Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Foreo Luna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Foreo Luna. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 19 lutego 2015

Nowości ostatnich miesięcy (październik 2014 - styczeń 2015)

Dawno już nie uzupełniałam postów z nowościami, ale szkoda mi czasu, żeby wszystko to, co przybyło mi od października rozbijać na mniejsze posty. Postanowiłam więc w skrócie pokazać najciekawsze nowości ostatnich miesięcy. Oczywiście nie wszystko to zakupy, bo są tu również prezenty urodzinowe, a także prezenty, które znalazłam pod choinką. Jest też kilka produktów, otrzymanych w ramach współprac. W sumie mogłabym sobie odpuścić ten post, ale wiem, że lubicie je oglądać, a i ja sama chętnie zerkam na zakupy innych blogerek :)


W październiku odwiedziłam Wiedeń, dzięki czemu miałam okazję do zrobienia kolejnych zakupów w LUSH i DM. W tym drugim sklepie nie szalałam, bo nic szczególnego nie było mi potrzebne, ale w LUSH skusiłam się na kolejne opakowanie mojej ulubionej maseczki - Catastrophe Cosmetics (recenzja TUTAJ). Do tego przygarnęłam jeszcze czyścik Herbalism oraz czyścik/peeling Dark Angels. Każdy z tych produktów okazał się wyjątkowo udany i z pewnością w miarę możliwości będę do nich wracać! :)

 

Przy okazji któregoś weekendu typu "Szaleństwo Zakupów" postanowiłam w końcu zapoznać się bliżej z bardzo chwaloną marką Organique. Przygarnęłam słynne czarne mydło (Savon Noir Classic) oraz trzy produkty do pielęgnacji ciała - czekoladowy scrub cukrowy (Chocolate Sugar Peeling), pomarańczową piankę myjącą (Creamy Whip) oraz piankę peelingującą o zapachu Ice Tea (Sugar Whip Peeling). Jestem całkiem zadowolona z zakupów, chętnie korzystam z każdego z produktów, ale mój apetyt na tę markę jest póki co niemal całkowicie zaspokojony. Na ten moment ciekawi mnie jeszcze tylko maska do włosów Argan Shine.


W międzyczasie zdarzyły mi się również większe zakupy "twarzowe". Na pewno znacie tę sytuację, kiedy okazuje się, że wszystkie codziennie używane kosmetyki kończą się w jednym czasie i albo nie macie zapasów, albo to co w nich jest nie odpowiada funkcją temu, czego chciałybyście używać. Mi taka sytuacja przytrafiła się w październiku, czego efektem był zakup matującego kremu nawilżającego Tołpa Strefa T (nie ma szału, oceniam go raczej jako przeciętny kosmetyk), sprawdzonego płynu dwufazowego z Lirene (nie zliczę która to już buteleczka - recenzja TUTAJ) oraz płynu bakteriostatycznego z serii Pharmaceris T. Oprócz tego, w mojej pielęgnacji rozgościły się również szczoteczka soniczna Foreo Luna Mini (recenzja TUTAJ) oraz olejek do twarzy Magic Rose od Evree. O tym ostatnim z pewnością jeszcze przeczytacie, bo okazał się być naprawdę pomocny w pielęgnacji mojej skóry, mimo, że bardzo sceptycznie podchodziłam do stosowania olejku na cerę na pograniczu tłustej. Nic bardziej mylnego! :)



Produkty z serii FitoCell od Seboradin to kolejne kosmetyki, o których za chwilę przeczytacie. Seria przeznaczona jest do włosów potrzebujących odżywienia i wzmocnienia, a oparta jest na roślinnych komórkach macierzystych. Brzmi interesująco, a jak wyszło w praktyce? Do końca tygodnia na pewno o tym przeczytacie! :)


Od pewnego czasu, pomimo dalszej sympatii do marki Essie, coraz rzadziej sięgam po nowe kolory. Choć nowe kolekcje zazwyczaj mi się podobają, to jednak przy takiej ilości lakierów, jaką obecnie posiadam, mało który budzi we mnie chęć posiadania. Mimo wszystko, kostka z czterema kolorami z jesiennej kolekcji Essie Dress To Kilt trafiła w mój gust. Każdy z kolorów jest mocno trafiony, a czerwień nosi mi się tak dobrze, jak żadna inna! :)


