Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dax Cosmetics. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dax Cosmetics. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 25 marca 2014

Styczniowe denko

Cześć Dziewczyny!

Kontynuując denkowanie i nadrabiając zaległości, przedstawiam Wam moje styczniowe denko! I tym razem poszło mi całkiem nieźle, ponieważ w styczniu wykończyłam 13 produktów, zatem ponownie zapraszam Was na serię minirecenzji zużytych kosmetyków!


Jeśli lubicie czytać o moich denkach, a przegapiłyście ostatni megadługaśny post, to zapraszam Was na podsumowanie czteromiesięcznych zbiorów - TUTAJ :)


1. Szampon żurawinowy; Barwa Naturalna (300 ml; ok.5 zł).
Ten szampon został już zrecenzowany na blogu TUTAJ i zdobył sobie moje uznanie. Bardzo dobrze oczyszczał włosy, nie podrażniał skóry głowy i przepięknie pachniał jabłuszkiem! Do tego był naprawdę wydajny - sama przyjemność, gdybym tylko nie miała ogromnych zapasów do wykończenia, to z pewnością skusiłabym się na powtórkę lub inny wariant szamponu z Barwy.

Aktualnie używam: szampon z 20% zawartością aloesu z Equilibra;

2. Odżywka do włosów suchych; 3-Minute Miracle Reconstructor; Aussie (250 ml; ok.30 zł).
Ta odżywka, to chyba najbardziej znany produkt z oferty Aussie - swego czasu obiekt pożądania, który okazał się być bardzo zwykłą odżywką... Przyznam szczerze, że w ogóle nie czuję się uwiedziona ofertą Aussie - żaden z trzech wypróbowanych produktów nie rozkochał mnie w sobie, choć odżywka 3-minutowa i tak wypadła najlepiej. Podobało mi się to, że po jej użyciu włosy były naprawdę miękkie i nieco wygładzone, a do tego nawet nieźle się układały. Jednak jestem świadoma, że spora w tym zasługa silikonów, a te wartościowe składniki, którymi szczyci się marka są niestety daleko w ogonku w dość długim składzie. Dla mnie to zdecydowanie zbyt wysoka cena za niezły produkt o przeciętnym składzie. Nie kupię ponownie.

3. Maska regeneracyjna z efektem laminowania z mango i awokado; Love2Mix Organic; Pervoe Reshenie (200 ml; ok.25-30 zł).
Jeśli już mówimy o maskach i odżywkach w okolicach 30 zł, to ten produkt jest zdecydowanie bardziej wart swojej ceny! Maska z Love2Mix (recenzja TUTAJ) była stosowana przeze mnie właściwie jak klasyczna odżywka, czasem trzymałam ją na włosach krócej, czasem dłużej, ale za każdym razem efekt był naprawdę dobry! Maska ładnie wygładzała włosy, sprawiała, że były miękkie, nawilżone i odżywione, nie elektryzowały się i nie puszyły. Jestem bardzo, bardzo na tak i na pewno nie raz do niej wrócę! Ogromnym plusem jest skład, który zaczyna się od ekstraktu z mango i oleju z awokado!

Aktualnie używam: maska z awokado i winogronami z Alverde;


4. B.B. Multifunkcyjny balsam do ciała 10 w 1 z masłem kakaowym; AA (400 ml; ok.15 zł).
To drugi balsam z tej serii, który miałam okazję używać. Kupiłam go z myślą o sobie i moim facecie, więc celowałam w bardziej neutralny zapach i tu na pewno trafiłam. Zapach balsamu był przyjemny i nienachalny, a jego właściwości nawilżające na naprawdę dobrym poziomie. Produkt dobrze rozprowadzał się na ciele, ale czasami miałam wrażenie, że balsam jest dla mnie zbyt treściwy, więc nie sięgałam po niego codziennie. Mój facet również był zadowolony, ale on stosował znacznie mniejsze ilości, niż ja - ze mnie zawsze się śmiał, że ta sama ilość balsamu, której używam do jednego smarowania, jemu wystarczyłaby na trzy :D Być może jeszcze do niego wrócę, ale raczej w sezonie jesienno-zimowym.

Aktualnie używam: balsam do ciała Lirene Intensywna Regeneracja;

5. Żel pod prysznic Aromatherapy z wanilią i werbeną; Bath & Body Works (295 ml; cena regularna 49 zł).
To zdecydowanie jeden z moich ulubionych produktów do kąpieli z BBW! Żel fantastycznie pachnie słodką wanilią, przełamaną świeżą, lekko cytrusową nutą werbeny i genialnie sprawdza się przez cały rok. Nie jest ani zbyt otulający, ani zbyt świeży. Cena regularna jest grubą przesadą, ale na szczęście często trafiają się na niego promocje podczas wyprzedaży, więc wtedy robię zwykle mały zapas. A uwielbiam do niego wracać! :)

6. Żel pod prysznic z kokosem i nektarynką; Balea (300 ml; ok.1 euro).
Kiedy tylko mam okazję, robię mały zapas żeli z Balea. Tym razem padło na wersję kokosowo-nektarynkową, która miała naprawdę przyjemny zapach. Właściwości pielęgnacyjne tych żeli również mi odpowiadają - dobrze oczyszczają moją skórę i nie wysuszają jej. Od żeli więcej nie wymagam.

Aktualnie używam: żel po prysznic wiśniowo-migdałowy z Balea;


7. Płyn micelarny do delikatnego oczyszczenia i demakijażu twarzy T; Sebo-Micellar; Pharmaceris (200 ml; ok.23-25 zł).
To moja drugie opakowanie tego płynu i o ile pierwsze nie zrobiło na mnie większego wrażenia, tak to jakby podziałało na moją skórę znacznie lepiej. Warto jednak zaznaczyć, że nie używałam tego produktu jako płynu micelarnego, a raczej jako toniku, ponieważ przemywałam nim twarz już po zmyciu makijażu żelem, a Sebo-Micellar ewentualnie domywał jego resztki. Mam wrażenie, że moja cera dzięki niemu wyglądała zdrowiej, a do tego - oczywiście w połączeniu z innymi produktami pielęgnacyjnymi - szybciej goiły się na niej wszelkie niespodzianki. Nie jestem pewna, czy w tej chwili nie zmieniono czegoś w składzie, ale nawet jeśli, to być może ponownie skuszę się na ten produkt. Szerzej pisałam o nim TUTAJ, ale pamiętajcie, że wtedy nie byłam z niego najbardziej zadowolona.

