Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ArtDeco. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ArtDeco. Pokaż wszystkie posty

sobota, 11 października 2014

"Okołokolorowi" ulubieńcy letnich miesięcy

Cześć Dziewczyny!

W związku z tym, że na blogu już dawno nie było ulubieńców, pomyślałam, że warto byłoby przygotować zbiorczy post z ulubieńcami ostatnich miesięcy. Kiedy tak zebrałam wszystko, okazało się, że najwięcej ulubieńców wytypowałam wśród kolorówki. To nie tak, że nagle obraziłam się na pielęgnację, po prostu część produktów zmieniała się zbyt często, żeby zasłużyć na miano ulubieńca, część stanowi stałą gromadę od wielu miesięcy, więc nie ma sensu ich znowu powtarzać, a inne po prostu nie urzekły mnie na tyle, żeby je tu pokazywać. Co do pozostałych - na pewno przygotuję odpowiednie recenzje, dlatego dzisiaj skupmy się po prostu na kolorówce i produktach oscylujących blisko tej kategorii :)

***

Pierwszym ulubieńcem jest woda toaletowa Roses de Chloé. Odkąd ją kupiłam, używałam jej praktycznie non stop, jedynie z drobnymi przerwami na Daisy Eau So Fresh. Teraz zostało mi już dosłownie tylko kilka kropelek na dnie, co chyba najlepiej świadczy o mojej miłości do tego zapachu :) Choć początkowo wydaje się być dosyć delikatny, nawet odrobinę mydlany i zdecydowanie czuć w nim różę, to jednak na mojej skórze szybko zyskuje sporo mocy, a do głosu dochodzą cięższe nuty.Oprócz tego naprawdę długo się utrzymuje na skórze, więc liczę na dłuższy związek z kolejnymi buteleczkami :)


Powyższa trójka to aktualnie moje ulubione pędzle. Blush Brush z Real Techniques zamierzałam początkowo używać zgodnie z przeznaczeniem do różu, ale okazało się, że w tej kwestii H24 z Hakuro nadal jest moim numerem 1, któremu naprawdę mało co może zagrozić :) Za to pędzel z RT sprawił, że na nowo zaczęłam sięgać po bronzery, które odstawiłam ze względu na poranną oszczędność czasu. W końcu co jak co, ale bronzer wymaga jednak trochę uwagi podczas aplikacji. Jajo z Real Techniques pokazało mi jak bardzo byłam w błędzie. Teraz nałożenie bronzera nie zajmuje mi więcej, niż kilkanaście sekund, a do tego mam gwarancję, że produkt będzie nałożony lekką ręką :)

Super Kabuki z Lily Lolo, to pędzel, którego używam już prawie od roku i jak dla mnie jest niezastąpiony, jeśli chodzi o aplikację podkładów mineralnych. Sprawdza się zarówno z podkładami Lily Lolo, jak i Annabelle Minerals. Świetnie je rozprowadza, nie tworzy plam na skórze, no i nie zjada przy tym zbyt dużo produktu :)


Skoro już wspomniałam o bronzerze, to warto byłoby również wskazać głównego "wykonawcę" - myślę, że nie zdziwię Was, jeśli napiszę, że oczywiście jest to bardzo popularny w blogosferze bronzer Bahama Mama z TheBalm. Tuż za nim plasuje się piękny bronzer z kolekcji Jungle Fever z ArtDeco, ale ponieważ TheBalm mam nieco dłużej i w związku z tym częściej po niego sięgam, to właśnie ten produkt zdecydowałam się zaprezentować w ulubieńcach :) Co w nim jest takiego dobrego? Hmm... Wszystko! Świetna pigmentacja, piękny, odpowiednio ochłodzony odcień brązu i całkowity mat, bez żadnych drobinek.

Skoro jesteśmy przy TheBalm, to oczywiście nie mogłabym nie wspomnieć również o różu Hot Mama, który jest stałym bywalcem mojej kosmetyczki nie tylko latem, aczkolwiek latem sięgam po niego najczęściej ze względu na to, że pięknie współgra z opaloną skórą, a drobinki w nim zawarte dodatkowo przyjemnie ją rozświetlają. Kiedy jednak mam ochotę na klasyczny odcień różu, wtedy sięgam po jeden z dwóch ulubieńców Plum Pop z Clinique, który jest połączeniem różu z kropelką fioletu, lub cukierkowy róż Well Dressed z MAC, który daje efekt bardzo delikatnie, naturalnie zaróżowionych policzków.


