Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzycznie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzycznie. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 18 lutego 2013

Niekosmetycznie: Rocket Festiwal - 16.02.2013

Cześć Dziewczyny!

Te z Was, które śledzą mój fanpage na Facebook'u prawdopodobnie wiedzą, że w sobotę miałam okazję uczestniczyć w rockowym (mini)festiwalu - Rocket Festiwal, który odbywał się na warszawskim Torwarze. Dzisiaj chciałabym się podzielić z Wami wrażeniami na temat koncertów najważniejszych gwiazd tego eventu, czyli happysad, Luxtorpedy, Hey oraz Comy.

O festiwalu.
Rocket Festiwal, to nowy projekt, który - przynajmniej w tej edycji - zakładał zebranie na jednej scenie kilku najbardziej interesujących zespołów rockowych i okołorockowych, pojawiających się obecnie na polskiej scenie. W tym roku postawiono aż na 7 zespołów. Poza wspomnianą wyżej czwórką pojawili się również Chemia, Rust i Łąki Łan. Tych trzech wykonawców pominęłam z pełną premedytacją, choć może powinnam żałować, bo obiło mi się o uszy, że wcale nie odstawali od całej reszty (w szczególności Łąki Łan, jak można sądzić po komentarzach na fb). :)

Sam festiwal wypatrzyłam nieco przypadkiem, nie spotkałam się z żadną jego reklamą poza kilkoma plakatami przy wyjeździe z parkingu w Arkadii. Zaskoczył mnie nie tylko termin (mało takich eventów odbywa się zimą, zwykle organizatorzy obstawiają imprezy na świeżym powietrzu), ale przede wszystkim, nazwijmy to - stężenie fenomenalnych zespołów na metr kwadratowy, a cena biletów była już tylko wisienką na torcie! 80 zł nie wystarczyłoby prawdopodobnie nawet na dwie płyty CD któregokolwiek z tych zespołów, a i sami wykonawcy na trasach solowych prawdopodobnie cenią się w okolicach połowy tej kwoty, więc jakby nie było już na starcie mieli u mnie plusa! :)

Na organizację można by pomarudzić, że piwo nienajlepsze, że do połowy kubków, że skończyły się zapiekanki, a aparaty trzeba było oddawać do depozytu, czy nawet, że na Torwarze było duszno (sorry, tam zawsze jest duszno - dwukrotnie byłam tam na Placebo i wychodziłam dosłownie oblepiona tym, co aktualnie miałam na sobie...). Największym jednak zarzutem z mojej strony jest usytuowanie Comy na końcu line up'u. Nie zasłużyli, nie po tym, co pokazali...

W ramach szybkiej orientacji - każdego z tych zespołów słucham, ale nie jestem zbyt wielką fanką, w sensie kupowania płyt, czy chodzenia na koncerty (chyba, że przy okazji, ale i to nie zawsze wychodzi - Luxtorpedę odpuściłam wcześniej dwukrotnie - na Sonisphere i Ursynaliach - o ja głupia!), tutaj posiłkuję się raczej Eską Rock, Rebel.TV, a przede wszystkim YouTube. Znam mniej lub więcej kawałków, ale daje mi to jako taki pogląd na rodzaj muzyki, którą te zespoły grają. A przynajmniej tak mi się wydawało...

happysad / fot.Karotka
Happysad.
Bardzo pozytywny występ! Świetnie się bawiłam przy ich muzyce, znałam mniej więcej połowę kawałków, a te których nie znałam i tak wpadały w ucho i sprawiały, że nóżka sama chodziła. Stworzyli bardzo dobry klimat i zwyczajnie przyjemnie było i popatrzeć i posłuchać. Może tylko zabrakło mi Made in China, ale Taką Wodą Być, skutecznie przyćmiło mi ten brak. Nie bardzo tylko rozumiem diss, że Warszawa jest stolicą country... :P