Aktualnie używam: tonik nawilżająco-oczyszczający z Lirene;

8. Dwufazowy płyn do demakijażu; Eucerin (125 ml; cena regularna wg KWC - ok.40 zł).
Dwufazówka z Eucerin, to skutek ogromnej promocji w Super-Pharm - stwierdziałam, że za 10 zł warto by wypróbować coś aptecznego, ale mimo, że produkt był niezły, to jednak nadal nie przebił mojego ulubieńca, czyli płynu dwufazowego z Lirene. Eucerin dobrze sobie radził ze zmywaniem zarówno podkładu, jak i tuszu, czy kredki, ale wymagał trochę cierpliwości, ponieważ rozpuszczał makijaż znacznie wolniej, niż wspomniany Lirene. Z tego powodu (oraz z powodu absurdalnie wysokiej ceny) nie planuję powrotu. Plusem było to, że nie robił mi mgły na oczach i nie był jakoś przesadnie tłusty.

Aktualnie używam: płyn dwufazowy z Lirene;


9. Suchy szampon do włosów, Tropical; Batiste (50 ml; ok. 8zł).
Suche szampony Batiste, to już niemal podstawowy produkt w mojej łazience i kosmetyczce. Wielokrotnie już ratowały mnie w opresji, albo pozwalały na dodatkowy dzień lenistwa w kwestii mycia włosów. Nie tylko odświeżają włosy w tempie wręcz ekspresowym, ale pomagają nieco ułożyć fryzurę, dodając im objętości :) Więcej napisałam o nich TUTAJ.

Aktualnie używam: przez chwilę nie miałam już żadnej miniaturki, ale niedawno kupiłam zestaw mini Batiste, z którego na pierwszy rzut poszła wersja Wild :)

10. Antyperspirant w kulce; Biorythm; Rexona (50ml; ok.10 zł).
Jeśli chodzi o antyperspiranty, to Rexona niezmiennie sprawdza się u mnie najlepiej. Najdłużej neutralizuje ewentualny przykry zapach i zapewnia mi komfort, a przy tym nie podrażnia skóry i raczej nie robi plam na ubraniach. Tyle mi wystarczy, żebym regularnie do niego wracała :)

Aktualnie używam: antyperspirant Rexona w innej wersji zapachowej


11. Baza pod cienie Cashmere; Dax (ok.25 zł/szt.).
Ta baza służyła mi spokojnie około 1,5 roku i nawet przy codziennym korzystaniu nie udało mi się jej zużyć do końca, więc to denko jest takie trochę naciągane, no ale skoro termin ważności już upłynął, to wolałam nie ryzykować dalszego korzystania z niej. Baza generalnie sprawdzała się naprawdę dobrze! Znacznie wydłużała trwałość cieni, nieznacznie podbijała ich kolor i zapobiegała rolowaniu się cieni w kącikach. Myślę, że jest duża szansa na ponowne spotkanie, bo bardzo ją lubiłam :)

Aktualnie używam: baza pod cienie ArtDeco

12. Tusz do rzęs Lash Accelerator Endless; Rimmel (ok.25-30zł/szt.)
Nie napiszę tutaj zbyt wiele, bo po prostu muszę napisać jego pełną recenzję. Czytałam trochę recenzji na jego temat, część była nieco negatywna, część umiarkowanie pozytywna, a dla mnie ten tusz był naprawdę genialny! Uważam, że sprawdził się na moich rzęsach znacznie lepiej, niż uwielbiany przeze mnie do tej pory Maybelline One by One. Już kupiłam kolejne opakowanie!

Aktualnie używam: tusz do rzęs Catchy Eyes od Gosh

13. Kredka do oczu Glimmerstick Cosmic w kolorze Moonlit Brown (ok.10-15 zł/szt.).
To już moja kolejna zużyta kredka z serii Glimmerstick z Avonu i muszę przyznać, że jestem z nich bardzo zadowolona! Mam jeszcze czarną, fioletową i niebieską - każda z nich jest równie udana, ale bez użycia bazy może się nieco rozmazywać, jeśli użyć ją na linię wodną, jednak na bazie trzyma się świetnie cały dzień. Na pewno będę do nich wracać, kiedy tylko trafi mi się okazja :)

Aktualnie używam: konturówka do oczu z Paese - oczywiście brązowa :)

***
Jeśli chodzi o styczniowe pustaki, to by było na tyle! Nie ma szału, ale jest dobrze i jak na razie moje zużycia pozostają mniej więcej na podobnym poziomie. Ale co zużyłam i co uważam na temat tych kosmetyków dowiecie się w swoim czasie :))

Oczywiście jak zwykle, jeśli znacie któreś z moich zużyć, piszcie jak się u Was te produkty sprawdziły! :)
K.
Czytaj dalej

wtorek, 15 stycznia 2013

Ulubieńcy roku 2012 - kolorówka

Cześć Dziewczyny!

Obiecałam mojej Stefi, że przygotuję dla niej post z ulubieńcami roku, więc dziś wywiązuję się z tej obietnicy. Mam nadzieję, że moi faworyci zainteresują nie tylko jedną wierną czytelniczkę, ale że każda z Was również znajdzie tu coś ciekawego dla siebie! :)

Dzisiaj prezentuję kosmetyki kolorowe, po które najczęściej i najchętniej sięgałam w ciągu ubiegłego roku. Postaram się jeszcze przygotować ulubieńców z zakresu pielęgnacji, jednak muszę się porządnie zastanowić nad tym, jakie kosmetyki wyróżnić, ponieważ jest to dla mnie nieco większe wyzwanie, niż wyróżnianie kolorówki.