Kolejna trójeczka, to produkty, które pozwalają mi na uporanie się z moją nieco problematyczną cerą. Kamuflaż z Alverde całkiem nieźle radzi sobie zarówno z ukrywaniem cieni pod oczami, jak i z drobnymi wypryskami. Natomiast pudry Flawless Matte z Lily Lolo oraz Stay Matte z Rimmel pomagają mi cieszyć się matową cerą przez kilka godzin. Używam ich wymiennie, ponieważ po Flawless Matte sięgam w połączeniu z podkładami mineralnymi, natomiast po Stay Matte, gdy używam klasycznych płynnych podkładów lub kremów BB czy CC.


Od prawie roku regularnie sięgam po podkłady mineralne i są one podstawą mojego makijażu. Aktualnie moim ulubieńcem w tej kwestii jest podkład matujący z Annabelle Minerals, jednak w lato często go zdradzałam z kremami CC. Po ten z Gosha sięgałam, kiedy nie byłam nie opalona, bo ma ładny, jasny kolor, odpowiedni dla bladzioszków. Nie jest mocno kryjący, ale przyjemnie rozświetla skórę i nawet ja, posiadaczka mieszanej skóry, byłam z niego mocno zadowolona. Superdefense CC z Clinique, to dla odmiany hit moich wakacji, kiedy już złapałam nieco słońca. Odcień Light Medium nie należy do najjaśniejszych, więc słusznie pomyślałam, że sprawdzi się na urlopie. Całkiem przyjemnie krył drobne niedoskonałości, wyrównywał koloryt skóry i naprawdę nieźle się utrzymywał. Gdyby jaśniejszy kolor był dla mnie odpowiedni, mogłabym nawet rozważyć zakup pełnowymiarowego produktu.


Jeśli chodzi o lakiery do paznokci, to bywam dość niestała w uczuciach. Lubię sięgać po przeróżne odcienie i rzadko sięgam po jeden non stop, ale jest jeden taki lakier, który jest moim ulubieńcem na paznokciach u stóp i jest to Jazz Funk z serii Salon Pro od Rimmel. Rzadko noszę inny kolor na stopach, nie tylko latem! :)

Usta są wprawdzie dość odległe do stóp, ale produkt gabarytowo idealnie wpasował się z Rimmelowym lakierem, więc musicie mi wybaczyć to zestawienie ;) Jajeczko z balsamem EOS, to niezmiennie mój ulubieniec w domowej pielęgnacji ust. Sięgam po niego zarówno rano, podczas wykonywania makijażu, jak i tuż przed zaśnięciem. Dla moich ust jest wystarczający i dba o ich bieżącą dobrą kondycję. Więcej na razie nie potrzebuję :)


W przypadku produktów do oczu, przez ostatnie miesiące regularnie szłam na łatwiznę i byłam koszmarnym leniem, jeśli chodzi o makijaż oczu. Genialna baza z ArtDeco załatwiała sprawę trwałości makijażu, natomiast na niej lądowały kolejno - cień Maybelline Colour Tattoo w odcieniu On & On Bronze na górnej powiece oraz szarość Muse od Sigma Beauty na dolnej powiece. Na brwiach natomiast niezmiennie Maybelline Colour Tattoo w odcieniu Permanent Taupe. I tyle! Sprawdzony zestaw bez wydziwiania ;)


Żeby nie było tak całkiem łyso, powyższe zestawienie wzbogacałam o kredkę i tusz - najchętniej brąz z Avon (brązowa Glimmerstick Diamonds) lub Pierre Rene (brązowy Eye_Matic), czasami jednak ciągnęło mnie do granatu - wtedy na powiece lądowała świetna kredka Smokey Eye Liner z Gosh.

W kwestii tuszy do rzęs byłam znacznie mniej wierna, ponieważ używałam wymiennie Catchy Eyes z Gosh oraz Lash Accelerator Endless z Rimmel. Pod koniec wakacji wymieniłam je z ciekawości na High Impact Mascara z Clinique. Dwa pierwsze są moimi ulubieńcami od dłuższego czasu i w obu przypadkach to mojego drugie opakowania, jednak Clinique całkiem niespodziewanie również zyskała moją ogromną sympatię i to pomimo klasycznej szczoteczki z włosiem. Po raz kolejny przekonuję się, że ta marka ma naprawdę sporo do zaoferowania :)

Do zestawienia wkradły się również dwa produkty Essence, które fantasycznie sprawiły się na urlopie. Po niebieską maskarę sięgałam, kiedy miałam ochotę zmienić drobny akcent w makijażu oka, natomiast top coat z limitowanki Beach Cruiser z Essence sprawiał, że każdy mój ulubiony tusz stawał się wodoodporny, dzięki czemu nie musiałam tym razem kupować 350 tuszu do rzęs tylko po to, żeby móc go używać przez dwa tygodnie wakacji ;)


