Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Aussie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Aussie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 25 marca 2014

Styczniowe denko

Cześć Dziewczyny!

Kontynuując denkowanie i nadrabiając zaległości, przedstawiam Wam moje styczniowe denko! I tym razem poszło mi całkiem nieźle, ponieważ w styczniu wykończyłam 13 produktów, zatem ponownie zapraszam Was na serię minirecenzji zużytych kosmetyków!


Jeśli lubicie czytać o moich denkach, a przegapiłyście ostatni megadługaśny post, to zapraszam Was na podsumowanie czteromiesięcznych zbiorów - TUTAJ :)


1. Szampon żurawinowy; Barwa Naturalna (300 ml; ok.5 zł).
Ten szampon został już zrecenzowany na blogu TUTAJ i zdobył sobie moje uznanie. Bardzo dobrze oczyszczał włosy, nie podrażniał skóry głowy i przepięknie pachniał jabłuszkiem! Do tego był naprawdę wydajny - sama przyjemność, gdybym tylko nie miała ogromnych zapasów do wykończenia, to z pewnością skusiłabym się na powtórkę lub inny wariant szamponu z Barwy.

Aktualnie używam: szampon z 20% zawartością aloesu z Equilibra;

2. Odżywka do włosów suchych; 3-Minute Miracle Reconstructor; Aussie (250 ml; ok.30 zł).
Ta odżywka, to chyba najbardziej znany produkt z oferty Aussie - swego czasu obiekt pożądania, który okazał się być bardzo zwykłą odżywką... Przyznam szczerze, że w ogóle nie czuję się uwiedziona ofertą Aussie - żaden z trzech wypróbowanych produktów nie rozkochał mnie w sobie, choć odżywka 3-minutowa i tak wypadła najlepiej. Podobało mi się to, że po jej użyciu włosy były naprawdę miękkie i nieco wygładzone, a do tego nawet nieźle się układały. Jednak jestem świadoma, że spora w tym zasługa silikonów, a te wartościowe składniki, którymi szczyci się marka są niestety daleko w ogonku w dość długim składzie. Dla mnie to zdecydowanie zbyt wysoka cena za niezły produkt o przeciętnym składzie. Nie kupię ponownie.

3. Maska regeneracyjna z efektem laminowania z mango i awokado; Love2Mix Organic; Pervoe Reshenie (200 ml; ok.25-30 zł).
Jeśli już mówimy o maskach i odżywkach w okolicach 30 zł, to ten produkt jest zdecydowanie bardziej wart swojej ceny! Maska z Love2Mix (recenzja TUTAJ) była stosowana przeze mnie właściwie jak klasyczna odżywka, czasem trzymałam ją na włosach krócej, czasem dłużej, ale za każdym razem efekt był naprawdę dobry! Maska ładnie wygładzała włosy, sprawiała, że były miękkie, nawilżone i odżywione, nie elektryzowały się i nie puszyły. Jestem bardzo, bardzo na tak i na pewno nie raz do niej wrócę! Ogromnym plusem jest skład, który zaczyna się od ekstraktu z mango i oleju z awokado!

Aktualnie używam: maska z awokado i winogronami z Alverde;


4. B.B. Multifunkcyjny balsam do ciała 10 w 1 z masłem kakaowym; AA (400 ml; ok.15 zł).
To drugi balsam z tej serii, który miałam okazję używać. Kupiłam go z myślą o sobie i moim facecie, więc celowałam w bardziej neutralny zapach i tu na pewno trafiłam. Zapach balsamu był przyjemny i nienachalny, a jego właściwości nawilżające na naprawdę dobrym poziomie. Produkt dobrze rozprowadzał się na ciele, ale czasami miałam wrażenie, że balsam jest dla mnie zbyt treściwy, więc nie sięgałam po niego codziennie. Mój facet również był zadowolony, ale on stosował znacznie mniejsze ilości, niż ja - ze mnie zawsze się śmiał, że ta sama ilość balsamu, której używam do jednego smarowania, jemu wystarczyłaby na trzy :D Być może jeszcze do niego wrócę, ale raczej w sezonie jesienno-zimowym.

Aktualnie używam: balsam do ciała Lirene Intensywna Regeneracja;

5. Żel pod prysznic Aromatherapy z wanilią i werbeną; Bath & Body Works (295 ml; cena regularna 49 zł).
To zdecydowanie jeden z moich ulubionych produktów do kąpieli z BBW! Żel fantastycznie pachnie słodką wanilią, przełamaną świeżą, lekko cytrusową nutą werbeny i genialnie sprawdza się przez cały rok. Nie jest ani zbyt otulający, ani zbyt świeży. Cena regularna jest grubą przesadą, ale na szczęście często trafiają się na niego promocje podczas wyprzedaży, więc wtedy robię zwykle mały zapas. A uwielbiam do niego wracać! :)

6. Żel pod prysznic z kokosem i nektarynką; Balea (300 ml; ok.1 euro).
Kiedy tylko mam okazję, robię mały zapas żeli z Balea. Tym razem padło na wersję kokosowo-nektarynkową, która miała naprawdę przyjemny zapach. Właściwości pielęgnacyjne tych żeli również mi odpowiadają - dobrze oczyszczają moją skórę i nie wysuszają jej. Od żeli więcej nie wymagam.

Aktualnie używam: żel po prysznic wiśniowo-migdałowy z Balea;


7. Płyn micelarny do delikatnego oczyszczenia i demakijażu twarzy T; Sebo-Micellar; Pharmaceris (200 ml; ok.23-25 zł).
To moja drugie opakowanie tego płynu i o ile pierwsze nie zrobiło na mnie większego wrażenia, tak to jakby podziałało na moją skórę znacznie lepiej. Warto jednak zaznaczyć, że nie używałam tego produktu jako płynu micelarnego, a raczej jako toniku, ponieważ przemywałam nim twarz już po zmyciu makijażu żelem, a Sebo-Micellar ewentualnie domywał jego resztki. Mam wrażenie, że moja cera dzięki niemu wyglądała zdrowiej, a do tego - oczywiście w połączeniu z innymi produktami pielęgnacyjnymi - szybciej goiły się na niej wszelkie niespodzianki. Nie jestem pewna, czy w tej chwili nie zmieniono czegoś w składzie, ale nawet jeśli, to być może ponownie skuszę się na ten produkt. Szerzej pisałam o nim TUTAJ, ale pamiętajcie, że wtedy nie byłam z niego najbardziej zadowolona.

Aktualnie używam: tonik nawilżająco-oczyszczający z Lirene;

8. Dwufazowy płyn do demakijażu; Eucerin (125 ml; cena regularna wg KWC - ok.40 zł).
Dwufazówka z Eucerin, to skutek ogromnej promocji w Super-Pharm - stwierdziałam, że za 10 zł warto by wypróbować coś aptecznego, ale mimo, że produkt był niezły, to jednak nadal nie przebił mojego ulubieńca, czyli płynu dwufazowego z Lirene. Eucerin dobrze sobie radził ze zmywaniem zarówno podkładu, jak i tuszu, czy kredki, ale wymagał trochę cierpliwości, ponieważ rozpuszczał makijaż znacznie wolniej, niż wspomniany Lirene. Z tego powodu (oraz z powodu absurdalnie wysokiej ceny) nie planuję powrotu. Plusem było to, że nie robił mi mgły na oczach i nie był jakoś przesadnie tłusty.

Aktualnie używam: płyn dwufazowy z Lirene;


9. Suchy szampon do włosów, Tropical; Batiste (50 ml; ok. 8zł).
Suche szampony Batiste, to już niemal podstawowy produkt w mojej łazience i kosmetyczce. Wielokrotnie już ratowały mnie w opresji, albo pozwalały na dodatkowy dzień lenistwa w kwestii mycia włosów. Nie tylko odświeżają włosy w tempie wręcz ekspresowym, ale pomagają nieco ułożyć fryzurę, dodając im objętości :) Więcej napisałam o nich TUTAJ.

Aktualnie używam: przez chwilę nie miałam już żadnej miniaturki, ale niedawno kupiłam zestaw mini Batiste, z którego na pierwszy rzut poszła wersja Wild :)

10. Antyperspirant w kulce; Biorythm; Rexona (50ml; ok.10 zł).
Jeśli chodzi o antyperspiranty, to Rexona niezmiennie sprawdza się u mnie najlepiej. Najdłużej neutralizuje ewentualny przykry zapach i zapewnia mi komfort, a przy tym nie podrażnia skóry i raczej nie robi plam na ubraniach. Tyle mi wystarczy, żebym regularnie do niego wracała :)

Aktualnie używam: antyperspirant Rexona w innej wersji zapachowej


11. Baza pod cienie Cashmere; Dax (ok.25 zł/szt.).
Ta baza służyła mi spokojnie około 1,5 roku i nawet przy codziennym korzystaniu nie udało mi się jej zużyć do końca, więc to denko jest takie trochę naciągane, no ale skoro termin ważności już upłynął, to wolałam nie ryzykować dalszego korzystania z niej. Baza generalnie sprawdzała się naprawdę dobrze! Znacznie wydłużała trwałość cieni, nieznacznie podbijała ich kolor i zapobiegała rolowaniu się cieni w kącikach. Myślę, że jest duża szansa na ponowne spotkanie, bo bardzo ją lubiłam :)

Aktualnie używam: baza pod cienie ArtDeco

12. Tusz do rzęs Lash Accelerator Endless; Rimmel (ok.25-30zł/szt.)
Nie napiszę tutaj zbyt wiele, bo po prostu muszę napisać jego pełną recenzję. Czytałam trochę recenzji na jego temat, część była nieco negatywna, część umiarkowanie pozytywna, a dla mnie ten tusz był naprawdę genialny! Uważam, że sprawdził się na moich rzęsach znacznie lepiej, niż uwielbiany przeze mnie do tej pory Maybelline One by One. Już kupiłam kolejne opakowanie!