Myślę, że dość tych wstępów, przejdźmy do omówienia ulubieńców w poszczególnych kategoriach! :)

PODKŁADY


Lily Lolo w kolorze Warm Peach
Z pewnością zdążyłyście się już zorientować, że ten produkt, to moje odkrycie roku! Dzięki Agu, wpadłam po uszy! Okazało się, że podkład mineralny od Lily Lolo, jako jedyny potrafi tak długo utrzymywać mat na mojej problematycznej sferze T i to nawet bez dodatku pudru! Początkowo zupełnie nie byłam przekonana do formy podkładu w proszku, ale zwyciężyła ciekawość i zdecydowanie było warto! Z pędzlem Hakuro H50 ten podkład czyni cuda, nie tylko matowi cerę, ale również pięknie wyrównuje jej koloryt, sprawiając, że wygląda zdrowo. Nigdy nie sądziłam, że tak żółty podkład tak świetnie sprawdzi się na mojej skórze! :)

Bourjois Healthy Mix w kolorze 51 Light Vanilla
To kolejny hit blogosfery, który sprawdził się również na mojej twarzy. Wprawdzie krycie ma średnie w kierunku lekkiego, ale wszystko to, czego nie ukryje i tak przykrywam korektorem, więc zupełnie mi to nie przeszkadza. Po ten podkład sięgam, jeśli mam ochotę na coś lekkiego, co wyrówna koloryt skóry, ale nie zmatowi jej na amen. Healthy Mix sam z siebie zastyga odrobinę na błyszcząco, więc na stefę T używam i tak pudru, ale podoba mi się ten wilgotny efekt, który zostaje na policzkach. Nie zauważyłam, żeby ten podkład ciemniał mi na twarzy. Utrzymuje się stosunkowo długo, a schodząc nie robi plam na twarzy.

Under 20 - fluid matujący Anti Acne
Na ten podkład z pewnością zupełnie nie zwróciłabym uwagi, gdyby nie to, że dostałam go na czerwcowym spotkaniu blogerek. Okazało się, że Under 20 świetnie radzi sobie z matowieniem mojej cery, ładnie ją wygładza i wyrównuje. Do tego całkiem przyzwoicie kryje, a korektor ma naprawdę niewiele do roboty. Do tego przepięknie pachnie grejpfrutami! :)

***
BRONZER, ROZŚWIETLACZ, PUDER


Oriflame Beauty, Terracota Powder
Ten produkt mam już co najmniej dwa lata i mimo, że nie jest to najbardziej napigmentowany, czy najbardziej trwały produkt na świecie, to jednak lubię go i sięgam zawsze wtedy, kiedy mam ochotę nieco wykonturować buzię. Jest bardzo delikatny, właściwie na twarzy ledwo widoczny, ale zdecydowanie widzę różnicę między tym, kiedy mam go na twarzy, a kiedy pomijam jego użycie. Nie sposób zrobić sobie nim krzywdę, a jego obsługa przy użyciu grubaska z EcoTools jest bajecznie łatwa. Świetnie się u mnie sprawdza również w chłodniejsze miesiące, kiedy jestem blada i boję się sięgać po mocniej napigmentowany Bahama Mama z TheBalm.

TheBalm - rozświetlacz Mary-Lou Manizer
Uwielbiam ten kosmetyk za wszystko - począwszy od designu, przez kolor, aż po efekt, jaki daje na twarzy. Jest to jeden z nielicznych znanych mi rozświetlaczy, który zawiera w sobie tak drobniutko zmielone błyskotki, które nie są widoczne na twarzy każda z osobna, ale tworzą piękną satynową poświatę. Ma piękny, neutralny beżowy kolor, więc powinien pasować większości kobiet! Ponadto genialnie sprawdza się nie tylko na policzkach, ale również i na ciele!

Synergen - puder antybakteryjny w kolorze 03
Prawdziwie tanie rozwiązanie! Żaden z dotychczas stosowanych przeze mnie pudrów nie dawał tak długotrwałych efektów, jeśli chodzi o tak bardzo pożądany przeze mnie mat. Zdecydowany must have, w przypadku, gdy używam podkładów płynnych i niezbędnik z kosmetyczce do szybkich poprawek! 



***
RÓŻE


Alverde w kolorze 04 Soft Rose
To mój absolutny hit w kategorii róży! Jak widać powyżej mam dość liczną grupę ulubieńców, która stanowi tylko część mojej różowej kolekcji, ale ten zdominował je wszystkie! Dostałam go od Sylwii, która chyba nawet nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo trafiła z tym wyborem. W tym odcieniu moja twarz wygląda bardzo zdrowo i świeżo. Nie ma szans, żeby przedobrzyć przy jego aplikacji i to pomimo tego, że jest naprawdę przyzwoicie napigmentowany. Ponadto jest to róż, który utrzymuje się na mojej twarzy naprawdę cały dzień!

The Balm, Down Boy
Zanim dostałam róż z Alverde, ten róż był moim numerem 1. Nadal bardzo go lubię i świetnie się w nim czuję. Mam względem niego bardzo pozytywne odczucia i wiele cech tego produktu, pokrywa się z zaletami różu z Alverde, tyle, że mam wrażenie, że ten jest odrobinę mniej trwały. Oba te kolory na pierwszy rzut oka wydają się być do siebie zbliżone, oba to chłodne róże, jednak Down Boy jest po prostu różowy, natomiast Alverde ma w sobie odrobinę fioletowawego podbicia, przez co różnica między tymi produktami jest jednak widoczna.

The Balm, Hot Mama
Ten róż, to wakacyjny faworyt. Pięknie podkreśla lekko opaloną buzię i nie potrzebuje towarzystwa rozświetlacza, bo sam w sobie ma mnóstwo pięknych drobinek. Dobrze się utrzymuje na twarzy i świetnie się na niej układa w letnie miesiące. Ten kolor jest zdecydowanie cieplejszy, niż pozostałe róże, po które zwykłam sięgać, przez co jest na swój sposób wyjątkowo w mojej kolekcji. Jest zbliżony do Rose Gold ze Sleeka, jednak Sleek wydaje mi się być jeszcze cieplejszy i bardziej drobinkowy.