Na koniec największa niespodzianka zestawienia, czyli dwa świetne błyszczyki. Nie wiem co mi się stało, bo od dłuższego czasu na błyszczyki spoglądałam raczej niechętnie i od kilku lat żadnego nie kupiłam. Na jednym ze spotkań blogerskich otrzymałam jednak fioletowy błyszczyk z Gosh, który zatrzymałam ze względu na ciekawy odcień i w końcu odważyłam się go użyć. Okazało się, że pokochałam go tak bardzo, że zdecydowałam się dokupić sobie jeszcze różany błyszczyk z Pat&Rub, który również zdobył moje serce. Oba produkty przyjemnie zmiękczają usta, długo na nich trwają i choć nieco się kleją, to jednak nie są w tej kwestii na tyle upierdliwe, jak większość produktów tego typu. Muszę przyznać, że chyba na dobre przeprosiłam się z tym rodzajem kosmetyków, aczkolwiek nie przewiduję nagłego powiększenia "kolekcji". Z tymi dwoma mam się świetnie i niczego więcej mi nie trzeba :)

***

No cóż, dzisiaj uraczyłam Was sporą gromadką kolorówki, ale od maja minęło przecież mnóstwo czasu, warto więc chociaż napomknąć co przez ten czas dominowało na mojej toaletce :) Wkrótce na blogu powinni się pojawić również wrześniowi ulubieńcy, w których zdecydowanie wiodącą rolą odegrają tym razem kosmetyki pielęgnacyjne. Tym razem sporo nowości mocno przypadło mi do gustu, wobec czego chciałabym się z Wami podzielić swoimi dobrymi wrażeniami na ich temat.

Tymczasem jednak zapraszam do dzielenia się Waszymi spostrzeżeniami na temat dzisiejszej gromadki. Miałyście któreś z tych produktów? Czy u Was sprawdził się równie dobrze? :)
Karotka
Czytaj dalej

poniedziałek, 29 września 2014

Lipcowe nowości

Cześć Dziewczyny!

Były czerwcowe nowości, było kwietniowe denko (:D), pora więc ruszać dalej z nadrabianiem blogowych zaległości. Przyszła pora na lipcowe nowości - a co! :))


Jeśli wezmę dobry rozpęd, to jest szansa, że może już w październiku wyjdę na prostą... Trzymajcie kciuki!


Jak widać, ponownie uległam wyprzedażowemu szaleństwu w Bath & Body Works. Tak naprawdę chciejstwami są tylko mgiełka Forever Red Vanilla Rum i miniaturki kosmetyków - odżywek do włosów w wersji pomarańcza i imbir (czerwona tubka) oraz mięta z eukaliptusem (zielona tubka), a także mini żelu i mini balsamu do ciała o zapachu wanilii z rumiankiem. Teoretycznie nie są mi one szczególnie potrzebne, ale tak naprawdę tego typu miniatury po prostu przydają się na krótkich wyjazdach, a skoro kosztowały tylko 5 zł za sztukę... Pozostałe produkty, to po prostu zapas piankowych mydełek (i jedno z drobinkami), a także żeli i balsamów z serii Aromatherapy Eucalyptus & Spearmint (to nasza ulubiona seria z BBW! Recenzja TUTAJ). Do tego dorzuciłam też żel pod prysznic i balsam Twilight Woods, które już kiedyś miałam, ale lubię nosić ten zapach jesienią.


W okresie urlopowym oczywiście przydają się filtry i produkty po opalaniu. Produkty Kolastyny - nawilżający balsam po opalaniu, filtr SPF30 z przyspieszaczem opalania oraz sam przyspieszacz opalania kupiłam w trakcie urlopu na działce, kiedy trafiły mi się w korzystnych cenach, ale najbardziej polubiłam sam przyspieszacz. Jeśli natomiast chodzi o produkty po opalaniu, to skusiłam się na nowości z AA, czyli piankę po opalaniu oraz mgiełkę z drobinkami, która okazała się moim absolutnym hitem. Niedługo postaram się napisać Wam o niej więcej, bo myślę, że sprawdzi się w każdym czasie :)


O ile jeszcze pamiętacie, w lipcu Biedronka uraczyła nas świetną gazetką kosmetyczną, w której znalazły się m.in. suche szampony Batiste, które - na pewno to wiecie - szczerze uwielbiam (recenzja KLIK)! Wybrałam dwa zapachy, których jeszcze nie używałam (Fresh i Original) oraz dużą wersję mojego ulubionego wariantu (Blush). Oprócz tego, zdecydowałam się również na mocno chwalony płyn micelarny z Garniera (potwierdzam - jest świetny!) oraz duet szampon i odżywkę z Ultra Doux o zapachu lawendy i róży.


