Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Siarkowa Moc. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Siarkowa Moc. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 10 marca 2014

Największe denko świata, czyli czteromiesięczny zbiór pustaków :)

Cześć Dziewczyny!

W końcu zebrałam się na odwagę, żeby zabrać się za rozprawienie się z pustymi opakowaniami z ubiegłego roku, a konkretniej z ostatnich czterech miesięcy 2013 roku... O ile nadrabianie nowości nie ma po takim czasie większego sensu, bo większość z nich albo już pojawiła się na blogu, albo jeszcze się na nim pojawi, tak w przypadku denkowego posta, to już ostatni dzwonek, żeby dać Wam znać co sądzę o produktach, które zużyłam w całości, a które nie zawsze zasługują na pełną recenzję.


Żeby nie było za długo i zbyt nudno, to postaram się omówić każdy z produktów w miarę zwięźle - i tak darowałam już sobie próbki i odlewki... :D Tym razem nie wskazuję następców, bo po takim czasie naprawdę nie pamiętam już jak to dokładnie wyglądało... ;)

Pierwsza partia zdjęć była robiona jeszcze starym aparatem, gdzieś w listopadzie, więc jakościowo są takie sobie, ale tym razem liczy się przede wszystkim treść, więc jestem pewna, że wybaczycie mi te kilka mniej urodziwych zdjęć :)



1./2. Żele pod prysznic Plum & Maple Syrup; Dragon Fruit & Capsicum; Original Source (250ml; ok.8-9zł).
Żele z Original Source co jakiś czas przewijają się na moim blogu, co tylko potwierdza to, że chętnie po nie sięgam i regularnie do nich wracam. Podoba mi się to, że marka co jakiś czas wypuszcza sezonowe nowości i każda z nich prędzej czy później trafia w moje ręce. Odpowiadają mi zarówno ich właściwości, jak i zapachy. Żele dobrze oczyszczają moją skórę, ale jej nie wysuszają :)


3. Multifunkcyjny balsam do ciała 10w1 BB Beautiful Body; AA (400 ml; ok. 15zł).
Mam wrażenie, że już coś pisałam na temat tego balsamu, ale nie mogłam znaleźć tej wzmianki. W każdym razie balsam okazał się być bardzo przyzwoitym smarowidłem, może nawet nieco zbyt treściwym, jak dla mnie. Dobrze nawilżał skórę moją i mojego faceta, a przy tym miał stosunkowo neutralny zapach. Momentami dawało się wyczuć w nim nutę charakterystyczną dla produktów z mocznikiem, ale nie było to zbyt uciążliwe. Pod koniec korzystania z produktu opakowanie stało się nieco uciążliwe, ponieważ produkt ma dość gęstą konsystencję i coraz trudniej było go wydostać. Później korzystałam z innej wersji, a teraz przez pewien czas nie planuję powrotu.

4. Płyn do higieny intymnej; Facelle (300 ml; ok.7zł).
Ten płyn z pewnością jest dobrze znany większość z Was. Swego czasu robił furrorę na blogach jako produkt do mycia ...wszystkiego. Ja stosowałam go dwojako - albo zgodnie z przeznaczeniem, albo jako łagodny produkt do oczyszczania włosów. Płyn Facelle jest pozbawiony SLS/SLES, dzięki czemu nie podrażnia ani miejsc intymnych, ani skóry głowy w przypadku stosowania go zamiast szamponu. U mnie sprawdził się bardzo dobrze! Polubiłam go, więc jeszcze nie raz pojawi się na mojej półce.


5. Dwufazowy płyn do demakijażu; Balea (100ml, ok. 10zł przez internet).
Po wakacjach zrobiłam większe zamówienie na stronie Kokardi i zamówiłam m.in. ten płyn do demakijażu. Od pewnego czasu niemal całkowicie porzuciłam micele i stosuję głównie dwufazówki, a o tej czytałam trochę dobrych rzeczy, więc miałam ochotę ją wypróbować. Choć produkt nie jest zły, to jednak doszłam do wniosku, że nie jest na pewno na tyle dobry, żeby bawić się z sprowadzanie go lub zamawianie przez internet. Niby wszystko dobrze zmywał, niby nie zostawiał przesadnie tłustej warstwy, ale dwufazówka z Lirene i tak bije go na głowę i to tego produktu zamierzam się trzymać. Powrotu do Balea nie planuję.

6. Orzeźwiający krem przeciw niedoskonałościom; Sanoflore (50ml; ok.50 zł).
Ten krem urzekł mnie przede wszystkim naturalnym składem, potwierdzonym certyfikatem EcoCert i z tego względu zdecydowałam się na zakup. Produkt dobrze się sprawdził na mojej skórze, całkiem nieźle utrzymywał ją w ryzach. Nie był szczególnie pomocy w kwestii ograniczenia przetłuszczania skóry, ale za to pomagał w gojeniu się wyprysków i częściowo pewnie zapobiegał ich pojawianiu się w innych miejscach twarzy poza brodą. Byłam z niego zadowolona, więc nie wykluczam powrotu.

7. Nawilżająco-rozjaśniający krem pod oczy Wrażliwa Natura; AA (15ml, ok.15 zł).
Krem, którego używałam z niemała przyjemnością - dobrze sobie radził z nawilżeniem delikatnej skóry wokół oczu i dbał o jej kondycję. U mnie nie rozjaśniał jakoś szczególnie skóry, ale też nie mam z tym większych problemów. Nie wiem tylko, czy nadal jest dostępny, bo ostatnio zniknął mi z widoku. Jeśli go znowu spotkam, to bardzo możliwe, że ponowię zakup. Więcej napisałam o nim TUTAJ.


