Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Synergen. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Synergen. Pokaż wszystkie posty

sobota, 11 maja 2013

Kwietniowe denko!

Cześć Dziewczyny!

Dzisiaj kolejne podsumowanie miesiąca - tym razem denko! Oczywiście, jak zawsze przy tej okazji, przychodzę do Was z garścią mini recenzji!

Po ogromnym lutowo-marcowym denku (KLIK), spodziewałam się, że kwiecień będzie ubogi w zużycia, ale okazuje się, że udało mi się utrzymać bardzo przyzwoity poziom. W minionym miesiącu zużyliśmy 14 produktów. My, bo muszę uczciwie przyznać, że w dużej mierze przyczynił się do tego mój M., który dzielnie zużywał ze mną produkty do tzw. codziennej higieny :)


Jak widać na zdjęciu powyżej, gromadka zużytych produktów jest całkiem liczna. W ramach formalności, dodam, że ze dwa produkty ostatecznie wyzionęły ducha na majówce, więc teoretycznie powinny trafić do denka majowego, ale skoro nadal mamy początek miesiąca, to dorzucam je w tym poście, żeby nie trzymać już pustych butelek! ;)


1. Żel pod prysznic kwiat pomarańczy i jogurt; Isana (200ml, ok.4zł).
2. Żel pod prysznic żurawina i biała herbata; Isana (200ml, ok.4zł).
3. Żel pod prysznic kwiat maku; Isana (200ml, ok.4zł).
Jak tak na to patrzę, to zastanawiam się, czy my tak często się kąpaliśmy, czy może powinnam posądzić mojego M. o rozpijanie kosmetykow, czy może po prostu te żele z Isany są tak kiepsko wydajne?! To nasze pierwsze spotkanie z żelami pod prysznic tej marki. Spotkanie całkiem udane i rozbudzające apetyt na więcej. I choć nie są to zapachy tak atrakcyjne, jak w przypadku żeli Balea, to nadal jednak są to warianty całkiem apetyczne i przyjemne dla nosa.

Z powyższych trzech wersji zapachowych najbardziej przypadła mi do gustu wersja żurawinowa, która niestety jest już niedostępna, ponieważ była to zimowa limitowanka. Tuż za nią plasuje się najnowsza propozycja Isany, czyli żel o zapachu kwiatu maku. Jestem ogromną wielbicielką maków (co widać na blogu :)), więc tym chętniej sięgnęłam po ten żel. Zapach tego produktu kojarzył mi się z szampanem Piccolo i było to bardzo przyjemne skojarzenie, więc niewykluczone, że jeszcze spotkamy się pod prysznicem. Najmniej przypadła mi do gustu wersja z kwiatem pomarańczy, który to żel w butelce pachniał dość intensywnie, ale miałam wrażenie, że cały zapach uciekał tuż po wyciśnięciu kosmetyku na dłoń.

Jeśli chodzi o właściwości myjące - jestem zadowolona. Produkty dobrze oczyszczały skórę, nie zostawiały żadnego filmu i nie wysuszały mojej skóry. Owszem, nie nawilżały jej, ale w końcu nie tego oczekuję od żeli :) Pewnie jeszcze nie raz skuszę się na żel z Isany!

Następcy: oszczędnie używany żel Twilight Woods z Bath & Body Works; żel Discover Santorini Oriflame (zwany przez mojego M. Sorentini :D).


4. Płyn micelarny Aqua Cristal; Lirene (200ml; ok.13zł).
Płyn micelarny, który został znienawidzony przez większość blogosfery, a który mi w miarę przypadł do gustu. Na pewno napiszę o nim więcej, ale jeśli zastanawiacie się nad nim, to olejcie go, jeśli a) macie wrażliwą cerę lub b) nosicie mocny makijaż, zwłaszcza oczu! W innym przypadku możliwe, że polubicie ten produkt. Mimo kilku zalet (i dość licznej gromadki wad), na pewno nie kupię go ponownie. Mam inne, bardziej skuteczne i sprawdzone micele, które lepiej wywiązują się ze swojej roli i to do nich będę wracać w przyszłości.

Następca: płyn micelarny Lirene (z różowym kwiatkiem ;));

5. Tonik nawilżająco-oczyszczający; Lirene (200ml; ok.12zł).
To najlepszy tonik, jakiego kiedykolwiek do tej pory używałam! Zdecydowany ulubieniec i totalny must have! Nad jego zaletami, rozwodziłam się szczegółowo TUTAJ. Jeśli jeszcze go nie miałyście, to koniecznie go wypróbujcie. Ja na pewno kupię kolejną, trzecią już buteleczkę! :)

Następca: tonik nawilżający Pharmaceris A;

6. Kremowy żel do mycia twarzy Anti! Acne; Under 20 (150ml; ok.13zł).
Bardzo dobra propozycja od marki Under 20! O ile nie darzę szczególną miłością kosmetyków dla młodzieży, tak ten żel szczerze polubiłam! Bardzo dobrze oczyszczał twarz i nie wysuszał jej! Niewykluczone, że jeszcze kiedyś po niego sięgnę :) Więcej na jego temat napisałam w recenzji - KLIK.

Następca: wykańczam niekończącą się piankę Lirene Design Your Style!


7. Mleczko do ciała NutriExtra; Vichy (400ml; ok.45zł).
Do zużycia tego mleczka w dużej mierze przyczynił się Michał. Ja smarowałam się nim może z raz w tygodniu, więc trudno mi nawet pisać o nim w kontekście minirecenzji. Nie spodobał mi się jego alkoholowo-cytrusowy zapach. Zresztą alkohol denaturyzowany wysoko w składzie zupełnie go dla mnie skreślił. Na pewno więcej nie zagości w mojej łazience.

Następca: Michał używał serum nawilżającego z Oeparol, a ja wykańczam wszystkie inne balsamy i masła, które wpadają mi w ręce ;)

8. Szampon z odżywką 2w1 (250ml, ok.10zł).
Kolejny produkt, z którego znacznie częściej korzystał Michał, niż ja. Ja sięgałam po ten produkt raz na jakiś czas, żeby nieco lepiej oczyścić włosy, ale szczerze powiedziawszy nie zapadł mi szczególnie w pamięci i trudno mi się o nim wypowiedzieć. Dla Michała natomiast, był to kiedyś ulubiony szampon, ale odkąd spróbował szamponu z Syoss, to nic już nie jest takie samo ;)) Nieprędko u nas zagości.

Następca: Syoss Shine Boost


9. Płyn do higieny intymnej; Facelle Sensitive (300ml; ok.7zł).
Bardzo dobry płyn do higieny intymnej! Nie podrażnia wrażliwych miejsc, dobrze oczyszcza, a do tego jest wszechstronny. Świetnie nadaje się również do higieny całego ciała, do mycia włosów i prania pędzli. Po prostu dobry i tani, więc chętnie do niego wróciłam!

Następca: ten sam produkt

10. Szarlotkowy peeling do mycia ciała Sweet Secret; Farmona (225ml; ok.15zł).
Świetny, świetny, świetny! Megamocny zdzierak, szalenie intensywnie oczyszczał skórę z martwego naskórka i cudownie pachniał prawdziwą szarlotką z obłędną ilością jabłek z cynamonem. Aż zgłodniałam na samo wspomnienie! Chętnie wrócę do niego bliżej jesieni, jeśli uda mi się gdzieś na niego trafić! Więcej przeczytacie o nim w recenzji TUTAJ.

Następca: wykańczam waniliowy scrub do mycia ciała również z serii Sweet Secret Farmony


11. Maska oczyszczająca z glinką szarą; Ziaja (10ml; ok.1,50zł).
Bardzo dobra, tania i skuteczna maska oczyszczająca! Moja cera bardzo ją lubi i świetnie na nią reaguje. Zresztą wszystko co mnie w niej urzeka, zawarłam już jakiś czas temu w recenzji TU. Co jakiś czas do niej wracam.

