Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PAT AND RUB. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PAT AND RUB. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 23 października 2014

Ulubieńcy września i października

Cześć Dziewczyny!

Po krótkiej przerwie, spowodowanej moim weekendowym wyjazdem do Wiednia, wracam do Was z ulubieńcami września i października. Tym razem zdecydowanie nie mogłabym sobie odpuścić tego rodzaju posta, ponieważ zdecydowałam się wyróżnić niemal same nowe produkty, z których większość pojawiła się u mnie we wrześniu. Każdy z nich zdecydowanie zasługuje na uwagę! :)


Tym razem dominację objęły produkty pielęgnacyjne, które bez reszty rozkochały mnie w sobie w ciągu ostatnich dwóch miesięcy. W zasadzie już teraz obstawiam, że do każdego z nich z przyjemnością będę wracać, gdy już wycisnę ostatnią kroplę z aktualnie używanych opakowań :)


Zacznijmy jednak od skromnej reprezentacji produktów kolorowych. Już w ostatnich ulubieńcach wspominałam Wam o tym, że - ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu - na powrót przekonałam się do błyszczyków. Przez co najmniej dwa lata omijałam ten rodzaj produktów szerokim łukiem, a te, które mimo wszystko do mnie trafiały, zwykle oddawałam mamie i koleżankom. Różany błyszczyk z Pat&Rub jest więc pierwszym, który kupiłam po długiej, długiej przerwie i jestem nim zachwycona! Cudownie pachnie różaną konfiturą, przyjemnie zmiękcza usta, umiarkowanie się klei i generalnie jest bardzo przyjemny w noszeniu. Oczywiście przy tym wszystkim ładnie nabłyszcza usta i sprawia, że wyglądają bardzo kusząco :)

Kolejnym produktem jest znowu coś do ust - tym razem pomadka MAC Plumful, która stała się również moim hitem na jesień! Jest to wyjątkowo popularny w blogosferze kolor, przez co siłą rzeczy i ja się nim zainteresowałam. W sztyfcie jest to piękny, fioletowawy odcień, który na moich ustach przybiera nieco winny odcień. Jestem nim oczarowana i wyjątkowo chętnie po niego sięgam.

Trzecim kolorowym produktem, po który sięgałam regularnie we wrześniu i październiku jest czarna kredka Exaggerate z Rimmel. Przez długie miesiące używałam tylko brązowych kredek, ale ostatnio nabrałam ochoty na ciut mocniejsze podkreślenie oka, więc czarna kredka wydała mi się niezłym rozwiązaniem. Lubię ją za to, że jest naprawdę trwała, ma głęboki kolor, jest miękka i naprawdę dobrze się nosi. Polubiłam ją na tyle, że skusiłam się na więcej kolorów :)


Seria Liście Manuka z Ziaji to kolejny hit blogosfery. Być może nie uległabym temu zbiorowemu szaleństwu, gdyby nie fakt, że ostatnio mam spore problemy z cerą, więc kiedy znalazłam tę serię w Rossmannie, postanowiłam wrzucić kilka kosmetyków do koszyka. Wśród nich znalazł się krem na noc z kwasem migdałowym, który rewelacyjnie wpłynął na większość moich problemów. Cera zaczyna wyglądać znacznie lepiej i choć nadal daleko jej do ideału, to jednak z dnia na dzień jej stan coraz bardziej się poprawia.

Balsam przeciw wypadaniu włosów z Seboradin, to kolejne odkrycie miesiąca. Bardzo dobrze wpłynął na kondycję moich włosów, zarówno jeśli chodzi o ograniczenie ich wypadania, jak i o ich ogólne nawilżenie. Więcej napisałam w recenzji, którą opublikowałam w ubiegłym tygodniu TUTAJ.


Ostatnie dwa produkty, to kosmetyki, które znalazłam w przesyłce z nowościami Lirene i Under Twenty, przesłanej przez niezawodną Panią Eriskę - Anię :) Żel Różany Ogród niemal od razu powędrował pod prysznic, tym bardziej, że ostatnio mam wyjątkową fazę na kosmetyki o tym zapachu, a ten żel idealnie odzwierciedla woń tych kwiatów. Takie prysznice to ja mogę brać codziennie! :)

Po urlopie w Chorwacji przez długi czas borykałam się z przesuszoną skórą na ciele, co jest jak na mnie wyjątkowo dziwne. Żaden z dotychczas używanych balsamów nie był w stanie poradzić sobie z tym problemem, więc za poleceniem Ani sięgnęłam po balsam z nowej linii Lirene Emolient. Wystarczyło kilka dni codziennego stosowania i w końcu pozbyłam się suchej i napiętej skóry! Polubiliśmy się na tyle, że Emolient stał się stałym elementem naszej codziennej pielęgnacji.

***
Jeśli chodzi o wrześniowo-październikowych ulubieńców to byłoby na tyle! W ciągu obu tych miesięcy regularnie sięgałam po każdy z omówionych wyżej produktów, niektóre z nich zdążyły już nawet dosięgnąć dna. Myślę, że dawno już nie trafiłam na tyle udanych kosmetyków do pielęgnacji. Stopniowo postaram się przygotować dla Was pełne recenzje omawianych ulubieńców.

Was natomiast zachęcam do podzielenia się Waszymi opiniami na ich temat, jeśli tylko miałyście już okazję z nich korzystać. A może któryś z nich szczególnie wpadł Wam w oko i chciałybyście go wypróbować? :)
Karotka
Czytaj dalej

piątek, 11 kwietnia 2014

Ulubieńcy lutego i marca

Cześć Dziewczyny!
Zbliżamy się już do połowy kwietnia, Święta za pasem, a u mnie już od dawna nie było ulubieńców miesiąca! Najwyższa pora zabrać się i za to, dlatego tym razem przedstawiam Wam dwumiesięcznych faworytów z lutego i marca!

Tak naprawdę w lutym niewiele produktów rzuciło mnie na kolana, a te, które zasługiwały na wyróżnienie w zasadzie już jakiś czas temu pojawiały się w ulubieńcach, dlatego z premedytacją dałam sobie więcej czasu do namysłu. I słusznie, bo marzec wraz z pierwszymi słonecznymi dniami przyniósł gromadkę nowych i nowych-starych ulubieńców, do których dołączył jedyny nowy produkt, który oczarował mnie w lutym. Zapraszam zatem na prezentację najlepszych z najlepszych ;))


Pierwszym z ulubieńców jest rewitalizujące masło do ciała z Pat&Rub. Ostatnio opisywałam Wam balsam do rąk i scrub cukrowy z tej serii, ale żaden z tych produktów nie uwiódł mnie jak to masełko. Produkt rewelacyjnie dba o kondycję mojej skóry, świetnie nawilża i odżywia skórę, a do tego pięknie i orzeźwiająco pachnie. Wiem, że nie każdej z Was przypadnie do gustu intensywnie cytrusowy zapach, ale ja go polubiłam, a do tego uważam, że idealnie sprawdza się do pielęgnacji po potreningowym prysznicu. Od razu ulatuje ze mnie chociaż część zmęczenia! :)

Pozostając nadal w temacie pielęgnacji ciała - kolejnym ulubieńcem został olejek do ciała z dziką różą i trawą cytrynową z Alverde. Ten produkt wiódł prym w mojej pielęgnacji głównie w lutym, ale nadal chętnie po niego sięgam. Lubię w nim to, że nie jest przesadnie tłusty i nawet moja normalna skóra świetnie sobie radzi z jego wchłonięciem. Olejek oczywiście dobrze nawilża i odżywia skórę, a do tego ma ciekawy zapach - lekko słodki, ale przełamany cierpką nuta trawy cytrynowej.

Moim kolejnym ulubieńcem pielęgnacyjnym jest też krem pod oczy z dziką różą z AA Eco. Przez kilka miesięcy używałam kremu z serii Gold Philoshopy z Bandi, ale byłam trochę zawiedziona jego wodnistą konsystencją. Chociaż nie mam większych problemów ze zmarszczkami, to wolę zapobiegać, niż leczyć, dlatego lubię w kremach pod oczy lubię nieco bardziej treściwą konsystencję, zwłaszcza jeśli mówimy o wieczornej pielęgnacji. Oczywiście trudno mi wypowiedzieć się o długofalowych efektach stosowania tego produktu, ale jak na razie spełnia moje oczekiwania zarówno w kwestii konsystencji, działania, jak i współpracy z kosmetykami do makijażu.


