Pokazywanie postów oznaczonych etykietą L'Oreal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą L'Oreal. Pokaż wszystkie posty

środa, 4 czerwca 2014

Majowe nowości

Cześć Dziewczyny!

Maj był dla mnie miesiącem (znowu) obfitującym w mnóstwo nowości. Jak zwykle wszędzie zwęszyłam okazję do powiększenia moich i tak już sporych kosmetycznych zasobów, więc miejmy już tę majową spowiedź za sobą. Zgrzeszyłam. Postanawiam poprawę (obiecanki-cacanki) ;)


Choć w kwestii pielęgnacji staram się kupować tylko to, co niezbędne, a majowe denko osiągnęło naprawdę zadowalający poziom (o czym za jakiś czas), kolorówka nadal niemiłosiernie mnie kusi i to ona stanowi zwykle większość moich zakupów. Stanowczo warto dać sobie na wstrzymanie, bo choć spełniłam kilka swoich kosmetycznych marzeń i zachcianek, to jednak znowu zaczyna robić się w moich szufladach nieco tłoczno.


***

Powyższe zakupy zawdzięczam Aalimce, która przy okazji majówki u rodziców, zrobiła dla mnie drobne zakupy. Zależało mi na trójce letnich żeli z Balea o bardzo apetycznych zapachach mango, arbuza (niby melon, to melon, ale na zdjęciu jest arbuz...) i karamboli. Oprócz tego przygarnęłam kolejną pomadkę ochronną z Alverde, tym razem w wariancie wiśniowym, oraz słynny kamuflaż tej samej marki. Do tej pory używałam korektora Alverde Cream To Powder i byłam nim zachwycona, ale mam już w nim dość spore denko, dlatego poprosiłam Kamilę o zakup jego następcy :) Wszystkie te produkty, kupowane bezpośrednio w DM wyniosły mnie niecałe 30 zł, więc zdecydowanie się opłacało! Żel mango już króluje pod prysznicem i muszę się przyznać, że ten zapach w dużej mierze zdominował moją aktualną pielęgnację :)


Zakup antyperspirantu Nivea Calm&Care (10,99 zł) oraz naturalnego dezodorantu w kamieniu Crystal (ok.25 zł), był podyktowany coraz częstszymi podrażnieniami na skórze pod pachami. Nigdy nie miałam przesadnie wrażliwej skóry, ale najwyraźniej częstsze używanie Rexony (związane ze wzmożoną aktywnością fizyczną) dało mi się we znaki, a depilacja za pomocą maszynki, na pewno nie pomogła rozwiązać problemu. W tej chwili, zawsze po goleniu, przecieram skórę kryształem, który ma w składzie ałun, charakteryzujący się właściwościami łagodzącymi (jako antyperspirant zupełnie się u mnie nie sprawdza; swoją drogą kwestia zawartości soli aluminium i jej działania skórę jest mocno dyskusyjna, więc zachęcam do poczytania ciekawych rozważań tutaj). Na co dzień staram się też sięgać po delikatniejszy antyperspirant - w tym celu wybrałam wersję Nivea Calm&Care, która również teoretycznie ma być przeznaczona do skóry wrażliwej, a po Rexonę sięgam w cieplejsze dni lub przed ćwiczeniami. Na ten moment ta strategia zdaje się mieć zbawienne działanie dla mojej skóry! Jeśli Wam też zdarzyły się takie problemy, to polecam wypróbować moją metodę :)

Woda termalna Uriage szturmem wtargnęła do mojego serca, a ponieważ właśnie wykończyłam swoją pierwszą butelkę, kupiłam nową w promocji za niecałe 14 zł. Na razie używam wody termalnej z Avene, ale Uriage chciałam już mieć, ponieważ jest wygodniejsza na wyjazdy z racji braku konieczności osuszania.

Zmywacz z Isany w wersji z acetonem (ok.5 zł?) i pasta do zębów Dental Cream z Himalaya Herbals (ok.11 zł) nie wymagają chyba komentarza, prawda? :)

Emulsja matująca z serii Purritin z Iwostinu, to powtórka z rozrywki. Właśnie wykończyłam pierwszą tubkę tego kremu i polubiłam się z nim, dlatego od razu sięgnęłam po nowe opakowanie. Do kremów na dzień (zależy mi na tych, które nie będą wzmagać błysku) podchodzę z coraz większym dystansem, dlatego jak już coś się u mnie sprawdzi, to staram się tego trzymać. Krem nawilżający z serii Sensitia również z Iwostinu (tego typu produkty stosuję przede wszystkim na noc), to produkt testowy. Byłam ciekawa jak wypadnie w porównaniu do mojego ukochanego Vita Sensilium z Pharmaceris A. Za nieco ponad miesiąc powinnam zresztą podzielić się z Wami moim spostrzeżeniami na ten temat :) Każdy z kremów kosztuje ok.30 zł.

Oliwka Hipp (ok.15 zł) też nie znalazła się tutaj przypadkiem! To jak dotąd najbardziej uniwersalny kosmetyk, który miałam w swoich rękach. Fantastycznie sprawdza się zarówno do olejowania włosów, paznokci, jak i po prostu w zastępstwie zwykłego balsamu. Ostatnio już za nim zatęskniłam, bo nic nie dawało takich efektów na moich paznokciach jak półgodzinna kąpiel w podgrzanej oliwce!

Jak widać pielęgnacja lubi kończyć się i przybywać stadkiem ;)


Produkty ARTDECO, to upominki które otrzymałam na bardzo interesujących warsztatach z makijażystą tej marki. Do tej pory znałam tylko słynną bazę pod cienie, a teraz mam możliwość zapoznać się również z innymi produktami marki. W moje ręce trafił tusz do rzęs Wonder Lash Mascara, puder oraz podkład z serii do makijażu High Definition oraz pomadka o pięknym, nieco koralowym odcieniu. Tusz i pomadka są już w użyciu, więc za jakiś czas spróbuję podzielić się z Wami moim wrażeniami.


Podczas gdy wszyscy szaleli na promocjach w Rossmannie ja starałam się go unikać z daleka. Prawie by mi się to udało, ale w ostatnim tygodniu promocji -49% złamałam ten niepisany zakaz i przygarnęłam cień /sprasowany pigment L'Oreal Color Infaillible w kolorze Forever Pink (ok.18 zł w CND) oraz dwie pomadki - matową Bourjois Rouge Ediotion Velvet 02 (ok.25 zł) oraz upragnioną Rimmel Moisture Renew w kolorze 360 As You Want Victoria (ok.14 zł).


