Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Manhattan. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Manhattan. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 21 lipca 2013

Czerwcowe nowości

Cześć Dziewczyny!

Dzisiaj post, z którym naprawdę długo zwlekałam... Lipiec powoli się kończy, a ja tu wyskakuję z czerwcowymi nowościami. No cóż, nazbierało się tego tyle, że aż mi trochę wstyd. Tym bardziej wstyd, że lipiec również przyniósł mi dużo nowości, no ale nie mogłam tego przewidzieć, skoro spora część z nich nie zależała ode mnie. Proszę oszczędźcie mi mądrych wywodów na temat ilości i innych takich pierdół. Mam swój rozum, swoje pieniądze i rozliczam się z zakupów przed sobą, a nie przed kimkolwiek z Was ;)

Swoją drogą, przeglądając nieco moje zasoby, wytypowałam kilku-, kilkunastu kandydatów do wyprzedaży, więc mam nadzieję, że uda mi się za jakiś czas zrobić im zdjęcia i wstawić post wyprzedażowy, co by zrobić sobie trochę miejsce i przekazać w lepsze ręce produkty kolorowe, które mi nie odpowiadają kolorystycznie, czy też powieliły mi się w jakiś sposób. Myślę, że dojrzałam do tego, żeby wypuścić w świat jeden z róży TheBalm, który jest absolutnie przepiękny, ale nijak się w nim nie czuję ;)

No dobra, ale ja nie o tym miałam... W każdym razie, odpowiadając z góry na najbardziej prawdopodobne komentarze - nie, nie jest mi to wszystko potrzebne; tak, trochę przesadziłam; tak, pielęgnację zużywam regularnie (jeśli o to pytasz, to chyba nie czytasz mojego bloga, bo moje posty denkowe regularnie obfitują w puste opakowania), a kolorówkę po prostu używam.

Skoro mamy już za sobą zasady komentowania tego posta (trolololo :D), to przejdźmy do mojego szaleństwa...


Jak zapewne wiecie, pod koniec czerwca rozpoczęły się wyprzedaże w Bath & Body Works, z których początkowo nie zamierzałam korzystać zbyt obficie. Właściwie to na początku kupiłam chyba tylko dwa mydła w piance i odświeżacz samochodowy, ale (nie)stety marka z dnia na dzień zaczęła coraz to bardziej obniżać ceny i cóż... w duchu magisterkowego wynagradzania się nieco popłynęłam. Tak czy inaczej, zakupy uważam za bardzo udane i tak naprawdę każdy produkt albo jest już w użyciu, albo dokładnie wiem, kiedy będzie, dlatego nie martwcie się - nic się u mnie nie zmarnuje ;))


Być może zdążyłyście już zauważyć, że bardzo lubię wody toaletowe z Bath & Body Works. Wcześniej miałam (tzn. nadal mam!) Twilight Woods oraz Carried Away (KLIK), a teraz dołączył do nich zapach Paris Amour, na który czaiłam się od dawna i który wpadł mi w oko (w nos) jeszcze na otwarciu sklepu. Mimo wszystko cenę 99 zł uważam za dość wysoką (jak na entą wodę toaletową) i dotychczas kupowałam zapachy dysponując jakimiś kuponami promocyjnymi. Tym razem jednak marka postawiła na wyprzedaż wszystkich flakonów wód w niestandardowych buteleczkach (standardowe są zawsze takie, jak w przypadku podlinkowanej wyżej Carried Away, tylko w innym "ubranku"). Tym sposobem, Paris Amour upolowałam za 50% początkowej ceny. Spójrzcie tylko na tę urokliwą kokardę ;)

Właściwie wszystko, co widzicie na powyższym zdjęciu, zostało kupione 50% taniej, o ile nie więcej. Tym sposobem nabyłam również wanienkę z miniaturkami PA (balsam, żel, mgiełka) oraz błyszczykiem, które będą świetne na najbliższy urlop. Zresztą mgiełka ma idealne rozmiary do torebki i uwielbiam używać jej dla "odświeżenia" zapachu wody toaletowej w ciągu dnia. Do kolekcji dołączył również pełnowymiarowy żel pod prysznic Paris Amour oraz żel antybakteryjny z tej samej serii, który już zagrzał na dobre miejsce w mojej torebkowej kosmetyczce.


Korzystając z ogromnych obniżek, skusiłam się również - ku uciesze mojego ukochanego - na zapas pianek do mycia rąk w wariantach limitowanych, które były aktualnie wyprzedawane. No cóż, 8 zł a 29 zł, to jednak duża różnica i tym razem nie zawahałam się świadomie zachomikować kilku sztuk w szafce! :)


Korzystając również z faktu, że niektóre mgiełki z dość popularnych, a już na pewno jednych z moich ulubionych wariantów zapachowych, również miały ceny obniżone o połowę, skusiłam się na miniaturki trzech zapachów - Pink Chiffon (który nosiłam w czerwcu z uporem maniaka w formie balsamu), Sweet Pea (który pokochałam wcześniej w formie pianki) oraz Dark Kiss (który mam również w formie pełnowymiarowej, ale nie wyobrażam sobie wrzucenia jej do torby). Nie potrzebuję dużych mgiełek, ponieważ małe są dla mnie dużo wygodniejsze! Dzięki temu wystarczy, że posmaruję się w domu balsamem w danym wariancie zapachowym (i/lub spryskam wodą toaletową), a dzięki mgiełce, noszonej w torebce, mogę cały dzień ponawiać intensywność tego zapachu. Dla mnie to o wiele wygodniejsze, niż noszenie flakonu perfum w torebce, zresztą tego też nigdy nie robiłam, bo torbę zawsze mam ciężką i bez zbędnego szkła (swoją drogą sama nie wiem, co w niej noszę i to przypomniało mi, że Gray otagowała mnie kiedyś torebkowym tagiem...).


