Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Orientana. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Orientana. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 1 lipca 2013

Ulubieńcy czerwca :)

Cześć Dziewczyny!

Tradycyjnie już, witam Was w nowym miesiącu notką z ulubieńcami! W czerwcu ponownie uzbierałam grupkę produktów, po którą wyjątkowo chętnie sięgałam. W dużej mierze są to powroty do wcześniej używanych produktów, część jest efektem nagłego wybuchu uczucia do kosmetyków, które do tej pory były mi stosunkowo obojętne, no i jest też jedna nowość, którą umieszczam tutaj z lekką obawą. Zresztą zaraz wszystko Wam wyjaśnię! :)


Jak widać, grupka czerwcowych ulubieńców ponownie jest całkiem liczna. Zauważyłam, że jak już uprę się na jakiś produkt, to sięgam po niego niemal codziennie, efektem czego zmiany przychodzą dopiero, jak już się nieco znudzę dotychczas używanym kosmetykiem.


Zacznijmy nietypowo, bo od pielęgnacji, której jak zwykle jest mniej, niż kolorówki. Tym razem króluje marka Bath & Body Works i - sądząc po moich ostatnich owocnych zakupach, o których wkrótce - tak zostanie też w przyszłym miesiącu. Wracając jednak do czerwca - nie wiedzieć czemu  - właśnie teraz, w największe upały, zakochałam się w zapachu Dark Kiss, który jest intensywnie słodki, a jednocześnie nieco ciężkawy i pasowałby bardziej na jesień lub zimę. Tak czy inaczej, ja zakochałam się w nim na nowo właśnie teraz i korzystając z długotrwałego zapachu, pozostawianego przez balsam, w końcu zaczęłam korzystać również z mgiełki w celu zintensyfikowania zapachu. Tak naprawdę dopiero teraz doceniłam prostotę tego rozwiązania, ale o tym również innym razem ;)

Kolejnym świetnym balsamem, który sobie upodobałam w czerwcu, był niemniej popularny Pink Chiffon, również z Bath & Body Works. Sama nie wiem, który z zapachów bardziej mnie w sobie rozkochał, bo po Pink Chiffon sięgałam niemal tak samo chętnie, jak po wspomniany Dark Kiss. Uwielbiam to, jak oba balsamy nawilżają moją skórę i to, jak długo i intensywnie pachną. Wkrótce postaram się o recenzję tych balsamów.

W czerwcu, polubiłam się również z olejkiem z Orientany. Wprawdzie mam go już jakiś czas i kilkukrotnie z niego korzystałam, ale jakoś trudno mi było wyrobić sobie o nim zdanie, tym bardziej, że dotąd nie byłam fanką nacierania całego ciała oliwka. Ostatnio jednak coś mi się odmieniło i olejek o zapachu indyjskiego jaśminu podbił moje serce na tyle, że sięgałam po niego zawsze po kąpieli po fitnessie. Nie tylko świetnie nawilżał skórę, ale też cudownie otulał ją relaksującym i nienachalnym zapachem. Jestem Wam winna jego recenzję, więc mam nadzieję, że wkrótce uda mi się ją napisać.

Maska do stóp Feet Up Rescue z Oriflame to moje stare-nowe odkrycie. Miałam wcześniej tę maskę w starszej wersji i byłam bardzo zadowolona z jej działania, a całkiem niedawno odgrzebałam z zapasów uaktualnione wydanie tego produktu. Maska fantastycznie nawilża i nieco zmiękcza moje problematyczne stopy (mam wiecznie ugniecioną skórę na piętach :P). Jedna sesja masażu z tą maską i stopy są w zauważalnie lepszej kondycji i to nie tylko do czasu pierwszej kąpieli. Efekt utrzymuje się co najmniej kilka dni.

Ostatnim pielęgnacyjnym odkryciem czerwca, była dla mnie pomadka ochronna o zapachu cynamonu z Sylveco. Od razu dementuję informację o zapachu - pomadka wcale a wcale nie pachnie cynamonem, ale fantastycznie nawilża i natłuszcza usta. Zmiękcza je i utrzymuje w dobrej kondycji. Mimo, że nadal lubię się z moją ukochaną Nivea Vitamin Shake, to muszę przyznać, że znalazłam dla niej godnego konkurenta i z pomadkami Sylveco polubię chyba na dłużej.


Przejdźmy teraz do kolorówki, gdzie na pierwszy rzut oka niewiele jest nowości. W czerwcu najczęściej i najchętniej sięgałam po niezawodny róż z Alverde (kolor 04 Soft Pink). Wyciągnęłam też dawno już sprawdzony róż Down Boy z TheBalm, który wraz z rozświetlaczem Mary-Lou Manizer również z TheBalm, tworzy na mojej twarzy jeden z najbardziej zgranych duetów ever. Po wspomniany rozświetlacz sięgam coraz chętniej, ponieważ, jak pewnie wiecie, w końcu znalazłam mój idealny puder matujący, którym jest Maybelline Dream Matte Powder. Tym samym nie straszne mi świecenie! :)


Jeśli chodzi o cienie - nadal sięgałam po sprawdzoną paletkę Oh So Special (swatche KLIK) ze Sleeka, ale w czerwcu wyjątkowo upodobałam sobie również jedną z najstarszym paletek w ofercie Sleeka, czyli Storm (swatche KLIK). Jasny perłowy cień na całą powiekę, matowy brąz w załamaniu i zielony lub granatowy akcent na dolnej powiece i makijaż gotowy! Coś czuję, że w końcu wezmę ją w obroty jak należy, tym bardziej, że mój ukochany cień z OSS nieuchronnie dobija dna (znacie jakiś odpowiednik cienia Gateau?).