Jak wiadomo, promocje typu -40% całkiem przypadkowo lubią się mnożyć w tym samym czasie we wszystkich drogeriach. O ile zwykle staram się omijać wtedy wszystkie te przybytki rozpusty, tak tym razem zbyt wczesne wyjście z domu poskutkowało "szlajaniem się" po Hebe w tym niebezpiecznym okresie. Co z kolei zaowocowało kilkoma nowościami (dla mnie) z Gosha. Ponieważ marka generalnie należy raczej do tych droższych (jak na półkę drogeryjną oczywiście), skusiłam się na cztery produkty, które wpadły mi w oko - piękny bronzer (Pink), pomadkę (158 Yours Forever), krem CC (02 Ivory) oraz róż-mozaikę (Pink Pie). W tej chwili najbardziej cieszy mnie CC, bo choć teoretycznie nie powinien dogadywać się z moją cerą, to jednak w wolne dni jest dla mnie ostatnio niezastąpiony, kiedy zależy mi na lekkim, ale ładnym makijażu :) Nie pamiętam już cen poszczególnych produktów, ale po zniżce 40% za całą czwórkę zapłaciłam ok.100 zł.


No i to są właściwie najważniejsze zakupy maja! Od tak dawna przymierzałam się do zakupu Daisy Eau So Fresh, że już nawet nie jestem w stanie określić początkowej daty mojej fascynacji tym zapachem. Bardzo długo odkładałam ten zakup, sięgałam po inne produkty i ostatecznie zawsze przekonywałam się, że chyba jednak dojrzałam już do tych lżejszych i bardziej kwiatowych zapachów. W międzyczasie zakochałam się też w absolutnie cudownej Roses de Chloe! Wybór był tak trudny, że skusiłam się na obie buteleczki. Daisy Eau So Fresh w pojemności 125 ml, a Chloe - 30 ml. Teraz chyba bym zamienił te pojemności, bo - o dziwo - to w Chloe czuję się znacznie lepiej i pewniej, choć Daisy z pewnością się u mnie nie zmarnuje. Obie buteleczki przyszły na początku miesiąca i przez ten czas w zasadzie używałam ich codziennie na przemian. Za oba flakony zapłaciłam w Perfumesco tyle, ile zapłaciłabym pewnie za samą Daisy w dowolnej stacjonarnej perfumerii.


Zoya - Payton, to kolejny zakup jeszcze z kwietnia, ale zanim dotarł do Kamili, a Kamila do mnie, musiało minąć trochę czasu. W każdym razie cieszę się, że upragniona Payton w końcu wpadła w moje ręce i że kosztowała mnie tyle, co na targach kosmetycznych, czyli 28 zł :)

Dalej mamy oczywiście nowe Essie. O ile kolekcja Resort Fling zupełnie mnie nie oczarowała, tak sam lakier Find Me An Oasis już jak najbardziej. Niestety formuła profesjonalna jest strasznie trudna we współpracy, ale kolor naprawdę wiele rekompensuje... Brzoskwinka, to kolor, który od dawna wisiał na mojej wishliście, czyli Van D'Go. Każdy z lakierów był kupiony w mniej lub bardziej promocyjnej cenie (w sklepach Kajuba oraz Minti Shop) ;) Dalsze pozycje, to Carousel Coral, Foot Loose i Carry On, które przygarnęłam od mojej Essie-soulmate Sylwii w bardzo okazyjnej-okazji [tak, świadomie użyłam masła maślanego ;)].


W ramach współpracy z marką Rimmel otrzymałam trzy nowe kolory lakierów z serii 60 Seconds, z kolekcji sygnowanej przez Ritę Orę. Z całej trójki - White Hot Love, Lose Your Lingerie oraz Midnight Rendevous - używałam jak na razie tylko ostatniego i muszę przyznać, że z miejsca mnie oczarował. Podobno jaśniejsze kolory są trochę problematyczne, ale ten był bardzo komfortowy w aplikacji, no i ten kolor!


Powyższe mogę podsumować tylko tak - takie tam pierdoły z Biedronki. Nic z tego nie było mi potrzebne, ale przy tych śmiesznych cenach jakoś samo wylądowało w koszyku. Peelingi Bielendy kosztowały ok.5 zł, a maski Biovax były chyba 2 zł. Tak wyszło ;)


No i ostatni duży zakup z maja, to pędzle Real Techniques! Od dawna planowałam, że dołączą do mojej kolekcji i wielokrotnie widziałam je oczyma wyobraźni na mojej toaletce. Miałam zamiar kupić je przez iHerb, ale w międzyczasie pojawiły się jakieś problemy z płatnościami, więc ostatecznie pozbierałam je przy okazji jakiś drobnych promocji i kodów zniżkowych do sklepów Minti Shop i E-Zebra. Może nie zaoszczędziła tyle, co za pośrednictwem iHerb, no ale przynajmniej nikt mi ich nie utopił w oceanie :D

Skusiłam się na zestaw pędzli do twarzy Core Collection, pojedyncze pędzle Expert Face Brush, Setting Brush, Blush Brush oraz gąbeczkę Miracle Complexion Sponge. ...i teraz boję się ich użyć! Są takie śliczne, że aż szkoda mi je brudzić i kurzyć... Pomińmy tę kwestię milczeniem, proszę... :D

***
No! Nie obiecuję (sobie), że w czerwcu nie kupię nic, bo to nie byłoby prawdą (w końcu już czekam na nowe opakowanie podkładu mineralnego :D), ale wiem, że czekają mnie ważniejsze wydatki, dlatego bardzo chciałabym znowu trochę wyhamować moje zapędy. Co tam zresztą wyrzuty sumienia, skoro wszystko tak cieszy! ;))

Standardowo - czekam na Wasze opinie o powyższych kosmetykach, jeśli już miałyście z nimi do czynienia! Co Wam przypadło do gustu, a co nie? A może coś Was szczególnie ciekawi i może mogłabym Wam krótko odpowiedzieć/podpowiedzieć [coś]? :)
K.
Czytaj dalej

czwartek, 8 maja 2014

Ulubieńcy kwietnia

Cześć Dziewczyny!

Maj płynie mi bardzo szybko, ale korzystając z tego, że póki co mamy jeszcze początek miesiąca (w przyszłym tygodniu będzie już połowa maja! Kiedy to zleciało?!), chciałabym przedstawić Wam moich ulubieńców kwietnia :)


Znowu mogłabym napisać, że większość ulubieńców z poprzednich miesięcy nadal jest aktualna, ale mimo to i tym razem udało mi się wytypować kilka produktów, po które wyjątkowo chętnie sięgałam w kwietniu. Większość z nich debiutuje w ulubieńcach :)


Tym razem kwiecień w dużej mierze kręcił się wokół ust i choć nie sięgałam po kolorowe pomadki tak często jak w marcu, to jednak znalazłam sobie nową faworytkę - Color Riche Balm z L'Oreal w kolorze Tender Mauve. Pomadka rzeczywiście należy do tych, które nadają jedynie niewielką poświatę koloru, a jednocześnie nie wysusza ust i sprawia, że wyglądają bardzo miękko, kusząco i ładnie połyskują :)

Pozostałe dwa produkty, to produkty typowo pielęgnacyjne - w torebce lub w kieszeni płaszcza noszę ostatnio pomadkę ochronną z serii Angry Birds by Lumene, która przyjemnie pielęgnuje usta, sprawia, że są bardzo mięciutkie i gładkie w dotyku, a do tego przyjemnie pachnie. Podobne cechy przedstawia balsam do ust EOS, z którego korzystam przede wszystkim w domu. Może nie jest to najbardziej nawilżający produkt do ust, jaki miałam, ale dobrze sobie radzi z utrzymaniem ust w dobrej kondycji, jednak dla tych bardziej wymagających może być niewystarczający.