W trakcie trwania tej samej promocji skusiłam się również na dwie pary skarpetek złuszczających marki Purederm oraz plastry na zniszczone pięty z zawartością olejku jojoba. Na razie nie testowałam żadnego z produktów,bo nie chciałam gubić skóry na urlopie, ani straszyć wiórkami w odkrytych butach, ale teraz już powoli przestawiam się na w pełni zakryte buty, więc może to dobry moment (w końcu przygotowałam sobie jesienne botki, tj. wymieniłam fleki, jeszcze przed sezonem! jestem z siebie dumna! :D).


Na malinową odżywkę do włosów Angry Birds by Lumene miałam ochotę od dłuższego czasu. Nie dość, że totalnie poleciałam na to opakowanie, to jeszcze naczytałam się dobrych opinii. Traf chciał, że trafiłam na nią całkowicie przypadkiem na zakupach w Carrefourze. Cenowo okazała się nawet nieco tańsza, niż gdybym zamawiała ją przez internet. A skoro wzięłam odżywkę, to dobrałam od razu szampon do kompletu. Co poradzę, mam słabość do tych wściekłych ptasiorów :)


O peelingu solnym z Clareny mogłyście już przeczytać w recenzji (KLIK), a za jakiś czas pojawi się również w denku, bo właśnie kilka dni temu wykorzystałam ostatnią porcję. Byłam z niego bardzo zadowolona i pewnie jeszcze do niego wrócę, a przy okazji zgarnę pewnie również jego cukrowego, kawowego brata :)

Krem do rąk z Palmers, to całkowicie przypadkowy zakup. Umówiłam się na spotkanie, wzięłam małą torebkę, w której - jak się okazało - nie miałam kremu do rąk, a w tym czasie miałam akurat dość spore problemu z przesuszającą się skórą dłoni. Co więc robi kobieta bez kremu do rąk? Idzie do drogerii, oczywiście. Zakup ten okazał się być całkiem trafiony, bo krem naprawdę nieźle nawilża i natłuszcza dłonie. Chętnie sięgnę również po dwa inne warianty, które widziałam wtedy na półce :)


Powyższy zestaw z The Body Shop, czyli masło do ciała i żel pod prysznic o zapachu passiflory, to mój imieninowy prezent od Sylwii! Już od pewnego czasu obdarowujemy się prezentami z różnych okazji, ale przyznam, że to nadal jest miłe zaskoczenie i bardzo przyjemna niespodzianka. Sylwia, jeszcze raz dziękuję! Trafiłaś w 10 z zapachem! :)


Od Marty również dostałam dosyć niespodziewaną przesyłkę! Umawiałyśmy się tylko na odlewkę kremu CC z Lumene, tak dla wypróbowania, a tymczasem Marta sprawiła mi nie lada przyjemność, ponieważ do odlewki dołączyła również pomadkę z Make Up Revolution w odcieniu Bliss, piękny holograficzny lakier Colour Alike Niebieskie Migdały (to właśnie nazwa, nadana mu przez Kaczkę! :)), a także mini wersję płynu micelarnego z Tołpy (świetny!). Marta, jeszcze raz baaaaardzo Ci dziękuję :*


Bronzer z wiosennej kolekcji ArtDeco - Jungle Fever - chodził za mą odkąd w maju miałam przyjemność uczestniczyć w warsztatach makijażowych, organizowanych przez tę markę. W końcu uległam i kupiłam to cudeńko. Teraz tylko szkoda mi go regularnie używać, bo uwielbiam zerkać na tę piękną fakturę z ważką ;))

Skoro jesteśmy przy ArtDeco, od marki otrzymałam również przesyłkę z hitami i nowościami. Wśród nich znalazł się piękny zielony liner, dwie pomadki w - jak dla mnie - dość jesiennych odcieniach (więc teraz będą jak znalazł!), kultową bazę pod cienie oraz cień, również pochodzący z kolekcji Jungle Fever. Oprócz tego, w przesyłce znalazłam również upominek z Revlonu - krem BB z linii Photoready oraz upominek od Misslyn, czyli dwa lakiery (ten różowy, to kolorystycznie prawie idealny zamiennik Watermelona :)). Wkrótce postaram się o bliższe prezentacje i recenzje tych cudeniek :)


No i na koniec jeszcze jedna gromadka przyjemniaczków... Po pierwsze - różany błyszczyk do ust z Pat&Rub oraz lakier Color Club w odcieniu Jackie Oh!, kupione na blogowej wyprzedaży u Sylwii. Po drugie róż BeBeauty, czyli tak naprawdę Bell, kupiony za grosze w Biedronce. Po trzecie, wygrany u Marti mini liner They're Real Push-Up Liner, czyli nowość z Benefitu. I po czwarte, moje piękne MACowe pomadki, czyli Plumful, Chatterbox i Speed Dial. Czaiłam się na nie od pewnego czasu i w końcu postanowiłam sobie sprawić imieninowy prezent. Jestem z nich bardzo zadowolona, szczególnie ze słynnej Plumful! :)