Następca: dalej wykańczam maskę oczyszczającą z Sanoflore

12. Kuracja do rąk REGENERACJA; Lirene (100ml, ok.10zł).
Bardzo dobry krem do rąk, który dobrze nawilżał i dbał o moje dłonie. Bardzo go polubiłam, bo świetnie się sprawdzał w codziennej pielęgnacji moich dłoni. Razem z kuracją RATUNEK bardzo zasłużenie trafił do grona moich ulubieńców i sądzę, że jeszcze nie raz do niego wrócę.

Następca: cytrynowy krem do rąk Lirene

+ próbka kremu Idealia z Vichy - niewiele mam do powiedzenia na ten temat, niby nie było źle, ale alkohol denaturyzwany w kremie do twarzy, to już ostre przegięcie! Nie mam zamiaru sprawdzać pełnowymiarowej wersji!


13. Antybakteryjny puder; Synergen (ok.9zł/szt.).
Mój ulubiony puder, który świetnie się sprawdzał na mojej mieszanej cerze. Nie zapychał jej, nie tworzył na twarzy mocno pudrowego wykończenia, dobrze matowił i sprawdzał się przy poprawkach w ciągu dnia. Zużyłam dwa opakowania, ale chyba właśnie znalazłam ideał, więc w najbliższym czasie nie planuję powrotu.

Następca: Dream Matte Powder z Maybelline

14. Top coat wysuszający lakier; Seche Vite (3,6ml; ok.8zł).
Owiany legendą top coat, który można albo kochać, albo/i nienawidzić. Nic pomiędzy. Ja miałam z nim prawdziwe love-hate relationship, bo z jednej strony ekspresowo osuszał lakier na paznokciach i pięknie go nabłyszczał, ale to koszmarne ściąganie było nie do zniesienia! Raczej już po niego nie sięgnę!

Następca: Essie Good To Go


+ dwa wyrzutki, czyli zachnięte resztki Essie Good To Go i RapiDry z OPI. Planuję niedługo post porównawczy powyższych trzech topów, więc na razie daruję sobie komentarze. Zdradzę jedynie tyle, że najlepiej sprawdza się u mnie Essie :)

***
Czy miałyście któreś z powyższych produtków? Czy znaleźli się wśród nich Wasi ulubieńcy? Jak Wam poszło denkowanie produktów w kwietniu? :)
K.

Czytaj dalej

czwartek, 7 lutego 2013

Styczniowe denka!

Zmierzamy do końca podsumowań stycznia! Tym razem denko, a raczej ogromne dno, bo w styczniu zużyłam aż 20 produktów! Muszę przyznać, że aż jestem z siebie dumna! Jeśli cały rok pójdzie mi tak dobrze, jak ten pierwszy miesiąc, to jest spora szansa na odgruzowanie nieco szafek, pudełek, półek, pralek i innych schowków... ;))

Przede wszystkim w styczniu wykończyłam nie tylko produkty zużywane na bieżąco, ale również kilka resztek, które wygrzebałam tylko z półki, z której najczęściej korzystam. Myślę, że to jednak dobra metoda, żeby wyznaczać sobie grupę zapomnianych produktów do wykończenia.


W lutym zamierzam zrobić gruntowny przegląd tego, co mam w szafkach i wyznaczyć sobie kilka dodatkowych kosmetyków, o których z różnych powodów kiedyś zapomniałam, a które skutecznie zajmują miejsce. Dodatkowo zamierzam nadrobić recenzje denkowanych produktów. Bo jeśli nie napiszę ich tuż po wykończeniu produktu, to nie napiszę ich już nigdy... ;)


1./2. Pianka myjąca z linii Sweet Pea; Bath & Body Works (od 19 do 29zł; 259ml).
Zarówno ja, jak i mój M. uwielbiamy zarówno ten produkt, jak i sam jego zapach. Pianka jest bardzo delikatna i szalenie pachnąca, dzięki czemu tak podstawowa czynność, jak mycie rąk staje się bardzo przyjemnym i relaksującym doznaniem. Pianka nie wysusza dłoni i jej w mojej opinii bardzo wydajna, jak na produkt tego typu, ponieważ my każdą z nich zużywaliśmy co najmniej przez 2 miesiące. Pełną recenzję tego produktu znajdziecie TUTAJ.

Następca: ten sam produkt;


3. Maska z wyciągiem z jedwabiu; Isana (8,50zł; 150ml).
Z tą maską łączyła mnie prawdziwa love-hate relationship. Stosując dokładnie taką samą pielęgnację jednym razem byłam zachwycona, a moje włosy świetnie się układały i pięknie połyskiwały, a innym razem nie widziałam żadnych efektów. Kupię ją ponownie, żeby ostatecznie wyrobić sobie o niej zdanie, bo podobało mi się to, co robiła z moimi włosami w te "dobre" dni.

Następca: maska z pszenicą z Isany;

4. Odżywka do włosów suchych z aloesem i hibiskusem; Alverde (ok.2,50 euro; 200ml).
Ta odżywka świetnie sprawdziła się na moich włosach! Po jej zastosowaniu były mięciutkie, nawilżone i mięsiste w dotyku. Jeśli tylko nadarzy się jeszcze okazja na zakupy produktów z DM, to z pewnością wrócę do tego produktu.

Następca: aktualnie zużywam kurację z tej samej serii;


5. Ujędrniający peeling myjący MaXSlim; Lirene (ok.15zł; 200ml).
Bardzo dobry i skuteczny zdzierak! Ten produkt przypomniał mi, że peelingu cukrowe nie są jedynymi słusznymi "usuwaczami" martwego naskórka i że nie zawsze trzeba walczyć z czasem i roztapiającymi się drobinkami. Peeling od Lirene miał przyjemny, orzeźwiający cytrusowy, choć nieco chemiczny zapach. Jeśli chodzi o obietnice ujędrniania, to wiadomo, w cuda nie wierzę, ale masaż strategicznych okolic z użyciem tego produktu z pewnością pobudzał krążenie, co w dalszym etapie wzmagało wchłanialność produktów antycellulitowych lub ujędrniających wmasowywanych po kąpieli. Na pewno do niego wrócę, ale najpierw sięgnę po peelingi z innych serii Lirene.

Następca: szarlotkowy peeling Sweet Secret z Farmony (powrót po przerwie);

6. Głęboko nawilżające mleczko do ciała Body Art; Dr Irena Eris (ok.55zł; 200ml).
Przyjemne i przyzwoite mleczko, które jednak nie robi szału i z pewnością nie poradzi sobie z ekstremalnie suchą i wymagającą skórą. Moja była zadowolona, ale nie widzę większej różnicy między tym produktem, a chociażby mleczkami, czy balsamami z siostrzanej marki Lirene. Więcej wkrótce z recenzji. Nie kupię ponownie, ze względu na zbyt wysoką cenę.

Następca: balsam ujędrniający MaXSlim od Lirene; masło do ciała Granatapfel Pharmatheiss Cosmetics (powrót po przerwie);


7. Żel pod prysznic o zapachu pomarańczy i lukrecji; Original Source (ok.8-9zł; 250ml).
Bardzo lubię żele z Original Source! Nie tylko dobrze myją ciało, co jest ich głównym zadaniem, ale również uwodzą gamą zapachów i oryginalnych połączeń. Nie inaczej jest z limitowaną pomarańczą z lukrecją, która urzeka swoją słodyczą. Niedługo napiszę więcej o żelach z OS, więc nie będę się tutaj zbytnio rozpisywać. A zakup już ponowiłam! :)

8. Żel pod prysznic z guawą; Balea (ok.1 euro; 300ml).
O żelach Balea mogłabym napisać właściwie to samo, co o tych z Original Source, tyle, że Balea różni się tym, że nie jest u nas ogólnodostępna i oferuje o wiele szerszy wybór zapachów! Myślę, że w ofercie tej marki każdy znalazłby coś dla siebie. O ile poprzednim żelem tej marki (o zapachu mango) byłam zachwycona, tak ten po prostu lubiłam. Teoretycznie zapach w butelce był przyjemnie świeży, jakby lekko cytrusowy, ale łatwo koncentrował się w małej powierzchni łazienki. Wszystko byłoby ok, gdyby nie zdarzało mu się ewoluować do dziwnego cytrusowo-kwaskowatego zapachu, który przypominał zapach znoszonych skarpetek... których kilkukrotnie poszukiwałam w naszej łazience, sądząc, że coś przegapiłam wstawiając pranie... Później okazało się, że to "tylko" opary tego żelu. No cóż... W kąpieli był ok, ale to, co było czuć w łazience później, przyprawiało mnie o mdłości... :P Do tego zapachu nie wrócę, ale po Baleę jeszcze sięgnę przy najbliższej okazji.