W czasie ostatnich dwóch miesięcy moje paznokcie zostały zdominowane przez trzy produkty, widoczne na zdjęciu powyżej. Przede wszystkim sprawdziłam w końcu o co ten cały szum z wysuszaczem z Kintetics i cóż... Wszystko wskazuje na to, że Kwik zdobędzie i moje serce! Zdradzałam go przez chwilę z Poshe, ale Kwik Kote jednak znacznie bardziej przypadł mi do gustu! :)

Jeśli natomiast chodzi o kolory, to w lutym najchętniej sięgałam po piękny lakier Essie Beyond Cozy, który dodawał błyszczącego akcentu każdemu kremowemu lakierowi (przykład macie TUTAJ), jednak juz w marcu moje paznokcie zdominował przepiękny, przecudowny Orly First Blush (KLIK). Nie pamiętam kiedy ostatnio sięgałam po jeden lakier tak często! Zakochałam się w nim tak bardzo, że już nabyłam pełnowymiarowe opakowanie! :)


W marcu, jak wiele z Was, kupiłam kilka organizerów na kosmetyki z Biedronki, w tym oczywiście słynny organizer z przegródkami na szminki. Umieściłam w nim kosmetyki, których używam codziennie, a do tego wyłożyłam na wierzch najbardziej codzienne pomadki, które chciałabym nosić na ustach częściej! Dzięki temu na nowo odkryłam moje dwie ukochane szminki - fuksjowo-fioletową L'Oreal Rouge Caresse w kolorze Rock'n'Mauve, którą mogłyście oglądać w TYM poście oraz piękną, nudziakoworóżową Maybelline Color Whisper w kolorze Lust For Blush!


Powyżej macie mały podgląd na oba kolory. Nie bierzcie go może zbyt dosłownie, bo Maybelline na moich ustach jest może ciut jaśniejsza i chłodniejsza, ale wygląda bardzo naturalnie i zdecydowanie daje dokładnie takie wykończenie jak na zdjęciu powyżej.


Pozostali dwaj ulubieńcy, to ponownie produkty do makijażu! Przede wszystkim mój ulubiony podkład mineralny z Lily Lolo w odcieniu China Doll, który już kilkukrotnie przewinął się przez blog. Co tu dużo, jednak podkłady mineralne są dla mojej cery bardziej łaskawe, niż zwykłe płynne podkłady, dzięki czemu makijaż wygląda na mnie lepiej, zaczynam się błyszczeć nieco później (i mniej intensywnie), a do tego nie borykam się z tyloma niespodziankami. Mam jeden produkt, z którym lubię go czasami zdradzać, ale niestety bardzo często kończy się to dodatkowymi nieprzyjaciółmi na twarzy, więc zawsze z pokorą wracam do Lily Lolo.

No i last but not least - paletka z cieniami z Inglota! Przez pewien czas leżała zapomniana w szufladzie, a teraz znowu się z nią przeprosiłam! Mam w niej kilka ulubionych cieni, które w zasadzie same malują, a dzięki dobrej bazie na powieki (ArtDeco) w końcu mogę też wyciągnąć dużo więcej z matowego, jasnego cienia, który przepięknie rozjaśnia oko! Do tego dorzucam trochę ciemniejszego cienia w zewnętrznym kąciku i już! Jest w niej kilka cieni, których używam rzadziej, niż myślałam, że będę to robić, ale generalnie mój zestaw uważam za bardzo udany! Całość możecie podejrzeć TUTAJ.

***
To by było na tyle! Oczywiście jak zawsze dajcie znać, czy znacie te produkty i co o nich sądzicie! Chętnie przeczytam też o produktach, które w ostatnim czasie skradły Wasze serducha :))
Karotka
Czytaj dalej

czwartek, 27 marca 2014

Pat&Rub - rewitalizujący scrub cukrowy (żurawina i cytryna)

Cześć Dziewczyny!

Po krótkiej przerwie na denko, wracam z recenzją kolejnego produktu Pat&Rub, który kupiłam jakiś czas temu. Kilka dni temu recenzowałam balsam do rąk z tej samej serii (KLIK), a dzisiaj chciałabym Wam przedstawić rewitalizujący scrub cukrowy z serii z żurawiną i cytryną.


Informacja od producenta:
"Pachnie orzeźwiająco cytryną.

Seria Rewitalizująca jest pogotowiem ratunkowym dla przesuszonej i wymagającej nawilżenia skóry. Kosmetyki z tej linii zawierają ekstrakt z żurawiny, która ma działanie antyoksydacyjne. Pachną przyjemnie i orzeźwiająco cytryną.

Rewitalizujący Cukrowy Scrub do Ciała delikatnie złuszcza, ekspresowo nawilża i poprawia wygląd skóry.
Nazywamy ten Scrub – Twoja Nowa Skóra.

Skóra staje się gładka i ujędrniona. Pięknie wygląda i pachnie.
Cytrynowy ekoaromat Rewitalizujacego Scrubu do Ciała przyjemnie odświeża zmysły i dodaje energii.
Żurawina zwalcza objawy starzenia się skóry, regeneruje i wzmacnia.
Olejek cytrynowy poprawia wygląd skóry: wygładza i oczyszcza.
Po użyciu Scrubu skóra nie potrzebuje dodatkowo balsamu lub masła po kąpieli. 

Kosmetyk NATURALNY z certyfikatem NATRUE."


DZIAŁANIE:
Scrub od Pat&Rub, jak sugeruje nazwa, powinien spełniać przede wszystkim funkcję złuszczającą i usuwać martwy naskórek z ciała podczas masażu, ale cóż... z tym bywa różnie. Jeśli jesteście fankami mocnych zdzieraków, to nie będziecie zadowolone z tego produktu. Ja sama bardzo lubię silne złuszczanie, ale tym razem musiałam albo spisać produkt na straty, albo zweryfikować swoje oczekiwania względem niego. Już wyjaśniam o co chodzi... :)

Jeśli chodzi o złuszczanie, jak już wspomniałam, nie jest ono imponujące. Warto wypracować sobie odpowiednią technikę aplikowania produktu, żeby uzyskać jak najlepsze efekty. U mnie najlepiej sprawdza się wmasowanie produktu w lekko zwilżoną skórę, koniecznie pełną dłonią tak, żeby ograniczyć odpadanie peelingu od ciała. Niestety bardzo łatwo go "zgubić", a im mniej ziarenek, które w dodatku dość szybko się rozpuszczają, tym słabszy efekt złuszczający. A ten i tak jest średni - jednak uważnie i dokładnie wykonany peeling delikatnie wygładza skórę, a czasami nawet uda mu się ją nieco zaczerwienić. I to jest właściwie słabsza strona tego produktu, ale...

...kosmetyk jednocześnie ma rewelacyjne działanie pielęgnacyjne! Scrub ma w swoim składzie szereg olejów i masło shea, dzięki czemu bardzo intensywnie nawilża i odżywia skórę, zostawiając na niej nieco tłustą, oleistą warstwę, dzięki czemu po kąpieli nie trzeba już stosować żadnych maseł, czy balsamów do ciała. Warto dać skórze kilka, kilkanaście minut na wchłonięcie się tej warstwy, ponieważ dzięki temu będzie ona nawilżona naprawdę na długie godziny.


KONSYSTENCJA:
W opakowaniu produkt wygląda jak gęsta pasta cukrowa, ale na skórze łatwo dzieli się na mniejsze grudki. Podczas aplikacji i masażu trzeba go mocno kontrolować i przyciskać do skóry, bo w innym wypadku jest bardziej, niż pewne, że więcej scrubu znajdziecie w brodziku/wannie, niż na sobie.

ZAPACH:
Produkt ma przepiękny, intensywnie cytrynowy zapach, właściwy dla całej linii rewitalizującej. Niektóre z Was pod recenzją balsamu do rąk pisały, że ten zapach był dla Was zbyt męczący, ale dla mnie był on odpowiedni - raczej orzeźwiający i bardzo przyjemny.

OPAKOWANIE:
Opakowanie scrubu, to spory, zakręcany plastikowy słój o pojemności 500 g. Produkt jest oryginalnie zabezpieczony w środku srebrną folią, dzięki czemu widać, czy ktoś już wtykał tam swój nos przed nami ;)) Opakowanie jest oczywiście jedynym słusznym, ponieważ nie utrudnia wydobycia produktu i umożliwia jego zużycie do samego końca.

