Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Perfecta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Perfecta. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 7 lutego 2013

Styczniowe denka!

Zmierzamy do końca podsumowań stycznia! Tym razem denko, a raczej ogromne dno, bo w styczniu zużyłam aż 20 produktów! Muszę przyznać, że aż jestem z siebie dumna! Jeśli cały rok pójdzie mi tak dobrze, jak ten pierwszy miesiąc, to jest spora szansa na odgruzowanie nieco szafek, pudełek, półek, pralek i innych schowków... ;))

Przede wszystkim w styczniu wykończyłam nie tylko produkty zużywane na bieżąco, ale również kilka resztek, które wygrzebałam tylko z półki, z której najczęściej korzystam. Myślę, że to jednak dobra metoda, żeby wyznaczać sobie grupę zapomnianych produktów do wykończenia.


W lutym zamierzam zrobić gruntowny przegląd tego, co mam w szafkach i wyznaczyć sobie kilka dodatkowych kosmetyków, o których z różnych powodów kiedyś zapomniałam, a które skutecznie zajmują miejsce. Dodatkowo zamierzam nadrobić recenzje denkowanych produktów. Bo jeśli nie napiszę ich tuż po wykończeniu produktu, to nie napiszę ich już nigdy... ;)


1./2. Pianka myjąca z linii Sweet Pea; Bath & Body Works (od 19 do 29zł; 259ml).
Zarówno ja, jak i mój M. uwielbiamy zarówno ten produkt, jak i sam jego zapach. Pianka jest bardzo delikatna i szalenie pachnąca, dzięki czemu tak podstawowa czynność, jak mycie rąk staje się bardzo przyjemnym i relaksującym doznaniem. Pianka nie wysusza dłoni i jej w mojej opinii bardzo wydajna, jak na produkt tego typu, ponieważ my każdą z nich zużywaliśmy co najmniej przez 2 miesiące. Pełną recenzję tego produktu znajdziecie TUTAJ.

Następca: ten sam produkt;


3. Maska z wyciągiem z jedwabiu; Isana (8,50zł; 150ml).
Z tą maską łączyła mnie prawdziwa love-hate relationship. Stosując dokładnie taką samą pielęgnację jednym razem byłam zachwycona, a moje włosy świetnie się układały i pięknie połyskiwały, a innym razem nie widziałam żadnych efektów. Kupię ją ponownie, żeby ostatecznie wyrobić sobie o niej zdanie, bo podobało mi się to, co robiła z moimi włosami w te "dobre" dni.

Następca: maska z pszenicą z Isany;

4. Odżywka do włosów suchych z aloesem i hibiskusem; Alverde (ok.2,50 euro; 200ml).
Ta odżywka świetnie sprawdziła się na moich włosach! Po jej zastosowaniu były mięciutkie, nawilżone i mięsiste w dotyku. Jeśli tylko nadarzy się jeszcze okazja na zakupy produktów z DM, to z pewnością wrócę do tego produktu.

Następca: aktualnie zużywam kurację z tej samej serii;


5. Ujędrniający peeling myjący MaXSlim; Lirene (ok.15zł; 200ml).
Bardzo dobry i skuteczny zdzierak! Ten produkt przypomniał mi, że peelingu cukrowe nie są jedynymi słusznymi "usuwaczami" martwego naskórka i że nie zawsze trzeba walczyć z czasem i roztapiającymi się drobinkami. Peeling od Lirene miał przyjemny, orzeźwiający cytrusowy, choć nieco chemiczny zapach. Jeśli chodzi o obietnice ujędrniania, to wiadomo, w cuda nie wierzę, ale masaż strategicznych okolic z użyciem tego produktu z pewnością pobudzał krążenie, co w dalszym etapie wzmagało wchłanialność produktów antycellulitowych lub ujędrniających wmasowywanych po kąpieli. Na pewno do niego wrócę, ale najpierw sięgnę po peelingi z innych serii Lirene.

Następca: szarlotkowy peeling Sweet Secret z Farmony (powrót po przerwie);

6. Głęboko nawilżające mleczko do ciała Body Art; Dr Irena Eris (ok.55zł; 200ml).
Przyjemne i przyzwoite mleczko, które jednak nie robi szału i z pewnością nie poradzi sobie z ekstremalnie suchą i wymagającą skórą. Moja była zadowolona, ale nie widzę większej różnicy między tym produktem, a chociażby mleczkami, czy balsamami z siostrzanej marki Lirene. Więcej wkrótce z recenzji. Nie kupię ponownie, ze względu na zbyt wysoką cenę.

Następca: balsam ujędrniający MaXSlim od Lirene; masło do ciała Granatapfel Pharmatheiss Cosmetics (powrót po przerwie);


7. Żel pod prysznic o zapachu pomarańczy i lukrecji; Original Source (ok.8-9zł; 250ml).
Bardzo lubię żele z Original Source! Nie tylko dobrze myją ciało, co jest ich głównym zadaniem, ale również uwodzą gamą zapachów i oryginalnych połączeń. Nie inaczej jest z limitowaną pomarańczą z lukrecją, która urzeka swoją słodyczą. Niedługo napiszę więcej o żelach z OS, więc nie będę się tutaj zbytnio rozpisywać. A zakup już ponowiłam! :)

8. Żel pod prysznic z guawą; Balea (ok.1 euro; 300ml).
O żelach Balea mogłabym napisać właściwie to samo, co o tych z Original Source, tyle, że Balea różni się tym, że nie jest u nas ogólnodostępna i oferuje o wiele szerszy wybór zapachów! Myślę, że w ofercie tej marki każdy znalazłby coś dla siebie. O ile poprzednim żelem tej marki (o zapachu mango) byłam zachwycona, tak ten po prostu lubiłam. Teoretycznie zapach w butelce był przyjemnie świeży, jakby lekko cytrusowy, ale łatwo koncentrował się w małej powierzchni łazienki. Wszystko byłoby ok, gdyby nie zdarzało mu się ewoluować do dziwnego cytrusowo-kwaskowatego zapachu, który przypominał zapach znoszonych skarpetek... których kilkukrotnie poszukiwałam w naszej łazience, sądząc, że coś przegapiłam wstawiając pranie... Później okazało się, że to "tylko" opary tego żelu. No cóż... W kąpieli był ok, ale to, co było czuć w łazience później, przyprawiało mnie o mdłości... :P Do tego zapachu nie wrócę, ale po Baleę jeszcze sięgnę przy najbliższej okazji.

Następcy: imbirowy żel pod prysznic z The Body Shop; żel + oliwka z mango od Lirene;


9. Oczyszczający peeling do twarzy Optimals; Oriflame (od 20 do 30zł; 75ml).
Ten produkt to stosunkowo dobry peeling, jednak zdecydowanie nie w tej cenie. Nawet cena promocyjna nie jest atrakcyjna w porównaniu do tego, co możemy znaleźć na drogeryjnej półce. Ten produkt dość dobrze ściera martwy naskórek, jednak wymaga przy tym sporej uwagi, ponieważ dość mocno drapie skórę, co jednak niekoniecznie przekłada się na skuteczność złuszczania. Mam wrażenie, że ten peeling ma za duże drobinki i że jest ich za mało, żeby dotrzeć w każde miejsce i wykonać dobrze swoje zadanie. Zdecydowanie wolę sięgnąć po morelową Sorayę albo po Lirene, więc nie wrócę już do tego produktu.

