Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kosmetyki mineralne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kosmetyki mineralne. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 20 lutego 2014

Lily Lolo - cienie mineralne Pink Champagne, Golden Lilac, Choc Fudge Cake & Cream Soda [swatche]

Cześć Dziewczyny!
W dzisiejszej mineralnej recenzji przedstawię Wam sypkie cienie z Lily Lolo. W moje ręce trafiły cztery odcienie, z których jeden - Cream Soda - stosowałam głównie jako korektor (tu znajdziecie jego pełną recenzję - KLIK). Pozostałe odcienie stosowałam zgodnie z przeznaczeniem, ale nadal mam względem nich mieszane uczucia.
 
 
KOLORY:
Jeśli chodzi o kolorystykę cieni, to tutaj właściwie nie mam większych zastrzeżeń. Odcienie w większości odpowiadają temu, czego spodziewałam się po obejrzeniu swatchy w internecie, a same opisy kolorów na stronie również nie odbiegają zbytnio od tego "obrazu".
Cream Soda - to waniliowo-beżowy odcień żółtego, który świetnie nadaje się jako cień bazowy i jako kolor wyrównujący koloryt powieki, jest całkowicie matowy;
Pink Champagne - to piękny, różowy odcień, połyskujący złotymi drobinkami, przez co często sprawia wrażenie nieco brzoskwiniowego;
Golden Lilac - to "popielaty" fiolet, tzn. fiolet z dużą domieszką szarości, połyskujący na złoto;
Choc Fudge Cake - to kolor-kameleon; po wysypaniu wygląda na ciemny fiolet, a po roztarciu przeistacza się z czekoladowy brąz, gdzieniegdzie połyskujący fioletową poświatą;
 

APLIKACJA:
Od razu muszę przyznać, że ta kwestia sprawiła mi największe trudności - te cienie zwyczajnie są dla mnie trudne w obsłudze, ponieważ nakładane oszczędnie niestety tracą na intensywności, a jeśli decyduję się na ich wklepanie, to zazwyczaj kolor, choć znacznie bardziej intensywny, sprawia wrażenie nierównomiernie rozłożonego. Dodatkową trudnością jest dla mnie zmienność odcienia Choc Fudge Cake, ponieważ myślałam, że będzie fajnym uzupełnieniem dla pozostałej trójki, jednak po roztarciu wydobywa się z niego bardzo ciepły czekoladowy brąz ze śliwkową poświatą, w którym niestety dziwnie się czuję, kiedy stosuję go w zewnętrznym kąciku (mam wrażenie, że wyglądam na chorą :(...). Ten cień zdecydowanie najlepiej sprawuje się u mnie na dolnej powiece, zaaplikowany na ciemną kredkę - wtedy kolor jest dokładnie taki, na jakim mi zależało i w dokładnie w taki sposób noszę go najchętniej.
 
Cienie mogą się nieco osypywać podczas aplikacji, ale zazwyczaj baza w dużej mierze ułatwia sprawę, choć nadal musicie się liczyć z tym, że błyszczące drobinki mogą opadać Wam pod oczy w trakcie malowania oczu. Przyznam szczerze - nie umiem się zbyt sprawnie posługiwać tymi cieniami w połączeniu (łączenie, rozcieranie...), dlatego stosuję je głównie jako cienie na całą powiekę (jaśniejsze odcienie) i przyciemniam je w kąciku jakimś sprawdzonym, nieosypującym się kolorem w odpowiednim dla mojej urody odcieniu (lepiej sprawdzają się u mnie chłodniejsze brązy, fiolety lub szarości - zbyt ciepłe odcienie powodują, że wyglądam na chorą lub zmęczoną). Choc Fudge Cake, jak już wspomniałam, stosuję głównie jako cień na dolną powiekę. Najbardziej uniwersalnym okazał się być według mnie odcień Golden Lilac, w którym świetnie się czuję zarówno nosząc go na całej powiece, jak i w postaci akcentu na dolnej powiece. Stosując cienie Lily Lolo w opisany sposób, jestem z nich zadowolona i nie czuję się totalną fajtłapą :D
 
L-R: Choc Fudge Cake, Golden Lilac, Cream Soda, Pink Champagne
TRWAŁOŚĆ:
Cienie Lily Lolo nie należą do moich najbardziej trwałych cieni i na moich powiekach, pomimo użycia bazy, zbijają się już po max. 8-10 h. Inne cienie trzymają się u mnie bardzo często niemal cały dzień, dlatego trochę żałuję, że w tym przypadku jest inaczej, ale dla kogoś innego ten wynik może być dobry. Dla mnie jest przeciętnie.
 
OPAKOWANIE:
Cienie umieszczono w małych "słoiczkach" o pojemności 2 g (choć w innych kolorach pojemności mogą się różnić). Ich ogromną zaletą jest to, że nawet w tym przypadku producent nie zrezygnował z regulowanych sitek, dzięki czemu cienie nie wysypują się ze słoiczka, a podczas makijażu możemy dokładnie kontrolować ilość produktu, której chcemy użyć.
 
Aktualnie marka Lily Lolo powoli zmienia design swoich opakowań, co nieco mnie smuci, bo choć nowe opakowania są ładne i eleganckie, to jednak te białe zawsze wydawały mi się zarówno urokliwe, jak i charakterystyczne dla Lily Lolo. Trudno, trzeba będzie się przestawić :)


CENA/DOSTĘPNOŚĆ:
Cienie Lily Lolo kosztują 32,90 zł za sztukę i kupicie je na stronie polskiego dystrybutora - Costasy oraz stacjonarnie na wyspie Costasy w warszawskim Atrium Reduta (wyspa przeniesiona z Galerii Mokotów!).

***
Poniżej zamieszczam swatche cieni w różnych warunkach oświetleniowych - jedne zdjęcia były robione bliżej okna, inne w bardziej zacienionej części pomieszczenia, a jeszcze inne bliżej zachodu, więc odcienie są różne i dość dobrze oddają zmienność kolorów. Pierwsze zdjęcie oddaje najbardziej rzeczywiste kolory i to, jak wyglądają na moich powiekach, również po zaaplikowaniu ich na bazę.
 




