Cześć Dziewczyny!
W dzisiejszej mineralnej recenzji przedstawię Wam sypkie cienie z Lily Lolo. W moje ręce trafiły cztery odcienie, z których jeden - Cream Soda - stosowałam głównie jako korektor (tu znajdziecie jego pełną recenzję - KLIK). Pozostałe odcienie stosowałam zgodnie z przeznaczeniem, ale nadal mam względem nich mieszane uczucia.
KOLORY:
Jeśli chodzi o kolorystykę cieni, to tutaj właściwie nie mam większych zastrzeżeń. Odcienie w większości odpowiadają temu, czego spodziewałam się po obejrzeniu swatchy w internecie, a same opisy kolorów na stronie również nie odbiegają zbytnio od tego "obrazu".
Cream Soda - to waniliowo-beżowy odcień żółtego, który świetnie nadaje się jako cień bazowy i jako kolor wyrównujący koloryt powieki, jest całkowicie matowy;
Pink Champagne - to piękny, różowy odcień, połyskujący złotymi drobinkami, przez co często sprawia wrażenie nieco brzoskwiniowego;
Golden Lilac - to "popielaty" fiolet, tzn. fiolet z dużą domieszką szarości, połyskujący na złoto;
Choc Fudge Cake - to kolor-kameleon; po wysypaniu wygląda na ciemny fiolet, a po roztarciu przeistacza się z czekoladowy brąz, gdzieniegdzie połyskujący fioletową poświatą;
APLIKACJA:
Od razu muszę przyznać, że ta kwestia sprawiła mi największe trudności - te cienie zwyczajnie są dla mnie trudne w obsłudze, ponieważ nakładane oszczędnie niestety tracą na intensywności, a jeśli decyduję się na ich wklepanie, to zazwyczaj kolor, choć znacznie bardziej intensywny, sprawia wrażenie nierównomiernie rozłożonego. Dodatkową trudnością jest dla mnie zmienność odcienia Choc Fudge Cake, ponieważ myślałam, że będzie fajnym uzupełnieniem dla pozostałej trójki, jednak po roztarciu wydobywa się z niego bardzo ciepły czekoladowy brąz ze śliwkową poświatą, w którym niestety dziwnie się czuję, kiedy stosuję go w zewnętrznym kąciku (mam wrażenie, że wyglądam na chorą :(...). Ten cień zdecydowanie najlepiej sprawuje się u mnie na dolnej powiece, zaaplikowany na ciemną kredkę - wtedy kolor jest dokładnie taki, na jakim mi zależało i w dokładnie w taki sposób noszę go najchętniej.
Cienie mogą się nieco osypywać podczas aplikacji, ale zazwyczaj baza w dużej mierze ułatwia sprawę, choć nadal musicie się liczyć z tym, że błyszczące drobinki mogą opadać Wam pod oczy w trakcie malowania oczu. Przyznam szczerze - nie umiem się zbyt sprawnie posługiwać tymi cieniami w połączeniu (łączenie, rozcieranie...), dlatego stosuję je głównie jako cienie na całą powiekę (jaśniejsze odcienie) i przyciemniam je w kąciku jakimś sprawdzonym, nieosypującym się kolorem w odpowiednim dla mojej urody odcieniu (lepiej sprawdzają się u mnie chłodniejsze brązy, fiolety lub szarości - zbyt ciepłe odcienie powodują, że wyglądam na chorą lub zmęczoną). Choc Fudge Cake, jak już wspomniałam, stosuję głównie jako cień na dolną powiekę. Najbardziej uniwersalnym okazał się być według mnie odcień Golden Lilac, w którym świetnie się czuję zarówno nosząc go na całej powiece, jak i w postaci akcentu na dolnej powiece. Stosując cienie Lily Lolo w opisany sposób, jestem z nich zadowolona i nie czuję się totalną fajtłapą :D
| L-R: Choc Fudge Cake, Golden Lilac, Cream Soda, Pink Champagne |
TRWAŁOŚĆ:
Cienie Lily Lolo nie należą do moich najbardziej trwałych cieni i na moich powiekach, pomimo użycia bazy, zbijają się już po max. 8-10 h. Inne cienie trzymają się u mnie bardzo często niemal cały dzień, dlatego trochę żałuję, że w tym przypadku jest inaczej, ale dla kogoś innego ten wynik może być dobry. Dla mnie jest przeciętnie.
OPAKOWANIE:
Cienie umieszczono w małych "słoiczkach" o pojemności 2 g (choć w innych kolorach pojemności mogą się różnić). Ich ogromną zaletą jest to, że nawet w tym przypadku producent nie zrezygnował z regulowanych sitek, dzięki czemu cienie nie wysypują się ze słoiczka, a podczas makijażu możemy dokładnie kontrolować ilość produktu, której chcemy użyć.
Aktualnie marka Lily Lolo powoli zmienia design swoich opakowań, co nieco mnie smuci, bo choć nowe opakowania są ładne i eleganckie, to jednak te białe zawsze wydawały mi się zarówno urokliwe, jak i charakterystyczne dla Lily Lolo. Trudno, trzeba będzie się przestawić :)
CENA/DOSTĘPNOŚĆ:
Cienie Lily Lolo kosztują 32,90 zł za sztukę i kupicie je na stronie polskiego dystrybutora - Costasy oraz stacjonarnie na wyspie Costasy w warszawskim Atrium Reduta (wyspa przeniesiona z Galerii Mokotów!).
***
Poniżej zamieszczam swatche cieni w różnych warunkach oświetleniowych - jedne zdjęcia były robione bliżej okna, inne w bardziej zacienionej części pomieszczenia, a jeszcze inne bliżej zachodu, więc odcienie są różne i dość dobrze oddają zmienność kolorów. Pierwsze zdjęcie oddaje najbardziej rzeczywiste kolory i to, jak wyglądają na moich powiekach, również po zaaplikowaniu ich na bazę.
***
Tak, jak wspomniałam na wstępie - mam mieszane uczucie względem tych cieni. Wprawdzie znalazłam sobie dla nich rozwiązanie, które jest dla mnie wygodne i stosunkowo satysfakcjonujące, ale szczerze powiedziawszy liczyłam na więcej. Cienie, choć piękne kolorystycznie, są moim zdaniem wymagające i potrzeba sporo wprawy, żeby sprawnie się nimi obsłużyć i zmalować coś, co nie będzie zwykłym zwyklakiem ;) Ja takich umiejętności nie posiadam, ale wystarczy zerknąć do Candy Killer czy do Idalii, które cudownie okiełznały te niepozorne słoiczki :)
A jakie są Wasze doświadczenia z cieniami Lily Lolo?
K.



