Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pielęgnacja ust. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pielęgnacja ust. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 14 kwietnia 2015

Balmi - malinowy balsam do ust

Kilka miesięcy temu pisałam o balsamie do ust EOS, który wyróżnia się na rynku nietypową formą i bardzo dobrym składem. W komentarzach pojawiły się wskazywałyście wtedy na podobieństwo do innego również dostępnego u nas produktu do ust - balsamu Balmi. Kilka miesięcy temu trafiłam na ten kosmetyk stacjonarnie w Super-Pharm i skusiłam się na zakup, dlatego dzisiaj dzielę się z Wami moją opinią na temat Balmi :)


Informacja od producenta:
Balmi jest wyjątkowym balsamem do ust, posiada filtr SPF 15 oraz chroni przed promieniowaniem UVA i UVB. Doskonałe właściwości nawilżające jakie posiada zapewniają olejek JOJOBA i masło SHEA.

DZIAŁANIE:
Zacznijmy od razu od najważniejszego - spotkałam się z opiniami, że będę z Balmi niezadowolona, że jest bardzo słabym balsamem i że wymagające usta nie będą miały z niego pożytku. Tymczasem, okazało się, że w moim przypadku balsam Balmi okazał się być dużo bardziej skuteczny, niż słynne jajeczko EOS, które owszem lubię, ale zarzucałam mu działanie jedynie doraźne, a nie długofalowe, pomimo bardzo dobrego składu. W przypadku Balmi, usta wydają się być całkiem nieźle nawilżone i odnoszę wrażenie, że efekt również utrzymuje się nieco dłużej.
 
 
Zastanawia mnie mocno różnica w działaniu obu produktów, bo EOS jest przecież balsamem o świetnym, naturalnym składzie, podczas, gdy Balmi, to przede wszystkim wazelina z dodatkami. Naprawdę chciałabym napisać, że Balmi mnie zawiodło, a EOS jest królem balsamów, ale żadne z tych stwierdzeń nie byłoby prawdą. Tym bardziej, że doskonale wiem, że zawsze, kiedy mam nieco spierzchnięte usta, a na półce stoją obok siebie EOS i Balmi, ja zawsze wybieram ten drugi...
 
Podoba mi się w nim efekt, jaki zostawia na ustach, ponieważ ten przypomina nieco błyszczykowe wykończenie, ale pozbawione całej jego kleistości. Zresztą dokładnie ten sam błysk i to samo uczucie ulgi po nałożeniu na usta mam kiedy używam pomadki ochronnej Nivea Vitamin Shake, a która również nie jest składowym asem. Cóż... Może taki już urok moich ust, że wolą natychmiastową ulgę, którą daje im parafina, niż subtelne odżywienie naturalnymi składnikami... ;)


OPAKOWANIE:
Balsam Balmi umieszczono w zgrabnej, odkręcanej kosteczce. Kolor opakowania jest zależny od wariantu zapachowego, który wybierzecie - moja kostka jest malinowa. Taka forma produktu ma swoje wady i zalety. Na pewno jest ona oryginalna, cieszy oko i wyróżnia się spośród innych pomadek ochronnych czy pielęgnacyjnych, jednak w przypadku Balmi, wykonanie pozostawia sporo do życzenia. Na początku, kostka domykała się dosyć łatwo i nie miałam większych problemów z jej obsługą, ale po pewnym czasie, zamknięcie uległo uszkodzeniu (mimo, że nie włożyłam w jego obsługę zbyt wiele siły) - na wieczku pojawiły się drobne pękniecia i odtąd moją kostkę można zamykać jedynie nakładaniem i dociskaniem wieczka, co raczej nie gwarantuje, że produkt sam nie otworzy się w torebce...
 