WYDAJNOŚĆ:
Trudno mi ocenić wydajność produktu, ponieważ po pierwszych - mało udanych próbach - odstawiłam go na pewien czas do szafki. Teraz sięgam po niego raz na tydzień, raz na dwa tygodnie, dlatego nie ubywa mi go przesadnie szybko, ale przy regularnym stosowaniu (np. 2 razy w tygodniu) obstawiałabym, że wystarczy go mniej więcej na dwa miesiące.

CENA/DOSTĘPNOŚĆ:
W cenie regularnej produkt kosztuje 79 zł i jest dostępny przede wszystkim na stronie internetowej producenta, a także m.in. w perfumeriach Sephora. Oczywiście jest to dość wysoka cena, dlatego warto korzystać z różnego rodzaju promocji czy to na stronie Pat&Rub, czy w przypadku Dni VIP w Sephora itp.


SKŁAD:
Sucrose, Vitis Vinifera (Grape) Seed Oil, Olus (Vegetable) Oil, Olea Europaea (Olive) Fruit Oil, Orbignya Oleifera Seed Oil, Decyl Cocoate, Butyrospermum Parkii , Cera Alba, Glyceryl Stearate, Olive (Olea Europaea) Oil, Hydrogenated Vegetable Oil, Persea Gratissima (Avocado) Oil, Hydrogenated Vegetable Oil, Theobroma Cacao (Cocoa) Seed Butter, Parfum, Vaccinium Macrocarpon (Cranberry) Fruit , Tocopherol (mixed), Beta-Sitosterol, Squalene, Citrus Medica Limonum Peel Oil, Citral, Geraniol, Citronellol, Linalool, Limonene

***
Wydawać by się mogło, że jestem z tego produktu niezadowolona i rzeczywiście - na początku tak właśnie było. Spodziewałam się znacznie mocniejszego zdzieraka, więc trochę mnie zaskoczył swoją (nie)mocą. Dodatkowo na minus zaliczyłabym mu trudną we współpracy konsystencję, która sprawia, że produkt jest wszędzie, tylko nie na ciele (za to na wannie/brodziku w szczególności!). Kiedy jednak znalazłam już na niego swój sposób, doceniłam jego ogromne walory pielęgnacyjne. Generalnie nie jestem fanką produktów, które zostawiają na skórze jakiś film, bo często-gęsto jest to zasługa parafiny, tu jednak jej nie znajdziecie, dlatego warto dać szansę wartościowym składnikom. Tego rodzaju "powłoczka" przekonuje mnie znacznie skuteczniej :)

Produkt mogłabym polecić osobom, którym nie zależy na bardzo intensywnym złuszczeniu naskórka i które lubią poświęcić dłuższą chwilę na zabiegi pielęgnacyjne. Myślę, że będziecie z niego zadowolone, tym bardziej, jeśli cenicie sobie przyjazny dla skóry skład. Produkt odradzam natomiast fankom mocnych zdzieraków - z pewnością będziecie zawiedzione, chyba że z góry nastawicie się na przewagę walorów odżywczych nad złuszczającymi ;))

Pomimo tego, że ostatecznie jestem dosyć zadowolona z tego produktu, to jednak sądzę, że raczej do niego nie wrócę. Nie ukrywam, że kupowałam go raczej z myślą o usuwaniu martwego naskórka, bo do pielęgnacji kupiłam masło z tej samej linii - i przy takim klasycznym zastosowaniu produktów chciałabym zostać. Znacznie bardziej wolę zainwestować w masło, wyposażone w równie interesujące składniki, a rolę peelingu pozostawić produktom z niższej półki cenowej... ;))

Koniecznie dajcie znać, czy miałyście już okazję używać scrubów z Pat&Rub? Wiem, że cieszą się one sporą popularnością, ale ja chyba nie będę - mimo wszystko - należeć do grona ich miłośniczek. Chyba, że poszczególne wersje tak bardzo się między sobą różnią (podobno wersja Home Spa jest mocniejsza z racji dodatku soli)?
K.
Czytaj dalej

sobota, 22 marca 2014

Pat&Rub - rewitalizujący balsam do rąk (żurawina i cytryna)

Cześć Dziewczyny!

Dzisiaj wracamy do recenzowania produktów pielęgnacyjnych - tym razem zapraszam Was na kilka zdań na temat kolejnego z produktów Pat&Rub, który trafił w ręce jako jeden z pierwszych. Tym razem mowa o rewitalizującym balsamie do rąk z ekstraktami z żurawiny i cytryny! :)


Informacja od producenta:

DZIAŁANIE:
Jakiś czas temu zrecenzowałam rewelacyjny otulający balsam do dłoni (KLIK), który zachwycił mnie zarówno swoim działaniem, jak i zapachem. Tym razem nie jest aż tak pozytywnie, bo choć balsam do rąk z serii rewitalizującej, to produkt dobry, to jednak w porównaniu z wyżej wymienionym wypada średnio. 

Przede wszystkim odniosłam wrażenie, że ta wersja działa na moją skórę po prostu słabiej - nawilżenie jest mniejsze, za to natłuszczenie jest dłużej odczuwalne, ale jednocześnie nieco bardziej upierdliwe, jeśli zależy nam na czasie. Nie jest to może najlepszy krem do pracy, bo potrzebuje kilku minut, żeby się całkowicie wchłonąć, zanim przestanie tłuścić wszystko na około, ale w innych sytuacjach sprawdza się dobrze, więc często zdarzało mi się nosić go w torebce. Ten krem polecałabym raczej właśnie teraz, w okresie wiosennym, ponieważ sama zimą lubię bardziej - o losie - otulające kremy, które czuć na dłoniach, ale które nie zostawiają tłustych śladów i ekspresowo się wchłaniają.

Producent dedykuje tę wersję osobom z bardzo suchymi dłońmi, ale moim zdaniem niestety to może być za mało. Produkt nieźle nawilża i zmiękcza skórę, ale pomimo moich pozytywnych wrażeń, uważam, że Pat&Rub stać na więcej! ;)

KONSYSTENCJA:
Produkt ma lekką konsystencję, nie jest lejący i nie ucieka z dłoni. Bardzo łatwo się rozprowadza, ale jak już wspomniałam, wymaga kilku minut do całkowitego wchłonięcia się.


KOLOR/ZAPACH:
Krem jak to krem, ma biały kolor, a w jego zapachu dominują zdecydowanie nuty cytrusowe (zresztą producent wspomina o zapachu cytrynowym). Nie wyczuwam tu żurawiny, a trochę szkoda, bo to mogłoby być bardzo ciekawe i nietypowe połączenie. Zapach jest dosyć intensywny i długo wyczuwalny na skórze, co mi akurat się podoba - zresztą mam z tej serii równie pięknie pachnące masło do ciała :)

OPAKOWANIE:
Produkt umieszczono w bardzo wygodnym opakowaniu z pompką typu air-less, dzięki czemu krem można zużyć praktycznie do końca. Tuba ma pojemność 100 ml, a zużycie produktu możemy obserwować, dzięki przerwie w etykiecie, bo samo opakowanie jest półprzezroczyste. Uważam, że to bardzo wygodne rozwiązanie, tym bardziej, że dzięki temu mogę się spodziewać, kiedy nadejdzie pora na wymianę tuby w torebce ;)


WYDAJNOŚĆ:
Produkt ma raczej standardową wydajność - używany regularnie, kilka razy dziennie, wystarcza mniej więcej na 1,5-2 miesięcy.

CENA/DOSTĘPNOŚĆ:
Balsam można kupić na stronie producenta w cenie 39 zł, a także m.in. w perfumeriach Sephora. Warto polować na wszelkiego rodzaju okazje i rabaty, zwłaszcza w sklepie internetowym Pat&Rub, ponieważ często można kupić te kosmetyki znacznie taniej, dzięki możliwości łączenia rabatów, których firma nie szczędzi przy najrozmaitszych okazjach :)


SKŁAD:

Krótko podsumowując - cieszę się, że kupiłam ten produkt, bo od dawna kusiła mnie ta wersja zapachowa, jednak - w porównaniu z wersją otulającą balsamu - wersja rewitalizująca odrobinkę mnie rozczarowała w kwestii właściwości pielęgnacyjnych. Jest dobrze, ale wiem, że może być lepiej, dlatego do żurawino-cytryny raczej już nie wrócę.