8. Nawilżająca odżywka do włosów suchych i zniszczonych; Isana (300ml; ok.6 zł).
Zużyłam ją już tak dawno temu, że nie pamiętam zbyt wiele swoich wrażeń na jej temat, ale jedno jest pewne - nie zastąpi mi odżywki z olejem babassu, która była rewelacyjna! Ta jest po prostu przyzwoita. Nawilżenie włosów po jej użyciu było ok, nie były splątane, nie puszyły się, ale niczym szczególnym mnie nie ujęła. Wszystko było po prostu przyzwoite, bez fajerwerków, dlatego nie wiem, czy skuszę się na nią ponownie.

9. Szampon do włosów pozbawionych blasu; Shine Boost; Syoss (500ml; ok.15zł).
Do tego szamponu wracamy z moim facetem na okrągło. To on korzysta z niego regularnie, ale ja mu go co jakiś czas podkradam, bo nie dość, że dobrze oczyszcza włosy i skórę głowy, nie podrażnia, to jeszcze pięknie pachnie i jeszcze zdaje się naprawdę nieco nabłyszczać włosy. Mój facet nie chce używać innego, a ja z chęcią mu go kupuję, więc jest to stały bywalec w naszej łazience :)


10. Jedwab do włosów; CHI (15ml; 10zł).
Ten jedwab kupiłam u mojej fryzjerki jakiś czas temu i chyba tylko w salonach kosmetycznych jest dostępny stacjonarnie. Mimo, że to ten sam producent, co w przypadku jedwabiu Biosilk (Farouk), to CHI jest o niebo lepszy jeśli chodzi o skład, ponieważ nie zawiera alkoholu, który na dłuższą metę zamiast chronić końcówki, jeszcze mocniej je wysusza. Gdyby CHI był łatwiej dostępny, kupowałabym go znacznie częściej, bo bardzo lubię jego działanie - świetnie zabezpiecza końcówki włosów i pomaga je nieco okiełznać. Na pewno jeszcze nie raz do niego wrócę.

11. Suchy szampon Batiste (50ml; ok.8 zł).
Ta miniaturka Batiste, to mój pierwszy kontakt z tymi szamponami i od razu udany! Co tu dużo gadać - nie wyobrażam sobie już funkcjonować bez Batiste, bo ratują mnie zawsze wtedy kiedy nie mam czasu na mycie klapniętych i lekko tylko nieświeżych włosów. Więcej napisałam w obszernej recenzji wszystkich wersji Batiste, które przetoczyły się przez moje ręce - KLIK.


12./13/14. Żele pod prysznic Raspberry&Vanilla, Orange&Liquorice, Mango&Macadamia; Original Source (250 ml; ok.8 zł).
Jak już wspomniałam w pierwszym punkcie tego megadenka - do żeli Original Source po prostu lubię wracać i chętnie sięgam po kolejne wersje. Następne trzy puste opakowania tylko dowodzą tego, że nie kłamałam... :)


15. Szampon do włosów suchych; Miracle Moist; Aussie (300 ml; ok.25 zł).
Ten szampon wywarł na mnie umiarkowane wrażenie. Chociaż dobrze oczyszczał i - o dziwo - nie podrażniał skóry głowy, to jednak w moim przypadku nie wyróżnił się na tyle, żeby usprawiedliwić jego wysoką cenę. Było przyjemnie, ale powrotu nie planuję. Więcej napisałam w recenzji - TUTAJ.

16. Szampon wzmacniający do włosów osłabionych; H-Keratineum; Pharmaceris (250 ml; ok.25 zł).
Za to cenę tego szamponu jest w stanie w pełni zrozumieć! Nie tylko dobrze oczyszczał włosy i skórę głowy, ale też przyczynił się u mnie do znacznego ograniczenia wypadania włosów oraz złagodzenia swędzenia skóry głowy, które od czasu do czasu zdarzało mi się na czubku głowy. Regularne stosowanie tego szamponu pomogło mi się niemal całkowicie pozbyć tej dziwnej przypadłości. Spodobał mi się na tyle, że już mam jedną buteleczkę w zapasie!


17. Krem do mycia ciała o zapachu wanilii; Lirene (400ml; ok.14 zł).
Ten produkt okazał się być naprawdę świetnym wyborem na jesienno-zimowe dni, ponieważ przyjemnie pachniał wanilią, a do tego okazał się być bardzo przyzwoitym produktem oczyszczającym. Dobrze mył i nie wysuszał mojej skóry. W kolejce czekają dwie inne wersje zapachowe, więc postaram się napisać im za jakiś czas wspólną recenzję :)

18. Balsam z papają; Youngy; Lirene (400ml; ok.15 zł).
Te balsamy pokochaliśmy z moim facetem od pierwszego użycia! Dobrze nawilżają skórę (choć dla bardzo suchych skór, to może być za mało!), ale nie zostawiają ciężkiej, tłustej warstwy. Szybko się wchłaniają i przepięknie pachną! W międzyczasie zdążyliśmy wykończyć też wersję z mango, a pozostałe dwie czekają już w kolejce. Na pewno na stałe zadomowią się w naszej łazience!

