Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dr Irena Eris. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dr Irena Eris. Pokaż wszystkie posty

piątek, 10 kwietnia 2015

Marcowe nowości

Marzec, jeśli chodzi o nowości kosmetyczne, był miesiącem dosyć spokojnym. Właściwie, gdyby nie wiosenna edycja Targów Beauty Forum i mój wyjazd do Pragi, to chyba nie kupiłabym żadnego kosmetyku, ale kiedy trafia się okazja, nie można z niej przecież nie skorzystać, prawda? :)


Skoro wspomniałam już o Targach Beauty Forum, to zacznijmy nowości od pokazania kosmetyków, które tam kupiłam. Właściwie kosmetyki, to zbyt ogólne określenie, bo z targów wyszłam po prostu z sześcioma nowymi lakierami, z czego najliczniejszą reprezentacją okazały się te marki Zoya. Zdecydowałam się na piękny jasny róż Brigitte z kolekcji Naturel (którego nie mogłam się pozbyć z głowy od ubiegłorocznych wiosennych targów), oprócz tego zgarnęłam też Sansę z kolekcji Ignite, która jest pięknym, oberżynowym fioletem o bardzo ciemnej bazie, mieniącym się złotymi i różowymi drobinkami (tego lakieru zabrakło dla mnie podczas jesiennej edycji targów). Trójkę zamyka przepiękny, intensywny róż Dita, który bardzo mocno wpadł mi w oko! :)


Kolejną trójką, która również zasiliła moje lakierowe zasoby podczas targów Beauty Forum są dwa lakiery Morgan Taylor z najnowszej kolekcji Cinderella oraz jeden OPI, który chodził za mną co najmniej od ponad roku... Morganki, to Watch Your Step, Sister (cudny koral!) oraz Ella Of A Girl (pastelowy róż), natomiast OPIk, to słynny Hey Baby z jednej z kolekcji sygnowanych przez Gwen Stefani.


W Pradze trafiłam na sieć sklepików czeskiej marki Manufaktura, w których znalazłam sporo ciekawych kosmetyków o całkiem przyjaznych składach i równie przyjemnych cenach. Właściwie niczego nie potrzebowałam, więc zdecydowałam się po prostu na trzy rzeczy, które i tak z pewnością zużyję, postawiłam jednak na ciekawe zapachy - żel o zapachu wina, krem do rąk o zapachu śliwki oraz malinowy balsam do ust. Zapowiada się bardzo przyjemna i pachnąca przygoda! :)


W plebiscycie Glammies, prowadzonym przez magazyn Glamour, można było głosować na najlepsze kosmetyki 2014 roku. Wśród nominowanych znalazły się m.in. krem z witaminą K uszczelniającą naczynka z serii Pharmaceris N oraz dwufazowy płyn do demakijażu Cleanology marki Dr Irena Eris, które, dzięki uprzejmość Pani Eriski - Magdy, również i ja mogę przetestować.


Ostatnimi nowościami, ale wcale nie mniej przez to ważnymi, są nowe lakiery Rimmel z serii 60 seconds o pięknych, wiosennych odcieniach. To kolejna kolekcja, która powstała we współpracy z piosenkarką Ritą Ora, ale nie to jest tym razem najważniejsze. Otóż, marka Rimmel (oraz inne spod szyldu Coty) przekaże 1% dochodu ze sprzedaży każdego z tych lakierów na rzecz Fundacji DKMS, wspierającej walkę przeciw białaczce. Więcej szczegółów na stronie http://www.wzordonasladowania.pl/!

***
Jeśli chodzi o moje marcowe nowości, to byłoby już wszystko. Nie ma tego dużo, ale za to jest przyjemnie dla oka i kolorowo. Coś czuję, że taka ilość nowych lakierów sprawi, że na blogu znowu pojawi się trochę słoczy :)

Jak zawsze dajcie znać co z moich nowości znacie i lubicie? A może jest wśród nich coś, co zupełnie się u Was nie sprawdziło? :)
Karolina
Czytaj dalej

czwartek, 18 września 2014

Czerwcowe nowości

Taaaak, tak właśnie... Nie pomyliłam się, po prostu jestem królową zaległości, dlatego dzisiaj przychodzę do Was z moimi czerwcowymi nowościami... Mogłabym je pominąć, ale z drugiej strony wiem, że lubicie takie posty, więc czemu by nie. Jakby zaległości było mało, mam jeszcze do nadrobienia posty denkowe od ...kwietnia? Taaak właśnie... :D


W czerwcu nie robiłam szczególnie dużych zakupów, większość produktów trafiła do mnie z różnych źródeł, częściowo były to nagrody w konkursach, częściowo prezenty ze spotkania blogerskiego, no i oczywiście pojawiło się też kilka produktów, otrzymanych w ramach współpracy.


Największe zakupy czerwca, to zakupy z początków wyprzedaży w Bath & Body Works. Z pewnością dobrze wiecie, że uwielbiam tę markę i często sięgam po ich kosmetyki. Mam już swoich ulubieńców, więc tym razem sięgnęłam przede wszystkim po dobrze już sprawdzone produkty - zestaw żel i balsam z serii Aromatherapy Eucalyptus & Spearmint, o których pisałam już TUTAJ, a także balsamy do ciała w moich ulubionych zapachach - Pink Chiffon oraz Paris Amour. Jedyną nowością jest mydło w płynie w jesiennym wariancie Sweet Cinnamon Pumpkin, które, tak na marginesie, jest diabelnie wydajne! Używamy go od czerwca, czyli około trzech miesięcy, a nadal mamy jeszcze około połowy... :)


Po balsam brązujący z Lirene dla ciemnej karnacji sięgnęłam, kiedy jeszcze nie byłam zbytnio opalona. Balsam bardzo powoli daje efekt subtelnej opalenizny i nawet nie śmierdzi aż tak długo i tak intensywnie co inne balsamy tego typu. Lubię go, jest ok, choć nie wykluczone, że kiedy już go zużyję, to sięgnę po coś szybszego :)

Peeling morelowy marki Soraya, to produkt, który już kiedyś gościłam w swojej łazience i byłam z niego bardzo zadowolona! Kiedy więc trafiłam na niego w Biedronce w naprawdę niskiej cenie, to bez większego namysłu wrzuciłam go do koszyka. Jestem pewna, że nadal będę z niego tak samo zadowolona, jak wtedy, kiedy recenzowałam jego brata w wersji oczyszczającej KLIK.

