Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Crystal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Crystal. Pokaż wszystkie posty

środa, 4 czerwca 2014

Majowe nowości

Cześć Dziewczyny!

Maj był dla mnie miesiącem (znowu) obfitującym w mnóstwo nowości. Jak zwykle wszędzie zwęszyłam okazję do powiększenia moich i tak już sporych kosmetycznych zasobów, więc miejmy już tę majową spowiedź za sobą. Zgrzeszyłam. Postanawiam poprawę (obiecanki-cacanki) ;)


Choć w kwestii pielęgnacji staram się kupować tylko to, co niezbędne, a majowe denko osiągnęło naprawdę zadowalający poziom (o czym za jakiś czas), kolorówka nadal niemiłosiernie mnie kusi i to ona stanowi zwykle większość moich zakupów. Stanowczo warto dać sobie na wstrzymanie, bo choć spełniłam kilka swoich kosmetycznych marzeń i zachcianek, to jednak znowu zaczyna robić się w moich szufladach nieco tłoczno.


***

Powyższe zakupy zawdzięczam Aalimce, która przy okazji majówki u rodziców, zrobiła dla mnie drobne zakupy. Zależało mi na trójce letnich żeli z Balea o bardzo apetycznych zapachach mango, arbuza (niby melon, to melon, ale na zdjęciu jest arbuz...) i karamboli. Oprócz tego przygarnęłam kolejną pomadkę ochronną z Alverde, tym razem w wariancie wiśniowym, oraz słynny kamuflaż tej samej marki. Do tej pory używałam korektora Alverde Cream To Powder i byłam nim zachwycona, ale mam już w nim dość spore denko, dlatego poprosiłam Kamilę o zakup jego następcy :) Wszystkie te produkty, kupowane bezpośrednio w DM wyniosły mnie niecałe 30 zł, więc zdecydowanie się opłacało! Żel mango już króluje pod prysznicem i muszę się przyznać, że ten zapach w dużej mierze zdominował moją aktualną pielęgnację :)


Zakup antyperspirantu Nivea Calm&Care (10,99 zł) oraz naturalnego dezodorantu w kamieniu Crystal (ok.25 zł), był podyktowany coraz częstszymi podrażnieniami na skórze pod pachami. Nigdy nie miałam przesadnie wrażliwej skóry, ale najwyraźniej częstsze używanie Rexony (związane ze wzmożoną aktywnością fizyczną) dało mi się we znaki, a depilacja za pomocą maszynki, na pewno nie pomogła rozwiązać problemu. W tej chwili, zawsze po goleniu, przecieram skórę kryształem, który ma w składzie ałun, charakteryzujący się właściwościami łagodzącymi (jako antyperspirant zupełnie się u mnie nie sprawdza; swoją drogą kwestia zawartości soli aluminium i jej działania skórę jest mocno dyskusyjna, więc zachęcam do poczytania ciekawych rozważań tutaj). Na co dzień staram się też sięgać po delikatniejszy antyperspirant - w tym celu wybrałam wersję Nivea Calm&Care, która również teoretycznie ma być przeznaczona do skóry wrażliwej, a po Rexonę sięgam w cieplejsze dni lub przed ćwiczeniami. Na ten moment ta strategia zdaje się mieć zbawienne działanie dla mojej skóry! Jeśli Wam też zdarzyły się takie problemy, to polecam wypróbować moją metodę :)

Woda termalna Uriage szturmem wtargnęła do mojego serca, a ponieważ właśnie wykończyłam swoją pierwszą butelkę, kupiłam nową w promocji za niecałe 14 zł. Na razie używam wody termalnej z Avene, ale Uriage chciałam już mieć, ponieważ jest wygodniejsza na wyjazdy z racji braku konieczności osuszania.

Zmywacz z Isany w wersji z acetonem (ok.5 zł?) i pasta do zębów Dental Cream z Himalaya Herbals (ok.11 zł) nie wymagają chyba komentarza, prawda? :)

Emulsja matująca z serii Purritin z Iwostinu, to powtórka z rozrywki. Właśnie wykończyłam pierwszą tubkę tego kremu i polubiłam się z nim, dlatego od razu sięgnęłam po nowe opakowanie. Do kremów na dzień (zależy mi na tych, które nie będą wzmagać błysku) podchodzę z coraz większym dystansem, dlatego jak już coś się u mnie sprawdzi, to staram się tego trzymać. Krem nawilżający z serii Sensitia również z Iwostinu (tego typu produkty stosuję przede wszystkim na noc), to produkt testowy. Byłam ciekawa jak wypadnie w porównaniu do mojego ukochanego Vita Sensilium z Pharmaceris A. Za nieco ponad miesiąc powinnam zresztą podzielić się z Wami moim spostrzeżeniami na ten temat :) Każdy z kremów kosztuje ok.30 zł.