KONSYSTENCJA I ZAPACH:
Balsam został uformowany w stożek, który - muszę przyznać - jest bardzo wygodny w obsłudze. Nie wyciera się tak bardzo jak forma jajeczka, dzięki czemu prawdopodobnie łatwiej będzie go zużyć bez "szorowania" ustami po opakowaniu. Balsam ma nieco tłustą formułę, ale nie jest ona w moim odczuciu uciążliwa. Zostawia na ustach lekki film (żadnych białych śladów!), który odbija światło, ale nie jest to żaden tłuścioszkowy blask ;)
 
Moja malinowa wersja daleka jest od zapachu naturalnych malin, ale jej zapach miło kojarzy mi się z zapachem dzieciństwo, czyli malinową Mambą :)


CENA/DOSTĘPNOŚĆ:
Produkt prawdopodobnie nadal jest dostępny stacjonarnie w Super-Pharm, a jeśli nie, to na pewno znajdziecie go w różnych sklepach internetowych. Jego cena waha się od 15 do 25 zł.
 
SKŁAD:
Polybutene, Paraffinum Liquidum, Petrolatum, Ozokerite, Synthetic Wax, Ethylhexyl Palmitate, Paraffin, Ethylhexyl Methoxycinnamate, Cera Carnauba, Butyl Methoxydibenzoylmethane, Benzophenone-3, Butyrospermum Parkii Butter, Hydrogenated Jojoba Oil, Aroma, Diethylamino Hydroxybenzoyl Hexyl Benzoate, Tocopheryl Acetate, Phenoxyethanol, Methylparaben, Propylparaben, CI 77891


Słowem podsumowania - polubiłam Balmi, jestem zadowolona z jego działania i z przyjemnością go zużyję, ale raczej nie planuję powrotu. Produkt ma fajny, gadżeciarski wygląd, ale jego wykonanie jest dosyć kiepskie, a bardzo średni skład zupełnie nie uzasadnia dość wysokiej, jak na ten rodzaj produktu, ceny. Jak już wspomniałam - z efektów jestem zadowolona, ale podobne daje mi o połowę tańsza pomadka Nivea Vitamin Shake, wobec czego wybór jest w tym przypadku raczej oczywisty.

Znacie balsamy Balmi? Jakie macie zdanie na jego temat? A może używałyście też jajeczka EOS i chciałybyście podzielić się swoim zdaniem na temat obu produktów?
Karolina
Czytaj dalej

czwartek, 26 czerwca 2014

Angry Birds by Lumene - pomadka ochronna z ekstraktem z maliny

Cześć Dziewczyny!

Ostatnie posty są bardzo monotematyczne, albo lakier albo pomadka ochronna. Następny będzie pewnie znowu lakier, ale obiecuję, że następny-następny post będzie już o czymś innym :) Ale zanim inne - dzisiaj jeszcze raz o pomadce i znowu o wściekłych ptasiorach! Jeśli chcecie przeczytać moją opinię o  pomadce ochronnej Angry Birds by Lumene z ekstraktem z maliny, to zapraszam dalej. A jak nie chcecie, to też zapraszam, bo zdjęcia są nienajgorsze :D


Informacja od producenta:
Pomadka ochronna do ust chroni i natychmiast poprawia kondycję ust. Olejek z nasion arktycznych malin pomaga utrzymać usta optymalnie nawilżone. Nie zawiera parabenów. Tylko do użytku zewnętrznego. W przypadku wystąpienia podrażnienia nie stosować. Sposób użycia: nakładaj na usta codziennie rano i/lub wieczorem lub w razie indywidualnej potrzeby.


DZIAŁANIE:
Produkt całkiem nieźle radzi sobie z doraźną pielęgnacją ust. Dość dobrze nawilża i natłuszcza usta, ale z pewnością nie poradzi sobie z intensywną regeneracją suchej skóry. Dla mnie to kolejny produkt, po który lubię sięgać na co dzień i lubię nosić go w torebce. W moim odczuciu produkt jest dobry do pielęgnacji zadbanych lub mało problematycznych ust. Pomadkę aplikuję kilka razy dziennie. Różowy ptasior nie barwi ust, ale trochę je nabłyszcza, więc wygląją po prostu ładnie i zdrowo. Z tego samego powodu mogą się się nie sprawdzić też jako pomadka ochronna dla faceta (pomijając oczywistą przeszkodę w postaci różowego opakowania :D).
 

KONSYSTENCJA I ZAPACH:
Produkt dość przyjemnie pachnie malinowym budyniem, ale i tak czuć w nim lekką chemiczną nutkę. Sam sztyft jest raczej miękki, ale nie zauważyłam, żeby topił się pod wpływem ciepła, może ewentualnie staje się trochę bardziej maślany w dotyku.