Po obfitych październikowych zakupach zaczęłam się mocno ograniczać z kolejnymi zakupami, szczególnie tymi zachciankowymi. Listopad był więc u mnie miesiącem odwyku zakupowego. Jak widać powyżej, może nie był to całkowicie skuteczny zabieg, ale bądź co bądź, z efektów jestem bardzo zadowolona. Kupiłam tylko cztery rzeczy - mikrozłuszczający krem na noc z serii Ziaja Liście Manuka (poprzedni mi się skończył), dwa produkty z Organic Shop - peeling z kawą oraz maseczkę błotną, którą miałam już wcześniej i byłam z niej bardzo, bardzo zadowolona. Dodatkowo skusiłam się również na tzw. skunksa z Real Techniques, czyli typowy pędzel duo-fibre do podkładu. Nie lubię stosować tego typu pędzli zgodnie z przeznaczeniem, ale za to rewelacyjnie sprawdzają się przy aplikacji mocno napigmentowanych różów. Kiedyś miałam taki z Maestro, ale podprowadziła mi go mama ;)


Listopad, to miesiąc moich urodzin, więc wstrzemięźliwość w zakupach osłodziły mi kosmetyczne prezenty. Od Sylwii dostałam przepiękny zestaw z nowo otwartego w Polsce salonu KIKO Milano. Sylwia dobrze mnie zna, bo idealnie trafiła z kolorem zestawu, na który składają się szminka i konturówka z limitowanej serii Luscious Punk w kolorze Fucsia, czyli - nieco wbrew nazwie - amarantowym odcieniu różu.


Prezent od mojej ukochanej Stefci, to kolejne spełnione kosmetyczne marzenie. Pomadka Girl About Town (wykończenie Amplified) z MACa chodziła mi po głowie już od dawna, a Stefcia nie dość, że mi ją sprezentowała, to jeszcze do kompletu dobrała mi idealny odcień konturówki - More To Love. Uroczyście oświadczam, że jest to duet idealny! Kolory są świetnie dobrane, a jakościowo zdecydowanie stoją na najwyższym poziomie! :)


Jeśli chodzi o nowości grudniowe, to również starałam się zbytnio nie szaleć. W Minti Shop kupiłam dawno planowane składane pędzle, które planowałam nosić w kosmetyczce - Real Techniques Retracktable Kabuki Brush oraz Retracktable Bronzer Brush, a także kolejną sztukę mojego ulubionego pędzla do rózu, czyli H24 z Hakuro (recenzja TUTAJ). Stara sztuka nadal ma się świetnie, ale zachciało mi się zgrabnego pędzla, który sprawdzi się do konturowania, H24 po raz kolejny okazał się być ideałem, tym razem nie tylko do różu! :)

W tym miejscu muszę pochwalić Minti Shop oraz dystrybutora pędzli Real Techniques - Sense&Body. Okazało się, że moje pędzle RT przyszły do mnie całkowicie rozklejone, tzn. widać było resztki kleju w miejscach łączenia części, ale najwyraźniej był on bardzo złej jakości. Napisałam reklamację do sklepu, po czym następnego dnia maila z zapewnieniem, że zajmą się tą sprawą, natomiast tuż po weekendzie wysłano do mnie nowe sztuki z prośbą o odesłanie tych wadliwych do dystrybutora z opisem sytuacji. Okazało się, że nowe pędzle otrzymałam później zarówno od sklepu (z miniaturką cienia z palety TheBalm Meet Matt(e)!), jak i dystrybutora. Jestem jednak uczciwa, więc ponownie skontaktowałam się z dystrybutorem (bo w końcu interesy robiłam ze sklepem ;)) w celu odesłania nadprogramowej paczki :) Wielkie brawa zarówno dla Minti Shop, jak i dla Sense&Body za szybką reakcję i sprawne załatwienie sprawy! :)