O tym, że lakier Flawless Flush z Orly jest moim najnowszym wiosennym faworytem pisałam Wam już kilka dni temu w notce, w której przedstawiłam Wam go bliżej (KLIK). Uważam, że to świetna alternatywa dla typowych nudziaków, ale też po prostu ładny i elegancki lakier na co dzień :)

O anielskim rożu Hervana (pamiętacie te reklamy? :) z Benefit też już kilka razy wspominałam, ale nie doczekał się jeszcze odrębnej prezentacji. Zawsze chciałabym Wam pokazać zbliżenie na twarzy, ale nie za bardzo wychodzi mi robienie takich zdjęć. Jak już się trochę nauczę, to postaram się zrobić pełną recenzję :)) Sam róż uwielbiam za bardzo twarzowy, ale nienachalny kolor oraz naprawdę przyzwoitą trwałość. Tak naprawdę należy do mojej żelaznej piątki ulubionych róży! :)

Ostatnim produktem, który wytypowałam do ulubieńców kwietnia jest kredka automatyczna Linea z Paese w pięknym brązowym odcieniu. Kupiłam ją dwa miesiące temu na targach i od tej pory prawie się z nią nie rozstaję, choć jest to odrobinę rudawy odcień brązu, to jednak świetnie się sprawdza i dobrze się w nim czuję, a co najważniejsze, kredka trzyma się na moich oczach praktycznie cały dzień, nieznacznie tylko blaknąc. Chyba zaopatrzę się w więcej odcieni! :)


Tym razem nawet udało mi się streścić w kilku słowach na temat każdego z produktów :)) Oczywiście jak zawsze dajcie znać, czy znacie i lubicie moich i ulubieńców? Piszcie też o tym co Was oczarowało w kwietniu :)
Karotka
Czytaj dalej

piątek, 11 kwietnia 2014

Ulubieńcy lutego i marca

Cześć Dziewczyny!
Zbliżamy się już do połowy kwietnia, Święta za pasem, a u mnie już od dawna nie było ulubieńców miesiąca! Najwyższa pora zabrać się i za to, dlatego tym razem przedstawiam Wam dwumiesięcznych faworytów z lutego i marca!

Tak naprawdę w lutym niewiele produktów rzuciło mnie na kolana, a te, które zasługiwały na wyróżnienie w zasadzie już jakiś czas temu pojawiały się w ulubieńcach, dlatego z premedytacją dałam sobie więcej czasu do namysłu. I słusznie, bo marzec wraz z pierwszymi słonecznymi dniami przyniósł gromadkę nowych i nowych-starych ulubieńców, do których dołączył jedyny nowy produkt, który oczarował mnie w lutym. Zapraszam zatem na prezentację najlepszych z najlepszych ;))


Pierwszym z ulubieńców jest rewitalizujące masło do ciała z Pat&Rub. Ostatnio opisywałam Wam balsam do rąk i scrub cukrowy z tej serii, ale żaden z tych produktów nie uwiódł mnie jak to masełko. Produkt rewelacyjnie dba o kondycję mojej skóry, świetnie nawilża i odżywia skórę, a do tego pięknie i orzeźwiająco pachnie. Wiem, że nie każdej z Was przypadnie do gustu intensywnie cytrusowy zapach, ale ja go polubiłam, a do tego uważam, że idealnie sprawdza się do pielęgnacji po potreningowym prysznicu. Od razu ulatuje ze mnie chociaż część zmęczenia! :)

Pozostając nadal w temacie pielęgnacji ciała - kolejnym ulubieńcem został olejek do ciała z dziką różą i trawą cytrynową z Alverde. Ten produkt wiódł prym w mojej pielęgnacji głównie w lutym, ale nadal chętnie po niego sięgam. Lubię w nim to, że nie jest przesadnie tłusty i nawet moja normalna skóra świetnie sobie radzi z jego wchłonięciem. Olejek oczywiście dobrze nawilża i odżywia skórę, a do tego ma ciekawy zapach - lekko słodki, ale przełamany cierpką nuta trawy cytrynowej.

Moim kolejnym ulubieńcem pielęgnacyjnym jest też krem pod oczy z dziką różą z AA Eco. Przez kilka miesięcy używałam kremu z serii Gold Philoshopy z Bandi, ale byłam trochę zawiedziona jego wodnistą konsystencją. Chociaż nie mam większych problemów ze zmarszczkami, to wolę zapobiegać, niż leczyć, dlatego lubię w kremach pod oczy lubię nieco bardziej treściwą konsystencję, zwłaszcza jeśli mówimy o wieczornej pielęgnacji. Oczywiście trudno mi wypowiedzieć się o długofalowych efektach stosowania tego produktu, ale jak na razie spełnia moje oczekiwania zarówno w kwestii konsystencji, działania, jak i współpracy z kosmetykami do makijażu.


W czasie ostatnich dwóch miesięcy moje paznokcie zostały zdominowane przez trzy produkty, widoczne na zdjęciu powyżej. Przede wszystkim sprawdziłam w końcu o co ten cały szum z wysuszaczem z Kintetics i cóż... Wszystko wskazuje na to, że Kwik zdobędzie i moje serce! Zdradzałam go przez chwilę z Poshe, ale Kwik Kote jednak znacznie bardziej przypadł mi do gustu! :)

Jeśli natomiast chodzi o kolory, to w lutym najchętniej sięgałam po piękny lakier Essie Beyond Cozy, który dodawał błyszczącego akcentu każdemu kremowemu lakierowi (przykład macie TUTAJ), jednak juz w marcu moje paznokcie zdominował przepiękny, przecudowny Orly First Blush (KLIK). Nie pamiętam kiedy ostatnio sięgałam po jeden lakier tak często! Zakochałam się w nim tak bardzo, że już nabyłam pełnowymiarowe opakowanie! :)


W marcu, jak wiele z Was, kupiłam kilka organizerów na kosmetyki z Biedronki, w tym oczywiście słynny organizer z przegródkami na szminki. Umieściłam w nim kosmetyki, których używam codziennie, a do tego wyłożyłam na wierzch najbardziej codzienne pomadki, które chciałabym nosić na ustach częściej! Dzięki temu na nowo odkryłam moje dwie ukochane szminki - fuksjowo-fioletową L'Oreal Rouge Caresse w kolorze Rock'n'Mauve, którą mogłyście oglądać w TYM poście oraz piękną, nudziakoworóżową Maybelline Color Whisper w kolorze Lust For Blush!