Znacie balsamy do rąk z Pat&Rub? Jaka wersja jest Waszą ulubioną? :)
K.
Czytaj dalej

poniedziałek, 10 marca 2014

Największe denko świata, czyli czteromiesięczny zbiór pustaków :)

Cześć Dziewczyny!

W końcu zebrałam się na odwagę, żeby zabrać się za rozprawienie się z pustymi opakowaniami z ubiegłego roku, a konkretniej z ostatnich czterech miesięcy 2013 roku... O ile nadrabianie nowości nie ma po takim czasie większego sensu, bo większość z nich albo już pojawiła się na blogu, albo jeszcze się na nim pojawi, tak w przypadku denkowego posta, to już ostatni dzwonek, żeby dać Wam znać co sądzę o produktach, które zużyłam w całości, a które nie zawsze zasługują na pełną recenzję.


Żeby nie było za długo i zbyt nudno, to postaram się omówić każdy z produktów w miarę zwięźle - i tak darowałam już sobie próbki i odlewki... :D Tym razem nie wskazuję następców, bo po takim czasie naprawdę nie pamiętam już jak to dokładnie wyglądało... ;)

Pierwsza partia zdjęć była robiona jeszcze starym aparatem, gdzieś w listopadzie, więc jakościowo są takie sobie, ale tym razem liczy się przede wszystkim treść, więc jestem pewna, że wybaczycie mi te kilka mniej urodziwych zdjęć :)



1./2. Żele pod prysznic Plum & Maple Syrup; Dragon Fruit & Capsicum; Original Source (250ml; ok.8-9zł).
Żele z Original Source co jakiś czas przewijają się na moim blogu, co tylko potwierdza to, że chętnie po nie sięgam i regularnie do nich wracam. Podoba mi się to, że marka co jakiś czas wypuszcza sezonowe nowości i każda z nich prędzej czy później trafia w moje ręce. Odpowiadają mi zarówno ich właściwości, jak i zapachy. Żele dobrze oczyszczają moją skórę, ale jej nie wysuszają :)


3. Multifunkcyjny balsam do ciała 10w1 BB Beautiful Body; AA (400 ml; ok. 15zł).
Mam wrażenie, że już coś pisałam na temat tego balsamu, ale nie mogłam znaleźć tej wzmianki. W każdym razie balsam okazał się być bardzo przyzwoitym smarowidłem, może nawet nieco zbyt treściwym, jak dla mnie. Dobrze nawilżał skórę moją i mojego faceta, a przy tym miał stosunkowo neutralny zapach. Momentami dawało się wyczuć w nim nutę charakterystyczną dla produktów z mocznikiem, ale nie było to zbyt uciążliwe. Pod koniec korzystania z produktu opakowanie stało się nieco uciążliwe, ponieważ produkt ma dość gęstą konsystencję i coraz trudniej było go wydostać. Później korzystałam z innej wersji, a teraz przez pewien czas nie planuję powrotu.

4. Płyn do higieny intymnej; Facelle (300 ml; ok.7zł).
Ten płyn z pewnością jest dobrze znany większość z Was. Swego czasu robił furrorę na blogach jako produkt do mycia ...wszystkiego. Ja stosowałam go dwojako - albo zgodnie z przeznaczeniem, albo jako łagodny produkt do oczyszczania włosów. Płyn Facelle jest pozbawiony SLS/SLES, dzięki czemu nie podrażnia ani miejsc intymnych, ani skóry głowy w przypadku stosowania go zamiast szamponu. U mnie sprawdził się bardzo dobrze! Polubiłam go, więc jeszcze nie raz pojawi się na mojej półce.


5. Dwufazowy płyn do demakijażu; Balea (100ml, ok. 10zł przez internet).
Po wakacjach zrobiłam większe zamówienie na stronie Kokardi i zamówiłam m.in. ten płyn do demakijażu. Od pewnego czasu niemal całkowicie porzuciłam micele i stosuję głównie dwufazówki, a o tej czytałam trochę dobrych rzeczy, więc miałam ochotę ją wypróbować. Choć produkt nie jest zły, to jednak doszłam do wniosku, że nie jest na pewno na tyle dobry, żeby bawić się z sprowadzanie go lub zamawianie przez internet. Niby wszystko dobrze zmywał, niby nie zostawiał przesadnie tłustej warstwy, ale dwufazówka z Lirene i tak bije go na głowę i to tego produktu zamierzam się trzymać. Powrotu do Balea nie planuję.

6. Orzeźwiający krem przeciw niedoskonałościom; Sanoflore (50ml; ok.50 zł).
Ten krem urzekł mnie przede wszystkim naturalnym składem, potwierdzonym certyfikatem EcoCert i z tego względu zdecydowałam się na zakup. Produkt dobrze się sprawdził na mojej skórze, całkiem nieźle utrzymywał ją w ryzach. Nie był szczególnie pomocy w kwestii ograniczenia przetłuszczania skóry, ale za to pomagał w gojeniu się wyprysków i częściowo pewnie zapobiegał ich pojawianiu się w innych miejscach twarzy poza brodą. Byłam z niego zadowolona, więc nie wykluczam powrotu.

7. Nawilżająco-rozjaśniający krem pod oczy Wrażliwa Natura; AA (15ml, ok.15 zł).
Krem, którego używałam z niemała przyjemnością - dobrze sobie radził z nawilżeniem delikatnej skóry wokół oczu i dbał o jej kondycję. U mnie nie rozjaśniał jakoś szczególnie skóry, ale też nie mam z tym większych problemów. Nie wiem tylko, czy nadal jest dostępny, bo ostatnio zniknął mi z widoku. Jeśli go znowu spotkam, to bardzo możliwe, że ponowię zakup. Więcej napisałam o nim TUTAJ.


8. Nawilżająca odżywka do włosów suchych i zniszczonych; Isana (300ml; ok.6 zł).
Zużyłam ją już tak dawno temu, że nie pamiętam zbyt wiele swoich wrażeń na jej temat, ale jedno jest pewne - nie zastąpi mi odżywki z olejem babassu, która była rewelacyjna! Ta jest po prostu przyzwoita. Nawilżenie włosów po jej użyciu było ok, nie były splątane, nie puszyły się, ale niczym szczególnym mnie nie ujęła. Wszystko było po prostu przyzwoite, bez fajerwerków, dlatego nie wiem, czy skuszę się na nią ponownie.

9. Szampon do włosów pozbawionych blasu; Shine Boost; Syoss (500ml; ok.15zł).
Do tego szamponu wracamy z moim facetem na okrągło. To on korzysta z niego regularnie, ale ja mu go co jakiś czas podkradam, bo nie dość, że dobrze oczyszcza włosy i skórę głowy, nie podrażnia, to jeszcze pięknie pachnie i jeszcze zdaje się naprawdę nieco nabłyszczać włosy. Mój facet nie chce używać innego, a ja z chęcią mu go kupuję, więc jest to stały bywalec w naszej łazience :)


10. Jedwab do włosów; CHI (15ml; 10zł).
Ten jedwab kupiłam u mojej fryzjerki jakiś czas temu i chyba tylko w salonach kosmetycznych jest dostępny stacjonarnie. Mimo, że to ten sam producent, co w przypadku jedwabiu Biosilk (Farouk), to CHI jest o niebo lepszy jeśli chodzi o skład, ponieważ nie zawiera alkoholu, który na dłuższą metę zamiast chronić końcówki, jeszcze mocniej je wysusza. Gdyby CHI był łatwiej dostępny, kupowałabym go znacznie częściej, bo bardzo lubię jego działanie - świetnie zabezpiecza końcówki włosów i pomaga je nieco okiełznać. Na pewno jeszcze nie raz do niego wrócę.

11. Suchy szampon Batiste (50ml; ok.8 zł).
Ta miniaturka Batiste, to mój pierwszy kontakt z tymi szamponami i od razu udany! Co tu dużo gadać - nie wyobrażam sobie już funkcjonować bez Batiste, bo ratują mnie zawsze wtedy kiedy nie mam czasu na mycie klapniętych i lekko tylko nieświeżych włosów. Więcej napisałam w obszernej recenzji wszystkich wersji Batiste, które przetoczyły się przez moje ręce - KLIK.