Aktualnie używam: tusz do rzęs Catchy Eyes od Gosh

13. Kredka do oczu Glimmerstick Cosmic w kolorze Moonlit Brown (ok.10-15 zł/szt.).
To już moja kolejna zużyta kredka z serii Glimmerstick z Avonu i muszę przyznać, że jestem z nich bardzo zadowolona! Mam jeszcze czarną, fioletową i niebieską - każda z nich jest równie udana, ale bez użycia bazy może się nieco rozmazywać, jeśli użyć ją na linię wodną, jednak na bazie trzyma się świetnie cały dzień. Na pewno będę do nich wracać, kiedy tylko trafi mi się okazja :)

Aktualnie używam: konturówka do oczu z Paese - oczywiście brązowa :)

***
Jeśli chodzi o styczniowe pustaki, to by było na tyle! Nie ma szału, ale jest dobrze i jak na razie moje zużycia pozostają mniej więcej na podobnym poziomie. Ale co zużyłam i co uważam na temat tych kosmetyków dowiecie się w swoim czasie :))

Oczywiście jak zwykle, jeśli znacie któreś z moich zużyć, piszcie jak się u Was te produkty sprawdziły! :)
K.
Czytaj dalej

poniedziałek, 10 marca 2014

Największe denko świata, czyli czteromiesięczny zbiór pustaków :)

Cześć Dziewczyny!

W końcu zebrałam się na odwagę, żeby zabrać się za rozprawienie się z pustymi opakowaniami z ubiegłego roku, a konkretniej z ostatnich czterech miesięcy 2013 roku... O ile nadrabianie nowości nie ma po takim czasie większego sensu, bo większość z nich albo już pojawiła się na blogu, albo jeszcze się na nim pojawi, tak w przypadku denkowego posta, to już ostatni dzwonek, żeby dać Wam znać co sądzę o produktach, które zużyłam w całości, a które nie zawsze zasługują na pełną recenzję.


Żeby nie było za długo i zbyt nudno, to postaram się omówić każdy z produktów w miarę zwięźle - i tak darowałam już sobie próbki i odlewki... :D Tym razem nie wskazuję następców, bo po takim czasie naprawdę nie pamiętam już jak to dokładnie wyglądało... ;)

Pierwsza partia zdjęć była robiona jeszcze starym aparatem, gdzieś w listopadzie, więc jakościowo są takie sobie, ale tym razem liczy się przede wszystkim treść, więc jestem pewna, że wybaczycie mi te kilka mniej urodziwych zdjęć :)



1./2. Żele pod prysznic Plum & Maple Syrup; Dragon Fruit & Capsicum; Original Source (250ml; ok.8-9zł).
Żele z Original Source co jakiś czas przewijają się na moim blogu, co tylko potwierdza to, że chętnie po nie sięgam i regularnie do nich wracam. Podoba mi się to, że marka co jakiś czas wypuszcza sezonowe nowości i każda z nich prędzej czy później trafia w moje ręce. Odpowiadają mi zarówno ich właściwości, jak i zapachy. Żele dobrze oczyszczają moją skórę, ale jej nie wysuszają :)


3. Multifunkcyjny balsam do ciała 10w1 BB Beautiful Body; AA (400 ml; ok. 15zł).
Mam wrażenie, że już coś pisałam na temat tego balsamu, ale nie mogłam znaleźć tej wzmianki. W każdym razie balsam okazał się być bardzo przyzwoitym smarowidłem, może nawet nieco zbyt treściwym, jak dla mnie. Dobrze nawilżał skórę moją i mojego faceta, a przy tym miał stosunkowo neutralny zapach. Momentami dawało się wyczuć w nim nutę charakterystyczną dla produktów z mocznikiem, ale nie było to zbyt uciążliwe. Pod koniec korzystania z produktu opakowanie stało się nieco uciążliwe, ponieważ produkt ma dość gęstą konsystencję i coraz trudniej było go wydostać. Później korzystałam z innej wersji, a teraz przez pewien czas nie planuję powrotu.

4. Płyn do higieny intymnej; Facelle (300 ml; ok.7zł).
Ten płyn z pewnością jest dobrze znany większość z Was. Swego czasu robił furrorę na blogach jako produkt do mycia ...wszystkiego. Ja stosowałam go dwojako - albo zgodnie z przeznaczeniem, albo jako łagodny produkt do oczyszczania włosów. Płyn Facelle jest pozbawiony SLS/SLES, dzięki czemu nie podrażnia ani miejsc intymnych, ani skóry głowy w przypadku stosowania go zamiast szamponu. U mnie sprawdził się bardzo dobrze! Polubiłam go, więc jeszcze nie raz pojawi się na mojej półce.


5. Dwufazowy płyn do demakijażu; Balea (100ml, ok. 10zł przez internet).
Po wakacjach zrobiłam większe zamówienie na stronie Kokardi i zamówiłam m.in. ten płyn do demakijażu. Od pewnego czasu niemal całkowicie porzuciłam micele i stosuję głównie dwufazówki, a o tej czytałam trochę dobrych rzeczy, więc miałam ochotę ją wypróbować. Choć produkt nie jest zły, to jednak doszłam do wniosku, że nie jest na pewno na tyle dobry, żeby bawić się z sprowadzanie go lub zamawianie przez internet. Niby wszystko dobrze zmywał, niby nie zostawiał przesadnie tłustej warstwy, ale dwufazówka z Lirene i tak bije go na głowę i to tego produktu zamierzam się trzymać. Powrotu do Balea nie planuję.

6. Orzeźwiający krem przeciw niedoskonałościom; Sanoflore (50ml; ok.50 zł).
Ten krem urzekł mnie przede wszystkim naturalnym składem, potwierdzonym certyfikatem EcoCert i z tego względu zdecydowałam się na zakup. Produkt dobrze się sprawdził na mojej skórze, całkiem nieźle utrzymywał ją w ryzach. Nie był szczególnie pomocy w kwestii ograniczenia przetłuszczania skóry, ale za to pomagał w gojeniu się wyprysków i częściowo pewnie zapobiegał ich pojawianiu się w innych miejscach twarzy poza brodą. Byłam z niego zadowolona, więc nie wykluczam powrotu.

7. Nawilżająco-rozjaśniający krem pod oczy Wrażliwa Natura; AA (15ml, ok.15 zł).
Krem, którego używałam z niemała przyjemnością - dobrze sobie radził z nawilżeniem delikatnej skóry wokół oczu i dbał o jej kondycję. U mnie nie rozjaśniał jakoś szczególnie skóry, ale też nie mam z tym większych problemów. Nie wiem tylko, czy nadal jest dostępny, bo ostatnio zniknął mi z widoku. Jeśli go znowu spotkam, to bardzo możliwe, że ponowię zakup. Więcej napisałam o nim TUTAJ.


8. Nawilżająca odżywka do włosów suchych i zniszczonych; Isana (300ml; ok.6 zł).
Zużyłam ją już tak dawno temu, że nie pamiętam zbyt wiele swoich wrażeń na jej temat, ale jedno jest pewne - nie zastąpi mi odżywki z olejem babassu, która była rewelacyjna! Ta jest po prostu przyzwoita. Nawilżenie włosów po jej użyciu było ok, nie były splątane, nie puszyły się, ale niczym szczególnym mnie nie ujęła. Wszystko było po prostu przyzwoite, bez fajerwerków, dlatego nie wiem, czy skuszę się na nią ponownie.

9. Szampon do włosów pozbawionych blasu; Shine Boost; Syoss (500ml; ok.15zł).
Do tego szamponu wracamy z moim facetem na okrągło. To on korzysta z niego regularnie, ale ja mu go co jakiś czas podkradam, bo nie dość, że dobrze oczyszcza włosy i skórę głowy, nie podrażnia, to jeszcze pięknie pachnie i jeszcze zdaje się naprawdę nieco nabłyszczać włosy. Mój facet nie chce używać innego, a ja z chęcią mu go kupuję, więc jest to stały bywalec w naszej łazience :)


10. Jedwab do włosów; CHI (15ml; 10zł).
Ten jedwab kupiłam u mojej fryzjerki jakiś czas temu i chyba tylko w salonach kosmetycznych jest dostępny stacjonarnie. Mimo, że to ten sam producent, co w przypadku jedwabiu Biosilk (Farouk), to CHI jest o niebo lepszy jeśli chodzi o skład, ponieważ nie zawiera alkoholu, który na dłuższą metę zamiast chronić końcówki, jeszcze mocniej je wysusza. Gdyby CHI był łatwiej dostępny, kupowałabym go znacznie częściej, bo bardzo lubię jego działanie - świetnie zabezpiecza końcówki włosów i pomaga je nieco okiełznać. Na pewno jeszcze nie raz do niego wrócę.

11. Suchy szampon Batiste (50ml; ok.8 zł).
Ta miniaturka Batiste, to mój pierwszy kontakt z tymi szamponami i od razu udany! Co tu dużo gadać - nie wyobrażam sobie już funkcjonować bez Batiste, bo ratują mnie zawsze wtedy kiedy nie mam czasu na mycie klapniętych i lekko tylko nieświeżych włosów. Więcej napisałam w obszernej recenzji wszystkich wersji Batiste, które przetoczyły się przez moje ręce - KLIK.


