Cześć Dziewczyny!
Te z Was, które śledzą mój fanpage na Facebook'u prawdopodobnie wiedzą, że w sobotę miałam okazję uczestniczyć w rockowym (mini)festiwalu - Rocket Festiwal, który odbywał się na warszawskim Torwarze. Dzisiaj chciałabym się podzielić z Wami wrażeniami na temat koncertów najważniejszych gwiazd tego eventu, czyli happysad, Luxtorpedy, Hey oraz Comy.
O festiwalu.
Rocket Festiwal, to nowy projekt, który - przynajmniej w tej edycji - zakładał zebranie na jednej scenie kilku najbardziej interesujących zespołów rockowych i okołorockowych, pojawiających się obecnie na polskiej scenie. W tym roku postawiono aż na 7 zespołów. Poza wspomnianą wyżej czwórką pojawili się również Chemia, Rust i Łąki Łan. Tych trzech wykonawców pominęłam z pełną premedytacją, choć może powinnam żałować, bo obiło mi się o uszy, że wcale nie odstawali od całej reszty (w szczególności Łąki Łan, jak można sądzić po komentarzach na fb). :)
Sam festiwal wypatrzyłam nieco przypadkiem, nie spotkałam się z żadną jego reklamą poza kilkoma plakatami przy wyjeździe z parkingu w Arkadii. Zaskoczył mnie nie tylko termin (mało takich eventów odbywa się zimą, zwykle organizatorzy obstawiają imprezy na świeżym powietrzu), ale przede wszystkim, nazwijmy to - stężenie fenomenalnych zespołów na metr kwadratowy, a cena biletów była już tylko wisienką na torcie! 80 zł nie wystarczyłoby prawdopodobnie nawet na dwie płyty CD któregokolwiek z tych zespołów, a i sami wykonawcy na trasach solowych prawdopodobnie cenią się w okolicach połowy tej kwoty, więc jakby nie było już na starcie mieli u mnie plusa! :)
Na organizację można by pomarudzić, że piwo nienajlepsze, że do połowy kubków, że skończyły się zapiekanki, a aparaty trzeba było oddawać do depozytu, czy nawet, że na Torwarze było duszno (sorry, tam zawsze jest duszno - dwukrotnie byłam tam na Placebo i wychodziłam dosłownie oblepiona tym, co aktualnie miałam na sobie...). Największym jednak zarzutem z mojej strony jest usytuowanie Comy na końcu line up'u. Nie zasłużyli, nie po tym, co pokazali...
W ramach szybkiej orientacji - każdego z tych zespołów słucham, ale nie jestem zbyt wielką fanką, w sensie kupowania płyt, czy chodzenia na koncerty (chyba, że przy okazji, ale i to nie zawsze wychodzi - Luxtorpedę odpuściłam wcześniej dwukrotnie - na Sonisphere i Ursynaliach - o ja głupia!), tutaj posiłkuję się raczej Eską Rock, Rebel.TV, a przede wszystkim YouTube. Znam mniej lub więcej kawałków, ale daje mi to jako taki pogląd na rodzaj muzyki, którą te zespoły grają. A przynajmniej tak mi się wydawało...
Happysad.
Bardzo pozytywny występ! Świetnie się bawiłam przy ich muzyce, znałam mniej więcej połowę kawałków, a te których nie znałam i tak wpadały w ucho i sprawiały, że nóżka sama chodziła. Stworzyli bardzo dobry klimat i zwyczajnie przyjemnie było i popatrzeć i posłuchać. Może tylko zabrakło mi Made in China, ale Taką Wodą Być, skutecznie przyćmiło mi ten brak. Nie bardzo tylko rozumiem diss, że Warszawa jest stolicą country... :P
Luxtorpeda.