Jak wiecie, jestem lakieromaniaczką i to nie ulega żadnym wątpliwościom. Nie wiedzieć czemu, w okresie, kiedy moje paznokcie były w najgorszym stanie, złapała mnie największa chcica na lakiery, wobec czego, jak widać powyżej, przybyła ich do mnie całkiem spora gromadka. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie kupiła wszystkich w promocyjnych cenach ;)


Zanim jednak o lakierach... Przyjrzyjmy się mniej kolorowej, ale nie mniej atrakcyjnej części zapasów. Po pierwsze, w końcu kupiłam szczotkę Tangle Teezer, której zakup rozważałam od - żeby nie skłamać - chyba roku! Wybrałam, zgodnie z pierwszym zamiarem, wersję kompaktową, która jest dla mnie najwygodniejsza, bo w razie potrzeby wrzucam ją do torebki (chyba jeszcze przed końcem tego posta w końcu odkryję prawdę i dowiem się skąd taka waga mojej przepastnej torby... ;)). Na razie mogę Wam powiedzieć tyle, że owszem, czuję różnicę, w rozczesywaniu włosów tą szczotką (w porównaniu do zwykłych szczotek, a nawet drewnianego grzebienia TBS). Jest ona odczuwalna najbardziej na mokrych włosach. Zresztą któregoś razu chciałam szybko rozczesać grzywkę po myciu i złapałam za grzebień, który utknął we włosach. Tych samych, które TT sekundę później rozczesał, jakby nigdy nie były splątane... Nie uważam tej szczotki za must-have, ale doceniam jej zalety. Zobaczymy jak spisze się na dłuższą metę :)

Z kupnem żelu do odsuwania skórek z Sally Hansen, wstrzymywałam się dość długo, ale w końcu zaczęłam się wkurzać na mój dotychczasowy produkt z Eveline, który nijak nie chciał ruszyć skórek na paznokciach kciuków. SH zmiękcza je w parę sekund, a Eveline? Nie radził sobie wcale... Z pozostałymi paznokciami jako tako dawał radę, ale zawsze trzeba mu było dać chwilę, żeby zadziałał, a w przypadku SH, wszystko idzie szybko, sprawnie i skutecznie :)

Wielokrotnie pisałam Wam też, że moje paznokcie w czerwcu były w opłakanym stanie. W pewnym momencie zupełnie przestałam już malować paznokcie, bo niestety rozdwajały się od razu po odrośnięciu za wolny brzeg, a czasami nawet sporo wyżej... Nie wyglądało to najbardziej estetycznie i żaden produkt, który posiadałam, nie był w stanie sobie z tym poradzić. Postawiłam więc na polecany duet Nail Tek i wybrałam dla siebie formułę III, dając tym samym drugą szansę tej marce. Wcześniej używałam NT Foundation II i byłam koszmarnie zawiedziona, bo moje paznokcie były w jeszcze gorszym stanie. NT III trochę poprawił ich stan, ale efekty nie są nawet w połowie bliskie moim wyobrażeniom, zwłaszcza jak na odżywki nakładane codziennie... Po 2,5 tygodnia stosowania tylko tych odżywek, zaczęłam na nowo malować paznokcie, ale głównie po to, żeby zabezpieczyć je przed urazami mechanicznymi, bo te odżywki niestety robiły to baaaaardzo słabo. Na pełną opinię przyjdzie jeszcze pora, ale chyba nie pokocham tej marki... ;)

Kolejnym produktem jest serum stymulujące wzrost rzęst Eyliplex-2 z GoodSkin Labs, które otrzymałam do testów od Pani Moniki, reprezentującej Perfumerię Douglas. Serum używam od nieco ponad 3 tygodni i choć na pierwszy rzut oka spektakularnych efektów nie widzę, to jednak Kasia vel Gray (prawie jak Lana del Rey :D), stwierdziła, że moje rzęsy są według niej dłuższe, niż jakiś czas temu. A skoro Kasiometr tak orzekł, to musi tak być ;) Kuracja ma trwać łącznie osiem tygodni, dlatego za tydzień, w połowie kuracji, postaram się zrobić zdjęcia i za kolejne cztery tygodnie wrzucę post wraz z moją opinią i zdjęciami porównawczymi :)


Lakierów Essie tłumaczyć nie trzeba - zresztą wszystkie, z wyjątkiem jednego, upolowałam na Allegro w śmiesznych cenach, graniczących z dyszką :) Od lewej: Marathin, Pilates Hottie, Boom Boom Room (kupiony w SP za niecałe 20zł), She's Picture Perfect oraz Sure Shot. Dwa pierwsze pochodzą z jesiennej kolekcji 2012 Yogaga, środkowy z tegorocznej kolekcji neonowej, a dwa ostatnie z ubiegłorocznej kolekcji Resort.


W Rossmanach ostatnio trwa permanetna promocja na lakiery Rimmel (oraz Manhattan i chyba L'Oreal), dzięki czemu można je kupić 25 czy nawet 30% taniej, a więc w granicach 12zł. Skusiłam się na kolory, które urzekły mnie na Waszych blogach, czyli od lewej morelowy Reggae Splash, malinowy Jazz Funk, miętowy Peppermint oraz koralowy Coctail Passsion. A mojej mamie, która uwielbia czerwone lakiery kupiłam neonową czerwień Hip-Hop oraz nieco wiśniowy Rock'n'Roll. Dwa ostatnie od dawna są już w jej rękach, ale jeśli użyczy mi kiedyś albo pomalowanej dłoni albo lakieru, to zaprezentuję je również na blogu :))


To zdjęcie jest troszeczkę przekłamane, ale nie udało mi się zrobić dobrego zbiorczego zdjęcia, które odwzorowałoby kolory każdego z powyższych lakierów. W każdym razie, przygarnęłam w Minti Shop następujące kolory: Grapefruit (najbardziej przekłamany, w rzeczywistości to bardziej żarówiasty róż z odrobinką koralu), Greenberry (żywa zieleń z nutką niebieskości), Dragon Fruit (cukierkowy róż ze srebrnymi drobinkami) oraz Prickly Pear (pastelowy fiolet - nie mogłam się powstrzymać).


Najbardziej popularny lakier Manhattanu, czyli 25G z serii Quick Dry, upolował dla mnie mój Michał, a bliżej nieokreśloną buteleczkę China Glaze w kolorze Pink Plumeria, kupiłam na Allegro za 12zł... Ten kolor wyszedł akurat zupełnie nierealistycznie, ale jego trudno określić nawet na żywo ;)


Podkład Bourjois Healthy Mix i pomadka Rimmel by Kate 103, to jeszcze właściwie majowe zakupy, ale dopiero w czerwcu odebrałam je od Sylwii, która była tak miła i upolowała je dla mnie w trakcie trwania słynnej promocji -40% na kolorówkę ;)

Natomiast cień Sigma Beauty w kolorze Muse oraz miniaturka pędzelka do rozcierania E25, to już upominek od Vincy w ramach podziękowania za wypełnienie ankiety, dotyczącej marki Sigma Beauty.