19. Aktywny balsam antycellulitowy; Stop Cellulit; Lirene (250ml; ok.13 zł).
To już moja druga butla tego balsamu, a trzecia czeka w kolejce. Nie jest to żaden produkt cud, ale lubię po niego sięgać trochę dla spokoju ducha. Sprawdza się lepiej, niż seria MaXSlim, ale wiadomo, że bez ćwiczeń efekty nie będą zbyt spektakularne. Dobrze wygładza skórę i nawilża strategiczne partie ciała, ale do prawdziwego działania antycellulitowego potrzeba więcej chęci i aktywności z naszej strony.


20./21./22./23. Mydła w piance do mycia rąk; Bath & Body Works (259 ml; cena regularna - 29 zł).
Uwielbiam pianki z BBW i jak widać regularnie przewijają się one przez moją łazienkę. W moim przypadku raczej nie zdarza się, żeby wysuszały mi dłonie, dużo bardziej widzę to, gdy stosuję zwykłe mydła w płynie, ani nie powodują nieprzyjemnego uczucia ściągnięcia skóry. Raczej nie kupuję ich w regularnej cenie, tylko korzystam z różnego rodzaju promocji lub wyprzedaży. Aktualnie ponownie korzystam z wersji Sea Island Cotton.


24. Balsam do ciała Twilight Woods; Bath & Body Works (236 ml; aktualnie cena regularna wynosi 49 zł).
Uwielbiam te balsamy do ciała, ponieważ naprawdę dobrze nawilżają moje ciało, choć tutaj zawsze podkreślam, że nie mam problemów z przesuszającą się skórą. Dla mnie nawilżenie jest na wysokim poziomie i większego zwyczajnie raczej nie potrzebuję. Balsamy sprawdziły się nawet zimą, kiedy sezon grzewczy i mrozy potrafią dać skórze w kość. Sięgam po nie bardzo chętnie przez cały rok i zazwyczaj wybieram wersję zapachową odpowiednią do wody toaletowej, po którą sięgam danego dnia, a to właśnie Twilight Woods był jednym z najczęściej wybieranych przeze mnie zapachów :) W tej chwili mam balsam potrójnie nawilżający z tego samego wariantu zapachowego.

25. Żel pod prysznic Twilight Woods; Bath & Body Works (295 ml; aktuanie cena regularna wynosi 49 zł).
Żel z tej samej linii zapachowej, co wyżej opisywany balsam również mocno przypadł mi do gustu. Nie tylko intensywnie pachniał, ale też dobrze oczyszczał skórę i nie wysuszał jej. Cena jest mocno wygórowana, zwłaszcza po podwyżce, dlatego wrócę do niego tylko, jeśli upoluję go w jakiejś dużej promocji. Szkoda, że BBW idzie z cenami w bardzo złą stronę, bo trochę mnie to hamuje przed kolejnymi zakupami, no ale to nie jest temat na denkowy post... ;)

26. Balsam do ciała Dark Kiss; Bath & Body Works (236 ml; aktualnie cena regularna wynosi 49 zł).
Właściwie o właściwościach tego balsamu mogłabym napisać to samo, co o Twilight Woods. Po prostu Dark Kiss, to kolejny z moich ulubionych zapachów na jesień i zimę. Już mam kolejną buteleczkę, bo po prostu kocham ten zapach! :)

27. Żel antybakteryjny; Paris Amour; Bath & Body Works (29ml; ok.8 zł).
Bardzo polubiłam żele antybakteryjne z BBW za to, że nie pachną alkoholem tak, jak żele innych firm. Tutaj naprawdę czuć przyjemny zapach, a działanie antybakteryjne jest zachowane. Plusem jest duży wybór wariantów zapachowych i częste promocje na kilka sztuk żeli. Teraz noszę w torebce inną wersję - Carribean Escape. Więcej o żelu Paris Amour napisałam TUTAJ.


28. Otulający balsam do rąk; Pat&Rub (100 ml; 45 zł).
Absolutny strzał w 10! Dla mnie ten balsam okazał się naprawdę hitem i bardzo chętnie po niego sięgałam! Bardzo dobrze dbał o kondycję moich dłoni, świetnie je nawilżał i odżywiał, zapobiegał zimowym przesuszeniom, a do tego cudownie pachniał! W końcu połączenie w którym cytryna jest nieco stłumiona słodkim karmelem i wanilią - bardzo niebanalne, a jednocześnie bardzo udane połączenie. Więcej napisałam w recenzji TUTAJ. Już mam kolejne opakowanie i cieszę się, że linia otulająca zostaje w ofercie Pat&Rub na stałe! :)

29.Parafinowy krem do rąk; Lirene (100 ml; ok.8 zł).
Kolejny bardzo udany krem do rąk, tym razem z innej półki cenowej, niż Pat&Rub. Muszę szczerze przyznać, że te dwie marki są moimi ulubionymi, jeśli chodzi o kremy do rąk i rzadko sięgam teraz po inne firmy. Krem z Lirene sprawdził się rewelacyjnie jako krem ochronny do dłoni, szczególnie w pracy! Może nie nawilżał zbyt spektakularnie, ale za to świetnie chronił delikatną skórę przed zacięciami od papieru i innych tego typu biurowych predatorów :D Na pewno jeszcze do niego wrócę! Więcej przeczytacie w recenzji TUTAJ.