Powyżej macie mały podgląd na oba kolory. Nie bierzcie go może zbyt dosłownie, bo Maybelline na moich ustach jest może ciut jaśniejsza i chłodniejsza, ale wygląda bardzo naturalnie i zdecydowanie daje dokładnie takie wykończenie jak na zdjęciu powyżej.


Pozostali dwaj ulubieńcy, to ponownie produkty do makijażu! Przede wszystkim mój ulubiony podkład mineralny z Lily Lolo w odcieniu China Doll, który już kilkukrotnie przewinął się przez blog. Co tu dużo, jednak podkłady mineralne są dla mojej cery bardziej łaskawe, niż zwykłe płynne podkłady, dzięki czemu makijaż wygląda na mnie lepiej, zaczynam się błyszczeć nieco później (i mniej intensywnie), a do tego nie borykam się z tyloma niespodziankami. Mam jeden produkt, z którym lubię go czasami zdradzać, ale niestety bardzo często kończy się to dodatkowymi nieprzyjaciółmi na twarzy, więc zawsze z pokorą wracam do Lily Lolo.

No i last but not least - paletka z cieniami z Inglota! Przez pewien czas leżała zapomniana w szufladzie, a teraz znowu się z nią przeprosiłam! Mam w niej kilka ulubionych cieni, które w zasadzie same malują, a dzięki dobrej bazie na powieki (ArtDeco) w końcu mogę też wyciągnąć dużo więcej z matowego, jasnego cienia, który przepięknie rozjaśnia oko! Do tego dorzucam trochę ciemniejszego cienia w zewnętrznym kąciku i już! Jest w niej kilka cieni, których używam rzadziej, niż myślałam, że będę to robić, ale generalnie mój zestaw uważam za bardzo udany! Całość możecie podejrzeć TUTAJ.

***
To by było na tyle! Oczywiście jak zawsze dajcie znać, czy znacie te produkty i co o nich sądzicie! Chętnie przeczytam też o produktach, które w ostatnim czasie skradły Wasze serducha :))
Karotka
Czytaj dalej

poniedziałek, 1 lipca 2013

Ulubieńcy czerwca :)

Cześć Dziewczyny!

Tradycyjnie już, witam Was w nowym miesiącu notką z ulubieńcami! W czerwcu ponownie uzbierałam grupkę produktów, po którą wyjątkowo chętnie sięgałam. W dużej mierze są to powroty do wcześniej używanych produktów, część jest efektem nagłego wybuchu uczucia do kosmetyków, które do tej pory były mi stosunkowo obojętne, no i jest też jedna nowość, którą umieszczam tutaj z lekką obawą. Zresztą zaraz wszystko Wam wyjaśnię! :)


Jak widać, grupka czerwcowych ulubieńców ponownie jest całkiem liczna. Zauważyłam, że jak już uprę się na jakiś produkt, to sięgam po niego niemal codziennie, efektem czego zmiany przychodzą dopiero, jak już się nieco znudzę dotychczas używanym kosmetykiem.


Zacznijmy nietypowo, bo od pielęgnacji, której jak zwykle jest mniej, niż kolorówki. Tym razem króluje marka Bath & Body Works i - sądząc po moich ostatnich owocnych zakupach, o których wkrótce - tak zostanie też w przyszłym miesiącu. Wracając jednak do czerwca - nie wiedzieć czemu  - właśnie teraz, w największe upały, zakochałam się w zapachu Dark Kiss, który jest intensywnie słodki, a jednocześnie nieco ciężkawy i pasowałby bardziej na jesień lub zimę. Tak czy inaczej, ja zakochałam się w nim na nowo właśnie teraz i korzystając z długotrwałego zapachu, pozostawianego przez balsam, w końcu zaczęłam korzystać również z mgiełki w celu zintensyfikowania zapachu. Tak naprawdę dopiero teraz doceniłam prostotę tego rozwiązania, ale o tym również innym razem ;)

Kolejnym świetnym balsamem, który sobie upodobałam w czerwcu, był niemniej popularny Pink Chiffon, również z Bath & Body Works. Sama nie wiem, który z zapachów bardziej mnie w sobie rozkochał, bo po Pink Chiffon sięgałam niemal tak samo chętnie, jak po wspomniany Dark Kiss. Uwielbiam to, jak oba balsamy nawilżają moją skórę i to, jak długo i intensywnie pachną. Wkrótce postaram się o recenzję tych balsamów.

W czerwcu, polubiłam się również z olejkiem z Orientany. Wprawdzie mam go już jakiś czas i kilkukrotnie z niego korzystałam, ale jakoś trudno mi było wyrobić sobie o nim zdanie, tym bardziej, że dotąd nie byłam fanką nacierania całego ciała oliwka. Ostatnio jednak coś mi się odmieniło i olejek o zapachu indyjskiego jaśminu podbił moje serce na tyle, że sięgałam po niego zawsze po kąpieli po fitnessie. Nie tylko świetnie nawilżał skórę, ale też cudownie otulał ją relaksującym i nienachalnym zapachem. Jestem Wam winna jego recenzję, więc mam nadzieję, że wkrótce uda mi się ją napisać.

Maska do stóp Feet Up Rescue z Oriflame to moje stare-nowe odkrycie. Miałam wcześniej tę maskę w starszej wersji i byłam bardzo zadowolona z jej działania, a całkiem niedawno odgrzebałam z zapasów uaktualnione wydanie tego produktu. Maska fantastycznie nawilża i nieco zmiękcza moje problematyczne stopy (mam wiecznie ugniecioną skórę na piętach :P). Jedna sesja masażu z tą maską i stopy są w zauważalnie lepszej kondycji i to nie tylko do czasu pierwszej kąpieli. Efekt utrzymuje się co najmniej kilka dni.

Ostatnim pielęgnacyjnym odkryciem czerwca, była dla mnie pomadka ochronna o zapachu cynamonu z Sylveco. Od razu dementuję informację o zapachu - pomadka wcale a wcale nie pachnie cynamonem, ale fantastycznie nawilża i natłuszcza usta. Zmiękcza je i utrzymuje w dobrej kondycji. Mimo, że nadal lubię się z moją ukochaną Nivea Vitamin Shake, to muszę przyznać, że znalazłam dla niej godnego konkurenta i z pomadkami Sylveco polubię chyba na dłużej.