No i ostatnia część, to produkty, które albo mi się skończyły i ponowiłam ich zakup, albo stanowiły uzupełnienie tego obszaru kosmetycznego, który nie miał dotychczas swojego reprezentanta w moich , czy też naszych zasobach ;)


Balsam antycellulitowy z serii STOP Cellulit przygarnęłam w jednej z rossmanowskich promocji, chcąc kontynuować dobre nawyki, ponownie nabyte za sprawą kremu-żelu przeciw cellulitowi z Pharmaceris. Balsam ujędrniający MaXSlim, to produkt, do którego ciągle ostatnio wracamy i o dziwo najbardziej lubi go mój Michał, który traktuje go jako balsam do całego ciała. Balsam brązujący Body Arabica Cafe Latte, to produkt, który ma za zadanie wspomóc mnie nieco z zdobyciu opalenizny. Niestety nie mam zbyt wielu możliwości, żeby złapać trochę słońca, więc muszę się wspomagać produktami brązującymi. Ten jest całkiem niezły, choć chyba śmiało mogłam wybrać wersję Cafe Mocha. Tonik nawilżająco-oczyszczający z Lirene, to kolejny powrót. W sumie wykańczam już zapasy tonikowe, więc chętnie wrócę do mojego ulubieńca :)


Dezodorant do stóp Fuss Wohl, to produkt, który latem bardzo się przydaje, zwłaszcza w relacji gołe stopy + balerinki ;) Pianka Nivea Volume Sensation, to produkt, który kupiłam ponownie, choć tym razem bardziej dla Michała, niż dla siebie. Oboje jesteśmy zadowoleni z tego produktu, więc chętnie ponowiliśmy zakup. Podobnie jest w przypadku szamponu Syoss Shine Boost, który jest ulubionym szamponem Michała, a i ja lubię czasami po niego sięgnąć, mimo niezbyt powalającego składu. Peeling do ciała z Joanna o zapachu bzu, to również powtórka z rozrywki. Skończyłam już całe peelingowe zapasy, więc skusiłam się na ten, który ostatnio wykończyłam :)


No i na koniec zakupy typowo pielęgnacyjne - krem antyseptyczny na skaleczenia i otarcia z Himalaya oraz rewelacyjna ziołowa pasta do zębów Himalaya Herbals. Pastę polecałam Wam już w poście denkowym, ale polecę jeszcze raz! Bez porównania lepsza, niż zwykłe pasty drogeryjne :)

***

No dobra, starczy tego dobrego! Patrzę na ten cały kram i muszę Wam powiedzieć z perspektywy prawie miesiąca, że jakieś 3/4 produktów już jest w użyciu, więc chyba jeszcze nie jest z tym moim zakupoholizmem aż tak źle, skoro kupuję rzeczy potrzebne i rzeczy ładne, będącę zachciewajkami, ale takimi, z których chętnie korzystam. Największe wyrzuty sumienia mam, jeśli z czegoś nie korzystam i z takimi produktami chciałabym się w najbliższym czasie rozprawić i znaleźć im lepsze domy :)

No i jak? Dotrwałyście do końca? :P
K.

P.S. Dobrze, że anonimowe komentarze są u mnie od dawna wyłączone :D:D:D
Czytaj dalej

wtorek, 15 stycznia 2013

Ulubieńcy roku 2012 - kolorówka

Cześć Dziewczyny!

Obiecałam mojej Stefi, że przygotuję dla niej post z ulubieńcami roku, więc dziś wywiązuję się z tej obietnicy. Mam nadzieję, że moi faworyci zainteresują nie tylko jedną wierną czytelniczkę, ale że każda z Was również znajdzie tu coś ciekawego dla siebie! :)

Dzisiaj prezentuję kosmetyki kolorowe, po które najczęściej i najchętniej sięgałam w ciągu ubiegłego roku. Postaram się jeszcze przygotować ulubieńców z zakresu pielęgnacji, jednak muszę się porządnie zastanowić nad tym, jakie kosmetyki wyróżnić, ponieważ jest to dla mnie nieco większe wyzwanie, niż wyróżnianie kolorówki.

Myślę, że dość tych wstępów, przejdźmy do omówienia ulubieńców w poszczególnych kategoriach! :)

PODKŁADY


Lily Lolo w kolorze Warm Peach
Z pewnością zdążyłyście się już zorientować, że ten produkt, to moje odkrycie roku! Dzięki Agu, wpadłam po uszy! Okazało się, że podkład mineralny od Lily Lolo, jako jedyny potrafi tak długo utrzymywać mat na mojej problematycznej sferze T i to nawet bez dodatku pudru! Początkowo zupełnie nie byłam przekonana do formy podkładu w proszku, ale zwyciężyła ciekawość i zdecydowanie było warto! Z pędzlem Hakuro H50 ten podkład czyni cuda, nie tylko matowi cerę, ale również pięknie wyrównuje jej koloryt, sprawiając, że wygląda zdrowo. Nigdy nie sądziłam, że tak żółty podkład tak świetnie sprawdzi się na mojej skórze! :)

Bourjois Healthy Mix w kolorze 51 Light Vanilla
To kolejny hit blogosfery, który sprawdził się również na mojej twarzy. Wprawdzie krycie ma średnie w kierunku lekkiego, ale wszystko to, czego nie ukryje i tak przykrywam korektorem, więc zupełnie mi to nie przeszkadza. Po ten podkład sięgam, jeśli mam ochotę na coś lekkiego, co wyrówna koloryt skóry, ale nie zmatowi jej na amen. Healthy Mix sam z siebie zastyga odrobinę na błyszcząco, więc na stefę T używam i tak pudru, ale podoba mi się ten wilgotny efekt, który zostaje na policzkach. Nie zauważyłam, żeby ten podkład ciemniał mi na twarzy. Utrzymuje się stosunkowo długo, a schodząc nie robi plam na twarzy.

Under 20 - fluid matujący Anti Acne
Na ten podkład z pewnością zupełnie nie zwróciłabym uwagi, gdyby nie to, że dostałam go na czerwcowym spotkaniu blogerek. Okazało się, że Under 20 świetnie radzi sobie z matowieniem mojej cery, ładnie ją wygładza i wyrównuje. Do tego całkiem przyzwoicie kryje, a korektor ma naprawdę niewiele do roboty. Do tego przepięknie pachnie grejpfrutami! :)

***
BRONZER, ROZŚWIETLACZ, PUDER


Oriflame Beauty, Terracota Powder
Ten produkt mam już co najmniej dwa lata i mimo, że nie jest to najbardziej napigmentowany, czy najbardziej trwały produkt na świecie, to jednak lubię go i sięgam zawsze wtedy, kiedy mam ochotę nieco wykonturować buzię. Jest bardzo delikatny, właściwie na twarzy ledwo widoczny, ale zdecydowanie widzę różnicę między tym, kiedy mam go na twarzy, a kiedy pomijam jego użycie. Nie sposób zrobić sobie nim krzywdę, a jego obsługa przy użyciu grubaska z EcoTools jest bajecznie łatwa. Świetnie się u mnie sprawdza również w chłodniejsze miesiące, kiedy jestem blada i boję się sięgać po mocniej napigmentowany Bahama Mama z TheBalm.