Krem BB Dollish od Lioele (wersja zielona), to nowość nie tylko w ulubieńcach, ale również w kosmetyczce. Jestem bardzo zadowolona z efektu, jaki ten bebik daje na buzi, ale zaalarmowana często powtarzającą się informacją o jego właściwościach zapychających, póki co uważnie obserwuję moją cerę i staram się nie wydawać pochopnych wyroków. Nie zmienia to faktu, że zwłaszcza na początku miesiąca, wyjątkowo często sięgałam po ten produkt, stąd jego obecność w ulubieńcach. Obecnie, w związku ze zmianą kremu, odstawiłam produkt ponieważ któryś z nich ewidentnie źle wpływa na moją cerę, dlatego teraz swoją uwagę skupiłam na kremie, ponieważ tego produktu używam przecież codziennie.

W przerwach od stosowania Dollish, sięgałam po podkład Rimmel Match Perfection w odcieniu Classic Ivory. Jestem z niego całkiem zadowolona i uważam go za bardzo przyzwoity produkt. Utrwalony moim ulubionym pudrem, trzyma się na twarzy naprawde nieźle i całkiem długo utrzymuje mat. Ponoszę go jeszcze trochę i postaram się napisać o nim więcej.

Wielokrotnie żaliłam się Wam, że moje paznokcie u rąk są aktualnie w opłakanym stanie, ale na szczęście mam jeszcze pole do popisu na paznokciach u stóp, gdzie przez cały czerwiec raz za razem gościł Essie w kolorze Watermelon (swatche KLIK). Polubiłam ten lakier już w ubiegłym roku, ale dopiero teraz wydał mi się być dokładnie takim kolorem, jaki chciałabym nosić na stopach :)

Tusz One by One w wersji Satin Black, to właściwie żadne zaskoczenie, ponieważ uwielbiam zarówno klasyczną (recenzja KLIK), jak i wodoodporną wersję tego tuszu. Pięknie podkreśla rzęsy i pozwala budować efekt bez większych problemów ze sklejaniem pojedynczych rzęs. Tusze One by One, obok maskary False Lash Effect Fusion z Max Factor (recenzja KLIK), to moje tusze numer jeden! :)

Kredki z Avon, które wyróżniłam, to tradycyjnie już brązowa Glimmerstick Diamonds (Brown Sugar) oraz - wyjątkowo - czarna SuperShock, która okazała się być świetną bazą pod kolorowe cienie z paletki Storm. Z obu jestem zadowolona zarówno pod względem kolorystycznym, jak i w kwestii trwałości. Jedyne co mnie denerwuje, to wydajność kredki SS. Przede mną pierwsze temperowanie - macie jakieś rady jak ją zatemperować, żeby jej nie rozwalić? ;)

Ostatnie dwa produkty, to kolorowe pomadki, po które sięgałam szczególnie chętnie pod koniec miesiąca. W tej kwestii najlepiej sprawdzały się albo słynna 102 z serii Kate dla Rimmel lub moja ulubienica Rock'n'Mauve z serii Rogue Caresse od L'Oreal (swatche KLIK). Pod względem pielęgnacyjnym ta druga jest znacznie lepsza, ale trudno odmówic pomadce Kate uroku. Niespodziewanie, po początkowym zawodzie kolorami z tej kolekcji, stałam się posiadaczką czterech z pięciu dostępnych w Polsce kolorów. No cóż, jak to mówią - tylko krowa nie zmienia zdania :D

***

Znacie moich ulubieńców? Czy są wśród nich również i Wasi faworyci? Dzielcie się linkami do swoich podsumowań w komentarzach! :)
K.
Czytaj dalej

sobota, 6 kwietnia 2013

Lutowo-marcowe denko

Cześć Dziewczyny!

Być może zauważyłyście, że w marcu bardzo mocno ociągałam się z postem denkowym, tak mocno, że ostatecznie postanowiłam połączyć denka z dwóch miesięcy. Bynajmniej nie dlatego, że w lutym było tego mało, o nieee... Nazbierało się tego całkiem sporo, a marzec tylko dopełnił dzieła, bo przez te dwa miesiące zużyłam łącznie 38 produktów!


Wobec powyższego nie chcę Was zbytnio zanudzać długimi opisami produktów, które były już recenzowane, dlatego odeślę Was do gotowych już recenzji tych kosmetyków. A teraz - nie przedłużając - przejdźmy do rzeczy :)


1. Balsam intensywnie ujędrniający MaXSlim; Lirene (500ml; ok.20zł).
Względem tego produktu mam dość mieszane uczucia, bo szczerze powiedziawszy nie zauważyłam większych efektów. Wielokrotnie powtarzam, że sam balsam nie jest w stanie niczego zmienić, no ale cokolwiek, tak na zachętę, naprawdę by nie zaszkodziło ;) Więcej planuję napisać wkrótce w poście, który przybliży Wam nieco trzy produkty z serii MaXSlim. Na razie nie planuję powrotu.

Następca: brak;

2/3. Żel + oliwka pod prysznic mango; Lirene (250ml; ok.8zł).
Jednym słowem - ulubieniec! Więcej w recenzji KLIK. Na pewno do niego wrócę!