Następca: peeling drobnoziarnisty od Lirene;

10. Płyn micelarny do delikatnego demakijażu i oczyszczania twarzy Sebo-Micellar; Pharmaceris (ok.25zł; 200ml).
Ponieważ planuję recenzję tego produktu w skrócie ujmę go w tych słowach - tak, jeśli zamierzacie zmywać nim makijaż twarzy lub stosować go do tonizacji; nie, jeśli zamierzacie zastosować go do demakijażu oczu. Mam jeszcze jedną butelkę.

Następca: nawilżająco-oczyszczajacy tonik z Lirene;


11. Płyn micelarny Sensibio H2O; Bioderma (ok.10zł; 100ml).
Bioderma, to jeden z moich ukochanych miceli i zgadzam się ze wszystkimi pozytywnymi opiniami na jej temat. Świetnie zmywa mój makijaż zarówno ten z oczu, jak i z reszty twarzy. Radzi sobie nawet z nieco mocniejszym makijażem, choć wtedy wymaga ciut więcej cierpliwości. Na pewno będę jeszcze do niego wracać, zresztą to nie była moja pierwsza buteleczka.

Następca:  nawilżający płyn micelarny Aqua Cristal od Lirene;

12. Maska do twarzy Catastrophe Cosmetic (ok.6 funtów; 75g).
Ta maska, to mój absolutny hit! Nigdy nie miałam produktu tego typu, który oddziaływałby na moją skórę tak szybko i tak skutecznie! Nie ma sensu się streszczać, musicie przeczytać całą recenzję TUTAJ. Na razie siedzę i płaczę, że otwarcie Lush'a w Polsce ciągle się opóźnia, ale to więcej, niż pewne, że kupię ją przy najbliższej możliwej okazji!

Następca: maska oczyszczająca od Sanoflore (powrót po przerwie);


13. Krem do rąk Magiczne Kwiaty; L'Occitane (29zł; 30ml).
Bardzo przyjemny krem do rąk, który bardzo dobrze oddziaływał na moje dłonie i urzekał przyjemnym zapachem. Więcej na jego temat pisałam TUTAJ, więc zainteresowanych odsyłam do recenzji. Mimo miłych wspomnień, nie wrócę do niego, ze względu na nieproporcjonalnie wysoką cenę w stosunku do pojemności i wydajności.

Następca: krem do rąk Ratunek od Lirene; krem do rąk Regeneracja od Lirene;

14. Żel pod prysznic Magiczne Kwiaty; L'Occitane (pełnowymiarowe opakowanie ok.60 zł; 250ml).
Żel o tak samo przyjemnym zapachu, jak wyżej opisywany krem. Miniaturka była całkiem wydajna i wystarczyła na około 10 aromatycznych kąpieli. Żel dobrze oczyszczał skórę, ale jego cena zwala mnie z nóg, więc na pewno nie sięgnę po niego sama z siebie.

Następca: imbirowy żel pod prysznic z The Body Shop; żel + oliwka z mango od Lirene;


15. Woda perfumowana Euphoria; Calvin Klein (100ml).
Euphoria, to mój ukochany zapach! Uwielbiam sięgać po nią przez cały rok, z wyłączeniem najbardziej upalnych dni, choć mimo wszystko muszę przyznać, że jest najbardziej otulająca w jesienne i zimowe miesiące. Na szczęście na urodziny dostałam kolejny flakon, więc dalej mogę się nią cieszyć!

Następca: ten sam produkt;

16. Peeling cukrowy o zapachu marcepanu; Perfecta (ok.15zł; 220ml).
Bardzo dobry peeling, który uwiódł mnie swoim ciepłym, apetycznym zapachem marcepanu. Bardzo dobrze ściera martwy naskórek nie drapiąc i nie podrażniając przy tym skóry, a drobinki cukru rozpuszczają się w wystarczająco wolnym tempie, żeby zdążyć wykonać porządny masaż. Chętnie będę do niego wracać. Więcej napisałam TUTAJ.

Następca: szarlotkowy peeling do ciała Sweet Secret od Farmony;


17. Puder antybakteryjny; Synergen (ok.8zł/szt.).
To najlepszy puder, jaki do tej pory stosowałam! Żaden puder sypki, ani żaden inny puder w kamieniu nie radziły sobie tak dobrze z matowieniem mojej cery. Świetnie współgra z każdym płynnym podkładem, który posiadam, nie waży się, nie ciemnieje i nie odznacza się zbyt mocno (w sensie pudrowości). Dla mnie niezbędny, więc już mam kolejne opakowanie! :)

Następca: ten sam produkt;

18. Pomadka ochronna Vitamin Shake; Nivea (ok.8zł/szt.).
To moja ukochana pomadka ochronna wszechczasów! Fantastycznie nawilża moje usta, a przy tym nabłyszcza je lepiej, niż niejeden błyszczyk. Jestem zachwycona jej działaniem i żadna inna nie trafia tak skutecznie w moje potrzeby, dlatego mam już kolejną sztukę!

Następca: ten sam produkt i milion innych porozkładanych po kieszeniach, kosmetyczkach i torebkach ;)

19. Jedwab do włosów; Biowax (ok.8zł/szt.).
Bardzo dobry jedwab do włosów, w wygodnej buteleczce z pompką. Skutecznie zabezpiecza końcówki przed uszkodzeniami i dodatkowo lekko je nabłyszcza i wspomaga ich układanie. Mam już kolejną buteleczkę.

Następca: ten sam produkt oraz jedwab od CHI;

20. Miniatura odżywki do włosów z granatem i aloesem; Alterra (ok.3zł, 50ml).
Bardzo dobra odżywka, która działa na moje włosy odrobinę słabiej, niż ta z Alverde, choć nadal się z nią lubię. Dawno nie używałam jej pełnowymiarowej wersji, a miniaturka została mi jeszcze z wakacji, więc postanowiłam się z nią rozprawić. Moje włosy są po niej miękkie i delikatnie błyszczące. Lubię ją, więc na pewno jeszcze nie raz ponowię ten zakup.

Następca: kuracja Alverde z aloesem i hibiskusem;


Bonusowo załączam dowód zużycia trzech próbek, których zapasy również staram się mniej lub bardziej przeczyścić. Kremy z DLA Kosmetyki właściwie nieszczególnie mnie urzekły, o ile jeszcze Dar Piękna był dość przyjemnym i lekkim kremem nawilżającym (w moim odczuciu), tak Kuracja Regenerująca, to był koszmar dla mojej mieszanej cery. Był zdecydowanie za ciężki i za tłusty, mazał się jak maść i tak samo długo wchłaniał. Przypuszczam, że cery ekstremalnie suche mogłyby być z niego zadowolone, jednak inne mogą się srogo zawieść. Oczywiście jest to tylko moje wrażenie, absolutnie nie traktujcie tego, jako recenzji, ponieważ po jednym użyciu niewiele jestem w stanie powiedzieć.