 
***
Tak, jak wspomniałam na wstępie - mam mieszane uczucie względem tych cieni. Wprawdzie znalazłam sobie dla nich rozwiązanie, które jest dla mnie wygodne i stosunkowo satysfakcjonujące, ale szczerze powiedziawszy liczyłam na więcej. Cienie, choć piękne kolorystycznie, są moim zdaniem wymagające i potrzeba sporo wprawy, żeby sprawnie się nimi obsłużyć i zmalować coś, co nie będzie zwykłym zwyklakiem ;) Ja takich umiejętności nie posiadam, ale wystarczy zerknąć do Candy Killer czy do Idalii, które cudownie okiełznały te niepozorne słoiczki :)
 
A jakie są Wasze doświadczenia z cieniami Lily Lolo?
K.
Czytaj dalej

niedziela, 9 lutego 2014

Lily Lolo - Prime Focus - baza pod cienie

Cześć Dziewczyny!

Powoli zbliżamy się do końca "mineralnej sagi" na blogu - zostały mi już tylko trzy notki (łącznie z dzisiejszą). Tym razem będzie trochę mniej optymistycznie, ponieważ baza pod cienie Prime Focus z Lily Lolo nie podbiła mojego serca choćby w połowie tak mocno, jak na przykład róże (KLIK).

Wybaczcie paluchy, ale zobaczyłam te odciski dopiero podczas edycji zdjęć :((
Pozwólcie, że przytoczę w tym miejscu obietnice producenta:

Naturalna baza pod cienie o kremowej konsystencji, której główne zadania, oprócz przedłużenia trwałości cieni, to wyrównanie kolorytu skóry powiek oraz tuszowanie cieni pod oczami.

  • stworzona z myślą o przedłużeniu trwałości cieni o sypkiej konsystencji; cienie się nie rolują i nie ważą
  • skóra powiek jest doskonale przygotowana pod makijaż
  • podwójne działanie
  • baza cielista wyrównuje koloryt skóry powiek i sprawia, że kolor nakładanych cieni jest ujednolicony
  • baza żółta tuszuje cienie wokół oczu i sprawa, że cienie trzymają się dłużej
  • obie bazy można ze sobą mieszać
  • 2g
  • odpowiednia dla wegan
  • Rada: aplikuj za pomocą palca, delikatnie wklep bazę w skórę powiek, a następnie równomiernie rozetrzyj

DZIAŁANIE:
Nie mam zbyt wiele do powiedzenia na temat tej bazy, ponieważ zwyczajnie nie przypadła mi szczególnie mocno do gustu i choć nie jest to produkt zły, to niestety dla mnie okazała się być zwyczajnie przeciętna. Baza owszem ujednolica koloryt powieki i teoretycznie wywiązuje się ze swojego zadania, jakim jest utrwalenie cieni na powiekach, ale w moim przypadku utrwalenie sięgało od 8 do 12 godzin, po czym cienie zaczynały się rolować na powiece. Dużo i mało, ale znam bazy, które utrzymują cienie na miejscu praktycznie do momentu demakijażu i przez cały dzień w zasadzie nie muszę się martwić o stan swojego makijażu oczu. Największą wadą tej bazy jest fakt, że zupełnie nie utrzymuje na mojej dolnej powiece kreski, zrobionej kredką (i utrwalonej cieniem), z czym inne bazy radziły sobie do tej pory bardzo przyzwoicie. Ta jednak sprawia, że po pewnym czasie po kredce nie ma ani śladu. Nawet pandośladu. Jakby tego było mało, baza najsłabiej radziła sobie u mnie właśnie z cieniami mineralnymi, a przecież to właśnie w ich obsłudze miała pomóc. Trzeba jednak przyznać, że baza wpływa pozytywnie na przyczepność tych cieni do powiek, choć i tutaj będę miała coś więcej do dodania przy okazji recenzji tychże.

Co do tuszowania cieni pod oczami, owszem żółta część bazy mogłaby się sprawdzić w tej kwestii, ale chyba tylko w przypadku osób, które nie mają większych problemów z widocznością cieni lub takich, które oprócz bazy postawią też na korektor, bo sama baza niestety nie poradzi sobie z większymi zaciemnieniami z racji swojej półprzezroczystości.

SKŁAD PRIME FOCUS (kliknij na zdjęcie, żeby powiększyć)
KOLORY I KONSYSTENCJA BAZY:
Na bazę składają się dwa kolory - jasnobeżowy oraz jasnożółty. Oba kolory są nieco półprzezroczyste, dlatego nie odznaczają się zbyt mocno na skórze i nie przebijają spod jasnych cieni. Obie części bazy mają ciekawą konsystencję, ponieważ zdają się być twarde, ale palec z łatwością się po nich - dosłownie - ślizga i zbiera produkt. Nie trzeba gmerać w bazie zbyt długo, żeby uzyskać odpowiednią ilość produktu na całą powiekę :)


PODBIJANIE KOLORÓW:
Nie wiem czy ja jestem jakaś upośledzona pod tym względem, czy robię coś źle, ale ja nie widzę, żeby zastosowanie bazy miało jakikolwiek wpływ na podbicie kolorów cieni. Poniżej znajdziecie porównanie cieni zaaplikowanych na czystą skórę i na skórę pokrytą bazą. Nadal nie widzę szczególnej różnicy, ani nie widziałam jej też na żywo. Jedyne, co bardziej rzuca się w oczy, to zżółknięcie ładnego, waniliowego Cream Soda (KLIK) w kierunku pomarańczowego żółtego... Raczej nie taki efekt chciałabym osiągnąć... Zajrzyjcie jednak do Idalii (KLIK), u niej najwyraźniej baza świetnie się sprawdza w wyznaczonej jej roli :)

Większa widoczność drobinek wynika z faktu, że dolna część dłoni była bliżej światła i odbijała je pod innym kątem, niż ta górna. Just so you know... :)
OPAKOWANIE:
Bazę otrzymujemy zapakowaną dodatkowo w estetyczny kartonik, zawierający informacje o składzie produktu, które znajdują się również na naklejce na właściwym opakowaniu. Baza znajduje się w przyjemny, plastikowym opakowaniu, zamykanym na dość solidne zamknięcie. Mój egzemplarz nie sprawia mi żadnych problemów przy otwieraniu, więc na szczęście nie muszę się martwić o paznokcie, więc to zawsze jakiś dodatkowy plus :) Produkt łatwo aplikować zarówno pędzelkiem, jak i palcem, ponieważ opakowanie bazy wygląda dokładnie tak, jak te, w których umieszczane są podwójne cienie.


CENA/DOSTĘPNOŚĆ:
Baza kosztuje 45,90 zł i możecie ją kupić na stronie polskiego dystrybutora Lily Lolo - Costasy (KLIK). Stacjonarnie znajdziecie te kosmetyki również na wyspie Costasy w Galerii Mokotów.