Po kremy do rąk Anida sięgnęłam po kilku pozytywnych opiniach, znalezionych na blogach, oczywiście najbardziej zapamiętałam je dzięki Sylwii, która jest mistrzem w najdłuższym zużywaniu tubki kremu (KLIK - recenzja Sylwii) :D


Od pewnego czasu podstawą mojego makijażu są przede wszystkim podkłady mineralne. Przez kilka ostatnich miesięcy używałam podkładów Lily Lolo, jednak czytałam wiele dobrego również o produktach z Annabelle Minerals. Pamiętam, że kiedy marka pojawiła się na rynku, można było zamówić sobie próbki ich produktów jedynie za cenę przesyłki, więc skorzystałam, ale nie trafiłam wtedy ani na swój kolor, ani na odpowiednie wykończenie. Później jednak naczytałam się wiele pozytywów o wersji matującej podkładu AM, a dzięki Sylwii mogłam wypróbować odsypkę jednego z jaśniejszych odcieni, który uznałam za odpowiedni dla mnie. Postanowiłam zaryzykować i skusiłam się od razu na cały zestaw w atrakcyjnej cenie - wzięłam podkład w kolorze Natural Fair, róż Rose, korektor Light oraz pędzel do różu. Kupując cały zestaw pędzel wyszedł mi gratis, a zarówno pojemności, jak i ceny produktów Annabelle Minerals są bardzo atrakcyjne, wobec czego (po wypróbowaniu odsypki) nie bałam się już tej inwestycji :)


Powyższy zestaw kosmetyków Gosh otrzymałam od Pani Ewy, zajmującej się PR-em marki. Kosmetyki przywędrowały do mnie jako przeprosinowy upominek za baaaaaardzo długą wysyłkę nagrody, wygranej w konkursie u Kaczki z piekła rodem. Żeby było śmieszniej, zestaw okazał się być jeszcze bardziej atrakcyjny, niż sama nagroda, ponieważ znalazłam w nim piękną paletkę cieni w odcieniach fioletu, granatową kredkę Smokey Blue, pomadkę oraz piękny różowy lakier Oh My Gosh.


A oto i wspomniana nagroda - zestaw lakierów Gosh z serii Frosted! Otrzymałam aż pięć pięknych kolorów o ciekawym wykończeniu. Teoretycznie są to lakiery piaskowe, ale kolory są na tyle rozbielone, że efekt końcowy rzeczywiście przypomina nieco szron na paznokciach :)

swatche lakierów Gosh Frosted oraz Oh My Gosh
Powyżej prezentuję Wam wszystkie moje nowe lakiery Gosha na wzorniku, dzięki czemu myślę, że już teraz uda mi się zaspokoić częściowo Waszą ciekawość :)


Stała współpraca z marką Rimmel zaowocowała możliwością wypróbowania kolejnych nowości. Tym razem otrzymałam kolejne trzy lakiery z serii 60 seconds by Rita Ora w kolorach White Hot Love (już się nim z Wami podzieliłam), Breakfast in Bed oraz Don't Be Shy (absolutnie róż idealny!). W moje ręce wpadły również kredki do oczu z serii Exaggerate (o których pisałam ostatnio TUTAJ), a także czarny liner w słoiczku Scandaleyes i tusz Scandaleyes Rockin' Curves (którym również się z Wami podzieliłam :)).

Rimmel 60 seconds by Rita Ora
Powyżej prezentuję Wam swatche pięciu z sześciu posiadanych przeze mnie lakierów Rimmel z serii 60 seconds by Rita Ora. Jeśli chciałybyście poczytać więcej o którymś z nich, to dajcie znać w komentarzach :)


Lakiery Essie kupuję już coraz rzadziej, bo nagromadziłam już naprawdę pokaźną gromadę produktów tej marki, a poza tym kolejne kolekcje coraz mniej mnie porywają. Są jednak takie kolory, które nie od razu chwytają mnie za serce i które zyskują dopiero przy bliższym poznaniu. Tak też było z powyższą dwójką. Beżowo-piaskowy Spin The Bottle i dżinsowo-niebieski Truth Or Flare wpadły mi w oko dopiero u Sylwii, czyli mojej Essie-siostry, więc jak tylko natknęłam się na nie w Super-Pharm, to od razu porwałam je do koszyka. W obu kolorach czuję się zaskakująco dobrze i chętnie je noszę :)

Essie Truth or Flare oraz Essie Spin The Bottle
Powyżej oczywiście swatche. Dodam jeszcze, że lakiery należą do wiosennej kolekcji Essie Hide & Go Chic, z których pozostałą czwórkę prezentowałam już TUTAJ.


Do Natury zaglądam bardzo rzadko, ale od kilku miesięcy zapisywałam sobie na liście zakupów powody, dla których w końcu powinnam ją odwiedzić. Jednym z nich były pokazane wyżej kremy do rąk z Anidy, ale tym, co przyciągnęło mnie do tej drogerii był również niebieski tusz z Essence. Kiedy byłam w liceum, uwielbiałam malować rzęsy niebieskim tuszem z Avonu, później jednak trudno mi było znaleźć taki, więc wróciłam do czerni. Teraz z przyjemnością sięgnęłam znowu po kolor i właśnie ten tusz w dużej mierze zdominował mój urlopowy makijaż. Bardzo często towarzyszył mu też top coat z limitowanki Beach Cruiser, który sprawia, że każdy tusz do rzęs, który zostanie pokryty top coatem, staje się wodoodporny i muszę z przyjemnością przyznać, że ten patent zdecydowanie działa! To świetna opcja dla tych, którym nie odpowiada efekt delikatnego podkreślenia rzęs, który zwykle dają klasyczne wodoodporne tusze.

Rozświetlająca kredka pod łuk brwiowy z Catrice, to efekt tej samej wizyty w Naturze. Swego czasu naczytałam się sporo o kredce podobnego typu, którą oferuje Benefit, a parę lat wstecz Catrice już miało coś podobnego w jednej z edycji limitowanych, jednak nie udało mi się wtedy załapać. Tym razem skusiłam się i... no cóż, dobrze, że kupiłam Catrice, a nie Benefit, bo jednak zbyt rzadko sięgam po takie bajery, żeby wydawać na nie znacznie większe pieniądze, niż te kilkanaście złotych ;)

Matowa pomadka Bourjois Rouge Edition Velvet w kolorze Ole Flamingo, to dla odmiany efekt ogromnej promocji na produkty "naustne" z oferty Super-Pharm. Miałam nadzieję nosić ten kolor w czasie ślubu mojej przyjaciółki, ale niestety nie udało mi się na niego dotrzeć z powodów rodzinnych... :/ Chyba muszę zacząć nosić ją na co dzień, żeby mi się takie cudeńko nie zmarnowało... ;)