***
Jak tak sobie teraz spojrzałam na te zdjęcia... No kurcze, ja się chyba jednak nigdy nie wygrzebię z tych zaległości! Przecież mam tyle pięknej kolorówki, którą warto by Wam pokazać z bliska, że to aż wstyd, że jeszcze tego nie zrobiłam... ;) No cóż... Muszę jeszcze trochę popracować na lepszym stanem cery (bo ostatnio dzieje się z nią tragedia!) i zrobię zdjęcia tych cudaków na twarzy. Macie pełne przyzwolenie na poganianie mnie ;)

No i standardowo - jeśli cokolwiek macie, miałyście, albo Wam się marzy, to koniecznie dzielcie się swoim zdaniem w komentarzu! :)
Karotka
Czytaj dalej

środa, 4 czerwca 2014

Majowe nowości

Cześć Dziewczyny!

Maj był dla mnie miesiącem (znowu) obfitującym w mnóstwo nowości. Jak zwykle wszędzie zwęszyłam okazję do powiększenia moich i tak już sporych kosmetycznych zasobów, więc miejmy już tę majową spowiedź za sobą. Zgrzeszyłam. Postanawiam poprawę (obiecanki-cacanki) ;)


Choć w kwestii pielęgnacji staram się kupować tylko to, co niezbędne, a majowe denko osiągnęło naprawdę zadowalający poziom (o czym za jakiś czas), kolorówka nadal niemiłosiernie mnie kusi i to ona stanowi zwykle większość moich zakupów. Stanowczo warto dać sobie na wstrzymanie, bo choć spełniłam kilka swoich kosmetycznych marzeń i zachcianek, to jednak znowu zaczyna robić się w moich szufladach nieco tłoczno.


***

Powyższe zakupy zawdzięczam Aalimce, która przy okazji majówki u rodziców, zrobiła dla mnie drobne zakupy. Zależało mi na trójce letnich żeli z Balea o bardzo apetycznych zapachach mango, arbuza (niby melon, to melon, ale na zdjęciu jest arbuz...) i karamboli. Oprócz tego przygarnęłam kolejną pomadkę ochronną z Alverde, tym razem w wariancie wiśniowym, oraz słynny kamuflaż tej samej marki. Do tej pory używałam korektora Alverde Cream To Powder i byłam nim zachwycona, ale mam już w nim dość spore denko, dlatego poprosiłam Kamilę o zakup jego następcy :) Wszystkie te produkty, kupowane bezpośrednio w DM wyniosły mnie niecałe 30 zł, więc zdecydowanie się opłacało! Żel mango już króluje pod prysznicem i muszę się przyznać, że ten zapach w dużej mierze zdominował moją aktualną pielęgnację :)


Zakup antyperspirantu Nivea Calm&Care (10,99 zł) oraz naturalnego dezodorantu w kamieniu Crystal (ok.25 zł), był podyktowany coraz częstszymi podrażnieniami na skórze pod pachami. Nigdy nie miałam przesadnie wrażliwej skóry, ale najwyraźniej częstsze używanie Rexony (związane ze wzmożoną aktywnością fizyczną) dało mi się we znaki, a depilacja za pomocą maszynki, na pewno nie pomogła rozwiązać problemu. W tej chwili, zawsze po goleniu, przecieram skórę kryształem, który ma w składzie ałun, charakteryzujący się właściwościami łagodzącymi (jako antyperspirant zupełnie się u mnie nie sprawdza; swoją drogą kwestia zawartości soli aluminium i jej działania skórę jest mocno dyskusyjna, więc zachęcam do poczytania ciekawych rozważań tutaj). Na co dzień staram się też sięgać po delikatniejszy antyperspirant - w tym celu wybrałam wersję Nivea Calm&Care, która również teoretycznie ma być przeznaczona do skóry wrażliwej, a po Rexonę sięgam w cieplejsze dni lub przed ćwiczeniami. Na ten moment ta strategia zdaje się mieć zbawienne działanie dla mojej skóry! Jeśli Wam też zdarzyły się takie problemy, to polecam wypróbować moją metodę :)

Woda termalna Uriage szturmem wtargnęła do mojego serca, a ponieważ właśnie wykończyłam swoją pierwszą butelkę, kupiłam nową w promocji za niecałe 14 zł. Na razie używam wody termalnej z Avene, ale Uriage chciałam już mieć, ponieważ jest wygodniejsza na wyjazdy z racji braku konieczności osuszania.