Jak już wspomniałam, w listopadzie w warszawskiej Arkadii otwarto pierwszy w Polsce salon KIKO Milano. Nie miałam zamiaru robić tam wielkich zakupów, ale był jeden produkt, którego nie mogłam sobie odpuścić, a mianowicie zachwalane cienie z serii Water Eye Shadow! Skusiłam się na przepiękne dwa dzienne odcienie - 227 i 228. I tu nie obyło się bez przygód, ponieważ biorąc cienie z półki pomyliłam jeden numerek i zamiast 227, wzięłam 229. Następnego dnia wróciłam do sklepu w celu wymiany pomylonego koloru, nastawiona, że pewnie nic z tego nie będzie, jednak okazało się, że produkt został bez problemu wymieniony i nikt nie robił mi z tego powodu wyrzutów. Wystarczyło tylko szybkie zerknięcie, że produkt jest nienaruszony, pięć minut na zwrot i "kupno" właściwego odcienia i już było po sprawie! Brawo KIKO! :)


Grudzień i listopad stały u mnie pod znakiem kolorowych mazideł do ust. Co ciekawe, żadnego z nich nie kupiłam sama, ale najwyraźniej opatrzność nade mną czuwa i wie, co lubię najbardziej. Tym sposobem, w grudniu trafiły do mnie kolejne piekności! Tym razem w przesyłce z nowościami od Rimmel otrzymałam pomadki w kredce. Jest to nowa seria Color Rush, a kolory, które otrzymałam, to od najjaśniejszego - Give Me My Cuddle, I Want Candy oraz The Redder, The Better. Każda z nich jest naprawdę udana, a czerwień okazała się być dla mnie idealna! Piękna, intensywna i seksowna, ale w żadnym razie nie wulgarna, a do tego wszystkiego sprawia, że zęby wydają się bielsze! :)


Pozostałe zakupy, to mgiełka do pościeli z serii Aromatherapy Lavender&Vanille z Bath&Body Works (seria ułatwiająca zasypianie) oraz Balmi, czyli balsam do ust w kostce. Tego drugiego miałam w sumie nie kupować, ale przełamałam się i jestem bardzo zadowolona! Słyszałam wiele opinii, że ten produkt wcale nie działa, a tymczasem okazało się, że na moje usta działa lepiej, niż słynny EOS.



Jednym z prezentów świątecznych, który wyciągnęłam spod choinki był zestaw trzech kosmetyków Soap&Glory, które marzyły mi się już od dawna! Ciocia Michała postanowiła mi sprezentować słynny żel pod prysznic Clean On Me, peeling do ciała Sugar Crush oraz masło do ciała The Righteous Butter! Każdy z kosmetyków pachnie cudownie! Cieszę się, że w końcu będę miała możliwość zapoznać się bliżej z kosmetykami tej marki! :)



Mój ukochany świetnie zinterpretował mój "list do Św. Mikołaja", bo z całej długiej listy podpowiedzi wybrał to, o czym najbardziej marzyłam, czyli palety TheBalm Balmsai oraz Nude 'Tude. Ta druga widniała na mojej chciejliście aż od 2012 roku! Michał śmiał się później, że nie był ani trochę przekonany do tego pomysłu, ale postanowił się przełamać, kiedy zobaczył moją reakcję na stand z kosmetykami TheBalm w Douglasie! ;) Zakupy świąteczne zrobił jednak w Minti Shop (jak dobrze, że wskazałam ich w "liście" jako przykładowy sklep internetowy, w którym dostanie TheBalm) i tak się złożyło, że dzięki temu, dostałam kolejną miniaturkę - tym razem cudnego różu w kremie w odcieniu Pie z palety How 'Bout Them Apples.


Co tu dużo gadać, z teściową też nie będę miała źle, bo dostałam od niej kolejną buteleczkę mojego ukochanego zapachu - Roses de Chloé. Uwielbiam ten zapach! W pierwszym flakoniku miałam już tylko kilka kropelek, które oszczędzałam, jak mogłam, więc moment był idealny! :)


Kuzynka Michała również postawiła na prezent kosmetyczny - w związku z czym dostałam od niej zestaw kosmetyków J.S. Douglas Söhne z linii masło shea i witaminy. W środku znalazłam nabłyszczający puder do ciała w przepięknej szklanej buteleczce, która ślicznie prezentuje się na toaletce! Oprócz tego w zestawie znalazły się również perfumy w kremie oraz miniaturka żelu pod prysznic z tej samej linii. Muszę przyznać, że ta seria pachnie absolutnie cudownie! Kobieco, ciepło, nieco otulająco, a jednocześnie świeżo i kwiatowo! Na pewno skuszę się kiedyś na coś jeszcze i pewnie postawię na pełnowymiarowy żel pod prysznic i masło do ciała do kompletu. Mocno ciekawi mnie również wersja lawenda i tymianek! :)