WYDAJNOŚĆ:
Swojej pomadki używam chyba ze trzy miesiące, a sztyftu ubyło naprawdę niewiele, więc na pewno będę ją "męczyć" jeszcze kilka dobrych miesięcy.


OPAKOWANIE:
Sztyft ma bardzo proste, ale jednocześnie przyjemne i urokliwe opakowanie. Jest po prostu różowo-czarne z wizerunkiem Stelli (uroki bycia chrzestną dziewczynki zakręconej na punkcie Angry Birds :)), czyli różowego ptasiora.

CENA/DOSTĘPNOŚĆ:
Swoją pomadkę kupiłam w świątecznym zestawie kosmetyków z tej serii, ale jest ona dostępna również oddzielnie, choć akurat stacjonarnie nie udało mi się jej spotkać poza zestawem. Na pewno dostaniecie ją w niektórych sklepach internetowych (np. Kocham Kosmetyki, eKobieca, Apteka Gemini), które oferuję tę serię i zapłacicie za nią ok.10-12 zł.


SKŁAD:
ISONONYL ISONONANOATE, ISOPROPYL PALMITATE, CERA MICROCRISTALLINA (MICROCRYSTALLINE WAX), JOJOBA ESTERS, POLYETHYLENE, BIS-DIGLYCERYL POLYACRYLADIPATE-2, PEG-8 BEESWAX, RUBUS IDEAEUS (RASPBERRY) SEED OIL, PHENOXYETHANOL, TOCOPHERYL ACETATE, ETHYLHEXYLGLYCERIN, PEG-8, TOCOPHEROL, ASCORBYL PALMITATE, ASCORBIC ACID, CITRIC ACID, PARFUM (FRAGRANCE)

***
Dzisiaj zachwytów nie ma, ale nie jest źle. Dla mnie to kolejny produkt, który urzeka bardziej opakowaniem, niż zawartością, ale nadal jest to kosmetyk przyjemny w odbiorze i o przyzwoitej jakości. A poza tym - tak jak moja chrześnica - ja też lubię Angry Birds :)
 
Dajcie znać, czy miałyście okazję używać produktów z tej serii i jakie macie o nich zdanie? Możecie podzielić się też swoimi przemyśleniami na temat kosmetyków, które kupujecie ze względu na ich wygląd, bo nie uwierzę, że tylko mi się to zdarza :)
Karotka
Czytaj dalej

wtorek, 24 czerwca 2014

EOS - balsam do ust Strawberry Sorbet, czyli tzw. jajeczko :)

Cześć Dziewczyny!

Dzisiaj chciałabym podzielić się moimi spostrzeżeniami na temat pewnego gadżetu, który stał się już całkiem rozpoznawalny w blogosferze. Pierwszy raz o balsamie do ust marki EOS w formie jajeczka usłyszałam za sprawą Nissiax83. Nie pamiętam już czy widziałam go u niej w filmiku, czy na blogu, ale od tamtej pory nie mogłam się opędzić od myśli, że po prostu muszę go mieć :))


Informacja od producenta:
poniżej informacja z opakowania w tłumaczeniu na polski

Balsam do ust EOS jest w 95% organiczny, w 100% naturalny i wolny od parabenów i parafiny (org. petrolatum). Zawiera witaminę E, kojące masło shea oraz olej jojoba. Utrzymuje usta nawilżone, miękkie i gładkie.


OPAKOWANIE:
Zacznę od końca, bo od opakowania i formy samego balsamu, które gra tu dość znaczącą rolę i to właśnie ono przyciągnęło moją uwagę. Balsam otrzymujemy w formie małego jajeczka, niewiele większego od przepiórczego jaja :) Muszę przyznać, że taka forma balsamu jest nie tylko atrakcyjna, ale też bardzo wygodna. Za jednym pociągnięciem jestem w stanie pokryć od razu całe usta. Dodatkowo produkt bardzo łatwo odnaleźć w torebce, nawet jeśli jest wrzucony luzem, a to już jednak wyczyn. Same na pewno dobrze wiecie jak to jest z damskimi torbami ;)