Zmywacz z Isany w wersji z acetonem (ok.5 zł?) i pasta do zębów Dental Cream z Himalaya Herbals (ok.11 zł) nie wymagają chyba komentarza, prawda? :)

Emulsja matująca z serii Purritin z Iwostinu, to powtórka z rozrywki. Właśnie wykończyłam pierwszą tubkę tego kremu i polubiłam się z nim, dlatego od razu sięgnęłam po nowe opakowanie. Do kremów na dzień (zależy mi na tych, które nie będą wzmagać błysku) podchodzę z coraz większym dystansem, dlatego jak już coś się u mnie sprawdzi, to staram się tego trzymać. Krem nawilżający z serii Sensitia również z Iwostinu (tego typu produkty stosuję przede wszystkim na noc), to produkt testowy. Byłam ciekawa jak wypadnie w porównaniu do mojego ukochanego Vita Sensilium z Pharmaceris A. Za nieco ponad miesiąc powinnam zresztą podzielić się z Wami moim spostrzeżeniami na ten temat :) Każdy z kremów kosztuje ok.30 zł.

Oliwka Hipp (ok.15 zł) też nie znalazła się tutaj przypadkiem! To jak dotąd najbardziej uniwersalny kosmetyk, który miałam w swoich rękach. Fantastycznie sprawdza się zarówno do olejowania włosów, paznokci, jak i po prostu w zastępstwie zwykłego balsamu. Ostatnio już za nim zatęskniłam, bo nic nie dawało takich efektów na moich paznokciach jak półgodzinna kąpiel w podgrzanej oliwce!

Jak widać pielęgnacja lubi kończyć się i przybywać stadkiem ;)


Produkty ARTDECO, to upominki które otrzymałam na bardzo interesujących warsztatach z makijażystą tej marki. Do tej pory znałam tylko słynną bazę pod cienie, a teraz mam możliwość zapoznać się również z innymi produktami marki. W moje ręce trafił tusz do rzęs Wonder Lash Mascara, puder oraz podkład z serii do makijażu High Definition oraz pomadka o pięknym, nieco koralowym odcieniu. Tusz i pomadka są już w użyciu, więc za jakiś czas spróbuję podzielić się z Wami moim wrażeniami.


Podczas gdy wszyscy szaleli na promocjach w Rossmannie ja starałam się go unikać z daleka. Prawie by mi się to udało, ale w ostatnim tygodniu promocji -49% złamałam ten niepisany zakaz i przygarnęłam cień /sprasowany pigment L'Oreal Color Infaillible w kolorze Forever Pink (ok.18 zł w CND) oraz dwie pomadki - matową Bourjois Rouge Ediotion Velvet 02 (ok.25 zł) oraz upragnioną Rimmel Moisture Renew w kolorze 360 As You Want Victoria (ok.14 zł).


Jak wiadomo, promocje typu -40% całkiem przypadkowo lubią się mnożyć w tym samym czasie we wszystkich drogeriach. O ile zwykle staram się omijać wtedy wszystkie te przybytki rozpusty, tak tym razem zbyt wczesne wyjście z domu poskutkowało "szlajaniem się" po Hebe w tym niebezpiecznym okresie. Co z kolei zaowocowało kilkoma nowościami (dla mnie) z Gosha. Ponieważ marka generalnie należy raczej do tych droższych (jak na półkę drogeryjną oczywiście), skusiłam się na cztery produkty, które wpadły mi w oko - piękny bronzer (Pink), pomadkę (158 Yours Forever), krem CC (02 Ivory) oraz róż-mozaikę (Pink Pie). W tej chwili najbardziej cieszy mnie CC, bo choć teoretycznie nie powinien dogadywać się z moją cerą, to jednak w wolne dni jest dla mnie ostatnio niezastąpiony, kiedy zależy mi na lekkim, ale ładnym makijażu :) Nie pamiętam już cen poszczególnych produktów, ale po zniżce 40% za całą czwórkę zapłaciłam ok.100 zł.


No i to są właściwie najważniejsze zakupy maja! Od tak dawna przymierzałam się do zakupu Daisy Eau So Fresh, że już nawet nie jestem w stanie określić początkowej daty mojej fascynacji tym zapachem. Bardzo długo odkładałam ten zakup, sięgałam po inne produkty i ostatecznie zawsze przekonywałam się, że chyba jednak dojrzałam już do tych lżejszych i bardziej kwiatowych zapachów. W międzyczasie zakochałam się też w absolutnie cudownej Roses de Chloe! Wybór był tak trudny, że skusiłam się na obie buteleczki. Daisy Eau So Fresh w pojemności 125 ml, a Chloe - 30 ml. Teraz chyba bym zamienił te pojemności, bo - o dziwo - to w Chloe czuję się znacznie lepiej i pewniej, choć Daisy z pewnością się u mnie nie zmarnuje. Obie buteleczki przyszły na początku miesiąca i przez ten czas w zasadzie używałam ich codziennie na przemian. Za oba flakony zapłaciłam w Perfumesco tyle, ile zapłaciłabym pewnie za samą Daisy w dowolnej stacjonarnej perfumerii.