O nich mogłabym pisać i pisać, ale jeśli podoba Wam się choć jeden ich kawałek, to po prostu idźcie na ich koncert! Chłopaki dają czadu jak mało kto i dla mnie był to najlepszy koncert tego wieczoru. Jak wcześniej lubiłam Luxtorpedę, tak teraz oficjalnie stwierdzam, że Luxtorpedą się jaram! :) Genialnym posunięciem było otwarcie koncertu jednym z ich najbardziej znanych kawałków - Hymnem. Po tym jak już cały Torwar chóralnie wyśpiewał, że Wiara Siła Męstwo, to nasze zwycięstwo, mogli zagrać cokolwiek. Mogli zagrać byle jak, ale zagrali najlepiej, jak potrafią, zagrali absolutnie genialnie. Jakość, charyzma, brzmienie - wszystko najwyższych lotów. Każdy jeden kawałek wpadał w ucho, a po wysłuchaniu pierwszego refrenu, nawet osoba nie znająca wszystkich kawałków śpiewała razem z Hansem i Litzą. Gdzieś w środku koncertu pojawiły się też Wilki Dwa, a na sam koniec poczęstowano nas Autystycznym.
Bardzo mi się podobało to, że Litza i Hans zapowiadali niemal każdy kawałek z tytułu i wyjaśniając w dwóch słowach o czym on jest. Często zdarzało się też, że Litza intonował refren danego kawałka, dzięki czemu szybko można było podłapać co śpiewać ;) Tym koncertem panowie zachęcili mnie do bliższej i głębszej znajomości z ich pozostałymi utworami i zwróceniem jeszcze mocniej uwagi na ich teksty, bo widać, jak one są ważne dla autora. Z pewnością pójdę na kolejny ich koncert i cieszę się, że szykuję powoli nową płytę!
Moim skromnym zdaniem miarą artysty jest to, jak gra na żywo. A Luxtorpeda na żywo grała tak samo doskonale, jak na płycie. A może i lepiej! Połączenie rozdartego do bólu Litzy (serio do bólu, mi to już głosu brakowało, żeby mu dorównać!) i rapującego Hansa, to dla mnie totalny majstersztyk.
Hey.
Największy zarzut, jak słyszałam, to to, że zbyt mocno promowali swój nowy album, ale mi to akurat nie przeszkadzało. Nawet ja, jako osoba, która nową płytę przesłuchała w całości raz, byłam ustatysfakcjonowana doborem repertuaru. Owszem nie był to może występ idealny, czasami odrobinę trącało nudą, ale i tak słuchało się przyjemnie i jak tylko przez głowę przebiegła mi myśl, że może już za dużo tych nowości, od razu pojawiało się coś, co większość bardzo dobrze znała. Pojawiły się więc nie tylko Do Rycerzy, Do Szlachty, Do Mieszczan, ale i Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy!, Muka, Umieraj Stąd, czy Teksański. Przyznam, że po cichu liczyłam na trochę więcej, ale sam klimat koncertu był bardzo fajny, niestety dźwiękowcy przekombinowali i momentami Kaśka była zwyczajnie zagłuszana przez instrumenty, co znacznie utrudniało odbiór. Mimo to, jestem całkiem zadowolona.
Coma.
Lubię Comę. I może na tym powinnam zakończyć, żeby nie poleciały bluzgi (jak w sobotę...). Dajmy na to, że dyplomatycznie określę ten koncert największą porażką tego festiwalu. TRA-GE-DIA! Jestem koszmarnie zawiedziona i czuję się zwyczajnie oszukana.
TO COŚ, nie miało prawa zaistnieć jako koncert festiwalowy, na którym oczywistym jest, że mamy do czynienia z wymieszaną publicznością. To nie są tylko fani, którzy kupują płyty i chodzą na koncerty. To są również ludzie, którzy znają Comę przykładowo z radia, a na koncert trafili przy okazji festiwalu i chęci zobaczenia kilku zespołów, trzeba więc wziąć pod uwagę oczekiwania takiej zbieraniny ludzi. A oczekiwania są takie, żeby usłyszeć kawałki, dzięki którym Comę w ogóle kojarzą. A tych mało nie jest, w końcu każdy, kto choć trochę zna się na polskiej muzyce rockowej kojarzy Spadam, Leszka Żukowskiej, Los Cebula i Krokodyle Łzy, Na Pół, czy Feel The Music's Over... No właśnie, żadnego z tych kawałków nie zagrali. Mało tego, nie zagrali żadnego kawałka, który bym znała. A nawet jeśli znałam, to bełkot Roguckiego, w połączeniu z koszmarnym nagłośnieniem (po stokroć gorszym, niż na Hey), powodował, że wszystkie kawałki zlewały się w jeden wielki jazgot i nie ogarniałam nawet tego, czy Roguc śpiewa po polsku, czy po angielsku...