TheBalm - rozświetlacz Mary-Lou Manizer
Uwielbiam ten kosmetyk za wszystko - począwszy od designu, przez kolor, aż po efekt, jaki daje na twarzy. Jest to jeden z nielicznych znanych mi rozświetlaczy, który zawiera w sobie tak drobniutko zmielone błyskotki, które nie są widoczne na twarzy każda z osobna, ale tworzą piękną satynową poświatę. Ma piękny, neutralny beżowy kolor, więc powinien pasować większości kobiet! Ponadto genialnie sprawdza się nie tylko na policzkach, ale również i na ciele!

Synergen - puder antybakteryjny w kolorze 03
Prawdziwie tanie rozwiązanie! Żaden z dotychczas stosowanych przeze mnie pudrów nie dawał tak długotrwałych efektów, jeśli chodzi o tak bardzo pożądany przeze mnie mat. Zdecydowany must have, w przypadku, gdy używam podkładów płynnych i niezbędnik z kosmetyczce do szybkich poprawek! 



***
RÓŻE


Alverde w kolorze 04 Soft Rose
To mój absolutny hit w kategorii róży! Jak widać powyżej mam dość liczną grupę ulubieńców, która stanowi tylko część mojej różowej kolekcji, ale ten zdominował je wszystkie! Dostałam go od Sylwii, która chyba nawet nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo trafiła z tym wyborem. W tym odcieniu moja twarz wygląda bardzo zdrowo i świeżo. Nie ma szans, żeby przedobrzyć przy jego aplikacji i to pomimo tego, że jest naprawdę przyzwoicie napigmentowany. Ponadto jest to róż, który utrzymuje się na mojej twarzy naprawdę cały dzień!

The Balm, Down Boy
Zanim dostałam róż z Alverde, ten róż był moim numerem 1. Nadal bardzo go lubię i świetnie się w nim czuję. Mam względem niego bardzo pozytywne odczucia i wiele cech tego produktu, pokrywa się z zaletami różu z Alverde, tyle, że mam wrażenie, że ten jest odrobinę mniej trwały. Oba te kolory na pierwszy rzut oka wydają się być do siebie zbliżone, oba to chłodne róże, jednak Down Boy jest po prostu różowy, natomiast Alverde ma w sobie odrobinę fioletowawego podbicia, przez co różnica między tymi produktami jest jednak widoczna.

The Balm, Hot Mama
Ten róż, to wakacyjny faworyt. Pięknie podkreśla lekko opaloną buzię i nie potrzebuje towarzystwa rozświetlacza, bo sam w sobie ma mnóstwo pięknych drobinek. Dobrze się utrzymuje na twarzy i świetnie się na niej układa w letnie miesiące. Ten kolor jest zdecydowanie cieplejszy, niż pozostałe róże, po które zwykłam sięgać, przez co jest na swój sposób wyjątkowo w mojej kolekcji. Jest zbliżony do Rose Gold ze Sleeka, jednak Sleek wydaje mi się być jeszcze cieplejszy i bardziej drobinkowy.

Lily Lolo w kolorze Ooh La La
To już chyba kultowy kolor wśród fanek minerałów! To kolejny produkt Lily Lolo, na który skusiła mnie Agu i kolejny, którego zakupu absolutnie nie żałuję. Ma delikatnie satynowe wykończenie i stosunkowo neutralny różowo-koralowy kolor, który powinien pasować większości kobiet. Jest niemal równie trwały, jak róż z Alverde, trzyma się naprawdę cały dzień, prawie nie blaknąc. Ponadto jest diabelnie wydajny! Wystarczy dosłownie kilka "kropeczek" proszku, żeby umalować oba policzki! :)

Essence - Marble Mania
Ten róż z wiosennej limitowanki Essence z miejsca stał się moim ulubieńcem! Mam go u mamy i używam go za każdym razem, kiedy u niej jestem. Bardzo dobrze się czuję w tym różowo-koralowym odcieniu i używam go przez cały rok, bez względu na porę roku, pogodę i samopoczucie. Zawsze wygląda dobrze i bardzo przyzwoicie się trzyma.



***
CIENIE


Inglot
To jeden z lepszych cieniowych zakupów ubiegłego roku! Bardzo chętnie sięgam po tę paletkę i jestem zadowolona z jej jakości. Cienie na bazie wytrzymują nawet do 18h! Coś pięknego! :) Wszystkie cienie prezentowałam bliżej w TYM poście.

Paleta Sleek Oh So Special
Ta paletka to niezmiennie mój ulubiony Sleek. Przez pierwszą połowę roku korzystałam przede wszystkim z tej paletki, później swoją uwagę podzieliłam między Sleeka a Inglota. Teraz znowu do niej wracam! Jestem zadowolona zarówno z jakości, pigmentacji, jak i kolorystyki tych cieni. To dla mnie najpiękniejsza paleta w kolekcji. Możecie przyjrzeć się jej TUTAJ.

Catrice - Hollywood's Boulevard
Ta mała czwórka, to zdecydowana faworytka końcówki roku! To moje najlepsze cienie do makijażu na szybko. Jestem w stanie wykonać pełny makijaż tylko dwoma cieniami i zawsze jestem zadowolona z efektu! I pomyśleć, że ta paletka to efekt przypadku, nigdy bym jej nie odkryła, gdyby nie wygrana u xkeylimex! :) Szybkie swatche pokazywałam TU.

***
KREDKA I TUSZE


Oriflame Smooth Definer w kolorze brązowym
Kiedyś nie wyobrażałam sobie makijażu bez czarnej kredki na całej dolnej powiece, teraz nie tylko obraziłam się na czerń, ale również nie zamalowuję kredką całej powieki. Brązowa kredka, włożona w zewnętrzny dolny kącik na linię wodną, pięknie zagęszcza rzęsy i jednocześnie wygląda bardzo naturalnie, dlatego sięgałam po nią niemal zawsze, kiedy zależało mi na podkreślonym spojrzeniu. O dziwo, dopiero ostatnio trafiła do moich ulubieńców miesiąca, a to tak naprawdę moja cicha bohaterka 2012 roku :)

Max Factor False Lash Effect Fusion
To jedna z moich ulubionych maskar! Zużywam już drugie opakowanie i bardzo lubię efekt, jaki daje na moich rzęsach. Jednocześnie muszę przyznać, że nie jest to tusz, który poradziłby sobie z mocnym podkreśleniem rzęs przy makijażu wieczorowym, ale na co dzień, jest świetny, ponieważ daje bardzo naturalny efekt. Rzęsy są wydłużone, przyciemnione, ale nie wyglądają sztucznie (choć tak obiecywał producent). Lubię w nim również to, że trzyma się na rzęsach cały dzień, nie kruszy się i trwa niemal nienaruszony aż do demakijażu.