12./13/14. Żele pod prysznic Raspberry&Vanilla, Orange&Liquorice, Mango&Macadamia; Original Source (250 ml; ok.8 zł).
Jak już wspomniałam w pierwszym punkcie tego megadenka - do żeli Original Source po prostu lubię wracać i chętnie sięgam po kolejne wersje. Następne trzy puste opakowania tylko dowodzą tego, że nie kłamałam... :)


15. Szampon do włosów suchych; Miracle Moist; Aussie (300 ml; ok.25 zł).
Ten szampon wywarł na mnie umiarkowane wrażenie. Chociaż dobrze oczyszczał i - o dziwo - nie podrażniał skóry głowy, to jednak w moim przypadku nie wyróżnił się na tyle, żeby usprawiedliwić jego wysoką cenę. Było przyjemnie, ale powrotu nie planuję. Więcej napisałam w recenzji - TUTAJ.

16. Szampon wzmacniający do włosów osłabionych; H-Keratineum; Pharmaceris (250 ml; ok.25 zł).
Za to cenę tego szamponu jest w stanie w pełni zrozumieć! Nie tylko dobrze oczyszczał włosy i skórę głowy, ale też przyczynił się u mnie do znacznego ograniczenia wypadania włosów oraz złagodzenia swędzenia skóry głowy, które od czasu do czasu zdarzało mi się na czubku głowy. Regularne stosowanie tego szamponu pomogło mi się niemal całkowicie pozbyć tej dziwnej przypadłości. Spodobał mi się na tyle, że już mam jedną buteleczkę w zapasie!


17. Krem do mycia ciała o zapachu wanilii; Lirene (400ml; ok.14 zł).
Ten produkt okazał się być naprawdę świetnym wyborem na jesienno-zimowe dni, ponieważ przyjemnie pachniał wanilią, a do tego okazał się być bardzo przyzwoitym produktem oczyszczającym. Dobrze mył i nie wysuszał mojej skóry. W kolejce czekają dwie inne wersje zapachowe, więc postaram się napisać im za jakiś czas wspólną recenzję :)

18. Balsam z papają; Youngy; Lirene (400ml; ok.15 zł).
Te balsamy pokochaliśmy z moim facetem od pierwszego użycia! Dobrze nawilżają skórę (choć dla bardzo suchych skór, to może być za mało!), ale nie zostawiają ciężkiej, tłustej warstwy. Szybko się wchłaniają i przepięknie pachną! W międzyczasie zdążyliśmy wykończyć też wersję z mango, a pozostałe dwie czekają już w kolejce. Na pewno na stałe zadomowią się w naszej łazience!

19. Aktywny balsam antycellulitowy; Stop Cellulit; Lirene (250ml; ok.13 zł).
To już moja druga butla tego balsamu, a trzecia czeka w kolejce. Nie jest to żaden produkt cud, ale lubię po niego sięgać trochę dla spokoju ducha. Sprawdza się lepiej, niż seria MaXSlim, ale wiadomo, że bez ćwiczeń efekty nie będą zbyt spektakularne. Dobrze wygładza skórę i nawilża strategiczne partie ciała, ale do prawdziwego działania antycellulitowego potrzeba więcej chęci i aktywności z naszej strony.


20./21./22./23. Mydła w piance do mycia rąk; Bath & Body Works (259 ml; cena regularna - 29 zł).
Uwielbiam pianki z BBW i jak widać regularnie przewijają się one przez moją łazienkę. W moim przypadku raczej nie zdarza się, żeby wysuszały mi dłonie, dużo bardziej widzę to, gdy stosuję zwykłe mydła w płynie, ani nie powodują nieprzyjemnego uczucia ściągnięcia skóry. Raczej nie kupuję ich w regularnej cenie, tylko korzystam z różnego rodzaju promocji lub wyprzedaży. Aktualnie ponownie korzystam z wersji Sea Island Cotton.


24. Balsam do ciała Twilight Woods; Bath & Body Works (236 ml; aktualnie cena regularna wynosi 49 zł).
Uwielbiam te balsamy do ciała, ponieważ naprawdę dobrze nawilżają moje ciało, choć tutaj zawsze podkreślam, że nie mam problemów z przesuszającą się skórą. Dla mnie nawilżenie jest na wysokim poziomie i większego zwyczajnie raczej nie potrzebuję. Balsamy sprawdziły się nawet zimą, kiedy sezon grzewczy i mrozy potrafią dać skórze w kość. Sięgam po nie bardzo chętnie przez cały rok i zazwyczaj wybieram wersję zapachową odpowiednią do wody toaletowej, po którą sięgam danego dnia, a to właśnie Twilight Woods był jednym z najczęściej wybieranych przeze mnie zapachów :) W tej chwili mam balsam potrójnie nawilżający z tego samego wariantu zapachowego.

25. Żel pod prysznic Twilight Woods; Bath & Body Works (295 ml; aktuanie cena regularna wynosi 49 zł).
Żel z tej samej linii zapachowej, co wyżej opisywany balsam również mocno przypadł mi do gustu. Nie tylko intensywnie pachniał, ale też dobrze oczyszczał skórę i nie wysuszał jej. Cena jest mocno wygórowana, zwłaszcza po podwyżce, dlatego wrócę do niego tylko, jeśli upoluję go w jakiejś dużej promocji. Szkoda, że BBW idzie z cenami w bardzo złą stronę, bo trochę mnie to hamuje przed kolejnymi zakupami, no ale to nie jest temat na denkowy post... ;)

26. Balsam do ciała Dark Kiss; Bath & Body Works (236 ml; aktualnie cena regularna wynosi 49 zł).
Właściwie o właściwościach tego balsamu mogłabym napisać to samo, co o Twilight Woods. Po prostu Dark Kiss, to kolejny z moich ulubionych zapachów na jesień i zimę. Już mam kolejną buteleczkę, bo po prostu kocham ten zapach! :)

27. Żel antybakteryjny; Paris Amour; Bath & Body Works (29ml; ok.8 zł).
Bardzo polubiłam żele antybakteryjne z BBW za to, że nie pachną alkoholem tak, jak żele innych firm. Tutaj naprawdę czuć przyjemny zapach, a działanie antybakteryjne jest zachowane. Plusem jest duży wybór wariantów zapachowych i częste promocje na kilka sztuk żeli. Teraz noszę w torebce inną wersję - Carribean Escape. Więcej o żelu Paris Amour napisałam TUTAJ.


28. Otulający balsam do rąk; Pat&Rub (100 ml; 45 zł).
Absolutny strzał w 10! Dla mnie ten balsam okazał się naprawdę hitem i bardzo chętnie po niego sięgałam! Bardzo dobrze dbał o kondycję moich dłoni, świetnie je nawilżał i odżywiał, zapobiegał zimowym przesuszeniom, a do tego cudownie pachniał! W końcu połączenie w którym cytryna jest nieco stłumiona słodkim karmelem i wanilią - bardzo niebanalne, a jednocześnie bardzo udane połączenie. Więcej napisałam w recenzji TUTAJ. Już mam kolejne opakowanie i cieszę się, że linia otulająca zostaje w ofercie Pat&Rub na stałe! :)

29.Parafinowy krem do rąk; Lirene (100 ml; ok.8 zł).
Kolejny bardzo udany krem do rąk, tym razem z innej półki cenowej, niż Pat&Rub. Muszę szczerze przyznać, że te dwie marki są moimi ulubionymi, jeśli chodzi o kremy do rąk i rzadko sięgam teraz po inne firmy. Krem z Lirene sprawdził się rewelacyjnie jako krem ochronny do dłoni, szczególnie w pracy! Może nie nawilżał zbyt spektakularnie, ale za to świetnie chronił delikatną skórę przed zacięciami od papieru i innych tego typu biurowych predatorów :D Na pewno jeszcze do niego wrócę! Więcej przeczytacie w recenzji TUTAJ.

30. Rumiankowy krem do rąk; Isana (100ml; ok.5 zł).
Z kremami Isany łączą mnie różne relacje - niektóre z wersji limitowanych uwielbiałam, inne nienawidziłam, a te ze stałej oferty troszeczkę pomijam. Do tej pory faworytem była wersja z mocznikiem, natomiast wersja rumiankowa była po prostu ok. Krem umiarkowanie nawilżał skórę, ale trzeba mu było dać chwilę, żeby się wchłonął. Nic specjalnego, ale może go jeszcze kupię, bo to jedyny krem, którego nie bał się dotknąć mój facet ;)


31. Dwufazowy płyn do demakijażu oczu; Lirene (125ml; ok.12 zł).
Kiedyś wręcz nienawidziłam płynów dwufazowych i do demakijażu używałam tylko i wyłącznie płynów micelarnych, ale odkąd pierwszy raz wpadł mi w ręce płyn z Lirene, nagle okazało się, że dwufazówki nie są już tak kiepskie, jak te, których kiedyś używałam. Na początku po prostu go polubiłam, więc kiedy potrzebowałam kupić dwufazówkę, które poradzi sobie w wakacje z demakijażem wodoodpornego tuszu do rzęs, sięgnęłam ponownie po Lirene. W międzyczasie sprawdzałam jeszcze inne płyny i trafiały się różne, ale Lirene dosłownie pokochałam, bo ekspresowo radzi sobie z każdym makijażem, a przy tym nie podrażnia oczu i nie zostawia przesadnie tłustej warstwy, no i co najważniejsze - nie mgli oczu :) Dla mnie to teraz must have - wracam do tego płynu na okrągło, nawet teraz zużywam kolejną buteleczkę! Więcej przeczytacie w recenzji KLIK :)