30. Rumiankowy krem do rąk; Isana (100ml; ok.5 zł).
Z kremami Isany łączą mnie różne relacje - niektóre z wersji limitowanych uwielbiałam, inne nienawidziłam, a te ze stałej oferty troszeczkę pomijam. Do tej pory faworytem była wersja z mocznikiem, natomiast wersja rumiankowa była po prostu ok. Krem umiarkowanie nawilżał skórę, ale trzeba mu było dać chwilę, żeby się wchłonął. Nic specjalnego, ale może go jeszcze kupię, bo to jedyny krem, którego nie bał się dotknąć mój facet ;)


31. Dwufazowy płyn do demakijażu oczu; Lirene (125ml; ok.12 zł).
Kiedyś wręcz nienawidziłam płynów dwufazowych i do demakijażu używałam tylko i wyłącznie płynów micelarnych, ale odkąd pierwszy raz wpadł mi w ręce płyn z Lirene, nagle okazało się, że dwufazówki nie są już tak kiepskie, jak te, których kiedyś używałam. Na początku po prostu go polubiłam, więc kiedy potrzebowałam kupić dwufazówkę, które poradzi sobie w wakacje z demakijażem wodoodpornego tuszu do rzęs, sięgnęłam ponownie po Lirene. W międzyczasie sprawdzałam jeszcze inne płyny i trafiały się różne, ale Lirene dosłownie pokochałam, bo ekspresowo radzi sobie z każdym makijażem, a przy tym nie podrażnia oczu i nie zostawia przesadnie tłustej warstwy, no i co najważniejsze - nie mgli oczu :) Dla mnie to teraz must have - wracam do tego płynu na okrągło, nawet teraz zużywam kolejną buteleczkę! Więcej przeczytacie w recenzji KLIK :)

32. Maska oczyszczająca Catastrophe Cosmetic; Lush (75g; ok. 7 funtów).
Ta maska, to mój lushowy hit. Zamawiam ją kiedy tylko trafi mi się możliwość, bo żadna inna maska nie oczyszcza i nie rozjaśnia mojej skóry tak pięknie, jak ta! Więcej przeczytacie w recenzji - KLIK! :)

33. Antybakteryjny żel myjący Siarkowa Moc; Barwa (120ml; ok.15 zł).
Żel był całkiem przyzwoitym produktem oczyszczającym i generalnie nieźle się sprawdził na mojej cerze, ale szybko zaczął mnie drażnić jego zapach. Było miło, ale raczej więcej się nie spotkamy. Zapraszam do przeczytania konkretów w recenzji - KLIK ;)

34. Tonik nawilżający-oczyszczający; Lirene (200ml; ok.12 zł).
To mój absolutny faworyt, jeśli chodzi o toniki! Sięgam po różne tego typu produkty, ale ostatecznie i tak zawsze wracam do tego! Świetnie orzeźwia skórę, pięknie pachnie i daje poczucie czystej skóry (oczywiście po uprzednim dokładnym demakijażu). Niweluje uczucie ściągnięcia po myciu twarzy i dobrze przygotowuje ją na przyjęcie kremu. W użyciu mam teraz kolejną butelkę! A wszystkie zachwyty przeczytacie w recenzji - KLIK :)

35. Lekki krem głęboko nawilżający; Vita-Sensilium; Pharmaceris (50ml; ok.35-40 zł).
To mój kolejny hit, jeśli chodzi o pielęgnację! Uwielbiam ten krem pod każdym względem! Świetnie nawilża moją mieszaną cerę, a jednocześnie nie prowokuje jej do zwiększonego wydzielania sebum, właśnie dzięki temu, że utrzymuje jej prawidłowe nawilżenie. Daje mi wyraźne poczucie ulgi zawsze wtedy, kiedy moja skóra potrzebuje większej czułości i utrzymuje ją w dobrej kondycji, nawet jeśli jestem chora. Aktualnie zużywam już trzecie opakowanie. Wszystko o tym kremie napisałam w recenzji TUTAJ.


36. Krem złuszczająco-zmiękczający na zniszczone pięty; Propodia (40 ml; ok.15-20 zł).
Kupiłam ten krem z myślą o złuszczeniu nagromadzonego na piętach zgrubiałego naskórka, ale dopiero skarpetki złuszczające poradziły sobie z tym problemem. Myślę, że to kwestia odpowiedniego stężenia kwasów, a w kremie nie jest ono przecież odpowiednio wysokie. Na pewno jego zaletą było to, że dosyć szybko nawilżał i natłuszczał stopy na tyle, że większość suchych miejsc, po kilku aplikacjach, przestawała być widoczna. Nie jestem ani na tak, ani na nie i naprawdę nie wiem, czy jeszcze wrócę do tego produktu.

37. Zmywacz Nail Art; Essence (150 ml; ok.8 zł).
Kupiłam ten zmywacz z polecenia Mani i byłam z niego w miarę zadowolona. Rzeczywiście nie wysuszał skórek ani paznokci, więc pewnie będę do niego wracać raz na jakiś czas, bo zmywacz z Isany jest dobry, ale czasem warto zrobić sobie od niego przerwę, bo ma paskudną tendencję do przesuszania paznokci. Niestety zmywacz z Essence wymaga trochę cierpliwości, bo - jak to ze zmywaczami bez acetonu - chwilę trwa zanim całkiem rozpuści lakier i ściągnie go z paznokci.