Następcy: imbirowy żel pod prysznic z The Body Shop; żel + oliwka z mango od Lirene;


9. Oczyszczający peeling do twarzy Optimals; Oriflame (od 20 do 30zł; 75ml).
Ten produkt to stosunkowo dobry peeling, jednak zdecydowanie nie w tej cenie. Nawet cena promocyjna nie jest atrakcyjna w porównaniu do tego, co możemy znaleźć na drogeryjnej półce. Ten produkt dość dobrze ściera martwy naskórek, jednak wymaga przy tym sporej uwagi, ponieważ dość mocno drapie skórę, co jednak niekoniecznie przekłada się na skuteczność złuszczania. Mam wrażenie, że ten peeling ma za duże drobinki i że jest ich za mało, żeby dotrzeć w każde miejsce i wykonać dobrze swoje zadanie. Zdecydowanie wolę sięgnąć po morelową Sorayę albo po Lirene, więc nie wrócę już do tego produktu.

Następca: peeling drobnoziarnisty od Lirene;

10. Płyn micelarny do delikatnego demakijażu i oczyszczania twarzy Sebo-Micellar; Pharmaceris (ok.25zł; 200ml).
Ponieważ planuję recenzję tego produktu w skrócie ujmę go w tych słowach - tak, jeśli zamierzacie zmywać nim makijaż twarzy lub stosować go do tonizacji; nie, jeśli zamierzacie zastosować go do demakijażu oczu. Mam jeszcze jedną butelkę.

Następca: nawilżająco-oczyszczajacy tonik z Lirene;


11. Płyn micelarny Sensibio H2O; Bioderma (ok.10zł; 100ml).
Bioderma, to jeden z moich ukochanych miceli i zgadzam się ze wszystkimi pozytywnymi opiniami na jej temat. Świetnie zmywa mój makijaż zarówno ten z oczu, jak i z reszty twarzy. Radzi sobie nawet z nieco mocniejszym makijażem, choć wtedy wymaga ciut więcej cierpliwości. Na pewno będę jeszcze do niego wracać, zresztą to nie była moja pierwsza buteleczka.

Następca:  nawilżający płyn micelarny Aqua Cristal od Lirene;

12. Maska do twarzy Catastrophe Cosmetic (ok.6 funtów; 75g).
Ta maska, to mój absolutny hit! Nigdy nie miałam produktu tego typu, który oddziaływałby na moją skórę tak szybko i tak skutecznie! Nie ma sensu się streszczać, musicie przeczytać całą recenzję TUTAJ. Na razie siedzę i płaczę, że otwarcie Lush'a w Polsce ciągle się opóźnia, ale to więcej, niż pewne, że kupię ją przy najbliższej możliwej okazji!

Następca: maska oczyszczająca od Sanoflore (powrót po przerwie);


13. Krem do rąk Magiczne Kwiaty; L'Occitane (29zł; 30ml).
Bardzo przyjemny krem do rąk, który bardzo dobrze oddziaływał na moje dłonie i urzekał przyjemnym zapachem. Więcej na jego temat pisałam TUTAJ, więc zainteresowanych odsyłam do recenzji. Mimo miłych wspomnień, nie wrócę do niego, ze względu na nieproporcjonalnie wysoką cenę w stosunku do pojemności i wydajności.

Następca: krem do rąk Ratunek od Lirene; krem do rąk Regeneracja od Lirene;

14. Żel pod prysznic Magiczne Kwiaty; L'Occitane (pełnowymiarowe opakowanie ok.60 zł; 250ml).
Żel o tak samo przyjemnym zapachu, jak wyżej opisywany krem. Miniaturka była całkiem wydajna i wystarczyła na około 10 aromatycznych kąpieli. Żel dobrze oczyszczał skórę, ale jego cena zwala mnie z nóg, więc na pewno nie sięgnę po niego sama z siebie.

Następca: imbirowy żel pod prysznic z The Body Shop; żel + oliwka z mango od Lirene;


15. Woda perfumowana Euphoria; Calvin Klein (100ml).
Euphoria, to mój ukochany zapach! Uwielbiam sięgać po nią przez cały rok, z wyłączeniem najbardziej upalnych dni, choć mimo wszystko muszę przyznać, że jest najbardziej otulająca w jesienne i zimowe miesiące. Na szczęście na urodziny dostałam kolejny flakon, więc dalej mogę się nią cieszyć!

Następca: ten sam produkt;

16. Peeling cukrowy o zapachu marcepanu; Perfecta (ok.15zł; 220ml).
Bardzo dobry peeling, który uwiódł mnie swoim ciepłym, apetycznym zapachem marcepanu. Bardzo dobrze ściera martwy naskórek nie drapiąc i nie podrażniając przy tym skóry, a drobinki cukru rozpuszczają się w wystarczająco wolnym tempie, żeby zdążyć wykonać porządny masaż. Chętnie będę do niego wracać. Więcej napisałam TUTAJ.

Następca: szarlotkowy peeling do ciała Sweet Secret od Farmony;


17. Puder antybakteryjny; Synergen (ok.8zł/szt.).
To najlepszy puder, jaki do tej pory stosowałam! Żaden puder sypki, ani żaden inny puder w kamieniu nie radziły sobie tak dobrze z matowieniem mojej cery. Świetnie współgra z każdym płynnym podkładem, który posiadam, nie waży się, nie ciemnieje i nie odznacza się zbyt mocno (w sensie pudrowości). Dla mnie niezbędny, więc już mam kolejne opakowanie! :)

Następca: ten sam produkt;

18. Pomadka ochronna Vitamin Shake; Nivea (ok.8zł/szt.).
To moja ukochana pomadka ochronna wszechczasów! Fantastycznie nawilża moje usta, a przy tym nabłyszcza je lepiej, niż niejeden błyszczyk. Jestem zachwycona jej działaniem i żadna inna nie trafia tak skutecznie w moje potrzeby, dlatego mam już kolejną sztukę!

Następca: ten sam produkt i milion innych porozkładanych po kieszeniach, kosmetyczkach i torebkach ;)

19. Jedwab do włosów; Biowax (ok.8zł/szt.).
Bardzo dobry jedwab do włosów, w wygodnej buteleczce z pompką. Skutecznie zabezpiecza końcówki przed uszkodzeniami i dodatkowo lekko je nabłyszcza i wspomaga ich układanie. Mam już kolejną buteleczkę.

Następca: ten sam produkt oraz jedwab od CHI;

20. Miniatura odżywki do włosów z granatem i aloesem; Alterra (ok.3zł, 50ml).
Bardzo dobra odżywka, która działa na moje włosy odrobinę słabiej, niż ta z Alverde, choć nadal się z nią lubię. Dawno nie używałam jej pełnowymiarowej wersji, a miniaturka została mi jeszcze z wakacji, więc postanowiłam się z nią rozprawić. Moje włosy są po niej miękkie i delikatnie błyszczące. Lubię ją, więc na pewno jeszcze nie raz ponowię ten zakup.

Następca: kuracja Alverde z aloesem i hibiskusem;


Bonusowo załączam dowód zużycia trzech próbek, których zapasy również staram się mniej lub bardziej przeczyścić. Kremy z DLA Kosmetyki właściwie nieszczególnie mnie urzekły, o ile jeszcze Dar Piękna był dość przyjemnym i lekkim kremem nawilżającym (w moim odczuciu), tak Kuracja Regenerująca, to był koszmar dla mojej mieszanej cery. Był zdecydowanie za ciężki i za tłusty, mazał się jak maść i tak samo długo wchłaniał. Przypuszczam, że cery ekstremalnie suche mogłyby być z niego zadowolone, jednak inne mogą się srogo zawieść. Oczywiście jest to tylko moje wrażenie, absolutnie nie traktujcie tego, jako recenzji, ponieważ po jednym użyciu niewiele jestem w stanie powiedzieć.