32. Maska oczyszczająca Catastrophe Cosmetic; Lush (75g; ok. 7 funtów).
Ta maska, to mój lushowy hit. Zamawiam ją kiedy tylko trafi mi się możliwość, bo żadna inna maska nie oczyszcza i nie rozjaśnia mojej skóry tak pięknie, jak ta! Więcej przeczytacie w recenzji - KLIK! :)

33. Antybakteryjny żel myjący Siarkowa Moc; Barwa (120ml; ok.15 zł).
Żel był całkiem przyzwoitym produktem oczyszczającym i generalnie nieźle się sprawdził na mojej cerze, ale szybko zaczął mnie drażnić jego zapach. Było miło, ale raczej więcej się nie spotkamy. Zapraszam do przeczytania konkretów w recenzji - KLIK ;)

34. Tonik nawilżający-oczyszczający; Lirene (200ml; ok.12 zł).
To mój absolutny faworyt, jeśli chodzi o toniki! Sięgam po różne tego typu produkty, ale ostatecznie i tak zawsze wracam do tego! Świetnie orzeźwia skórę, pięknie pachnie i daje poczucie czystej skóry (oczywiście po uprzednim dokładnym demakijażu). Niweluje uczucie ściągnięcia po myciu twarzy i dobrze przygotowuje ją na przyjęcie kremu. W użyciu mam teraz kolejną butelkę! A wszystkie zachwyty przeczytacie w recenzji - KLIK :)

35. Lekki krem głęboko nawilżający; Vita-Sensilium; Pharmaceris (50ml; ok.35-40 zł).
To mój kolejny hit, jeśli chodzi o pielęgnację! Uwielbiam ten krem pod każdym względem! Świetnie nawilża moją mieszaną cerę, a jednocześnie nie prowokuje jej do zwiększonego wydzielania sebum, właśnie dzięki temu, że utrzymuje jej prawidłowe nawilżenie. Daje mi wyraźne poczucie ulgi zawsze wtedy, kiedy moja skóra potrzebuje większej czułości i utrzymuje ją w dobrej kondycji, nawet jeśli jestem chora. Aktualnie zużywam już trzecie opakowanie. Wszystko o tym kremie napisałam w recenzji TUTAJ.


36. Krem złuszczająco-zmiękczający na zniszczone pięty; Propodia (40 ml; ok.15-20 zł).
Kupiłam ten krem z myślą o złuszczeniu nagromadzonego na piętach zgrubiałego naskórka, ale dopiero skarpetki złuszczające poradziły sobie z tym problemem. Myślę, że to kwestia odpowiedniego stężenia kwasów, a w kremie nie jest ono przecież odpowiednio wysokie. Na pewno jego zaletą było to, że dosyć szybko nawilżał i natłuszczał stopy na tyle, że większość suchych miejsc, po kilku aplikacjach, przestawała być widoczna. Nie jestem ani na tak, ani na nie i naprawdę nie wiem, czy jeszcze wrócę do tego produktu.

37. Zmywacz Nail Art; Essence (150 ml; ok.8 zł).
Kupiłam ten zmywacz z polecenia Mani i byłam z niego w miarę zadowolona. Rzeczywiście nie wysuszał skórek ani paznokci, więc pewnie będę do niego wracać raz na jakiś czas, bo zmywacz z Isany jest dobry, ale czasem warto zrobić sobie od niego przerwę, bo ma paskudną tendencję do przesuszania paznokci. Niestety zmywacz z Essence wymaga trochę cierpliwości, bo - jak to ze zmywaczami bez acetonu - chwilę trwa zanim całkiem rozpuści lakier i ściągnie go z paznokci.


38. Woda toaletowa Forever Red; Bath & Body Works (miniaturka).
Tę miniaturkę dostałam dawno, dawno temu do przetestowania i przyznam się szczerze, że bardzo mocno ją oszczędzałam, bo zapach baaaardzo mocno przypadł mi do gustu i mam naprawdę ogromną ochotę na jego pełnowymiarową buteleczkę. Pewnie prędzej czy później skuszę się na ten zapach, bo to zdecydowanie moja bajka - ciepły, otulający i bardzo zmysłowy! :)

39. Puder matujący Dream Matte Powder; Maybellie (ok.35-40 zł/szt.).
To był mój ukochany puder matujący z tych dostępnych w drogerii, ale niestety wszystko wskazuje na to, że marka postanowiła wycofać go z produkcji. Żałuję, bo to naprawdę rewelacyjny produkt, który zapewniał mi matową cerę na długie godziny!

40. Bibułki matujące; Marion (ok. 12 zł).
Kupiłam te bibułki w zastępstwie tych dotychczas używanych z Beauty Formulas, ale niestety były mocno średnie. Owszem, matowiły skórę, ale mam wrażenie, że niestety ścierały z twarzy makijaż. Nie zamierzam do nich wracać, chyba wypróbuję polecane bibułki z Inglota.


41. Krem pod oczy z dziką różą; Alterra (15ml; ok.12zł).
Tego kremu niestety nie zużyłam w całości, bo używałam go u mamy, a w międzyczasie właściwie całkowicie przeprowadziłam się do mojego faceta, a krem stosowałam coraz rzadziej, aż w końcu minął termin... ;) Tak czy inaczej, był całkiem niezły, choć nieco denerwowała mnie jego rzadka konsystencja, to jednak dobrze nawilżał okolice oczu i sądzę, że również nieźle je odżywiał. W tej chwili produkt jest już wycofany.

42. Żel pod oczy ze świetlikiem i bławatkiem; Flos-Lek (15ml; ok.8-10zł).
I tu sytuacji wygląda jak powyżej - nie zużyłam całego produktu, ale zużyłam znaczną jego większość. Bardzo lubiłam z niego korzystać, szczególnie rano, po całonocnym leżakowaniu produktu w lodówce :) Bardzo dobrze nawilżał skórę, a schłodzony świetnie ją pobudzał i sprawiał, że wszelkie opuchnięcia bardzo szybko się redukowały. Myślę, że jeszcze nie raz będę do niego wracać.

***
Uff! W końcu uporałam się z tym megadenkiem! Teraz już tylko zostało mi nadrobić styczeń i luty, ale one - tym razem na szczęście - nie były aż tak obfite, więc powinno pójść znacznie szybciej... ;))

Dajcie znać, jeśli miałyście do czynienia z którymś z moich "pustaków" :)
K.
Czytaj dalej

środa, 18 września 2013

Lipcowo-sierpniowe denko

Cześć Dziewczyny!
W końcu udało mi się zwalczyć post denkowy! Ja to ja zwykle, jak mam mało pustych opakowań, to nie chce mi się o nich pisać, bo uważam, że nie ma co pisać o kilku kosmetykach, po czym okazuje się, że kolejny miesiąc przynosi kumulację denek, a ja zabieram się do ich opisywania jak pies do jeża, bo tym razem jest ich za dużo :D Takiej to nie dogodzisz ;)
Od razu chciałabym Was mocno przeprosić za słabą jakość zdjęć, ale niestety dopiero na komputerze zobaczyłam, że niewiele da się z nimi zrobić, a wszystkie puste opakowania już dawno były w koszu ;) Z tego samego powodu, zdecydowałam się zostawić tylko zdjęcia "grupowe", już bez zbliżeń na pojedyncze opakowania, i opisywać produkty według kolejności na zdjęciu (od lewej).


Widzę, że w tym roku dominują u mnie nie tyle comiesięczne, co dwumiesięczne podsumowania zużytych kosmetyków. Jednak jak zwykle post denkowy traktuję jako możliwość zamieszczenia minirecenzji zużytych produktów. Tym razem zużyłam(liśmy) aż 27 produktów! Na szczęście część z nich była już recenzowana na blogu, dlatego w tych przypadkach odeślę Was do właściwego posta :)


1. Balsam ujędrniający MaXSlim; Lirene (400ml; ok.16zł).
To już chyba 3 czy 4 butla tego balsamu, którą zużyłam na spółkę z Michałem. Ja stosowałam go na strategiczne partie ciała, a Michał traktował go jako zamiennik zwykłego balsamu (pewnie nawet nie doczytał, że produkt ma być niby ujędrniający ;)). No i cóż... Ciągle zastanawiam się dlaczego wracam do tego produktu... Owszem pachnie ładnie, dobrze i szybko się wchłania, ale nawilża bardzo umiarkowanie i niestety nie ujędrnia, choćby był stosowany regularnie. Znacznie bardziej wolę typowe balsamy antycellulitowe, niż takie ujędrniacze. Nie jest to produkt zły, ale nie jest to też produkt rewelacyjny, dlatego w najbliższym czasie nie planuję powrotu.

Następca: balsam regenerujący Lirene Intensywna Regeneracja (na całe ciało), balsam antycellulitowy Lirene Stop Cellulit (na strefy strategiczne).

2. Krem regenerujący do rąk; Lirene (100ml, ok.8zł).
Ten produkt już dawno doczekał się swojej recenzji na blogu. Przeczytacie ją TU. Ten krem niestety nie jest już chyba dostępny w drogeriach, dlatego niestety więcej po niego nie sięgnę.