Myślę, że warto podkreślić, że nie mam zbyt wymagającej skóry i bazy pod cienie zwykle nie powodują u mnie podrażnień, dlatego mogę wybierać wśród nich te, które najbardziej będą mi odpowiadać ze względu na dowolnie dobrane cechy (np. ze względu na trwałość, a nie skład), ale jeżeli macie wrażliwe powieki, to niewątpliwą zaletą bazy z Lily Lolo będzie jej skład. Ten aspekt nieco usprawiedliwia cenę, choć szczerze przyznam, że oczekiwałam lepszych efektów. Choć baza nie jest zła, to jednak dla mnie okazała się być po prostu przeciętna i zwyczajnie liczyłam na więcej, niż miała mi do zaoferowania...

Znacie ten produkt? Jesteście z niego zadowolone? Dajcie znać, co sądzicie o tej bazie! :)
K.
Czytaj dalej

czwartek, 6 lutego 2014

Jak cień mineralny Cream Soda z Lily Lolo sprawdził się w roli korektora?

Cześć Dziewczyny!

Długo zastanawiałam się jak ugryźć temat cienia mineralnego Cream Soda z Lily Lolo, czy zrecenzować go wraz z innymi cieniami marki, czy jednak poświęcić mu odrębny post. Ostatecznie postawiłam jednak na osobny post, ponieważ cień służył mi głównie jako ...korektor! :)


Te z Was, które od dawna oglądają filmiki Katosu z pewnością pamiętają, że Kasia wielokrotnie podpowiadała, że Cream Soda, to produkt, który można stosować dwojako - nie tylko zgodnie z przeznaczeniem, jako cień do powiek, ale również jako korektor pod oczy i w takiej roli został mi również polecony przez Panią Aleksandrę z Costasy!


KOLOR:
Cream Soda, to żółtawy, nieco waniliowy odcień. Idealnie komponuje się kolorystycznie z podkładem mineralnym Lily Lolo Warm Peach (recenzja - KLIK). Przy odcieniu China Doll zdecydowanie wymaga użycia pod podkład i przykrycia przynajmniej dwoma warstwami, żeby kolory dobrze się ze sobą złączyły. Poniżej ponownie wklejam zestawienie kolorystyczne z wymienionymi podkładami, żebyście miały jako taki pogląd na sprawę :)


KONSYSTENCJA I APLIKACJA:
Cień ma sypką formę, ale jak w przypadku innych recenzowanych minerałków, również nie jest suchy. Charakteryzuje się odrobinę mokrą konsystencją, choć nie tak bardzo, jak podkłady. Cień dość dobrze łapie się pędzla (pod oczy polecam pędzelek języczkowy), ale w razie potrzeby, do jego aplikacji sprawdzi się również palec (na wypryski najlepiej aplikować go palcem, na zaczerwienienia lub skrzydełka nosa sprawdzi się ponownie pędzelek języczkowy, nawet taki do cieni :)).

CREAM SODA - SKŁAD
CREAM SODA JAKO KOREKTOR:
Z cienia Cream Soda korzystałam zarówno w celu zatuszowania cieni pod oczami, jak i w celu ukrycia drobnych wyprysków. W pierwszej roli cień sprawdził się naprawdę dobrze! Choć nie mam zbyt dużych cieni pod oczami, to jednak - zwłaszcza jeśli się nie wyśpię - widać drobne zasinienia, która nieco psują odbiór reszty makijażu, dlatego lubię sięgnąć po korektor, który te zasinienia nieco zneutralizuje. Cream Soda, dzięki żółtawemu odcieniowi całkiem nieźle ukrywał zmęczenie, a pokryty warstwą podkładu zupełnie się nie wyróżniał. Co ważne - nie wchodził w zmarszczki w załamania dolnej powieki (czy to już zmarszczki? :D) i nie rolował się pod kosmetykami, które później nakładałam w tym miejscu. Cień bardzo dobrze spisał się też na skrzydełkach nosa, tuszując nieco zaczerwioną skórę. Generalnie uważam, że ten produkt najlepiej sprawdza się właśnie wtedy, kiedy skóra potrzebuje ujednolicenie jej kolorytu z powodu drobnych zaczerwienień, ponieważ...

...w roli korektora na wypryski Cream Soda bardzo mnie zawiódł. Przyznam szczerze, że nakładanie go pędzelkiem na wypryski zupełnie mijało się z celem, bo nie dość, że produkt osypywał się z miejsca, które chciałam ukryć, to jeszcze zdawał się zupełnie nie trzymać skóry. Najlepiej krył nałożony palcem, jednak aplikowanie na twarz kolejnych warstw podkładu zupełnie niwelowało i tak dość marny efekt i w rezultacie wyglądałam, jakbym w ogóle nie użyła korektora. Najgorzej sprawa miała się w przypadku sporych wyprysków, bo niestety jasny kolor korektora jeszcze bardziej je uwydatniał na twarzy. Jednak na moje wypryski sprawdza się najlepiej korektor w formie kremowej, dopasowany do koloru skóry. Tym razem eksperyment powiódł się więc jedynie połowicznie... ;)


OPAKOWANIE I WYDAJNOŚĆ:
Miłym akcentem jest to, że nawet tak niewielki produkt, jak cień, nie został pozbawiony osłonki, pozwalającej na regulowanie sitka i podtrzymuje spójną oprawę graficzną typową dla kosmetyków Lily Lolo. Opakowanie zawiera 2g produktu, co nawet przy stosowaniu go w roli korektora i cienia do powieka jest całkiem przyzwoitą pojemnością, ponieważ - jak to w przypadku minerałów - wystarczy niewielka ilość do pokrycia danego obszaru skóry.

CENA/DOSTĘPNOŚĆ:
Cień mineralny Cream Soda kupicie na stronie polskiego dystrybutora kosmetyków Lily Lolo - Costasy w cenie 32,90 zł. Produkt otrzymacie również stacjonarnie na wyspie Costasy w Galerii Mokotów (między salonem MAC a Sephorą).


Jak już wspomniałam - eksperyment z używaniem Cream Soda jako korektora uważam za połowicznie udany. Mogę Wam go polecić w roli korektora pod oczy lub na drobne zaczerwienienia, ale zdecydowanie odradzam go, jeśli chciałybyście go stosować jako korektor na wypryski! Warto zastanowić się przed zakupem do jakiego celu chcecie go przeznaczyć! :)

W jakiej formie są korektory, których używacie najczęściej? Czy macie osobne korektory na wypryski i osobne pod oczy, czy zadowalacie się tym samym produktem? :)
K.
Czytaj dalej

wtorek, 4 lutego 2014

Lily Lolo - podkłady mineralne China Doll i Warm Peach + pędzel Super Kabuki

Cześć Dziewczyny!