12./13/14. Żele pod prysznic Raspberry&Vanilla, Orange&Liquorice, Mango&Macadamia; Original Source (250 ml; ok.8 zł).
Jak już wspomniałam w pierwszym punkcie tego megadenka - do żeli Original Source po prostu lubię wracać i chętnie sięgam po kolejne wersje. Następne trzy puste opakowania tylko dowodzą tego, że nie kłamałam... :)


15. Szampon do włosów suchych; Miracle Moist; Aussie (300 ml; ok.25 zł).
Ten szampon wywarł na mnie umiarkowane wrażenie. Chociaż dobrze oczyszczał i - o dziwo - nie podrażniał skóry głowy, to jednak w moim przypadku nie wyróżnił się na tyle, żeby usprawiedliwić jego wysoką cenę. Było przyjemnie, ale powrotu nie planuję. Więcej napisałam w recenzji - TUTAJ.

16. Szampon wzmacniający do włosów osłabionych; H-Keratineum; Pharmaceris (250 ml; ok.25 zł).
Za to cenę tego szamponu jest w stanie w pełni zrozumieć! Nie tylko dobrze oczyszczał włosy i skórę głowy, ale też przyczynił się u mnie do znacznego ograniczenia wypadania włosów oraz złagodzenia swędzenia skóry głowy, które od czasu do czasu zdarzało mi się na czubku głowy. Regularne stosowanie tego szamponu pomogło mi się niemal całkowicie pozbyć tej dziwnej przypadłości. Spodobał mi się na tyle, że już mam jedną buteleczkę w zapasie!


17. Krem do mycia ciała o zapachu wanilii; Lirene (400ml; ok.14 zł).
Ten produkt okazał się być naprawdę świetnym wyborem na jesienno-zimowe dni, ponieważ przyjemnie pachniał wanilią, a do tego okazał się być bardzo przyzwoitym produktem oczyszczającym. Dobrze mył i nie wysuszał mojej skóry. W kolejce czekają dwie inne wersje zapachowe, więc postaram się napisać im za jakiś czas wspólną recenzję :)

18. Balsam z papają; Youngy; Lirene (400ml; ok.15 zł).
Te balsamy pokochaliśmy z moim facetem od pierwszego użycia! Dobrze nawilżają skórę (choć dla bardzo suchych skór, to może być za mało!), ale nie zostawiają ciężkiej, tłustej warstwy. Szybko się wchłaniają i przepięknie pachną! W międzyczasie zdążyliśmy wykończyć też wersję z mango, a pozostałe dwie czekają już w kolejce. Na pewno na stałe zadomowią się w naszej łazience!

19. Aktywny balsam antycellulitowy; Stop Cellulit; Lirene (250ml; ok.13 zł).
To już moja druga butla tego balsamu, a trzecia czeka w kolejce. Nie jest to żaden produkt cud, ale lubię po niego sięgać trochę dla spokoju ducha. Sprawdza się lepiej, niż seria MaXSlim, ale wiadomo, że bez ćwiczeń efekty nie będą zbyt spektakularne. Dobrze wygładza skórę i nawilża strategiczne partie ciała, ale do prawdziwego działania antycellulitowego potrzeba więcej chęci i aktywności z naszej strony.


20./21./22./23. Mydła w piance do mycia rąk; Bath & Body Works (259 ml; cena regularna - 29 zł).
Uwielbiam pianki z BBW i jak widać regularnie przewijają się one przez moją łazienkę. W moim przypadku raczej nie zdarza się, żeby wysuszały mi dłonie, dużo bardziej widzę to, gdy stosuję zwykłe mydła w płynie, ani nie powodują nieprzyjemnego uczucia ściągnięcia skóry. Raczej nie kupuję ich w regularnej cenie, tylko korzystam z różnego rodzaju promocji lub wyprzedaży. Aktualnie ponownie korzystam z wersji Sea Island Cotton.


24. Balsam do ciała Twilight Woods; Bath & Body Works (236 ml; aktualnie cena regularna wynosi 49 zł).
Uwielbiam te balsamy do ciała, ponieważ naprawdę dobrze nawilżają moje ciało, choć tutaj zawsze podkreślam, że nie mam problemów z przesuszającą się skórą. Dla mnie nawilżenie jest na wysokim poziomie i większego zwyczajnie raczej nie potrzebuję. Balsamy sprawdziły się nawet zimą, kiedy sezon grzewczy i mrozy potrafią dać skórze w kość. Sięgam po nie bardzo chętnie przez cały rok i zazwyczaj wybieram wersję zapachową odpowiednią do wody toaletowej, po którą sięgam danego dnia, a to właśnie Twilight Woods był jednym z najczęściej wybieranych przeze mnie zapachów :) W tej chwili mam balsam potrójnie nawilżający z tego samego wariantu zapachowego.

25. Żel pod prysznic Twilight Woods; Bath & Body Works (295 ml; aktuanie cena regularna wynosi 49 zł).
Żel z tej samej linii zapachowej, co wyżej opisywany balsam również mocno przypadł mi do gustu. Nie tylko intensywnie pachniał, ale też dobrze oczyszczał skórę i nie wysuszał jej. Cena jest mocno wygórowana, zwłaszcza po podwyżce, dlatego wrócę do niego tylko, jeśli upoluję go w jakiejś dużej promocji. Szkoda, że BBW idzie z cenami w bardzo złą stronę, bo trochę mnie to hamuje przed kolejnymi zakupami, no ale to nie jest temat na denkowy post... ;)

26. Balsam do ciała Dark Kiss; Bath & Body Works (236 ml; aktualnie cena regularna wynosi 49 zł).
Właściwie o właściwościach tego balsamu mogłabym napisać to samo, co o Twilight Woods. Po prostu Dark Kiss, to kolejny z moich ulubionych zapachów na jesień i zimę. Już mam kolejną buteleczkę, bo po prostu kocham ten zapach! :)

27. Żel antybakteryjny; Paris Amour; Bath & Body Works (29ml; ok.8 zł).
Bardzo polubiłam żele antybakteryjne z BBW za to, że nie pachną alkoholem tak, jak żele innych firm. Tutaj naprawdę czuć przyjemny zapach, a działanie antybakteryjne jest zachowane. Plusem jest duży wybór wariantów zapachowych i częste promocje na kilka sztuk żeli. Teraz noszę w torebce inną wersję - Carribean Escape. Więcej o żelu Paris Amour napisałam TUTAJ.


28. Otulający balsam do rąk; Pat&Rub (100 ml; 45 zł).
Absolutny strzał w 10! Dla mnie ten balsam okazał się naprawdę hitem i bardzo chętnie po niego sięgałam! Bardzo dobrze dbał o kondycję moich dłoni, świetnie je nawilżał i odżywiał, zapobiegał zimowym przesuszeniom, a do tego cudownie pachniał! W końcu połączenie w którym cytryna jest nieco stłumiona słodkim karmelem i wanilią - bardzo niebanalne, a jednocześnie bardzo udane połączenie. Więcej napisałam w recenzji TUTAJ. Już mam kolejne opakowanie i cieszę się, że linia otulająca zostaje w ofercie Pat&Rub na stałe! :)

29.Parafinowy krem do rąk; Lirene (100 ml; ok.8 zł).
Kolejny bardzo udany krem do rąk, tym razem z innej półki cenowej, niż Pat&Rub. Muszę szczerze przyznać, że te dwie marki są moimi ulubionymi, jeśli chodzi o kremy do rąk i rzadko sięgam teraz po inne firmy. Krem z Lirene sprawdził się rewelacyjnie jako krem ochronny do dłoni, szczególnie w pracy! Może nie nawilżał zbyt spektakularnie, ale za to świetnie chronił delikatną skórę przed zacięciami od papieru i innych tego typu biurowych predatorów :D Na pewno jeszcze do niego wrócę! Więcej przeczytacie w recenzji TUTAJ.