Ostatnia próbka to odrobina balsamu do ciała z opuncją i zieloną herbatą, który szalenie urzekł mnie zapachem i całkiem przyjemnie zapowiedział swoje właściwości pielęgnacyjne. Muszę szczegółowo zaplanować zużycia mazideł i po wyzerowaniu kilku z nich nagrodzę się właśnie tym produktem :)

I jak uważacie? Dobrze mi poszło? Z tego, co widziałam wielu koleżankom-blogerkom styczniowe zużywanie poszło równie dobrze, więc mój wyczyn w tak licznym gronie nieco zbladł, ale nie zmienia to faktu, że i tak jestem z siebie dumna! ;)

A jak Wam poszło? Jesteście zadowolone ze swojego denkowania, czy może zupełnie nie zawracacie sobie tym głowy? :)
K.

Czytaj dalej

wtorek, 15 stycznia 2013

Ulubieńcy roku 2012 - kolorówka

Cześć Dziewczyny!

Obiecałam mojej Stefi, że przygotuję dla niej post z ulubieńcami roku, więc dziś wywiązuję się z tej obietnicy. Mam nadzieję, że moi faworyci zainteresują nie tylko jedną wierną czytelniczkę, ale że każda z Was również znajdzie tu coś ciekawego dla siebie! :)

Dzisiaj prezentuję kosmetyki kolorowe, po które najczęściej i najchętniej sięgałam w ciągu ubiegłego roku. Postaram się jeszcze przygotować ulubieńców z zakresu pielęgnacji, jednak muszę się porządnie zastanowić nad tym, jakie kosmetyki wyróżnić, ponieważ jest to dla mnie nieco większe wyzwanie, niż wyróżnianie kolorówki.

Myślę, że dość tych wstępów, przejdźmy do omówienia ulubieńców w poszczególnych kategoriach! :)

PODKŁADY


Lily Lolo w kolorze Warm Peach
Z pewnością zdążyłyście się już zorientować, że ten produkt, to moje odkrycie roku! Dzięki Agu, wpadłam po uszy! Okazało się, że podkład mineralny od Lily Lolo, jako jedyny potrafi tak długo utrzymywać mat na mojej problematycznej sferze T i to nawet bez dodatku pudru! Początkowo zupełnie nie byłam przekonana do formy podkładu w proszku, ale zwyciężyła ciekawość i zdecydowanie było warto! Z pędzlem Hakuro H50 ten podkład czyni cuda, nie tylko matowi cerę, ale również pięknie wyrównuje jej koloryt, sprawiając, że wygląda zdrowo. Nigdy nie sądziłam, że tak żółty podkład tak świetnie sprawdzi się na mojej skórze! :)

Bourjois Healthy Mix w kolorze 51 Light Vanilla
To kolejny hit blogosfery, który sprawdził się również na mojej twarzy. Wprawdzie krycie ma średnie w kierunku lekkiego, ale wszystko to, czego nie ukryje i tak przykrywam korektorem, więc zupełnie mi to nie przeszkadza. Po ten podkład sięgam, jeśli mam ochotę na coś lekkiego, co wyrówna koloryt skóry, ale nie zmatowi jej na amen. Healthy Mix sam z siebie zastyga odrobinę na błyszcząco, więc na stefę T używam i tak pudru, ale podoba mi się ten wilgotny efekt, który zostaje na policzkach. Nie zauważyłam, żeby ten podkład ciemniał mi na twarzy. Utrzymuje się stosunkowo długo, a schodząc nie robi plam na twarzy.

Under 20 - fluid matujący Anti Acne
Na ten podkład z pewnością zupełnie nie zwróciłabym uwagi, gdyby nie to, że dostałam go na czerwcowym spotkaniu blogerek. Okazało się, że Under 20 świetnie radzi sobie z matowieniem mojej cery, ładnie ją wygładza i wyrównuje. Do tego całkiem przyzwoicie kryje, a korektor ma naprawdę niewiele do roboty. Do tego przepięknie pachnie grejpfrutami! :)

***
BRONZER, ROZŚWIETLACZ, PUDER


Oriflame Beauty, Terracota Powder
Ten produkt mam już co najmniej dwa lata i mimo, że nie jest to najbardziej napigmentowany, czy najbardziej trwały produkt na świecie, to jednak lubię go i sięgam zawsze wtedy, kiedy mam ochotę nieco wykonturować buzię. Jest bardzo delikatny, właściwie na twarzy ledwo widoczny, ale zdecydowanie widzę różnicę między tym, kiedy mam go na twarzy, a kiedy pomijam jego użycie. Nie sposób zrobić sobie nim krzywdę, a jego obsługa przy użyciu grubaska z EcoTools jest bajecznie łatwa. Świetnie się u mnie sprawdza również w chłodniejsze miesiące, kiedy jestem blada i boję się sięgać po mocniej napigmentowany Bahama Mama z TheBalm.

TheBalm - rozświetlacz Mary-Lou Manizer
Uwielbiam ten kosmetyk za wszystko - począwszy od designu, przez kolor, aż po efekt, jaki daje na twarzy. Jest to jeden z nielicznych znanych mi rozświetlaczy, który zawiera w sobie tak drobniutko zmielone błyskotki, które nie są widoczne na twarzy każda z osobna, ale tworzą piękną satynową poświatę. Ma piękny, neutralny beżowy kolor, więc powinien pasować większości kobiet! Ponadto genialnie sprawdza się nie tylko na policzkach, ale również i na ciele!

Synergen - puder antybakteryjny w kolorze 03
Prawdziwie tanie rozwiązanie! Żaden z dotychczas stosowanych przeze mnie pudrów nie dawał tak długotrwałych efektów, jeśli chodzi o tak bardzo pożądany przeze mnie mat. Zdecydowany must have, w przypadku, gdy używam podkładów płynnych i niezbędnik z kosmetyczce do szybkich poprawek! 



***
RÓŻE


Alverde w kolorze 04 Soft Rose
To mój absolutny hit w kategorii róży! Jak widać powyżej mam dość liczną grupę ulubieńców, która stanowi tylko część mojej różowej kolekcji, ale ten zdominował je wszystkie! Dostałam go od Sylwii, która chyba nawet nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo trafiła z tym wyborem. W tym odcieniu moja twarz wygląda bardzo zdrowo i świeżo. Nie ma szans, żeby przedobrzyć przy jego aplikacji i to pomimo tego, że jest naprawdę przyzwoicie napigmentowany. Ponadto jest to róż, który utrzymuje się na mojej twarzy naprawdę cały dzień!

The Balm, Down Boy
Zanim dostałam róż z Alverde, ten róż był moim numerem 1. Nadal bardzo go lubię i świetnie się w nim czuję. Mam względem niego bardzo pozytywne odczucia i wiele cech tego produktu, pokrywa się z zaletami różu z Alverde, tyle, że mam wrażenie, że ten jest odrobinę mniej trwały. Oba te kolory na pierwszy rzut oka wydają się być do siebie zbliżone, oba to chłodne róże, jednak Down Boy jest po prostu różowy, natomiast Alverde ma w sobie odrobinę fioletowawego podbicia, przez co różnica między tymi produktami jest jednak widoczna.

The Balm, Hot Mama
Ten róż, to wakacyjny faworyt. Pięknie podkreśla lekko opaloną buzię i nie potrzebuje towarzystwa rozświetlacza, bo sam w sobie ma mnóstwo pięknych drobinek. Dobrze się utrzymuje na twarzy i świetnie się na niej układa w letnie miesiące. Ten kolor jest zdecydowanie cieplejszy, niż pozostałe róże, po które zwykłam sięgać, przez co jest na swój sposób wyjątkowo w mojej kolekcji. Jest zbliżony do Rose Gold ze Sleeka, jednak Sleek wydaje mi się być jeszcze cieplejszy i bardziej drobinkowy.