Następcy: imbirowy żel pod prysznic The Body Shop; żel pod prysznic Bath & Body Works Twilight Woods; żel pod prysznic żurawina i biała herbata Isana;


4. Szampon do włosów Smooth Relax; Syoss (500ml; ok.10-12zł).
Z tego szamponu więcej korzystał mój chłopak, ale i ja wielokrotnie mu go podkradałam. Obojgu nam przypadł do gustu, nie plątał włosów i ładnie je wygładzał. Włosy mojego chłopaka były bardzo miękkie, pomimo tego, że nie stosuje on żadnych odżywek i po powrocie do sprawdzonego wcześniej szamponu jednoznacznie stwierdził, że ten był o wiele lepszy. W ogóle nagle zrobił się wybredny, jeśli chodzi o szampony, więc to więcej niż pewne, że wrócimy do tej wersji Syoss'a :)

5. Szampon do włosów z aloesem; Equilibra (250ml; ok.20zł).
Świetny szampon! Nie tylko dobrze oczyszczał włosy i skórę głowy, ale i bardzo skutecznie łagodził działanie detergentu (ALS), dzięki wysokiej zawartości aloesu (drugie miejsce w składzie). Najlepiej sprawdzał się w duecie z maską z pięciu alg i masłem shea z Bingo Spa. Mam jeszcze jedną butelkę i z przyjemnością do niego wrócę :)

6. Szampon z aloesem i hibiskusem; Alverde (200ml; ok.2 euro).
Kolejny dobry szampon, który dobrze się u mnie sprawdził, mimo wszystko wolę jednak używać szamponów, które nie zawierają alkoholu tak wysoko w składzie. Mam wrażenie, że przy dłuższym używaniu wzmagają one swędzenie skóry, więc staram się nie używać ich na co dzień, tylko co drugie, trzecie mycie. Poza tym, moim zdaniem ta wersja niewiele się różni od szamponów z Alterry. Dobry, ale niekoniecznie must have. Na razie nie wrócę do niego.

Następca: Nivea 2w1 (jego szampon); Natura Siberica Objętość i Nawilżenie (mój szampon);

7. Kuracja z aloesem i hibiskusem; Alverde (150ml; ok.2 euro).
Świetnie nawilża włosy i sprawia, że są niesamowicie mięciutkie. Bardzo ładnie po niej błyszczą i dość dobrze się układają. Mam ochotę na więcej! :)

Następca: maska z pięcioma algami i masłem shea Bingo Spa;


8. Olejek antycellulitowy brzoza i pomarańcza; Alterra (100ml; ok.18-20zł).
Od tego olejku zaczęłam przygodę z olejowaniem włosów, ale nie stosowałam go tylko w tym celu. Na włosach sprawdzał się dość dobrze, ale tak naprawdę najprzyjemniej sprawował się do masażu i do nawilżania ciała. Uwielbiam jego energetyczny, pomarańczowy zapach! Chętnie bym do niego wróciła, ale mam jeszcze kilka olejków i oliwek, które muszę zużyć, dlatego na razie nie, ale nie mówię mu nigdy! ;)

Następca: olejek z jaśminem z Orientany;

9. Wcierka do włosów i skóry głowy Jantar; Farmona (100ml; ok.10zł).
Bardzo dobra i skuteczna wcierka do skóry głowy. Naprawdę widzę po niej wysyp baby hair i czuję, że łagodzi wszelkie podrażnienia skóry głowy i przynosi mi odczuwalną ulgę, dlatego chętnie ponowiłam ten zakup! :)

Następca: ten sam produkt;


10. Oczyszczający żel peelingujący do mycia twarzy Pielęgnacja Młodości; AA (150ml; ok.15-18zł).
Całkiem dobry produkt, choć ja traktowałam go bardziej jako żel pod prysznic, niż jako peeling, choć przy odrobinie energii dawał radę. Więcej przeczytacie w recenzji KLIK. Nie wrócę do tego produktu, głównie dlatego, że nie przepadam za takimi hybrydami.

Następca: pianka do mycia twarzy z serii Pharmaceris A;

11. Płyn micelarny; Bourjois (250ml; ok.13zł).
Bardzo lubię ten micel i chętnie do niego wracam. Tej butelki używałam wspólnie z mamą, której też  ten produkt przypadł do gustu. Niedługo dodam na jego temat swoje trzy grosze, więc nie będę się teraz zbytnio rozpisywać. Po prostu warto po niego sięgnąć, bo może być świetną i wydajną alternatywną dla Biodermy. Już korzystamy z kolejnej butelki i na pewno będziemy kupować kolejne.
Następca: ten sam produkt;

12. Oczyszczający żel do mycia twarzy; AA Eco (125ml; ok.25zł).
Z tego żelu korzystałam kiedy chciałam potraktować moją twarz łagodnie i nie narażać ją na codzienne tarcie peelingiem (patrz nr. 10). Produkt dobrze oczyszczał i odświeżał twarz, ale obok ogórka, to on niestety nawet nie stał. Niedługo napiszę o nim więcej, bo wiem, że niektóre z Was były go ciekawe. Niestety, nie wrócę do tego produktu z kilku względów, o których wkrótce.

Następca: pianka do mycia twarzy z serii Pharmaceris A;


13. Czyścik Angels on Bare Skin; LUSH (100g; ok.6 funtów/10 euro).
Bardzo fajny i przyjemny czyścik do twarzy, który dobrze oczyszczał i jednocześnie pielęgnował cerę. Na pewno warto poznać ten produkt, ale nie do końca rozumiem, na czym polega jego fenomen. Więcej napisałam w recenzji KLIK. Na razie nie wrócę do niego, bo i nie mam jak, ale nawet w razie możliwości zakupu skuszę się raczej dla odmiany na coś innego.