Po krótkiej przerwie wracam do Was z recenzją, na którą sporo z Was czekało, a którą ja odkładałam od dłuższego czasu z bliżej nieokreślonych powodów. W końcu współpraca firmą Costasy zmotywowała mnie do zebrania moich myśli i przelania ich tu, na blogu, dlatego dzisiaj możecie przeczytać jak sprawdzają się u mnie podkłady mineralne Lily Lolo w kolorach China Doll i Warm Peach :)





Podkładu mineralnego z Lily Lolo używałam już w 2012 roku od jesieni. Generalnie byłam z niego bardzo zadowolona i przez dłuższy czas spisywał się bez zarzutu solo, jednak po dłuższym czasie, moja skóra przestała utrzymywać ładny mat i niestety wróciła do przetłuszczania się. W tamtym czasie mój puder matujący z Synergen zupełnie nie chciał współpracować z podkładem, dlatego ostatecznie odstawiłam minerałki na rzecz klasycznych podkładów, ale co jakiś czas wracałam jeszcze do mojego Warm Peach. Kiedy więc odezwała się do mnie Pani Aleksandra z propozycją współpracy, mając w pamięci dobre wrażenie, jakie wywarł na mnie mój pierwszy kontakt z kosmetykami Lily Lolo i moje mimo wszystko pozytywne doświadczenia, zgodziłam się i po wymianie kilku maili udało nam się ustalić jakie produkty przetestuję. Wybrałam między innymi podkład mineralny - tym razem w odcieniu China Doll, nieco jaśniejszy i znacznie bardziej neutralny, niż Warm Peach, ale nadal pozostający w odrobinę żółtawej tonacji. Jako uzupełnienie - Pani Aleksandra zaproponowała mi puder matujący Flawless Matte (recenzja KLIK). I takie połączenie okazało się strzałem w dziesiątkę! :)



KOLOR:

China Doll, to jasny, beżowy kolor, z dosłownie odrobiną żółtawych tonów. Według producenta, jest to odcień neutralny. Powinien pasować wielu bladolicym, którym zależy na dobrym, mineralnym podkładzie bez różowych tonów.

Warm Peach, to odcień nieco ciemniejszy, choć nadal dość jasny, z wyraźnie wybijającymi się żółtawymi tonami. Pięknie neutralizuje lekkie zaróżowienia cery i sprawia wrażenie, że koloryt skóry jest mocno ujednolicony. Nieco lepiej, niż China Doll radzi sobie z kryciem krostek o różowym lub czerwonym zabarwieniu.





KONSYSTENCJA:
Podkład ma formę proszku, jednak nie jest on zupełnie sypki i pylący. Wysypując go na pokrywkę widać, że zbija się on w małe grudki, które bez trudu rozbijają się pod wpływem nacisku pędzla lub dotyku. Proszek sprawia wrażenie odrobinę wilgotnego.


SPOSÓB APLIKACJI:

Sposobów na aplikację podkładu mineralnego jest kilka, ale ja preferuję nakładanie go na sucho za pomocą pędzla. Wcześniej używałam w tym celu flat topów, choć zdarzyło mi się również sięgnąć po round top. Teraz jednak miałam okazję przetestować go w połączeniu z pędzlem Super Kabuki od Lily Lolo. Muszę przyznać, że różnica w aplikacji jest odczuwalna i choć nie jest to niezbędnik, to warto rozważyć zakup odpowiedniego pędzla wraz z podkładem, ponieważ kabuki dużo lepiej zbiera proszek, nie pyli tak bardzo podczas aplikacji, jak pędzle z krótszym włosiem, a ponadto jest delikatniejszy w kontakcie ze skórą, co jest ważne szczególnie jeśli Wasza skóra nie znosi wszelkiego rodzaju pocierania :)

Kabuki świetnie zbiera podkład i bardzo łatwo o wmasowanie odrobiny proszku w pędzel, ponieważ włosie idealnie rozkłada się w pokrywie podkładu, na którą wysypuję porcję, którą chcę zaaplikować na twarz. Następnie należy otrzepać pędzel z nadmiaru proszku i rozpoczynamy nakładanie. W miejsca, które chcę mocniej przykryć podkład nakładam wklepując go, natomiast pozostałe miejsca omiatam kolistymi ruchami. Podkład mineralny dobrze jest aplikować w kilku cienkich warstwach, aby uniknąć przesadnie pudrowego efektu, a jednocześnie zbudować pożądane krycie. Jeśli chcecie nieco złagodzić pudrowy efekt na twarzy, to po zakończeniu makijażu możecie spryskać twarz odrobiną wody termalnej :)




KRYCIE:
Ten aspekt można stopniować i jest on również zależny poniekąd od sposobu aplikacji podkładu, a także od rodzaju problemów, jakie chcemy ukryć. Podkład pięknie wyrównuje koloryt cery. O ile China Doll rzeczywiście jest bardziej neutralny pod względem krycia i łagodzenia ewentualnych zaczerwienień cery, tak już Warm Peach świetnie sobie radzi z ich neutralizowaniem. Z drobnymi, niezbyt zaczerwienionymi wypryskami poradzi sobie albo dodatkowa warstwa podkładu w problematycznym miejscu, nałożona płaskim, języczkowym pędzelkiem lub wklepana opuszkiem (szczególnie w przypadku Warm Peach), jednak te większe będą wymagały dodatkowej warstwy korektora, zaaplikowanej pod podkład lub między jego warstwy. U mnie wszystko zależy od aktualnego stanu cery, jednak najczęściej nie jestem w stanie zrezygnować z korektora.



TRWAŁOŚĆ:
Początkowo obawiałam się nieco trwałości podkładów mineralnych, jednak okazało się, że zupełnie niesłusznie. Szczerze powiedziawszy, często mam wrażenie, że trzymają się one na mojej skórze lepiej, niż produkty płynne i choć z czasem krycie nie jest już tak intensywne, to jednak wieczorem najczęściej nadal jestem zadowolona z wyglądu mojego makijażu i nie czuję potrzeby dokonania większych poprawek przed wieczornym wyjściem poza ewentualnym zmatowieniem twarzy. Podkład mineralny nie ściera się z mojej twarzy tak mocno, jak zwykłe płynne podkłady, zwłaszcza pod wpływem dotyku (a nad tym niestety nie umiem zapanować, więc potrzebuję cierpliwego kosmetyku ;)).