KONSYSTENCJA I DZIAŁANIE:
Produkt ma dość twardą i zbitą formułę, nie rozpuszcza się, ale mimo to z łatwością zostaje na wargach pod wpływem ciepła. Produkt całkiem przyzwoicie nawilża usta i dba o ich dobry stan, ale z pewnością nie jest to balsam, po który radziłabym Wam sięgnąć, jeśli macie suche usta. Niestety, pomimo bardzo dobrego składu, EOS nie należy do hiperskutecznych balsamów i w moim przypadku sprawdza się zdecydowanie lepiej jako produkt codzienny, a nie tzw. ratunkowy. Dobrze dba o kondycję moich ust, przynosi im doraźną dawkę nawilżenia i odżywienia, ale nie jest wystarczająco skuteczny w przypadku większych przesuszeń.
 
Najczęściej trzymam go na toaletce i stosuję na wieczór lub po prostu, kiedy jestem w domu, ale zdarza mi sie też, że zgarniam go do jakiejś mniejszej torebki na wyjście. To, że produkt jest bezbarwy bardzo pomaga, bo zupełnie nie muszę się przejmować tym, czy położyłam go idealnie na ustach. Balsam odrobinę nabłyszcza wargi i sprawia, że wyglądają zdrowo. Nie zostawia tłustej warstwy i nie klei się.


ZAPACH:
Mój balsam, to wersja Strawberry Sorbet i choć prawdziwymi truskawkami nie pachnie, to jednak kojarzy mi się z tymi suszonymi, które miałam jako dodatek w jednej z zielonych herbat i było to bardzo przyjemne skojarzenie :)
 
WYDAJNOŚĆ:
Swoje jajo mam już prawie trzy miesiące i myślę, że przy obecnym stosowaniu wystarczy mi go jeszcze co najmniej na drugie tyle, więc jest całkiem nieźle. Myślę, że i tak sięgam po niego dość często, więc wszystko to może się oczywiście zmieniać zgodnie z tym, jak często Wam będzie potrzebny :)
 
CENA/DOSTĘPNOŚĆ:
Swój balsam kupiłam za ok.22-25 zł w Minti Shopie, ale wiem, że EOS można spotkać też na Allegro.


SKŁAD:
OLEA EUROPAEA (OLIVE) FRUIT OIL, BEESWAX (CIRE D'ABEILLE), COCOS NUCIFERA (COCONUT) OIL, SIMMONDISIA CHINENSIS (JOJOBA) SEED OIL, NATURAL FLAVOUR, BUTYROSPERMUM PARKII (SHEA BUTTER), STEVIA REBAUDIANA LEAF/STEM EXTRACT, TOCOPHEROL, HELIANTHUS ANNUS (SUNFLOWER) SEED OIL, FRAGARIA VESCA (STRAWBERRY) FRUIT EXTRACT, LIMONENE, LINALOOL
 
***
Na początku byłam trochę rozczarowana działaniem jajeczka, bo spodziewałam się jednak trochę więcej, ale ostatecznie produkt okazał się być po prostu dobrym codziennym balsamem, po który naprawdę chętnie sięgam, a jego dobry skład świadczy dodatkowo na jego korzyść, dlatego wybaczam mu nieco wyższą cenę i z pewnością sięgnę po inne wersje zapachowe!
 
Koniecznie dajcie znać czy miałyście już okazję korzystać z balsamów EOS i jakie macie o nich zdanie?
Karotka

Czytaj dalej

wtorek, 21 stycznia 2014

Pat&Rub - pomarańczowy peeling do ust

Cześć Dziewczyny!

Dzisiaj chciałabym się skupić na produkcie, którego jeszcze na blogu nie było, a który od dawna wzbudzał moje ogromne zainteresowanie. O peelingach do ust z Pat&Rub słyszałam i czytałam już wiele, więc tym bardziej ucieszyłam się, gdy w moim woreczku z upominkiem od firmy, otrzymanym na lipcowych Igraszkach Kosmetycznych odnalazłam wersję pomarańczową produktu! :)

Napisałam "piling", bo takiej formy używa producent, ale szczerze jej nie znoszę i w dalszej części zamierzam posługiwać się pisownią przez dwa "e", zamiast swojskie "i" ;)