Ach, no tak! Jazgot, bo Coma, którą znacie z radia, to zupełnie inna Coma. Coma koncertowa, którą zobaczyłam, to zespół, który zachowuje się jakbym gardził swoim dorobkiem, który przyniósł im medialną popularność i gra tylko i wyłącznie ciężkie i mocne utwory, których w radiu nie uświadczycie. Tym mocniej jestem zawiedziona, bo znając jako tako singlową Comę spodziewałam się czegoś zupełnie innego (a na Cebulę nastawiałam się jak głupia!)... I nie zrozumcie mnie źle - lubię ciężkie granie (w tym roku po raz trzeci trafię na Slayera :D) i bywam na koncertach zespołów, których twórczości nie znam, bądź prawie nie znam, ale wtedy z pełną świadomością liczę się z tym, że co będzie, to będzie.
Może i to ciężkie granie miałoby szansę mi się spodobać, gdyby było lepiej nagłośnione (nie głośniej, wyraźniej panowie, wyraźniej!) i byłoby przeplatane czymś, co znam. Wtedy miałabym szansę rozróżnić kolejne utwory, może wyłapać coś dla siebie, ale najwyraźniej Coma komercyjna, to coś, czego panowie się wstydzą. Pomijając masakryczną oprawę (koszmarny dźwięk i męczące oświetlenie), ten koncert mógłby się wydarzyć na koncercie klubowym dla prawdziwych fanów, którzy tę twórczość świetnie znają. Ale na festiwalu wybór takiego repertuaru był porażką, bo zamiast zachęcić, tylko zniechęcił do pogłębiania znajomości z ich twórczością, czego wyrazem były opustoszałe trybuny i płyta. Im bliżej końca koncertu, tym więcej ludzi machało ręką i opuszczało Torwar. Myślę, że to najlepszy komentarz.
Moje rozżalenie potęguje jeszcze mocniej fakt, że kolejnego dnia, czyli w niedzielę, zespół grał koncert, na którym Los Cebula... i Spadam oczywiście się pojawiły...
Rozpisałam się o największym zawodzie, więc czuję, że jeszcze raz muszę zaznaczyć, że z samego festiwalu jako całości jestem bardzo zadowolona i będę go miło wspominać. Na pewno jeszcze raz wybiorę się na happysad i Luxtorpedę, bo te zespoły zdecydowanie potrafiły sprzedać to, co grają i zainteresować sobą w jeszcze większym stopniu, niż dotychczas. Hey, to Hey. To klasyk i Hey'a się po prostu zna, czego by nie grali. A na Comę jestem zwyczajnie obrażona i mam w czterech literach ich płyty i koncerty, nawet pomimo głosów, że ten występ był wypadkiem przy pracy, na kolejny ich koncert prędko się nie wybiorę. Chyba, że za darmo (w sensie Juwenaliów)...
Za Rocket Festiwal trzymam kciuki i chętnie wybiorę się również na kolejną edycję tej imprezy, a póki co, sezon koncertowy uważam za otwarty! Kolejne w planach są koncerty Pezeta (i naszego dalszego znajomego Zaginionego, który będzie go supportować) oraz Impact Festival (Rammstein, Slayer, Korn, 30STM). Na te koncerty już mam bilety, więc teraz wszystkie siły skupiam na tym, żeby wypalił również wyjazd na Open'Era, który w tym roku znów postawił na line up godny jednego z najlepszych europejskich festiwali. Zrobię wszystko, żeby być na Kings of Leon, ale jeśli przy okazji uda się zahaczyć o Editorsów, to będę wyjątkowo uradowana! Tylko nie wiem, czy po tym wszystkim zostaną mi jeszcze środki na Ursynalia i Orange... Może powinnam się modlić, żeby nie ogłosili już żadnych wykonawców, których chciałabym zobaczyć tak mocno, że wolałabym jeść suchy chleb, niż nie kupić biletów... ;))
Uff! Długa ta notka, ale objawy prywaty są czasem dobre dla blogów, a nic innego nie przybliży Wam tak bardzo mojej osoby, jak moja muzyka. Tym bardziej, że moim -swego rodzaju - mottem jest life should have a soundtrack ;)
Pozdrawiam wszystkich wytrwałych, którzy przez to przebrnęli! :D
K.