38. Woda toaletowa Forever Red; Bath & Body Works (miniaturka).
Tę miniaturkę dostałam dawno, dawno temu do przetestowania i przyznam się szczerze, że bardzo mocno ją oszczędzałam, bo zapach baaaardzo mocno przypadł mi do gustu i mam naprawdę ogromną ochotę na jego pełnowymiarową buteleczkę. Pewnie prędzej czy później skuszę się na ten zapach, bo to zdecydowanie moja bajka - ciepły, otulający i bardzo zmysłowy! :)

39. Puder matujący Dream Matte Powder; Maybellie (ok.35-40 zł/szt.).
To był mój ukochany puder matujący z tych dostępnych w drogerii, ale niestety wszystko wskazuje na to, że marka postanowiła wycofać go z produkcji. Żałuję, bo to naprawdę rewelacyjny produkt, który zapewniał mi matową cerę na długie godziny!

40. Bibułki matujące; Marion (ok. 12 zł).
Kupiłam te bibułki w zastępstwie tych dotychczas używanych z Beauty Formulas, ale niestety były mocno średnie. Owszem, matowiły skórę, ale mam wrażenie, że niestety ścierały z twarzy makijaż. Nie zamierzam do nich wracać, chyba wypróbuję polecane bibułki z Inglota.


41. Krem pod oczy z dziką różą; Alterra (15ml; ok.12zł).
Tego kremu niestety nie zużyłam w całości, bo używałam go u mamy, a w międzyczasie właściwie całkowicie przeprowadziłam się do mojego faceta, a krem stosowałam coraz rzadziej, aż w końcu minął termin... ;) Tak czy inaczej, był całkiem niezły, choć nieco denerwowała mnie jego rzadka konsystencja, to jednak dobrze nawilżał okolice oczu i sądzę, że również nieźle je odżywiał. W tej chwili produkt jest już wycofany.

42. Żel pod oczy ze świetlikiem i bławatkiem; Flos-Lek (15ml; ok.8-10zł).
I tu sytuacji wygląda jak powyżej - nie zużyłam całego produktu, ale zużyłam znaczną jego większość. Bardzo lubiłam z niego korzystać, szczególnie rano, po całonocnym leżakowaniu produktu w lodówce :) Bardzo dobrze nawilżał skórę, a schłodzony świetnie ją pobudzał i sprawiał, że wszelkie opuchnięcia bardzo szybko się redukowały. Myślę, że jeszcze nie raz będę do niego wracać.

***
Uff! W końcu uporałam się z tym megadenkiem! Teraz już tylko zostało mi nadrobić styczeń i luty, ale one - tym razem na szczęście - nie były aż tak obfite, więc powinno pójść znacznie szybciej... ;))

Dajcie znać, jeśli miałyście do czynienia z którymś z moich "pustaków" :)
K.
Czytaj dalej

sobota, 28 grudnia 2013

Wyniki konkursu z Siarkową Mocą!

Cześć Dziewczyny!

Przyszła pora na wyniki konkursu, organizowanego wraz z marką Barwa, producentem kosmetyków Siarkowa Moc! Waszym zadaniem było ułożenie magicznego zaklęcia, dzięki któremu rozprawiłybyście się ze wszystkimi nieprzyjaciółmi ;) Pojawiło się sporo bardzo ciekawych propozycji i choć wybór zwycięzców nie był najłatwiejszy, to jednak dość szybko udało mi się wybrać najzabawniejsze zaklęcia, które dają nadzieję na ich skuteczne działanie :D



Oto trzy zwyciężczynie konkursu!
Magda S.
"Wstrętny pryszczu, ty mnie słysz - 
mówię głośno ci a kysz! 
A kysz rano, a kysz nocą, 
nie uciekniesz przed mą mocą! 
Pozytywne myślenie + ulubione kosmetyki = wielkie KYSZ i są wyniki :D"

kroopka
"Abra kadabra, czary mary, 
zmywam z twarzy te maszkary! 
Hokus pokus, rybia pasta, 
niespodziankom mówię basta!"

Marzena S.
"Niech siarkowy król dzisiaj przybywa, 
a z każdym jego muśnięciem pryszczy niech ubywa. 
Wymawiam o północy moje zaklęcie, 
niech wszystkie wypryski zginą w wody odmęcie."

Zwyciężczyniom serdecznie gratuluję! Odezwę się do Was na maila w celu wyjaśnienia pewnych kwestii i ustalenia szczegółów wysyłki! :)
K.
Czytaj dalej

sobota, 7 grudnia 2013

Konkurs pomikołajkowy z Siarkową Mocą! :)

Cześć Dziewczyny!

Dzisiaj zapraszam Was do udziału w konkursie, przygotowanym wraz z marką Barwa! Przygotowaliśmy dla Was aż trzy zestawy kosmetyków Siarkowa Moc (żel, tonik, krem), które mogą trafić właśnie w Wasze ręce, jeśli odpowiecie na jedno, bardzo łatwe pytanie:

Gdyby istniało magiczne zaklęcie, które w czarodziejski sposób rozprawiało się ze wszystkimi "twarzowymi" nieprzyjaciółmi, to jak ono by brzmiało? :)

Łatwe, prawda? :)



Żeby wziąć udział w konkursie, musicie spełnić trzy warunki:
1. Być publicznym obserwatorem bloga Charlotte's Wonderland lub polubić fanpage bloga KLIK.
3. Odpowiedzieć na pytanie konkursowe.