Kiedy spora część blogosfery uczestniczyła w konkursie na makijaż nowymi kosmetykami kolorowymi od Dr Ireny Eris, jak postanowiłam tym razem odpuścić sobie uczestnictwo. Znam swoje możliwości i znam uzdolnienia koleżanek blogerek, który odwaliły kawał dobrej roboty. Magda postanowiła jednak, że podeśle mi coś, z czego na pewno skorzystam, dzięki czemu miałam okazję również wypróbować kosmetyk z linii ProVoke. W moje ręce trafiła zgrabna paletka, zawierająca czwórkę cieni w odcieniach beżu i brązu. Cienie mają naprawdę piękne i bardzo bezpieczne, uniwersalne kolory, więc sprawdzą się z pewnością na wyjazdach. Są też naprawdę komfortowe w aplikacji i nawet niewprawna ręka (taka jak moja :P), nie powinna mieć z nimi problemów :)


Pomadki ochronne z Nivea, to kolejny produkt do którego co jakiś czas wracam. Wersja Vitamin Shake, to mój must have, ze względu na to, że pięknie nabłyszcza i nadaje odrobinkę koloru. Skusiłam się również na nowość Fruity Shine - wersję brzoskwiniową. Natomiast wersja z oliwkowa Pure & Natural, to ulubieniec mojego Michała, który twierdzi, że pomadka pachnie herbatą Earl Grey :)


Ostatnia już grupka nowości z czerwca, to prezenty, wylosowane na charytatywnym spotkaniu blogerek, zorganizowanym przez Olę z bloga HiDiamond. Miło czasami uczestniczyć w spotkaniu, mającym na celu pomoc tym, którzy tego potrzebują. Dzięki Oli, pieniądze, uzbierane ze sprzedaży losów, zostały przeznaczone na rzecz Stasia, chłopczyka, który urodził się bez rączek. Udało nam się uzbierać całkiem pokaźną sumkę, która na pewno pozwoliła pomóc choć na chwilę :)

Muszę przyznać, że trafiło mi się sporo przydatnych produktów. Częścią podzieliłam się z przyszłą teściową (mam nadzieję, że choć troszeczkę poprawiłam jej tym nastrój :)), a część poszła w obroty w czasie urlopu. Największą przyjemność sprawił mi jednak zestaw z The Body Shopu :) W końcu mam pełnowymiarowe masło o przepięknym, owocowym zapachu :)

***
Jeśli chodzi o czerwcowe nowości, to by było na tyle. Tyle dobrego w tym opóźnieniu, że spora część produktów już poszła w ruch, dzięki czemu, w kilku przypadkach, mogłam się z Wami podzielić również pierwszymi wrażeniami z użytkowania tych kosmetyków :)

Jak zawsze - dajcie znać, jeśli coś Was szczególnie zainteresowało lub jeśli używałyście któregoś z tych kosmetyków i chcecie się podzielić swoją opinią na ich temat :)
Karotka
Czytaj dalej

czwartek, 3 kwietnia 2014

Lutowe i marcowe nowości! :)

Cześć Dziewczyny!

Dawno nie pokazywałam na blogu nowości - a wszystko to z jednego prostego powodu - w lutym nie kupiłam ani jednego kosmetyku i jestem z siebie dumna! Pilnuję się, żeby zużywać nagromadzone zapasy, a jednocześnie ograniczać swoje chciejstwa, ale... Widzę, że to tendencja, która pojawia się ostatnio na wielu blogach - staramy się być oszczędne i niby wszystko idzie dobrze, aż tu przyszedł marzec, a to nie tylko czas targów (KLIK), ale również promocji z okazji Dnia Kobiet, pierwszego dnia wiosny, zmiany czasu etc No i weź tu bądź mądry! W marcu trochę sobie odpuściłam i kupiłam kilka zachcianek, ale żaden z tych produktów nie jest przypadkowy i spora część z nich już jest w użytku :)

Już teraz wiem, że w kwietniu też pojawi się u mnie kilka ciekawych nowości, ale to jest bardziej kwestia zaoferowanej cudzej pomocy w zdobyciu tych kilku kosmetyków, ale na to przyjdzie jeszcze czas :)

L-R: Ja pierniczę, Pyrka, Black Saint, Sinner Lady, Holo Top - B. a Star, Los Diamentos
Oczywiście nie byłabym prawdziwą lakieromaniaczką, gdybym nie skorzystała z promocji na Dzień Kobiet -40% na całą ofertę Colour Alike! Skusiłam się na cztery lakiery, które krążyły mi już chwilę po głowie i dwie nowości, a wszystko w klimatach holograficznych z jednym brokatowym rodzynkiem, który swoją nazwę zawdzięcza Sylwii :)


A teraz proszę weźcie głęboki oddech (na kilka kolejnych zdjęć :D) - na początku marca utwierdziłam się w przekonaniu, że miniaturka suchego szamponu Batiste w torebce, to jednak przydatna sprawa, a w szczególności, gdy grzywka robi się już za długa, a ja nie mogę się pozbyć nawyku odgarniania jej z twarzy... No bywa... Teraz staram się ją raczej podpinać, ale nie zmienia to faktu, że lubię być przygotowana na każdą ewentualność. Z tego też powodu skusiłam się na trio miniaturek - Wild, Mamba i Savannah, którego nie mogłam dorwać w Hebe. W Minti Shopie znalazłam je bez żadnego problemu :)


W drugiej połowie miesiąca miałam okazję uczestniczyć w śniadaniu prasowym z marką Batiste. Dowiedziałam się co nieco o historii marki, obejrzałam nowości marki i przede wszystkim posłuchałam o różnych zastosowaniach Batiste. Po spotkaniu każda z uczestniczek została obdarowana torbą z nowościami i trzema hitowymi produktami Batiste - wśród hitów znalazł się puder dodający włosom objętości XXL Plumping Powder, miniaturka szamponu z lakierem XXL Volume oraz miniaturka wersji Tropical.


...natomiast wśród nowości Batiste znalazł się cudownie pachnący suchy szampon Oriental, szampon z olejkiem arganowym Strength & Shine oraz odżywka w sprayu Smoothing Conditioning Mist. Sama jestem bardzo ciekawa każdego z tych produtków, więc z pewnością dam Wam znać co o nich sądzę, jak tylko trochę ich poużywam! :)


...nieeee... nie macie problemów ze wzrokiem... Mimo całkiem już sporych zapasów suchych szamponów z Batiste postanowiłam na koniec miesiąca skusić się jeszcze na promocję, która obowiązywała do niedzieli na stronie polskiego dystrybutora, a mianowicie -20% na wszystkie produkty Batiste, a do tego wybrana miniaturka szamponu gratis. Skusiłam się na powtórkę z rozrywki w postaci sprawdzonego kolorowego szamponu Medium & Brunette, który recenzowałam Wam wraz z innymi wersjami TUTAJ, a do tego miniaturkę szamponu Blush, który był moim pierwszym Batiste :) Dodatkowo dobrałam sobie jeszcze dwie nowe dla mnie wersje Paisley i Lace (który podobno ma być wycofywany, więc nie chciałam dłużej odkładać tego zakupu ;)). Ostatnio niemal co miesiąc wrzucam do torby denkowej kolejną puszkę Batiste, więc taki zapas, mimo, że spory, na pewno się u mnie zmarnuje ;) No i szykuje się kolejne porównanie zapachów Batiste :)


Bibułki matujące z Beauty Formulas, to kolejny powtórny zakup. Wraz z nadejściem wiosny moja cera lubi czasami trochę szaleć, więc bibułki w torebce znowu stały się moim must have. Te z BF już kiedyś miałam i byłam z nich zadowolona, więc chętnie skusiłam się na nie ponownie, kiedy natknęłam się na nie w Super-Pharm, tym bardziej, że kosztowały tylko 10 zł.