Maybelline One by One
Kolejny tusz, który tylko potwierdza to, że dla moich rzęs, jedynymi słusznymi szczoteczkami są te silikonowe/plastikowe. Uwielbiam to, jak podkreśla moje rzęsy. Efekt jest nieco mocniejszy, niż w przypadku Max Factora, więc sprawdza się lepiej, kiedy chcę bardziej przyciemnić makijaż oka. Dokładna recenzja pojawiła się TUTAJ.

***
POMADKI


Pomadko-błyszczyki Celia Nude w kolorach 601, 602 i 603.
To niekwestionowane faworytki tego roku! To szminki, które pięknie podkreślają naturalny kolor ust, a jednocześnie świetnie je nawilżają i nie podkreślają suchych skórek. Gdyby tylko nie były tak wrażliwe na upały, byłyby idealne!

Catrice Ultimate Colour Pinkadilly Circus
Moja ukochana malinowa szminka, po którą sięgałam stosunkowo często w drugiej połowie roku. Bardzo dobrze czuję się w większości różowych pomadek, ale ta zdecydowanie prowadzi. Dobrze wygląda na ustach, nie podkreśla zbytnio suchych skórek i nadaje im piękny, intensywny kolor, jednocześnie nie wyglądając wyzywająco.

L'Oreal Rouge Caresse 101 Tempting Lilac
Kolejna faworytka z końcówki roku. Wprawdzie kupiłam ją pod koniec listopada, ale przez cały grudzień była produktem, po który sięgałam najczęściej! Prawdopodobnie tak często, jak po pomadkę ochronną! Świetny, naturalny kolor, konsystencja, która nie wysusza ust i piękne opakowanie. Wszystko to sprawia, że ta pomadka została stałym bywalcem mojej kosmetyczki! :)

Manhattan Soft Matt Lip Cream w kolorach 56K i 54L
Tych pomadek używałam dla odmiany w pierwszej połowie roku. Uwielbiam je za piękne, żywe kolory i za niesamowitą trwałość! Gdyby jeszcze tylko nie podsuszały ust, sięgałabym po nie dużo częściej! Te dwa kolory, to zdecydowanie moje ulubione odcienie różu, więc sięgam po nie bez większych oporów. Bliżej prezentowałam je TUTAJ.


***
LAKIERY


Nie da się ukryć, że moja paznokcie skutecznie zawojowały produkty marki Essie! Byłam (i nadal jestem) szalenie zadowolona z działania wysuszacza Good To Go, który rozwiązał wszystkie moje problemy z wiecznie niezaschniętym lakierem. Bardzo chętnie sięgałam też po odżywkę Nourish Me, która swego czasu odratowała moje paznokcie z naprawdę fatalnej kondycji. Mam wrażenie, że teraz moje paznokcie już się do niej trochę przyzwyczaiły, ale nadal sprawuje się u mnie lepiej, niż chociażby Nail Tek II.

Jeśli mam wskazać moje ulubione lakiery, po które najczęściej sięgałam w 2012 roku, to bez najmniejszych wątpliwości są to Virgin Orchid (KLIK), Splash of Grenadine (KLIK) oraz Mint Candy Apple (KLIK). Do tych lakierów wracałam najczęściej i właśnie po nich widać największe zużycie ;)

***
PRODUKTY UZUPEŁNIAJĄCE


Nivea Vitamin Shake
Ta pomadka, to produkt po, który sięgałam zawsze wtedy, kiedy nie wiedziałam czym pomalować usta. Nie lubię błyszczyków, a ta pomadka świetnie mi je zastępuje, ponieważ pięknie nabłyszcza usta i bardzo dobrze je pielęgnuje.

Oriflame Beauty, trio korektorów
Swego czasu bardzo lubiłam beżowy korektor z tego trio, ale teraz znalazłam mu godnego następcę, który wygląda nieco bardziej naturalnie i przede wszystkim jest trwalszy. Ostatnio za to polubiłam żółty korektor pod oczy, który fantastycznie tuszuje niewyspanie, ukrywa cienie i rozjaśnia okolice oka. Natomiast zielony korektor dobrze sprawdza się do ukrywania zaczerwienień - nie tylko czerwonych latarenek w postaci nieprzyjaciół, ale również zaczerwienionych policzków (oczywiście pod podkładem!).

Dax Cashmere - baza pod cienie
To ostatnio moja ulubiona baza pod cienie! Bardzo dobrze utrzymuje wszystkie cienie, które mam w kolekcji, ale najlepiej sprawdza się z Inglotami. To właśnie ten duet wytrwał na moich powiekach aż do 18h! Od bazy oczekuję przede wszystkim wydłużenia trwałości cieni i delikatnego podbicia koloru i to właśnie daje mi Cashmere. Więcej nie potrzebuję! :)

Oriflame Beauty, paletka do brwi
W lato (w te gorące dni) zupełnie olewałam sprawę podkreślania brwi, ale jak tylko robi się chłodniej, to czuję, że jest to niezbędny składnik mojego makijażu. Na początku oswajałam się z podkreślaniem brwi, używając jaśniejszego cienia, ale teraz już bez wahania sięgam po ten ciemniejszy. Widzę dużą różnicę, jaką robi podkreślenie brwi i myślę, że już na dobre przekonałam się do tego elementu makijażu.


No cóż, to chyba już wszystkie produkty kolorowe, po które najchętniej sięgałam w 2012 roku! Trochę się tego nazbierało, ale myślę, że każdy z nich zasługuje na uwagę. Mało tego, dopiero teraz uświadomiłam sobie jak dużo mam Wam jeszcze do opisania i pokazania! Ścigajcie mnie dziewczyny o recenzje - macie moje pełne przyzwolenie na motywacyjnego kopniaka w tyłek :D

A jak tam Wasze podsumowania? Czy przygotowałyście takie zestawienie na swoich blogach? Jeśli tak, to podajcie linki, chętnie poczytam! A jeśli nie lub nie prowadzicie swoich blogów, to zachęcam Was do podzielenia się Waszymi faworytami w komentarzach! :)
K.

Czytaj dalej

niedziela, 6 maja 2012

Ulubieńcy kwietnia!

Dziś na blogu po raz pierwszy post typu ulubieńcy. Do tej pory nie zauważałam szczególnych tendencji do wyboru konkretnych kosmetyków w konkretnym miesiącu, natomiast w kwietniu z umiłowaniem wracałam do poniższych produktów w różnych kombinacjach. Tym razem ulubieńcy typowo kolorówkowi, ale może kolejnym razem zdarzy się też coś pielęgnacyjnego, nawet mam już kilku kandydatów... :)

Jeśli pojawiła się już u mnie recenzja danego produktu, to podlinkuję ją poniżej w nazwie.