Te lakiery z pewnością widziałyście już na kilku blogach! Wkrótce i ja zaprezentuję serię Miracle Gel od Sally Hansen bliżej. Od stycznia nosiłam już trzy kolory i jestem naprawdę miło zaskoczona ich jakością! Może nazywanie ich hybrydami bez użycia lamp jest trochę na wyrost, ale ponad tydzień na paznokciach, niemal całkowicie bez uszczerbku, to już naprawdę coś! :)


W styczniu znowu mocno ograniczałam swoje zakupowe zapędy i starałam się iść raczej w jakość, niż w ilość. Efektem tego są kolejne zakupy w Minti Shop (królestwo za krówkę! :D). Tym razem przygarnęłam zestaw pędzli do oczu Classic Eye Set od Zoeva, czyli marki, która bije rekordy popularności na blogach. Do tego dorzuciłam kolejną upatrzoną paletkę z TheBalm, czyli Autobalm Hawaii. Paleta zawiera róż, cielisty rozświetlacz/cień oraz dwa ciemniejsze cienie. Taki zestaw jest wprost idealny na wyjazdy - cóż za oszczędność miejsca! :)


Wspominałam już o listopadowym odwyku kosmetycznym - tak się składa, że ta akcja była całkiem zorganizowana, ponieważ moje postanowienie było skutkiem posta u Balbiny Ogryzek, w którym Ania ogłosiła jednocześnie konkurs, w którym udało mi się wygrać bon zniżkowy na produkty Lulu&Boo do wykorzystania w sklepie Costasy. W styczniu podjęłam decyzję, że przeznaczę go na żel z echinaceą i drzewem herbacianym, przeznaczony dla cer problematycznych. To moje pierwsze spotkanie z tą marką, więc tym bardziej było mi miło, kiedy okazało się, że w paczuszce znalazłam również próbki trzech innych produktów! :)


Subskrybowanie newslettera w sklepie internetowym Pat&Rub skutkuje tym przywilejem, że w każde urodziny otrzymujecie kod zniżkowy, obniżający cenę produktów o 20%. Tym razem miałam sobie odpuścić, ale w ostatnich tygodniu obowiązywania mojego kodu pojawiła się dodatkowa promocja, obniżająca ceny kilku produktów o kolejne kilkanaście, czy nawet kilkadziesiąt procent. Tak się złożyło, że a) promocja i kod zniżkowy mogły zostać połączone i b) w promocji znalazły się dwa produkty z linii, którą od dawna chciałam wybróbować. W ten sposób skończyłam z żelem pod prysznic i balsamem do ciała z linii Relaksującej o zapachy trawy cytrynowej i kokosa :)

***
Z nowości, to na razie u mnie tyle! Chyba nie ma tragedii, jak na podsumowanie czterech miesięcy. Jestem bardzo zadowolona z ilości i jakości produktów, które kupuję. Pielęgnację uzupełniam już tylko niemal według potrzeby, a zachcianki staram się po pierwsze - ograniczać, po drugie - dokładnie przemyśleć i po trzecie - nie kupować spontanicznie. Staram się dokonywać zakupu tylko w sytuacji, jeśli nie mogę się pozbyć danego produktu z głowy :)
Oczywiście standardowo czekam na Wasze komentarze - co znacie i lubicie, nad czym się zastanawiacie, a co się u Was nie sprawdziło? :)
Karolina

Czytaj dalej

piątek, 16 stycznia 2015

Foreo Luna Mini - szczoteczka soniczna do oczyszczania twarzy


Szczoteczki do czyszczenia twarzy przez dłuższy czas były dla mnie całkowitą abstrakcją i przez długi czas nie mogłam się przekonać do takiego rozwiązania. Zawsze byłam przekonana, że takie urządzenie musi być strasznie drażniące i nieprzyjemne w użyciu. Gdyby nie coraz większy szał na tego typu gadżety, pewnie nadal żyłabym w takim przeświadczeniu, ale pierwsze publikacje na temat szczoteczki sonicznej Foreo Luna nieco wyrwały mnie z tego mojego zaścianka.