Lily Lolo w kolorze Ooh La La
To już chyba kultowy kolor wśród fanek minerałów! To kolejny produkt Lily Lolo, na który skusiła mnie Agu i kolejny, którego zakupu absolutnie nie żałuję. Ma delikatnie satynowe wykończenie i stosunkowo neutralny różowo-koralowy kolor, który powinien pasować większości kobiet. Jest niemal równie trwały, jak róż z Alverde, trzyma się naprawdę cały dzień, prawie nie blaknąc. Ponadto jest diabelnie wydajny! Wystarczy dosłownie kilka "kropeczek" proszku, żeby umalować oba policzki! :)

Essence - Marble Mania
Ten róż z wiosennej limitowanki Essence z miejsca stał się moim ulubieńcem! Mam go u mamy i używam go za każdym razem, kiedy u niej jestem. Bardzo dobrze się czuję w tym różowo-koralowym odcieniu i używam go przez cały rok, bez względu na porę roku, pogodę i samopoczucie. Zawsze wygląda dobrze i bardzo przyzwoicie się trzyma.



***
CIENIE


Inglot
To jeden z lepszych cieniowych zakupów ubiegłego roku! Bardzo chętnie sięgam po tę paletkę i jestem zadowolona z jej jakości. Cienie na bazie wytrzymują nawet do 18h! Coś pięknego! :) Wszystkie cienie prezentowałam bliżej w TYM poście.

Paleta Sleek Oh So Special
Ta paletka to niezmiennie mój ulubiony Sleek. Przez pierwszą połowę roku korzystałam przede wszystkim z tej paletki, później swoją uwagę podzieliłam między Sleeka a Inglota. Teraz znowu do niej wracam! Jestem zadowolona zarówno z jakości, pigmentacji, jak i kolorystyki tych cieni. To dla mnie najpiękniejsza paleta w kolekcji. Możecie przyjrzeć się jej TUTAJ.

Catrice - Hollywood's Boulevard
Ta mała czwórka, to zdecydowana faworytka końcówki roku! To moje najlepsze cienie do makijażu na szybko. Jestem w stanie wykonać pełny makijaż tylko dwoma cieniami i zawsze jestem zadowolona z efektu! I pomyśleć, że ta paletka to efekt przypadku, nigdy bym jej nie odkryła, gdyby nie wygrana u xkeylimex! :) Szybkie swatche pokazywałam TU.

***
KREDKA I TUSZE


Oriflame Smooth Definer w kolorze brązowym
Kiedyś nie wyobrażałam sobie makijażu bez czarnej kredki na całej dolnej powiece, teraz nie tylko obraziłam się na czerń, ale również nie zamalowuję kredką całej powieki. Brązowa kredka, włożona w zewnętrzny dolny kącik na linię wodną, pięknie zagęszcza rzęsy i jednocześnie wygląda bardzo naturalnie, dlatego sięgałam po nią niemal zawsze, kiedy zależało mi na podkreślonym spojrzeniu. O dziwo, dopiero ostatnio trafiła do moich ulubieńców miesiąca, a to tak naprawdę moja cicha bohaterka 2012 roku :)

Max Factor False Lash Effect Fusion
To jedna z moich ulubionych maskar! Zużywam już drugie opakowanie i bardzo lubię efekt, jaki daje na moich rzęsach. Jednocześnie muszę przyznać, że nie jest to tusz, który poradziłby sobie z mocnym podkreśleniem rzęs przy makijażu wieczorowym, ale na co dzień, jest świetny, ponieważ daje bardzo naturalny efekt. Rzęsy są wydłużone, przyciemnione, ale nie wyglądają sztucznie (choć tak obiecywał producent). Lubię w nim również to, że trzyma się na rzęsach cały dzień, nie kruszy się i trwa niemal nienaruszony aż do demakijażu.

Maybelline One by One
Kolejny tusz, który tylko potwierdza to, że dla moich rzęs, jedynymi słusznymi szczoteczkami są te silikonowe/plastikowe. Uwielbiam to, jak podkreśla moje rzęsy. Efekt jest nieco mocniejszy, niż w przypadku Max Factora, więc sprawdza się lepiej, kiedy chcę bardziej przyciemnić makijaż oka. Dokładna recenzja pojawiła się TUTAJ.

***
POMADKI


Pomadko-błyszczyki Celia Nude w kolorach 601, 602 i 603.
To niekwestionowane faworytki tego roku! To szminki, które pięknie podkreślają naturalny kolor ust, a jednocześnie świetnie je nawilżają i nie podkreślają suchych skórek. Gdyby tylko nie były tak wrażliwe na upały, byłyby idealne!

Catrice Ultimate Colour Pinkadilly Circus
Moja ukochana malinowa szminka, po którą sięgałam stosunkowo często w drugiej połowie roku. Bardzo dobrze czuję się w większości różowych pomadek, ale ta zdecydowanie prowadzi. Dobrze wygląda na ustach, nie podkreśla zbytnio suchych skórek i nadaje im piękny, intensywny kolor, jednocześnie nie wyglądając wyzywająco.

L'Oreal Rouge Caresse 101 Tempting Lilac
Kolejna faworytka z końcówki roku. Wprawdzie kupiłam ją pod koniec listopada, ale przez cały grudzień była produktem, po który sięgałam najczęściej! Prawdopodobnie tak często, jak po pomadkę ochronną! Świetny, naturalny kolor, konsystencja, która nie wysusza ust i piękne opakowanie. Wszystko to sprawia, że ta pomadka została stałym bywalcem mojej kosmetyczki! :)

Manhattan Soft Matt Lip Cream w kolorach 56K i 54L
Tych pomadek używałam dla odmiany w pierwszej połowie roku. Uwielbiam je za piękne, żywe kolory i za niesamowitą trwałość! Gdyby jeszcze tylko nie podsuszały ust, sięgałabym po nie dużo częściej! Te dwa kolory, to zdecydowanie moje ulubione odcienie różu, więc sięgam po nie bez większych oporów. Bliżej prezentowałam je TUTAJ.