Następca: parafinowy krem do rąk i paznokci Lirene

3. Żel pod prysznic Havaiian Pineapple; Balea (250 ml; ok.1 euro).
Ten żel przypadł mi chyba do gustu najmniej z całego letniego trio od Balea (wspólna recenzja TU), ale nie oznacza to, że nie byłam z niego zadowolona. Pięknie pachniał kokosem i ananasem i dobrze sprawdzał się w letnie dni. Nie wrócę do tej konkretnej wersji, ale żele Balea zawsze są mile widziane w mojej łazience.

Następca: żel pod prysznic Twilight Woods z Bath & Body Works; żel malinowy Balea;

4. Drenujacy peeling antycellulitowy Pharmaceris C (225ml, ok.30zł).
Ten produkt również przypadł mi do gustu, miło mi się go używało i rzeczywiście zauważyłam jego działanie peelingujące, ale nie był pozbawiony wad, dlatego nie sądzę, żebym miała do niego wrócić. Dokładną recenzję serii C przeczytacie TUTAJ.

Następca: dowolny peeling do ciała - aktualnie Pat & Rub lub Bath & Body Works;

5. Masło do ciała z serii Granatapfel; Pharmatheiss Cosmetics (300ml, ok.80zł).
To masło bardzo dobrze sprawdziło się na przełomie roku i wtedy zużyłam też jego większość i wtedy napisałam też o nim obszerną recenzję, którą znajdziecie TUTAJ. Teraz zużywałam już tylko resztki. Generalnie byłam zadowolona z tego produktu i uważam, że był dobry, ale raczej już się nie spotkamy, bo mam całkiem sporo kandydatów na następców ;)

Następca: aktualnie używam balsamów do ciała z Bath & Body Works oraz balsamu do ciała Sensitive Eco Style z Farmony

6./7. Antyperspirant Rexona Fresh w dezodorancie i w kulce (ok.10-12 zł/szt.).
Rexona to w moim odczuciu najlepsze dostępne antyperspiranty. Świetnie chronią przed nieprzyjemnym zapachem i zapewniają mi świeżość na cały dzień, a do tego mają dość rozbudowany wybór zapachów. Jedyne co denerwuje mnie w dezodorancie, to fakt, że ciężko wytrzymać w łazience tuż po jego uzyciu, bo pyli tak mocno, że aż przytyka, dlatego raczej znowu wrócę do kulek.

Następca: antyperspirant z dezodorancie Rexona Cotton Clean

8. Nawilżająco-odżywcze mleczko do ciała SPF10; Lirene (200ml, ok.15-17 zł).
Bardzo udane mleczko z filtrem! Bardzo chętnie sięgaliśmy po nie latem i stosowaliśmy w te miejsca, które nie potrzebują wysokiej ochrony (np. nogi), a także zabieraliśmy je na plażę, żeby łatwo było ponowić aplikację po każdej kąpieli. Generalnie, przed wyjściem na plażę smarowałam się wyższym filtem, a dopiero na plaży, ponawiałam aplikacje filtru co jakiś czas, już z użyciem niższego SPF. Lirene przepięknie pachniał czymś w rodzaju gumy balonowej i miał bardzo wygodną formę sprayu.
Następca: balsam SPF 10 z Kolastyny

9. Żel pod prysznic z wanilią i werbeną z serii Aromatherapy; Bath & Body Works (250 ml/49 zł).
10. Żel pod prysznic z miętą i eukaliptusem z serii Aromatherapy; Bath & Body Works (250ml/49 zł).
Oba żele baaaardzo polubiłam i chętnie po nie sięgałam. Zresztą nie tylko ja! Żel z miętą i eukaliptusem był ulubieńcem gorących dni. Fantastycznie orzeźwiał, dobrze mył i rewelacyjnie relaksował. Natomiast żel z wanilią i werbeną to dla mnie idealna proporcja pomiędzy słodyczą wanilii i rześkim zapachem werbeny. Nawet mój Michał, kiedy go zapytałam, czy używa "tego żelu z wanilią" odpowiedział "ten fioletowy jest z wanilią? Jakbym wiedział to bym go nie tknął" :D Co dla mnie oznacza potwierdzenie, że wanilia nie jest w tej kompozycji przytłaczająca, choć jest wyczuwalna, to jednak nie mdli, a delikatnie otula zapachem :)
Następcy: malinowy żel Balea i żel Twilight Woods z Bath & Body Works


11./12. Pianka do stylizacji włosów z serii Volume Sensation; Nivea (150ml; ok.13zł).
Ten produkt wybrałam nieco w ciemno, kiedy ostatnim razem wróciłam od fryzjera i okazało się, że nadal jednak nie potrafię samodzielnie ułożyć swoich włosów. Pianka świetnie się sprawdziła, bo nie tylko ułatwiała opanowanie fryzury, ale również nie sklejała moich włosów i nie powodowała ich przetłuszczania. W tej chwili prawie z niej nie korzystam, ale mój Michał całkowicie przerzucił się na stosowanie tego produktu zamiast żeli, czy lakieru. Jest tak zadowolony z tego produktu, że nie pozwala mi kupować nic innego, dlatego jest to już stały element kosmetycznego wyposażenia naszej łazienki :)
Następca: ten sam produkt
13. Szampon z serii Shine Boost; Syoss (500ml; ok.15zł).
Ten produkt, to kolejny must have w naszej łazience. Głównym użytkownikiem ponownie jest Michał, ale ja bardzo lubię mu czasem podkradać ten szampon. Pięknie wygładza i nabłyszcza włosy, sprawia, że są miękkie i gładkie w dotyku, a przy tym nie podrażnia skóry i nie wysusza. Nie jest to produkt naturalny, zawiera SLES i silikony, ale ma olej z pestek moreli i to całkiem wysoko w składzie :) Ponownie - nie wolno mi kupować nic innego z przeznaczeniem dla Michała :D
Następca: ten sam produkt
14. Jedwab do włosów Biovax; L'Biotica (15ml; ok.7-10 zł).
To jeden z moich ulubionych jedwabi do włosów. Świetnie zabezpiecza końcówki i zapobiega ich rozdwajaniu. Nie zawiera alkoholu, więc nie wysusza ich. Dodatkowo, pomaga mi nieco ujarzmić moje napuszone końcówki. Zawsze chętnie go kupuję :)
Następca: jedwab do włosów CHI
15. Suchy szampon do włosów Blush; Batiste (50g; ok.8zł).
Batiste są moim absolutnym hitem, a zarazem must have, jeśli chodzi o suche szampony! Mam jedną większą butelekę w domu, a mniejszą wersję zawsze noszę w torebce. Mam nieznośną tendencję do częstego odgarniania i przeczesywania włosów, zwłaszcza grzywki, a do tego - w połączeniu z przetłuszczającą się cerą - moja grzywka czasami nieźle na tym cierpi. Mimo, że generalnie myje włosy co drugi dzień, Batiste pomaga mi ogarnąć te wszystkie dni, kiedy włosy są nadal świeże, ale grzywka jest już ulizana i oklapnięta. Nie chcę już żadnych innych suchych szamponów!
Następca: mini suchy szampon Tropic, Batiste
16. Odżywka do włosów z morelą i pszenicą; Alterra (produkt niedostępny).
Taaak... Dobrze widzicie! Ciągle jeszcze miałam zachomikowaną jedną butelkę tej świetnej odżywki, którą Rossman wycofał już dobry rok temu... Chyba nie ma większego sensu rozwodzić się nad tym, jaka była dobra, skoro jest już niedostępna, ale cóz... Będę tęsknić!
Następca: nawilżająca odżywka z Isany;
17. Odżywka do włosów z serii Miracle Moist; Aussie (250ml; ok.30 zł).
Aussie weszły na nasz polski rynem z wielkim hukiem i zrobiły szybką, choć niezbyt owocną karierę. Generalnie nie jest to zły produkt, nie robił krzywdy moim włosom, ale świadomość tego, że nakładam na moje włosy niemal same silikony, zamiast realnych składników odżywczych, nie pozwala mi wrócić do tej odżywki i wdrożyć jej do stałej pielęgnacji. Pełną recenzję odżywki i szamponu z tej serii znajdziecie TUTAJ.
Następca: jak wyżej


sorry za tragiczną jakość tego zdjęcia, nie mam nic na swoje usprawiedliwienie :P
18. Woda termalna Avene (150ml; ok.30zł).
Miałam tę wodę już od jakiegoś czasu, ale jeśli mam być szczera, to nie zrobiła na mnie żadnego wrażenia. Ani szczególnie nie orzeźwiała, ani za bardzo nie nawilżała... Właściwie to nie widziałam żadnych jej efektów, więc początkowo trochę się zraziłam do wód termalnych, jednak odkąd odkryłam w lipcu wodę termalną z Uriage, to jestem pewna, że to Avene nie ma się czym chwalić ;)

Następca: woda termalna Uriage

19. Łagodny tonik nawilżający; Pharmaceris A (200ml; ok.20zł).
Polubiłam się z tym tonikiem, ponieważ był delikatny dla mojej skóry, nie podrażniał jej, nie pozostawiał lepkiej warstwy, a dodatkowo delikatnie odświeżał i orzeźwiał. Właściwie nie ma zapachu, więc osoby wrażliwe na produkty perfumowane powinny być zadowolone. Wróciłabym do niego, gdyby nie to, że nie udało mu się przebić mojego faworyta z siostrzanej marki, czyli toniku nawilżającego z Lirene.

