdemu kremowemu lakierowi (przykład macie TUTAJ), jednak juz w marcu moje paznokcie zdominował przepiękny, przecudowny Orly First Blush (KLIK). Nie pamiętam kiedy ostatnio sięgałam po jeden lakier tak często! Zakochałam się w nim tak bardzo, że już nabyłam pełnowymiarowe opakowanie! :)


W marcu, jak wiele z Was, kupiłam kilka organizerów na kosmetyki z Biedronki, w tym oczywiście słynny organizer z przegródkami na szminki. Umieściłam w nim kosmetyki, których używam codziennie, a do tego wyłożyłam na wierzch najbardziej codzienne pomadki, które chciałabym nosić na ustach częściej! Dzięki temu na nowo odkryłam moje dwie ukochane szminki - fuksjowo-fioletową L'Oreal Rouge Caresse w kolorze Rock'n'Mauve, którą mogłyście oglądać w TYM poście oraz piękną, nudziakoworóżową Maybelline Color Whisper w kolorze Lust For Blush!


Powyżej macie mały podgląd na oba kolory. Nie bierzcie go może zbyt dosłownie, bo Maybelline na moich ustach jest może ciut jaśniejsza i chłodniejsza, ale wygląda bardzo naturalnie i zdecydowanie daje dokładnie takie wykończenie jak na zdjęciu powyżej.


Pozostali dwaj ulubieńcy, to ponownie produkty do makijażu! Przede wszystkim mój ulubiony podkład mineralny z Lily Lolo w odcieniu China Doll, który już kilkukrotnie przewinął się przez blog. Co tu dużo, jednak podkłady mineralne są dla mojej cery bardziej łaskawe, niż zwykłe płynne podkłady, dzięki czemu makijaż wygląda na mnie lepiej, zaczynam się błyszczeć nieco później (i mniej intensywnie), a do tego nie borykam się z tyloma niespodziankami. Mam jeden produkt, z którym lubię go czasami zdradzać, ale niestety bardzo często kończy się to dodatkowymi nieprzyjaciółmi na twarzy, więc zawsze z pokorą wracam do Lily Lolo.

No i last but not least - paletka z cieniami z Inglota! Przez pewien czas leżała zapomniana w szufladzie, a teraz znowu się z nią przeprosiłam! Mam w niej kilka ulubionych cieni, które w zasadzie same malują, a dzięki dobrej bazie na powieki (ArtDeco) w końcu mogę też wyciągnąć dużo więcej z matowego, jasnego cienia, który przepięknie rozjaśnia oko! Do tego dorzucam trochę ciemniejszego cienia w zewnętrznym kąciku i już! Jest w niej kilka cieni, których używam rzadziej, niż myślałam, że będę to robić, ale generalnie mój zestaw uważam za bardzo udany! Całość możecie podejrzeć TUTAJ.

***
To by było na tyle! Oczywiście jak zawsze dajcie znać, czy znacie te produkty i co o nich sądzicie! Chętnie przeczytam też o produktach, które w ostatnim czasie skradły Wasze serducha :))
Karotka
Czytaj dalej

piątek, 14 marca 2014

Nowości z Targów Kosmetycznych Beauty Forum Wiosna 2014 :)

Cześć Dziewczyny!

Od kilku dni na blogach pojawiają się posty z zakupami z targów kosmetycznych Beauty Forum, które odbyły się - jak co sezon - w Hali MT Polska w Warszawie. Ja oczywiście też przyłączę się do tego ogólnego trendu, bo sama chętnie zaglądam do takich postów i z ogromną ciekawością podziwiam Wasze zakupy :)


To był mój pierwszy raz na Beauty Forum, wcześniej dwukrotnie uczestniczyłam w targach, ale tych, które odbywają się w Hali Expo XXI. Tym razem od razu postawiłam na te większe targi, ponieważ, obserwując poprzednie edycje, doszłam do wniosku, że w ten sposób mam szansę skorzystać z oferty trudniej dostępnych wystawców. Tym razem nastawiłam się przede wszystkim na Zoyę i Orly, ponieważ bardzo mocno wpadły mi w oko ostatnie kolekcje tych producentów, czyli kolekcja Naturel z Zoyi i Blush z Orly.