Następca: pianka oczyszczająca z serii Pharmaceris A;

14. Krem złuszczający z 5% zawartością kwasu migdałowego Sebo-Almond Peel 5%; Pharmaceris T (50ml; 30-40zł).
To był naprawdę świetny krem, który nie dość, że poradził sobie z wysypem podskórnych gul, to jeszcze trzymał moją skórę w ryzach przez większy czas, kiedy go stosowałam. Pod koniec skóra jakby trochę się przyzwyczaiła, a dodatkowo zimą zmieniły się jej potrzeby, dlatego póki co robię sobie od niego przerwę, ale na pewno do niego wrócę! Piekielnie wydajny produkt! Używałam go tylko na noc, prawie codziennie przez pół roku! Więcej napisałam w recenzji KLIK.

Następca: najpierw krem nawilżający dla cery normalnej i mieszanej Oeparol Hydrosense, a obecnie Pharmaceris A lekki krem głęboko nawilżający oraz punktowo Effaclar Duo z La Roche-Posay;

15. Krem przeciwtrądzikowy matująco-normalizujący Sebostatic Dzień; Pharmaceris T (50ml; 30-40zł).
Kolejny świetny produkt z serii T! Świetnie radził sobie z utrzymaniem odpowiedniego nawilżenia skóry, jednocześnie mając lekki wpływ na opóźnienie świecenia się twarzy. Przyznam szczerze, że trochę za nim tęsknię, choć obecnie stosowany krem również jest dobry, to jednak mam wrażenie, że ten odrobinę lepiej trafiał w potrzeby mojej skóry. Więcej napisałam w recenzji KLIK.

Następca: najpierw krem matująco-nawilżający z AA Pielęgnacja Młodości, a obecnie Dr Irena Eris energizujący krem na dzień dla cery tłustej i mieszanej z serii Vitaceric; 

16. Krem pod oczy odżywczo-nawilżający Ultra Odżywianie; AA (15ml; ok.15-20zł).
Pamiętam, że kupiłam ten krem trochę w ciemno, ponieważ Rossman wycofał mój ulubiony krem pod oczy z Alterry. Szukałam wtedy czegoś, co miałoby treściwą, kremową konsystencję i co obiecywało jakieś odżywienie skóry - szczególnie przy stosowaniu na noc. W większości trafiałam na same żele, a w tej kategorii już mam swojego ulubieńca z Flos-Lek, a ten krem z AA wpadł mi w ręce przypadkiem, ale przekonał mnie do siebie prawie od razu. Wprawdzie efekty stosowania nie są jakieś spektakularne, ale podobała mi się zarówno konsystencja, jak i jego delikatne działanie. Nie podrażniał skóry wokół oczu, ani samych oczu, nie tłuścił skóry, ale sprawiał, że była miękka, dobrze nawilżona i przyjemnie napięta. Świetnie sprawdzał się też pod makijaż, a ponadto był szalenie wydajny! Stosowałam go niemal codziennie na noc, czesto również na dzień, aż od czerwca ubiegłego roku!!! Aktualnie mam kilka kremów pod oczy w zapasie, ale  gdyby nie to, to na pewno kupiłabym go jeszcze raz!

Następca: nawilżająco-rozjaśniający krem pod oczy Wrażliwa Natura 20+ od AA;


17. Imbirowe masło do ciała; The Body Shop (50ml; 20zł).
To masło należało do limitowanej świątecznej kolekcji, więc prawdopodobnie nie jest już dostepne, ale mimo to warto o nim wspomnieć. Jeśli chodzi o zapach - wiadomo, nie wszystkim przypadnie do gustu, mi się podobał, ale sięgałam po nie dość nieregularnie, bo na co dzień mnie męczył. Co do właściwości pielęgnacyjnych - było dobrze, ale nie powalająco. Masło dobrze nawilżało skórę, ale miało jak dla mnie zbyt zbitą konsystencję i trzeba było się nieźle nagimnastykować, żeby dobrze je rozprowadzić na ciele, bo dość ciężko się rozsmarowywało. Gdybym nie wypróbowała wcześniej kilku próbek masła z shea, to stwierdziłabym, że ten rodzaj produktów z TBS zupełnie nie jest warty swojej ceny, a tak - sądzę, że wszystko zależy od wersji zapachowej i właściwej jej konsystencji. Nie wróciłabym do tego produktu, nawet gdyby był dostępny w regularnej ofercie.

Następca: wykańczam masło do ciała z granatem Pharmatheiss Granatapfel i szarlotkowe masło do ciała Sweet Secret z Farmony;

18. Peelingujący żel pod prysznic z imbirem; The Body Shop (75ml; brak informacji o cenie).
Przyznam, że liczyłam na to, że ten kosmetyk będzie raczej peelingiem, niż żelem, ale niestety trochę się zawiodłam. Owszem, produkt posiadał drobinki ścierające, ale nie były one na tyle ostra, żeby porządnie złuszczyć martwy naskórek. Dla mnie to był raczej żel z drobinkami masujacymi, który spokojnie można by stosować codziennie. Tym razem zapach był odpowiednio wyważony i kąpiel z tym produktem nie była męcząca i dość chętnie sięgałam po ten żel. Niestety produkt ma jeszcze jedną wadę - jestem świadoma, że to miniaturka, ale nawet jak na miniaturkę produkt skończył się bardzo szybko. Wolę kupić albo żel, albo peeling, dlatego nie kupiłabym tego produktu.