Przejdźmy teraz do kolorówki, gdzie na pierwszy rzut oka niewiele jest nowości. W czerwcu najczęściej i najchętniej sięgałam po niezawodny róż z Alverde (kolor 04 Soft Pink). Wyciągnęłam też dawno już sprawdzony róż Down Boy z TheBalm, który wraz z rozświetlaczem Mary-Lou Manizer również z TheBalm, tworzy na mojej twarzy jeden z najbardziej zgranych duetów ever. Po wspomniany rozświetlacz sięgam coraz chętniej, ponieważ, jak pewnie wiecie, w końcu znalazłam mój idealny puder matujący, którym jest Maybelline Dream Matte Powder. Tym samym nie straszne mi świecenie! :)


Jeśli chodzi o cienie - nadal sięgałam po sprawdzoną paletkę Oh So Special (swatche KLIK) ze Sleeka, ale w czerwcu wyjątkowo upodobałam sobie również jedną z najstarszym paletek w ofercie Sleeka, czyli Storm (swatche KLIK). Jasny perłowy cień na całą powiekę, matowy brąz w załamaniu i zielony lub granatowy akcent na dolnej powiece i makijaż gotowy! Coś czuję, że w końcu wezmę ją w obroty jak należy, tym bardziej, że mój ukochany cień z OSS nieuchronnie dobija dna (znacie jakiś odpowiednik cienia Gateau?).


Krem BB Dollish od Lioele (wersja zielona), to nowość nie tylko w ulubieńcach, ale również w kosmetyczce. Jestem bardzo zadowolona z efektu, jaki ten bebik daje na buzi, ale zaalarmowana często powtarzającą się informacją o jego właściwościach zapychających, póki co uważnie obserwuję moją cerę i staram się nie wydawać pochopnych wyroków. Nie zmienia to faktu, że zwłaszcza na początku miesiąca, wyjątkowo często sięgałam po ten produkt, stąd jego obecność w ulubieńcach. Obecnie, w związku ze zmianą kremu, odstawiłam produkt ponieważ któryś z nich ewidentnie źle wpływa na moją cerę, dlatego teraz swoją uwagę skupiłam na kremie, ponieważ tego produktu używam przecież codziennie.

W przerwach od stosowania Dollish, sięgałam po podkład Rimmel Match Perfection w odcieniu Classic Ivory. Jestem z niego całkiem zadowolona i uważam go za bardzo przyzwoity produkt. Utrwalony moim ulubionym pudrem, trzyma się na twarzy naprawde nieźle i całkiem długo utrzymuje mat. Ponoszę go jeszcze trochę i postaram się napisać o nim więcej.

Wielokrotnie żaliłam się Wam, że moje paznokcie u rąk są aktualnie w opłakanym stanie, ale na szczęście mam jeszcze pole do popisu na paznokciach u stóp, gdzie przez cały czerwiec raz za razem gościł Essie w kolorze Watermelon (swatche KLIK). Polubiłam ten lakier już w ubiegłym roku, ale dopiero teraz wydał mi się być dokładnie takim kolorem, jaki chciałabym nosić na stopach :)

Tusz One by One w wersji Satin Black, to właściwie żadne zaskoczenie, ponieważ uwielbiam zarówno klasyczną (recenzja KLIK), jak i wodoodporną wersję tego tuszu. Pięknie podkreśla rzęsy i pozwala budować efekt bez większych problemów ze sklejaniem pojedynczych rzęs. Tusze One by One, obok maskary False Lash Effect Fusion z Max Factor (recenzja KLIK), to moje tusze numer jeden! :)

Kredki z Avon, które wyróżniłam, to tradycyjnie już brązowa Glimmerstick Diamonds (Brown Sugar) oraz - wyjątkowo - czarna SuperShock, która okazała się być świetną bazą pod kolorowe cienie z paletki Storm. Z obu jestem zadowolona zarówno pod względem kolorystycznym, jak i w kwestii trwałości. Jedyne co mnie denerwuje, to wydajność kredki SS. Przede mną pierwsze temperowanie - macie jakieś rady jak ją zatemperować, żeby jej nie rozwalić? ;)

Ostatnie dwa produkty, to kolorowe pomadki, po które sięgałam szczególnie chętnie pod koniec miesiąca. W tej kwestii najlepiej sprawdzały się albo słynna 102 z serii Kate dla Rimmel lub moja ulubienica Rock'n'Mauve z serii Rogue Caresse od L'Oreal (swatche KLIK). Pod względem pielęgnacyjnym ta druga jest znacznie lepsza, ale trudno odmówic pomadce Kate uroku. Niespodziewanie, po początkowym zawodzie kolorami z tej kolekcji, stałam się posiadaczką czterech z pięciu dostępnych w Polsce kolorów. No cóż, jak to mówią - tylko krowa nie zmienia zdania :D

***

Znacie moich ulubieńców? Czy są wśród nich również i Wasi faworyci? Dzielcie się linkami do swoich podsumowań w komentarzach! :)
K.
Czytaj dalej

wtorek, 2 kwietnia 2013

Ulubieńcy marca

Mamy już kwiecień, dlatego dzisiejszym postem rozpoczynam podsumowanie marca. Na pierwszy ogień znowu idą ulubieńcy!

Tym razem nazbierałam całkiem liczną gromadkę, szczególnie kosmetyków pielęgnacyjnych. Pierwszy raz od dawna miałam tak liczne grono produktów, po które sięgałam ze szczególną chęcią, a ich stosowanie nie tylko przynosiło efekty, ale było również wyjątkowo przyjemne :)


Zacznijmy od kolorówki - tutaj pojawiło się kilku ulubieńców, po których sięgam niemal codziennie. W pierwszej połowie miesiąca żelaznym zestawem był róż Africa z W7, który miałam wcześniej w formie testera, który niestety roztrzaskał się przez moją niezdarność. Tak pokochałam ten produktu, że kupiłam jego pełnowymiarowe opakowanie, jak tylko natknęłam się na nie w jednym ze sklepów internetowych. Zanim jednak dotarł do mnie nowy kartonik, sięgałam po sprawdzoną już Hervanę od Benefitu. Jak widać pudełeczka rządziły moim sercem ;)

Podobnie, choć zdecydowanie mniej dramatycznie, było w przypadku moich ulubionych cieni. W pierwszej połowie miesiąca sięgałam po paletę Naked 2 z Urban Decay, ale ponieważ korzystam z niej niemal non stop od stycznia, postanowiłam co nieco zmienić i w końcu przeprosiłam się z moją ukochaną paletą Sleeka - Oh So Special. No mówcie co chcecie, ale ja preferuję konsystencję i łatwość aplikacji właśnie cieni ze Sleek. Urban Decay jest niestety dużo bardziej problematyczne jak dla mnie.