Pozostałe dwa produkty, to również zakupy z Minti Shop - do szamponów, które pokazywałam Wam wyżej, wzięłam sobie jeszcze miniaturkę wysuszacza Poshe, który już od dawna za mną chodził i w związku z tym za jakiś czas możecie się spodziewać na blogu kolejnej części porównania wysuszaczy (pierwsza część TUTAJ) - tym razem zamierzam wziąć na tapetę Kwik Kote z Kinetics, Insta-Dri z Sally Hansen i oczywiście Poshe. No ale do rzeczy - jajeczko z balsamem do ust EOS (Evolution of Smooth), to zakup nieplanowany, ale krążył mi po głowie od dobrych dwóch lat. Już miałam go sobie darować ze względu na cenę przekraczającą 20 zł, ale po zerknięciu na skład, stwierdziłam, że warto się nim jednak zainteresować. Jak na razie jestem bardzo zadowolona! :)


Na Allegro skusiłam się również na dwa lakiery Essie - różowy, to Raspberry, który mignął mi już parę razy na Waszych blogach i na Instagramie, natomiast brokatowy, to mój ulubieniec - Beyond Cozy. W swoich zbiorach mam miniaturkę, ale tak bardzo polubiłam dodawać go do przeróżnych lakierów jako akcent na jednym czy dwóch paznokciach, że obawiam się, że miniaturka szybko mi się skończy ;)


Peeling gruboziarnisty z Lirene z serii Youngy już pewien czas chodził mi po głowie, ale ponieważ nie zaglądałam do drogerii, to nie miałam okazji, żeby wrzucić go do koszyka, aż w końcu natknęłam się na niego w promocji w Super-Pharm. Chyba jednak byliśmy sobie pisani :) Kolejnym długo odkładanym zakupem jest waniliowa mgiełka z Bath & Body Works - Warm Vanilla Sugar - uwielbiam ten sklep, ale znając swoją słabość do ich kosmetyków, staram się omijać go szerokim łukiem, tym razem jednak robiłam zakupy dla jednej z Was, więc no cóż... skorzystałam z okazji :)


W marcu miałam również okazję uczestniczyć w warsztatach, organizowanych przez markę Elancyl, towarzyszących wprowadzeniu dwóch nowości do oferty - olejku na rozstępy oraz kremu antycellulitowego na noc. Oba produkty staram się stosować systematycznie, szczególnie krem - bardzo mocno liczę na to, że wspomoże on moje zumbowe wysiłki i porządnie wygładzi mi pupę i uda, tym bardziej, że staram się również stosować masaż, zaprezentowany nam na warsztatach - czasami wczuwam się tak mocno, że parę razy narobiłam sobie siniaków na udach... To chyba tylko dowodzi tego, jak bardzo nie znoszę mojego cellulitu :D


Natomiast od marki Rimmel otrzymałam nowości w ofercie, czyli pomadkę z serii Moisture Renew - w moje ręce trafił piękny różowawy odcień z drobinkami o uroczej nazwie - Latino. Chodzi mi jeszcze po głowie przepiękny kolor - As You Want Victoria, ale na razie aktywowałam inne szminkowe zasoby, o czym przeczytacie pewnie w ulubieńcach :)


Pozostając w klimatach Rimmela - w lutym odebrałam również przesyłkę z nową maskarą w gamie Scandaleyes, tym razem jest to Rockin' Curves. Maskara jest wyposażona w bardzo zabawną szczoteczkę. Sama jeszcze jej nie testowałam, bo nie chcę otwierać zbyt wielu tuszy na raz, ale na innych blogach czytałam, że dziewczyny miały z nią trochę gimnastyki ;)


Jakiś czas temu miałam okazję skorzystać z zaproszenia do siedziby firmy Eris oraz marek jej pokrewnych, które towarzyszyło wprowadzeniu na rynek serii Lirene City Protect. W końcu udało nam się osobiście poznać drugą z kochanych Pań Erisek - Magdę, która w podziękowaniu za miłe spotkanie podesłała nam później kilka kosmetyków z serii Body Art marki Dr Irena Eris. Ja skusiłam się na krem redukujący rozstępy, intensywnie ujędrniający balsam do pielęgnacji biustu C+ i krystaliczny peeling cukrowy.


A zawartość tej paczki na pewno już bardzo dobrze znacie - to również lutowa "nowość" - ale nie chciałam robić osobnego postu, bo wiele już takich przewinęło się przez blogi. Kilkoma kosmetykami już się z Wami podzieliłam, a na pewno podzielę się również podkładem. Pozostałe natomiast będą się pojawiać co jakiś czas, jak już uda mi się do nich dobrać :)

***
Jak tak sobie patrzę na te wszystkie nowości razem, to w sumie dochodzę do wniosku, że nie jest źle. Dałam sobie troszeczkę luzu, kupiłam kilka fajnych kosmetyków, a teraz znowu mogę dalej oszczędzać ze spokojnym sumieniem :))

Jak się Wam podobają moje nowe nabytki? Znacie któreś z tych kosmetyków - czy są wśród nich Wasi ulubieńcy? :)
K.
Czytaj dalej

środa, 15 stycznia 2014

Moja wizyta w Kosmetycznym Instytucie Dr Ireny Eris w Konstancinie-Jeziornej

Cześć Dziewczyny!

Te z Was, które śledzą mojego facebooka (KLIK) być może pamiętają, że mniej więcej miesiąc temu miałam okazję skorzystać z zaproszenia do Kosmetycznego Instytutu Dr Ireny Eris w Konstancinie-Jeziornej, gdzie zaproszono mnie w celu wypróbowania zabiegu dobranego specjalnie do potrzeb mojej skóry! Dzisiaj chciałabym podzielić się z Wami wrażeniami na temat zabiegu Lacti & Glyco, dedykowanemu między innymi posiadaczkom cer mieszanych i tłustych.


Pozwólcie, że najpierw powołam się na treść materiałów prasowych, które wszystko dokładnie opisują, a następnie przejdę do opisania moich wrażeń na temat samego Instytutu oraz efektów po zabiegu.