OPAKOWANIE I WYDAJNOŚĆ:
Produkt, typowo dla Lily Lolo, umieszczono w plastikowym słoiczku, z możliwością zamykania sitka, podobnie jak w przypadku róży, rozświetlacza, czy pudru. Opakowanie zawiera 10 g podkładu, co jest naprawdę sporą pojemnością i wystarcza na kilka dobrych miesięcy codziennego korzystania. Jeśli chodzi o Warm Peach, to korzystałam z niego regularnie co najmniej przez 3 lub 4 miesiące i jeszcze trochę mi go zostało, wobec czego cena wydaje się być mimo wszystko dużo bardziej znośna.


CENA/DOSTĘPNOŚĆ:
Cena regularna produktu wynosi 72,90 zł i możecie go kupić na stronie polskiego dystrybutora produktów Lily Lolo - Costasy. Stacjonarnie możecie go kupić również na wyspie Costasy, znajdującej się w Galerii Mokotów, między salonem Mac a Sephorą.

SKŁAD CHINA DOLL
SKŁAD WARM PEACH
Poniżej zamieszczam swatche poszczególnych kolorów oraz ich porównanie z cieniem mineralnym Cream Soda, który stosowałam w roli korektora, a o którym również wkrótce napiszę :) Jak widać, różnica pomiędzy Warm Peach, a China Doll jest zdecydowana, dlatego China Doll okazał się być lepszym wyborem, jeśli chodzi o chłodne miesiące, kiedy skóra jest bledsza, natomiast Warm Peach świetnie się sprawdza, kiedy moja skóra jest ciut ciemniejsza. Na upartego nie było tak źle, kiedy stosowałam go również na początku zimy, jednak China Doll wygląda na niej zdecydowanie bardziej naturalnie, a różnica między cerą, a resztą skóry jest niezauważalna.


SUPER KABUKI
Pędzel Super Kabuki, który testowałam wraz z podkładem okazał się być sporym udogodnieniem w aplikacji minerałów. Przede wszystkim bardzo dobrze zbiera produkt i ułatwia jego równomierną aplikację na twarzy. Bardzo odpowiada mi jego rozmiar, dzięki któremu nie muszę się zbyt wiele namachać przy nakładaniu warstwy podkładu, co przy kilku powtórkach w trakcie jednego makijażu jest bardzo ważne, zwłaszcza rano! :)


Jak już wspominałam, pędzel ma bardzo miękkie i przyjemne w dotyku włosie, które jest bardzo delikatne dla cery. Nie drapie jej, ani nie podrażnia. Dodatkową zaletą jest to, że pędzel łatwo domywa się z resztek produktu, a mimo dość gęstego włosia nie schnie dłużej, niż przeciętny pędzel do podkładu.


Produkt również kupicie na stronie dystrybutora marki Lily Lolo, czyli Costasy w cenie 79,90 zł. Tam znajdziecie również pędzel Baby Buki, który jest mniejszym bratem mojego Super Kabuki. Rozmiar dopasujcie wedle uznania :D Każdy z pędzli powinien się sprawdzić zarówno przy aplikacji podkładu mineralnego, jak i pudru, natomiast Baby Buki zdaje się mieć odpowiedni rozmiar również do aplikacji różu lub bronzera :)


Jak do tej pory mogłyście przeczytać same pozytywne opinie na temat produktów Lily Lolo. Zostało mi do zrecenzowania jeszcze kilka produktów, które nie zachwyciły mnie już tak mocno, jak twarzowe produkty, choć niektóre z nich są również warte uwagi, to jednak są wśród nich też te, które nieco mnie zawiodły. O wszystkich na pewno jeszcze przeczytacie! :)


***
Czy miałyście już okazję korzystać z podkładów mineralnych Lily Lolo? Jakie macie odczucia względem tych produktów? Czy jesteście z nich zadowolona tak, jak ja, czy jednak jesteście zwolenniczkami klasycznych, płynnych podkładów? :)
K.
Czytaj dalej

wtorek, 28 stycznia 2014

Lily Lolo - mineralny puder matujący Flawless Matte

Cześć Dziewczyny!

Powoli kontynuuję recenzowanie kosmetyków mineralnych Lily Lolo od Costasy, więc dzisiaj chciałabym podzielić się z Wami opinią na temat matującego pudru wykańczającego Flawless Matte. Jeśli szukacie marudzenia, wróćcie innym razem, bo dzisiaj znowu będę chwalić :)


Jak już pewnie niektóre z Was wiedzą, jestem posiadaczką cery mieszanej z dużymi skłonnościami do przetłuszczania się. Największe problemy ze świeceniem się miewam oczywiście w strefie T, a więc czoło, nos i broda. Do tej pory trafiłam w zasadzie na jeden jedyny puder drogeryjny, który bardzo dobrze radził sobie z ujarzmieniem tego problemu, ale jak to zwykle bywa - wszystko wskazuje na to, że został wycofany! Jakżeby inaczej! ;) Próbowałam polecanego pudru bambusowego, a także krzemionki (przy czym ta wypadła i tak w miarę nieźle), ale żaden z tych specyfików nie dawał mi pożądanych efektów, bo moja cera już po kilku godzinach znowu zaczynała się świecić. Flawless Matte okazał się być zdrowszą alternatywą dla mojego wycofanego ulubieńca, ale po kolei... :)

Pudru Flawless Matte używałam przy jednoczesnym korzystaniu z podkładu mineralnego i ten duet sprawia, że mogę się cieszyć naturalnie wyglądającą cerą praktycznie przez cały dzień. Szczególnie teraz, kiedy znalazłam krem, który naprawdę świetnie sprawdza się jako krem matujący na dzień (o nim też napiszę w swoim czasie, na razie jest jeszcze zbyt wcześnie). Nie chcę, żebyście myślały, że wcale się nie świecę, bo cudów nie ma, ale moja cera produkuje minimalną ilość sebum i to taką, której nie uznaję za uciążliwą. Spokojnie mogę przetrwać cały dzień pracy bez poprawek, a jeśli nigdzie się później nie wybieram, to nie robię żadnych poprawek już do końca dnia. Kiedy jednak wiem, że nie wracam do domu, to lubię sięgnąć po puder, żeby poprawić sobie samopoczucie i nie martwić się tym, czy moja cera wygląda odpowiednio. Jeśli natomiast używam kremu nawilżającego, moja cera błyszczy się dużo szybciej, ale nadal nie mogę tego nazwać intensywnym przetłuszczaniem. Po prostu czasami, po mniej więcej 6-8 h muszę sięgnąć po bibułkę, ewentualnie przeciągnąć twarz pudrem matującym. 