Pozostała dwójka kolorówkowych ulubieńców, to lakier Essie z ubiegłorocznej kolekcji wakacyjnej Bikini So Teeny, w przepięknym odcieniu różu z domieszką fioletu, czyli Cascade Cool. Niedługo zaprezentuję go z bliska, bo wyjątkowo mnie urzekł i sądzę, że poszerzy grono najlepszych według mnie kolorów z Essie. Całą gromadkę uzupełnia korektor z L'Oreal w odcieniu Ivory. Stosuję go zarówno pod oczy, jak i na wypryski i w obu sytuacjach sprawdza się bardzo dobrze. Na razie nie szukam innego korektora, też w zupełności mi wystarcza!


Tak, jak zapowiadałam - grono ulubieńców w zakresie pielęgnacji jest w tym miesiącu wyjątkowo liczne. W marcu byłam wyjątkowo wierna naprawdę sporej gromadce kosmetyków, które skradły moje serce i nos ;)


Przede wszystkim - podobnie jak w lutym - z ogromną przyjemnością korzystałam z mojego prezentu walentynkowego, czyli balsamu i żelu pod prysznic z Bath & Body Works z linii Twilight Woods. Żel zaskoczył mnie swoją wysoką wydajnością, bo naprawdę sięgam po niego całkiem regularnie, a jego naprawdę niewiele ubywa. Wprawdzie i tak staram się go oszczędzać, ale wychodzi mi to z różnym skutkiem. Przyjemne doznania po prysznicu kontynuuję za pomocą balsamu z tej samej linii - uwielbiam ten zapach, a działanie balsamu na skórę jest naprawdę zaskakująco dobre.

W marcu z własnej głupoty miałam problem z przesuszoną skórą dłoni. Walczyłam z nią na różne sposoby przez około tygodnia, ale działanie regeneracyjne dla skóry wspomógł świetny peeling Flake Away z Soap & Glory, który dostałam jakiś czas temu od Hexxany. Mam miniaturkę, więc staram się go oszczędzać i używam go tylko na dłonie, ale ten produkt pachnie tak obłędnie, że z największą radością wykonałabym nim peeling całego ciała!

Niestety, o ile skóra na ciele nie płatała mi żadnych figli, tak moja cera również zaczęła nieco głupieć i w marcu, tylko się to nasiliło. Borykałam się jednocześnie z suchymi skórkami, czy nawet czasem plackami i z nadmiernym przetłuszczaniem się cery. Im bardziej ją nawilżałam, tym bardziej się przetłuszczała, im bardziej chciałam zwalczyć nieprzyjaciół i przetłuszczanie, tym bardziej się przesuszała. Na pewno nie pomógł mi w tym Effaclar Duo, który wyrządził mi więcej szkód, niż pożytku - dam mu jeszcze szansę, ale nie wróżę miedzy nami miłości. W każdym razie w walce z nadmiernym przetłuszczaniem i niedoskonałościami wspomagałam się maską oczyszczającą z Sanoflore, która jest naprawdę dobrym produktem, który bardzo dobrze wywiązuje się ze swojego zadania. Myślę, że również i o niej napiszę wkrótce parę słów.


Odnosząc się jeszcze do problemów z przesuszonymi dłońmi - najwięcej dobrego zdziałał dla mnie krem do zniszczonych dłoni Ratunek z Lirene, który zawiera 10% masła shea. Tak jak wcześniej uratował dłonie mojego chłopaka, tak teraz pięknie zajął się moimi. Jeśli natomiast chodzi o moją cerę, to z suchymi miejscami najlepiej poradził sobie lekki krem głęboko nawilżający z Pharmaceris z linii A. Naprawdę świetnie się w tej roli sprawdził. Stosuję go jako krem na noc i moja skóra jest mu naprawdę wdzięczna za odpowiedni poziom nawilżenia.

W marcu o kondycję moich ust dbał Blistex w sztyfcie. Jestem z jego działania bardzo zadowolona i choć nie zdetronizuje on mojego ulubieńca z Nivea, to jednak ma sporą szansę mu dorównać. Oprócz dobrego działania pielęgnacyjnego, uwielbiam w nim jego piękny zapach. Dla mnie pachnie jak ciasteczka waniliowe! Pyszności! :)

Ostatnimi, ale nie mniej ważnymi produktami są suche szampony Batiste. Wcześniej korzystałam z suchego szamponu z Oriflame, który był dość dobry, ale nigdy nie sądziłam, że Batiste będzie aż tak skuteczne! Małą wersję noszę ze sobą w torebce w razie awaryjnej sytuacji, natomiast dużą butelkę trzymam w łazience i ratuję się nią zawsze wtedy, kiedy mojej czuprynie przydałoby się trochę odświeżenia, a niekoniecznie mam czas na mycie głowy. Zwykle myję głowę co drugi dzień i to wystarcza, ale zdarzają się dni, kiedy włosy, mimo, że czyste są nieco przyklapnięte i nie układają się tak, jak bym chciała. Wtedy sięgam po Batiste i kryzys zażegnany ;)

No i to by było na tyle! Widzę, że wyszły mi z tego niemal mini recenzje. Ja chyba nie potrafię pisać zwięźle ;)

A jak tam Wasi ulubieńcy? Czy Wasze gromadki były w tym miesiącu równie liczne? :)
K.
Czytaj dalej

sobota, 23 marca 2013

Najciekawsze zdobycze lutego, czyli chciwość moja nie zna granic ;))

Cześć Dziewczyny!

Odkładałam to, ile się da, ale pora się przyznać - jestem zakupoholikiem i kosmetycznym chomikiem! Miesiąc luty był tego najlepszym wyrazem, dlatego w marcu starałam się dużo bardziej pilnować z całkiem przyzwoitym efektem. Ale zanim o marcu, pora przyznać się do kilku(dziesięciu?) kosmetycznych słabostek, którym uległam jeszcze w lutym. Wybrałam tylko te najciekawsze produkty, bo inaczej ten post mógłby nie mieć końca...

Dobrze, że moje denka nadal trzymają się na dobrym poziomie, bo inaczej chyba nic nie koiłoby moich wyrzutów sumienia odnośnie gromadzonych ilości. No nic, staram się teraz ograniczać zakupy pielęgnacyjne, ponieważ tego mam pod dostatkiem, podobnie jest z kolorówką. W tej chwili największą moją słabością są lakiery Essie, ale tego nawet nie mam ochoty ograniczać. Niedługo przygotuję post z moją Essiakową kolekcją, niech no tylko dotrze do mnie te kilka kolejnych sztuk, na które z utęsknieniem czekam... :)

Górne trio: Neo Whimsical, Lilacism, Muchi Muchi
Dolne trio: Status Symbol, Too Too Hot, Flawless
Where's My Chaffeur, Leading Lady, Beyond Cozy, Snap Happy
Bikini So Teeny, Cascade Cool, Off The Shoulder
Peaches and Cream, Blue Lake, Mint Sorbet

LAKIERY
Jak widać - obsESSIEja w pełni. To się już nawet nie kwalifikuje na żadne leczenie i tyle w tym temacie. Jestem maniakiem i uwielbiam tę markę.