Oliwka Hipp (ok.15 zł) też nie znalazła się tutaj przypadkiem! To jak dotąd najbardziej uniwersalny kosmetyk, który miałam w swoich rękach. Fantastycznie sprawdza się zarówno do olejowania włosów, paznokci, jak i po prostu w zastępstwie zwykłego balsamu. Ostatnio już za nim zatęskniłam, bo nic nie dawało takich efektów na moich paznokciach jak półgodzinna kąpiel w podgrzanej oliwce!

Jak widać pielęgnacja lubi kończyć się i przybywać stadkiem ;)


Produkty ARTDECO, to upominki które otrzymałam na bardzo interesujących warsztatach z makijażystą tej marki. Do tej pory znałam tylko słynną bazę pod cienie, a teraz mam możliwość zapoznać się również z innymi produktami marki. W moje ręce trafił tusz do rzęs Wonder Lash Mascara, puder oraz podkład z serii do makijażu High Definition oraz pomadka o pięknym, nieco koralowym odcieniu. Tusz i pomadka są już w użyciu, więc za jakiś czas spróbuję podzielić się z Wami moim wrażeniami.


Podczas gdy wszyscy szaleli na promocjach w Rossmannie ja starałam się go unikać z daleka. Prawie by mi się to udało, ale w ostatnim tygodniu promocji -49% złamałam ten niepisany zakaz i przygarnęłam cień /sprasowany pigment L'Oreal Color Infaillible w kolorze Forever Pink (ok.18 zł w CND) oraz dwie pomadki - matową Bourjois Rouge Ediotion Velvet 02 (ok.25 zł) oraz upragnioną Rimmel Moisture Renew w kolorze 360 As You Want Victoria (ok.14 zł).


Jak wiadomo, promocje typu -40% całkiem przypadkowo lubią się mnożyć w tym samym czasie we wszystkich drogeriach. O ile zwykle staram się omijać wtedy wszystkie te przybytki rozpusty, tak tym razem zbyt wczesne wyjście z domu poskutkowało "szlajaniem się" po Hebe w tym niebezpiecznym okresie. Co z kolei zaowocowało kilkoma nowościami (dla mnie) z Gosha. Ponieważ marka generalnie należy raczej do tych droższych (jak na półkę drogeryjną oczywiście), skusiłam się na cztery produkty, które wpadły mi w oko - piękny bronzer (Pink), pomadkę (158 Yours Forever), krem CC (02 Ivory) oraz róż-mozaikę (Pink Pie). W tej chwili najbardziej cieszy mnie CC, bo choć teoretycznie nie powinien dogadywać się z moją cerą, to jednak w wolne dni jest dla mnie ostatnio niezastąpiony, kiedy zależy mi na lekkim, ale ładnym makijażu :) Nie pamiętam już cen poszczególnych produktów, ale po zniżce 40% za całą czwórkę zapłaciłam ok.100 zł.


No i to są właściwie najważniejsze zakupy maja! Od tak dawna przymierzałam się do zakupu Daisy Eau So Fresh, że już nawet nie jestem w stanie określić początkowej daty mojej fascynacji tym zapachem. Bardzo długo odkładałam ten zakup, sięgałam po inne produkty i ostatecznie zawsze przekonywałam się, że chyba jednak dojrzałam już do tych lżejszych i bardziej kwiatowych zapachów. W międzyczasie zakochałam się też w absolutnie cudownej Roses de Chloe! Wybór był tak trudny, że skusiłam się na obie buteleczki. Daisy Eau So Fresh w pojemności 125 ml, a Chloe - 30 ml. Teraz chyba bym zamienił te pojemności, bo - o dziwo - to w Chloe czuję się znacznie lepiej i pewniej, choć Daisy z pewnością się u mnie nie zmarnuje. Obie buteleczki przyszły na początku miesiąca i przez ten czas w zasadzie używałam ich codziennie na przemian. Za oba flakony zapłaciłam w Perfumesco tyle, ile zapłaciłabym pewnie za samą Daisy w dowolnej stacjonarnej perfumerii.