Następca: tonik nawilżająco-oczyszczajacy z Lirene

20. Łagodząca pianka myjąca; Pharmaceris A (150ml; ok.25zł).
Ten produkt również był przyjemny w użytkowaniu, dobrze wywiązywał się ze swoich zadań i generalnie dobrze go wspominam, ale specyficzny dziwny zapach ("o zapachu niczego" ;)) skutecznie zniechęcił mnie do powrotu. Jeśli już, to sięgnę raczej po piankę z linii T. Recenzję pianki z serii A znajdziecie TUTAJ.

Następca: emulsja myjąca z nagietkiem z Alverde;

21. Lekki krem głęboko nawilżający; Pharmaceris A (50ml; ok.40zł).
Świetny, świetny, świetny krem! Nie napiszę tutaj nic więcej, bo po prostu musicie przeczytać o wszystkim w recenzji TUTAJ.

Następca: ten sam produkt

22. Żel micelarny do mycia twarzy; Be Beauty (150ml; 5zł).
Fantastyczny produkt myjący spod szyldu Biedronki, prawdopodobnie produkowany przez Tołpę. Zużyłam już niezliczone ilości tubek tego żelu i zawsze chętnie będę do niego wracać, choć teraz zdaje się, że w zmienionej wersji. Pełną recenzję produktu znajdzie TUTAJ.

Następca: emulsja myjąca z nagietkiem z Alverde
23. Płyn dwufazowy z serii Bawełna; Bielenda (125ml; ok.5-8 zł).
Od pewnego czasu mocno polubiłam demakijaż z pomocą płynów dwufazowych i okazało się, że nagle z zagorzałej fanki miceli, stałam się zwolenniczą dwufaz. Teraz nie wyobrażam sobie bez nich mojego demakijażu, dlatego regularnie wracam albo do tych z Bielendy, albo z Lirene. Żaden z tych produktów nie zostawia mi mgły na oczach, nie podrażnia, a z makijażem radzi sobie dosłownie ekspresowo! :)

Następca: płyn dwufazowy z Lirene


24. Ziołowa pasta do mycia zębów Dental Cream; Himalaya Herbals (ok.11zł/szt.)
Zwykle nie pokazuję tutaj past do zębów, ale ta jest naprawdę świetna! Nie tylko dobrze myje zęby i odświeża oddech, ale też fantastycznie pielęgnuje jamę ustną. Łagodzi podrażnienia i pomaga w gojeniu drobnych ranek. Zauważyłam, że w trakcie jej używania nigdy nie mam problemów z krwawieniem dziąseł. Raz na jakiś czas sięgam po tubkę innej pasty, ale zawsze wracam do tej. Ostatnio upolowałam je w świetnej promocji, więc zapowiada się dłuższy romans :)
Następca: obecnie ten sam produkt
25. Mydło z masłem shea; L'Occitane (kostka miniaturka).
Kolejny produkt, pochodzący z miniaturowego koszyczka od L'Occitane, który bardziej rozczarował, niż zaskoczył. To mydło nie zrobiło na mnie w zasadzie żadnego wrażenia, po prostu przyjemnie pachniało, nieźle myło, nawet nie wysuszało. Ale nadal uważam, że to tylko mydło, nie warte takich pieniędzy, jakie sobie za nie życzy L'Occitane! Nie zamierzam kupować pełnego wymiaru.
Następca: serio? dowolne mydło, u nas zazwyczaj Luksja - i tak używam go co najwyżej do rąk, czy nóg...
26. Brązowa kredka z serii Glimmerstick Diamonds; Avon (ok.10-15zł/szt.)
Świetna kredka do oczu, która przez długi czas stanowiła podstawę mojego makijażu! Jeśli jeszcze kiedyś będę miała okazję do jej zakupu, to z chęcią do niej wróce, ponieważ ma piękny, czekoladowy odcień i ładnie prezentuje się na oku, a do tego jest całkiem trwała.
Następca: kredka Glimmerstick Cosmic z Avon
27. Przeciwtrądzikowa maseczka; Dermaglin (ok.10zł/szt.).
Ta maska, to w moim przypadku jakaś pomyłka. Nie widziałam żadnych efektów jej użycia, a komfort stosowania, z uwagi na specyficzny zapach również był znikomy. Największą frajdę z jej użycia miał mój chłopak, który wysmarował moją buzię tą zieloną mazią. Serio, to była największa zaleta tego produkt - jego frajda z usmarowania mojej twarzy i moja frajda z jego miny psotnego dzieciaka :D
Następca: maska Catastrophe Cosmetic z Lush
***
Uff! To było na tyle! Ten post produkowałam na raty chyba od tygodnia i cieszę się, że w końcu mam go z głowy. Te paskudne zdjęcia irytowały mnie tak bardzo, że zupełnie nie miałam ochoty pracować na tym postem. I uświadomiłam sobie jeszcze jedną rzecz. Im większe denko, tym bardziej nie chce mi się go opisywać, więc chyba wrócę do comiesięcznych "sprawozdań" albo przemyślę inną częstotliwość pojawiania się postów denkowych :)
A jak Wam idzie ze zużyciami? Jesteście chomikami, czy bez litości rozprawiacie się z otwartymi kosmetykami? Ja mam w sobie coś z jednej i drugiej grupy ;)
K.
Czytaj dalej

wtorek, 2 lipca 2013

Aussie - Miracle Moist - szampon i odżywka

Cześć Dziewczyny!
W tym miesiącu znowu pozwolę sobie nieco pozmieniać kolejność prezentacji podsumowań ubiegłego miesiąca i poprzeplatać je nieco innymi postami, ze względu na to, że zarówno post denkowy, jak i zakupowy będą dość obszerne, więc będą wymagały ode mnie większego nakładu czasu, niż pojedyncze recenzje. Myślę, że oba te posty powinny pojawić się do przyszłego tygodnia włącznie :) A tymczasem zapraszam Was na moją opinię o kosmetykach Aussie z serii Miracle Moist!


W poście zamierzam opisać zarówno szampon, jak i odżywkę z serii Miracle Moist. Uważam, że nie ma sensu dzielić tej recenzji na dwie, skoro produktów używałam łącznie. Najpierw omówię szczegóły "techniczne", a na końcu zaprezentuję moje wrażenia ze stosowania obu produktów :)

***
Od producenta:
  • Szampon przeznaczony jest do włosów suchych i zniszczonych. Zawiera ekstrakt z australijskich orzechów macadamia. Nawilżająca formuła pozostawia włosy gładkie i błyszczące.
  • Odżywka do włosów suchych i zniszczonych. Zawiera ekstrakt z orzechów makadamia. Pozostawia włosy miękkie, lśniące i nawilżone.

KONSYSTENCJA:
Oba produkty mają stosunkowo gęstą i zwartą konsystencję. Szampon jest bardziej płynny, ale nadal dość skoncentrowany, dzięki czemu nie spływa z dłoni i daje się nanieść dokładnie w to miejsce na skórze głowy, w którym chcemy go zaaplikować, bez ryzyka zgubienia go z dłoni :) Odżywka natomiast jest gęsta i od pewnego momentu, trzeba ją wręcz wyciskać z butelki, mimo, że produktu w opakowaniu jest jeszcze całkiem sporo. Również nie spływa z dłoni, ani z włosów i łatwo ją rozprowadzić.


KOLOR/ZAPACH:
Szampon ma lekko żółtawy, perłowy kolor, natomiast odżywka jest przezroczysto-biała. Oba produkty pachną bardzo specyficznie i budzą chyba wyłącznie skrajne uczucia. Jedne osoby uwielbiają ten zapach i kojarzy im się on z gumą balonową (jestem wśród tej grupy), a inne szczerze go nienawidzą i uważają, że produkty śmierdzą plastikiem. No cóż, jak widać opinie są bardzo skrajne i chyba najlepszym wyjściem będzie podjęcie ryzyka zakupu (jeśli w ogóle jesteście zainteresowane tymi produktami) i sprawdzenie zapachu swoim własnym osobistym nosem (nie zachęcam do otwierania produktów w sklepie :P).

Zapach utrzymuje się na włosach bardzo długo, dlatego warto się z nim polubić. Mi towarzyszy właściwie do czasu kolejnego mycia, czyli aż 2-3 dni! Zresztą, nawet myjąc włosy innym szamponem mam jeszcze wrażenie, że zapach tych produktów nadal się utrzymuje.

Zastanawia mnie jeszcze to, czy same produkty pachną tak intensywnie, że ich zapach przenika przez butelki, czy to opakowania są wykonane z jakiegoś pachnącego plastiku, ponieważ moje butelki pachną baaaardzo intensywnie i czuję je za każdym razem, kiedy otwieram szafkę, w której są schowane :)


OPAKOWANIE:
Produkty są ukryte w nieprzeźroczystych, plastikowych buteleczkach z wyraźnym logo Aussie i oznaczeniem serii w skład, której wchodzi dany produkt. Buteleczki mają przy ujściu urokliwe tłoczenia w kształcie kangurów. Opakowanie zakończone jest uchylanym korkiem, który otwiera się wciskając go z jednej strony tak, aby otworzył się dziubek, przez który wydobywa się produkt. Jest to bardzo wygodne rozwiązanie. Szampon (żółtawa buteleczka) ma 300 ml, natomiast odżywka (biała buteleczka) 250ml.

WYDAJNOŚĆ:
Szampon jest całkiem wydajny i właściwie nie widzę po nim znacznego zużycia. Znika znacznie wolniej, niż odżywka i na pewno wystarczy jeszcze na kilka myć. Odżywka natomiast znika, jak to zwykle bywa, w tempie zależnym od długości włosów. Moje są dość długie, więc i odżywka bardzo szybko ubywa. Sądzę, że nie wystarczy mi na więcej, niż dwa mycia. Nie oceniam ogólnej wydajności, ponieważ nie używam tych produktów ciągiem, o czym niżej.