30. Rumiankowy krem do rąk; Isana (100ml; ok.5 zł).
Z kremami Isany łączą mnie różne relacje - niektóre z wersji limitowanych uwielbiałam, inne nienawidziłam, a te ze stałej oferty troszeczkę pomijam. Do tej pory faworytem była wersja z mocznikiem, natomiast wersja rumiankowa była po prostu ok. Krem umiarkowanie nawilżał skórę, ale trzeba mu było dać chwilę, żeby się wchłonął. Nic specjalnego, ale może go jeszcze kupię, bo to jedyny krem, którego nie bał się dotknąć mój facet ;)


31. Dwufazowy płyn do demakijażu oczu; Lirene (125ml; ok.12 zł).
Kiedyś wręcz nienawidziłam płynów dwufazowych i do demakijażu używałam tylko i wyłącznie płynów micelarnych, ale odkąd pierwszy raz wpadł mi w ręce płyn z Lirene, nagle okazało się, że dwufazówki nie są już tak kiepskie, jak te, których kiedyś używałam. Na początku po prostu go polubiłam, więc kiedy potrzebowałam kupić dwufazówkę, które poradzi sobie w wakacje z demakijażem wodoodpornego tuszu do rzęs, sięgnęłam ponownie po Lirene. W międzyczasie sprawdzałam jeszcze inne płyny i trafiały się różne, ale Lirene dosłownie pokochałam, bo ekspresowo radzi sobie z każdym makijażem, a przy tym nie podrażnia oczu i nie zostawia przesadnie tłustej warstwy, no i co najważniejsze - nie mgli oczu :) Dla mnie to teraz must have - wracam do tego płynu na okrągło, nawet teraz zużywam kolejną buteleczkę! Więcej przeczytacie w recenzji KLIK :)

32. Maska oczyszczająca Catastrophe Cosmetic; Lush (75g; ok. 7 funtów).
Ta maska, to mój lushowy hit. Zamawiam ją kiedy tylko trafi mi się możliwość, bo żadna inna maska nie oczyszcza i nie rozjaśnia mojej skóry tak pięknie, jak ta! Więcej przeczytacie w recenzji - KLIK! :)

33. Antybakteryjny żel myjący Siarkowa Moc; Barwa (120ml; ok.15 zł).
Żel był całkiem przyzwoitym produktem oczyszczającym i generalnie nieźle się sprawdził na mojej cerze, ale szybko zaczął mnie drażnić jego zapach. Było miło, ale raczej więcej się nie spotkamy. Zapraszam do przeczytania konkretów w recenzji - KLIK ;)

34. Tonik nawilżający-oczyszczający; Lirene (200ml; ok.12 zł).
To mój absolutny faworyt, jeśli chodzi o toniki! Sięgam po różne tego typu produkty, ale ostatecznie i tak zawsze wracam do tego! Świetnie orzeźwia skórę, pięknie pachnie i daje poczucie czystej skóry (oczywiście po uprzednim dokładnym demakijażu). Niweluje uczucie ściągnięcia po myciu twarzy i dobrze przygotowuje ją na przyjęcie kremu. W użyciu mam teraz kolejną butelkę! A wszystkie zachwyty przeczytacie w recenzji - KLIK :)

35. Lekki krem głęboko nawilżający; Vita-Sensilium; Pharmaceris (50ml; ok.35-40 zł).
To mój kolejny hit, jeśli chodzi o pielęgnację! Uwielbiam ten krem pod każdym względem! Świetnie nawilża moją mieszaną cerę, a jednocześnie nie prowokuje jej do zwiększonego wydzielania sebum, właśnie dzięki temu, że utrzymuje jej prawidłowe nawilżenie. Daje mi wyraźne poczucie ulgi zawsze wtedy, kiedy moja skóra potrzebuje większej czułości i utrzymuje ją w dobrej kondycji, nawet jeśli jestem chora. Aktualnie zużywam już trzecie opakowanie. Wszystko o tym kremie napisałam w recenzji TUTAJ.


36. Krem złuszczająco-zmiękczający na zniszczone pięty; Propodia (40 ml; ok.15-20 zł).
Kupiłam ten krem z myślą o złuszczeniu nagromadzonego na piętach zgrubiałego naskórka, ale dopiero skarpetki złuszczające poradziły sobie z tym problemem. Myślę, że to kwestia odpowiedniego stężenia kwasów, a w kremie nie jest ono przecież odpowiednio wysokie. Na pewno jego zaletą było to, że dosyć szybko nawilżał i natłuszczał stopy na tyle, że większość suchych miejsc, po kilku aplikacjach, przestawała być widoczna. Nie jestem ani na tak, ani na nie i naprawdę nie wiem, czy jeszcze wrócę do tego produktu.

37. Zmywacz Nail Art; Essence (150 ml; ok.8 zł).
Kupiłam ten zmywacz z polecenia Mani i byłam z niego w miarę zadowolona. Rzeczywiście nie wysuszał skórek ani paznokci, więc pewnie będę do niego wracać raz na jakiś czas, bo zmywacz z Isany jest dobry, ale czasem warto zrobić sobie od niego przerwę, bo ma paskudną tendencję do przesuszania paznokci. Niestety zmywacz z Essence wymaga trochę cierpliwości, bo - jak to ze zmywaczami bez acetonu - chwilę trwa zanim całkiem rozpuści lakier i ściągnie go z paznokci.


38. Woda toaletowa Forever Red; Bath & Body Works (miniaturka).
Tę miniaturkę dostałam dawno, dawno temu do przetestowania i przyznam się szczerze, że bardzo mocno ją oszczędzałam, bo zapach baaaardzo mocno przypadł mi do gustu i mam naprawdę ogromną ochotę na jego pełnowymiarową buteleczkę. Pewnie prędzej czy później skuszę się na ten zapach, bo to zdecydowanie moja bajka - ciepły, otulający i bardzo zmysłowy! :)

39. Puder matujący Dream Matte Powder; Maybellie (ok.35-40 zł/szt.).
To był mój ukochany puder matujący z tych dostępnych w drogerii, ale niestety wszystko wskazuje na to, że marka postanowiła wycofać go z produkcji. Żałuję, bo to naprawdę rewelacyjny produkt, który zapewniał mi matową cerę na długie godziny!

40. Bibułki matujące; Marion (ok. 12 zł).
Kupiłam te bibułki w zastępstwie tych dotychczas używanych z Beauty Formulas, ale niestety były mocno średnie. Owszem, matowiły skórę, ale mam wrażenie, że niestety ścierały z twarzy makijaż. Nie zamierzam do nich wracać, chyba wypróbuję polecane bibułki z Inglota.


41. Krem pod oczy z dziką różą; Alterra (15ml; ok.12zł).
Tego kremu niestety nie zużyłam w całości, bo używałam go u mamy, a w międzyczasie właściwie całkowicie przeprowadziłam się do mojego faceta, a krem stosowałam coraz rzadziej, aż w końcu minął termin... ;) Tak czy inaczej, był całkiem niezły, choć nieco denerwowała mnie jego rzadka konsystencja, to jednak dobrze nawilżał okolice oczu i sądzę, że również nieźle je odżywiał. W tej chwili produkt jest już wycofany.

42. Żel pod oczy ze świetlikiem i bławatkiem; Flos-Lek (15ml; ok.8-10zł).
I tu sytuacji wygląda jak powyżej - nie zużyłam całego produktu, ale zużyłam znaczną jego większość. Bardzo lubiłam z niego korzystać, szczególnie rano, po całonocnym leżakowaniu produktu w lodówce :) Bardzo dobrze nawilżał skórę, a schłodzony świetnie ją pobudzał i sprawiał, że wszelkie opuchnięcia bardzo szybko się redukowały. Myślę, że jeszcze nie raz będę do niego wracać.

***
Uff! W końcu uporałam się z tym megadenkiem! Teraz już tylko zostało mi nadrobić styczeń i luty, ale one - tym razem na szczęście - nie były aż tak obfite, więc powinno pójść znacznie szybciej... ;))

Dajcie znać, jeśli miałyście do czynienia z którymś z moich "pustaków" :)
K.
Czytaj dalej

piątek, 7 lutego 2014

Styczniowe nowości

Cześć Dziewczyny!

Trochę się rozleniwiłam, jeśli chodzi o dodawanie postów z nowościami i denkami, ale w lutym mam plan wszystko nadrobić (w tym pięciomiesięczne zaległości denkowe :O). Zaczynam od styczniowych nowości, bo aż się trzęsę z niecierpliwości, żeby pokazać Wam jakie cuda wpadły w moje ręce!