Lily Lolo w kolorze Ooh La La
To już chyba kultowy kolor wśród fanek minerałów! To kolejny produkt Lily Lolo, na który skusiła mnie Agu i kolejny, którego zakupu absolutnie nie żałuję. Ma delikatnie satynowe wykończenie i stosunkowo neutralny różowo-koralowy kolor, który powinien pasować większości kobiet. Jest niemal równie trwały, jak róż z Alverde, trzyma się naprawdę cały dzień, prawie nie blaknąc. Ponadto jest diabelnie wydajny! Wystarczy dosłownie kilka "kropeczek" proszku, żeby umalować oba policzki! :)

Essence - Marble Mania
Ten róż z wiosennej limitowanki Essence z miejsca stał się moim ulubieńcem! Mam go u mamy i używam go za każdym razem, kiedy u niej jestem. Bardzo dobrze się czuję w tym różowo-koralowym odcieniu i używam go przez cały rok, bez względu na porę roku, pogodę i samopoczucie. Zawsze wygląda dobrze i bardzo przyzwoicie się trzyma.



***
CIENIE


Inglot
To jeden z lepszych cieniowych zakupów ubiegłego roku! Bardzo chętnie sięgam po tę paletkę i jestem zadowolona z jej jakości. Cienie na bazie wytrzymują nawet do 18h! Coś pięknego! :) Wszystkie cienie prezentowałam bliżej w TYM poście.

Paleta Sleek Oh So Special
Ta paletka to niezmiennie mój ulubiony Sleek. Przez pierwszą połowę roku korzystałam przede wszystkim z tej paletki, później swoją uwagę podzieliłam między Sleeka a Inglota. Teraz znowu do niej wracam! Jestem zadowolona zarówno z jakości, pigmentacji, jak i kolorystyki tych cieni. To dla mnie najpiękniejsza paleta w kolekcji. Możecie przyjrzeć się jej TUTAJ.

Catrice - Hollywood's Boulevard
Ta mała czwórka, to zdecydowana faworytka końcówki roku! To moje najlepsze cienie do makijażu na szybko. Jestem w stanie wykonać pełny makijaż tylko dwoma cieniami i zawsze jestem zadowolona z efektu! I pomyśleć, że ta paletka to efekt przypadku, nigdy bym jej nie odkryła, gdyby nie wygrana u xkeylimex! :) Szybkie swatche pokazywałam TU.

***
KREDKA I TUSZE


Oriflame Smooth Definer w kolorze brązowym
Kiedyś nie wyobrażałam sobie makijażu bez czarnej kredki na całej dolnej powiece, teraz nie tylko obraziłam się na czerń, ale również nie zamalowuję kredką całej powieki. Brązowa kredka, włożona w zewnętrzny dolny kącik na linię wodną, pięknie zagęszcza rzęsy i jednocześnie wygląda bardzo naturalnie, dlatego sięgałam po nią niemal zawsze, kiedy zależało mi na podkreślonym spojrzeniu. O dziwo, dopiero ostatnio trafiła do moich ulubieńców miesiąca, a to tak naprawdę moja cicha bohaterka 2012 roku :)

Max Factor False Lash Effect Fusion
To jedna z moich ulubionych maskar! Zużywam już drugie opakowanie i bardzo lubię efekt, jaki daje na moich rzęsach. Jednocześnie muszę przyznać, że nie jest to tusz, który poradziłby sobie z mocnym podkreśleniem rzęs przy makijażu wieczorowym, ale na co dzień, jest świetny, ponieważ daje bardzo naturalny efekt. Rzęsy są wydłużone, przyciemnione, ale nie wyglądają sztucznie (choć tak obiecywał producent). Lubię w nim również to, że trzyma się na rzęsach cały dzień, nie kruszy się i trwa niemal nienaruszony aż do demakijażu.

Maybelline One by One
Kolejny tusz, który tylko potwierdza to, że dla moich rzęs, jedynymi słusznymi szczoteczkami są te silikonowe/plastikowe. Uwielbiam to, jak podkreśla moje rzęsy. Efekt jest nieco mocniejszy, niż w przypadku Max Factora, więc sprawdza się lepiej, kiedy chcę bardziej przyciemnić makijaż oka. Dokładna recenzja pojawiła się TUTAJ.

***
POMADKI


Pomadko-błyszczyki Celia Nude w kolorach 601, 602 i 603.
To niekwestionowane faworytki tego roku! To szminki, które pięknie podkreślają naturalny kolor ust, a jednocześnie świetnie je nawilżają i nie podkreślają suchych skórek. Gdyby tylko nie były tak wrażliwe na upały, byłyby idealne!

Catrice Ultimate Colour Pinkadilly Circus
Moja ukochana malinowa szminka, po którą sięgałam stosunkowo często w drugiej połowie roku. Bardzo dobrze czuję się w większości różowych pomadek, ale ta zdecydowanie prowadzi. Dobrze wygląda na ustach, nie podkreśla zbytnio suchych skórek i nadaje im piękny, intensywny kolor, jednocześnie nie wyglądając wyzywająco.

L'Oreal Rouge Caresse 101 Tempting Lilac
Kolejna faworytka z końcówki roku. Wprawdzie kupiłam ją pod koniec listopada, ale przez cały grudzień była produktem, po który sięgałam najczęściej! Prawdopodobnie tak często, jak po pomadkę ochronną! Świetny, naturalny kolor, konsystencja, która nie wysusza ust i piękne opakowanie. Wszystko to sprawia, że ta pomadka została stałym bywalcem mojej kosmetyczki! :)

Manhattan Soft Matt Lip Cream w kolorach 56K i 54L
Tych pomadek używałam dla odmiany w pierwszej połowie roku. Uwielbiam je za piękne, żywe kolory i za niesamowitą trwałość! Gdyby jeszcze tylko nie podsuszały ust, sięgałabym po nie dużo częściej! Te dwa kolory, to zdecydowanie moje ulubione odcienie różu, więc sięgam po nie bez większych oporów. Bliżej prezentowałam je TUTAJ.


***
LAKIERY


Nie da się ukryć, że moja paznokcie skutecznie zawojowały produkty marki Essie! Byłam (i nadal jestem) szalenie zadowolona z działania wysuszacza Good To Go, który rozwiązał wszystkie moje problemy z wiecznie niezaschniętym lakierem. Bardzo chętnie sięgałam też po odżywkę Nourish Me, która swego czasu odratowała moje paznokcie z naprawdę fatalnej kondycji. Mam wrażenie, że teraz moje paznokcie już się do niej trochę przyzwyczaiły, ale nadal sprawuje się u mnie lepiej, niż chociażby Nail Tek II.

Jeśli mam wskazać moje ulubione lakiery, po które najczęściej sięgałam w 2012 roku, to bez najmniejszych wątpliwości są to Virgin Orchid (KLIK), Splash of Grenadine (KLIK) oraz Mint Candy Apple (KLIK). Do tych lakierów wracałam najczęściej i właśnie po nich widać największe zużycie ;)

***
PRODUKTY UZUPEŁNIAJĄCE


Nivea Vitamin Shake
Ta pomadka, to produkt po, który sięgałam zawsze wtedy, kiedy nie wiedziałam czym pomalować usta. Nie lubię błyszczyków, a ta pomadka świetnie mi je zastępuje, ponieważ pięknie nabłyszcza usta i bardzo dobrze je pielęgnuje.

Oriflame Beauty, trio korektorów
Swego czasu bardzo lubiłam beżowy korektor z tego trio, ale teraz znalazłam mu godnego następcę, który wygląda nieco bardziej naturalnie i przede wszystkim jest trwalszy. Ostatnio za to polubiłam żółty korektor pod oczy, który fantastycznie tuszuje niewyspanie, ukrywa cienie i rozjaśnia okolice oka. Natomiast zielony korektor dobrze sprawdza się do ukrywania zaczerwienień - nie tylko czerwonych latarenek w postaci nieprzyjaciół, ale również zaczerwienionych policzków (oczywiście pod podkładem!).