***
LAKIERY


Nie da się ukryć, że moja paznokcie skutecznie zawojowały produkty marki Essie! Byłam (i nadal jestem) szalenie zadowolona z działania wysuszacza Good To Go, który rozwiązał wszystkie moje problemy z wiecznie niezaschniętym lakierem. Bardzo chętnie sięgałam też po odżywkę Nourish Me, która swego czasu odratowała moje paznokcie z naprawdę fatalnej kondycji. Mam wrażenie, że teraz moje paznokcie już się do niej trochę przyzwyczaiły, ale nadal sprawuje się u mnie lepiej, niż chociażby Nail Tek II.

Jeśli mam wskazać moje ulubione lakiery, po które najczęściej sięgałam w 2012 roku, to bez najmniejszych wątpliwości są to Virgin Orchid (KLIK), Splash of Grenadine (KLIK) oraz Mint Candy Apple (KLIK). Do tych lakierów wracałam najczęściej i właśnie po nich widać największe zużycie ;)

***
PRODUKTY UZUPEŁNIAJĄCE


Nivea Vitamin Shake
Ta pomadka, to produkt po, który sięgałam zawsze wtedy, kiedy nie wiedziałam czym pomalować usta. Nie lubię błyszczyków, a ta pomadka świetnie mi je zastępuje, ponieważ pięknie nabłyszcza usta i bardzo dobrze je pielęgnuje.

Oriflame Beauty, trio korektorów
Swego czasu bardzo lubiłam beżowy korektor z tego trio, ale teraz znalazłam mu godnego następcę, który wygląda nieco bardziej naturalnie i przede wszystkim jest trwalszy. Ostatnio za to polubiłam żółty korektor pod oczy, który fantastycznie tuszuje niewyspanie, ukrywa cienie i rozjaśnia okolice oka. Natomiast zielony korektor dobrze sprawdza się do ukrywania zaczerwienień - nie tylko czerwonych latarenek w postaci nieprzyjaciół, ale również zaczerwienionych policzków (oczywiście pod podkładem!).

Dax Cashmere - baza pod cienie
To ostatnio moja ulubiona baza pod cienie! Bardzo dobrze utrzymuje wszystkie cienie, które mam w kolekcji, ale najlepiej sprawdza się z Inglotami. To właśnie ten duet wytrwał na moich powiekach aż do 18h! Od bazy oczekuję przede wszystkim wydłużenia trwałości cieni i delikatnego podbicia koloru i to właśnie daje mi Cashmere. Więcej nie potrzebuję! :)

Oriflame Beauty, paletka do brwi
W lato (w te gorące dni) zupełnie olewałam sprawę podkreślania brwi, ale jak tylko robi się chłodniej, to czuję, że jest to niezbędny składnik mojego makijażu. Na początku oswajałam się z podkreślaniem brwi, używając jaśniejszego cienia, ale teraz już bez wahania sięgam po ten ciemniejszy. Widzę dużą różnicę, jaką robi podkreślenie brwi i myślę, że już na dobre przekonałam się do tego elementu makijażu.


No cóż, to chyba już wszystkie produkty kolorowe, po które najchętniej sięgałam w 2012 roku! Trochę się tego nazbierało, ale myślę, że każdy z nich zasługuje na uwagę. Mało tego, dopiero teraz uświadomiłam sobie jak dużo mam Wam jeszcze do opisania i pokazania! Ścigajcie mnie dziewczyny o recenzje - macie moje pełne przyzwolenie na motywacyjnego kopniaka w tyłek :D

A jak tam Wasze podsumowania? Czy przygotowałyście takie zestawienie na swoich blogach? Jeśli tak, to podajcie linki, chętnie poczytam! A jeśli nie lub nie prowadzicie swoich blogów, to zachęcam Was do podzielenia się Waszymi faworytami w komentarzach! :)
K.

Czytaj dalej

wtorek, 9 października 2012

Ulubieńcy września

Były zakupy, były denka, pora więc na ostatni odcinek podsumowujący wrzesień, czyli ulubieńców! Tym razem same debiuty, zarówno w kwestii kolorówki, jak i w kwestii pielęgnacji.


Miesiąc z pędzlem do rozcierania Hakuro H79 i do razu trafia do ulubieńców! Serio, coraz bardziej podoba mi się ta marka! Każdy jeden pędzel, który od nich kupiłam jest naprawdę świetny! H79 jest uważany za odpowiednik MACa 217. Jak jest naprawdę, nie wiem, ale Hakuro, to z pewnością bardzo udany model. I polubiłam go nawet mimo tego, że generalnie wolę bardziej puchate pędzle do rozcierania (i w tym celu z pewnością kupię bodajże H74), jednak ten zdaje się być dużo bardziej precyzyjny. Jeszcze trochę i na pewno uraczę Was jego recenzją... :)

Cienie Inglot (352 Matte, 399 Pearl, 460 Double Spark; na dole po prawej: 502 DS) - we wrześniu wzięłam porządnie w obroty czwórkę, którą kupiłam jeszcze w czerwcu. I tym razem jak już raz się przykleiłam, tak naprawdę bardzo rzadko sięgałam po jakiekolwiek inne cienie. Niesamowite jest to, że na bazie te cienie wytrzymują calutki dzień. Przeszły nawet hardcorowy test w postaci drzemki po całym dniu pracy - po 18h noszenia były zaledwie delikatnie zrolowane... Niesamowite!

Baza pod cienie Dax Cashmere, to mój aktualny zamiennik dla bazy Kobo, która jakiś czas temu zamieniła się w kamień. Mimo pewnych niewielkich niedogodności, uważam, że Cashmere to naprawdę świetna baza! Ciekawa jestem, jak będzie się dalej sprawować, bo po dwóch miesiącach z tą bazą jestem nią szczerze oczarowana!