Zoya - Payton, to kolejny zakup jeszcze z kwietnia, ale zanim dotarł do Kamili, a Kamila do mnie, musiało minąć trochę czasu. W każdym razie cieszę się, że upragniona Payton w końcu wpadła w moje ręce i że kosztowała mnie tyle, co na targach kosmetycznych, czyli 28 zł :)

Dalej mamy oczywiście nowe Essie. O ile kolekcja Resort Fling zupełnie mnie nie oczarowała, tak sam lakier Find Me An Oasis już jak najbardziej. Niestety formuła profesjonalna jest strasznie trudna we współpracy, ale kolor naprawdę wiele rekompensuje... Brzoskwinka, to kolor, który od dawna wisiał na mojej wishliście, czyli Van D'Go. Każdy z lakierów był kupiony w mniej lub bardziej promocyjnej cenie (w sklepach Kajuba oraz Minti Shop) ;) Dalsze pozycje, to Carousel Coral, Foot Loose i Carry On, które przygarnęłam od mojej Essie-soulmate Sylwii w bardzo okazyjnej-okazji [tak, świadomie użyłam masła maślanego ;)].


W ramach współpracy z marką Rimmel otrzymałam trzy nowe kolory lakierów z serii 60 Seconds, z kolekcji sygnowanej przez Ritę Orę. Z całej trójki - White Hot Love, Lose Your Lingerie oraz Midnight Rendevous - używałam jak na razie tylko ostatniego i muszę przyznać, że z miejsca mnie oczarował. Podobno jaśniejsze kolory są trochę problematyczne, ale ten był bardzo komfortowy w aplikacji, no i ten kolor!


Powyższe mogę podsumować tylko tak - takie tam pierdoły z Biedronki. Nic z tego nie było mi potrzebne, ale przy tych śmiesznych cenach jakoś samo wylądowało w koszyku. Peelingi Bielendy kosztowały ok.5 zł, a maski Biovax były chyba 2 zł. Tak wyszło ;)


No i ostatni duży zakup z maja, to pędzle Real Techniques! Od dawna planowałam, że dołączą do mojej kolekcji i wielokrotnie widziałam je oczyma wyobraźni na mojej toaletce. Miałam zamiar kupić je przez iHerb, ale w międzyczasie pojawiły się jakieś problemy z płatnościami, więc ostatecznie pozbierałam je przy okazji jakiś drobnych promocji i kodów zniżkowych do sklepów Minti Shop i E-Zebra. Może nie zaoszczędziła tyle, co za pośrednictwem iHerb, no ale przynajmniej nikt mi ich nie utopił w oceanie :D

Skusiłam się na zestaw pędzli do twarzy Core Collection, pojedyncze pędzle Expert Face Brush, Setting Brush, Blush Brush oraz gąbeczkę Miracle Complexion Sponge. ...i teraz boję się ich użyć! Są takie śliczne, że aż szkoda mi je brudzić i kurzyć... Pomińmy tę kwestię milczeniem, proszę... :D

***
No! Nie obiecuję (sobie), że w czerwcu nie kupię nic, bo to nie byłoby prawdą (w końcu już czekam na nowe opakowanie podkładu mineralnego :D), ale wiem, że czekają mnie ważniejsze wydatki, dlatego bardzo chciałabym znowu trochę wyhamować moje zapędy. Co tam zresztą wyrzuty sumienia, skoro wszystko tak cieszy! ;))

Standardowo - czekam na Wasze opinie o powyższych kosmetykach, jeśli już miałyście z nimi do czynienia! Co Wam przypadło do gustu, a co nie? A może coś Was szczególnie ciekawi i może mogłabym Wam krótko odpowiedzieć/podpowiedzieć [coś]? :)
K.
Czytaj dalej

poniedziałek, 30 grudnia 2013

Ulubieńcy grudnia

Cześć Dziewczyny!

W końcu udało mi się wrócić z postem typowo kosmetycznym! Nie zamierzam się szczególnie usprawiedliwiać, tak to czasem bywa, że raz miewamy wenę do pisania, a innym razem blogowanie zajmuje dalsze miejsce w życiu... ;) W grudniu, kiedy tylko nie biegałam za prezentami, wracałam do domu po pracy i zwykle padałam na kanapie, albo zaczytywałam się w kolejnych książkach. Tak też czasami trzeba! Może powinnam więc uczynić częstsze blogowanie moim noworocznym postanowieniem? Warto o tym pomyśleć :))