P.S. Jeśli nie znacie Hymnu, to nadrabiajcie! :)
O festiwalu.
Rocket Festiwal, to nowy projekt, który - przynajmniej w tej edycji - zakładał zebranie na jednej scenie kilku najbardziej interesujących zespołów rockowych i okołorockowych, pojawiających się obecnie na polskiej scenie. W tym roku postawiono aż na 7 zespołów. Poza wspomnianą wyżej czwórką pojawili się również Chemia, Rust i Łąki Łan. Tych trzech wykonawców pominęłam z pełną premedytacją, choć może powinnam żałować, bo obiło mi się o uszy, że wcale nie odstawali od całej reszty (w szczególności Łąki Łan, jak można sądzić po komentarzach na fb). :)
Sam festiwal wypatrzyłam nieco przypadkiem, nie spotkałam się z żadną jego reklamą poza kilkoma plakatami przy wyjeździe z parkingu w Arkadii. Zaskoczył mnie nie tylko termin (mało takich eventów odbywa się zimą, zwykle organizatorzy obstawiają imprezy na świeżym powietrzu), ale przede wszystkim, nazwijmy to - stężenie fenomenalnych zespołów na metr kwadratowy, a cena biletów była już tylko wisienką na torcie! 80 zł nie wystarczyłoby prawdopodobnie nawet na dwie płyty CD któregokolwiek z tych zespołów, a i sami wykonawcy na trasach solowych prawdopodobnie cenią się w okolicach połowy tej kwoty, więc jakby nie było już na starcie mieli u mnie plusa! :)
Na organizację można by pomarudzić, że piwo nienajlepsze, że do połowy kubków, że skończyły się zapiekanki, a aparaty trzeba było oddawać do depozytu, czy nawet, że na Torwarze było duszno (sorry, tam zawsze jest duszno - dwukrotnie byłam tam na Placebo i wychodziłam dosłownie oblepiona tym, co aktualnie miałam na sobie...). Największym jednak zarzutem z mojej strony jest usytuowanie Comy na końcu line up'u. Nie zasłużyli, nie po tym, co pokazali...
W ramach szybkiej orientacji - każdego z tych zespołów słucham, ale nie jestem zbyt wielką fanką, w sensie kupowania płyt, czy chodzenia na koncerty (chyba, że przy okazji, ale i to nie zawsze wychodzi - Luxtorpedę odpuściłam wcześniej dwukrotnie - na Sonisphere i Ursynaliach - o ja głupia!), tutaj posiłkuję się raczej Eską Rock, Rebel.TV, a przede wszystkim YouTube. Znam mniej lub więcej kawałków, ale daje mi to jako taki pogląd na rodzaj muzyki, którą te zespoły grają. A przynajmniej tak mi się wydawało...
![]() |
| happysad / fot.Karotka |
Bardzo pozytywny występ! Świetnie się bawiłam przy ich muzyce, znałam mniej więcej połowę kawałków, a te których nie znałam i tak wpadały w ucho i sprawiały, że nóżka sama chodziła. Stworzyli bardzo dobry klimat i zwyczajnie przyjemnie było i popatrzeć i posłuchać. Może tylko zabrakło mi Made in China, ale Taką Wodą Być, skutecznie przyćmiło mi ten brak. Nie bardzo tylko rozumiem diss, że Warszawa jest stolicą country... :P
![]() |
| Luxtorpeda / fot. Karotka |
O nich mogłabym pisać i pisać, ale jeśli podoba Wam się choć jeden ich kawałek, to po prostu idźcie na ich koncert! Chłopaki dają czadu jak mało kto i dla mnie był to najlepszy koncert tego wieczoru. Jak wcześniej lubiłam Luxtorpedę, tak teraz oficjalnie stwierdzam, że Luxtorpedą się jaram! :) Genialnym posunięciem było otwarcie koncertu jednym z ich najbardziej znanych kawałków - Hymnem. Po tym jak już cały Torwar chóralnie wyśpiewał, że Wiara Siła Męstwo, to nasze zwycięstwo, mogli zagrać cokolwiek. Mogli zagrać byle jak, ale zagrali najlepiej, jak potrafią, zagrali absolutnie genialnie. Jakość, charyzma, brzmienie - wszystko najwyższych lotów. Każdy jeden kawałek wpadał w ucho, a po wysłuchaniu pierwszego refrenu, nawet osoba nie znająca wszystkich kawałków śpiewała razem z Hansem i Litzą. Gdzieś w środku koncertu pojawiły się też Wilki Dwa, a na sam koniec poczęstowano nas Autystycznym.