Przyglądając się zdjęciom Luny, stwierdziłam, że jestem w stanie uwierzyć, że szczoteczka silikonowa faktycznie będzie delikatna dla mojej skóry i nie wyrządzi jej krzywdy. Przez pewien czas tęsknie spoglądałam na publikacje koleżanek, aż w końcu i mi udało się dorwać Lunę w swoje ręce!



Moja wersja szczoteczki, to Foreo Luna Mini, która z założenia ma być bardziej mobilną i poręczną wersją klasycznej wersji Foreo Luna. Mini jest odpowiednio mniejsza i przystosowana do tego, żeby można ją było wrzucić do kosmetyczki i zabrać ze sobą w podróż. Mam tę szczoteczkę mniej więcej od października i myślę, że udało mi się ją całkiem solidnie przetestować. W pierwszej chwili chciałam Wam o niej napisać w połowie grudnia, ale dobrze się złożyło, że publikacja recenzji przedłużyła się o miesiąc, ponieważ teraz jestem pewna moich słów na 100%!

Informacja od producenta:
Według obietnic producenta, dzięki falom sonicznym T-Sonic, pulsującym w tempie 8000 razy na minutę, szczoteczka Foreo Luna umożliwia dokładne oczyszczenie twarzy, wygładzenie i napięcie skóry, poprawę wchłaniania się produktów pielęgnacyjnych, a także wspomaga w ograniczeniu przetłuszczania się skóry, a także zwalcza powstawanie suchych skórek.

JAK UŻYWAĆ SZCZOTECZKI:
Najpierw należy zwilżyć twarz wodą i użyć ulubionego produktu myjącego. Ważne jest jednak to, żeby nie był on na bazie glinki, silikonów, ani żeby nie zawierał granulek peelingujących! Szczoteczka jest niezmiernie łatwa w użyciu, wystarczy jedynie wcisnąć guzik, znajdujący się idealnie w miejscu, w którym kładziemy kciuk, podczas użytkowania urządzenia i szczoteczka od razu zaczyna pracę. Przez 60 sekund myjemy twarz, przesuwając szczoteczką po wybranych partiach. Co 15 sekund urządzenie daje znać, że pora na zmianę oczyszczanego obszaru, więc właściwie można jej używać nawet nie zastanawiając się nad tym zbyt mocno, a więc z pewnością jest to gadżet dobry dla śpiochów! Po upływie minuty wystarczy wyłączyć urządzenie tym samym przyciskiem. Pierwsze wciśnięcie powoduje zwolnienie tempa, natomiast drugie całkowicie wyłącza urządzenie.

Tak naprawdę, nawet jeśli zapomnicie wyłączyć szczoteczkę, albo jeśli uważacie, że minuta to za mało, to urządzenie samo się wyłączy po upływie trzech minut. Ja, po upływie przepisowej minuty, często wracałam do problematycznych partii twarzy, poświęcając im więcej uwagi i „pucowałam się” aż do wyłączenia szczoteczki ;)


DODATKOWE INFORMACJE:
Bardzo ważne jest to, żeby nie czyścić szczoteczki preparatami, zawierającymi w składzie alkohol, benzynę lub aceton. Ja po prostu traktuję ją wodą z mydłem. Właśnie! Dobra wiadomość jest taka, że Luna jest wodoodporna, wobec czego możecie ją zabrać nawet pod prysznic – to też często mi się zdarza! Kolejną istotną informacją jest to, że Luna jest opracowana tak, żeby nie trzeba było przy niej zbyt wiele majstrować. Szczoteczka nie wymaga cyklicznej wymiany końcówek, ani nawet częstego ładowania. Jest wykonana w całości z silikonu i bardzo łatwo się czyści, a raz naładowana wystarcza podobno nawet na pół roku! W zestawie jest dołączony niewielki kabelek USB, którym w razie potrzeby naładujecie swoje urządzenie. Tak naprawdę, przez ostatnie trzy miesiące jeszcze ani razu nie miałam takiej potrzeby, więc myślę, że w tej obietnicy jest sporo prawdy!

Pozwólcie jeszcze, że napomknę, że szczoteczka ma dwie powierzchnie myjące – przednia, z drobnymi wypustkami, jest przeznaczona do skór wrażliwych, natomiast tylna – z grubymi wypustkami, jest przeznaczona do skór tłustych i mieszanych. Ja stosuję obie, ale znacznie wygodniejsza i przyjemniejsza w obejściu jest wersja przednia.