Luxtorpeda / fot. Karotka
Luxtorpeda.
O nich mogłabym pisać i pisać, ale jeśli podoba Wam się choć jeden ich kawałek, to po prostu idźcie na ich koncert! Chłopaki dają czadu jak mało kto i dla mnie był to najlepszy koncert tego wieczoru. Jak wcześniej lubiłam Luxtorpedę, tak teraz oficjalnie stwierdzam, że Luxtorpedą się jaram! :) Genialnym posunięciem było otwarcie koncertu jednym z ich najbardziej znanych kawałków - Hymnem. Po tym jak już cały Torwar chóralnie wyśpiewał, że Wiara Siła Męstwo, to nasze zwycięstwo, mogli zagrać cokolwiek. Mogli zagrać byle jak, ale zagrali najlepiej, jak potrafią, zagrali absolutnie genialnie. Jakość, charyzma, brzmienie - wszystko najwyższych lotów. Każdy jeden kawałek wpadał w ucho, a po wysłuchaniu pierwszego refrenu, nawet osoba nie znająca wszystkich kawałków śpiewała razem z Hansem i Litzą. Gdzieś w środku koncertu pojawiły się też Wilki Dwa, a na sam koniec poczęstowano nas Autystycznym.

Bardzo mi się podobało to, że Litza i Hans zapowiadali niemal każdy kawałek z tytułu i wyjaśniając w dwóch słowach o czym on jest. Często zdarzało się też, że Litza intonował refren danego kawałka, dzięki czemu szybko można było podłapać co śpiewać ;) Tym koncertem panowie zachęcili mnie do bliższej i głębszej znajomości z ich pozostałymi utworami i zwróceniem jeszcze mocniej uwagi na ich teksty, bo widać, jak one są ważne dla autora. Z pewnością pójdę na kolejny ich koncert i cieszę się, że szykuję powoli nową płytę!

Moim skromnym zdaniem miarą artysty jest to, jak gra na żywo. A Luxtorpeda na żywo grała tak samo doskonale, jak na płycie. A może i lepiej! Połączenie rozdartego do bólu Litzy (serio do bólu, mi to już głosu brakowało, żeby mu dorównać!) i rapującego Hansa, to dla mnie totalny majstersztyk.

Hey / fot. Karotka
Hey.
Największy zarzut, jak słyszałam, to to, że zbyt mocno promowali swój nowy album, ale mi to akurat nie przeszkadzało. Nawet ja, jako osoba, która nową płytę przesłuchała w całości raz, byłam ustatysfakcjonowana doborem repertuaru. Owszem nie był to może występ idealny, czasami odrobinę trącało nudą, ale i tak słuchało się przyjemnie i jak tylko przez głowę przebiegła mi myśl, że może już za dużo tych nowości, od razu pojawiało się coś, co większość bardzo dobrze znała. Pojawiły się więc nie tylko Do Rycerzy, Do Szlachty, Do Mieszczan, ale i Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy!, Muka, Umieraj Stąd, czy Teksański. Przyznam, że po cichu liczyłam na trochę więcej, ale sam klimat koncertu był bardzo fajny, niestety dźwiękowcy przekombinowali i momentami Kaśka była zwyczajnie zagłuszana przez instrumenty, co znacznie utrudniało odbiór. Mimo to, jestem całkiem zadowolona.

Coma / fot. Karotka
Coma.
Lubię Comę. I może na tym powinnam zakończyć, żeby nie poleciały bluzgi (jak w sobotę...). Dajmy na to, że dyplomatycznie określę ten koncert największą porażką tego festiwalu. TRA-GE-DIA! Jestem koszmarnie zawiedziona i czuję się zwyczajnie oszukana.

TO COŚ, nie miało prawa zaistnieć jako koncert festiwalowy, na którym oczywistym jest, że mamy do czynienia z wymieszaną publicznością. To nie są tylko fani, którzy kupują płyty i chodzą na koncerty. To są również ludzie, którzy znają Comę przykładowo z radia, a na koncert trafili przy okazji festiwalu i chęci zobaczenia kilku zespołów, trzeba więc wziąć pod uwagę oczekiwania takiej zbieraniny ludzi. A oczekiwania są takie, żeby usłyszeć kawałki, dzięki którym Comę w ogóle kojarzą. A tych mało nie jest, w końcu każdy, kto choć trochę zna się na polskiej muzyce rockowej kojarzy Spadam, Leszka Żukowskiej, Los Cebula i Krokodyle Łzy, Na Pół, czy Feel The Music's Over... No właśnie, żadnego z tych kawałków nie zagrali. Mało tego, nie zagrali żadnego kawałka, który bym znała. A nawet jeśli znałam, to bełkot Roguckiego, w połączeniu z koszmarnym nagłośnieniem (po stokroć gorszym, niż na Hey), powodował, że wszystkie kawałki zlewały się w jeden wielki jazgot i nie ogarniałam nawet tego, czy Roguc śpiewa po polsku, czy po angielsku...