Zoya - Payton, to kolejny zakup jeszcze z kwietnia, ale zanim dotarł do Kamili, a Kamila do mnie, musiało minąć trochę czasu. W każdym razie cieszę się, że upragniona Payton w końcu wpadła w moje ręce i że kosztowała mnie tyle, co na targach kosmetycznych, czyli 28 zł :)

Dalej mamy oczywiście nowe Essie. O ile kolekcja Resort Fling zupełnie mnie nie oczarowała, tak sam lakier Find Me An Oasis już jak najbardziej. Niestety formuła profesjonalna jest strasznie trudna we współpracy, ale kolor naprawdę wiele rekompensuje... Brzoskwinka, to kolor, który od dawna wisiał na mojej wishliście, czyli Van D'Go. Każdy z lakierów był kupiony w mniej lub bardziej promocyjnej cenie (w sklepach Kajuba oraz Minti Shop) ;) Dalsze pozycje, to Carousel Coral, Foot Loose i Carry On, które przygarnęłam od mojej Essie-soulmate Sylwii w bardzo okazyjnej-okazji [tak, świadomie użyłam masła maślanego ;)].


W ramach współpracy z marką Rimmel otrzymałam trzy nowe kolory lakierów z serii 60 Seconds, z kolekcji sygnowanej przez Ritę Orę. Z całej trójki - White Hot Love, Lose Your Lingerie oraz Midnight Rendevous - używałam jak na razie tylko ostatniego i muszę przyznać, że z miejsca mnie oczarował. Podobno jaśniejsze kolory są trochę problematyczne, ale ten był bardzo komfortowy w aplikacji, no i ten kolor!


Powyższe mogę podsumować tylko tak - takie tam pierdoły z Biedronki. Nic z tego nie było mi potrzebne, ale przy tych śmiesznych cenach jakoś samo wylądowało w koszyku. Peelingi Bielendy kosztowały ok.5 zł, a maski Biovax były chyba 2 zł. Tak wyszło ;)


No i ostatni duży zakup z maja, to pędzle Real Techniques! Od dawna planowałam, że dołączą do mojej kolekcji i wielokrotnie widziałam je oczyma wyobraźni na mojej toaletce. Miałam zamiar kupić je przez iHerb, ale w międzyczasie pojawiły się jakieś problemy z płatnościami, więc ostatecznie pozbierałam je przy okazji jakiś drobnych promocji i kodów zniżkowych do sklepów Minti Shop i E-Zebra. Może nie zaoszczędziła tyle, co za pośrednictwem iHerb, no ale przynajmniej nikt mi ich nie utopił w oceanie :D

Skusiłam się na zestaw pędzli do twarzy Core Collection, pojedyncze pędzle Expert Face Brush, Setting Brush, Blush Brush oraz gąbeczkę Miracle Complexion Sponge. ...i teraz boję się ich użyć! Są takie śliczne, że aż szkoda mi je brudzić i kurzyć... Pomińmy tę kwestię milczeniem, proszę... :D

***
No! Nie obiecuję (sobie), że w czerwcu nie kupię nic, bo to nie byłoby prawdą (w końcu już czekam na nowe opakowanie podkładu mineralnego :D), ale wiem, że czekają mnie ważniejsze wydatki, dlatego bardzo chciałabym znowu trochę wyhamować moje zapędy. Co tam zresztą wyrzuty sumienia, skoro wszystko tak cieszy! ;))

Standardowo - czekam na Wasze opinie o powyższych kosmetykach, jeśli już miałyście z nimi do czynienia! Co Wam przypadło do gustu, a co nie? A może coś Was szczególnie ciekawi i może mogłabym Wam krótko odpowiedzieć/podpowiedzieć [coś]? :)
K.
Czytaj dalej

środa, 8 lutego 2012

Styczniowe denka!

Witajcie!

Muszę przyznać, że mój "niby-projekt-denko" ma się całkiem nieźle i z satysfakcją informuję Was, że to kolejny miesiąc, w którym utrzymałam wysoką liczbę zużyć! Wprawdzie średnio ma się to do ilości kosmetycznych zakupów, ale na szczęście większość tych rzeczy, oczywiście poza nieszczęsną kolorówką, kończy się w równie szybkim tempie, w jakim mi ich przybywa... :) Jak zwykle najwięcej tu pielęgnacyjnych wykończeń, ale jest to również kolejny miesiąc, w którym zużyłam coś z kolorówki, w dodatku zapowiada się, że w lutym prawdopodobnie wykończę kolejny produkt tego typu, więc grunt, że idzie do przodu! :D

Ilość wykończonych produktów w miesiącu styczniu, to ponownie 11! Oto one...