MOJE ODCZUCIA:
Po pierwsze, warto używać szczoteczki regularnie! Zauważyłam, że jeśli sięgałam po nią sporadycznie, to efekty były znacznie mniej odczuwalne, niż przy codziennym lub prawie codziennym stosowaniu. Cóż, taki los, trzeba cierpliwości i regularności, żeby cokolwiek zdziałać, więc to dla mnie nic nowego J Najszybciej zauważalnym efektem była niesamowicie gładka i miękka skóra. Tuż po oczyszczaniu z użyciem Luny, moja twarz jest wyjątkowo przyjemna w dotyku, sprawiając wrażenie, jakbym dopiero co wykonała solidny peeling. Drugą sprawą, którą równie szybko zauważycie jest fakt, że skóra jest naprawdę dobrze oczyszczona, nawet jeśli właśnie zmyłyście z siebie makijaż! Po przemyciu skóry tonikiem najprawdopodobniej zauważycie czyściutki wacik :)

Ale o co mi chodziło z tą regularnością? Otóż, zauważyłam, że jeśli przykładałam się do pielęgnacji i sięgałam po Lunę codziennie (oczywiście w towarzystwie odpowiednich kosmetyków), to moja skóra, dzięki lepszemu oczyszczeniu, rzadziej wypluwała z siebie nieprzyjaciół, a jeśli mimo to pojawiały się nowe wypryski, to mam wrażenie, że goiły się jakby nieco szybciej, niż zwykle.

Odniosę się jeszcze w dwóch zdaniach do pozostałych obietnic – jeśli chodzi o zwężenie porów, no cóż, w cuda nie wierzę i z tym szczoteczka sobie raczej nie poradzi, co do ograniczenia przetłuszczania się skóry – tutaj zawsze musi iść u mnie w parze mocny arsenał zarówno kosmetyków pielęgnacyjnych, jak i tych do makijażu. Szczoteczka na pewno mi nie zaszkodziła, ale też raczej nie poprawiła sytuacji w tych kwestiach. Z pewnością jednak prawdą jest to, że użytkowanie urządzenia poprawia wchłanianie się nakładanych później kosmetyków pielęgnacyjnych – to po prostu oczywista sprawa – zawsze kiedy stosujemy dodatkowy masaż, to składniki aktywne kosmetyków mają szansę lepiej zadziałać. Zgadzam się również ze stwierdzeniem, że poranne stosowanie szczoteczki sprzyja „ściąganiu” opuchnięć po nocy.


CO GDZIE I ZA ILE?
Szczoteczki soniczne Foreo Luna pojawiły się pod koniec ubiegłego roku w Perfumeriach Douglas, dzięki czemu również i Polki zyskały łatwy i wygodny dostęp do tych urządzeń. Oprócz tego, szczoteczki możecie zakupić na oficjalnej stronie producenta www.foreo.com. W ofercie znajdziecie zarówno moją piękną różową Foreo Lunę Mini (jest aż 5 kolorów do wyboru) –499 zł, ale również klasyczną Foreo Lunę (w wersjach dla cer wrażliwych, normalnych lub mieszanych) – 719 zł, a także wersję czarną dla mężczyzn – 719 zł.*

Czy kupiłabym tę szczoteczkę sama? Na pewno byłby to dla mnie duży wydatek, ale rozważając za i przeciw, a także porównując oferty różnych producentów, Foreo i tak wychodzi najkorzystniej. Ogromnym plusem jest fakt, że szczoteczka nie wymaga wymiennych końcówek, co już samo w sobie znacznie ogranicza koszty, dodatkowo nie trzeba jej co chwilę ładować. A co jeśli Wasza Luna się zepsuje? Przez 2 lata szczoteczka jest objęta gwarancją, natomiast przez 10 lat obowiązuje tzw. gwarancja jakości, co oznacza, że jeśli Wasza szczoteczka zepsuje się po upływie gwarancji, to następny produkt możecie zakupić z 50% rabatem! Biorąc to wszystko pod uwagę, jeśli planowałabym zakup szczoteczki sonicznej, to z pewnością sięgnęłabym właśnie po Foreo Lunę!
Karotka

*ceny w sklepie Douglas.pl
Czytaj dalej
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Blog template designed by SandDBlast