Ach, no tak! Jazgot, bo Coma, którą znacie z radia, to zupełnie inna Coma. Coma koncertowa, którą zobaczyłam, to zespół, który zachowuje się jakbym gardził swoim dorobkiem, który przyniósł im medialną popularność i gra tylko i wyłącznie ciężkie i mocne utwory, których w radiu nie uświadczycie. Tym mocniej jestem zawiedziona, bo znając jako tako singlową Comę spodziewałam się czegoś zupełnie innego (a na Cebulę nastawiałam się jak głupia!)... I nie zrozumcie mnie źle - lubię ciężkie granie (w tym roku po raz trzeci trafię na Slayera :D) i bywam na koncertach zespołów, których twórczości nie znam, bądź prawie nie znam, ale wtedy z pełną świadomością liczę się z tym, że co będzie, to będzie.

Może i to ciężkie granie miałoby szansę mi się spodobać, gdyby było lepiej nagłośnione (nie głośniej, wyraźniej panowie, wyraźniej!) i byłoby przeplatane czymś, co znam. Wtedy miałabym szansę rozróżnić kolejne utwory, może wyłapać coś dla siebie, ale najwyraźniej Coma komercyjna, to coś, czego panowie się wstydzą. Pomijając masakryczną oprawę (koszmarny dźwięk i męczące oświetlenie), ten koncert mógłby się wydarzyć na koncercie klubowym dla prawdziwych fanów, którzy tę twórczość świetnie znają. Ale na festiwalu wybór takiego repertuaru był porażką, bo zamiast zachęcić, tylko zniechęcił do pogłębiania znajomości z ich twórczością, czego wyrazem były opustoszałe trybuny i płyta. Im bliżej końca koncertu, tym więcej ludzi machało ręką i opuszczało Torwar. Myślę, że to najlepszy komentarz.

Moje rozżalenie potęguje jeszcze mocniej fakt, że kolejnego dnia, czyli w niedzielę, zespół grał koncert, na którym Los Cebula... i Spadam oczywiście się pojawiły...

***

Rozpisałam się o największym zawodzie, więc czuję, że jeszcze raz muszę zaznaczyć, że z samego festiwalu jako całości jestem bardzo zadowolona i będę go miło wspominać. Na pewno jeszcze raz wybiorę się na happysad i Luxtorpedę, bo te zespoły zdecydowanie potrafiły sprzedać to, co grają i zainteresować sobą w jeszcze większym stopniu, niż dotychczas. Hey, to Hey. To klasyk i Hey'a się po prostu zna, czego by nie grali. A na Comę jestem zwyczajnie obrażona i mam w czterech literach ich płyty i koncerty, nawet pomimo głosów, że ten występ był wypadkiem przy pracy, na kolejny ich koncert prędko się nie wybiorę. Chyba, że za darmo (w sensie Juwenaliów)...

Za Rocket Festiwal trzymam kciuki i chętnie wybiorę się również na kolejną edycję tej imprezy, a póki co, sezon koncertowy uważam za otwarty! Kolejne w planach są koncerty Pezeta (i naszego dalszego znajomego Zaginionego, który będzie go supportować) oraz Impact Festival (Rammstein, Slayer, Korn, 30STM). Na te koncerty już mam bilety, więc teraz wszystkie siły skupiam na tym, żeby wypalił również wyjazd na Open'Era, który w tym roku znów postawił na line up godny jednego z najlepszych europejskich festiwali. Zrobię wszystko, żeby być na Kings of Leon, ale jeśli przy okazji uda się zahaczyć o Editorsów, to będę wyjątkowo uradowana! Tylko nie wiem, czy po tym wszystkim zostaną mi jeszcze środki na Ursynalia i Orange... Może powinnam się modlić, żeby nie ogłosili już żadnych wykonawców, których chciałabym zobaczyć tak mocno, że wolałabym jeść suchy chleb, niż nie kupić biletów... ;))