Róż Sleek Pomergranate - ileż ja czekałam na ten róż! Tyle czasu zbierałam się do jego zakupu, po czym w lipcu dostałam go od kochanej Gray! Wtedy okazało się, że czuję się nieco zbyt blada, żeby go nosić, ale od razu po powrocie z wakacji, kiedy to udało mi się złapać odrobinkę słońca, okazało się, że jest idealny. I o ile w sierpniu w moim makijażu dominował Cabana Boy od TheBalm, tak we wrześniu zawzięcie maltretowałam Pomergranate :)

Rozświetlacz Mary Lou-Manizer, to kolejny kosmetyk, który bardzo chciałam mieć, a kiedy już wpadł w moje ręce, to używałam go od święta, tak jakbym chciała go oszczędzać. Jednak w końcu przemówiłam sobie do rozsądku i zaczęłam sięgać po niego regularnie, bo przecież ten produkt i tak ma tak ogromną pojemność, że w życiu go nie zużyję! ;) Jeden z piękniejszych rozświetlaczy, jakie widziałam - zupełnie nie czuję potrzeby posiadania innego! :)

We wrześniu, na moich paznokciach u rąk, królowały lakiery Essie, aczkolwiek za każdym razem używałam innego, stąd brak konkretnych ulubieńców. Zdałam sobie jednak sprawę z tego, że jest jeden lakier, po który sięgałam z wyjątkową przyjemnością i regularnością, a był to Hean 614 - to mój ulubieniec na paznokciach u stóp. Nawet nie potrafię sobie teraz przypomnieć, czy malowałam paznokcie u stóp wcześniej, co oznacza, że musiałam brać w obroty prawdopodobnie co najmniej przez całe wakacje. Lakier ma przepiękny fuksjowy kolor i jest szalenie trwały! Właściwie to zmywam go dopiero wtedy, kiedy biorę się za obcinanie paznokci... Wcześniej naprawdę nie ma potrzeby, bo ten lakier nie zalicza nawet ubytków! ;) 


Jeśli zaś chodzi o ulubieńców w kwestii pielęgnacji, to z pewnością należałoby wyróżnić dwa produkty od Pharmaceris. Przez całe wakacje moja cera płatała mi mniejsze lub większe figle, aż w końcu przebrała się miarka i jak tylko słońce schowało się w miarę na stałe za chmurami sięgnęłam po krem peelingujący z 5% zawartością kwasu migdałowego oraz krem przeciwtrądzikowy, oba z serii Pharamaceris T. Początkowo, po przeczytaniu bardzo różnych opinii, byłam dość sceptycznie nastawiona, ale na szczęście okazało się, że oba te kremy świetnie się u mnie sprawdzają. Nie są ideałami, bo liczyłam po cichu na nieco lepsze efekty, ale i tak zauważyłam ogromną poprawę w stosunku do tego, co działo się z moją cerą na początku miesiąca. Myślę, że taką kurację będę kontynuować przez październik i za 3-4 tygodnie wystawię obu tym produktom recenzję! A będzie co pisać! :)

Tym razem niewielu ulubieńców, ale każdy z tych produktów naprawdę zasłużył na wyróżnienie! Zauważcie, że tym razem pojawił się tu tylko jeden produkt z TheBalm :D

A po jakie produkty Wy sięgałyście najchętniej we wrześniu? :)
K.
Czytaj dalej

piątek, 27 lipca 2012

Perfecta - głęboko nawilżająca maseczka z sokiem aloesowym oraz wyciągiem z kwiatu pomarańczy

Wczoraj było o antybakteryjnej masce oczyszczającej z Perfecty, a dzisiaj naskrobię kilka słów o jej nawilżającej siostrze... Przed Wami głęboko nawilżająca maseczka z sokiem aloesowym i wyciągiem z kwiatu pomarańczy! :)


W ramach wstępu czuję się zobowiązana napisać o tym, że mam cerę mieszaną w kierunku tłustej, która jest niestety dość kapryśna, jeśli chodzi o maski. Wprawdzie nie reaguje na nie żadnymi uczuleniami, czy innymi nieprzyjemnościami, ale rzadko w ogóle reaguje na inne maski niż te glinkowe lub peelingi. Dlatego dość trudno oceniać mi działanie masek nawilżających, rozświetlajacych i innych takich, gdyż wszystkie one zostawiają na mojej cerze niemal identyczny efekt. Wprawdzie widzę zwykle delikatną poprawę, ale efekt nigdy nie rzucił mnie na kolona, tak jak to po glinkach czy peelingach bywało... Dlatego proszę posiadaczki cer suchych o dość spory dystans do tej recenzji, ponieważ na mojej cerze maski nawilżające wyjątkowo rzadko robię jakiekolwiek wrażenie... Niby każda skóra potrzebuje nawilżenia, ale mam wrażenie, że moja traktuje to jako zło konieczne... :P

Słowo od producenta:


DZIAŁANIE: Maska rzeczywiście dość przyjemnie nawilża, nie nazwałabym tego głębokim nawilżeniem w moim przypadku, ale jest ono odczuwalne. Buzia po zastosowaniu maseczki była miękka i gładka. I właściwie na tym koniec efektów... Tak, jak wspomniałam - u mnie zawsze kończy się podobnie - lekkie nawilżenie, miękka i gładka skóra i dziękuję. Efekt niestety nie jest długotrwały, a ponadto mam wrażenie, że maseczka zastosowana przed makijażem niestety nieco wzmogła szybsze przetłuszczenie mojej cery w ciągu dnia, dlatego pewnie lepszą porą na jej zastosowanie byłby wieczór, kiedy to nie musimy już później malować się i pędzić załatwiać sprawy... ;) Nie mam w zwyczaju zostawiać masek do wchłonięcia, ponieważ wcale nie wzmaga to u mnie efektów, a przetłuszczenie mam wtedy gwarantowane, dlatego zawsze zmywam wszystkie maski dużymi ilościami wody.

Jeśli chodzi o spłycanie zmarszczek, to nie jestem w stanie się wypowiedzieć, ponieważ takowych jako takich nie mam, ale uważam, że dobrze nawilżona skóra odpłaci nam się co najmniej mniejszą widocznością tych zmarszczek, których już się dorobiłyśmy, a jednocześnie delikatnie uelastycznia delikatną skórę, dzięki czemu opóźniamy powstawanie kolejnych. Dlatego nie odpuszczam mojej skórze i regularnie traktuję ją kremem nawilżającym, a także raz na jakiś czas torturuję ją właśnie maskami nawilżającymi... ;)



KONSYSTENCJA: Maska jest stosunkowo gęsta, ma dużo bardziej przyjazną konsystencję niż maska oczyszczająca. Nie przelewa się przez palce, dzięki czemu jej aplikacja jest łatwa i przyjemna.