Ulubieńcy kwietnia cz.1
1. Nivea Vitamin Shake - ulubiona pomadka ochronna do torebki, uwielbiam ją i za zapach i za dość przyzwoite działanie - poza domem o tej porze roku w zupełności mi wystarcza!

2. Maestro - pędzel do podkładu ze Złotej Kolekcji - Foundation I (odpowiednik Maestro 145) - długo nie mogłam się zaprzyjaźnić z tym pędzlem, jakoś nie umiałam sprawnie nałożyć nim podkładu, ale okazało się, że sprawdza się idealnie przy średnio napigmentowanych różach, takich jak Marble Mania. Idealnie rozprowadza i rozciera róż, nie wytracając jego koloru, ani nie powodując placków na buzi. To był mój absolutny hit kwietnia - niemal nie rozstawałam się z tym pędzlem :)

3. Maybelline One by One - ulubieniec tuszowy od listopada - powoli dogorywa, ale ciągle sprawdza się lepiej, niż chociażby The Falsies, którym próbowałam go zastąpić.

4. Hean HD, 405 Hot Chocolate - najlepsza paletka do makijażu na szybko - bez dylematów co z czym i dlaczego. Cień bazowy jest absolutnie fantastyczny, a brązy delikatnie podkreślają załamanie. W komplecie stanowią zarówno przyjemnego dzienniaka do pracy (lub na leniwy dzień), albo są dobrym tłem dla brązowego linera.

5. Essence Gel Liner, 02 London Baby - w tym miesiącu skusiłam się na brązowy liner w żelu, a ten z miejsca stał się jednym z kosmetyków kolorowych, po który sięgałam najczęściej.

6. Kobo, 504 Oriental Illusion (z kolekcji jesiennej Elegance) - początkowo dość rzadko sięgałam po ten cień, bo wydawało mi się, że jego kolor zbytnio ociepla się na mojej powiece i w efekcie i tak dodawałam w załamaniu ciemniejszy kolor, natomiast wystarczyło trafić na dobry odcień MIYO, żeby okazało się, że mam w swoich zbiorach wiosenny duet idealny.

7. Essence Marble Mania, 01 Swirlpool - odkąd wykończyłam ulubieńca z ELFa, w oczekiwaniu na Rose Gold od Sleeka, sięgnęłam po ten dość świeży nabytek. Okazało się, że tym różem mogę malować się nawet z zamkniętymi oczami i nie ma szans, żeby zrobić sobie nim krzywdę, a przy tym kolor jest odpowiednio intensywny do makijażu dziennego i jednocześnie pięknie ożywia buzię.

8. MIYO, 26 Haze - chciałam kupić odcień Vanilla, ale nigdy nie mogłam na niego trafić, ale po szybkim teście okazało się, że kolor Haze jest dość zbliżony do obiektu moich poszukiwań, tyle, że odrobinę chłodniejszy, co akurat bardzo mi odpowiada. Ulubiony cień bazowy! Swatche wkrótce.

9. Oriflame Kohl Kajal, Nude - świetna cielista kredka, dobrze się rozprowadza, ma idealny kolor i nie zostawia grudek. Z linią wodną bywa u niej różnie, ale "włożona" w rzęsy sprawdza się bardziej niż przyzwoicie.

Ulubieńcy kwietnia cz.2
10. Synergen, kolor 03 - kupiłam ten puder jakiś czas temu skuszona wszechobecnymi zachwytami i faktycznie - sprawdza się u mnie o niebo lepiej niż chociażby puder bambusowy z Biochemii Urody, czy choćby chwalony przeze mnie kiedyś Essence Fix & Matte. Dość przyzwoicie utrzymuje mat i nawet jeśli buzia zaczyna się świecić, to ewentualna warstwa sebum sprawia wrażenie dużo cieńszej niż zwykle.
11. Manhattan, Soft Mat Lipcream, 56k - o zaletach matowych pomadek z Manhattanu rozpisywałam się dość obszernie w recenzji i zdanie to nadal podtrzymuję! Użyta na balsam nie wysusza ust, a kolor utrzymuje się naprawdę długo.
12. EcoTools, pędzel do pudru - razem z pudrem Synergen tworzą bardzo zgraną parę i dzięki tej dwójce uzyskuję najlepszy i najbardziej naturalny efekt.
13. Celia Nude, 602 - wreszcie i mi - za sprawą nieocenionej babci - udało się zdobyć osławioną Celię. Świetny zamiennik dla pomadek ochronnych - bardzo dobrze nawilża usta, nadając im jednocześnie subtelny kolor.
14. Flos-Lek, wazelina kosmetyczna, różana - bardzo lubię używać jej na noc, od razu czuję jej zmiękczające działanie, a delikatny różany zapach jest naprawdę bardzo, bardzo przyjemny.
Czytaj dalej

wtorek, 6 marca 2012

Lutowe zakupy

Jako, że marzec rozgościł się w kalendarzu już na dobre, to pora na podsumowanie zakupowe lutego... W tym miesiącu przybyło mi... ekhm... sporo nowych szpargałów i nie były to same niezbędne rzeczy, dlatego w marcu mam silne postanowienie nie kupowania niczego ponad aktualne potrzeby... Tzn. wiadomo, jak się trafi coś super hiper, to pewnie ulegnę, ale żeby to super hiper mega kilo giga fantastyczne, nie kusiło mnie za każdym razem... ;)

Dla usprawiedliwienia dodam tylko, że tzw. projekt denko nadal idzie mi całkiem ładnie i zgrabnie i tendencja kilkunastu zużyć jest jak najbardziej zachowana (o czym więcej jutro). Myślę tylko, że chyba powinnam nieco zaostrzyć jego reguły w rejonie kolorówki, ale która z nas nie ma z tym problemów... ;)

Przechodząc jednak do rzeczy... Przedstawiam Wam nowe nabytki w miesiącu lutym! Tadaaaam! :)

1. Pielęgnacja twarzy.

Tutaj zdecydowanie padło na maseczki! Ostatnio stałam się totalną fanką maseczek w saszetkach, również ze względu na to, że jeśli któraś mi nie pasuje, to męczę się z nią tylko raz, a nie od razu z całą tubą... ;)

Bielenda - maski z serii Bawełna i serii Granat
Nie miałam okazji ich jeszcze wypróbować, ponieważ pojawiły się w mojej kosmetyczce dopiero pod koniec miesiąca, ale koleżanka bardzo polecała mi serię z granatem, więc dobrałam do pary bawełnę i w ten weekend któraś z nich wyląduje ze mną w łazience... :)
Cena: 4,19zł/szt