Następca: wykańczam peeling szarlotkowy Sweet Secret z Farmony;


19. Krem regenerujący do stóp z 30% zawartością mocznika; Lirene (100ml; ok.10zł).
Ten krem darzę wyjątkowo mieszanymi uczuciami - z jednej strony doceniam jego działanie, a z drugiej do szału doprowadzają mnie jego wady, sprawiające, że jego stosowanie bywa zwyczajnie upierdliwe. Zamierzam go wkrótce zrecenzować, ponieważ mam jeszcze około połowy drugiej tubki, otrzymanej w ramach współpracy. Szczerze powiedziawszy, nie mam zielonego pojęcia, czy jeszcze go kiedyś kupię, czy może postawię na coś innego.

Następca: ten sam produkt;

20. Krem do rąk RATUNEK z 10% zawartością masła shea; Lirene (50ml; ok.8zł).
Ten krem zasługuje na osobna recenzję, bo moim zdaniem jest naprawdę świetny! Bardzo mi pomógł, kiedy miałam przesuszoną i popękaną od mrozu skórę. Jego zalety docenił również mój M. Na pewno do niego wrócę!

Następca: brak następcy w celach ratunkowych ;)

21. Krem do rąk Kwiat Hibiskusa; L'Occitane (30ml; 29zł).
Ze wszystkich kremów z L'Occitane, jakie miałam okazję dotąd wypróbować, ten był według mnie najlepszy. Bardzo żałuję, że znajdował się w edycji limitowanej, ponieważ cudownie pachniał hibiskusem - bardzo intensywnie i kwiatowo,  a ponadto bardzo dobrze nawilżał skórę. Był dużo lepszy, niż jego młodszy brat z serii Magiczne Kwiaty recenzowany TUTAJ. Niestety nie jest już dostępny.

Następca: wykańczam krem do rąk REGENERACJA z Lirene;


22. Mydło w płynie róża i jogurt - uzupełnienie; Isana (500ml; ok.5zł?).
Przyjemne, dobrze oczyszczające mydełko. Miało ładny zapach i robiło, co miało robić, ale moim zdaniem jest naprawdę słabo wydajne - cały wkład wykorzystaliśmy w ciągu 1,5 miesiąca i bardzo szybko było widać ubytek w butelce z mydłem. Pewnie kupię jeszcze inne warianty, bo jest to tani produkt, ale nie darzę go większymi uczuciami ;)

Następca: aloesowe mydło OnLine;

23. Mydło w piance Sweet Pea; Bath & Body Works (259ml; 29zł).
Nasze ulubione mydełko! Świetnie oczyszcza dłonie, pięknie pachnie i nie wysusza dłoni. Uwielbiam w nim to, że po umyciu rąk bardzo długo czuć zapach. Wprawdzie produkt swoje kosztuje, ale po pierwsze jest w wiecznej promocji za 19-20zł, a po drugie jest naprawdę wydajny. U nas stoi w WC i wystarcza nam zawsze na około 2 miesiące. Ciągle kupujemy ten sam wariant! Pełna recenzja TUTAJ.

Następca: ten sam produkt;

24. Zmywacz do paznokci z acetonem; Isana (250ml; ok.5zł).
Bardzo dobry i naprawdę skuteczny zmywacz paznokci. Nie wysusza szczególnie ani płytki, ani skórek i dobrze sobie radzi ze zmywaniem każdego lakieru. Czego więcej chcieć? Mam już kolejną butelkę.

Następca: ten sam produkt;

25. Antyperspirant w kulce; Dove (50ml; ok.10zł).
Dość dobry antyperspirant. Miał przyjemny zapach i dość dobrze chronił przed poceniem, jednak czasami, kiedy byłam dłużej poza domem, miałam wrażenie, że mi nie wystarcza, dlatego nie wrócę do niego.

Następca: moim zdaniem najlepsze są antyperspiranty z Rexony, teraz mam wersję z aloesem;


26. Tusz do rzęs False Lash Effect Fusion; Max Factor (50zł/szt.).
Jeden z moich ulubionych tuszy do rzęs! Bardzo lubię efekt, jaki daje na moich rzęsach i używam go właściwie na co dzień. Jedyne czego mi w nim brakuje, to możliwości zbudowania mocniejszego efektu, do makijażu wieczorowego. Pełna recenzja TUTAJ. Na pewno jeszcze do niego wrócę.

Następca: tusz do rzęs One by One Satin Black; Hean Maxxi Lash Flexi;

27. Tusz do rzęs Growing Lashes; Wibo (10zł/szt.).
Ten tusz miał być ideałem i faktycznie niewiele mu zabrakło, bo efekt, jaki dawał na rzęsach bardzo mi się podobał, niestety ma jedną cechę która go dyskwalifikuje i raczej do niego nie wrócę. Niedługo postaram się napisać o nim więcej.

Następca: tusz do rzęs One by One Satin Black; Hean Maxxi Lash Flexi;

28. Brązowa kredka do powiek Smooth Definer; Oriflame (22zł bez promocji).
Moja ulubiona kredka po wielu, wielu miesiącach użytkowania w końcu dokończyła żywota. Uwielbiam ją za kolor, który jest ciemnym brązem, zbliżonym do gorzkiej czekolady, ponieważ świetnie podkreślał oczy, nie będąc jednocześnie tak oczywistym i mocnym akcentem, jak czerń. Na pewno jeszcze do niej wrócę!