Oriflame - Pure Nature - Arnica & Aloe Vera
1. Pure Nature, żel do mycia twarzy z aloesem i arniką; Oriflame (150ml - cena regularna 24,90zł).
Jedno należy mu przyznać... Ten żel był mega, mega, mega wydajny! Używałam go niemalże codziennie co najmniej od kwietnia lub maja 2011 roku i ciągle nie było widać końca... Pod koniec listopada wydawało mi się, że już, już będzie denko i nawet zakupiłam jego następcę, a ten łobuz wystarczył mi jeszcze na jakieś 1,5 miesiąca! Mało tego, przez jakieś 2-3 tygodnie miałam do niego wspólnika w postaci mojego mężczyzny, a żel nadal pozostał "niewzruszony"... :) A co do jakości? Całkiem niezły żel, dobrze oczyszczał twarz, raczej nie powodował u mnie ściągnięcia skóry. Właściwie czego chcieć więcej? Póki co nie wrócę do niego, ale tylko dlatego, że po tak długim czasie zapragnęłam odmiany - aktualnie jego zamiennik stanowi popularny żel micelarny Be Beauty.
Jako ciekawostkę dodam, że pozostałe kosmetyki z tej rodzinki, zakupione w tym samym czasie co żel zużyłam w listopadzie (KLIK).



Original Source - Watermint & Lemon Grass
 2. Żel pod prysznic z miętą i trawą cytrynową; Original Source (250ml/9,90zł).
Żel otrzymałam jako gratis do rossmanowych zakupów pod koniec grudnia. Tą wersję w ilości sztuk dwie dostał mój chłopak z racji tego, że zakupiłam dla siebie dwie słodkie wersje OS, ale będąc u niego chętnie sięgałam po ten żel z uwagi na jego świetny, świeży zapach. Zastanawia mnie tylko jedno... Czy on jest tak kiepsko wydajny, że po trzech tygodniach nie było po nim śladu, czy mam już podejrzewać mojego mężczyznę o zjadanie go w ilościach hurtowych (jak i innych żeli, które znikają u niego w tempie zastraszającym :D)? Moje OS stoją sobie grzecznie na wannie i ubywają baaaardzo powoli... Albo ja tak rzadko bywam w domu... :D
Ale jeszcze o samych właściwościach żelu - pięknie pachnie, dobrze oczyszcza skórę, raczej nie wysusza skóry - zdarzyło mi się nie nałożyć po nim balsamu i krzywda mi się nie działa... Już niedługo wykończymy kolejną jego buteleczkę! A w kolejce już czekają wielkie butle żeli z Oriflame... :)

Oriflame - Nature Secrets - Wheat & Coconut
3. i 4. Nature Secrets, odżywka (250ml/ok.8-10zł) i szampon (400ml - cena regularna 18,90zł) z pszenicą i kokosem; Oriflame.
To jedna z dwóch moich ulubionych serii do włosów dostępnych w Oriflame. Uwielbiam ją ze względu na zapach i zużyłam już całkiem pokaźną ilość buteleczek, zarówno szamponu, jak i odżywki. Chociaż tej drugiej musiało być u mnie więcej, bo każda odżywka znika u mnie w domu mniej więcej w tak szalonym tempie, jak żele pod prysznic u mojego M. :))
Szampon bardzo dobrze oczyszcza włosy, zostawia na włosach lekki zapach, który utrzymuje się na nich przez parę godzin. Zawiera w składzie SLS, a ja z ciekawości na reakcję moich włosów przerzuciłam się aktualnie na szampon z Alterry, który SLS nie zawiera, mimo to myślę, że raz na jakiś czas skuszę się na ten szampon, bo moje włosy nawet go lubią.
Jeśli chodzi o odżywkę, to hmm... jest po prostu ok. Cudów na głowie nie robi, ale dopóki nie wypróbowałam odżywki z Isany, nie wiedziałam, że takowe są jednak w zasięgu ręki... ;) Do szamponu wrócę na pewno, a z odżywką jeszcze zobaczymy...