O ZABIEGU LACTI & GLYCO
Co to za zabieg i dla kogo jest odpowiedni?
Lacti&Glyco 38% to zabieg o silnych właściwościach keratolitycznych, czyli złuszczających. Specjaliści z Kosmetycznego Instytut Dr Irena Eris polecają go do wszystkich rodzajów cery wymagających intensywnego złuszczania – zaczynając od cery tłustej, mieszanej i trądzikowej, a kończąc na cerze suchej i wymagającej nawilżenia. Jest on polecany również osobom, które borykają się z szarym kolorytem skóry, a także z nadmiernym wydzielaniem sebum, zaburzeniami rogowacenia naskórka, zanieczyszczeniami i nierówną pigmentacją. Lacti&Glyco 38% jest odpowiedni także do cery dojrzałej z objawami fotostarzenia. Zabieg wykonywany jest jednorazowo lub seriami – jeden w tygodniu.

Jakie są właściwości i działanie zabiegu?
Potwierdzone badaniami efekty działania zabiegu to przede wszystkim wygładzenie skóry, a także zmniejszenie widoczności zmarszczek. Po zastosowaniu zabiegu odczuwalne jest zarówno znaczne nawilżenie i ujędrnienie skóry, jak i zmniejszenie widoczności przebarwień oraz poprawa kolorytu cery. Lacti&Glyco 38% normalizuje pracę gruczołów łojowych, przez co przyczynia się do zmatowienia skóry. Zabieg ten to połączenie działania kwasu mlekowego oraz kwasu glikolowego na skórę.

 Kwas mlekowy 
- należy do grupy kwasów alfa-hydroksykwasowych (AHA), które mają właściwości złuszczające,
- nawilża, wybiela i działa przeciwtrądzikowo,
- posiada także właściwości antyoksydacyjne oraz hamuje działanie tyrozynazy (enzymu wpływającego na powstawanie przebarwień).

Kwas glikolowy
- również należy do grupy kwasów alfa-hydroksykwasowych,
- wygładza zmarszczki mimiczne,
- wspomaga syntezę kolagenu, elastyny oraz glikozaminoglikanów, czyli składników, które wzmacniają i wypełniają strukturę skóry,
- stymuluje syntezę komórkową, eliminując martwe komórki naskórka,
- zmniejsza grubość warstwy rogowej naskórka i poprawia jego przepuszczalność,
- wyrównuje powierzchnię skóry,
- eliminuje zaskórniki.

Jak przebiega zabieg?
Jak każdy zabieg kosmetyczny wykonywany w Instytucie rozpoczyna się od profesjonalnej diagnozy skóry wykonywanej przy użyciu profesjonalnego urządzenia i wywiadu kosmetycznego.  Następnie kosmetyczka pomaga w wyborze Kompleksu Aromatycznego, który będzie towarzyszył podczas zabiegu i wykonuje demakijaż.

Ważnym punktem zabiegów wykonywanych w Kosmetycznym Instytucie Dr Irena Eris w Konstancinie Jeziornie jest Rytuał Powitalny, który polega na nałożeniu preparatów pielęgnacyjnych przy jednoczesnym uciskaniu punktów akupresury (dołów podobojczykowych, policzków, skroni i czoła).
Właściwy zabieg polega na nałożeniu na skórę preparatu i pozostawieniu go na niej na 3 do 15 minut.
Następnie preparat jest zmywany, a kosmetyczka zwilża skórę Bio-Tonikiem i nakłada żel lub serum.  Cały zabieg zajmuje około 1 godziny. 


MOJE WRAŻENIA NA TEMAT INSTYTUTU
Muszę przyznać, że nigdy dotąd nie korzystałam z usług jakiegokolwiek salonu kosmetycznego, więc nie mam nawet porównania, ale moje wrażenia po wizycie w Instytucie są bardzo pozytywne. Przede wszystkim, przez cały mój pobyt w Instytucie czułam się bardzo komfortowo, personel Instytutu jest bardzo uprzejmy i bardzo dba o komfort gości.

Na początku zaprowadzono mnie do przebieralni, gdzie otrzymałam spódnicosukienkę, którą założyłam na siebie po zdjęciu bluzki (chodzi o to, żeby nie pobrudzić ubrań w trakcie zabiegu lub też ułatwić dostęp do dekoltu w przypadku, gdy zabieg obejmuje również ten rejon), szlafroczek na przejście oraz jednorazowe kapcie, żeby nie chodzić dalej w butach :) Swoje rzeczy mogłam zostawić w zamykanej szafeczce, więc miałam pewność, że są bezpieczne. Następnie udałam się do gabinetu, w którym był wykonywany mój zabieg. Tam Pani, która się mną zajmowała, zgodnie z wyżej przytoczoną procedurą, zaproponowała mi do wyboru dwa kompleksy aromatyczne, które później unosiły się z kominka podczas wykonywania zabiegu, co z pewnością uprzyjemniało cały czas spędzony na fotelu. Jeśli już jesteśmy przy kwestiach umilaczy... Przez cały czas z głośników płynęły instrumentalne wersje świątecznych piosenek, a czasami również polskie pastorałki, co w tamtym okresie - tuż przed Świętami - było bardzo przyjemne, a jednocześnie nie tak nachalne, jak w centrach handlowych. Ponadto, mogłam okryć się kocykiem (co w moim przypadku jest zawsze strzałem w dziesiątkę ;)), a w trakcie zabiegu mogłam również poprosić o podgrzewanie fotela. Wszystko to było na tyle relaksujące, że mało brakowało, a zaliczyłabym drzemkę... :)))


JAK PRZEBIEGAŁ MÓJ ZABIEG I JAKIE ZAOBSERWOWAŁAM EFEKTY?
Cały mój pobyt w Instytucie trwał aż dwie godziny z czego samo przebranie się przed i po zabiegu zajęło może 15-20 minut. W pozostałym czasie działo się tyle, że musiałam dosłownie wynotować sobie wszystkie etapy zabiegu, żeby o niczym nie zapomnieć podczas spisywania relacji :)

To, co dla mnie bardzo ważne, to to, że całe spotkanie rozpoczęło się od dość szczegółowego wywiadu na temat mojej skóry, ewentualnych reakcji alergicznych, z jakimi borykam się problemami skórnymi, a także z jakich kosmetyków korzystam na co dzień i jakie są moje - nazwijmy to - rytuały pielęgnacyjne, tzn. czym zmywam makijaż, czy tonizuję skórę po jej oszczyszczeniu itp. Następnie, przed zmyciem makijażu, Pani wykonała mi badanie cery, podczas którego zmierzyła poziom nawilżenia i natłuszczenia cery, stopień rozszerzenia porów, a także głębokość zmarszczek. Następnie, po demakijażu, Pani ponownie przyjrzała się już oczyszczonej skórze, celem potwierdzenia wyników badania (makijaż na twarzy zawsze może trochę zaburzyć wyniki badania, ale wykonanie badania cery bezpośrednio po demakijażu również może dać niemiarodajne efekty).