REGULAMIN KONKURSU:
1. Organizatorem konkursu jest autorka bloga Charlottes-Wonderland.blogspot.com. Nagrodę na konkurs ufundowała firma Barwa, producent produktów z serii Siarkowa Moc.
2. W konkursie mogą wziąć udział osoby pełnoletnie lub osoby, posiadające zgodę opiekuna;
3. Warunkiem uczestnictwa w konkursie jest odpowiedź na pytanie konkursowe oraz publiczna obserwacja bloga Charlottes-Wonderland.blogspot.com lub polubienie fanpage'a bloga Charlotte's Wonderland, oraz polubienie na facebooku profilu marki Siarkowa Moc;
4. Zwycięzcami zostaną trzy osoby, które udzielą najciekawszej, najzabawniejszej lub najbardziej kreatywnej odpowiedzi na pytanie konkursowe.
5. Zwycięzca zostanie wybrany przez autorkę bloga Charlotte's Wonderland na podstawie subiektywnej oceny wg punktu 4 regulaminu.
6. Konkurs trwa od 07.12. do 21.12.2013 do północy;
7. Wyniki zostaną ogłoszone w ciągu 7 dni po zakończeniu konkursu.
8. Nagrody wysyłam na własny koszt i tylko na terenie Polski. Nagrody zostaną wysłane od razu po Świętach.
9. Ze zwycięzcą skontaktuję się za pośrednictwem adres e-mail, wskazanym w formularzu, niezwłocznie po ogłoszeniu wyników.
10. Zwycięzca musi wskazać adres do wysyłki w ciągu 7 dni od dnia ogłoszenia wyników.


Zapraszam do udziału w konkursie i życzę Wam powodzenia! :)
K.

Czytaj dalej

piątek, 8 listopada 2013

Barwa - Siarkowa Moc - krem antybakteryjny matujący

Cześć Dziewczyny!
Kilka dni temu, publikując recenzję antybakteryjnego żelu myjącego z serii Siarkowa Moc (KLIK), pisałam, że wkrótce opublikuję również moją opinię o antybakterynym kremie matującym z tej serii, o którym wiele z Was wspominało w komentarzach. Dzisiaj spełniam tę obietnicę i przychodzę do Was z recenzją tego produktu :)


Od producenta:

Charakterystyka cery: Tutaj napomknę już tylko dla przypomnienia, że mam cerę mieszaną, w kierunku tłustej, skorą do błyszczenia w strefie T. Szerszą charakterystykę znajdziecie w uzupełnionej zakładce "O MNIE" :)
DZIAŁANIE:
Korzystam z tego produktu od pierwszych dni października i przez ten czas dokładnie obserwowałam moją cerę. Pierwsze, co rzeczywiście rzuciło mi się na początku w oczy, to naprawdę skuteczne matowienie cery na długie godziny. Przez pierwszy tydzień byłam autentycznie zachwycona, później jednak moja radość nieco siadła, ponieważ okazało się, że krem chyba nie polubił się z moim podkładem Match Perfection i w rezultacie po pierwszym tygodniu zachwytów, pomimo użycia kremu matującego i pudru matującego, cera zaczynała się świecić tak samo szybko, jak zwykle. Ostatecznie zmieniłam podkład na najnowsze dziecko Lirene Glam&Matt i to połączenie okazało się najskuteczniejsze! Krem jest bardzo dobrą bazą dla podkładu i dobrze przygotowuje cerę na jego przyjęcie ładnie ją matowiąc. Po nałożeniu podkładu utrwalałam go jeszcze pudrem Dream Matt Powder i takie trio sprawiało i sprawia, że moja buzia jest ponownie matowa przez długie godziny i jeśli czuję jakiś dyskomfort w ciągu dnia, to zazwyczaj wystarczy jedna czy dwie bibułki matujące, żeby zażegnać ten problem. Podsumowując - jeśli chodzi o matowienie - jestem na tak, choć warto dobrać odpowiednią konfigurację produktów dla siebie tak, aby żaden nie niwelował działania tego drugiego.
W kwestii nawilżania należy wspomnieć, że produkt moim zdaniem zupełnie nie nada się dla osób, które borykają się z suchą cerą lub skłonną do przesuszeń. Zresztą uważam, że ta seria w ogóle nie jest kierowana do takich osób. Moja cera ma dosyć letni stosunek do nawilżania, dlatego też rzadko raczę ją mocnymi nawilżaczami na dzień. Skupiam się na tym, żeby to krem na noc odpowiadał za odpowiednie odżywienie i nawilżenie skóry. Krem Siarkowa Moc jest raczej średniakiem w tej kwestii, dlatego nie zdecydowałam się na używanie go na noc (zresztą na co komu mat w nocy ;)). Natomiast na dzień był dla mnie wystarczający. Koił ewentualne ściągnięcie skóry po jej porannym oczyszczeniu i sprawiał, że uczucie nawilżenia wracało na normalny poziom. Jak wspomniałam - na dzień zwykle nie potrzebuję większego nawilżenia, dlatego ja jestem zadowolona z takiego obrotu sprawy, ale trzeba się liczyć z tym, że jeśli Wasza skóra jest bardziej wymagająca pod tym względem, to ten krem może nie spełnić Waszych oczekiwań.
Starałam się też mocno obserwować ewentualne rezulataty działania antybakteryjnego kremu, ale szerze powiedziawszy nie wiem, czy takowe w ogóle jest. Tzn. na pewno produkt mnie nie zapchał i nie spowodował wysypu nieprzyjaciół, ale to jeszcze o niczym nie świadczy, prawda? :) Niestety w kwestii nieprzyjaciół jest w zasadzie tak, jak zwykle - od czasu do czasu trafia mnie zmasowany atak w okolicach brody i praktycznie żaden specyfik jeszcze sobie z tym nie poradził na dłuższą metę... Tak więc na plus jest brak zapychania, tylko czy to Wam wystarczy? :)