Oriflame - Oxygen Boost - Foundation

5. Oriflame Beauty, Oxygen Boost, dotleniający podkład; Oriflame (30ml - cena regularna 42,90zł).
Próbowała wielu podkładów z Oriflame, ale po każdej zdradzie wracam do tego łobuza. Nie jest podkładem idealnym, ale na mojej buzi, póki co sprawdza się najlepiej. Mógłby być nieco trwalszy i bardziej wspomagać matowienie cery, ale za to zadowala mnie pod względem krycia i wyboru kolorów. Moja cera wygląda w nim dość naturalnie, nie wskazując na to, że mam podkład na buzi... Łatwo się rozprowadza i nawet nakładany palcami idealnie stapia się ze skórą. Dodatkowo ma wygodne opakowanie z pompką. A jeśli chodzi o właściwości dotleniające? No nie wiem... Chyba nie ma sposobu, żeby to ocenić, prawda? Niezły chwyt marketingowy - reklama na coś, czego nie można ocenić gołym okiem... :) Lubię go, mam już następny, aczkolwiek czaję się na dobrą promocję na osławiony żelowy podkład z Rimmel. Ciekawa jestem, czy zdetronizuje Oxygen Boost?


Ziaja - maska oczyszczająca z glinką szar


6. Maska oczyszczająca z glinką szarą; Ziaja (7ml/1,50zł).

Kupiłam ją z ciekawości, długo zwlekałam z użyciem, ale gdy już się zebrałam, to baaaardzo się z nią polubiłam. Już kupiłam następną i na pewno będę często do niej wracać! Coś czuję, że wszelkie glinki w tubkach pójdą w odstawkę! Niedługo recenzja...







Crystal Essence - Pomergranate Roll-On




7. Crystal Essence - dezodorant w kulce o zapachu granatu (66ml/ok.16zł).
Recenzja tego produktu pojawiła się już na blogu TUTAJ. Zachęcam do przeczytania.












8. Truskawkowa odżywka do włosów; Joanna (100ml/ok.5zł).
Kupiona raczej dla kaprysu z powodu zapachu. Wiele od niej nie oczekiwałam i dlatego też się nie zawiodłam. Po prostu zwykła odżywka, ułatwiająca rozczesywanie włosów.

9. Hair X Pure Balance - odżywka do włosów; Oriflame (250ml - cena regularna 12,90zł).
Całkiem niezła odżywka, której używałam od długiego czasu wymiennie z odżywkami z innych serii Hair X. Ta jednak działała na moje włosy najlepiej - były po niej lekkie i nie plątały się. Jednak od pewnego czasu przestałam widzieć efekty. Teraz używam odżywki z Alterry.

10. Truskawkowy peeling myjący; Joanna (100ml/ok.5zł).
Kolejny kaprys, który zaowocował (dobre słowo w tym miejscu) całkiem niezłym peelingiem o przyjemnym zapachu. Chętnie wypróbuję inne wersje zapachowe.

11. Nailty, zmywacz do paznokci z Biedronki (250ml?/ok.4zł).
Zdjęcia brak, ponieważ mama wyrzuciła go przed sesją fotograficzną... ;)
Bardzo przyzwoity zmywacz do paznokci, zresztą bardzo popularny na blogach. Wydaje mi się, że krzywdy mi nie robił, a ze zmywaniem radzi sobie dobrze. Oczywiście nad wszelkimi brokatami trzeba się trochę pomęczyć, ale od czego jest sposób na zmywania za pomocą folii aluminiowej?!
Teraz kupiłam zmywacz z Isany, ale tylko dlatego, że byłam tam szybciej niż w Biedronce.

To by było na tyle, jeśli chodzi o styczniowe zużycia! Wkrótce post podsumowujący styczniowe zdobycze!
K.
Czytaj dalej

piątek, 16 grudnia 2011

Crystal Essence Pomergranate - dezodorant w kulce o zapachu granatu

Dzisiaj przygotowałam dla Was recenzję kulkowego dezodorantu Crystal. Jest to dezodorant mineralny, którego skład opiera się na roztwórze soli wulkanicznej (ałun). W dodatku nie zawiera on parabenów ani soli aluminium, co do których częściej lub rzadziej pojawiają się podejrzenia o działanie rakotwórcze. Crystal z założenia jest więc naturalnym, przyjaznym dla naszej skóry, dezodorantem. 