Na miejscu spotkałam mnóstwo znajomych blogerek, głównie lakieromaniaczek, choć po relacjach z targów widzę, że generalnie blogosfera kosmetyczna tłumnie oblegała halę na Marsa :)) Ja oczywiście umówiłam się z Sylwią, Kamilą i Zuzią, choć już na początku zakupów wyszło tak, że podzieliłyśmy się na dwie pary i dalej buszowałam już tylko z Sylwią. Myślę, że połączył nas wspólny cel - kupić tylko to, co zaplanowałyśmy :D Sylwii udało się to chyba ciut lepiej, ale i ja uważam swoje zakupy za bardzo udane! Choć na Beauty Forum można by buszować i całe dwa dni, to my uwinęłyśmy się ekspresowo, bo w dwie godziny załatwiłyśmy zakupy z naszych list i uciekłyśmy, z daleka omijając domniemane siedliska rozpusty, których w których nie miałyśmy interesów do załatwienia ;)) Jestem z siebie dumna, bo na targach nie trudno popłynąć z zakupami, podczas gdy zewsząd kusi się nas atrakcyjnymi promocjami. Obejrzałam to, na czym mi zależało, ominęłam to, czego nie potrzebowałam i wyeliminowałam z listy to, co na żywo nie chwyciło mnie za serce tak mocno, jak przez monitor :)


Jedyny produkt do pielęgnacji, który zamierzałam kupić, to skarpetki peelingujące. Miałam już okazję wypróbować skarpetki EpilFeet (KLIK) i byłam z nich bardzo zadowolona, jednak nie znalazłam ich na targach, a ponieważ wpadły mi w oko inne stoiska ze skarpetkami znanymi mi z blogów, to skusiłam się na Magic Foot Peel, o których czytałam u Agu i u Niecierpka. Widziałam też Cosmabell, o których też swego czasu sporo pisałyście, ale ostatecznie stanęło na MFP :) W sumie zabawne było to, że Pan próbował nas przekonać do zakupu, opowiadając, że pisali o nich m.in. w Playboyu, a ja Panu odparowałam, że Playboy, to żaden wyznacznik, ale że czytałam dobre opinie o nich na blogach kosmetycznych i dla mnie to jest dobra rekomendacja ;))


Kiedy tak błądziłyśmy z Sylwią w poszukiwaniu stoiska Costasy, natknęłyśmy się na kolejną znajomą buzię, czyli Paulę, która pojawiła się na targach jako przedstawiciel marki Paese. Oczywiście dałam jej się skusić na zachwalaną przez nią kredkę w pięknym, metalicznym odcieniu brązu - a brązy idą u mnie w każdych ilościach! Kredka jest wprawdzie automatyczna (ja to akurat lubię), ale jeśli ktoś lubi korzystać z cienkiego rysika, to w zestawie znajdzie też maleńką temperówkę. Oprócz tego kredka jest zakończona gąbeczką, która można rozetrzeć kreskę. Mam jeszcze ochotę na kolor fioletowy - Paula mi zdradziła, że w kolejny weekend będzie można zrobić zakupy w Paese z 40% rabatem, pod warunkiem posiadania kuponu z Flesza lub Vivy, więc może nadrobię to faux pas i dokupię sobię wersję bakłażanową :))


Skoro już napomnknęłam o Costasy - na ich stoisku kupiłam kolejne opakowanie podkładu mineralnego  z Lily Lolo w odcieniu China Doll, który recenzowałam na blogu jakiś czas temu (KLIK). Tak bardzo pokochałam ten podkład i ten konkretny kolor, że widząc coraz bardziej puste opakowanie, stwierdziłam, że nie ma opcji, żebym wyszła z targów bez niego. A opłacało się, bo podkład był tańszy aż ok.15 zł, a dodatkowo trafiło mi się już nowe opakowanie. Muszę przyznać, że na żywo robi jeszcze lepsze wrażenie, niż na zdjęciach promocyjnych. Początkowo byłam im nieco przeciwna, bo lubiłam stare, białe opakowania, ale te rzeczywiście są bardziej eleganckie.

Początkowo zastanawiałam się jeszcze nad zakupem różu Candy Girl, który spodobał mi się u Iwetto, ale na razie odłożyłam ten zakup w czasie. Róży mi nie brakuje, a ja nie chciałam przesadnie szaleć z zakupami, bo coraz intensywniej planujemy zagraniczną majówkę, więc wiecie-rozumiecie... Kasa z powietrza się nie weźmie, trzeba zaoszczędzić :D

Zoya Naturel: Odette, Rue
Jeśli chodzi o lakiery Zoya, to kupiłam oba odcienie, które wpadły mi wcześniej w oko, czyli jagodową Odette i różowonudziakową Rue. Wiedziałam, że te kolory będą moje, jak tylko zobaczyłam je na pierwszych zdjęciach promocyjnych! Po cichu liczyłam jeszcze na Payton z kolekcji Zenith, ale niestety nie było tego lakieru. To mój pierwszy kontakt z Zoyą, więc ciekawa jestem jak nam będzie się współpracować. Oczywiście największą korzyścią kupowania Zoyi na targach była - po pierwsze sama możliwość zakupu :D, bo te lakiery są niestety dość trudno dostępne, a po drugie cena niższa czasami nawet o 15 zł w stosunku do cen ze źródeł internetowych.