L-R: Fast Track, Dress Me Up, Foie Gras, Stone Cold, Smoke & Ashes
O ile totalnie ominęły mnie ciuchowe wyprzedaże, tak nie do końca udało mi się uniknąć tych lakierowych i tym sposobem wpadło mi w ręce mnóstwo lakierowych nowości. Po pierwsze - pięć lakierów China Glaze z kolekcji Capitol Colours, inspirowanej ekranizacją pierwszej części Igrzysk Śmierci. W kolekcji znajduje się 12 lakierów, inspirowanych odpowiednimi dystryktami (odsyłam do książki lub filmu). Mi najbardziej wpadły w oko Fast Track, Dress Me Up, Foie Gras, Stone Cold i Smoke & Ashes. Każdy z nich kosztował jedynie 15 zł! :)

L-R: Jeżyce, Glubka, O w Bombkę, Figa z Makiem
Oczywiście nie omieszkałam również skorzystać z wigilijnej promocji na lakiery Colour Alike i w ten sposób dzięki Sylwii wpadły mi w ręce dwa kolory z poznańskiej kolekcji - Jeżyce i Glubka oraz dwa kolory ze świątecznej kolekcji holosków - O w Bombkę i Figa z Makiem. Z obu kolekcji chciałam przygarnąć też holograficzne brązy, czyli Pyrkę i O ja pierniczę, ale niestety się skończyły... Może jeszcze trafi się okazja, choć pewnie nie za te kilka złotych :)

L-R: Lady Like, Eternal Optimist, Twin Sweater Set, Decadent Dish, Dive Bar, After School Boy Blazer
W styczniu Super-Pharm uraczył nas nie lada promocją, dzięki której lakiery Essie można było kupić aż 15 zł taniej, więc oczywiście nie mogłam nie skorzystać z takiej okazji. Tym razem uzupełniłam zbiorek o kilka klasycznych kolorów (Lady Like, Eternal Optimist, Twin Sweater Set, After School Boy Blazer) i dwa nieco bardziej nietypowe odcienie (Decadent Dish, Dive Bar).

L-R: Miss Conduct, Take Him To The Cleaners
Dwa nowe Orly, to dla odmiany efekt wyprzedaży tych lakierów przez hurtownię, w której pośredniczyła Chilli. Wprawdzie Miss Conduct zniknęła niemal od razu, ale z pomocą przyszła mi Aalimka, która pomogła mi zdobyć ten odcień! Dziękuję kochana! :) Drugi lakier - Take Him  To The Cleaners pochodzi ze wspomnianej wyprzedaży. Dorwać Orly za 18 zł to kolejna okazja, której nie mogłam odpuścić! :)

L-R: Full Steam Ahead, Well Dressed
Powyższe dwa cuda, to prezent urodzinowo-świąteczny od mojej kochanej Stefci! Szedł pocztą z Irlandii przez cały grudzień, ale za to miałam niezłą radochę, kiedy paczka dotarła do mnie dosłownie 2 czy 3 stycznia! :) A na mój prezent składały się piękny, pastelowo-fioletowy Essie Full Steam Ahead z letniej kolekcji Naughty Nautical oraz róż MAC Well Dressed, o którym od dawna marzyłam, ale ciągle coś mnie odwodziło od jego zakupu! :)


Kolorówkowe nowości zamyka tusz Lash Accelerator Endless z Rimmel! W Super-Pharm była na niego naprawdę świetna promocja (19zł!), a mój poprzedni egzemplarz właśnie dobił dna, więc postanowiłam, że zrobię powtórkę. Wprawdzie próbuję dać jeszcze szansę słynnemu Catchy Eyes z Gosha, ale to jeszcze nie jest to, co bym chciała osiągnąć, więc wolę mieć Rimmel pod ręką! Przypomnijcie mi, żeby w końcu napisała jego recenzję, bo naprawdę warto na niego zwrócić uwagę! :)


Dalej mamy już pielęgnację, którą otwierają produkty z Pat&Rub. Pod koniec listopada miałam urodziny, a w tym dniu osoby zarejestrowane na stronie P&R otrzymują specjalny kod zniżkowy, który jest ważny przez dwa miesiące. Przed Świętami nie za bardzo miałam wolne fundusze, żeby nieco kupić te kilka produktów, które mi krążyło od dawna po głowie, a poza tym ciągle coś było w brakach, dlatego kiedy w końcu wszystko było dostępne, łącznie z w miarę luźną gotówką na moim koncie, postanowiłam skorzystać! Do moich zapasów dołączyły dwa masła - otulające i rozgrzewające oraz balsamy do rąk z tych samych serii. Dodam, że warto sprawdzać również promocje na zestawy, dla przykładu - masło rozgrzewające i pomarańczowy balsam do ust zamówiłam właśnie w zestawie, tańszym o jakieś 15-20%, od którego odliczyło się jeszcze moje 20% z kuponu i w ten sposób balsam do ust wyszedł mi właściwie gratis :) Nie pamiętam już dokładnych cen wszystkiego, ale pamiętam, że zaoszczędziłyśmy z Sylwią, która dołączyła się do zamówienia, ponad 100 zł!

Natomiast miniaturka olejku rozświetlającego (który od dawna mi się marzył!), to prezent od Pat&Rub w ramach przeprosin za pomyłkę przy pakowaniu. Okazało się, że w pierwszej wersji paczki, którą otrzymałam znalazłam rozgrzewający balsam do stóp, zamiast do rąk i nie była to moja pomyłka. Napisałam do firmy z pytaniem, czy da się to jakoś rozwiązać, bo akurat balsam do stóp już mam, a bardzo zależało mi na tym do rąk. W rezultacie firma wysłała do mnie kuriera z prawidłowym produktem (i wspomnianą miniaturką), który od razu odebrał ode mnie pomylony balsam. Wszystko zamknęło się dosłownie w 3 dniach odkąd napisałam mail do firmy! Brawo Pat&Rub! :)


Kosmetyki Lirene (i innych marek spod szyldu Eris), to od dłuższego czasu niemal podstawa mojej pielęgnacji. Dzięki współpracy poznałam wiele dobrych produktów, do których ciągle wracam, a także chętniej sięgam po nowości. Tym sposobem po raz kolejny trafiły w moje ręce balsam do ciała z serii Intensywna Regeneracja i aktywny balsam antycellulitowy STOP Cellulit. Oba w dużych butlach 400ml, oba w cenie ok. 13-15 zł! :)


Te produkty, to moje absolutne hiciory, jeśli chodzi o Lirene! Nie wiem już ile mam za sobą zużytych buteleczek, ale wierzcie, że jestem chora, jeśli nie mam ich w zapasie, a nawet, jeśli sięgam po cokolwiek innego, to i tak z ogromną radością sięgam ponownie po nawilżająco-oczyszczający tonik i płyn dwufazowy! :)


Wściekłe ptasiory z Lumene, to totalne chciejstwo i zbędny wydatek, ale Angry Birds po prostu uwielbiam, a te produkty chodziły za mną już prawie rok! Także tego... No nie mogłam nie skorzystać z wyprzedaży świątecznych zestawów prezentowych w Super-Pharm i w ten sposób nabyłam 3 kosmetyki Lumene w cenie niewiele wyższej od regularnej ceny jednego :)) No a kolejny żel, balsam i pomadka ochronna, to naprawdę coś, co wykorzystam na 10000%, więc czuję się odrobinę rozgrzeszona ;))

Nowości Lirene - seria Protect
W połowie stycznia miałam okazję uczestniczyć w warsztatach Lirene, zorganizowanych w siedzibie firmy w Piasecznie, które towarzyszyły wprowadzeniu przez markę nowej serii do pielęgnacji twarzy, czyli Lirene Protect! W skład serii wchodzą kremy dla kobiet w każdym przedziale wiekowym, więc każda z Was może znaleźć tu coś dla siebie i dla swoich mam lub babć! Ja obdarowałam nimi mamę, teściową i babcię, a serię różową chciałam zostawić dla siebie, ale przejrzałam zapasy i chyba niestety miną wieki, zanim zdążę się dokopać właśnie do tego kremu, dlatego postanowiłam, że podzielę się nim z Wami już wkrótce! :)

***
I jak Wam się podobają moje nowości? Nie jest tego tak tragicznie dużo i gdyby nie lakiery, to moje zakupy byłyby nawet skromne, ale niestety mania na nowo dała o sobie znać... Ale powiedzcie, że nie było warto, skoro każdy z nich był duuuuuużo tańszy w porównaniu do pierwotnej ceny... ;)) No rozgrzeszcie mnie trochę! :))
K.
Czytaj dalej

wtorek, 21 stycznia 2014

Pat&Rub - pomarańczowy peeling do ust

Cześć Dziewczyny!