Ostatnia próbka to odrobina balsamu do ciała z opuncją i zieloną herbatą, który szalenie urzekł mnie zapachem i całkiem przyjemnie zapowiedział swoje właściwości pielęgnacyjne. Muszę szczegółowo zaplanować zużycia mazideł i po wyzerowaniu kilku z nich nagrodzę się właśnie tym produktem :)

I jak uważacie? Dobrze mi poszło? Z tego, co widziałam wielu koleżankom-blogerkom styczniowe zużywanie poszło równie dobrze, więc mój wyczyn w tak licznym gronie nieco zbladł, ale nie zmienia to faktu, że i tak jestem z siebie dumna! ;)

A jak Wam poszło? Jesteście zadowolone ze swojego denkowania, czy może zupełnie nie zawracacie sobie tym głowy? :)
K.

Czytaj dalej

czwartek, 3 stycznia 2013

Perfecta - cukrowy peeling do ciała - marcepan

Witajcie Dziewczyny w Nowym Roku!

Pozwólcie, że zaczniemy ten rok od recenzji pewnego apetycznego produktu, który w ubiegłym roku mocno przypadł mi do gustu i, choć zupełnie się tego nie spodziewałam po przygodzie z jego solnym bratem, marcepanowy peeling cukrowy z Perfecty spokojnie mogłabym zaliczyć do ulubieńców! Pora więc na przybliżenie Wam tego produktu, choć założę się, że sporo z Was już dobrze wie, że warto zapoznać się z tym nim bliżej! :)


Słowo od producenta:

DZIAŁANIE: Działanie tego peelingu było dla mnie bardzo pozytywnym zaskoczeniem! O ile peeling solny z Perfecty wywarł na mnie bardzo średnie wrażenie, tak ten - cukrowy - okazał się być w każdym calu przeciwieństwem swojego brata. Zacznijmy od tego, że peeling fantastycznie złuszcza martwy naskórek. Myślę, że fanki mocnych zdzieraków będą zadowolone, ponieważ drobinki cukru, nie tylko dobrze wywiązują się ze swojego zadania, to jeszcze nie rozpuszczają się tak szybko, jak kryształki soli w wersji solnej peelingu. Ponadto drobinki dość mocno masują skórę, jednak nie podrażniają jej i nie zostawiają na niej czerwonych śladów.

To, do czego zwykle się czepiam w tego typu produktach, to tłusty osad po parafinie - jednak tutaj występuje on w bardzo złagodzonej formie i właściwie nie stanowi on dla mnie większego problemu, ponieważ jest naprawdę niewielki i ledwo wyczuwalny, co właściwie nieco mnie dziwi, skoro parafina znajduje się w tym produkcie na pierwszym miejscu. Mimo wszystko ja i tak nie przepadam, za pozostawianiem na ciele tej warstewki, dlatego zawsze później - tak prewencyjnie - zmywam wszystko żele - aktualnie idealnie pasującym zapachowo Original Source pomarańcza i lukrecja! :)


KONSYSTENCJA: Gęsta, mocno zbita, ale plastyczna i nie sprawiająca problemów przy aplikacji. Peeling nie sypie się, a rozmasowywany po ciele, trzyma się skóry i tylko nieliczne ziarenka znikają w czeluściach odpływu zanim wykonają swoją pracę ;)

KOLOR/ZAPACH: Peeling ma kolor skarmelizowanego cukru i pięknie pachnie marcepanem. Bardzo wyraźnie wyczuwam tu ten aromat i jest on bardzo realistyczny. Jest słodki, ale jednocześnie nie mdlący, choć odrobinę ulepkowaty. Mimo to, jest idealny na długie zimowe wieczory i sama myśl o nim sprawia, że robi mi się ciepło na duchu :)


OPAKOWANIE: Okrągły, plastikowy słoiczek o pojemności 225ml. Lubię taką formę opakowań peelingów, nie sprawia mi ona żadnych problemów i mimo korzystania z produktu pod prysznicem, nie zauważyłam, żeby w produkcie gromadziła się woda. Po prostu nie wkładam mokrych rąk do słoiczka, a masaż wykonuję przy zakręconej wodzie, co by nie spłukać wszystkiego, zanim się porządnie nie złuszczę :)

WYDAJNOŚĆ: Całkiem niezła, produktu używam od jakieś 2-3 miesięcy, jeśli uczciwie muszę przyznać, że nie używam go z określoną regularnością, więc trudno mi przewidzieć, jak szybko by zniknął, gdybym stosowała go przykładowo raz w tygodniu. Mimo to uważam, że jak na tego typu produkt jest naprawdę niezły, ponieważ spokojnie wykonałam nim ok. 8 do 10 masaży i nadal mam go jeszcze na jakieś 3-4 aplikacje.


CENA/DOSTĘPNOŚĆ: Cena tego produktu waha się od 12 do 15 zł, w zależności od promocji; ale bardzo często można go kupić po tej niższej cenie m.in. w Super-Pharm, czy Drogerii Natura.

CZY KUPIĘ PONOWNIE: Na pewno tak! Moim zdaniem jest to naprawdę dobry produkt z drogeryjnej półki, skuteczny, pięknie pachnący, a przy tym stosunkowo tani.

SKŁAD:


Podsumowując:
+ dobre działanie złuszczające;
+ drobinki są ostre, ale nie podrażniają skóry;
+ przyjemny zapach prawdziwego marcepanu;
+ prawie niewyczuwalna warstewka parafiny, pomimo pierwszego miejsca w składzie;
+ zwarta konsystencja ułatwiająca aplikację;
+ odpowiedni stosunek ceny do wydajności.

Szczerze powiedziawszy trudno mi znaleźć jakieś minusy tego produktu, a na siłę szukać nie będę. Polubiliśmy się i już - nawet parafina nie jest w stanie zepsuć tej relacji, więc nowy rok na blogu rozpoczyna się wyjątkowo pozytywnie i bez minusów! :)

A czy Wy również miałyście do czynienia z tym produktem? Jaką wybrałyście wersję marcepanową, kokosową, czekoladową? Czy ten produkt wkradł się również i w Wasze serca, a może wręcz przeciwnie? :)
K.
Czytaj dalej

sobota, 3 listopada 2012

Październikowe mega denko! :)

Cześć Dziewczyny!

Mam już stały dostęp do internetu, więc znowu mogę zabrać się za regularne pisanie! Wobec tego zacznijmy podsumowania października - dzisiaj denka. A raczej megadno! Myślałam, że kumulacja nastąpiła we wrześniu, ale jednak październik - pod względem zużyć - był jeszcze bardziej obfitym miesiącem, co szczególnie mnie cieszy, ponieważ na moich półkach co nieco wreszcie przejaśniało. Nadal mam jednak spore zapasy, ale coraz sprawniej radzę sobie z ich wykańczaniem :)

W tym miesiącu udało mi się zużyć aż 20 produktów, a oto i one!



1. Peeling cukrowy Tutti Frutti melon & arbuz; Farmona (300ml; ok.16zł);
2. Peeling solny minerały morskie i olejek z krokosza; Perfecta (225ml; ok.15zł);
Oba produkty były dość dobre, przyjemnie pachniały i generalnie jako tako wywiązywały się ze swojego zadania, ale irytowała mnie w nich tłusta parafinowa warstwa, którą pozostawiały na skórze. Peeling Farmony recenzowałam TUTAJ, a peeling Perfecty TUTAJ. Do żadnego z nich już nie wrócę.

Następcy: Farmonę zastąpił peeling bzowy z Joanny (używam go u mamy); a peeling Perfecty zastąpiła jego cukrowa siostra w wersji marcepanowej (używam go u chłopaka).