Od producenta:
"Delikatnie Złuszcza, Nawilża, Wygładza. Piling do Ust Pomarańczowy to kosmetyk naturalny, który delikatnie złuszcza skórę ust, a następnie nawilża ją i wygładza. 100% natury tak ważne na ustach! Piling jest kompozycją zdrowego cukru z brzozy oraz olejów i maseł roślinnych. Zawiera ksylitol – cukier z brzozy o działaniu przeciwpróchniczym. Kolor nadaje masło pomarańczowe i olej anatto. Aromat pilingu pochodzi od olejku pomarańczowego. Kosmetyk błyskawicznie wygładza i odżywia usta. A ile przy tym przyjemności! Naturalne aromaty uwodzą, ksylitol osładza dzień."


KONSYSTENCJA I SPOSÓB UŻYCIA:

Zacznę nietypowo, bo nie od działania, a od konsystencji produktu, która jest bardzo specyficzna. Mając w pamięci peelingi do twarzy czy do ciała różnych firm, liczyłam raczej na gęstą i zwartą masę - i tu dopadło mnie pierwsze zaskoczenie - peeling z Pat&Rub jest bardzo suchy i kruchy.


Taka forma determinuje od razu sposób użycia, ponieważ warto pamiętać o wcześniejszym zwilżeniu warg, nie tylko dla własnego komfortu, ale przede wszystkim po to, żeby peeling miał się do jak przykleić. Sam produkt najwygodniej nabrać z opakowania palcami "szczypiąc" powierzchnię produktu :) W tym przypadku głaskanie palcem masy zwyczajnie mija się z celem :))


Następnie rozpoczynamy masowanie ust kolistymi ruchami. Warto robić to nad umywalką, bo mniej więcej połowa ziarenek odpada od skóry pod wpływem masażu. Po kilku minutach, kiedy czujecie, że krążenie zostało pobudzone, a większość ziarenek rozpuściła się lub odpadła, możecie zlizać i zjeść pozostałe na ustach ziarenka i voila! Aplikujemy coś nawilżającego - masełko, balsam lub pomadkę ochronną i cieszymy się gładkimi ustami i niskokaloryczną przekąską ;)))


DZIAŁANIE:
Peeling odczuwalnie wygładza wargi poprzez złuszczanie suchego naskórka i poprawienie ich ukrwienia. Ziarenka ksylitolu (cukier brzozowy) nie są przesadnie ostre, więc trudno zrobić sobie nimi krzywdę, dlatego jeśli zależy Wam na bardziej wyraźnych efektach, to warto pozwolić sobie czasem na mocniejszy lub dłuższy masaż.



Myślę, że wygładzenie, które funduje nam peeling nie jest szczególnie spektakularne i szczerze powiedziawszy spodziewałam się trochę więcej, ale jednocześnie zdaję sobie sprawę z tego, że usta są bardzo wrażliwe i podatne na uszkodzenia, dlatego też producent obchodzi się z nimi delikatniej, niż z resztą ciała.



ZAPACH I SMAK:
Peeling pachnie trochę jak pomarańczowe landrynki i jest dosyć słodki, ale jednocześnie rześki (brakowało mi innego słowa!) w smaku. Jak już wspomniałam, po zabiegu możecie zjeść pozostały na ustach produkt, ponieważ jego skład jest w całości naturalny, a ziarenka ścierające, to prawdziwy cukier, tyle, że brzozowy (czyli zdrowszy!). Dodam, że jest naprawdę smaczny i chyba kupię sobie paczkę, żeby stosować go w kuchni zamiast zwykłego białego cukru! :)



OPAKOWANIE:
Produkt otrzymujemy w plastikowym słoiczku, zapakowanym dodatkowo w kartonik w kolorze, odpowiednim do smaku peelingu. I tak mój pomarańczowy peeling otrzymał pomarańczowe ubranko, peeling różany ma różowy kartonik, a kawowy - brązowy.



Słoiczek jest solidnie wykonany i mógłby nawet sprawiać wrażenie szklanego, jednak jego waga zdradza materiał, z którego go wykonano :) Dużym plusem jest to, że średnica słoiczka jest stosunkowo szeroka (mniej więcej tak jak masełka do ust Nivea), więc peelingu nie trzeba łowić ;) Zakrętka jest dobrze dopasowana i nie sprawia problemów przy dokręcaniu, co przy produktach z ziarenkami nie zawsze jest takie oczywiste.