KOLOR/ZAPACH: Maska ma kremowo-zielony kolor i pachnie bardzo delikatnie, czymś, czego nie udało mi się zidentyfikować. W każdym bądź razie zapach jest przyjemny i nie uprzykrza zabiegu.

OPAKOWANIE: To podobnie, jak poprzednim razem, miękka saszetka o zawartości 10ml. O ile w przypadku maski oczyszczającej krytykowałam zbyt dużą pojemność (nie cierpię odlewać maseczek do słoiczków, ani tym bardziej oblepiać saszetek taśmą!), tak w tym przypadku uważam, że jest to całkiem przyzwoita objętość, ponieważ producent zaleca zastosowanie tej maski również na szyję i dekolt - tak też zrobiłam (czego nie robią z glinkowymi maseczkami!). Warto pamiętać zwłaszcza o szyi, ponieważ to ona i nasze dłonie najszybciej zdradzą nasz wiek za te kilkanaście lat... ;)

CENA/DOSTĘPNOŚĆ: ok.2-3zł, drogerie typu Natura, Rossman;

CZY KUPIĘ PONOWNIE: W tej chwili moja cera zrobiła się odrobinę przesuszona przez regularne traktowanie jej żelem oczyszczającym z Vichy, więc jestem ciekawa, jak sprawdziłaby się ta maska w takiej sytuacji - nie wykluczam więc jej ponownego kupna!

Podsumowanie:
+ delikatne nawilżenie;
+ wygładzenie i zmiękczenie cery;
+ delikatny, nieuciążliwy zapach;
+ pojemność skłaniająca do zadbania o szyję i dekolt;

W sumie minusów nie widzę, chociaż maska niezupełnie mnie w sobie rozkochała, to jednak nie mogę jej nic zarzucić. Moja cera po prostu zazwyczaj nie wymaga intensywnego nawilżenia, więc również i efekty takich masek są u mnie dużo mniej widoczne.

SKŁAD:

Używałyście tej maseczki? Jak na Was podziałała i jaką macie cerę - ciekawi mnie jak sprawdza się na suchej cerze! Czy macie jakieś ulubione maseczki nawilżające?
K.

Czytaj dalej

czwartek, 26 lipca 2012

Perfecta - antybakteryjna maseczka na twarz z wyciągiem z gruszki - oczyszczająca

Witajcie!

Dzisiaj szybka recenzja maski oczyszczającej z Perfecty. Wprawdzie jakiś czas temu zaopatrzyłam się w dwa słoiczki czystych glinek z ZSK - białej i zielonej, ale nadal lubię czasem sięgnąć po maseczki w saszetkach. Tym sposobem skusiłam się na wykorzystanie kolejnej glinki znajdującej się w moich saszetkowych zasobach! :)


Słowo od producenta:

DZIAŁANIE: Czego nam tu producent nie naobiecywał! Zgodnie z tym maska powinna zrobić nam z twarzą istnego Photoshopa! Niestety tak nie jest, ale nie jest też źle. Maska rzeczywiście dość ładnie oczyszcza skórę z zanieczyszczeń, jednak nie jest to z pewnością głębokie oczyszczenie! Delikatnie ją wygładza i sprawia, że przez jakiś czas po użyciu twarz jest zmatowiona. Twarz jest po niej przyjemnie mięciutka, ale nie zaobserwowałam poprawy jej elastyczności. Nie zauważyłam również ani poprawionego kolorytu, ani tym bardziej zmniejszenia widoczności porów. Teoretycznie nie jest źle, maska spełnia swoje podstawowe założenia i być może polubiłabym się z nią bardziej, gdyby nie kilka innych cech, które nie do końca mi odpowiadają.


KONSYSTENCJA: Maska jest niestety dość rzadka, co nie do końca mi się podoba, ponieważ lubię, gdy maski mają konsystencję papki lub gęstego kremu. Ta natomiast prawie, że przelewa mi się przez palce podczas nakładania na twarz. Ponadto maska właściwie w ogóle nie zastyga na twarzy, a maski z glinkami przyzwyczaiły mnie do tego, że jednak nie dość, że są gęste, to jeszcze tworzą na twarzy swego rodzaju skorupkę. Być może dlatego mam wrażenie, że ta maska nie działa tak mocno jak powinna.

KOLOR/ZAPACH: Maska ma delikatnie żółtawy kolor, ale wbrew pozorom nie pachnie gruszkami, a jabłkami. Zapach to jej ogromna zaleta!

OPAKOWANIE: Miękka saszetka o pojemności 10ml. Jak dla mnie to nieco za duża pojemność jak na  saszetkę, ponieważ nie uznaję dzielenia masek w saszetkach na porcje. Zawsze nakładam tyle, ile zawarł w jednej porcji producent, ponieważ wychodzę z założenia, że saszetki powinny być jednorazowe, a ja nie mam ochoty babrać się z przelewaniem do słoiczków. O ile w przypadku gęstej maski nawilżającej ta pojemność jest całkiem ok, ponieważ taką maskę mogę zaaplikować również na dekolt i szyję, to w przypadku maski oczyszczającej i to tak rzadkiej, jest to zbyt duża pojemność. Moim zdaniem producent powinien zmniejszyć jej pojemność lub tą samą zawartość podzielić na dwie, osobno zapakowane porcje - wiecie, takie rozrywane. To byłoby dużo wygodniejsze! :)

CENA/DOSTĘPNOŚĆ: ok.2-3zł, dostępna praktycznie w każdej drogerii typu Natura, czy Rossman;

CZY KUPIĘ PONOWNIE: Raczej nie. W kategorii glinkowych masek w saszetkach u mnie zdecydowanie prowadzi Ziaja z glinką szarą!

Podsumowanie:
+ delikatne oczyszczenie;
+ zmiękczenie;
+ wygładzenie;
+ delikatne zmatowienie;
+ piękny zapach;
- brak uelastycznienia;
- brak działania na pory;
- niewygodne opakowanie i problematyczna pojemność.