3. Peeling imbirowy Swedish Spa; Oriflame (150ml; w promocji ok.25zł).
Kiedyś ulubieniec, a teraz znalazłam zapomnianą resztkę na dnie. Nadal uważam go za dobry peeling i chętnie wróciłam do niego przynajmniej na ten jeden zabieg. Miło było znowu poczuć ten cudowny intensywny i otulający zapach imbiru. Nie wiem czy jeszcze go kupię, bo ostatnio mało zamawiam z Oriflame, ale kto wie. Recenzowałam go już kiedyś TUTAJ.

Następca: jak wyżej - peeling bzowy z Joanny.

4. Masło do ciała Afryka; Be Beauty - Biedronka (200ml; ok.5-8zł).
Moje ukochane masło do ciała, które porzuciłam na czas wakacji. Teraz wróciłam do niego z ogromną przyjemnością i cieszę się, że mam jeszcze jedno w zapasie! Zapach idealny na jesień i zimę, a właściwości pielęgnujące na bardzo wysokim poziomie. Zdecydowanie powinno być dostępne w stałej ofercie! Recenzowałam je TUTAJ.

Następca: kostka I Love Me/Soft Coer z LUSH


5. Żel pod prysznic płatki róży i proteiny mleka; Luksja (500ml; ok.5-8zł).
Bardzo przyjemny żel pod prysznic, o bardzo relaksującym zapachu. Chętnie po niego sięgałam i niewykluczone, że jeszcze do niego wrócę, ponieważ dobrze oczyszczał skórę i nie wysuszał jej.

Następca: ukochany Lirene żel+oliwka z mango oraz melony żel Balea

6. Olejek do kąpieli Tutti Frutii melon i arbuz; Farmona (ok.12-14zł; 500ml).
Przyjemny umilacz kąpieli, nie miał żadnych wyjątkowych właściwości pielęgnacyjnych, ale zużywałam go z przyjemnością, choć nie sądzę, żebym jeszcze do niego wróciła. Recenzowałam go kilka dni temu TUTAJ.

Następca: różany płyn do kąpieli z Douglasa


7. Żel do higieny intymnej; Intimea - Biedronka (300ml; ok.3zł).
Dość dobry żel do higieny intymnej, dobrze oczyszczał strategiczne rejony i nie podrażniał ich. Miałam już obie wersje dostępne w Biedronce i z obu byłam zadowolona.

Następca: żel do higieny intymnej dla skóry wrażliwej Facelle - Rossman

8. Płyn micelarny Solution Micellaire; Gemey (gratis z zestawu z tuszem Maybelline);
Baaardzo dobry płyn micelarny! Przede wszystkim świetnie radził sobie z każdym makijażem niewodoodpornym. Był bardzo skuteczny, wydajny i nie podrażniał oczu. Szkoda, że nie jest dostępny w regularnej sprzedaży, ale jeśli traficie na niego w zestawie z tuszem, to nawet się nie zastanawiajcie! :)

Następca: miniaturka Biodermy Sensibio


9. Mleczko do ciała Głębokie Nawilżanie; Lirene (250ml; ok.12zł).
Bardzo dobre mleczko do ciała. Skutecznie nawilżało moją skórę, choć nie jestem przekonana, czy skóry suche byłyby tak bardzo zadowolone jak i moja. 48h nawilżenie to też gruba przesada, ale mimo to uważam to za dobry i bardzo uniwersalny kosmetyk, z którego równie chętnie, jak i ja, korzystał mój chłopak. Być może kupię ponownie. Produkt recenzowałam TUTAJ.

Następca: orzeźwiające mleczko do ciała Biotherm oraz balsam do ciała Bath & Body Works - Carried Away

10. Balsam do włosów farbowanych ALOES; Green Pharmacy (300ml; ok.8zł).
Bardzo dobra odżywka do włosów, którą z przyjemnością zużyłam, ponieważ dobrze się sprawdzała na moich włosach. Jej recenzja pojawiła się na początku tygodnia TUTAJ. Chętnie kupię ponownie.

Następca: odżywka morelowa z Alterry (tak, mam jeszcze zachomikowane dwie butelki :D).


11. Krem do rąk z olejkiem migdałowym; Isana (100ml; ok.5zł).
Świetny krem do rąk, który genialnie sprawdzał się jako krem do torebki! Uwielbiam sięgać po niego w ciągu dnia, bo nie tylko pięknie pachniał, ale również dobrze pielęgnował moje dłonie. Szkoda, że to edycja limitowana, bo kupiłabym go ponownie. Recenzowałam go już TUTAJ.

Następca: krem do rąk z kwiatem pomarańczy - oczywiście z Isany :)

12. Krem do mycia twarzy z wyciągiem z dzikiej róży; Alterra (150ml; ok.10zł).
Jeden z moich ulubieńców do mycia twarzy! Jest bardzo delikatny, ale jednocześnie bardzo dobrze oczyszcza twarz. Na początku nie przepadałam za jego zapachem, ale przyzwyczaiłam się i polubiłam go. Niestety mam wrażenie, że Rossman go wycofał, bo od kilku tygodni nie mogę na niego nigdzie trafić :( Produkt recenzowany TUTAJ.

Następca: łagodny żel do mycia twarzy Under 20


13. Mydło w płynie Discover Marrakech; Oriflame (300ml, cena bardzo różna!).
Skuteczne i pięknie pachnące mydełko do rąk. Ceny są bardzo różne, zależny od promocji - swoje kupiłam w zestawie z żelem pod prysznic i mydłem w kostce za 10zł. Mam jeszcze jedno.

Następca: mydło w piance Sweet Pea Bath & Body Works

14./15./16. Kule kąpielowe Body Club (ok.6zł/szt.).
Wszystkie te kule były bardzo przyjemnymi umilaczami kąpieli, odrobinę nawilżały skórę, ładnie barwiły wode i przyjemnie pachniały. Możliwe, że jeszcze do nich wrócę, jednak teraz mam ochotę wypróbować kule od Stenders lub Tso Moriri.


17. Maseczka redukująca zmarszczki; Dermo Minerały (20g, ok.5zł).
Maska ma bardzo dobry skład i świetnie działała na moją cerę, jednak do czasu. Niestety za drugim razem nie wiedzieć czemu moja skóra zrobiła się cała czerwona i mimo braku innych dolegliwości chyba jednak już do niej nie wrócę. Pisałam o niej TUTAJ.


18. Tusz do rzęs False Lash Effect Fusion; Max Factor (ok.40zł/szt.).
Bardzo dobry tusz do rzęs! Jeden z moich ulubieńców - już zakupiłam następną sztukę, a wkrótce przygotuję jego recenzję! Warto na niego zwrócić uwagę :)

Następca: Kolejna sztuka tego tuszu :)

19. Pomadka ochronna waniliowa; Lip Smackers (ok.10zł/szt.).
Bardzo skuteczna pomadka! O ile klasyczne smakersy nie są dla mnie tak dobre, tak te w wersji niby naturalnej są naprawdę bardzo łaskawe dla moich ust! Świetnie je nawilżają i natłuszczają więc chętnie do nich będę wracać!