Później przeszłyśmy do mniej przyjemnej części mojej wizyty, którą w myślach okrzyknęłam torturami ;)). Zaczęłyśmy od regulacji brwi, która - według udzielonej mi informacji - jest standardową usługą przy wykupieniu jakiegokolwiek zabiegu. Następnie przeszłyśmy do właściwej części zabiegu, a mianowicie nałożenia kwasów. Muszę przyznać, że sama aplikacja kwasów była najprzyjemniejszą częścią tego fragmentu zabiegu, ponieważ Pani dokładnie wszystko wmasowywała w skórę, wykonując przy tym coś w rodzaju masażu twarzu, co było szalenie przyjemne i relaksujące. Później musiałam odczekać ok.15-20 minut aż kwas odpowiednio podziała na skórę, co było trochę uciążliwe głównie ze względu na jego nieprzyjemny zapach i delikatne podszczypywanie i swędzenie. Przez cały ten czas Pani szykowała dalszą część zabiegu, ale jednocześnie dbała o mój komfort i kontrolowała reakcję mojej skóry dopytując czy odczuwam jakiś dyskomfort na skórze, jednocześnie uprzedzając, że delikatne swędzenie czy podszczypywanie jest normalne, co było mimo wszystko uspokajające i dodatkowo pogłębiało wrażenie tego, że znalazłam się w rękach profesjonalistki.


Po zmyciu z twarzy mieszanki kwasów, nałożono mi maseczkę spulchniającą skórę, której działanie zostało dodatkowo zwiększone poprzez specjalny "nawiew parowy" (nie wiem, jak to inaczej nazwać :)). Ten etap zabiegu również trwał około 15 minut, po czym nastąpiło apogeum tortur, a mianowicie manualne oczyszczanie twarzy... Nie da się ukryć, że był to wyjątkowo bolesny moment, nawet pomimo wcześniejszego przygotowania skóry na ten fakt, ale taki już urok cer mieszanych i tłustych, że niestety lubią się one zanieczyszczać, a rozszerzone pory nie sprzyjają ograniczeniu tych zanieczyszczeń. Dodatkowo okazało się, że dorobiłam się też jedengo prosaka, który również został potraktowany przez Panią igłą. Następnie, na koniec "tortur", Pani wykonała przyżeganie ozonem w miejscach podrażnionych, a także tam, gdzie występowały ewentualne wypryski. Ta część zabiegu wyglądała dosyć zabawnie, ponieważ wykonuje się go szklaną końcówką, która bzyczy podczas przykładania do skóry i odrobinkę wtedy podszczypuje. Celem tego zabiegu jest szybsza regeneracja podrażnionych komórek skóry.

Po tych wszystkich etapach nastąpił czas na pełny relaks, czyli ponowne leżakowanie z maseczką na twarzy, tym razem maską o działaniu ściągającym pory i łagodzącym podrażenia, z którą również leżałam na twarzy około 15 minut. Po zmyciu maseczki, Pani jeszcze raz dopytała mnie o moje rytuały pielęgnacyjne oraz wmasowała mi krem pod oczy oraz koncentrat łagodzący. Dużym plusem jest fakt, że klientki Instytutu mają możliwość skorzystania z podkładu i tuszu do rzęs (jeśli wykonany zabieg nie przewiduje takich przeciwwskazań), żeby nie musieć wychodzić całkowicie bez makijażu, a ponieważ ja sama lubię mieć choć minimalną ilość makijażu na twarzy, to takie rozwiązanie było dla mnie bardzo komfortowe.

A jakie efekty zaobserwowałam po zabiegu?
Przede wszystkim moja skóra była bardzo mocno wygładzona i bardzo miękka w dotyku. Zaobserwowałam również, że była przyjemnie napięta (absolutnie nie ściągnięta) i ładnie rozjaśniona. Jeśli chodzi o ograniczenie wydzielania sebum, trudno mi powiedzieć... Efekt nie był tak spektakularny, jak mogłabym się spodziewać, ale za to muszę przyznać, że w kolejnych dniach nie miałam większych problemów z wypryskami. Te, które już się pojawiły zagoiły się nieco szybciej, niż zwykle, ale przez pewien czas nie pojawiały się praktycznie żadne nowe niespodzianki. Najbardziej pożądanych efektem były też porządnie oczyszczone i nieco ściągnięte pory skórne.


GDZIE ZNAJDZIECIE INSTYTUT?
Instytut, z którego usług skorzystałam, to Kosmetyczny Instytut Dr Irena Eris, znajdujący się w Konstancinie-Jeziornej, na terenie centrum handlowego Stara Papiernia. Z Warszawy dojedziecie tam nawet autobusem - 710 z Metra Wilanowska, jeśli jednak macie taką możliwość, to skorzystajcie z samochodu, ponieważ tak będzie po prostu szybciej i wygodniej :)



Cieszę się, że w końcu mogłam potraktować moją skórę porządnym, profesjonalnie wykonanym zabiegiem, dobranym do jej potrzeb. Rozumiem doskonale, że z racji posiadania skóry mieszanej, z dużą tendencją do zanieczyszczeń i przetłuszczania się, mój zabieg nie należał w całości do przyjemnych, chociażby ze względu na oczyszczanie skóry, jednak warto się chwilę przemęczyć, żeby zaobserwować tak skuteczne efekty. Myślę, że od teraz nie będę już omijać salonów kosmetycznych szerokim łukiem, a z usług Instytutu być może jeszcze nie raz skorzystam. Tym bardziej, że po przeprowadzeniu pełnego wywiadu otrzymałam "receptę", w której Pani spisała mi polecane zabiegi, a także kosmetyki z ofert Instytutu, które są odpowiednie dla mojej cery (wraz z niewielkimi próbkami dwóch kremów z tych wymienionych w recepcie). Teraz wiem już na jakie zabiegi kierować swoją uwagę, co z pewnością jest cenną informacją dla takiej "salonowej ignorantki", jaką dotąd byłam :))
Miałyście okazję skorzystać z usług Insytutu Dr Ireny Eris? Czy chodzicie regularnie do salonów kosmetycznych, czy uważacie to za zupełnie zbędny element pielęgnacji cery?
K.

fot. materiały prasowe
Czytaj dalej

środa, 30 października 2013

Dr Irena Eris - NORMAMAT - Sferyczny peeling oczyszczający

Post bierze udział w konkursie organizowanym przez PR marki Dr Irena Eris.

Witajcie Dziewczyny!