Bardzo mi się podobało to, że Litza i Hans zapowiadali niemal każdy kawałek z tytułu i wyjaśniając w dwóch słowach o czym on jest. Często zdarzało się też, że Litza intonował refren danego kawałka, dzięki czemu szybko można było podłapać co śpiewać ;) Tym koncertem panowie zachęcili mnie do bliższej i głębszej znajomości z ich pozostałymi utworami i zwróceniem jeszcze mocniej uwagi na ich teksty, bo widać, jak one są ważne dla autora. Z pewnością pójdę na kolejny ich koncert i cieszę się, że szykuję powoli nową płytę!
Moim skromnym zdaniem miarą artysty jest to, jak gra na żywo. A Luxtorpeda na żywo grała tak samo doskonale, jak na płycie. A może i lepiej! Połączenie rozdartego do bólu Litzy (serio do bólu, mi to już głosu brakowało, żeby mu dorównać!) i rapującego Hansa, to dla mnie totalny majstersztyk.
![]() |
| Hey / fot. Karotka |
Największy zarzut, jak słyszałam, to to, że zbyt mocno promowali swój nowy album, ale mi to akurat nie przeszkadzało. Nawet ja, jako osoba, która nową płytę przesłuchała w całości raz, byłam ustatysfakcjonowana doborem repertuaru. Owszem nie był to może występ idealny, czasami odrobinę trącało nudą, ale i tak słuchało się przyjemnie i jak tylko przez głowę przebiegła mi myśl, że może już za dużo tych nowości, od razu pojawiało się coś, co większość bardzo dobrze znała. Pojawiły się więc nie tylko Do Rycerzy, Do Szlachty, Do Mieszczan, ale i Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy!, Muka, Umieraj Stąd, czy Teksański. Przyznam, że po cichu liczyłam na trochę więcej, ale sam klimat koncertu był bardzo fajny, niestety dźwiękowcy przekombinowali i momentami Kaśka była zwyczajnie zagłuszana przez instrumenty, co znacznie utrudniało odbiór. Mimo to, jestem całkiem zadowolona.
![]() |
| Coma / fot. Karotka |
Lubię Comę. I może na tym powinnam zakończyć, żeby nie poleciały bluzgi (jak w sobotę...). Dajmy na to, że dyplomatycznie określę ten koncert największą porażką tego festiwalu. TRA-GE-DIA! Jestem koszmarnie zawiedziona i czuję się zwyczajnie oszukana.
TO COŚ, nie miało prawa zaistnieć jako koncert festiwalowy, na którym oczywistym jest, że mamy do czynienia z wymieszaną publicznością. To nie są tylko fani, którzy kupują płyty i chodzą na koncerty. To są również ludzie, którzy znają Comę przykładowo z radia, a na koncert trafili przy okazji festiwalu i chęci zobaczenia kilku zespołów, trzeba więc wziąć pod uwagę oczekiwania takiej zbieraniny ludzi. A oczekiwania są takie, żeby usłyszeć kawałki, dzięki którym Comę w ogóle kojarzą. A tych mało nie jest, w końcu każdy, kto choć trochę zna się na polskiej muzyce rockowej kojarzy Spadam, Leszka Żukowskiej, Los Cebula i Krokodyle Łzy, Na Pół, czy Feel The Music's Over... No właśnie, żadnego z tych kawałków nie zagrali. Mało tego, nie zagrali żadnego kawałka, który bym znała. A nawet jeśli znałam, to bełkot Roguckiego, w połączeniu z koszmarnym nagłośnieniem (po stokroć gorszym, niż na Hey), powodował, że wszystkie kawałki zlewały się w jeden wielki jazgot i nie ogarniałam nawet tego, czy Roguc śpiewa po polsku, czy po angielsku...