Następca: pomadka ochronna malinowa Oeparol

20. Odsypka podkładu mineralnego Lily Lolo w kolorze Warm Peach.
Dzięki Agu miałam szansę poznać ten genialny podkład! Odsypka z tego malutkiego słoiczka wystarczyła mi na dobre 3 tygodnie prawie codziennego stosowania! Już kupiłam pełnowymiarowy produkt i chętnie za jakiś czas przygotuję jego recenzję, bo nie miałam jeszcze podkładu, który tak bardzo by mnie oczarował! :)

Następca: pełnowymiarowy produkt

No! To by było na tyle! Jestem szalenie zadowolona z moich październikowych zużyć, ale z tego co widzę - nie tylko u mnie ten miesiąc był tak obfity w denka! Pochwalcie się jak Wam poszło i czy wśród moich zużyć są jakieś produkty, których już używałyście?
K.
Czytaj dalej

piątek, 26 października 2012

Perfecta - solny peeling do ciała - minerały morskie i olejek z krokosza

Dzisiaj uraczę Was kolejną recenzją peelingu. Tak się składa, że jest to kolejny, który trafi do październikowych denek, więc jest to najwyższa pora na to, żeby powiedzieć Wam kilka słów o tym produkcie... Tym razem mowa o peelingu solnym z Perfecty. Jest to stosunkowo nowy produkt na rynku, do tej pory seria peelingów cukrowych od Perfecty zbierała całkiem sporo pozytywnych opinii, a jak się sprawował produkt z siostrzanej linii solnej? Zapraszam do czytania! :)


Słowo od producenta:

DZIAŁANIE: Od razu Wam zdradzę, że ten peeling nie zdobył mojego serca... Nie był zły, ale podobnie, jak peeling arbuzowo-melonowy peeling od Farmony był po prostu przyzwoity. Dość dobrze radzi sobie ze złuszczaniem martwego naskórka, ale tylko pod warunkiem, że skóra jest jedynie lekko wilgotna, a nie mokra... W przeciwnym razie produkt szybko zaczyna się po niej ślizgać, nie robiąc nic. Jeśli zadbacie o odpowiednią aplikację peelingu, to prawdopodobnie będziecie zadowolone z jego działania, ale z masażem też warto się sprężać, ponieważ drobinki bardzo szybko rozpuszczają się i tracą ostrość.

W tym momencie pojawia się kolejna cecha, która u wielu osób budzi niesmak, a mianowicie bardzo tłusta warstwa, którą zawdzięczamy - a jakże - parafinie (pierwsze miejsce w składzie). Ja nie jestem fanką tego efektu, na pewno nie, gdy parafina jest tak wysoko, bo wtedy niestety jestem pewna, że nie jest to dobroczynne działanie olejków, a po prostu zwykła tłusta maź... Generalnie nie mam nic do parafiny w mniejszych ilościach, zawartej w produktach do ciała, ponieważ nie zauważyłam, żeby mi ona szkodziła, ale denerwuje mnie ta okropna tłusta warstewka i po takim peelingu myślę tylko o tym, żeby czym prędzej sięgnąć po żel pod prysznic i zmyć ją z siebie... ;)


KONSYSTENCJA: Gęsta, plastelinowa i bardzo zwarta. Łatwo się porcjuje, ale również z łatwością rozciera na ciele.

KOLOR/ZAPACH: Peeling zawarty jest w przezroczystej bazie, w której znajdują się białe (sól morska) i błękitne drobinki. Zapach rzeczywiście odrobinę przypomina morski i jest bardzo przyjemny, ale jest to typowo kosmetyczna interpretacja "morskiego" .


OPAKOWANIE: Wygodny, odkręcany słoik o pojemności 225ml. Produkt bez przeszkód można wydobyć i wykorzystać aż do ostatniej drobinki.

WYDAJNOŚĆ: Raczej typowa, czyli bardzo średnia. Na początku, zrażona parafinową warstwą, nie korzystałam z niego zbyt regularnie, więc nie jestem w stanie dokładnie oszacować czasu zużycia. W każdym razie odkąd zaczęłam korzystać z niego regularnie, to dość szybko zobaczyłam dno.


CENA/DOSTĘPNOŚĆ: ok.15zł; na pewno jest dostępny w Drogerii Jasmin i w sieci Super-Pharm;

CZY KUPIĘ PONOWNIE: Nie. Mi ten produkt niezbyt przypadł do gustu. W tej chwili mam jego cukrowego brata i jestem dużo bardziej zadowolona.

SKŁAD:

Podsumowanie:
+ przyzwoite działanie ścierające;
+ przyjemny zapach;
+ wygodne opakowanie;
+/- dość uciążliwa aplikacja, wymagająca chwili uwagi;
+/- bardzo średnia wydajność;
- tłusta, parafinowa warstwa pozostawiana na skórze.

Czy polecam? 
Tak, jeśli lubicie tłusty, parafinowy film, pozostawiany na skórze. 
Nie, jeśli tak, jak ja, jesteście jego przeciwniczkami. 

Peeling sam w sobie jest niezły, choć nie porywa działaniem, to jednak mógłby być typowym przyjemniaczkiem-średniaczkiem. Wszystko więc zależy - jak zwykle - od tego, jakie są Wasze preferencje i czego wymagacie od peelingu! :) Niemniej jednak ja już go u siebie nie ugoszczę z własnej woli ;)
K.


Czytaj dalej

piątek, 3 sierpnia 2012

Lipcowe denka

Witajcie Dziewczyny!

Wczoraj pokazywałam Wam, co przybyło, ale nie da się ukryć, że coś mi również ubyło... Kontynuując lipcowe podsumowanie przedstawiam Wam moje denka! W tym miesiącu udało mi się zużyć 15 produktów oraz doczekać jednego wyrzutka i szczerze powiedziawszy jestem trochę zawiedziona... Po tylu miesiącach średniej ok.20 denek czuję, że się opuszczam, a ponadto samych denek przybywa mi znacznie wolniej, niż wcześniej i zastanawiam się z czego to wynika. No nic, mam nadzieję, że wrzesień przywitam z całą wesołą gromadką pustych pudełek! ;)


1. Antybakteryjna maseczka oczyszczająca z wyciągiem z gruszki; Perfecta (10ml, ok.3zł).
Kilka dni temu napisałam pełną recenzję tej maski (TUTAJ). Muszę przyznać, że tym razem byłam średnio zadowolona, raczej do niej nie wrócę.

Następca: m.in. glinka biała i zielona z ZSK.

2. Nawilżająca maseczka z sokiem z aloesu; Perfecta (10ml, ok.3zł).
Na blogu pojawiła się recenzja również i tej maski, znajdziecie ją TUTAJ. Ta sprawdziła się nieco lepiej, niż jej gruszkowa siostra, ale nadal bez zachwytów. Być może znowu po nią sięgnę.

Następca: m.in. spirulina z ZSK.


3. Szampon 2w1 Jedwabista Miękkość; Head&Shoulders (200ml, ok.8-10zł).
Tego szamponu używał głównie mój chłopak, chociaż ja też kilkukrotnie dołączyłam z ciekawości. Mam nadzieję, że uda mi się namówić go na krótką recenzję, bo wydaje mi się, że z tego szamponu był dość zadowolony. Od siebie mogę dodać tyle, że dobrze mył, nie podrażniał skóry i bardzo przyjemnie pachniał. Możliwe, że jeszcze się u nas pojawi.