Ziaja - maski z glinkami
Ziaja - maska oczyszczająca z glinką szarą
Absolutnym i niekwestionowanym ulubieńcem miesiąca jest dla mnie maska oczyszczająca z glinką szarą z Ziaji. W moim odczuciu stosowana regularnie zapobiegała, tudzież znacznie opóźniała świecenie moją piękną facjatą... :P A reszta? Zobaczymy, anty-stress nie powaliła mnie na kolana, ciekawe jak pozostałe...
Cena: ok.1,50zł/szt

Soraya - morelowy peeling oczyszczający
Kolejny hit-nie-hit. Różne opinie twierdzą co innego - jedne, że jest to odpowiednik wycofanego morelowego peelingu St. Ives, inne twierdzą, że w ogóle się do niego nie umywa. St. Ives nie miałam, ale ten sprawdził się absolutnie fantastycznie! A myślałam, że mam dobry zdzierak w domu - toż, to herezje! Soraya, to dopiero cudo nad cudami! Czuję, że to będzie związek na dłużej...
Cena: 9,49zł/250ml (promocja)

2. Pielęgnacja ciała.
Alterra - mydło różane i lawendowe
Kolejnym nabytkiem były mydełka z Alterry - czytałam o nich kilka pozytywnych opinii, więc skusiłam się na dwie wersje zapachowe. Krzywdy na pewno mi nie robią, nie zauważyłam wysuszenia dłoni, a jednocześnie nie potrzebuję używać po nich kremu do rąk. Dodatkowo mają krótki i przyjazny skład, kosztują niewiele, mają spory wybór zapachów, no i robią to, co mają robić - myją ręce!
Cena: ok.2zł/100g (promocja)
Oriflame - Loves me...
Zestaw Oriflame - Loves me..., w którego skład wchodzą krem do rąk (75ml), mydełko w kształcie stokrotki (75g) oraz krem pod prysznic (250g), wszystkie w jednej, delikatnej linii zapachowej. Oczywiście najbardziej urzekło mnie mydełko... Aż szkoda je ruszyć taką stokrotkę...
Cena: 19,90zł/zestaw (promocja)
Oriflame - Silk Beauty - żel do golenia
Z tego chyba nie muszę się tłumaczyć... ;) Po prostu żel do golenia. Od lat bardzo dobrze się u mnie sprawdza, w każdej wersji, która była dostępna, dlatego zawsze do niego wracam. Do tego jest bardzo wydajny. Nie pamiętam nawet, kiedy kupiłam poprzednią tubkę.
Cena: 10,90zł/150ml
Eveline - balsam różany
Już od dawna miałam na niego ochotę, a że u mojego M. skończyło się nasze mleczko z Oriflame, to zawinęłam różyczkę do koszyka, jak tylko spotkałam ją w promocji. Ogromny plus za wygodną pompkę, dużą pojemność i bardzo lekką konsystencję - idealna do smarowania na szybciocha. Należy mu się osobna recenzja.
Cena: ok.12zł/500ml (promocja)
Oriflame - balsam z wyciągiem z trzech zbóż
Argument właściwie jak powyżej, z tym, że różę miałam zagarnąć do domu, jak tylko będzie balsam w promocji (mój facet lubi je ze względu na neutralne zapachy), ale ostatecznie tak przyzwyczaił się do pompki, że róża została u niego, a zboża czekają na swoją kolej na półce z zapasami...
Cena: 13,90zł/400ml (promocja)

Body Club - kule do kąpieli
Kule do kąpieli kupiłam w promocji w Drogerii Natura, pamiętam, że zrobiły szał w którejś z edycji Biedronkowej gazetki urodowej, ale wtedy się na nie nie załapałam. Początkowo kupiłam dla siebie tylko różaną, ale ponieważ spodobała się mamie, to sprezentowałam jej różę i lawendę/pomarańczę. Na razie czekają na swoją kolej, bo my czekamy na naprawę pieca, więc kąpiele musimy sobie gotować... (Hahaha... Very funny!)
Cena: ok.5zł/170g  (promocja)
Douglas - różany płyn do kąpieli
Kolejny różany (tak, mam obsesję na punkcie tego zapachu...) umilacz kąpieli - Douglasowy płyn do kąpieli dostałam jako miły i pachnący dodatek do prezentu walentynkowego. U mojego M. mamy prysznic, a w domu sytuacja jak wyżej. Z tego względu póki co, tylko siedzę i niucham... 

3. Pielęgnacja włosów.
Mrs. Potters - balsam z aloesem i jedwabiem
Wszędzie polecana odżywka z Mrs. Potter's - mam nadzieję, że kupiłam dobrą wersję... W każdym bądź razie sprawdza się bardzo przyzwoicie, włosy mi nie odpadły, a i pachnie bardzo przyjemnie... A, że zapasy Isany się kończą...
Cena: 6,48zł/500ml
Joanna - balsam nawilżająco-regenerujący
Tutaj zadziałał trochę owczy pęd - spotkałam ją w markecie, pamiętałam, że coś dobrego o niej czytałam, a że nie kosztowała wiele, to wrzuciłam do koszyka... I w sumie teraz nie wiem, jak tego używać... Jakieś propozycje? :P
Cena:5,24zł/200g

4. Kolorówka.
My Secret, Manhattan, Essence, Kobo
W kwestii kolorówki dokonałam całe mnóstwo nieprzemyślanych zakupów. W zasadzie ze wszystkich jestem zadowolona (uff...), ale spokojnie mogłam sobie część darować... :P Niektóre z zakupów zostały już bliżej przedstawione, więc podlinkuję je poniżej.

Do zbiorów dołączyły:
My Secret 104 - flejksy (ok.4zł, promocja);
Manhattan - matowe pomadki w kremie (ok.6zł/szt.; allegro) TU i TU;
Essence - cień w kremie Stay All Day - 02 Glammy Goes To...(11,99zł);
Kobo - cienie z limitowanki Elegance -  Pearl Mist i Oriental Illusion (11zł/szt)

Oriflame, Synergen, Rimmel
Jak widać skusiłam się również na osławionego rimmelowskiego żelka - myślę, że już mogę zaliczyć się do grona jego fanek! Puder Synergen - kolejny blogowo-wizażowy hit - pierwsze wrażenie zrobił pozytywne, oby tak dalej. Oriflame Bio Clinic - krem redukujący zaczerwienienia - to coś, co ja traktuję jako bazę, która ma za zadanie utrzymać moje policzki w tym samym kolorze, co reszta twarzy... If u know what I mean... Muszę przyznać, że sprawdza się wyjątkowo przyzwoicie, ale póki co nadal jeszcze muszę ją trochę pomęczyć, zanim ją zrecenzuję.
Rimmel - ok.24zł/18ml (promocja);
Synergen - ok.6,50zł (promocja);
Oriflame BioClinic - 69,90zł/30ml (promocja, dla przerażonych dodam, że jako konsultantka zapłaciłam ok.20zł mniej).