KONSYSTENCJA I APLIKACJA:
W przeciwieństwie do innych sypańców z Lily Lolo, puder ma bardzo suchą i miałką konsystencję. Podczas aplikacji bardzo mocno pyli i początkowo odrobinę bieli skórę, tym bardziej, że najlepsze efekty daje delikatnie wmasowany w skórę. Jednak po kilku minutach i szybkim muśnięciu pędzlem, strzepującym nadmiar produktu, puder całkiem ładnie stapia się z podkładem. Jeśli macie takie życzenie, dla lepszego efektu możecie na koniec, czyli po zaaplikowaniu różu lub innych kolorowych produktów, spryskać twarz wodą termalną, żeby nieco scalić makijaż i pozbyć się ewentualnego pudrowego efektu. Szczerze przyznam, że ja wiecznie o tym punkcie zapominam, ale nie czuję żeby mojemu makijażowi coś przez to brakowało :)

Początkowo puder jest wyczuwalny na skórze, sprawiając nieco tępe wrażenie, ale wkrótce scala się z podkładem niemal całkowicie, wobec czego jego obecność na twarzy przestaje być tak zauważalna. Na pewno daleko mu do okropnego uczucia obsypania mąką, jakie miałam podczas korzystania z pudru bambusowego, który był wyczuwalny na twarzy przez calutki dzień, niezależnie od nałożonej ilości i sposobu jego aplikacji. Nie twierdzę, że był to zły produkt, bo wiem, że wiele z Was jest z niego zadowolone, ale ja byłam nim mocno rozczarowana. Podobne uczucie, choć mniej uciążliwe, zostawia na mojej skórze krzemionka, dlatego do pudru Flawless Matte podeszłam ze sporymi obiekcjami. Na szczęście tym razem Lily Lolo znowu okazało się świetnym kosmetykiem dla mojej marudnej skóry :)


OPAKOWANIE I WYDAJNOŚĆ:
Tutaj nie ma niespodzianek, ponownie mamy do czynienia z minimalistycznym, plastikowym słoiczkiem z regulowanym sitkiem. Opakowanie pudru zawiera 7 g produktu, więc ponownie mamy do czynienia z całkiem wydajnym produktem. Oczywiście z racji tego, że pudru, czy podkładu używamy w dużo większych ilościach, nie ma co liczyć, że wystarczy na tyle, co recenzowane już róże lub rozświetlacz, ale po dwóch miesiącach użytkowania nadal nie widzę zbyt wielkiego zużycia :)

SKŁAD
CENA/DOSTĘPNOŚĆ:
Cena regularna produktu, to 72,90 zł, ale ponownie warto zaznaczyć, że macie możliwość kupić wcześniej miniaturkę o pojemności 0,75 g za 10,90 zł, żeby sprawdzić, czy produkt w ogóle będzie odpowiadać Waszej cerze. Wiem, że niektóre z dziewczyn korzystały z pudru Flawless Silk, który również mocno chwaliły, więc jeśli nie macie problemów z przetłuszczającą się cerą, to to może być propozycja dla Was :) Kosmetyki Lily Lolo kupicie na stronie polskiego dystrybutora Costasy lub stacjonarnie na wysepce Costasy w Galerii Mokotów (między Sephorą a salonem MAC).

***
Jestem bardzo zadowolona, że w końcu wypróbowałam ten puder! Początkowo podkład mineralny sprawdzał się u mnie samodzielnie, ale moja kapryśna cera bardzo się zmieniła odkąd pierwszy raz zetknęła się z minerałami, dlatego moją przygodę z Flawless Matte uznaję za bardzo udaną! Cieszę się, że produkt jest całkiem wydajny, ponieważ dzięki temu trochę łatwiej przełknąć dość wysoką cenę. Myślę, że jeśli Flawless Matte przez cały czas użytkowania będzie się tak dobrze sprawować, to z pewnością sięgnę po kolejne opakowanie!

Znacie może pudry z Lily Lolo? Na którą wersję bardziej stawiacie? Matującą, czy wygładzającą? :)
K.
Czytaj dalej

czwartek, 23 stycznia 2014

Lily Lolo - rozświetlacz mineralny Stardust

Cześć Dziewczyny!

Dzisiaj chciałabym Wam przedstawić kolejny z kosmetyków marki Lily Lolo, który trafił jakiś czas temu do mojej kosmetyczki. Tym razem przyjrzyjmy się bliżej kolejnemu twarzowemu produktowi mineralnemu - przed Wami rozświetlacz Stardust! :)


KONSYSTENCJA:
Rozświetlacz Stardust, jak większość kosmetyków w ofercie Lily Lolo ma formę sypkiego proszku. Nie jest zbyt suchy, ale jednocześnie nie jest też - w moim odczuciu - tak mokry, jak chociażby niedawno recenzowane róże (KLIK). Rozświetlacz bardzo dobrze chwyta się pędzelka i łatwo nakłada się na skórę, nie sprawiając przy tym problemów z rozcieraniem i stopniowaniem jego widoczności.


KOLOR:
Stardust, to piękna beżowa baza w chłodnym, ale dość neutralnym odcieniu, w której zawarte są połyskujące, drobno zmielone drobinki (masło maślane :)). Nie znajdziecie tu żadnego brokatu, ani dużych, wyraźnie odznaczających się drobin, bo Stardust twarzy na twarzy efekt tafli, odbijającej światło, subtelnie rozświetlając miejsce, które chcemy podkreślić :) 
ZASTOSOWANIE:
Rozświetlacz jest mocno napigmentowany, wobec czego wystarczy naprawdę odrobinka, żeby rozświetlić kości policzkowe. Produkt sprawdzi się również w roli cienia do powiek, tworząc subtelną poświatę i ujednolicając kolor. Oczywiście możlwości jego zastosowania są niemal nieograniczone i zależą właściwie wyłącznie od Waszej wyobraźni - rozświetlacz można zaaplikować również na łuki brwiowe, w wewnętrzne kąciki oczu, zastosować do wykonturowania twarzy (w duecie z bronzerem, według zasady, że ciemny kolor chowa, a jasny uwypukla), możecie też zaznaczyć nim kości obojczykowe, jeśli czeka Was karnawałowa impreza i eksponujecie dekolt. W zasadzie możnaby się pokusić o dodawanie porcji rozświetlacza do ulubionego balsamu, żeby rozświetlić skórę, czy to w okresie karnawału, czy w wakacje, kiedy mamy opalone ciało :)