Dax Cashmere - baza pod cienie
To ostatnio moja ulubiona baza pod cienie! Bardzo dobrze utrzymuje wszystkie cienie, które mam w kolekcji, ale najlepiej sprawdza się z Inglotami. To właśnie ten duet wytrwał na moich powiekach aż do 18h! Od bazy oczekuję przede wszystkim wydłużenia trwałości cieni i delikatnego podbicia koloru i to właśnie daje mi Cashmere. Więcej nie potrzebuję! :)

Oriflame Beauty, paletka do brwi
W lato (w te gorące dni) zupełnie olewałam sprawę podkreślania brwi, ale jak tylko robi się chłodniej, to czuję, że jest to niezbędny składnik mojego makijażu. Na początku oswajałam się z podkreślaniem brwi, używając jaśniejszego cienia, ale teraz już bez wahania sięgam po ten ciemniejszy. Widzę dużą różnicę, jaką robi podkreślenie brwi i myślę, że już na dobre przekonałam się do tego elementu makijażu.


No cóż, to chyba już wszystkie produkty kolorowe, po które najchętniej sięgałam w 2012 roku! Trochę się tego nazbierało, ale myślę, że każdy z nich zasługuje na uwagę. Mało tego, dopiero teraz uświadomiłam sobie jak dużo mam Wam jeszcze do opisania i pokazania! Ścigajcie mnie dziewczyny o recenzje - macie moje pełne przyzwolenie na motywacyjnego kopniaka w tyłek :D

A jak tam Wasze podsumowania? Czy przygotowałyście takie zestawienie na swoich blogach? Jeśli tak, to podajcie linki, chętnie poczytam! A jeśli nie lub nie prowadzicie swoich blogów, to zachęcam Was do podzielenia się Waszymi faworytami w komentarzach! :)
K.

Czytaj dalej

poniedziałek, 3 grudnia 2012

Ulubieńcy listopada

Witajcie Dziewczyny!

Mamy już trzeci dzień grudnia, a to najlepsza pora, żeby rozpocząć kosmetyczne podsumowania listopada. Tym razem zacznę od ulubieńców miesiąca. Następnie powinny pojawić się denka i oczywiście zdobycze. Nie wiem, czy uda mi się umieścić te posty dzień po dniu, ponieważ nie mam jeszcze wszystkich zdjęć, a ten tydzień, jak i w ogóle cały miesiąc zapowiadają się być intensywne! Już od grudnia zaczynam dodatkową pracę, a poza tym mam kilka ważnych spraw, którymi chciałabym się zająć do końca roku, więc z racji tego, że niewiele czasu mi zostało, bo jak wiadomo ostatni miesiąc w roku ucieka najszybciej, w grudniu może zdarzyć się tak, że będzie tutaj odrobinę ciszej, niż zwykle. Jak to się mówi, pożyjemy - zobaczymy! ;)

Zajmijmy się jednak tematem dzisiejszego posta, czyli ulubieńcami! Jest tu kilka powtórek, ale i kilka nowości, które w kilku słowach Wam przybliżę.


Jedynym produktem do pielęgnacji, który wyróżniłam w tym miesiącu jest bogaty balsam do dłoni z linii Home Spa Pat&Rub, którego odlewkę otrzymałam w paczuszce od kochanej Hexxany. Nie dość, że balsam pachnie rewelacyjnie, jest megawydajny, nawet jak na odlewkę (dość obfitą warto wspomnieć), to jeszcze naprawdę świetnie troszczy się o dłonie. W ciągu dnia korzystam z innych kremów do rąk, ale ten balsam na tyle zdobył sobie moje serce, że noc należy tylko do niego ;)


Jeśli chodzi o cienie, to w moje ręce najczęściej wpadały dwa sprawdzone zestawy - paletka Catrice z limitowanki Hollywood's Faboulous 40'ties i trzy cienie z mojej dziesiątki Inglota. W obu przypadkach jestem bardzo zadowolona zarówno z jakości, trwałości, jak i kolorystyki cieni i świetnie się w nich czuję. W dodatku jestem w stanie wykonać nimi naprawdę ekspresowy makijaż oka i często robię go tylko dwoma cieniami. Oj tak, w listopadzie zupełnie nie chciało mi się eksperymentować! ;)

Zbliżenie na kolory z paletki Catrice - Hollywood Boulevard.


Oraz zbliżenie na ulubioną trójkę z Inglota - szampański, perłowy beż (395P) na całą powiekę i szarość w załamaniu (502DS), to najprostsze połączenie, jakie stosowałam. W przypływie czasu, sięgałam też po fioletowo-szary perłowy cień (420P) i aplikowałam go w zewnętrznym kąciku, przy jednoczesnym zachowaniu powyższego szablonu, dotyczącego pozostałych dwóch kolorów ;)

Zbliżenie na kolory z Inglota.
Od lewej: 395P, 420P, 502DS
W listopadzie zaczęłam również częściej sięgać po szminki. Wprawdzie sięgałam również po bardziej wyraziste kolory, niż te, które pokazuję poniżej, ale do pracy te były zwyczajnie bezpieczniejsze, więc siłą rzeczy to one częściej wpadały w moje ręce. Są to (na zdjęciu od lewej) kolejno L'Oreal Rouge Caresse w odcieniu 101 Tempting Lilac (oczywiście nowość z Rossmanowskich polowań!), Catrice Ultimate Color Pinkadilly Circus (jest to piękny, ciepły, malinowy róż, który na zdjęciu jest zupełnie przekłamany i niepodobny do tego rzeczywistego), no i oczywiście moje faworytki - pomadko-błyszczyki Celia Nude w kolorach 602 i 603.


Kolejnymi ulubieńcami są już po raz kolejny róż z Alverde (04) i podkład mineralny Lily Lolo (Warm Peach), które zdecydowanie dominowały w moim listopadowym makijażu. Wprawdzie w tym miesiącu sięgałam też po dwa inne podkłady (płynne, z lenistwa ;)), ale to jednak Lily Lolo grał i myślę, że długo jeszcze będzie grać pierwsze skrzypce. A jeśli chodzi o róż, to no cóż... Alverde jest u mnie ostatnio niezastąpiony! ;)

Puder antybakteryjny Synergen (03), to mój ulubieniec od dłuższego czasu - i mimo, że akurat z LL średnio się lubi, to mocno doceniam jego działanie, kiedy sięgam po płynne podkłady. Fantastycznie utrzymuje mat na mojej skórze i robi to dużo lepiej niż masa innych pudrów, których używałam. Kolejnym hitem z niskiej półki jest też nowo zakupiony tusz Wibo Growing Lashes, który zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie. Może nie będzie to mój KWC, ale w pewnością jest to bardzo dobry tusz i chętnie zdradzam z nim ulubiony Max Factor.


Jeśli chodzi o inne przyjemności - w listopadzie chętnie upajałam się zapachem Twilight Woods z Bath & Body Works. Wiele dziewczyn już wcześniej pisało, że to ich hit zapachowy, ale ja już miałam kilku ulubieńców z innych kategorii, kiedy jednak chcąc skorzystać z 25% zniżki nie zastałam moich ulubionych zapachów w formie wody toaletowej, to stwierdziłam, że sprawdzę o co chodzi z tym Twilight. Oj dziewczyny! Chodzi! To jest tak niesamowicie ciepły, słodki, otulający, a jednocześnie nie mdlący, ani niezbyt ostry zapach, że z miejsca się w nim zakochałam i w tej chwili tylko Euphoria od Calvina Kleina skutecznie z nim konkuruje. Reszta poszła w odstawkę! :)


Z mojej strony to by było na tyle, jeśli chodzi o ulubieńców! Myślę, że najpóźniej pojutrze pojawię się u Was z wpisem denkowym, więc do zobaczenia! Do tej pory jednak chętnie poczytam jakich Wy miałyście ulubieńców w listopadzie i czy znacie i lubicie moje hity minionego miesiąca :)
K.
Czytaj dalej

niedziela, 6 maja 2012

Ulubieńcy kwietnia!

Dziś na blogu po raz pierwszy post typu ulubieńcy. Do tej pory nie zauważałam szczególnych tendencji do wyboru konkretnych kosmetyków w konkretnym miesiącu, natomiast w kwietniu z umiłowaniem wracałam do poniższych produktów w różnych kombinacjach. Tym razem ulubieńcy typowo kolorówkowi, ale może kolejnym razem zdarzy się też coś pielęgnacyjnego, nawet mam już kilku kandydatów... :)

Jeśli pojawiła się już u mnie recenzja danego produktu, to podlinkuję ją poniżej w nazwie.