Następca: brązowa kredka Glimmerstick Diamonds z Avonu, którą dostałam od La Frambuesy;

29. Pomadka ochronna; Oeparol (ok.6zł/szt.).
Dość dobra pomadka ochronna, która dbała o moje usta zimą. Nie mam do niej żadnych zastrzeżeń, choć z pewnością nie powaliła mnie też na kolana i nie rozkochała tak, jak Nivea Vitamin Shake. Po prostu - dobry produkt ochronny na co dzień. Nie wiem, czy jeszcze po nią sięgnę.

Następca: w kieszeni mojej kurtki zadomowiła się teraz pomadka ochronna Noni Care;

30. Odżywka do paznokci Nourish Me; Essie (36zł/szt.).
To moja ukochana odżywka i jednocześnie baza pod lakier! Używałam jej praktycznie za każdym razem, kiedy malowałam paznokcie i wystarczyło mi jej dokładnie na 11 miesięcy! Świetnie dbała o moje paznokcie, a największą różnicę zauważyłam na samym początku, kiedy to właściwie momentalnie przestały się rozdwajać. Później jej moc jakby spadła, ale nadal dość dobrze się sprawowała i zawsze wracałam do niej z podkulonym ogonem, kiedy inne "cud" odżywki okazywały się robić spustoszenie. Na pewno jeszcze do niej wrócę!

Następca: Sally Hansen odżywka Green Tea & Bamboo;


31. Maska z naturalnego jedwabiu z algami filipińskimi i aloesem; Orientana (15zł/szt.).
Bardzo podobało mi się działanie tego produktu. Twarz była wyraźnie nawilżona, ale nie lepiąca. O wadach i zaletach takiej formy maski rozpisywałam się TUTAJ. Być może wrócę do niej raz na jakiś czas w ramach maseczki "bankietowej".

32/33. Maseczka aktywnie oczyszczająca z białą glinką; AA (10ml; ok.5zł).
Z tego produktu nie byłam zbytnio zadowolona. Szczerze powiedziawszy nie zauważyłam zbytnio efektów. Nie wrócę do niej.

34/35. Bibułki matujące; Beauty Formulas (50szt./ok.11zł).
Bibułki kupiłam w dwupaku ponad rok temu, ale na początku używałam ich dość sporadycznie. Dobrze ściągały nadmiar sebum i nie ingerowały zbytnio w makijaż, ale w kryzysowych sytuacjach nie mogło się obejść bez użycia pudru, ponieważ inaczej mat nie trwał zbyt długo. Na razie wypróbuję inne produkty tego typu.

Następca: bibułki matujące z Marion;


36/37. Szampon przeciwłupieżowy ELESTABION T; Flos-Lek (ok.3zł za saszetkę z dwoma porcjami).
Tego szamponu używałam w lutym raz w tygodniu w ramach kuracji. Nie mam raczej problemów z łupieżem, ale moja skóra głowy bywa podrażniona i zdarzają się czasem drobne ranki i podejrzane farfocle ;) Ten szampon całkiem fajnie spisywał się w łagodzeniu podrażnień i okiełznaniu skóry głowy. Ciekawa jestem jak sprawdziłby się stosowany regularnie.

38. Maska nawilżająca; AA (ok.5zł/szt.).
Ta maska niestety również niezbyt przypadła mi do gustu, myślę, że za sprawą parafiny w składzie była dla mnie zbyt tłusta i zamiast nawilżająco, działała raczej natłuszczająco, a tego moja cera zdecydowanie nie potrzebuje.

+ próbka kremu rozświetlającego i odlewka bogatego balsamu do dłoni z Pat&Rub.


No cóż, pewnie nie trzeba być jasnowidzem, żeby stwierdzić, że kwiecień pewnie będzie dość słabym miesiącem, jeśli chodzi o zużycia. Niemniej jednak jestem szalenie dumna z tego, ja dużo kosmetyków udało nam się wykorzystać do dna przez ostatnie dwa miesiące :)

A jak tam Wasze denkowanie? :)
K.
Czytaj dalej

sobota, 23 marca 2013

Najciekawsze zdobycze lutego, czyli chciwość moja nie zna granic ;))

Cześć Dziewczyny!

Odkładałam to, ile się da, ale pora się przyznać - jestem zakupoholikiem i kosmetycznym chomikiem! Miesiąc luty był tego najlepszym wyrazem, dlatego w marcu starałam się dużo bardziej pilnować z całkiem przyzwoitym efektem. Ale zanim o marcu, pora przyznać się do kilku(dziesięciu?) kosmetycznych słabostek, którym uległam jeszcze w lutym. Wybrałam tylko te najciekawsze produkty, bo inaczej ten post mógłby nie mieć końca...

Dobrze, że moje denka nadal trzymają się na dobrym poziomie, bo inaczej chyba nic nie koiłoby moich wyrzutów sumienia odnośnie gromadzonych ilości. No nic, staram się teraz ograniczać zakupy pielęgnacyjne, ponieważ tego mam pod dostatkiem, podobnie jest z kolorówką. W tej chwili największą moją słabością są lakiery Essie, ale tego nawet nie mam ochoty ograniczać. Niedługo przygotuję post z moją Essiakową kolekcją, niech no tylko dotrze do mnie te kilka kolejnych sztuk, na które z utęsknieniem czekam... :)

Górne trio: Neo Whimsical, Lilacism, Muchi Muchi
Dolne trio: Status Symbol, Too Too Hot, Flawless
Where's My Chaffeur, Leading Lady, Beyond Cozy, Snap Happy
Bikini So Teeny, Cascade Cool, Off The Shoulder
Peaches and Cream, Blue Lake, Mint Sorbet

LAKIERY
Jak widać - obsESSIEja w pełni. To się już nawet nie kwalifikuje na żadne leczenie i tyle w tym temacie. Jestem maniakiem i uwielbiam tę markę.