SKŁAD I GRAMATURA
TRWAŁOŚĆ:
Generalnie minerały są u mnie trwałe i wytrzymują zwykle aż do demakijażu, jednak w przypadku Stardust, wydaje mi się, że przestaje być widoczny na mojej twarzy po kilku godzinach. Zwykle po mniej więcej 8h nie ma już po nim śladu, mimo, że przykładowo róż nadal tkwi na swoim miejscu. Trochę mnie to zawiodło, bo wiem, że inne dziewczyny nie miały z tym problemów, ale kiedy dłużej się zastanowić, ja już chyba tak mam z rozświetlaczami - po prostu się mnie nie trzymają, albo "blask" mojej cery je przytłacza :D A tak już całkiem na serio - rzeczywiście mam cerę skłonną do przetłuszczania się, wobec czego zdarza mi się przykładać do twarzy bibułki matujące czy ręczniczek papierowy, czasami dokładam nieco pudru. O ile na trwałość różu czy podkładu to nie wpływa, tak już rozświetlacz najwyraźniej nie lubi poprawek. Może nie powinnam się dziwić, w końcu chodzi o tu o subtelny efekt rozświetlenia, a nie widoczny kolor, jak w przypadku pozostałych produktów. Tak czy inaczej - na mojej twarzy trwałość rozświetlacza jest średnia.


OPAKOWANIE:
Rozświetlacz umieszczono w dużym, plastikowym słoiczku o identycznych wymiarach, jak te, w których umieszczono podkłady i pudry Lily Lolo. Podobnie jak w przypadku różu, dzięki możliwości regulowania odsłonięcia sitka, łatwo o ostrożne dozowanie produktu. Opakowanie zawiera 6 gram produktu.

WYDAJNOŚĆ:
Produkt jest szalenie, szalenie wydajny, ponieważ wystarczy naprawdę niewielka jego ilość, żeby rozświetlić wybrane partie twarzy lub ciała. Myślę, że nawet stosowany codziennie ma szansę wystarczyć na długie lata!

CENA/DOSTĘPNOŚĆ:
Regularna cena produktu, to 72,90 zł, co jest dosyć wysoką ceną, ale zdecydowanie idzie w parze z jego wydajnością. Gwarantuję Wam, że będzie Wam brakować pomysłów na jego zastosowanie tak, żeby wykorzystać go w "regulaminowym" czasie. Na szczęście minerały są trwałe, więc nie trzeba się w tym przypadku tak mocno przejmować ich terminem ważności. Jeśli jednak 6 gram produktu, to dla Was za dużo, możecie się skusić również na miniaturkę 0,75 g w cenie 10,90 zł, dzięki której będziecie mogły sprawdzić produkt na sobie i zadecydować, czy chcecie skusić się na pełnowymiarowe opakowanie. Z tego, co widzę, na stronie trwa aktualnie promocja, obejmująca m.in. Stardust, warto więc zajrzeć na stronę dystrybutora - Costasy (KLIK) i sprawdzić ofertę :) Produtky Lily Lolo kupicie również stacjonarnie na wyspie Costasy, znajdującej się w warszawskiej Galerii Mokotów, między Sephorą, a MAC.


Zdjęcia wykonałam w świetle dziennym, ale jak z pewnością same zauważyłyście, trochę z tym ostatnio kiepsko, wobec czego na poniższym zdjęciu połysk jest delikatny, jednak światło sztuczne akurat w tym przypadku niewiele zmienia, co mnie bardzo cieszy, ponieważ - jak już wspomniałam - moja cera potrafi wystarczająco błysnąć, wobec czego traktuję ją pudrem matującym, a rozświetlacz ma jedynie sprawiać wrażenie świeżej, wypoczętej cery, a nie grać pierwsze skrzypce w moim makijażu :)
Poniżej znajdziecie porównanie rozświetlacza Stardust, z jednym z bardziej popularnych rozświetlaczy, czyli Mary-Lou Manizer od TheBalm. Pomysł oczywiście podkradłam bezczelnie od Iwetto (KLIK) :)) Zajrzyjcie do niej i sprawdźcie również porównanie z rozświetlaczem MAC. Stardust wypada na ich tle najchłodniej i jednocześnie najbardziej neutralnie, dzięki czemu wydaje się być najbardziej uniwersalnym wyborem :)
Po lewej: TheBalm Mary-Lou Manizer; Po prawej: Lily Lolo Stardust
W najbliższym czasie postaram się uzupełnić recenzję o swatche w sztucznym świetle oraz o zdjęcia z efektem na twarzy (chciałabym w świetle dziennym :)), ale z tym drugim czeka mnie ciut więcej gimnastyki, ze względu na pracę w standardowych godzinach 9-17, dlatego puszczam recenzję już teraz! :)

Koniecznie dajcie znać, czy podoba Wam się Stardust i co w ogóle sądzicie o rozświetlaczach? Macie już swoich ulubieńców, czy nadal szukacie ideału? :)
K.
Czytaj dalej

piątek, 17 stycznia 2014

Lily Lolo - róże mineralne Ooh La La, Rosebud i Surfer Girl

Cześć Dziewczyny!

Jakiś czas temu odezwała się do mnie Pani Aleksandra, reprezentująca sklep Costasy, będący polskim dystrybutorem kosmetyków mineralnych Lily Lolo oraz kosmetyków Lulu & Boo. Nie zdążyłam Wam jeszcze o tym napisać, ale już niemal od dwóch miesięcy cieszę się nową gromadką kosmetyków Lily Lolo, z których dzisiaj chciałabym Wam przedstawić trzy róże mineralne, z których jeden kupiłam sama prawie 1,5 roku temu, ale ciągle zapominałam Wam napisać o nim więcej, choć wielokrotnie pojawiał się już na blogu w ulubieńcach :)

Zapraszam Was na moją opinię oraz swatche róży Ooh La La, Rosebud oraz Surfer Girl!

KOLORY:
Jak już napisałam - aktualnie posiadam trzy odcienie róży. Uważam, że ich właściwości i wpływ na skórę są identyczne, dlatego na początku opiszę i pokażę Wam kolory, które mam w kosmetyczce, a następnie wspólnie opiszę ich właściwości :)
OOH LA LA - to moim zdaniem ciepły odcień różu z domieszką brzoskwini, przez co czasami przypomina nieco koralowy, pasujący najprawdopodobniej większości kobiet. Tworzy na skórze naturalny rumieniec i świetnie wygląda zarówno na bladej skórze, jak i na tej już nieco opalonej. Ma satynowe, odrobinę rozświetlające wykończenie.