WYDAJNOŚĆ:
Produkt, mimo tendencji do uciekinierstwa, jest zaskakująco wydajny! Mam go już około pół roku i choć nie wykonuję zabiegów ze szczególną regularnościa, to jednak z pewnością wykonałam ich tyle, że spodziewałabym się zarejestrować jakiekolwiek zużycie, a tymczasem produktu ubywa naprawdę niewiele i sądzę, że wystarczy mi jeszcze na długie miesiące.



CENA/DOSTĘPNOŚĆ:
Peeling do ust kosztuje 49 zł i jest dostępny w sklepie internetowym Pat&Rub, a także w Perfumeriach Sephora. Oprócz tego, produkty Pat&Rub są dostępne w wielu sklepach internetowych, m.in. Merlin, Empik.

SKŁAD:
XylitolGlycine Soja (Soybean) Seed OilCitrus Aurantium Dulcis (Orange) Peel WaxTocopherol (mixed)Beta-SitosterolSqualeneBixa Orellana Seed OilCitrus Grandis (Grapefruit) Peel OilCitrus Aurantium Dulcis (Orange) Peel OilLimoneneLinaloolCitral



***
Słowem podsumowania - uważam, że peelingi do ust, to typowy kosmetyczny gadżet w damskiej kosmetyczne. W żadnym razie nie jest to produkt niezbędny, ani nawet podstawowy w pielęgnacji. Wiele osób wskazuje na fakt, że tego typu produkt z powodzeniem można wykonać samemu w domu, ale ile z nas tak naprawdę choć raz przyrządziło sobie domowy peeling? Ja chyba jeszcze nigdy nie dotarłam do kuchni w tym celu, a z ręką na sercu przyznaję, że regularne peelingowanie pozytywnie wpływa na kondycję ust, no i znacząco poprawia wygląd ust, pokrytych kolorowymi szminkami!

Jest to gadżet, ale zdecydowanie z gatunku tych przyjemnych, na które warto czasem wydać pieniądze z czystej zachciewajki, tym bardziej, że poza składnikami złuszczającymi mamy jeszcze cały szereg składników pielęgnujących skórę i korzystnie wpływających na jej kondycję! Produkt jest szalenie wydajny, więc koszt rozkłada się na wiele zabiegów i choć nadal wychodzi drożej, niż połączenie cukru z miodem w domowym wykonaniu, to jednak skutecznie kusi! Ciekawi mnie jeszcze wersja różana, ale sądzę, że minie wiele miesięcy zanim uda mi się zużyć moją pomarańczkę! :)

***
Co sądzicie o tego typu produktach?  Zbędny i drogi gadżet, czy przydatna zachcianka? :)
K.

P.S. Przepraszam za te kolosalne odstępy pomiędzy poszczególnymi akapitami. W edytorze wszystko wygląda, jak trzeba, ale na poglądzie wszystko mi się rozjeżdża. Cokolwiek poprawię w edytorze, to za chwilę błąd pojawia się w innym miejscu. Też macie takie problemy z edycją notek?
Czytaj dalej

niedziela, 28 lipca 2013

Sylveco - rokitnikowa pomadka ochronna o zapachu cynamonu

Cześć Dziewczyny!

Dzisiaj przygotowałam krótki i lekki post o pomadce ochronnej, która ostatnimi czasy podbiła moje serce i od dwóch miesięcy niezmiennie króluje w mojej podręcznej kosmetyczce. Do tej pory królową wśród moich ukochanych pomadek ochronnych była Nivea Vitamin Shake, która naprawdę świetnie dbała o moje usta, ale odkąd schowałam ją w dobre miejsce, o którym nie pamiętam (:D), zaszła potrzeba wzięcia w obroty czegoś z moich obszernych zapasów kosmetycznych. W ten sposób natknęłam się na rokitnikową pomadkę ochronną z Sylveco, która niespodziewanie rozpanoszyła się nie tylko w mojej kosmetyczce, ale i na ustach. I nie zanosi się na to, żeby ta znajomość miała się skończyć po zużyciu pierwszego opakowania ;)