Skusiłam się również na pastelowe trio z blogerskiej kolekcji Wibo - na pierwszy rzut poszły Peaches & Cream, Blue Lake i Mint Sorbet. Za sprawą Jamapi rodzinka już zdążyła się powiększyć, ale nie zapominajmy, że na razie rozmawiamy o lutym ;)




USTA
Jak widać w końcu uległam słynnym pomadkom Eliksir z Wibo. Opakowanie jest totalnie tandetne, ale kryje w sobie naprawdę bardzo przyjemne mazidła, które nie dość, że dobre, to jeszcze tanie, a wybór kolorów jest naprawdę bardzo przyzwoity. Dla siebie wybrałam kolory 1, 3, 4 i 7.

Wobec kuszących zewsząd promocji na moje ukochane Caresski od L'Oreal nie mogłam nie skończyć z dwoma kolejnymi kolorami. Tym razem mój wybór padł na Rose Mademoiselle oraz Rock'n'Mauve. Wszystkie moje kolory Rouge Caresse pokazywałam TUTAJ.

Żeby szminki mogły się pięknie prezentować na moich ustach nie zaszkodzi sięgnąć po kolejne mazidła przeznaczone do ich pielęgnacji. Waniliowe masełko z Nivea dołączyło do swojej malinowej koleżanki, a Blistex, to zupełna nowość w mojej kosmetyczce, ale jak już nawet mama mi go poleciła, to nie mogłam nie spróbować.






WŁOSY I CIAŁO
W końcu porwałam się na zakupy w sklepie internetowym Kalina, który jest dystrybutorem rosyjskich kosmetyków. Na razie skusiłam się na ofertę przeznaczoną przede wszystkim dla włosów - na początek szampony i odżywki z linii Objętość i Nawilżenie oraz Objętość i Odżywienie marki Natura Siberica. Oprócz tego przygarnęłam również, polecane przez blogerki, maskę drożdżową oraz tonik przeciwko wypadaniu włosów z Receptur Babuszki Agafii. Do tego dorzuciłam samotny produkt do twarzy, czyli glinkę z Morza Martwego.

Produkty marki Orientana otrzymałam do przetestowania od Pani Anny, właścicielki marki Orientana. Wybrałam dla siebie maskę z algami filipińskimi i aloesem (recenzja TUTAJ) oraz olejek do ciała o zapachu jaśminu indyjskiego.

Jakiś czas temu napisała do mnie również Vincy, która reprezentuje markę Sigma Beauty, proponując dołączenie do programu Sigma Affiliate. Po wymianie kilku maili, ostatecznie zdecydowałam się spróbować, a jako prezent powitalny otrzymałam dwa pędzelki Sigma - flat top F80 oraz pędzel do rozcierania E25.

Last but not least, to element materialny prezentu walentynkowego od mojego ukochanego. Za każdym razem zaskakuje mnie to, jak dobrze mnie zna i wie, co mogłoby mi się spodobać. Poza zaproszeniem do teatru na Annę Kareninę dostałam od niego żel pod prysznic i balsam z mojej ukochanej linii Twilight Woods z Bath & Body Works. Co najlepsze - M. nie wiedział nawet, że mam wodę toaletową z tej serii! Tym bardziej jestem pełna podziwu, że wśród tak bogatego wyboru zapachów, trafił tak idealnie! <3

***
Chyba wystarczy już tego chwalenia się, co? Na pewno wszystko - prędzej czy później - zobaczycie na blogu z bliska. Pytanie tylko, kiedy ja zdążę pokazać Wam te wszystkie lakiery! Jak tak dalej pójdzie, to żarty żartami, ale naprawdę przemianuję się na blog lakierowy ;))))

Co Wam szczególnie wpadło w oko?
...i pytanie prowokacja...
Jak bardzo chcecie popatrzeć na Essie? ;)

K.
Czytaj dalej

środa, 13 marca 2013

Orientana - maska z naturalnego jedwabiu z algami filipińskimi i aloesem

Cześć Dziewczyny!

Ciągle nie mam kiedy zająć się denkami i zdobyczami, bo albo nie mam na to czasu, albo wykorzystuję go w inny sposób - jak na przykład wczoraj - na trzygodzinną drzemkę po pracy (we wtorki, nie wiedzieć czemu, zawsze mam silną potrzebę odespania początku tygodnia) ;) Myślę, że żadna z Was się nie obrazi, jeśli denka z lutego połączę z tymi marcowymi, bo już mi się trochę tego nazbierało i nie pamiętam już co jest z którego miesiąca. A zakupy i inne zdobycze lubimy oglądać zawsze i wszędzie, więc same rozumiecie... ;)

Dzisiaj przedstawię Wam maskę, którą otrzymałam niedawno do przetestowania przez właścicielkę marki Orientana. Pani Anna zaproponowała mi do wyboru m.in. jedną z masek z naturalnego jedwabiu, a ja wybrałam dla siebie wersję z algami filipińskimi i aloesem.


Pozwolę sobie wkleić tutaj krótką charakterystykę mojej cery, która ostatnio zdaje się, że dała Wam całkiem niezły pogląd na rodzaj i potrzeby mojej cery.

Charakterystyka cery: Wielokrotnie już pisałam, że moja cera jest cerą mieszaną w kierunku tłustej, skłonną do świecenia i pojawiania się niespodzianek w strefie T. Zazwyczaj lubuje się we wszelkiego rodzaju produktach oczyszczających i gardzi kosmetykami nawilżającymi, a ja uparcie raz na jakiś czas funduję jej dawkę nawilżenia, sądząc, że wiem lepiej.