Ulubieńcy kwietnia cz.1
1. Nivea Vitamin Shake - ulubiona pomadka ochronna do torebki, uwielbiam ją i za zapach i za dość przyzwoite działanie - poza domem o tej porze roku w zupełności mi wystarcza!

2. Maestro - pędzel do podkładu ze Złotej Kolekcji - Foundation I (odpowiednik Maestro 145) - długo nie mogłam się zaprzyjaźnić z tym pędzlem, jakoś nie umiałam sprawnie nałożyć nim podkładu, ale okazało się, że sprawdza się idealnie przy średnio napigmentowanych różach, takich jak Marble Mania. Idealnie rozprowadza i rozciera róż, nie wytracając jego koloru, ani nie powodując placków na buzi. To był mój absolutny hit kwietnia - niemal nie rozstawałam się z tym pędzlem :)

3. Maybelline One by One - ulubieniec tuszowy od listopada - powoli dogorywa, ale ciągle sprawdza się lepiej, niż chociażby The Falsies, którym próbowałam go zastąpić.

4. Hean HD, 405 Hot Chocolate - najlepsza paletka do makijażu na szybko - bez dylematów co z czym i dlaczego. Cień bazowy jest absolutnie fantastyczny, a brązy delikatnie podkreślają załamanie. W komplecie stanowią zarówno przyjemnego dzienniaka do pracy (lub na leniwy dzień), albo są dobrym tłem dla brązowego linera.

5. Essence Gel Liner, 02 London Baby - w tym miesiącu skusiłam się na brązowy liner w żelu, a ten z miejsca stał się jednym z kosmetyków kolorowych, po który sięgałam najczęściej.

6. Kobo, 504 Oriental Illusion (z kolekcji jesiennej Elegance) - początkowo dość rzadko sięgałam po ten cień, bo wydawało mi się, że jego kolor zbytnio ociepla się na mojej powiece i w efekcie i tak dodawałam w załamaniu ciemniejszy kolor, natomiast wystarczyło trafić na dobry odcień MIYO, żeby okazało się, że mam w swoich zbiorach wiosenny duet idealny.

7. Essence Marble Mania, 01 Swirlpool - odkąd wykończyłam ulubieńca z ELFa, w oczekiwaniu na Rose Gold od Sleeka, sięgnęłam po ten dość świeży nabytek. Okazało się, że tym różem mogę malować się nawet z zamkniętymi oczami i nie ma szans, żeby zrobić sobie nim krzywdę, a przy tym kolor jest odpowiednio intensywny do makijażu dziennego i jednocześnie pięknie ożywia buzię.

8. MIYO, 26 Haze - chciałam kupić odcień Vanilla, ale nigdy nie mogłam na niego trafić, ale po szybkim teście okazało się, że kolor Haze jest dość zbliżony do obiektu moich poszukiwań, tyle, że odrobinę chłodniejszy, co akurat bardzo mi odpowiada. Ulubiony cień bazowy! Swatche wkrótce.

9. Oriflame Kohl Kajal, Nude - świetna cielista kredka, dobrze się rozprowadza, ma idealny kolor i nie zostawia grudek. Z linią wodną bywa u niej różnie, ale "włożona" w rzęsy sprawdza się bardziej niż przyzwoicie.

Ulubieńcy kwietnia cz.2
10. Synergen, kolor 03 - kupiłam ten puder jakiś czas temu skuszona wszechobecnymi zachwytami i faktycznie - sprawdza się u mnie o niebo lepiej niż chociażby puder bambusowy z Biochemii Urody, czy choćby chwalony przeze mnie kiedyś Essence Fix & Matte. Dość przyzwoicie utrzymuje mat i nawet jeśli buzia zaczyna się świecić, to ewentualna warstwa sebum sprawia wrażenie dużo cieńszej niż zwykle.
11. Manhattan, Soft Mat Lipcream, 56k - o zaletach matowych pomadek z Manhattanu rozpisywałam się dość obszernie w recenzji i zdanie to nadal podtrzymuję! Użyta na balsam nie wysusza ust, a kolor utrzymuje się naprawdę długo.
12. EcoTools, pędzel do pudru - razem z pudrem Synergen tworzą bardzo zgraną parę i dzięki tej dwójce uzyskuję najlepszy i najbardziej naturalny efekt.
13. Celia Nude, 602 - wreszcie i mi - za sprawą nieocenionej babci - udało się zdobyć osławioną Celię. Świetny zamiennik dla pomadek ochronnych - bardzo dobrze nawilża usta, nadając im jednocześnie subtelny kolor.
14. Flos-Lek, wazelina kosmetyczna, różana - bardzo lubię używać jej na noc, od razu czuję jej zmiękczające działanie, a delikatny różany zapach jest naprawdę bardzo, bardzo przyjemny.
Czytaj dalej

wtorek, 6 marca 2012

Lutowe zakupy

Jako, że marzec rozgościł się w kalendarzu już na dobre, to pora na podsumowanie zakupowe lutego... W tym miesiącu przybyło mi... ekhm... sporo nowych szpargałów i nie były to same niezbędne rzeczy, dlatego w marcu mam silne postanowienie nie kupowania niczego ponad aktualne potrzeby... Tzn. wiadomo, jak się trafi coś super hiper, to pewnie ulegnę, ale żeby to super hiper mega kilo giga fantastyczne, nie kusiło mnie za każdym razem... ;)

Dla usprawiedliwienia dodam tylko, że tzw. projekt denko nadal idzie mi całkiem ładnie i zgrabnie i tendencja kilkunastu zużyć jest jak najbardziej zachowana (o czym więcej jutro). Myślę tylko, że chyba powinnam nieco zaostrzyć jego reguły w rejonie kolorówki, ale która z nas nie ma z tym problemów... ;)

Przechodząc jednak do rzeczy... Przedstawiam Wam nowe nabytki w miesiącu lutym! Tadaaaam! :)

1. Pielęgnacja twarzy.

Tutaj zdecydowanie padło na maseczki! Ostatnio stałam się totalną fanką maseczek w saszetkach, również ze względu na to, że jeśli któraś mi nie pasuje, to męczę się z nią tylko raz, a nie od razu z całą tubą... ;)

Bielenda - maski z serii Bawełna i serii Granat
Nie miałam okazji ich jeszcze wypróbować, ponieważ pojawiły się w mojej kosmetyczce dopiero pod koniec miesiąca, ale koleżanka bardzo polecała mi serię z granatem, więc dobrałam do pary bawełnę i w ten weekend któraś z nich wyląduje ze mną w łazience... :)
Cena: 4,19zł/szt

Ziaja - maski z glinkami
Ziaja - maska oczyszczająca z glinką szarą
Absolutnym i niekwestionowanym ulubieńcem miesiąca jest dla mnie maska oczyszczająca z glinką szarą z Ziaji. W moim odczuciu stosowana regularnie zapobiegała, tudzież znacznie opóźniała świecenie moją piękną facjatą... :P A reszta? Zobaczymy, anty-stress nie powaliła mnie na kolana, ciekawe jak pozostałe...
Cena: ok.1,50zł/szt

Soraya - morelowy peeling oczyszczający
Kolejny hit-nie-hit. Różne opinie twierdzą co innego - jedne, że jest to odpowiednik wycofanego morelowego peelingu St. Ives, inne twierdzą, że w ogóle się do niego nie umywa. St. Ives nie miałam, ale ten sprawdził się absolutnie fantastycznie! A myślałam, że mam dobry zdzierak w domu - toż, to herezje! Soraya, to dopiero cudo nad cudami! Czuję, że to będzie związek na dłużej...
Cena: 9,49zł/250ml (promocja)