Jako ciekawostkę dodam, że mój M. już wie, że nie powinien wyrzucać pustych opakowań po kosmetykach bez konsultacji ze mną - ten szampon wykończył, kiedy nie było mnie u niego, a po powrocie usłyszałam - "zostawiłem Ci butelkę po szamponie" :D Tak więc to denko jest w ogromnej mierze jego sprawką! ;)

Następca: oboje używamy teraz szamponu Syoss Silicone Free - Repair & Fullness.

4. Balsam do ciała mango i olej kokosowy; Eveline (500ml, ok.14zł).
Co to był za balsam! Jak on cudownie pachniał! Nie dość, że cała łazienka była w oparach mango, to jeszcze podobny kłębek zapachu unosił się za każdym, kto się nim nasmarował. Zdecydowanie nie dla przeciwników intensywnych zapachów. Za to my byliśmy bardzo zadowoleni, bo nie dość, że cudownie pachniał, to jeszcze faktycznie bardzo przyzwoicie nawilżał skórę! Duży minus za ciężkie wydobywanie produktu pod koniec, produkt osadzał się na ściankach, a pompka nie mogła tego zebrać, więc trzeba była obstukiwać butelkę z każdej strony... Jednak bardzo chętnie jeszcze do niego wrócę! :)

Następca: Oriflame Body Care - lotion z wyciągiem z zielonej herbaty; Bielenda - mleczko z serii Bawełna.

5. Żel + oliwka z olejkiem z mango; Lirene (250ml, ok.8zł).
Zdecydowanie na tak! Ten produkt bardzo mi się spodobał, zarówno pod względem zapachu (choć liczyłam na mango, to cytrusy też dają radę ;)), jak i pod względem właściwości. Produkt recenzowałam TUTAJ. Na 1000% do niego wrócę! Już kupiłam wersję z bawełną i poluję ponownie na wersję z mango.

Następca: mydło pod prysznic Ziaja Kozie Mleko.


6. Maseczka delikatnie peelingująca 5 efektów; Under Twenty (2x6ml, ok.4zł).
Ta maseczka przypadła mi do gusto dużo bardziej niż wspomniane wyżej maseczki z Perfecty. Zakładam, że tym razem dobrze trafiłam z doborem maseczki do aktualnych potrzeb mojej skóry, bo ta maska naprawdę dała mi to, czego mogłabym od niej oczekiwać, gdybym miała odwagę, bo jak wiecie, nie dawałam jej zbyt dużych szans... Z pewnością sięgnę po nią ponownie, jeśli moja cera będzie tego wymagać! Więcej znajdziecie informacji znajdziecie w recenzji TUTAJ.

Następca: ...chyba muszę przejrzeć zasoby maseczkowe ;)


7. Wygładzający krem na noc EcoBeauty; Oriflame (50ml, od 40 do 70zł).
Bardzo polubiłam ten krem, choć nie na tyle, żeby powracać do niego regularnie. Dobrze nawilża i odżywia skórę, nie powoduje niespodzianek. Tylko mocno drażnił mnie jego przesłodzony zapach. Nie byłam w stanie korzystać z tego produktu, jeśli gorzej się czułam, bo od razu robiło mi się mdło. Mimo to, być może spotkamy się kiedyś ponownie. Więcej przeczytacie w recenzji TUTAJ.

Następca: Lirene Design Your Style nawilżający kremowy mus.

8. Oczyszczający żel do mycia twarzy Normaderm; Vichy (moja tubka to gratis).
O tym jak skrajnymi uczuciami darzę ten produkt, mogłyście przeczytać już TUTAJ. Zdania nie zmieniłam i już raczej nie zmienię. Chyba dam sobie z nim spokój, bo nie mogę mu darować takiego wysuszenia twarzy, jakim mnie uraczył.

Następca: zależnie od domu - powrót do pianki Lirene Design Your Style oraz do kremu myjącego z Alterry.


9. Antyperspirant w kulce Aloe Vera; Rexona (50ml, ok.8-10zł).
Zdecydowanie jeden z najlepszych antyperspirantów. Świetnie chronił przed nieprzyjemnym zapachem,a to wszystko, czego wymagam od tego typu produktów. Sam w sobie również ładnie pachniał, niestety dość wolno zastygał. Próbowałam korzystać z antyperspirantów bez zawartości aluminium, ale u mnie one się po prostu nie sprawdzają. Z pewnością wypróbuję również inne wersje.

Następca: Dove z trawą cytrynową.

10. Szampon z ekstraktem z moreli i pszenicy; Alterra (200-250ml, ok.10zł).
To chyba moja ulubiona wersja. Mocno przypomina mi ubiegłoroczne wakacje. Sam szampon dobrze oczyszczał włosy i skórę głowy, również z olejów. Mam jednak wrażenie, że po pół roku korzystania z tych szamponów nasiliło mi się swędzenie skóry głowy na czubku (:P), więc na razie robię sobie od nich przerwę.

Następca: wyżej wspomniany Syoss oraz wymiennie szampon Babydream dla dzieci.


11. Chusteczki antybakteryjne; Tami (12szt., ok.2zł).
Całkiem przyzwoite chusteczki. Dobrze oczyszczały dłonie ze wszelkich zabrudzeń, niestety jest ich mało w opakowaniu, a i tak pod koniec były już niemal całkowicie wyschnięte. Raczej do nich nie wrócę.

Następca: żel antybakteryjny do rąk The Body Shop.


12. Żel po prysznic o zapachu borówki i wanilii; Alterra (250ml; ok.6zł?).
Moja relacja z tym produktem, to prawdziwe love-hate. Czasami zapach był relaksujący, a czasami nieznośnie słodki. Do tego dziwna glutowata konsystencja, właściwa produktom Alterry - o ile w szamponach ją lubię, tak w tym żelu była ona dość upierdliwa. Żel wprawdzie spełniał swoje zadanie, ale nie wróciłabym do niego nawet, gdyby był jeszcze dostępny.

Następca: żel pod prysznic melon & arbuz Tutti Frutti od Farmony.


13. Maska do włosów mleczna z elastyną; Bingo Spa (500g, ok.10-12zł).
Ten produkt podebrała mi mama, której skończyła się odżywka, więc tak naprawdę zdążyłam użyć jej dosłownie kilkukrotnie na początku oraz kilka razy pod koniec opakowania. Wrażenia po tych użyciach miałam naprawdę bardzo dobre, choć to trochę za mało, żeby zrecenzować ten produkt. Za to moja mama jest w tej masce zakochana! Już mamy kolejne opakowanie.

Następca: dokładnie ten sam produkt :)


14. Grapefruitowy scrub do stóp; Oriflame (75ml, ok.10zł?).
Przez lata nazbierałam mnóstwo tego typu produktów z Oriflame i chyba żaden nie spełniał moich oczekiwań w momencie, gdy moje stopy były w gorszym stanie. A złuszczyć stopy, które mają 3 suche skórki na krzyż, to żadna sztuka. Nigdy więcej.

Następca: kolejna ofiara zapasów - również peeling do stóp z Oriflame...

15. Serum do twarzy przywracające równowagę, Swedish Spa; Oriflame (50ml; 20-30zł).
A to dla odmiany produkt, który bardzo lubię i jest to moje drugie lub trzecie opakowanie. Stosowałam je zawsze, gdy moja cera wymagała dodatkowego nawilżenia, jak i wtedy kiedy była podrażniona np. po bliskim spotkaniu z zarostem mojego ukochanego... ;) Produkt za każdym razem dawał jej odczuwalne ukojenie, jednocześnie nie powodując ściągnięcia skóry. Chętnie jeszcze do niego wrócę.