KONSYSTENCJA:
Krem ma ciekawą konsystencję, jakiej nie zdarzyło mi się wcześniej zaobserwować w żadnym produkcie do pielęgnacji twarzy. Krem ma gęstą, zbitą konsystencję, która tkwi w tym samym miejscu w słoiczku, nawet, jeśli odwrócicie go do góry nogami. Nazwałabym ją żelowo-masełkowatą, ponieważ jest zbity jak masło, ale na skórze rozprowadza się tak łatwo, jak żel. Dodatkowo naprawdę ekspresowo się wchłania! W kilka sekund nie ma po nim śladu!

KOLOR/ZAPACH:
Krem ma białawy odcień i pachnie, podobnie jak żel, trochę chemicznymi cytusami. Ostatnio przyszło mi do głowy, że zapach tych produktów kojarzy mi się z pitym (czy raczej zjadanym :D) w dzieciństwie Vibovitem. O ile w żelu ten zapach nieco mnie denerwuje, tak tutaj jest już na szczęście dużo mniej intensywny, dlatego uważam go za przyjemny.


OPAKOWANIE:
Krem jest zapakowany z plastikowy słoiczek o pojemności 50g, który dodatkowo włożono do kolorowego kartonika, który zawiera wszystkie niezbędne informacje o produkcie. Sam słoiczek jest estetycznie wykonany i sprawia wrażenie szklanego. Sądzę, że design serii jest bardzo trafiony, ponieważ cechują go energetyczne kolory, które prawdopodobnie przyciągną wzrok grupy docelowej, do której kierowana jest ta seria.

WYDAJNOŚĆ:
Produkt prawdopodobnie będzie zabójczo wydajny! To co widzicie na zdjęciach w notce to zużycie aktualne na niedzielę 3 listopada! Po miesiącu używania produktu! Wszystko przez tę specyficzną konsystencję, której naprawdę nie trzeba wiele, żeby pokryć całą twarz! Trudno mi nawet przewidywać na ile wystarczy mi tego produktu, ale strzelam w ciemno, że nie przesadzę twierdząc, że wystarczy go przynajmniej na pół roku ;)

SKŁAD:

CZY KUPIĘ PONOWNIE:
Trudno prorokować, biorąc pod uwagę fakt, że produkt prawdopobnie zbyt szybko mi się nie skończy. Jeśli jednak potrzeby mojej cery nadal będą takie same, a skóra nie przyzwyczai się do kremu, to na tę chwilę mogłabym powiedzieć, że tak.
CENA/DOSTĘPNOŚĆ:
15-20 zł, czyli grosze, jeśli zestawić tę i tak korzystną cenę z szaloną wręcz wydajnością! Produkt widziałam swego czasu w Rossmanie, ale z tego, co widzę jest też dostępny w wielu aptekach, nie tylko internetowych!
Krótko podsumowując - jestem zadowolona, że miałam szansę zmierzyć się z legendą produktu, który zbiera niemal wyłącznie pozytywne opinie! Najbardziej zależało mi na jego działaniu matującym i w tej kwestii produkt zdecydowanie się sprawdził, choć warto zwrócić uwagę na całą kombinację produtków, którą nakładamy na twarz. W pozostałych kwestiach było dobrze, zadowalająco, jak na krem na dzień, więc trudno się nawet czepiać. Z pewnością ogromnym plusem będzie też niska cena i kosmicznie wysoka wydajność produktu, dzięki czemu nawet młodsze osoby, które muszą liczyć jeszcze na kieszonkowe od rodziców powinny być zadowolone, że produkt nie nadszarpnie ich po kieszeniach :)
A czy Wy znacie krem matujący z serii Siarkowa Moc? Wiem, że tak! Podzielcie się swoimi wrażeniami w komentarzach! A może jest jednak ktoś, u kogo ten produkt zupełnie się nie sprawdził? ;)
K.
***
Produkt otrzymałam do przetestowania i zrecenzowania od Agencji reprezentującej firmę Barwa, producenta serii Siarkowa Moc.
Czytaj dalej

niedziela, 3 listopada 2013

Barwa - Siarkowa Moc - antybakteryjny żel myjący

Cześć Dziewczyny!