2. Pielęgnacja ciała.
Alterra - mydło różane i lawendowe
Kolejnym nabytkiem były mydełka z Alterry - czytałam o nich kilka pozytywnych opinii, więc skusiłam się na dwie wersje zapachowe. Krzywdy na pewno mi nie robią, nie zauważyłam wysuszenia dłoni, a jednocześnie nie potrzebuję używać po nich kremu do rąk. Dodatkowo mają krótki i przyjazny skład, kosztują niewiele, mają spory wybór zapachów, no i robią to, co mają robić - myją ręce!
Cena: ok.2zł/100g (promocja)
Oriflame - Loves me...
Zestaw Oriflame - Loves me..., w którego skład wchodzą krem do rąk (75ml), mydełko w kształcie stokrotki (75g) oraz krem pod prysznic (250g), wszystkie w jednej, delikatnej linii zapachowej. Oczywiście najbardziej urzekło mnie mydełko... Aż szkoda je ruszyć taką stokrotkę...
Cena: 19,90zł/zestaw (promocja)
Oriflame - Silk Beauty - żel do golenia
Z tego chyba nie muszę się tłumaczyć... ;) Po prostu żel do golenia. Od lat bardzo dobrze się u mnie sprawdza, w każdej wersji, która była dostępna, dlatego zawsze do niego wracam. Do tego jest bardzo wydajny. Nie pamiętam nawet, kiedy kupiłam poprzednią tubkę.
Cena: 10,90zł/150ml
Eveline - balsam różany
Już od dawna miałam na niego ochotę, a że u mojego M. skończyło się nasze mleczko z Oriflame, to zawinęłam różyczkę do koszyka, jak tylko spotkałam ją w promocji. Ogromny plus za wygodną pompkę, dużą pojemność i bardzo lekką konsystencję - idealna do smarowania na szybciocha. Należy mu się osobna recenzja.
Cena: ok.12zł/500ml (promocja)
Oriflame - balsam z wyciągiem z trzech zbóż
Argument właściwie jak powyżej, z tym, że różę miałam zagarnąć do domu, jak tylko będzie balsam w promocji (mój facet lubi je ze względu na neutralne zapachy), ale ostatecznie tak przyzwyczaił się do pompki, że róża została u niego, a zboża czekają na swoją kolej na półce z zapasami...
Cena: 13,90zł/400ml (promocja)

Body Club - kule do kąpieli
Kule do kąpieli kupiłam w promocji w Drogerii Natura, pamiętam, że zrobiły szał w którejś z edycji Biedronkowej gazetki urodowej, ale wtedy się na nie nie załapałam. Początkowo kupiłam dla siebie tylko różaną, ale ponieważ spodobała się mamie, to sprezentowałam jej różę i lawendę/pomarańczę. Na razie czekają na swoją kolej, bo my czekamy na naprawę pieca, więc kąpiele musimy sobie gotować... (Hahaha... Very funny!)
Cena: ok.5zł/170g  (promocja)
Douglas - różany płyn do kąpieli
Kolejny różany (tak, mam obsesję na punkcie tego zapachu...) umilacz kąpieli - Douglasowy płyn do kąpieli dostałam jako miły i pachnący dodatek do prezentu walentynkowego. U mojego M. mamy prysznic, a w domu sytuacja jak wyżej. Z tego względu póki co, tylko siedzę i niucham... 

3. Pielęgnacja włosów.
Mrs. Potters - balsam z aloesem i jedwabiem
Wszędzie polecana odżywka z Mrs. Potter's - mam nadzieję, że kupiłam dobrą wersję... W każdym bądź razie sprawdza się bardzo przyzwoicie, włosy mi nie odpadły, a i pachnie bardzo przyjemnie... A, że zapasy Isany się kończą...
Cena: 6,48zł/500ml
Joanna - balsam nawilżająco-regenerujący
Tutaj zadziałał trochę owczy pęd - spotkałam ją w markecie, pamiętałam, że coś dobrego o niej czytałam, a że nie kosztowała wiele, to wrzuciłam do koszyka... I w sumie teraz nie wiem, jak tego używać... Jakieś propozycje? :P
Cena:5,24zł/200g

4. Kolorówka.
My Secret, Manhattan, Essence, Kobo
W kwestii kolorówki dokonałam całe mnóstwo nieprzemyślanych zakupów. W zasadzie ze wszystkich jestem zadowolona (uff...), ale spokojnie mogłam sobie część darować... :P Niektóre z zakupów zostały już bliżej przedstawione, więc podlinkuję je poniżej.

Do zbiorów dołączyły:
My Secret 104 - flejksy (ok.4zł, promocja);
Manhattan - matowe pomadki w kremie (ok.6zł/szt.; allegro) TU i TU;
Essence - cień w kremie Stay All Day - 02 Glammy Goes To...(11,99zł);
Kobo - cienie z limitowanki Elegance -  Pearl Mist i Oriental Illusion (11zł/szt)

Oriflame, Synergen, Rimmel
Jak widać skusiłam się również na osławionego rimmelowskiego żelka - myślę, że już mogę zaliczyć się do grona jego fanek! Puder Synergen - kolejny blogowo-wizażowy hit - pierwsze wrażenie zrobił pozytywne, oby tak dalej. Oriflame Bio Clinic - krem redukujący zaczerwienienia - to coś, co ja traktuję jako bazę, która ma za zadanie utrzymać moje policzki w tym samym kolorze, co reszta twarzy... If u know what I mean... Muszę przyznać, że sprawdza się wyjątkowo przyzwoicie, ale póki co nadal jeszcze muszę ją trochę pomęczyć, zanim ją zrecenzuję.
Rimmel - ok.24zł/18ml (promocja);
Synergen - ok.6,50zł (promocja);
Oriflame BioClinic - 69,90zł/30ml (promocja, dla przerażonych dodam, że jako konsultantka zapłaciłam ok.20zł mniej).

Essence C&G 82 Rich&Pretty oraz Essence Stay All Day 03 Steel The Show
Zadowolona z pierwszej parki cień+lakier (wybranej nieświadomie w zbliżonej kolorystyce), tydzień później wybrałam się po kolejną parkę i znowu popełniłam nieświadomie duet kolorystyczny. A że do tego była promocja 2+1, to jako gratis wybrałam z kasy błyszczyk XXL Nudes, który dałam mamie, bo ja raczej mało błyszczykowa jestem, a ona lubi tego typu mazidełka :)
Lakier C&G 82 Rich & Pretty - 5,50zł;
Cień w kremie Stay All Day - 03 Steel The Show - 11,90zł.

Sensique 150 + Oriflame Very Me
Lakier Sensique wpadł do koszyka, bo miał taki sam kolor, jak sweterek w dniu jego zakupu i kosztował grosze, więc to typowo babski argument... :|
A kredki urzekły mnie kolorami i moją ulubioną formą ołówka, mam do takich większe zaufanie, niż do kredek wykręcanych. Tak mam i koniec. A turkus będzie cudny na wiosnę!
Sensique 150 - 3,99zł;
Kredki Oriflame - Very Me - 7,90zł/szt.

5. Inne.
Isana - migdałowy zmywacz do paznokci i Rexona aloesowa w kulce
Skończył mi się biedronkowy zmywacz Nailty, więc złapałam na szybko Isanę, skuszona obietnicą migdałów. Nie czuję ich, ale fakt faktem paznokcie po zmywaniu pachną cudownie! No a Rexona wpadła, bo morduję resztki kulki z Nivea, więc na dniach będzie potrzebny zamiennik.
Isana - zmywacz do paznokci - errrm... ok.5zł? To jest ta duża butla...;
Rexona - kulka aloesowa - ok.8zł (promocja).

Belissa
Po 1,5 miesięcznej przerwie na Capivit (skóra, włosy, paznokcie - czy jakoś tak... ;)), postanowiłam wrócić do Belissy, spotkanej w promocji w Rossmanie. Po niej najszybciej zauważam efekty i myślę, że dzięki niej przestały mi aż tak wypadać włosy. Pierwsze opakowanie "zjadłam" w grudniu i już wtedy widziałam efekty, dlatego teraz, po braku większej skuteczności Capivitu, wracam pokornie do Belissy.
Cena: ok.15zł/50 tabletek

To już chyba pełna lista moich lutowych grzeszków. Tym razem było tego dużo, może nie były to drogie rzeczy, ale pierdoły mają to do siebie, że łatwo wpadają do koszyka, ale ich suma może nieco porazić... ;)

A Wy jak tam? Też tak nagrzeszyłyście w tym miesiącu?
K.
Czytaj dalej
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Blog template designed by SandDBlast