Następca: na razie brak.


Baza pod cienie; Kobo (6g, ok.16zł).
To niestety wyrzutek tego miesiąca. Wprawdzie zostało mi jeszcze całkiem sporo produktu, niestety ze względu na wadliwe opakowanie zakrętka od początku sprawiała problemy w dokręceniu, a później po prostu przestała zakręcać się jakkolwiek. Dzięki temu powietrze miało swobodny dostęp do kosmetyku, a ten po prostu zgluciał i nijak nie da się go już zaaplikować na powieki bez rozcierania ich na pół twarzy... Do tego przy aplikacji pojawiały się trudne do rozsmarowania grudki. Chętnie kupiłabym ją ponownie, ale na razie trochę się zraziłam. Myślę jednak, że ta baza zasługuje na pełną recenzję, bo mimo wszystko to był naprawdę dobry produkt.

Następca: baza pod cienie Dax Cashmere.


No i bonusowo saszetka peelingu do stóp, otrzymanego od Agaty wraz z lakierami. Muszę przyznać, że produkt mnie zaciekawił i zastanowię się nad kupnem pełnowymiarowego opakowania, ponieważ naprawdę czułam różnicę po jego zastosowaniu.

No i to by było na tyle, jeśli chodzi o lipcowe zużycia. Dużo? Mało? A Wam jak poszło dziewczyny?
K.


Czytaj dalej

czwartek, 2 sierpnia 2012

Lipcowe zdobycze - zakupy, prezenty, wymianki & współprace :)

Witajcie Dziewczyny!

Lipiec był dla mnie wyjątkowo obfitym miesiącem! Przybyła mi dosłownie cała armia kosmetyków, część z nich, to efekty współprac, część to prezenty imieninowe, udało mi się również wygrać w trzech konkursach, a do tego dokonałam jednej bardzo przyjemnej wymianki! Wbrew temu, co zapowiadała pierwsza połowa miesiąca, znowu kupiłam dość sporo, ale z każdego zakupu jestem bardzo zadowolona, niektóre produkty kupiłam w świetnej promocji, inne kupiłam dlatego, że w końcu były dostępne, inne się pokończyły... Wiecie jak to jest! ;) Tym razem wyrzutów sumienia brak, bo praktycznie każda jedna z zakupionych rzeczy (no, może oprócz żeli) poszła już w obroty i mogłabym poklepać się po plecach z uznaniem za takie udane zakupy! :P

Gdybym miała wskazać miejsce, w którym najczęściej robiłam zakupy w tym miesiącu, to z pewnością byłby to Super-Pharm! Poprzednia gazetka, to było istne szaleństwo! :D

1. Zakupy.

Paletka Sleek Glory, którą pokazywałam już TUTAJ, to był mój absolutny must have w tym miesiącu. Londyn szczerze uwielbiam, więc to małe arcydzieło, w którym każdy poszczególny cień ma nazwę od linii londyńskiego metra musiała być moja! :)
Cena: ok.28zł

Żeby nie było jej smutno, zamówiłam flat top, na który już dawno miałam ochotę, a mianowicie Hakuro H50. Będzie idealny do testowania minerałów, ale chętnie sprawdzę go również z płynnym podkładem. 
Cena: ok.34zł

Do tego dorzuciłam dwa testety podkładu Dermacol, które mam zamiar używać w roli korektora - kolory 208 i 211.
Cena: 5zł

Moje skarby kupiłam na Allegro u Nowaszki.


Żele z Luksji kupiłam w ogromnej promocji w Super-Pharm, robiąc zakupy powyżej 30zł, można było kupić żel za 4zł. Na wszelki wypadek zapytałam mojego M. czy mam je kupić, ale on jest takim samym łowcą okazji, jak i ja (tyle, że w innych klimatach niż kosmetyczne ;)) i stanowczo przyklasnął temu pomysłowi! W końcu to tylko 4zł za aż 500ml produktu! (promocja)


Och! Jak ja polowałam na te szampony! Ich standardowa cena to bodajże 19,90zł i już byłam gotowa kupić zestaw promocyjny szampon + żel, ale coś mnie tknęło i odłożyłam go na półkę, a po powrocie do domu okazało się, że w kolejnej gazetce (teraz już nieaktualnej) szampony te były aż o połowę tańsze! Kupiłam od razu dwa, ponieważ zdobyły one aprobatę włosomaniaczek - Siempre La Belleza napisała o nim bardzo przychylną recenzję, a Anwen pochwaliła za skład! Poza tym 20% aloesu piechotą nie chodzi, moim zdaniem to szampon, który naprawdę ma szansę dać odczuwalny efekt! :)
Cena: ok.10zł/szt. (promocja)


Z żelooliwką z Lirene nieco się pospieszyłam, ponieważ w aktualnej gazetce Super-Pharm i bodajże Natury, są one tańsze o jakieś 2zł. Nic to, dokupię jeszcze wersję z mango i będę miała zapas żeli na cały najbliższy rok! Planuję powiększyć zapasy właśnie o mango i przy odrobinie szczęścia o żel malinowy z Balea i to by było na tyle w tym roku... :P
Cena: ok.8zł

Żel Original Source mięta i drzewo herbaciane, to właściwie prezent dla mojego chłopaka. Chciałam, żeby w te upały mógł wykąpać się w świeżych i orzeźwiających "oparach", zwłaszcza po siłowni. Najwyraźniej jednak mój M. również wkręcił się w denkowanie, ponieważ wielce uradowany odstawił go na półkę i dalej używa tego, co sama wstawię pod prysznic.... ;)
Cena: ok.6zł (promocja)


Kulka Dove - dotychczas używana Rexona już mi się skończyła, a Dove akurat było w promocji. Oczywista oczywistość! ;)
Cena: ok.8zł (promocja)

Mleczko do opalania Sun Ozon SPF 15 - tuż przed wyjazdem do Krakowa zorientowałam się, że mamy w domu tylko filtr SPF 30, a skoro my zamierzaliśmy raczej spacerować, niż plażować, to kupiłam na szybko Rossmanowskie mleczko. Wydawało mi się, że słyszałam o nim dobre opinie, ale jednak nie jesteśmy z niego szczególnie zadowoleni. Niby coś tam chroni, ale w dużym upale potrafi spływać z ciała białym strumieniem... Nie o to mi chodziło...
Cena: ok.7zł (promocja)


Baza pod cienie Cashmere od Dax Cosmetics - wybrałam ją ze względu na pozytywne opinie. Moja baza Kobo niestety zgluciała do reszty i ciężko ją rozprowadzić na oczach bez rozciągania powieki na pół twarzy, a ja nie zamierzam się przyczyniać w ten sposób do szybszego pojawienia się zmarszczek. Mam jeszcze bazę z Hean, ale ona urzęduje u mamy, natomiast Dax u ukochanego.
Cena: ok.25zł


Chwalony na blogach balsam do kąpieli Babydream fur Mama kupiłam w celu zastąpienia nim szamponów. Stoi u mamy, więc póki co korzystam z niego sporadycznie, ale muszę przyznać, że radzi sobie nawet ze zmywaniem olejów. Niestety trafiło mi się jakieś uszkodzone opakowanie, w sklepie było wszystko w porządku, ale jak tylko wróciłam do domu, to pół torby było zalane tym produktem... Póki mam go jeszcze dużo, to zakleiłam tą usterkę taśmą, ale rozglądam się za jakąś buteleczką do przelania...
Cena: ok.10zł