Jak z pewnością zauważyłyście, w ostatnich dniach na blogach pojawiły się posty na temat produktów z serii Normamat od Dr Ireny Eris. W moje ręce trafił sferyczny peeling oczyszczający, dlatego pozwólcie, że podzielę się z Wami pierwszymi wrażeniami ze stosowania tego produktu!

***

Marka Dr Irena Eris tym razem spojrzała łaskawym okiem na posiadaczki cer suchych i mieszanych i stworzyła serię NORMAMAT, której zadaniem jest pielęgnacja tych nieco problematycznych rodzajów skóry. W skład serii wszedł między innymi sferyczny peeling oczyszczający, któremu postawiono za cel złuszczanie martwego naskórka, normalizowanie wydzielania sebum, a także zwężanie porów.

Pierwsze, co zwraca uwagę w tym produkcie, to eleganckie opakowanie. Produkt umieszczono w prostokątnym kartoniku, na którym znajdują się wszelkie niezbędne informacje, z którego następnie wyciągamy elegancką tubę, pokrytą kwiatową grafiką. Tuba zakończona jest srebrną zakrętką, która nadaje całości nieco luksusowego wyglądu.


Kolejnym istotnym czynnikiem jest bardzo przyjemny kwiatowy zapach, który znacząco umila czas wykonywania zabiegu. Sam peeling ma postać gęstego żelu, w którym zatopione są setki miniaturowych drobinek, kojarzących się nieco z ziarenkami korundu.


Już niewielka ilość peelingu wystarcza na wykonanie masażu całej twarzy. Powiedziałabym nawet, że im mniej go użyjemy, tym lepszy masaż wykonamy, ponieważ żel jest gęsto wypełniony drobinkami peelingującymi, dzięki czemu złuszczanie jest naprawdę skuteczne. Twarz jest przyjemnie wygładzona, ale absolutnie nie jest podrażniona, bo drobinki mimo swojej mocy, są jednocześnie dosyć delikatne w odbiorze, choć efekt ich pracy jest niepodważalny :)


NORMAMAT - blask zostaw świecom :)))

Czytaj dalej

środa, 15 maja 2013

Kwietniowe nowości :)

Pięknie! Po prostu pięknie!

Jest połowa maja, a ja dopiero wrzucam kwietniowe nowości! Nie to, żebym się usprawiedliwiała, ale mam o połowę więcej pracy, niż zwykle, więc różnie to bywa z moim wolnym czasem, a kiedy mam wybór, to często wolę zajrzeć na Wasze blogi, niż napisać coś nowego (zwłaszcza, że moje posty nigdy nie należą do najkrótszych ;)). Ale jestem, zaglądam tu i staram się dość regularnie odpowiadać na komentarze, choć niestety różnie mi to wychodzi. Mam nadzieję, że mimo wszystko nie macie mi tego za złe! ;)

Nie przedłużając - pora na nowości kwietnia! Jak zwykle było trochę zakupów, ale pojawiło się też zaskakująco sporo dodatkowych przesyłek, które sprawiły mi nie mniejszą przyjemność :)


Takie zdjęcie, to już tradycja w poście o nowościach. Nowe Essie muszą być! Cztery sztuki przywędrowały  w zamówieniu z eKobieca, a trzy zostały zakupione podczas promocji w Super-Pharm.

I tak, zgodnie z ruchem wskazówek zegara mamy - różowy We're in it Together (swatche KLIK), koralowy Ole Caliente, zielony Mojito Madness, brudny ceglastoróżowy All Tied Up, jaśniuteńki róż Fiji (kupiony przez Kamilę!:)), przykurzony fiolet Nice is Nice oraz błękit Lapiz of Luxury.


To, że kupię paletkę Showstoppers, wiedziałam od pierwszej zapowiedzi! Jest dla mnie prawie tak samo fantastyczna i uniwersalna, jak ukochana Oh So Special (swatche OSS KLIK). No cóż, Urban Decay - wypchaj się! Sleek znowu króluje w moim makijażu! ;)


Oczywiście najbardziej zgubnym rezultatem zakupów w sklepach internetowych jest to, że zawsze łapię się na tym, że zamawiam coś jeszcze, żeby jednemu produktowi nie było smutno w paczce. Tym oto sposobem paletce Showstoppers towarzyszyła jej siostra - Sparkle 2, również ze Sleeka, na którą namówiła mnie Jamapi. Ona temu winna! ;)


Moja ulubiona odżywka z Essie - Nourish Me niestety już zgęstniała, a Sally Hansen z zieloną herbatą nie dba o moje paznokcie tak, jak bym tego chciała, korzystając z okazji, do lakierów z eKobieca dorzuciłam też odżywkę Fill The Gap. Jeszcze nie miała swojej premiery, ale ponieważ nie planuję póki co kolejnych zakupów, nic się jej nie stanie, jak poczeka chwilę w pudełeczku ;)

Natomiast wysuszacz Essie Good To Go, to mój absolutny must have! Koniec i kropka! A nawet wykrzyknik! ;)


Czarny eyeliner z Maybelline kupiłam po pierwsze pod wpływem wielu pozytywnych recenzji, po drugie z braku czarnego linera (ale się zdziwiłam, kiedy to odkryłam!), a po trzecie - w Hebe była mega promocja na ten produkt! Muszę przyznać, że to najpiękniejsza czerń, jaką ostatnio widziałam :)

Lakier termiczny z Eclair, w hitowym wariancie Chameleon 5a, czyli koktajl bananowo-truskawkowy,dotarł do mnie za sprawą mojej niezawodnej Sylwii! Już go nosiłam i byłam szczerze zachwycona tym, jak zmieniał kolor! Niestety nie zrobiłam wtedy zdjęć, bo lakier jest odrobinę problematyczny w obsłudze i pozalewane skórki zwyczajnie się nie nadawały do publikacji tutaj! :P

Mój ukochany puder z Synergen dobił dna (w czym pomógł mu nieco upadek z pralki...), a we wszystkich Rossmanach nagle zniknął mój kolor, poszłam więc do Super-Pharm z nadzieją, że może uda mi się wypróbować coś nowego, więc po raz pierwszy ucieszyłam się kiedy pani konsultantka zaproponowała mi pomoc, a co więcej, umiała odpowiedzieć na moje pytanie! Poleciła mi puder DreamMatte Powder z Maybelline i muszę przyznać, że to obecnie mój must have w kosmetyczce! Fantastycznie matowi moją skórę i baaardzo wydłuża czas, po którym skóra zaczyna się świecić. Zresztą nawet wtedy świeci jakby o połowę mniej... ;) Oby tak dalej Maybelline! :)

Zachęcona przez Kamilę (znowu!), przyjrzałam się jeszcze raz błyszczyko-pomadkom z Rimmel, czyli Apocalips. Sięgnęłam po przepiękny intensywny odcień różu (a jakże!), który miała ze sobą Kamila na kawie (Sylwię też skusiła!), czyli Nova! To już drugi Apocalips w mojej kosmetyczce i choć pewnie ostatni, to jednak najważniejsze, że upragniony :)