Ach, no tak! Jazgot, bo Coma, którą znacie z radia, to zupełnie inna Coma. Coma koncertowa, którą zobaczyłam, to zespół, który zachowuje się jakbym gardził swoim dorobkiem, który przyniósł im medialną popularność i gra tylko i wyłącznie ciężkie i mocne utwory, których w radiu nie uświadczycie. Tym mocniej jestem zawiedziona, bo znając jako tako singlową Comę spodziewałam się czegoś zupełnie innego (a na Cebulę nastawiałam się jak głupia!)... I nie zrozumcie mnie źle - lubię ciężkie granie (w tym roku po raz trzeci trafię na Slayera :D) i bywam na koncertach zespołów, których twórczości nie znam, bądź prawie nie znam, ale wtedy z pełną świadomością liczę się z tym, że co będzie, to będzie.
Może i to ciężkie granie miałoby szansę mi się spodobać, gdyby było lepiej nagłośnione (nie głośniej, wyraźniej panowie, wyraźniej!) i byłoby przeplatane czymś, co znam. Wtedy miałabym szansę rozróżnić kolejne utwory, może wyłapać coś dla siebie, ale najwyraźniej Coma komercyjna, to coś, czego panowie się wstydzą. Pomijając masakryczną oprawę (koszmarny dźwięk i męczące oświetlenie), ten koncert mógłby się wydarzyć na koncercie klubowym dla prawdziwych fanów, którzy tę twórczość świetnie znają. Ale na festiwalu wybór takiego repertuaru był porażką, bo zamiast zachęcić, tylko zniechęcił do pogłębiania znajomości z ich twórczością, czego wyrazem były opustoszałe trybuny i płyta. Im bliżej końca koncertu, tym więcej ludzi machało ręką i opuszczało Torwar. Myślę, że to najlepszy komentarz.
Moje rozżalenie potęguje jeszcze mocniej fakt, że kolejnego dnia, czyli w niedzielę, zespół grał koncert, na którym Los Cebula... i Spadam oczywiście się pojawiły...
***
Rozpisałam się o największym zawodzie, więc czuję, że jeszcze raz muszę zaznaczyć, że z samego festiwalu jako całości jestem bardzo zadowolona i będę go miło wspominać. Na pewno jeszcze raz wybiorę się na happysad i Luxtorpedę, bo te zespoły zdecydowanie potrafiły sprzedać to, co grają i zainteresować sobą w jeszcze większym stopniu, niż dotychczas. Hey, to Hey. To klasyk i Hey'a się po prostu zna, czego by nie grali. A na Comę jestem zwyczajnie obrażona i mam w czterech literach ich płyty i koncerty, nawet pomimo głosów, że ten występ był wypadkiem przy pracy, na kolejny ich koncert prędko się nie wybiorę. Chyba, że za darmo (w sensie Juwenaliów)...
Za Rocket Festiwal trzymam kciuki i chętnie wybiorę się również na kolejną edycję tej imprezy, a póki co, sezon koncertowy uważam za otwarty! Kolejne w planach są koncerty Pezeta (i naszego dalszego znajomego Zaginionego, który będzie go supportować) oraz Impact Festival (Rammstein, Slayer, Korn, 30STM). Na te koncerty już mam bilety, więc teraz wszystkie siły skupiam na tym, żeby wypalił również wyjazd na Open'Era, który w tym roku znów postawił na line up godny jednego z najlepszych europejskich festiwali. Zrobię wszystko, żeby być na Kings of Leon, ale jeśli przy okazji uda się zahaczyć o Editorsów, to będę wyjątkowo uradowana! Tylko nie wiem, czy po tym wszystkim zostaną mi jeszcze środki na Ursynalia i Orange... Może powinnam się modlić, żeby nie ogłosili już żadnych wykonawców, których chciałabym zobaczyć tak mocno, że wolałabym jeść suchy chleb, niż nie kupić biletów... ;))
Uff! Długa ta notka, ale objawy prywaty są czasem dobre dla blogów, a nic innego nie przybliży Wam tak bardzo mojej osoby, jak moja muzyka. Tym bardziej, że moim -swego rodzaju - mottem jest life should have a soundtrack ;)
Pozdrawiam wszystkich wytrwałych, którzy przez to przebrnęli! :D
K.
P.S. Jeśli nie znacie Hymnu, to nadrabiajcie! :)