Uff! Długa ta notka, ale objawy prywaty są czasem dobre dla blogów, a nic innego nie przybliży Wam tak bardzo mojej osoby, jak moja muzyka. Tym bardziej, że moim -swego rodzaju - mottem jest life should have a soundtrack ;)

Pozdrawiam wszystkich wytrwałych, którzy przez to przebrnęli! :D
K.

P.S. Jeśli nie znacie Hymnu, to nadrabiajcie! :)



Czytaj dalej

sobota, 22 września 2012

Niekosmetycznie: Coldplay put a smile upon my face ;)

Cześć Dziewczyny!

Część z Was z pewnością już wie, że w środę miałam wielką przyjemność zobaczyć na żywo jeden z moich ulubionych zespołów, czyli Coldplay! Jednak do tej pory jestem pod tak ogromnym wrażeniem, że postanowiłam przelać nieco swoich wspomnień w tym miejscu! :)

źródło:  http://www.coldplay.com/newsdetail.php?id=1082
Przede wszystkim, to nie był pierwszy koncert na jakim byłam i do tej pory byłam przekonana, że to, co Metallica robi na koncertach z kawałkiem One, to jest jedyne słuszne mistrzostwo świata. Dzisiaj już wiem, że pierwsze miejsce musi być ex aequo ;) To, co chłopaki z Coldplay wyprawiali na koncercie w Warszawie, zarówno muzycznie, jak i z całą imponującą oprawą, naprawdę zasługuje na podziw! Ale po kolei!

MUZYCZNIE
Jeśli chodzi o repertuar (ale to drętwo brzmi w kontekście TAKIEGO koncertu ;)), uważam, że chłopaki zagrali naprawdę spójny i świetny koncert. Nie wymieniłabym chyba żadnego kawałka, każdy był na swoim miejscu. Oczywiście zagrali praktycznie wszystkie swoje najważniejsze kawałki, jak choćby In My Place, The Scientist, Yellow, Viva La Vida czy Speed Of Sound, z czego nie sposób się nie ucieszyć, tym bardziej, że Coldplay słucham nie od dziś i to przede wszystkim optymistycznymi Yellow i In My Place, a także rozbrajającymi The Scientist i Fix You zdobyli sobie moje serce. 

Jeśli już polubię jakiś zespół, to jestem wobec niego bezkrytyczna. I dobrze mi z tym. Bo naprawdę podoba mi się każda jedna z coldplay'owych płyt, a najnowsza - Mylo Xyloto -  niezmiennie wprawia mnie w dobry nastrój i po prostu szalenie przyjemnie mi się jej słucha. Z tego też powodu, przed koncertem przestudiowałam ją wzdłuż i wszerz. Ku mojej radości na Narodowym usłyszałam wszystkie najlepsze, moim zdaniem, kawałki z tego krążka, w szczególności moją ulubioną kołysankę (to dla mnie najlepsze określenie, nic tylko się wyciszyć i pobujać do snu ;)) Us Against The World. Oczywiście chłopaki zagrali również wszystkie dotychczasowe single z MX, w tym również ostatni - Princess of China z wizualizacją Rihanny na dwóch, czy trzech telebimach ;)


Wiem, że mnóstwo osób podchodzi sceptycznie do ostatniego ich wydawnictwa, ale powiem Wam coś - jeśli tylko z tego powodu nie poszliście na koncert, to macie czego żałować! I zapewniam Was, będziecie żałować do końca życia! :P

Ktoś gdzieś kiedyś napisał, że Coldplay jest zespołem, który fantastycznie sprawdza się na dużych scenach i nagrywa kawałki, które aż się proszą o odśpiewanie ich na stadionach. Takie, które niemal pretendują do miana hymnów. Tak też było z charakterystyczną "przyśpiewką" ("ooo..." ;] kto zna ten kawałek, nie powinien mieć problemów z rozpoznaniem, o który fragment mi chodzi ;)) w Viva La Vida. Nie dość, że cały Stadion śpiewał, ile sił było w płucach w trakcie koncertu, to śpiewaliśmy ten swoisty "hymn" również po koncercie stojąc w kolejce do wyjścia, a także idąc sobie w stronę Centrum Mostem Poniatowskiego. Wrażenia niezapomniane! :)