Ciekawa jestem również wersji w krysztale, więc jeśli któraś z Was go używała, to dajcie znać w komentarzu, co o nim myślicie...

Crystal Essence Pomergranate
Producent zapowiada, że produkt:
"Neutralizuje bakterie powodujące przykry zapach. W 100% naturalny, hipoalergiczny, działa kojąco, nie zawiera parabenów i soli aluminium. Nie klei się, nie brudzi ubrań, natychmiast schnie. Zawiera roztwór soli wulkanicznej - AŁUN."

DZIAŁANIE: Bardzo go polubiłam i myślę, że będę do niego wracać, ponieważ, ze względu na jego naturalny skład, mam poczucie, że robię coś dobrego dla swojej skóry i organizmu. Jednak uważam, że nie jest to dezodorant dla wszystkich. Na pewno nie sprawdzi się u osób, które mają problemu z nieco ponad przeciętną potliwością - celowo nie używam słowa "nadpotliwość", ponieważ to jest już inna bajka.

U mnie sprawdza się bardzo dobrze na co dzień, kiedy nie mam szczególnie aktywnego dnia. Problemy zaczynają się, jeśli nastąpi zmiana temperatury, np. ubierzemy się zbyt ciepło w stosunku do pogody za oknem lub próbujemy go użyć w trakcie upałów... Jest to bardzo przyzwoity dezodorant, ale raczej na chłodniejsze dni, czy pory roku, jak jesień, czy zima. Na 100% natomiast nie sprawdzi się w trakcie upałów w mieście!

Niestety działanie, jak widać, jest bardzo wybiórcze, dlatego warto zastanowić się przed zakupem, czy potrzebujemy silniejszej ochrony, czy wystarczy nam średnia. Bo tak chyba można określić stopień, w jakim Crystal chroni przed potem i przykrym zapachem - średni, z tendencją do słabego.

Jeśli chodzi o obietnice producenta, to na plus na pewno należałoby zaliczyć, że owszem, Crystal nie klei się i dosyć szybko schnie. Z brudzeniem ubrań bywa różnie, nie brudzi ich w ciągu noszenia, natomiast zdarza mu się lekko "ubielić" czarne bluzki w trakcie ich zakładania.

KONSYSTENCJA: Crystal ma konsystencję taką, jak każdy inny płynny dezodorant, czy antyperspirant. Lekko żelowy, półprzezroczysty płyn.

ZAPACH: Dezodorant ma baaardzo przyjemny zapach granatu. Jest on bardzo delikatny i w mojej opinii nie utrzymuje się na skórze zbyt długo.

WYDAJNOŚĆ: Ja generalnie dosyć wolno zużywam wszelkie dezodoranty/antyperspiranty w kulkach, więc dla mnie jest on wydajny. Mam go od września i nadal zostało mi jeszcze około 1/4 pojemności.

OPAKOWANIE: Crystal ma bardzo estetyczne opakowanie, mlecznobiała półprzezroczysta buteleczka z czerwoną zakrętką. Dzięki temu, że jest on półprzezroczysty widać, ile produktu jeszcze zostało. Buteleczka mieści 66ml dezodorantu. Kulka nie zacina się, ani nie przykleja do opakowania, więc użytkowanie nie sprawia żadnych problemów.

CENA: Koszt tego produktu to około 15zł, natomiast w Rossmanie zdarzają się na niego promocje. Myślę, że cena jest dosyć przyzwoita jak na produkt naturalny.

DOSTĘPNOŚĆ: stacjonarnie na pewno Rossman, zdarza się również w sklepach internetowych oferujących naturalne kosmetyki

Podsumowując:
+ przyjazny, naturalny skład
+ wygodne, ładne opakowanie
+ cena
+ zapach

- wybiórcze działanie

Polecam, jeżeli jesteście zwolenniczkami naturalnych składów i/lub jeśli nie macie problemów z poceniem się. Nie polecam osobom, które potrzebują silniejszej ochrony.

SKŁAD:
PURIFIED WATER (AQUA), NATURAL MINERAL SALTS (ALUM), CELLULOSE, NATURAL FRAGRANCE MADE WITH POMERGRANATE ESSENTIAL OILS AND EXTRACTS.

Używałyście go już? Jakie macie zdanie na jego temat? A może używałyście wersji w krysztale?


K.
Czytaj dalej
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Blog template designed by SandDBlast