ROSEBUD - to ciemniejszy odcień brudnego różu z odrobiną fioletowych tonów, w którym czasami można dostrzec złotawy refleks, przez co sprawia wrażenie, jakby zawierał trochę brązowych tonów. Dość mocno zaznacza rumieńce na bladej skórze, dlatego należy z nim wyjątkowo uważać. Ma połyskujące wykończenie, ale na twarzy błyszczy się mniej, niż na (obfitym) swatchu.


SURFER GIRL - to bardzo intensywny, dziewczęcy odcień chłodnego różu, tworzący na skórze zdrowy rumieniec, podobny do koloru policzków lekko przyszczypanych mrozem. Jego wykończenie jest całkowicie matowe.


KONSYSTENCJA:
Poza tym, co oczywiste - czyli formą sypką - róże Lily Lolo charakteryzują się stosunkowo mokrą konsystencją, która nie jest zbyt pyląca i cechuje się dobrą przyczepnością do skóry. Róż Rosebud jest w moim odczuciu najbardziej wilgotny, a tym samym cechuje się największą przyczepnością, dlatego tym bardziej warto z nim uważać, ponieważ łatwo o przesadę. Róż Surfer Girl, to dla odmiany proszek, który - porównując go do Rosebud - określiłabym raczej jako suchy, jednak jego przyczepność jest zachowana. Może z racji takiej, a nie innej konsystencji to właśnie po Surfer Girl sięgam najchętniej i najczęściej, biorąc pod uwagę fakt, że najłatwiej mi go nałożyć na policzki i jednocześnie najłatwiej przy nim skorygować ewentualne niedociągnięcia lub przesadne rumieńce. Róż Ooh La La jest według mnie mniej więcej po środku, jego konsystencja jest dużo bardziej sucha, niż w przypadku Rosebud, ale jednocześnie myślę, że jego przyczepność jest dużo lepsza, niż w przypadku Surfer Girl. Ooh La La również dosyć łatwo poddaje się poprawkom, choć czasami warto mieć w pogotowiu pędzel z odrobiną podkładu mineralnego w pogotowiu - ten trik działa u mnie jak gumka do ścierania :)


PIGMENTACJA:
Wszystkie moje róże Lily Lolo są bardzo mocno napigmentowane i uwierzcie, że wystarczy naprawdę mikroskopijna ilość produktu, żeby wyczarować piękny rumieniec na policzkach. Jeśli nigdy wcześniej nie miałyście do czynienia z minerałami, to polecam pierwszą próbę różu wykonać w domu, żebyście same mogły ocenić jaka ilość proszku odpowiada Wam do stworzenia satysfakcjonującego makijażu :)

Uważam, że istotną kwestią jest w tym przypadku również dobór odpowiedniego pędzla do makijażu. U mnie świetnie sprawdza się ukośny Hakuro H24, który jest bardzo miękki, ale jego włosie bardzo łatwo kontrolować, a dzięki temu wiem, w którym miejscu aplikuję produkt. Myślę, że mocno zbite pędzle mogłyby utrudnić Wam nieco zadanie i przyczynić się do powstania tzw. matrioszki na policzkach, ale nie zrażajcie się za pierwszym razem! Sekret tkwi w dobraniu odpowiedniej ilości kolorowego proszku, a wtedy szalejcie do woli! :)

Dokładnie tyle proszku wystarcza mi do umalowania obu policzków w jednym makijażu :)
TRWAŁOŚĆ:
Każdy z moich róży Lily Lolo charakteryzuje się wysoką trwałością! To, tuż obok pigmentacji, ich mocny punkt, ponieważ róż zaaplikowany rano, trzyma się na mojej twarzy caluteńki dzień, a czasami widzę jego resztki na policzku nawet po drzemce ;)
OPAKOWANIE:
Róże Lily Lolo umieszczono w specjalnym plastikowym słoiczku z sitkiem. Sam design opakowania jest bardzo minimalistyczny, ale podoba mi się, bo minerały kojarzą mi się trochę z takim kosmetycznym minimalizmem (co też w pewnym sensie potwierdza się, gdyby zerknąć na składy tych kosmetyków :)). Dużą zaletą tego opakowania jest możliwość regulowania tego, ile dziurek z sitka odsłonimy, dzięki czemu nie mamy problemów z nadmiernym wysypywaniem się produktu, a podczas podróży możemy je zasłonić całkowicie! Zauważyłam, że wystarczy odsłonić dosłownie 3 dziurki i potrząsnąć trochę opakowaniem, żeby wydobyć z pudełeczka ilość odpowiednią do umalowania jednego, a czasem nawet obu policzków :)


WYDAJNOŚĆ:
Pewnie już się tego domyśliłyście, czytająć o intensywnej pigmentacji moich róży, ale celem potwierdzenia napiszę tylko tyle - te róże będą z Wami do końca świata i jeszcze dłużej! Są diabelnie wydajne i nawet jeśli obdzielicie odsypkami koleżanki i pół rodziny, to bądźcie spokojne, że zostanie Wam jeszcze spora ilość produktu! :)
WPŁYW NA SKÓRĘ:
Kosmetyki mineralne słyną ze swojego korzystnego wpływu na skórę, w szczególności na cery mieszane, czy tłuste, takie jak moja. Oczywiście nie jest to regułą, ale u mnie się sprawdzają. O ile w przypadku róży nie miewam większych problemów, ponieważ policzki, to u mnie obszar, który wypryski zazwyczaj omijają, to jednak najlepsze efekty obserwuję w rejonach strefy T, stosując regularnie podkład mineralny, o którym również wkrótce przeczytacie :)
CENA/DOSTĘPNOŚĆ:
Róże Lily Lolo kosztują 42,90 zł i możecie je zamówić na stronie Costasy lub kupić osobiście na wyspie Costasy w Galerii Mokotów (pomiędzy Sephorą a salonem MAC).

L-R: Ooh La La, Rosebud, Surfer Girl
***
Z pewnością nie muszę już pisać tytułem podsumowania, że jestem zadowolona z wyboru tych właśnie produktów. Jestem zagorzałą różomaniaczką i tego typu produktów mam naprawdę sporo, ale do róży Lily Lolo lubię wracać i myślę, że nowe kolory znajdą swoje stałe miejsce w mojej kosmetyczce obok ich starszej siostry - Ooh La La :))

Miałyście już okazję korzystać z kosmetyków mineralnych? Jakie kosmetyki tego rodzaju interesują Was najbardziej lub najlepiej się u Was sprawdziły? No i oczywiście - co sądzicie o moich pięknych różach? :))
K.
Czytaj dalej
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Blog template designed by SandDBlast