Moja ukochana maska z Bingo Spa - proteiny kaszmiru i kolagen - nareszcie zawitała znowu do Drogerii Jasmin! Póki co, to maska, które najlepiej sprawdziła się na moich włosach. Jak tylko odnowię z nią kontakt (a co za tym idzie przypomnę sobie konkretne uwagi), to naskrobię Wam recenzję, bo jeden taki słój mam już za sobą! :)
Cena: 12,49zł

Natomiast nową maskę z BioVax (keratyna + jedwab) kupiłam nieco wcześniej niż Bingo Spa, głównie dlatego, że mój Kallos powoli się kończy, a tych sprawdzonych z Bingo Spa nie mogłam trafić... No nic, na pewno się nie zmarnuje, bo traktuje moje włosy maseczkami 2-3 razy w tygodniu :)
Cena: 12,99zł (promocja)


Sytuacja niemal jak wyżej - tą maskę kupiłam razem z maską Bingo Spa ze zdjęcia wyżej - tyle, że poprzedni słój tej maski spodobał się mojej mamie, a ja zdążyłam z niej skorzystać raptem 5-6 razy. Kupiłam nową, ponieważ po pierwsze: te kilka użyć zrobiło na mnie pozytywne wrażenie, po drugie: chcę o niej napisać porządną recenzję, po trzecie: o tą maskę równie trudno, jak o tą z proteinami kaszmiru.
Cena: 11,39zł


Lakiery Essie - od lewej Tart Deco, Splash of Grenadine oraz Chinchilly - upatrzone już dawno temu, a kupione dzięki promocyjnemu kuponowi w Show. Swoim kuponem podzieliła się ze mną Sylwia, więc kupiłyśmy sobie po jednym lakierze na jej kupon.
Cena: ok.25zł/szt. (promocja)

(Wybaczcie marną jakość zdjęcia, postaram się to poprawić, jak będę miała lepsze światło - chciałam już puścić ten post, więc wrzuciłam takie, jakie miałam ;)).


Kolejna spora promocja w Super-Pharm - nie dość, że cała seria MaXSlim od Lirene była w promocji, to jeszcze przy zakupie dowolnego produktu z tej linii można było kupić peeling za ok.2zł. Kupiłam więc serum do biustu, bo mam co dźwigać, a moja miniaturka z Eveline powoli dobija do dna. W tej sytuacji grzechem byłoby nie skorzystanie z okazji, by kupić i peeling.
Cena: serum - 13,59zł (promocja), peeling - ok.2zł (promocja, a jakże ;))

2. Współprace.

Powyższy zestaw, to efekt współpracy z grupą Henkel. Wybrałam serię Syoss bez silikonów, myślę, że jeszcze kilka użyć i  wkrótce będę mogła napisać recenzję, ale pozwólcie mi się upewnić, co do mojej opinii ;)


W tym miesiącu nawiązałam współpracę również z marką Green Pharmacy, w ramach której wybrałam trzy kosmetyki widoczne na powyższym zdjęciu. Nie mam tylko pewności co do eliksiru, ponieważ przednia naklejka sugeruje wersję do włosów łamliwych, natomiast tylna etykieta sugerowałaby raczej eliksir do włosów wypadających... Taki psikus ;)

3. Prezenty, wymianki, wygrane etc.


Produkty widoczne na powyższym zdjęciu, to efekt wygranych na blogach Hexxany (we współpracy ze sklepem Cocolita) oraz Agu. O obu wygranych pisałam TUTAJ, swatche palety Darks znajdziecie TUTAJ, a swatche lakieru Ados TUTAJ.


Powyższe lakiery wygrałam w facebookowym rozdaniu na profilu Minti Shop. Mogłam wybrać sobie dwa lakiery z najnowszej glitterowej kolekcji, więc zdecydowałam się na Blue Glitter i Aqua Blue Glitter (od lewej).


Mleczko do ciała z Biotherm, to prezent imieninowy od mojej mam-nadzieję-przyszłej-teściowej, dostałam również piękną malinowoczerwoną dużą kosmetyczkę, idealną na wszelkie wyjazdy, dlatego nie załapała się na zdjęcia ;)

Za to peeling cukrowy z Perfecty, to część mojego imieninowego prezentu od mojego Ukochanego. Co najlepsze, on nie miał zielonego pojęcia, że czaiłam się na ten peeling już od dawna, tylko czekałam aż zużyję trochę zapasów! Mogę Wam zdradzić, że drugą częścią prezentu, była książka mojego ulubionego autora Harlana Cobena - Wszyscy Mamy Tajemnice, oczywiście już dawno ją pochłonęłam! ;)


Pierwszy cudak, to upragniony Sleek Pomergranate, który otrzymałam od kochanej Gray! Kto, jak kto, ale ona doskonale wiedziała jak bardzo chcę mieć ten róż w swojej kolekcji, zresztą od dawna zapowiadałam, że kupię go na jesieni! Już nie muszę! :)

Drugi cudak, czyli gradientowy róż z kolekcji Catrice Revoltaire, to efekt wymianki z Sylwią. Jej nie do końca odpowiadała pigmentacja i kolor tego produktu, a ja dokładnie to samo myślałam o bronzerze z Essence A New League, na który Sylwii nie udało się załapać! Win - Win! :)


No i na koniec coś, o czym każdy już chyba słyszał, czyli darmowe próbki od Annabelle Minerals. Nie załapałam się już na róże, więc wybrałam dwa najjaśniejsze kolory podkładów rozświetlających i średni kolor podkładu matującego. Kolory lub formuły nie do końca w takiej kombinacji, jakby się przydało, ale dzięki temu będę wiedziała w co celować w razie ewentualnego zamówienia! Mam nadzieję, że firma jeszcze powtórzy tą akcję! :)

Uff... To by było na tyle! Mam szczerą nadzieję, że w sierpniu nie będzie już żadnych super promocji i moje zakupy ograniczą się tylko do tych związanych z urlopem. W sierpniu wybieramy się m.in. na 4 dni do Rzymu, więc liczę na to, że kupię sobie jakieś drobiazgi z Kiko i Lush. Na pewno nie będą to całe tony, bo lecimy tylko z bagażem podręcznym, więc przynajmniej to mnie ogranicza (nie wspominając o zasobności portfela... :P). Naprawdę chciałabym we wrześniu "pochwalić się" Wam jedynie kilkoma drobiazgami oraz obfitym postem denkowym... ;)

Czego w powyższych kosmetyków używałyście? Na które z nich polujecie? I najważniejsze - co dobrego polecacie z Kiko i Lush - najlepiej lekkiego i w małej pojemności... :P
K.

P.S. Te z Was, które śledzą mój blog na FB zapewne znają już najciekawsze kąski z tego posta, ponieważ staram się wrzucać na bieżąco zdjęcia z co ciekawszymi zdobyczami, więc jeśli chcecie być na bieżąco, to zapraszam! Tam też pojawiają się często informacje o napotkanych promocjach lub edycjach limitowanych :)
Czytaj dalej
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Blog template designed by SandDBlast