CENA/DOSTĘPNOŚĆ:
Produkty kosztują ok.30 zł regularnie, natomiast w promocji ok.20 zł i dostępne są tylko w Drogeriach Rossman.


SZAMPON MIRACLE MOIST - MOJA OPINIA
Szampon Aussie jest bardzo silnym produktem oczyszczającym, ponieważ zawiera w składzie zarówno SLS, jak i SLES. Szczerze powiedziawszy nie wiem po co tego aż tyle, przecież powszechnie wiadomo, że każdy z tych składników jest silnym detergentem i oba są skłonne samodzielnie podrażnić osoby o wrażliwej skórze głowy. Ja sama nigdy nie miałam problemów z SLS/SLES i choć moja skóra głowy bywa przewrażliwiona, to jednak okazuje się, że bardziej szkodzi jej nadmierna ilość ziołowych składników (wkrótce recenzja duetu z Natura Siberica), niż detergenty. W tym przypadku również nie odczuwam żadnych podrażnień skóry, a nawet ku mojemu zaskoczeniu zauważam lekkie ukojenie. Nie przypisuję tej zasługi całkowicie produktom Aussie, a raczej odstawieniu i sporadycznym stosowaniu produktów o ziołowym składzie, ale myślę, że dokładne oczyszczenie również może mieć na to w jakimś procencie wpływ. Mimo wszystko wolę jednak nie kusić losu i nie ryzykować, dlatego szampon Aussie stosuję co drugie, trzecie mycie, czyli mniej więcej raz na tydzień, półtora.
Szampon, jak już wspomniałam, intensywnie oczyszcza włosy i skórę głowy, zostawiając wręcz wrażenie włosów skrzypiących z czystości. Nie jest to może efekt za którym przepadam, ale niech już będzie. Szampon odrobinę plącze długie włosy, ale na szczęście łatwo je rozczesać palcami podczas aplikacji odżywki.

SKŁAD SZAMPONU:
Aqua, Sodium Lauryl Sulfate, Sodium Laureth Sulfate, Cocamidopropyl Betaine, Glycol Distearate, Sodium Citrate, Cocamide MEA, Sodium Xylenesulfonate, Parfum, Citric Acid, Sodium Benzoate, Sodium Chloride, Guar Hydroxypropyltrimonium Chloride, Glycerin, Tetrasodium EDTA, Limonene, Hydrochloric Acid, Alpha-Isomethyl Ionone, Magnesium Nitrate, Aloe Barbadensis Leaf Juice, Macadamia Ternifolia Seed Oil, CI 19140, Methylchloroisothiazolinone, Magnesium Chloride, CI 17200, Methylisothiazolinone, Ascorbic Acid, Sodium Sulfite, Potassium Sorbate
ODŻYWKA MIRACLE MOIST - MOJA OPINIA
Odżywka zawiera trochę silikonów, dlatego polecam ją tylko tym osobom, które nie mają nic przeciwko nim, a przede wszystkim, tym, które wiedzą, że silikony ich włosom nie szkodzą i które dbają o regularne ich zmywanie. Przejrzałam dokładnie skład odżywki i to, co jako pierwsze rzuca mi się w oczy, to duża ilość konserwantów, dlatego ponownie - jeśli macie z tym problem, rozważcie dobrze zakup, zerknijcie na skład i same oceńcie. Wracając jednak do silikonów, oczywiście nie należy ich demonizować, ponieważ, osiadając na włosach, tworzą one warstwę ochronną, która chroni je przed wpływem czynników zezwnętrznych. Silikony sprawiają wrażenie poprawy kondycji włosów, ale nie mają właściwości odżywczych, dlatego należy pamiętać o dodatkowym odżywianiu i nawilżaniu włosów.
Stosowanie odżywki przeplatałam ze stosowaniem masek, tak aby moje włosy były regularnie "dokarmiane". Sama odżywka rzeczywiście nieco wygładza włosy, choć w moim przypadku nie jest to aż tak widoczne. Nadal się odrobinę puszą, jeśli pozwolę im wyschnąć samodzielnie. W przypadku użycia suszarki, są one nieco lepiej dociążone, ale absolutnie nie obciążone. Odżywka zawiera w składzie sok z liści aloesu oraz olej z nasion orzechów makadamia, ale są one na tyle daleko w składzie (i to po zapachu - Parfum), że po prostu nie ma co liczyć na ich szczególne działanie odżywcze w tak znikomej ilości. Stąd też wynikała moja potrzeba dodatkowej pielęgnacji włosów.
SKŁAD ODŻYWKI:
Aqua, Cetyl Alcohol, Stearamidopropyl Dimethylamine, Stearyl Alcohol, Quaternium-18, Benzyl Alcohol, Cetearyl Alcohol, Hydroxypropyl Guar, Parfum, Bis-Aminopropyl Dimethicone, Oleyl Alcohol, Glyceryl Stearate, Citric Acid, Polysorbate 60, EDTA, Limonene, Magnesium Nitrate, Aloe Barbadensis Leaf Juice, Macadamia Ternifolia Seed Oil, CI 19140, Methylchloroisothiazolinone, Magnesium Chloride, Methylisothiazolinone, CI 17200, Ascorbic Acid, Sodium Benzoate, Sodium Sulfite, Potassium Sorbate.
Produkty nie wysuszały moich włosów, nie spowodowały podrażnień i ogólnie spisały się w miarę nieźle, ale warto mieć w głowie, że widoczny efekt, uzyskany na głowie, to w dużej mierze zasługa silikonów, które wizualnie poprawiają fryzurę, ale nie wpływają na realne odżywienie włosów. Produkty nie nawilżają włosów, bo nie bardzo mają czym. Aloes zawarty w środku składu, daleko za zapachem (którego maksymalne stężęnie w kosmetykach i tak jest niewielkie, a przecież im dalej w skład, tym mniejsza zawartość danego składnika w kosmetyku), po prostu nie ma zbyt wielkiego pola do popisu. Są to produkty ciekawe, ale na pewno żadni z nich cudotwórcy. Właściwie, to są nawet całkiem przeciętne produkty, których wiele na drogeryjnych półkach, dlatego nie do końca rozumiem tak wysoką cenę (w stosunku do innych kosmetyków tego typu).

CZY KUPIĘ PONOWNIE:
Szczerze powiedziawszy nie wiem, ale wątpię. Mam do tych produktów raczej letni stosunek - wprawdzie są one całkiem przyjemne, ale w tej cenie można kupić coś o dużo bardziej atrakcyjnym składzie i lepszym, a przede wszystkim realnym wpływie na włosy.
Dla mnie ogromnym plusem jest to, że produkty przyczyniły się w pewnym stopniu do uspokojenia mojej skóry głowy, ale wiem też, że jest to składowa ogólnej zmiany pielęgnacji. Cieszę się, że miałam okazję wypróbować te produkty, tym bardziej, że są one nowością na naszym rynku, a zagraniczne blogerki i vlogerki mocno chwaliły tę markę - zwłaszcza odżywkę trzyminutową, która czeka w kolejce - ale mimo wszystko nie zakochałam się w tych produktach i nie wróżę nam długotrwałej relacji ;)
***
Próbowałyście już produktów Aussie? Jakie macie o nich zdanie? Hit czy kit? ;)
K.
***
Produkty otrzymałam na spotkaniu, wprowadzającym markę Aussie do Polski, organizowanym przez Agencję PR, reprezentującą Procter&Gamble.

Czytaj dalej

środa, 15 maja 2013

Kwietniowe nowości :)

Pięknie! Po prostu pięknie!

Jest połowa maja, a ja dopiero wrzucam kwietniowe nowości! Nie to, żebym się usprawiedliwiała, ale mam o połowę więcej pracy, niż zwykle, więc różnie to bywa z moim wolnym czasem, a kiedy mam wybór, to często wolę zajrzeć na Wasze blogi, niż napisać coś nowego (zwłaszcza, że moje posty nigdy nie należą do najkrótszych ;)). Ale jestem, zaglądam tu i staram się dość regularnie odpowiadać na komentarze, choć niestety różnie mi to wychodzi. Mam nadzieję, że mimo wszystko nie macie mi tego za złe! ;)

Nie przedłużając - pora na nowości kwietnia! Jak zwykle było trochę zakupów, ale pojawiło się też zaskakująco sporo dodatkowych przesyłek, które sprawiły mi nie mniejszą przyjemność :)


Takie zdjęcie, to już tradycja w poście o nowościach. Nowe Essie muszą być! Cztery sztuki przywędrowały  w zamówieniu z eKobieca, a trzy zostały zakupione podczas promocji w Super-Pharm.

I tak, zgodnie z ruchem wskazówek zegara mamy - różowy We're in it Together (swatche KLIK), koralowy Ole Caliente, zielony Mojito Madness, brudny ceglastoróżowy All Tied Up, jaśniuteńki róż Fiji (kupiony przez Kamilę!:)), przykurzony fiolet Nice is Nice oraz błękit Lapiz of Luxury.