Wracam do Was z nowym postem "merytorycznym" :) Dawno już nie pisałam o pielęgnacji, dlatego dzisiaj zapraszam Was na moją recenzję produktu do mycia twarzy - czyli antybakteryjnego żelu myjącego z serii Siarkowa Moc od Barwy. Produkt przeznaczony jest przede wszystkim dla posiadaczek cer mieszanych i tłustych, z tendencją do trądziku lub częstego powstawania wyprysków, więc jeśli to o Was, zapraszam dalej! :)


Informacja o produkcie:

DZIAŁANIE:
Produkt stosuję już od miesiąca, sięgając po ten żel zarówno rano, jak i wieczorem. Przez ten czas zaobserwowałam, że produkt rzeczywiście nieźle radzi sobie z oczyszczaniem twarzy nie tylko z codziennych zanieczyszczeń, ale też z resztek makijażu. Zazwyczaj najpierw zmywam makijaż oczu płynem dwufazowym, a resztkami, które zostają na waciku przecieram twarz. Później sięgam po żel do mycia twarzy i tu wkracza do akcji żel Siarkowa Moc. Jak już wspomniałam, bardzo dobrze radzi sobie ze zmywaniem resztek podkładu, pudru czy różu. Na tyle dobrze, że gdy później przecieram twarz tonikiem, to na waciku nigdy nie zauważyłam żadnych śladów obecności makijażu ;)

Jeśli chodzi o odblokowanie porów, to w zasadzie od razu włożyłam to między bajki - i słusznie, bo w tej kwestii żel w zasadzie nie miałby jak zadziałać. W tym przypadku wierzę jedynie w maski lub inne zabiegi, które stawiają za cel właśnie odblokowanie porów.

Odnosząc się jeszcze do kwestii regulacji wydzielania sebum, to również nie byłabym aż tak entuzjastyczna w ocenie, ponieważ tę kwestię zostawiam akurat kremom (w ostatnim czasie był to krem z serii Siarkowa Moc, o którym również wkrótce przeczytacie). Nie sądzę, żeby żel miał na to wpływ, ale też raczej nie wpłynął na tę kwestię negatywnie ;)

W przypadku mojej mieszanej cery nie zauważyłam, żeby żel powodował jakiekolwiek przesuszenia, ale jeśli zbyt długo po umycia twarzy nie sięgałam po krem, to moja cera szybko mi o tym przypominała i stawała się nieco ściągnięta.

KONSYSTENCJA:
Żel ma dość gęstą, nawet nieco galaretowatą konsystencję, ale w kontakcie z intensywnie zwilżoną skórą bardzo łatwo się rozprowadza.


KOLOR/ZAPACH:
Żel Siarkowa Moc ma przeźroczysto-pomarańczowy kolor i intensywnie pachnie cytrusami. Jest to dość sztuczny zapach i choć na początku nawet przypadł mi do gustu, to teraz jednak zaczął być nieco nużący i ciut denerwujący. Chyba już mi się trochę znudził ze względu na to, że rzeczywiście intensywnie go czuć.

OPAKOWANIE:
Produkt ukryto w miękkiej tubie o pojemności 120 ml, czyli odrobinkę mniejszej, niż standardowo. Tuba wyposażona jest w zamknięcie na klapkę/zatrzask, dzięki czemu aplikacja produktu jest bardzo łatwa i nie wymaga gimnastyki. Sam design żelu jest prosty, ale jednocześnie energetyczny i spójny dla całej serii. Moim zdaniem jest przyjemny, choć raczej młodzieżowy, ale przypuszczam, że to właśnie jest główny target tej serii ;)

WYDAJNOŚĆ:
W ciągu miesiąca stosowania produktu dwa razy dziennie, ubyło mi nieco ponad pół tuby. Sądzę, że spokojnie będę go stosować jeszcze przez kolejny miesiąc, więc wydajność produktu jest jak najbardziej na plus!


CENA/DOSTĘPNOŚĆ:
ok. 15 zł; produkt powinien być dostępny w drogeriach i marketach, które mają w ofercie produkty Barwy. Stawiałabym m.in. na Rossmanna i Auchan.

CZY KUPIĘ PONOWNIE:
Nie sądzę. Mimo, że żel całkiem nieźle sprawdza się przy mojej cerze, to jednak mam już swoich faworytów w tej kategorii i póki co nie zanosi się na zmiany, bo produkt z serii Siarkowa Moc nie oczarował mnie aż tak mocno. Po prostu będę go miło wspominać! :)


SKŁAD:
AQUA, GLYCERIN, SODIUM LAURETH SULFATE, DISODIUM LAURETH SULFOSUCCINATE, ALPHA-GLUCAN OLIGOSACCHARIDE, PROPYLENE GLYCOL, LAURAMIDOPROPYL BETAINE, PANTHENOL, TRITICUM VULGARE, SULFUR, PEG-30 CASTOR OIL, PEG-7 GLYCERYL COCOATE, PEG-150 PENTAERYTHRITYL TETRASTEARATE, TRIETHANOLAMINE, ACRYLATES/C10-30 ALKYL ACRYLATE CROSSPOLYMER, XANTHAN GUM, PARFUM, METHYLCHLOROISOTHIAZOLINONE, METHYLISOTHIAZOLINONE, LIMONENE, CI 15985

Dotąd tylko kojarzyłam serię Siarkowa Moc z kilku całkiem pozytywnych recenzji na niektórych blogach, ale sama nie miałam okazji jej stosować. Teraz, kiedy dzięki współpracy kilka produktów tej marki wpadło w moje ręce, sama miałam okazję przekonać się o działaniu tej serii i muszę przyznać, że jestem całkiem miło zaskoczona. Może nie są to produkty, które 100% trafiają w moje upodobania, ale z pewnością sprawdzają się jak trzeba. O kolejnych produktach z tej serii będziecie mogły przeczytać już wkrótce.

Czy miałyście już do czynienia z produktami z serii Siarkowa Moc? Jakie macie wrażenia ze stosowania tych kosmetyków?
K.
Czytaj dalej
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Blog template designed by SandDBlast