Producent o produkcie:


SPOSÓB UŻYCIA:
Maskę należy nałożyć na oczyszczoną skórę twarzy. Po otwarciu saszetki ukazuje nam się maska z tkaniny, złożona na cztery części. Jest ona naprawdę intensywnie nasączona, więc lepiej wykonywać całą "operację" nad umywalką, ponieważ płyn może ściekać z maski. Po rozłożeniu maski, ściągamy foliową warstewkę i nakładamy maskę na twarz, dopasowując ją w odpowiednich miejscach. Pozostałości serum, którym jest nasączona maska warto wsmarować w szyję i dekolt. Maskę trzymamy na twarzy około pół godziny.


DZIAŁANIE:
Pierwsza rzecz, która rzuca się w oczy po zastosowaniu maski, to naprawdę intensywne nawilżenie. Skóra jest bardzo miękka i sprężysta w dotyku. Sprawia też wrażenie delikatnie napiętej, ale w jak najbardziej pozytywnym znaczeniu. Zauważyłam, że moja cera była też ładnie ukojona i wyciszona - koloryt był wyrównany i nigdzie nie miałam żadnych czerwonych plam.

Płyn, którym nasączona jest maska, po jej zdjęciu wchłania się dość wolno i potrzebuje kilku minut. Plusem jest jednak to, że mimo to, twarz po wchłonięciu się serum nie jest pokryta nieprzyjemną lepką warstwą. W dotyku przypomina mi inne sera nawilżające, które do tej pory poznałam. Nie jest to więc efekt zbliżony do kremu do twarzy.

Producent obiecuje regulację wydzielania sebum. Cóż, sądzę, że nie ma co się spodziewać po jednorazowym zastosowaniu maski, że nagle przestaniemy się świecić i wszelkie produkty matujące pójda w odstawkę, ale przy regularnym stosowaniu... kto wie? ;)
W maskach nawilżających nie lubię tego, że moja cera bardzo intensywnie się po nich świeci i wręcz dużo szybciej się przetłuszcza, nawet kolejnego dnia. Tutaj na szczęście ominęła mnie ta wątpliwa przyjemność i moja cera zachowywała się całkiem normalnie - nie przetłuszczała się ani bardziej, ani mniej.


WYKONANIE I ZAPACH:
Tkanina, z której wykonana jest maska jest bardzo miękka i delikatna dla skóry.
Sam płyn pachnie dość świeżo i przyjemnie, ale nie mam w związku z nim żadnych skonkretyzowanych skojarzeń zapachowych. Ot, po prostu nie zakłóca i nie przyćmiewa relaksu z maską.

CENA/DOSTĘPNOŚĆ:
Koszt maski, to 15zł - z jednej strony mało, jeśli chcemy zastosować maskę raz na jakiś czas jako jednorazowy, nieco luksusowy zabieg. Z drugiej jednak strony, jeśli chcielibyśmy stosować maskę regularnie - jak zaleca producent - 2-3 razy w tygodniu, to koszty znacznie się zawyżają. Ja na pewno nie zdecydowałabym się na regularne zabiegi tydzień, po tygodniu, ale myślę, że sięgnę z ciekawości po inne wersje maski i wtedy ocenię, która jest dla mnie najbardziej odpowiednia i do której chciałabym raz na jakiś czas wracać.
Maska dostępna jest w sklepie internetowym Orientany (KLIK) oraz stacjonarnie w niektórych drogeriach - m.in. Drogerie Jasmin. Informacji szukajcie na stronie Orientany i na jej profilu fb.


SKŁAD:


Podsumowując:
+ bardzo duże nawilżenie;
+ delikatnie, przyjemnie napięta;
+ ukojona, wyciszona;
+ mocno nasączona, aż cieknie, można wsmarować w szyję i dekolt;
+ dość wolno się wchłania ale nie zostawia mocno lepkiej warstwy;
+ przyjemny, świeży zapach;
+ maska zawiera kolagen, wyciąg z alg, sok z aloesu, alantoinę oraz olejek różany;
+/- cera nie przetłuszczała się ani mniej, ani więcej;
- jeśli chcemy stosować maskę regularnie, to cena może być przeszkodą


Jestem zadowolona z działania tego produktu i być może jeszcze do niego wrócę, jednak koszt, jaki musiałabym ponieść, chcąc stosować maskę regularnie jest dla mnie nieco zniechęcający. Moim zdaniem dobrym pomysłem byłoby stworzenie czegoś na kszałt pakietu masek, tak, żeby kupując jednorazowo większą ilość - np.4 sztuki - można było mieć je w ten sposób nieco taniej.

Miałyście do czynienia z maskami w formie tkaniny? Przyznam szczerze, że dla mnie to pierwszy kontakt z tego typu formą. z pewnością był on przyjemny, ale sama zastanawiam się, czy maski w klasycznej, kremowej formie, nie są dla mnie wygodniejszym rozwiązaniem. Na pewno jest to fajny i skuteczny gadżet, który wymaga od nas chwili wyciszenia się i relaksu, czyli nie sprzątamy z maską na twarzy, bo jak ją zgubimy, to jeszcze zostanie wciągnięta przez odkurzacz... ;)

Co sądzicie na ten temat? Wolicie klasyczne maski, czy maski w innych nietypowych formach? :)
K.


Produkt otrzymałam do przetestowania i zrecenzowania od właścicielki marki Orientana.
Czytaj dalej
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Blog template designed by SandDBlast