Nowa maska z Biovax, zawierająca w składzie oleje arganowy, makadamia i kokosowy, to produkt, obok którego nie mogłam przejść obojętnie! Moje włosy nie przepadają za olejowanie, ale maski kochają praktycznie w każdym wariancie! Chętnie sprawdzę co tym razem we włosowym światku piszczy :)

Szampon Syoss Shine Boost, to zakup kierowany przede wszystkim do mojego Michała. Tak bardzo polubił ten szampon, że teraz żaden inny nie jest w stanie mu się przypodobać, dlatego powrót był oczywisty! Ja też go bardzo lubię, więc raz na jakiś czas zdarza mi się go trochę podkraść :)

Pianka do włosów Nivea Volume Sensation, to również wspólny zakup. Chwilę po ścięciu włosów marudziłam Michałowi, że nie umiem sobie poradzić z nową długością, więc błyskotliwie doradził mi kupno pianki, z niemałą sugestią, że i on chętnie by jej poużywał :D Faktycznie, pianka pomogła mi okiełznać nową fryzurę do czasu, kiedy włosy nie przywykły do nowego kształtu i długości, a Michał ma teraz kolejny ulubiony kosmetyk :D


Zakupowo, to już tyle, ale bynajmniej nie jest to koniec nowości! Jeśli pamiętacie - w marcu brałam udział w konkursie, organizowanym przez Laboratorium Kosmetyczne Dr Ireny Eris, w którym udało mi się zdobyć wyróżnienie za tę (KLIK) fotorecenzję! W nagrodę otrzymałam wybrany kosmetyk z linii Vitaceric (krem rewitalizujący na noc), a Pani Magdalena jako niespodziankę do nagrody dodała przepiękną filiżankę! Jest tak piękna, że aż boję się z niej pić, żeby jej nie uszkodzić (jeszcze bym ucho jej odgryzła ;)).


Marka Pharmaceris, postanowiła się zabrać za moje blogerskie cztery litery, wobec czego miałam okazję przetestować drenujący peeling antycellulitowy i skoncentrowany krem-żel antycellulitowy o podwójnym działaniu z linii Pharmaceris C. No powiem Wam, że o ile peeling jest po prostu ok, to za żelem będę płakać i zdecydowanie wypatrywać promocji! :)


Podobnie jak spora część blogerek, również i ja nawiązałam współpracę z marką Rimmel, w ramach której, na początku kwietnia dotarł do mnie ten urokliwy, pomarańczowy kubas wypełniony smakołykami od marki! Właśnie pomijam z niego kawę, pisząc dla Was ten post! :)


A w paczce, oprócz kubka znalazły się następujące produkty:
- eyeliner w kolorze gorzkiej czekolady;
- błyszczyko-pomadka Apocalips w kolorze Solstice;
- maskara Scandaleyes w nowej wersji Lycra Flex;
- pomadka Rimmel by Kate w kolorze 104;
- lakier 60 seconds w kolorze Sun Downer;
- dwa pojedyncze cienie - biały i czarny;
- kredka do powiek Scandaleyes w kolorze czarnym.

Oj będzie czym malować! :)


W kwietniu, odezwała się do mnie również pani Monika, reprezentująca Perfumerie Douglas. Po raz kolejny miałam możliwość przetestowania błyszczyków z serii Absolute Lips, tym razem w nowej, wiosennej kolorystyce. W paczce, znalazłam również piękny brzoskwiniowy cień z linii własnej Douglas :)


Od pewnego czasu, w Perfumeriach Douglas, znajdziecie również produkty do włosów. Ja mam okazję przetestować odżywkę bez spłukiwania oraz szampon z linii Douglas Hair.


Natomiast zawartość tej przesyłki była dla mnie zupełnie niespodziewana i niczym niezapowiedziana! Pani Monika, po raz kolejny wysłała do mnie kuriera, tym razem z paczuszką, zawierającą preparat minimalizujący widoczność porów z GoodSkin Labs, również dostępny w Perfumeriach Douglas. No ciekawa jestem skąd wiedziała, że akurat z porami miewam problemy... :D


Z mojego Facebooka oraz posta z Mobile Mixem, wiecie z pewnością, że miałam przyjemność uczestniczyć w evencie, wprowadzajacym markę Aussie do Polski. Od początku maja produkty zaczynają się pojawiać w Rossmanach, więc teraz również i Wy możecie spróbować, czy zachyty nad słynną 3-minutową odżywką są słuszne! :)

Ja korzystam akutalnie z szamponu i odżywki z serii Miracle Moist, a odżywka 3-minute Miracle Reconstructor czeka na swoją wielką chwilę :)


W kwietniu, również i marka Bath & Body Works wprowadziła do swojej oferty słodkie nowości, z którymi miałam okazję się zapoznać! Na majówkowym wyjeździe używałam już balsamu Berry Flirt i jestem bardzo urzeczona tym zapachem! Honey Sweethart również przyjemnie kręci w nosie, ale BF, to jest to! :)


Emulsja do mycia twarzy z nagietkiem marki Alverde, a także czekoladowy i wiśniowo-migdałowy żel pod prysznic marki Balea, to moja słodka wygrana w rozdaniu u Anety! Oba żele pachną obłędnie, a czekoladowy cudownie sprawdza się w chłodniejsze dni! :)


Balsam do ust Blistex w wersji nadającej lekkiego koloru ustom, czyli Lip Brilliance, to mały upominek od mamy mojego Michała. Nie wiem skąd wiedziała, że akurat ta wersja ciekawi mnie najbardziej w chwili obecnej, ale trafiła w dziesiątkę! :)


W połowie kwietnia, w Złotych Tarasach odbyła się noc zakupów. Tym razem to Michał wyciągnął na zakupy mnie, a nie ja jego (a musicie wiedzieć, że on zakupy ubraniowe robi zwykle dwa razy do roku :D). Traf chciał, że upolował wszystko, czego potrzebał, łącznie z eleganckimi butami, więc mogłam skorzystać z promocji, organizowanej przez centrum handlowe, zgodnie z którą za każde wydane 150zł w dowolnym sklepie w Złotych Tarasach, otrzymywało się produkt z Bath & Body Works. Jak widać na zdjęciu, w moje ręce trafiły dwie średnie świece w moim ukochanym wariancie Twilight Woods oraz balsam do ciała Forever Red! :)

***
Tym razem to już naprawdę wszystko! Maj, będzie prezentował się pod względem dużo mniej objętnościowo - i całe szczęście! Pora jeszcze mocniej zabrać się za projekt denko! :)

K.
Czytaj dalej
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Blog template designed by SandDBlast