Skusiłam się również na pastelowe trio z blogerskiej kolekcji Wibo - na pierwszy rzut poszły Peaches & Cream, Blue Lake i Mint Sorbet. Za sprawą Jamapi rodzinka już zdążyła się powiększyć, ale nie zapominajmy, że na razie rozmawiamy o lutym ;)




USTA
Jak widać w końcu uległam słynnym pomadkom Eliksir z Wibo. Opakowanie jest totalnie tandetne, ale kryje w sobie naprawdę bardzo przyjemne mazidła, które nie dość, że dobre, to jeszcze tanie, a wybór kolorów jest naprawdę bardzo przyzwoity. Dla siebie wybrałam kolory 1, 3, 4 i 7.

Wobec kuszących zewsząd promocji na moje ukochane Caresski od L'Oreal nie mogłam nie skończyć z dwoma kolejnymi kolorami. Tym razem mój wybór padł na Rose Mademoiselle oraz Rock'n'Mauve. Wszystkie moje kolory Rouge Caresse pokazywałam TUTAJ.

Żeby szminki mogły się pięknie prezentować na moich ustach nie zaszkodzi sięgnąć po kolejne mazidła przeznaczone do ich pielęgnacji. Waniliowe masełko z Nivea dołączyło do swojej malinowej koleżanki, a Blistex, to zupełna nowość w mojej kosmetyczce, ale jak już nawet mama mi go poleciła, to nie mogłam nie spróbować.






WŁOSY I CIAŁO
W końcu porwałam się na zakupy w sklepie internetowym Kalina, który jest dystrybutorem rosyjskich kosmetyków. Na razie skusiłam się na ofertę przeznaczoną przede wszystkim dla włosów - na początek szampony i odżywki z linii Objętość i Nawilżenie oraz Objętość i Odżywienie marki Natura Siberica. Oprócz tego przygarnęłam również, polecane przez blogerki, maskę drożdżową oraz tonik przeciwko wypadaniu włosów z Receptur Babuszki Agafii. Do tego dorzuciłam samotny produkt do twarzy, czyli glinkę z Morza Martwego.

Produkty marki Orientana otrzymałam do przetestowania od Pani Anny, właścicielki marki Orientana. Wybrałam dla siebie maskę z algami filipińskimi i aloesem (recenzja TUTAJ) oraz olejek do ciała o zapachu jaśminu indyjskiego.

Jakiś czas temu napisała do mnie również Vincy, która reprezentuje markę Sigma Beauty, proponując dołączenie do programu Sigma Affiliate. Po wymianie kilku maili, ostatecznie zdecydowałam się spróbować, a jako prezent powitalny otrzymałam dwa pędzelki Sigma - flat top F80 oraz pędzel do rozcierania E25.

Last but not least, to element materialny prezentu walentynkowego od mojego ukochanego. Za każdym razem zaskakuje mnie to, jak dobrze mnie zna i wie, co mogłoby mi się spodobać. Poza zaproszeniem do teatru na Annę Kareninę dostałam od niego żel pod prysznic i balsam z mojej ukochanej linii Twilight Woods z Bath & Body Works. Co najlepsze - M. nie wiedział nawet, że mam wodę toaletową z tej serii! Tym bardziej jestem pełna podziwu, że wśród tak bogatego wyboru zapachów, trafił tak idealnie! <3

***
Chyba wystarczy już tego chwalenia się, co? Na pewno wszystko - prędzej czy później - zobaczycie na blogu z bliska. Pytanie tylko, kiedy ja zdążę pokazać Wam te wszystkie lakiery! Jak tak dalej pójdzie, to żarty żartami, ale naprawdę przemianuję się na blog lakierowy ;))))

Co Wam szczególnie wpadło w oko?
...i pytanie prowokacja...
Jak bardzo chcecie popatrzeć na Essie? ;)

K.
Czytaj dalej

czwartek, 7 marca 2013

L'Oreal - Rouge Caresse - 101 Tempting Lilac, 301 Dating Coral, 203 Rock'n'Mauve, 04 Rose Mademoiselle [swatche]

Cześć Dziewczyny!

Dzisiaj ostatnio kusicielski post, związany z rozpoczęciem promocji na różne marki makijażowe w Hebe (dzisiaj -40% na Max Factor, jutro -40% na Revlon itd). W związku z tym, że w poniedziałek wypada promocja na markę L'Oreal, dzisiaj przedstawię Wam moje ulubione ostatnio pomadki, które z miejsca zawładnęły moim sercem. Mowa oczywiście o L'Oreal Rouge Caresse, które posiadam w czterech odcieniach, a przed zakupem kolejnych odcieni powstrzymują mnie jedynie resztki zdrowego rozsądku ;)

W mojej kosmetyczce znajdziecie cztery odcienie: 101 Tempting Lilac, 301 Dating Coral, 203 Rock'nMauve oraz 04 Rose Mademoiselle. Zdjęcia zbiorowe robiłam jeszcze przed zakupem 203, ale znajdziecie jej prezentację na końcu posta. Generalnie wrażenie co do każdej z pomadek mam bardzo zbliżone, więc potraktujcie to jako recenzję całej serii.


EFEKT: Pomadki należą do kategorii pomadek nawilżających, więc musicie się liczyć z tym, że kolor, który dzięki nim uzyskacie, będzie dużo mniej intensywny, niż w przypadku klasycznych pomadek. Rouge Caresse rzeczywiście nawilżają usta i choć balsamu nie zastąpią, to jednak z pewnością nie przesuszą nam ust. Pięknie podkreślają naturalną urodę ust, sprawiają, że są miękkie i nabłyszczone, nadają im kolor, nadal zachowując przy tym delikatny efekt.

To, co ja w nich lubię, to właśnie nabłyszczenie, które sprawia, że usta wyglądają zdrowo i naprawdę nie muszę się martwić, czy moja pomadka właśnie nie zaczęła nieestetycznie znikać. Przy Rouge Caresse w ogóle nie zobserwowałam takiego zjawiska, ponieważ kolor ładnie trzyma się ust, a gdy już znika, to robi to bardzo równomiernie, nie zostawiając na ustach żadnych plam.


TRWAŁOŚĆ: Zależna od koloru. Jaśniejsze, czy też bardziej przejrzyste odcienie, trzymają się na moich ustach około 3-4h. Dużo i mało. Wystarczająco, jak na pomadki nawilżające, mało, jeśli mierzyć je miarą klasycznych pomadek. Co ważne, w przypadku naturalnych odcieni, poprawianie makijażu ust i dokładnie kolejnej warstwy w zasadzie nie wymaga lusterka. Ja traktuję je prawie jak lekko barwiony balsam do ust.