SKŁAD:

Być może polubiłabym się z tą maską bardziej, ale na moją cerę o niebo lepiej działa maska oczyszczająca z Ziaji. Gdyby jeszcze tylko Ziaja mogła tak cudownie pachnieć jabłkami, wtedy byłaby ideałem! ;)

A Wy miałyście do czynienia z tą maseczką? Polecacie jakieś inne maski oczyszczające w saszetkach lub tubkach?
K.

Czytaj dalej

poniedziałek, 4 czerwca 2012

Spotkanie Warszawskich Blogerek Kosmetycznych, czyli jak spędziłam Dzień Dziecka... :)

W ostatnim poście wspominałam Wam, że wybieram się na spotkanie blogerek warszawskich, a dzisiaj przychodzę do Was z relacją i zdjęciami z tegoż eventu :)

Spotkanie odbyło się w piątek, 1 czerwca (prawdziwy Dzień Dziecka, ale o tym za moment...;)), w Five Restaurant na ul. Grzybowskiej. W pierwszej kolejności nie sposób nie wspomnieć, z jak profesjonalnym i uprzejmym przyjęciem spotkałyśmy się w tym miejscu. Organizatorkom - Marcie (Sauria80World) i Patrycji (Subiektywna Ja) - udało się zarezerwować całą dolną część restauracji wraz z VIP roomem, który, jak słusznie zauważyła jedna z dziewczyn, posłużył nam za magazyn na wszystkie piękne paki, które otrzymałyśmy od sponsorów. Obsługa restauracji fantastycznie przygotowała pomieszczenie, w którym przyszło nam spędzić, w dość sporym i rozgadanym gronie, kilka niesamowicie przyjemnych godzin! Zresztą same zobaczcie... :)

Five Restaurant
Jeszcze przed godziną 17 zaczęły pojawiać się pierwsze uczestniczki spotkania, więc zanim dotarłam na miejsce uzbierało się już całkiem liczne grono blogerek, w tym osoby, na które najmocniej liczyłam - moje top gaduły (dobra, dobra, ja też u Was nieźle spamuję ;)), czyli Sylwia (Lacquer Maniacs) i Kasia (Gray maluje)! Bardzo się cieszę, że w końcu udało nam się spotkać i to nie przy szafie w Jasminie, tylko kulturalnie, jak ludzie, przy kawce i innych smoothies... ;) Przy okazji zapoznałyśmy się też nieco bliżej z Mileną (Female Pleasure Lola) oraz przelotnie z Moniką (Blog Moniszona) Na spotkaniu zjawiło nas się w sumie 19 i żałuję, że nie z każdą z dziewczyn była okazja porozmawiać. Namiastką tego był za to moment kiedy każda z nas przedstawiała się, mówiąc o sobie i swoim blogu kilka zdań - wtedy oczywiście od razu rozległa się masa komentarzy w stylu - widziałam Twój blog, byłam u Ciebie, czy aaa to Ty! ;) Właściwie nie było ani chwili ciszy, o co zadbały dwie największe gaduły spotkania, czyli Marta (Sauria80World) i Olga (TheOleskaaa)! ;)

A oto lista uczestniczek spotkania:

Nie mam pojęcia, o której wyszłabym ze spotkania, gdybym nie miała w planach na ten wieczór Ursynaliów (Slayer & Limp Bizkit), jednak, pomimo ogromnej ochoty na koncerty, wcale nie spieszyłam się do wyjścia, tym bardziej, że pod koniec udało nam się uciąć miłą pogawędkę z Martą... :)

Nie da się ukryć, że niesamowicie przyjemny był również fakt obdarowania nas przez sponsorów tak licznymi ilościami kosmetyków! Dobrze, że mój M. zgarnął mnie samochodem, bo inaczej miałabym problem, żeby się z tym wszystkim doczłapać do domu, a co dopiero na koncert! Dziewczyny nie żartowały mówiąc, żebyśmy zabrały ze sobą walizki! :D

Otrzymałyśmy przepiękne prezenty od następujących firm:
- Lirene;
- Under Twenty;
- Dr Irena Eris;
- Dax Cosmetics (Perfecta & Celia);
- The Secret Soap Store;
- Procter & Gamble (Wella, Head&Shoulders, Pantene, Olay);
- Flos-Lek;
- Farmona;
- DLA Kosmetyki.

Jakby tego było mało Dominika (Kosmetyki Orlicy), jak na toruniankę przystało, przywiozła dla nas całą masę prawdziwych pierniczków, a Patrycja (Ściany Mają Uszy) dla każdej z nas przygotowała własnoręcznie wykonany puder do kąpieli!

Tego nie spodziewałabym się nawet w najśmielszych marzeniach! Coś mi się obiło o uszy, że będą jakieś prezenty od sponsorów, ale spodziewałam się raczej garści próbek, z których i tak pewnie byłabym zadowolona... A tu takie numery... ;)

Zapraszam do oglądania zdjęć ze spotkania oraz zbliżeń na zawartość poszczególnych paczek! :)
K.

Gray
Subiektywna, Siouxie i Sauria
Gray
Siouxie
Kasia, Sylwia i Milena
Marta, Dominika i Beata
Ja, Kasia i Sylwia
Ja i moja radość :D
Dominika, Beata, Magda, Ania, Marta, Marta, Monika
Olga, Dominika, Beata i Ania
Monika, Patrycja, Iwona
Moje i Grayowe skarby :)





Mój przydział ;)
Dr Irena Eris
Farmona
Farmona
The Secret Soap Store
Dax Cosmetics - Perfecta & Celia
Zbliżenie na lakiery Celii (producent Dax Cosmetics)
Procter & Gamble - Head&Shoulders, Pantene, Wella, Olay
Under Twenty
Lirene
Flos-Lek
DLA Kosmetyki
Puder do kąpieli od Patrycji z bloga http://scianymajauszy.blogspot.com/
Zdjęcia wykonane przeze mnie, Monikę oraz Patrycję (jeśli którąś autorkę pominęłam, to krzyczcie! ;))
Czytaj dalej
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Blog template designed by SandDBlast