Dzisiaj chciałabym się skupić na produkcie, którego jeszcze na blogu nie było, a który od dawna wzbudzał moje ogromne zainteresowanie. O peelingach do ust z Pat&Rub słyszałam i czytałam już wiele, więc tym bardziej ucieszyłam się, gdy w moim woreczku z upominkiem od firmy, otrzymanym na lipcowych Igraszkach Kosmetycznych odnalazłam wersję pomarańczową produktu! :)

Napisałam "piling", bo takiej formy używa producent, ale szczerze jej nie znoszę i w dalszej części zamierzam posługiwać się pisownią przez dwa "e", zamiast swojskie "i" ;)

Od producenta:
"Delikatnie Złuszcza, Nawilża, Wygładza. Piling do Ust Pomarańczowy to kosmetyk naturalny, który delikatnie złuszcza skórę ust, a następnie nawilża ją i wygładza. 100% natury tak ważne na ustach! Piling jest kompozycją zdrowego cukru z brzozy oraz olejów i maseł roślinnych. Zawiera ksylitol – cukier z brzozy o działaniu przeciwpróchniczym. Kolor nadaje masło pomarańczowe i olej anatto. Aromat pilingu pochodzi od olejku pomarańczowego. Kosmetyk błyskawicznie wygładza i odżywia usta. A ile przy tym przyjemności! Naturalne aromaty uwodzą, ksylitol osładza dzień."


KONSYSTENCJA I SPOSÓB UŻYCIA:

Zacznę nietypowo, bo nie od działania, a od konsystencji produktu, która jest bardzo specyficzna. Mając w pamięci peelingi do twarzy czy do ciała różnych firm, liczyłam raczej na gęstą i zwartą masę - i tu dopadło mnie pierwsze zaskoczenie - peeling z Pat&Rub jest bardzo suchy i kruchy.


Taka forma determinuje od razu sposób użycia, ponieważ warto pamiętać o wcześniejszym zwilżeniu warg, nie tylko dla własnego komfortu, ale przede wszystkim po to, żeby peeling miał się do jak przykleić. Sam produkt najwygodniej nabrać z opakowania palcami "szczypiąc" powierzchnię produktu :) W tym przypadku głaskanie palcem masy zwyczajnie mija się z celem :))


Następnie rozpoczynamy masowanie ust kolistymi ruchami. Warto robić to nad umywalką, bo mniej więcej połowa ziarenek odpada od skóry pod wpływem masażu. Po kilku minutach, kiedy czujecie, że krążenie zostało pobudzone, a większość ziarenek rozpuściła się lub odpadła, możecie zlizać i zjeść pozostałe na ustach ziarenka i voila! Aplikujemy coś nawilżającego - masełko, balsam lub pomadkę ochronną i cieszymy się gładkimi ustami i niskokaloryczną przekąską ;)))


DZIAŁANIE:
Peeling odczuwalnie wygładza wargi poprzez złuszczanie suchego naskórka i poprawienie ich ukrwienia. Ziarenka ksylitolu (cukier brzozowy) nie są przesadnie ostre, więc trudno zrobić sobie nimi krzywdę, dlatego jeśli zależy Wam na bardziej wyraźnych efektach, to warto pozwolić sobie czasem na mocniejszy lub dłuższy masaż.



Myślę, że wygładzenie, które funduje nam peeling nie jest szczególnie spektakularne i szczerze powiedziawszy spodziewałam się trochę więcej, ale jednocześnie zdaję sobie sprawę z tego, że usta są bardzo wrażliwe i podatne na uszkodzenia, dlatego też producent obchodzi się z nimi delikatniej, niż z resztą ciała.



ZAPACH I SMAK:
Peeling pachnie trochę jak pomarańczowe landrynki i jest dosyć słodki, ale jednocześnie rześki (brakowało mi innego słowa!) w smaku. Jak już wspomniałam, po zabiegu możecie zjeść pozostały na ustach produkt, ponieważ jego skład jest w całości naturalny, a ziarenka ścierające, to prawdziwy cukier, tyle, że brzozowy (czyli zdrowszy!). Dodam, że jest naprawdę smaczny i chyba kupię sobie paczkę, żeby stosować go w kuchni zamiast zwykłego białego cukru! :)



OPAKOWANIE:
Produkt otrzymujemy w plastikowym słoiczku, zapakowanym dodatkowo w kartonik w kolorze, odpowiednim do smaku peelingu. I tak mój pomarańczowy peeling otrzymał pomarańczowe ubranko, peeling różany ma różowy kartonik, a kawowy - brązowy.



Słoiczek jest solidnie wykonany i mógłby nawet sprawiać wrażenie szklanego, jednak jego waga zdradza materiał, z którego go wykonano :) Dużym plusem jest to, że średnica słoiczka jest stosunkowo szeroka (mniej więcej tak jak masełka do ust Nivea), więc peelingu nie trzeba łowić ;) Zakrętka jest dobrze dopasowana i nie sprawia problemów przy dokręcaniu, co przy produktach z ziarenkami nie zawsze jest takie oczywiste.



WYDAJNOŚĆ:
Produkt, mimo tendencji do uciekinierstwa, jest zaskakująco wydajny! Mam go już około pół roku i choć nie wykonuję zabiegów ze szczególną regularnościa, to jednak z pewnością wykonałam ich tyle, że spodziewałabym się zarejestrować jakiekolwiek zużycie, a tymczasem produktu ubywa naprawdę niewiele i sądzę, że wystarczy mi jeszcze na długie miesiące.



CENA/DOSTĘPNOŚĆ:
Peeling do ust kosztuje 49 zł i jest dostępny w sklepie internetowym Pat&Rub, a także w Perfumeriach Sephora. Oprócz tego, produkty Pat&Rub są dostępne w wielu sklepach internetowych, m.in. Merlin, Empik.

SKŁAD:
XylitolGlycine Soja (Soybean) Seed OilCitrus Aurantium Dulcis (Orange) Peel WaxTocopherol (mixed)Beta-SitosterolSqualeneBixa Orellana Seed OilCitrus Grandis (Grapefruit) Peel OilCitrus Aurantium Dulcis (Orange) Peel OilLimoneneLinaloolCitral



***
Słowem podsumowania - uważam, że peelingi do ust, to typowy kosmetyczny gadżet w damskiej kosmetyczne. W żadnym razie nie jest to produkt niezbędny, ani nawet podstawowy w pielęgnacji. Wiele osób wskazuje na fakt, że tego typu produkt z powodzeniem można wykonać samemu w domu, ale ile z nas tak naprawdę choć raz przyrządziło sobie domowy peeling? Ja chyba jeszcze nigdy nie dotarłam do kuchni w tym celu, a z ręką na sercu przyznaję, że regularne peelingowanie pozytywnie wpływa na kondycję ust, no i znacząco poprawia wygląd ust, pokrytych kolorowymi szminkami!

Jest to gadżet, ale zdecydowanie z gatunku tych przyjemnych, na które warto czasem wydać pieniądze z czystej zachciewajki, tym bardziej, że poza składnikami złuszczającymi mamy jeszcze cały szereg składników pielęgnujących skórę i korzystnie wpływających na jej kondycję! Produkt jest szalenie wydajny, więc koszt rozkłada się na wiele zabiegów i choć nadal wychodzi drożej, niż połączenie cukru z miodem w domowym wykonaniu, to jednak skutecznie kusi! Ciekawi mnie jeszcze wersja różana, ale sądzę, że minie wiele miesięcy zanim uda mi się zużyć moją pomarańczkę! :)

***
Co sądzicie o tego typu produktach?  Zbędny i drogi gadżet, czy przydatna zachcianka? :)
K.

P.S. Przepraszam za te kolosalne odstępy pomiędzy poszczególnymi akapitami. W edytorze wszystko wygląda, jak trzeba, ale na poglądzie wszystko mi się rozjeżdża. Cokolwiek poprawię w edytorze, to za chwilę błąd pojawia się w innym miejscu. Też macie takie problemy z edycją notek?
Czytaj dalej
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Blog template designed by SandDBlast