You're Blushing, to zakup nadprogramowy, wygrzebany z wyprzedażowego kosza na stoisku Orly. Oczywiście mogłabym tam grzebać i grzebać, nawet miałam kilku innych kandydatów, ale założyłam sobie, że nie przekroczę ustalonego budżetu, więc - całe szczęście - dysponowałam jedynie gotówką, którą miałam w portfelu (bo na większości stoisk ni było możliwości płatności kartą). Z wyprzedażowych typów najbardziej wpadł mi w oko różowolawendowy odcień z kolekcji Cool Romance, wypuszczonej na wiosnę 2012.


A skoro już o rumieńcach mowa - poprzedni lakier to You're Blushing, a te piękności pochodzą z kolei z ostatniej kolekcji Orly kryjącej się pod uroczą nazwą Blush. Śledząc swatche tej kolekcji u Antiii, miałam trzy typy, z których jeden - Classic Contours wyeliminowałam, stwierdzając, że jest zbyt podobny do Essie Island Hopping, ale za to przepadłam, kiedy zobaczyłam cztery piękne kolory z tej kolekcji w secie miniaturek. Muszę Wam szczerze przyznać, że poza oczywistym typem - First Blush, najbardziej podoba mi się pomarańczowy Cheeky! Nie przepadam szczególnie za takimi kolorami, ale ten zdecydowanie ma coś w sobie! No, ale po kolei - w skład zestawu wchodzą kolejno od lewej - Naked Canvas, Dare To Bare, Cheeky i First Blush. Dodatkowo dobrałam sobie jeszcze piękny różowolawendowy Flawless Flush, również z nowej kolekcji (całkowicie inny, niż You're Blushing ;)).


No i na koniec jeszcze jeden Orlik... Sylwia została wyznaczona do szczególnej misji w trakcie targów, a mianowicie miała kupić dwie buteleczki Pure Porcelain dla koleżanek. No i niby go oglądałam, niby mi się podobał, ale tak zajęłam się oglądaniem Blush, że nie przemyślałam tematu zbyt dokładnie... A kiedy następnego dnia obejrzałam swatche (mimo, że dzień wcześniej Sylwia miała ten lakier na paznokciach, a ja bardzo dokładnie się mu przyjrzałam!), to niemal natychmiast zaalarmowałam Paulę (dziękuję jeszcze raz :*) z prośbą o pomoc w zakupie! W środę odebrałam od niej moją porcelankę no i w końcu mam - kolejny zakup spoza listy, ale mimo to bardzo satysfakcjonujący. Oby jakościowo był tego warty! Kaczmarta, Ancyk - Wy jesteście temu winne na równi z Sylwią! :D

I jeszcze mała dygresja - w przypadku zmiany buteleczek i ogólnej oprawy graficznej Orly również marudziłam, że nieładne, że to nie to samo i znowu... jak w przypadku Costasy... okazało się, że czerń jest jednak klasyczna, a nowe buteleczki na żywo wyglądają naprawdę ładnie i zgrabnie! :)

***
No! Starczy tego dobrego! Teraz ponownie narzucam sobie ban zakupowy - targi były zaplanowaną dyspensą, oprócz tego popełniłam kilka drobnych zakupów i znowu mogę uznać, że niczego nie potrzebuję! Cieszę się, że zrealizowałam większość pozycji z mojej listy zakupów, przygotowanej na targi, a co do pozycji, których nie kupiłam lub ich nie było - nie żałuję. Dawno nie zrobiłam tak przemyślanych i satysfakcjonujących zakupów :)

...oczywiście po targach Sylwia i tak się ze mnie śmiała, że jestem bardzo monotematyczna, jeśli chodzi o kolorystykę nowych lakierów :D

Dajcie znać, czy próbowałyście już któryś z moich nowości! :)
K.

P.S. Przy okazji dziękuję jeszcze raz Monice za zorganizowanie zaproszeń na targi! :)

Czytaj dalej
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Blog template designed by SandDBlast