Producent o produkcie:

DZIAŁANIE:
Pomadka działa na moje usta w sposób niemal zbawienny! Nie tylko fantastycznie je nawilża i odrobinę natłuszcza, ale również intensywnie je wygładza i sprawia, że długo są miękkie. Jeżeli nie jem i nie piję, pomadka jest wyczuwalna na ustach nawet do dwóch godzin, a to całkiem sporo jak na zwykłą bezbarwną pomadkę ochronną. Odrobinę nabłyszcza usta, ale na tyle dyskretnie, że nawet facet mógłby sobie pozwolić na cienka warstwę. Pomadka nie nadaje ustom żadnego koloru.

Jeśli nakładam pomadkę Sylveco cienką warstwą na początku wykonywania makijażu, to do czasu wykończenia makijażu zwykle wchłonia się w usta (na tyle, żeby później kolor nie spływał z ust), a przy tym zmiękcza je tak, żeby nie było suchych skórek, dzięki czemu aplikacja pomadki kolorowej jest dla mnie dużo przyjemniejsza i nie denerwuję się, że nagle widać skórki, których nie ma.

KONSYSTENCJA:
Pomadka ma zbitą konsystencję sztyftu i nie topi się zbyt łatwo pod wpływem ciepła, a przy tym, mimo wszystko, bardzo łatwo ją zaaplikować na usta.


ZAPACH:
Pomadka niestety nie pachnie cynamonem, choć producent tak obiecuje. Wprawdzie olejek cynamonowy widnieje w składzie, jednak jego zapach jest całkowicie zdominowany przed inne substancje - przypuszczalnie wosk lub olej rokitnikowy. Nie jest szczególnie zachęcający zapach, ale nie nazwałabym go również przykrym. Po prostu fakt, że pomadka nie pachnie obiecanym cynamonem trochę mnie zawiódł.

OPAKOWANIE:
Produkt kupujemy schowany w papierowym kartoniku, na którym znajdują się najważniejsze informacje. Sam sztyft pomadki, jest już ukryty w plastikowym biało pomarańczowym opakowaniu. Ani nie jest ono zbyt ładne, ani zbyt dobre, bo niestety pomadka bardzo łatwo otwiera się sama, nawet w wyładowanej po brzegi kosmetyczce (i jest to jej jedyny i największy minus), a ponadto napisy łatwo się ścierają, a plastik nosi ślady delikatnych pęknięć, mimo, że produkt, wyjątkowo, ani razu nie wylądował na podłodze.

WYDAJNOŚĆ:
Produktu używam przez ostatnie dwa miesiące praktycznie codziennie i to po kilka, czasem kilkanaście razy i nadal mam jeszcze całkiem sporo kosmetyku. Szacuję, że jest spora szansa na to, że będę się nią cieszyć jeszcze przynajmniej kolejne dwa miesiące.

CENA/DOSTĘPNOŚĆ:
Pomadka kosztuje niecałe 8zł i jest dostępna w sklepie internetowym Sylveco, ale dziewczyny z innych blogów donoszą, że często można dostać kosmetyki Sylveco m.in. w sklepach zielarskich lub aptekach. Dokładne adresy znajdziecie TU.

SKŁAD:

CZY KUPIĘ PONOWNIE:
Tak, zdecydowanie! Nie dziwi mnie wcale, że ta pomadka stała sie ulubienicą wielu z Was. Chętnie wypróbuję również wariant betulinowy oraz inne prodkty Sylveco, w szczególności lekki krem nagietkowy, które tak wiele z Was zachwala. Coś czuję, że bliżej jesieni skuszę się na jakieś zamówienie :)

Podsumowując:
+ świetne nawilżenie i natłuszczenie;
+ intensywne zmiękczenie ust;
+ niska cena;
+ fantastyczny skład;
+/- brak zapachu cynamonu;
- niezbyt trwałe opakowanie

Znacie tę pomadkę? Polubiłyście ją tak, jak ja? A może macie doświadczenia z innymi produktami Sylveco? :)
K.

Czytaj dalej
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Blog template designed by SandDBlast