Z intensywnych odcieni mam właściwie tylko jeden - Rock'n'Mauve, który zadziwił mnie swoją trwałością, ponieważ trzyma się na moich ustach ok.5-6h i to naprawdę w dobrym stanie. Nawet jakieś drobne przekąski i herbata nie są mu straszne.


KONSYSTENCJA: Rouge Caresse mają formę zwartego sztyftu, który nie jest zbyt podatny na ciepło i nie rozpuszcza się tak łatwo, jak masełka z Revlonu. Mimo "gęstej" konsystencji z łatwością suną po ustach, a aplikowanie ich jest ogromną przyjemnością. Z tego też powodu Caresski przypadły mi go gustu bardziej, niż masełka Revlonu - po prostu są bardziej komfortowe w aplikacji i noszeniu.

Dating Coral, Rose Mademoiselle, Tempting Lilac
OPAKOWANIE: Pomadki znajdują się w przezroczystym opakowaniu z grubego plastiku, które teoretycznie mogłoby się wydawać tandetne, ale dzięki złotawym wykończeniom sprawiają jednak wrażenie ekskluzynych, a nawet luksusowych. Plastik jest naprawdę gruby i odpowiednio ciężki. Myślę, że dobrze zabezpiecza produkt przed skutkami ewentualnego upadku.

Na spodzie opakowania mamy naklejkę, która informuje nas o kolorze, który posiadamy - znajduje się na niej zarówno numerek, jak i nazwa pomadki. Natomiast wierzch nakrętki ma kolor, zbliżony do koloru sztyftu, co jeszcze bardziej ułatwia szybką identyfikację w kosmetyczce :)


CENA/DOSTĘPNOŚĆ: regularna cena, to ok.45zł, ale dość często są na nie promocje do 30%; dostępne są chyba wszędzie - w Rossmanach, w Naturach, w Hebe czy Super-Pharm;

Tytułem wstępu - ponownie zwracam Waszą uwagę na to, że - zwłaszcza przy tak przejrzystych kolorach - ostateczny efekt jest zależny od indywidualnej czerwieni wargowej. Moje usta mają naturalnie dość różowy kolor, nie są ani przesadnie jasne, ani zbyt mocne. To, co na moich ustach wygląda tak, jak niżej u Was może się nieco różnić, czego najlepszym przykładem jest efekt pomadki Rose Mademoiselle na moich ustach, a na ustach Agaty (KLIK).

Dodam też, że nie powinnyście się zrażać kolorem pomadek patrząc tylko na sztyft, bo te wydają się być ciemne, intensywne i bardzo wyraziste, ale na ustach dają naprawdę półprzejrzysty efekt, co zdecydowanie wpływa na ich odbiór.

ROSE MADEMOISELLE


Rose Mademoiselle na moich ustach jest mało widoczna. Nadaje im raczej poświatę koloru, niż rzeczywiście je barwi, dlatego w moim przypadku jest to świetny wybór do codziennego makijażu, w szczególności do pracy. Mimo jej nawilżającej formuły, sporadycznie zdaża jej się wchodzić w załamania podczas aplikacji, jednak wystarczy rano zrobić ekspresowy peeling ust szczoteczką do zębów (dosłownie dwa-trzy ruchy), żeby wszystko się dobrze ułożyło.



TEMPTING LILAC


Tempting Lilac jest chyba moją ulubioną pomadką z tej serii. Wygląda na ustach bardzo naturalnie, delikatnie tonuje ich kolor i właściwie daje efekt zbliżony do pomadki ochronnej, ale dużo bardziej estetyczny, mniej mokry. Naprawdę trudno pokazać to na zdjęciu, ale ten efekt bardzo mi odpowiada. Kolorystycznie - Temptin Lilac jest porównywana do Airy Fairy i coś w tym na pewno jest, ponieważ jest to podobna rodzina kolorów, jednak AF jest na moich ustach dużo bardziej widoczna - i choć również jest świetna na dzień, to czasami TL jest po prostu dużo lepszym wyborem. Nie wchodzi w załamania i idealnie oddaje efekt my lips but better bez większych zmian koloru.



DATING CORAL


Dating Coral obok Tempting Lilac robi chyba największą karierę na blogach, ale szczerze przyznam, że nie jest to moja ulubienica. Właściwie to bardzo rzadko po nią sięgam i jeśli nie polubimy się wiosną, to nie polubimy się chyba wcale. Przede wszystkim niezbyt odnajduję się w takiej kolorystyce, zarówno na ustach, jak i w ogóle w makijażu - znowu przekonuję się, że wolę chłodniejsze odcienie. Po drugie - Dating Coral jakby też za mną nie przepada, ponieważ jako jedyna z moich Caressek lubuje się w zbieraniu się w załamaniach już podczas aplikacji, dlatego nakładam ją tylko na usta nawilżone wcześniej balsamem. Na moich ustach wygląda ona hmm dziwnie. Nadaje im lekko pomarańczowawo-czerwony kolor, ale wciąż przebija spod niego mój naturalny różowy kolor, co raczej nie jest najlepszym połączeniem.



ROCK'N'MAUVE


Rock'n'Mauve, to mój najświeższy nabytek, dosłownie sprzed tygodnia, dlatego trudno mi za nią ręczyć głową (:P). Zależało mi na wspólnej prezentacji wszystkich posiadanych przeze mnie kolorów, a ponieważ pierwsze wrażenia mam właściwie takie same, jak o Tempting Lilac, to przewiduję, że ten kolor rychło trafi na listę ulubieńców. Pomadka jest baaardzo kremowa, świetnie się aplikuje i mimo, że kolor jest dużo bardziej intensywny, niż w przypadku poprzednich trzech, to wygląda on na ustach naprawdę bardzo korzystnie. Nie osiada w załamaniach, nie ściera się zbyt szybko i schodzi równomiernie. Nigdy nie spodziewałabym się, że tak dobrze będę się czuć w kolorze z tak dużą ilością fioletowego pigementu. Póki co jestem też miło zaskoczona dużo lepszą trwałością tego koloru. Mam nadzieję, że to dobre wrażenie się utrzyma! :)



I jak Wam się podobają moje Caresski? Ja jestem w nich absolutnie zakochana i ciągle mam ochotę na więcej! Dobrze, że często trafiają się na nie promocje, bo cena ok.20-30zł jest już ceną bardzo do przyjęcia przy tak dobrej jakości tych produktów. Coraz rzadziej sięgam teraz po mocno kryjące mazidła, odkąd odkryłam komfort noszenia koloru, który nie jest równoznaczny z wysuszeniem ust! :)

Czujecie się skuszone? :)
K




Czytaj dalej
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Blog template designed by SandDBlast