Essence C&G 82 Rich&Pretty oraz Essence Stay All Day 03 Steel The Show
Zadowolona z pierwszej parki cień+lakier (wybranej nieświadomie w zbliżonej kolorystyce), tydzień później wybrałam się po kolejną parkę i znowu popełniłam nieświadomie duet kolorystyczny. A że do tego była promocja 2+1, to jako gratis wybrałam z kasy błyszczyk XXL Nudes, który dałam mamie, bo ja raczej mało błyszczykowa jestem, a ona lubi tego typu mazidełka :)
Lakier C&G 82 Rich & Pretty - 5,50zł;
Cień w kremie Stay All Day - 03 Steel The Show - 11,90zł.

Sensique 150 + Oriflame Very Me
Lakier Sensique wpadł do koszyka, bo miał taki sam kolor, jak sweterek w dniu jego zakupu i kosztował grosze, więc to typowo babski argument... :|
A kredki urzekły mnie kolorami i moją ulubioną formą ołówka, mam do takich większe zaufanie, niż do kredek wykręcanych. Tak mam i koniec. A turkus będzie cudny na wiosnę!
Sensique 150 - 3,99zł;
Kredki Oriflame - Very Me - 7,90zł/szt.

5. Inne.
Isana - migdałowy zmywacz do paznokci i Rexona aloesowa w kulce
Skończył mi się biedronkowy zmywacz Nailty, więc złapałam na szybko Isanę, skuszona obietnicą migdałów. Nie czuję ich, ale fakt faktem paznokcie po zmywaniu pachną cudownie! No a Rexona wpadła, bo morduję resztki kulki z Nivea, więc na dniach będzie potrzebny zamiennik.
Isana - zmywacz do paznokci - errrm... ok.5zł? To jest ta duża butla...;
Rexona - kulka aloesowa - ok.8zł (promocja).

Belissa
Po 1,5 miesięcznej przerwie na Capivit (skóra, włosy, paznokcie - czy jakoś tak... ;)), postanowiłam wrócić do Belissy, spotkanej w promocji w Rossmanie. Po niej najszybciej zauważam efekty i myślę, że dzięki niej przestały mi aż tak wypadać włosy. Pierwsze opakowanie "zjadłam" w grudniu i już wtedy widziałam efekty, dlatego teraz, po braku większej skuteczności Capivitu, wracam pokornie do Belissy.
Cena: ok.15zł/50 tabletek

To już chyba pełna lista moich lutowych grzeszków. Tym razem było tego dużo, może nie były to drogie rzeczy, ale pierdoły mają to do siebie, że łatwo wpadają do koszyka, ale ich suma może nieco porazić... ;)

A Wy jak tam? Też tak nagrzeszyłyście w tym miesiącu?
K.
Czytaj dalej

piątek, 24 lutego 2012

Manhattan Soft Mat Lipcream - matowe pomadki w kremie - recenzja + swatche

Tak, jak obiecałam, zamieszczam dzisiaj kolejną notkę o matowych pomadkach z Manhattanu. Kilka dni temu zamieściłam post, w którym pokazywałam Wam pierwsze swatche tych kremowych cudaków (KLIK), a dzisiaj zapraszam Wam na kilka słów podsumowania oraz zdjęcia poszczególnych kolorów na ustach.

Manhattan Soft Mat - 56k, 54l, 45h
Aplikator.
OPAKOWANIE: Pomadki zamknięte są w opakowaniu standardowym dla błyszczyków posiadają gąbkowy aplikator, który jest bardzo wygodny i nie sprawia problemów przy aplikacji. Przy czerwonym kolorze warto jednak poprawić kontur ust pędzelkiem, albo bardzo dokładnie pokryć je pomadką i odczekać chwilę aż zaschnie. Inaczej ewentualne niedociągnięcia mogą się nieco odznaczać, ale to raczej główna zasada nakładania czerwonej pomadki... ;) Pozostałe dwa kolory nie sprawiają takich kolorów, warto mieć pod ręką lusterko, ale nie jest ono aż tak niezbędne.

KONSYSTENCJA: Producent określa ich konsystencję jako kremową, ale ja skłaniam się ku opinii większości posiadaczek tych pomadek, które określają tą konsystencję jako typowy mus.

Opakowanie pomadki.
TRWAŁOŚĆ I DZIAŁANIE: Pomadki chwilę po nałożeniu lekko połyskują, ale po kilku minutach zastygają na ustach i robią się matowe. Efekt na ustach naprawdę przypadł mi do gustu. Moją ulubioną jest pomadka w kolorze, który kojarzy mi się z malinami, czyli 54L. Naprawdę świetnie się w niej czuję, a mimo tego, że jest dosyć intensywna, uważam, że nadal nadaje się na dzień - może nie do pracy, ale na zajęcia, czy kawę z koleżankami jest idealna.

Pomadki mogą nieco wysuszać usta i podkreślać suche skórki, dlatego ja nakładam najpierw na usta pomadkę ochronną lub balsam Tisane w małej ilości, wykonuję dalszy makijaż i na koniec nakładam pomadkę. Ten sposób sprawdza się idealnie i nie zauważyłam, żeby pomadka, po zastosowaniu tej metody, podkreślała ewentualną gorszą kondycję ust. Dzięki temu również nie czuję, żeby pomadka wysuszała moje usta, ani nie ściąga ich po zastygnięciu.

Co najważniejsze pomadki stopniowo wytracają kolor i robią to w sposób równomierny, więc nie musimy się obawiać, że po jakimś czasie zostanie nam na ustach efekt konturówki". Na moich ustach najdłużej utrzymuje się najjaśniejszy kolor - 56K - z zegarkiem w ręku - trzymał się na moich ustach pełne 7h stopniowo blaknąc. A w tym czasie zarówno jadłam, piłam i gadałam! Kolor 54L utrzymywał się na moich ustach nieco krócej, bo około 4-5h, ale miał o wiele cięższe zadanie - buziaki. Te przetrwał nie zostawiając koloru na ustach mojego Mężczyzny, więc obie strony były bardzo zadowolone! ;) Nie mogę się natomiast wypowiedzieć co do trwałości koloru 45H, ponieważ nie miałam jeszcze okazji do noszenia tego kolorku na dłużej.

CENA/DOSTĘPNOŚĆ: ok.15zł w Rossmanach, ok.6zł na Allegro

 Poniżej zdjęcia poszczególnych kolorów na ustach.

1. Kolor czerwony 45H.
Manhattan 45H



2. Kolor malinowy 54L - najtrudniej oddać go na zdjęciu - jest nieco bardziej różowy i intensywny.

Manhattan 54L



3. Kolor jasnoróżowy - 56K.

Manhattan 56K



K.
Czytaj dalej
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Blog template designed by SandDBlast