Ostatnio świadomie pominęłam ulubieńców listopada, ponieważ w zasadzie byłaby to powtórka z rozrywki i musiałabym niemal w całości skopiować ulubieńców października. Zmieniły się dosłownie jedynie pojedyncze produkty, ale nie widziałam sensu tworzenia nowego postu dla 1-2 kosmetyków, których najchętniej używałam w listopadzie. Choć w grudniu nadal wielu ulubieńców października (i listopada) mogłoby się powtórzyć, to jednak wybrałam kilka nowych (lub powracających do zestawienia) produktów, które w grudniu towarzyszyły mi szczególnie często! Tym razem wyróżniłam więcej produktów pielęgnacyjnych, więc zapraszam na krótką prezentację ulubieńców :)

WŁOSY:



W tej kategorii zdecydowanie powinnam wyróżnić świetny duet z The Body Shop, czyli bananowy szampon i odżywkę do włosów. Oba produkty świetnie spisują się na moich włosach, szampon dobrze je oczyszcza, a odżywka sprawia, że są mięciutkie i dobrze odżywione. Więcej o nich napisałam w niedawnej recenzji TU.


Kiedy nie korzystałam z dobrodziejstw bananowego duetu korzystałam z szamponu żurawinowego od Barwy, którego działanie uzupełniałam później maską z efektem laminowania z Love2Mix Organic z ekstraktami z mango i awokado. Nie powiem, żebym miała po niej spektakularnie gładkie włosy, ale są ładnie wygładzone, miękkie, mięsiste i zdecydowanie bardziej połyskujące. Postaram się napisać o niej wkrótce więcej :)

Zdarzało się również tak, że czasami nie miałam czasu na mycie całkiem przyzwoicie wyglądających włosów i wtedy ponownie z pomocą przyszły mi moje ulubione suche szampony z Batiste! Tym razem namiętnie sięgałam po wersję Wild, która ma szalenie słodki i nieco orientalny zapach, który - ponownie - przypadł mi do gustu. Przygotowuję dla Was recenzję i porównanie sześciu wersji szamponów Batiste, które przewinęły się przez moje ręce :)

CERA:



W grudniu wyjątkowo chętnie sięgałam po fantastyczny czyścik z limitowanej świątecznej edycji produktów Lush. Let The Good Times Roll przyciągał mnie nie tylko świetnym działaniem, ale i cudownym zapachem! Oczyszczanie i peelingowanie w jednym, a do tego pachnące ciasteczkami maślanymi... Czego chcieć więcej?! :)

Ten produkt nie powinien być dla Was żadnym zaskoczeniem! Odkąd pierwszy raz użyłam lekkiego kremu głęboko nawilżającego z serii A od Pharmaceris, dosłownie przepadłam! Właśnie rozpoczęłam trzecie opakowanie tego kremu i cóż... Dla mojej cery nie ma chyba nic lepszego! Miałam lepsze i gorsze kremy, było wiele dobrych, ale tylko do tego mam takie zaufanie, które jest poparte widocznymi efektami. Nadaje się zarówno na dzień, jak i na noc (wspierany punktowym działaniem produktów z kwasami z serii T). Więcej pisałam o nim TUTAJ.

ZAPACHY:



W tej kategorii niemal niezmiennie królują zapachy z Bath & Body Works, żongluję tylko buteleczkami. Zarówno w listopadzie, jak i w grudniu najchętniej sięgałam po serie Dark Kiss i Twilight Woods. Zapach wód toaletowych wzmacniałam poprzez wcześniejsze użycie żeli i balsamów z tych samych serii. Na święta zrobiłam wyjątek dla Paris Amour, ale nie da się ukryć, że to właśnie DK i TW całkowicie zdominowały moje zapachowe klimaty :)

KOLORÓWKA:



Jakiś czas temu kupiłam słynny cień w kremie Maybelline Colour Tattoo w odcieniu Permanent Taupe... i nie bardzo miałam na niego pomysł! Oczywiście z pomocą jak zwykle przyszły Wasze blogi! Okazało się, że ten cień wygląda fantastycznie na brwiach! Nie tylko ma idealnie chłodny, nieco szarawy odcień, ale również wygląda bardzo naturalnie, a przy tym nie skleja włosków, ani nie osiada na ich powierzchni! Mój hit!

Ponadto, w końcu miałam okazję wypróbować również słynną bazę ArtDeco. Muszę przyznać, że pierwsze tygodnie spędzone z tą bazą obfitują w pozytywne doświadczenia! Baza ma fantastyczną, masełkowatą konsystencję, bardzo łatwo się rozprowadza (bez naciągania skóry!), no i oczywiście świetnie trzyma cienie na powiekach!

***

To by było na tyle! Sądzę, że każdy z produktów czynnie przysłużył się mojej skórze i zapracował sobie na to miejsce w ulubieńcach! :) Dajcie znać, czy znacie moich faworytów i jakie macie o nich zdanie? :)
K.
Czytaj dalej
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Blog template designed by SandDBlast