To, że kupię paletkę Showstoppers, wiedziałam od pierwszej zapowiedzi! Jest dla mnie prawie tak samo fantastyczna i uniwersalna, jak ukochana Oh So Special (swatche OSS KLIK). No cóż, Urban Decay - wypchaj się! Sleek znowu króluje w moim makijażu! ;)


Oczywiście najbardziej zgubnym rezultatem zakupów w sklepach internetowych jest to, że zawsze łapię się na tym, że zamawiam coś jeszcze, żeby jednemu produktowi nie było smutno w paczce. Tym oto sposobem paletce Showstoppers towarzyszyła jej siostra - Sparkle 2, również ze Sleeka, na którą namówiła mnie Jamapi. Ona temu winna! ;)


Moja ulubiona odżywka z Essie - Nourish Me niestety już zgęstniała, a Sally Hansen z zieloną herbatą nie dba o moje paznokcie tak, jak bym tego chciała, korzystając z okazji, do lakierów z eKobieca dorzuciłam też odżywkę Fill The Gap. Jeszcze nie miała swojej premiery, ale ponieważ nie planuję póki co kolejnych zakupów, nic się jej nie stanie, jak poczeka chwilę w pudełeczku ;)

Natomiast wysuszacz Essie Good To Go, to mój absolutny must have! Koniec i kropka! A nawet wykrzyknik! ;)


Czarny eyeliner z Maybelline kupiłam po pierwsze pod wpływem wielu pozytywnych recenzji, po drugie z braku czarnego linera (ale się zdziwiłam, kiedy to odkryłam!), a po trzecie - w Hebe była mega promocja na ten produkt! Muszę przyznać, że to najpiękniejsza czerń, jaką ostatnio widziałam :)

Lakier termiczny z Eclair, w hitowym wariancie Chameleon 5a, czyli koktajl bananowo-truskawkowy,dotarł do mnie za sprawą mojej niezawodnej Sylwii! Już go nosiłam i byłam szczerze zachwycona tym, jak zmieniał kolor! Niestety nie zrobiłam wtedy zdjęć, bo lakier jest odrobinę problematyczny w obsłudze i pozalewane skórki zwyczajnie się nie nadawały do publikacji tutaj! :P

Mój ukochany puder z Synergen dobił dna (w czym pomógł mu nieco upadek z pralki...), a we wszystkich Rossmanach nagle zniknął mój kolor, poszłam więc do Super-Pharm z nadzieją, że może uda mi się wypróbować coś nowego, więc po raz pierwszy ucieszyłam się kiedy pani konsultantka zaproponowała mi pomoc, a co więcej, umiała odpowiedzieć na moje pytanie! Poleciła mi puder DreamMatte Powder z Maybelline i muszę przyznać, że to obecnie mój must have w kosmetyczce! Fantastycznie matowi moją skórę i baaardzo wydłuża czas, po którym skóra zaczyna się świecić. Zresztą nawet wtedy świeci jakby o połowę mniej... ;) Oby tak dalej Maybelline! :)

Zachęcona przez Kamilę (znowu!), przyjrzałam się jeszcze raz błyszczyko-pomadkom z Rimmel, czyli Apocalips. Sięgnęłam po przepiękny intensywny odcień różu (a jakże!), który miała ze sobą Kamila na kawie (Sylwię też skusiła!), czyli Nova! To już drugi Apocalips w mojej kosmetyczce i choć pewnie ostatni, to jednak najważniejsze, że upragniony :)


Nowa maska z Biovax, zawierająca w składzie oleje arganowy, makadamia i kokosowy, to produkt, obok którego nie mogłam przejść obojętnie! Moje włosy nie przepadają za olejowanie, ale maski kochają praktycznie w każdym wariancie! Chętnie sprawdzę co tym razem we włosowym światku piszczy :)

Szampon Syoss Shine Boost, to zakup kierowany przede wszystkim do mojego Michała. Tak bardzo polubił ten szampon, że teraz żaden inny nie jest w stanie mu się przypodobać, dlatego powrót był oczywisty! Ja też go bardzo lubię, więc raz na jakiś czas zdarza mi się go trochę podkraść :)

Pianka do włosów Nivea Volume Sensation, to również wspólny zakup. Chwilę po ścięciu włosów marudziłam Michałowi, że nie umiem sobie poradzić z nową długością, więc błyskotliwie doradził mi kupno pianki, z niemałą sugestią, że i on chętnie by jej poużywał :D Faktycznie, pianka pomogła mi okiełznać nową fryzurę do czasu, kiedy włosy nie przywykły do nowego kształtu i długości, a Michał ma teraz kolejny ulubiony kosmetyk :D


Zakupowo, to już tyle, ale bynajmniej nie jest to koniec nowości! Jeśli pamiętacie - w marcu brałam udział w konkursie, organizowanym przez Laboratorium Kosmetyczne Dr Ireny Eris, w którym udało mi się zdobyć wyróżnienie za tę (KLIK) fotorecenzję! W nagrodę otrzymałam wybrany kosmetyk z linii Vitaceric (krem rewitalizujący na noc), a Pani Magdalena jako niespodziankę do nagrody dodała przepiękną filiżankę! Jest tak piękna, że aż boję się z niej pić, żeby jej nie uszkodzić (jeszcze bym ucho jej odgryzła ;)).


Marka Pharmaceris, postanowiła się zabrać za moje blogerskie cztery litery, wobec czego miałam okazję przetestować drenujący peeling antycellulitowy i skoncentrowany krem-żel antycellulitowy o podwójnym działaniu z linii Pharmaceris C. No powiem Wam, że o ile peeling jest po prostu ok, to za żelem będę płakać i zdecydowanie wypatrywać promocji! :)


Podobnie jak spora część blogerek, również i ja nawiązałam współpracę z marką Rimmel, w ramach której, na początku kwietnia dotarł do mnie ten urokliwy, pomarańczowy kubas wypełniony smakołykami od marki! Właśnie pomijam z niego kawę, pisząc dla Was ten post! :)


A w paczce, oprócz kubka znalazły się następujące produkty:
- eyeliner w kolorze gorzkiej czekolady;
- błyszczyko-pomadka Apocalips w kolorze Solstice;
- maskara Scandaleyes w nowej wersji Lycra Flex;
- pomadka Rimmel by Kate w kolorze 104;
- lakier 60 seconds w kolorze Sun Downer;
- dwa pojedyncze cienie - biały i czarny;
- kredka do powiek Scandaleyes w kolorze czarnym.

Oj będzie czym malować! :)


W kwietniu, odezwała się do mnie również pani Monika, reprezentująca Perfumerie Douglas. Po raz kolejny miałam możliwość przetestowania błyszczyków z serii Absolute Lips, tym razem w nowej, wiosennej kolorystyce. W paczce, znalazłam również piękny brzoskwiniowy cień z linii własnej Douglas :)


Od pewnego czasu, w Perfumeriach Douglas, znajdziecie również produkty do włosów. Ja mam okazję przetestować odżywkę bez spłukiwania oraz szampon z linii Douglas Hair.


Natomiast zawartość tej przesyłki była dla mnie zupełnie niespodziewana i niczym niezapowiedziana! Pani Monika, po raz kolejny wysłała do mnie kuriera, tym razem z paczuszką, zawierającą preparat minimalizujący widoczność porów z GoodSkin Labs, również dostępny w Perfumeriach Douglas. No ciekawa jestem skąd wiedziała, że akurat z porami miewam problemy... :D


Z mojego Facebooka oraz posta z Mobile Mixem, wiecie z pewnością, że miałam przyjemność uczestniczyć w evencie, wprowadzajacym markę Aussie do Polski. Od początku maja produkty zaczynają się pojawiać w Rossmanach, więc teraz również i Wy możecie spróbować, czy zachyty nad słynną 3-minutową odżywką są słuszne! :)

Ja korzystam akutalnie z szamponu i odżywki z serii Miracle Moist, a odżywka 3-minute Miracle Reconstructor czeka na swoją wielką chwilę :)


W kwietniu, również i marka Bath & Body Works wprowadziła do swojej oferty słodkie nowości, z którymi miałam okazję się zapoznać! Na majówkowym wyjeździe używałam już balsamu Berry Flirt i jestem bardzo urzeczona tym zapachem! Honey Sweethart również przyjemnie kręci w nosie, ale BF, to jest to! :)


Emulsja do mycia twarzy z nagietkiem marki Alverde, a także czekoladowy i wiśniowo-migdałowy żel pod prysznic marki Balea, to moja słodka wygrana w rozdaniu u Anety! Oba żele pachną obłędnie, a czekoladowy cudownie sprawdza się w chłodniejsze dni! :)


Balsam do ust Blistex w wersji nadającej lekkiego koloru ustom, czyli Lip Brilliance, to mały upominek od mamy mojego Michała. Nie wiem skąd wiedziała, że akurat ta wersja ciekawi mnie najbardziej w chwili obecnej, ale trafiła w dziesiątkę! :)


W połowie kwietnia, w Złotych Tarasach odbyła się noc zakupów. Tym razem to Michał wyciągnął na zakupy mnie, a nie ja jego (a musicie wiedzieć, że on zakupy ubraniowe robi zwykle dwa razy do roku :D). Traf chciał, że upolował wszystko, czego potrzebał, łącznie z eleganckimi butami, więc mogłam skorzystać z promocji, organizowanej przez centrum handlowe, zgodnie z którą za każde wydane 150zł w dowolnym sklepie w Złotych Tarasach, otrzymywało się produkt z Bath & Body Works. Jak widać na zdjęciu, w moje ręce trafiły dwie średnie świece w moim ukochanym wariancie Twilight Woods oraz balsam do ciała Forever Red! :)

***
Tym razem to już naprawdę wszystko! Maj, będzie prezentował się pod względem dużo mniej objętnościowo - i całe szczęście! Pora jeszcze mocniej zabrać się za projekt denko! :)

K.
Czytaj dalej
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Blog template designed by SandDBlast