Jeśli chodzi o wykonanie - rewelacja! Moim zdaniem Martin na żywo brzmi nawet lepiej niż na płytach, na tyle, na ile to w ogóle jest możliwe! Niesamowity głos, niesamowity żywioł, emocje na dłoni i fantastyczny kontakt z publicznością - tak w skrócie można go opisać! Zresztą cały zespół grał tak, że nawet największemu sztywniakowi nóżki się po prostu same by się uginały i gibały (Król Julian byłby dumny!;)). Nawet nie wiem, kiedy przestałam zwracać uwagę na ludzi wokół mnie, koncentrując się tylko na muzyce i na tym co widziałam wokół siebie (patrz: oprawa!).

Można by się czepiać, że czegoś tam nie zagrali, ale mi nie brakowało żadnego kawałka i jedynym, który przychodził mi do głowy po dłuższym zastanowieniu był Shiver. I tylko to. Resztę zaczęłam rozważać dopiero wczoraj, przesłuchując kolejny raz starsze płyty. Nadal jednak twierdzę, że wszystko było na swoim miejscu, a proporcje między starymi a nowymi kawałki były świetnie zachowane.


WIZUALNIE
O tym mogłabym się rozpisywać długo i namiętnie, bo oprawa koncertu, to było po prostu coś pięknego, nie wiem tylko, czy nie zanudziłabym Was tym na śmierć. Poza tym, żeby to poczuć, trzeba było tam być.

Mogę Wam jedynie powiedzieć, że po wejściu na Stadion, każdy uczestnik koncertu otrzymywał specjalne bransoletki, które miały w środku diody, które cudownie migały w trakcie koncertu we wspólnym rytmie. To był piękny i szalenie imponujący widok widzieć na około siebie cały stadion migających kolorowych diodek. Zarówno na płycie, jak i na caluteńkich trybunach. Morze światełek! Był też deszcz konfetti, wycinanego w różne kształty, m.in. M i X, dokładnie takie, jak na okładce Mylo Xyloto :) Chwilami trudno było zobaczyć cokolwiek, co się działo kilka metrów dalej, ponieważ ten "deszcz" był wypuszczany chyba z każdego punktu technicznego na płycie stadionu. Efekt nieziemski!


Poza tym mnóstwo laserów, trochę fajerwerków, mnóstwo balonów, zwłaszcza tych żółtych, wypuszczonych w trakcie Yellow <3 I mnóstwo innych, równie neonowych atrakcji! No i chłopaki, którzy wyrastali nagle między publicznością w różnych miejscach, grając kolejne kawałki...

Jestem absolutnie zadowolona i zachęcam Was do przeglądania filmików na YouTube, żebyście choć trochę mogły/mogli nacieszyć oczy, a ja zostawiam Was z kilkoma moimi marnymi zdjęciami, a po te lepszej jakości i lepiej oddające klimat odsyłam na CGM - http://www.cgm.pl/galeria,25397,15.html

Stay tuned, niedługo znowu wrócimy do recenzji ;)
K.


Czytaj dalej

środa, 1 sierpnia 2012

Niekosmetycznie: Zanim pojawią się recenzje...

...muszę podzielić się z Wami dwoma piosenkami, które uczepiły się mojego ucha i nawet jeśli nie lecą z komputera, to i tak podśpiewuję je sobie pod nosem. A jak już się przyczepiło, to podam dalej, mimo, że żadne to nowości :)

Enjoy,
K.
Po pierwsze - uouowanie... ;)
...i po drugie - gitarowe plumkanie! :)
P.S. Jeśli spodobały Wam się te kawałki, to zapraszam Was również na fanpage bloga (okno po lewej), na którym zamieszczam czasem takie czepialskie kawałki, jako song of the day :)
źródło
Czytaj dalej
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Blog template designed by SandDBlast