Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Eveline. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Eveline. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 16 września 2014

Przegląd kredek do oczu - część I

Cześć Dziewczyny!

Przeglądając moje zasoby kosmetyczne, doszłam do wniosku, że jednym z najważniejszych kosmetyków kolorowych, które przewijają się w moim makijażu, a zaraz takim, po które sięgam codziennie są kredki do oczu. Mam ich całe mnóstwo, ciągle jakieś dokupuję, ciągle jakieś zużywam. Po niektóre z nich sięgam z ogromną ochotą, inne lubię, ale mogłabym się bez nich obyć. Zdarzają się też takiej, które zdecydowanie nie są warte uwagi. Ponieważ trudno byłoby mi rozwodzić się nad każdą z nich w osobnych postach (po prostu byłoby to nudne!), postanowiłam zrobić serię zbiorczych postów z krótkimi opiniami na temat poszczególnych kredek. Wszystkie kredki z pierwszej części są dostępne w drogeriach, więc jeśli któraś wpadnie Wam - nomen omen - w oko, to nie powinnyście mieć problemów z ich zakupem :)


Chociaż kredki, to must have w moim makijażu, musicie wiedzieć, że nie przepadam za intensywną kreską na górnej powiece, nawet tą rozmazaną (do malowania tych wyraźniejszych kresek używam linerów). Stosuję kredki przede wszystkim do podkreślenia dolnej powieki, a na górnej powiece zagęszczam jedynie linię rzęs (wtedy sięgam raczej po czerń lub brąz), dosłownie wkładając kredkę pomiędzy poszczególne rzęsy. Brzmi dziwnie, ale ten zabieg wygląda naturalnie i przyjemnie przyciemnia oko.


Lubię siebie w takim makijażu i - jak każdej kobiecie - zależy mi na jego trwałości, dlatego od pewnego czasu zaczęłam sięgać po bazę pod cienie, która utrwali kredkę na dolnej linii rzęs. Jeśli całość pociągnę jeszcze cieniem, to zazwyczaj mogę cieszyć się przyjemnym podkreśleniem praktycznie przez cały dzień. To znacząco przedłuża trwałość makijażu, a zarazem moje lepsze samopoczucie. Co jak co, ale oko lubię mieć podkreślone ;)


***
Rimmel - seria Exaggerate
262 Blackest Black
240 Aqua Sparkle


Seria Exaggerate całkiem niedawno pojawiła się na rynku wśród produktów marki Rimmel. W serii znajduje się kilka kolorów kredek automatycznych o różnych wykończeniach. Za pośrednictwem marki, w moje ręce trafiła klasyczna, kremowa czerń oraz piękny turkus z połyskującymi drobinkami. Obie kredki mają przyjemnie miękki grafit, który przyjemnie sunie po powiekach, nie drapiąc ich, ani nie powodując konieczności nachalnego naciągania skóry. Czerń jest zdecydowanie trwalsza i spokojnie mogę ją nosić przez cały dzień, natomiast turkus niestety znika gdzieś w ciągu dnia i po kilku godzinach mam na powiekach jedynie mgiełkę koloru. Na szczęście drobinki w nim zawarte nie mają tendencji do wędrowania wokół oczu.


Kredki są wyposażone w gąbeczkę, którą można rozetrzeć kreskę. Ja zazwyczaj nie korzystam z takich bajerów, więc mogę powiedzieć tyle, że gąbeczka jest miękka i zwarta, przypomina mi pacynki, dołączane do paletek Sleeka. Jeśli wyciągnięcie gąbeczkę, to znajdziecie również mini temperówkę, która pozwoli Wam zaostrzyć grafit w razie potrzeby.

Cena - 19,99 zł (wg Rossnet)

***
GOSH - Smokey Eye Liner
03 Smokey Plum
04 Smokey Blue


Kredki Gosha okazały się dla mnie naprawdę świetnymi produktami! To obecnie jedne z moich ulubionych kredek! Mają miękkie, nieco maślane grafity, które gładko rozprowadzają się po powiece, od razu zostawiając na nich intensywny kolor. Lubię w nich to, że są mimo wszystko dosyć ciemne, więc świetnie zastępują mi ukochany brąz lub klasyczną czerń. Ten mały kolorowy akcent wystarczy, żeby nieco ożywić codzienny makijaż. Kredki są naprawdę trwałe i świetnie się trzymają nawet bez wspomagaczy. Chętnie skuszę się na kredki z tej serii również w innych wariantach kolorystycznych, bo granat i śliwkowy fiolet są jak dla mnie genialne!

Te kredki należy temperować, ale na szczęście dobra temperówka świetnie sobie z nimi radzi. Kredki na szczęście nie łamią się zbyt łatwo i bez problemu nadacie im pożądany kształt i ostrość.


Kredki Smokey Eye Liner również zostały wyposażone w gąbeczki do rozcierania. Są one dosyć dziwne, bo sprawiają wrażenie mokrych i lekko tłustych, ale jednocześnie nie zostawiają widocznych śladów na skórze. Są znacznie bardziej zwarte, niż gąbeczki w kredkach z Rimmel, ale jednocześnie nadal są bardzo miękkie i raczej delikatne dla skóry.

Cena - 32,99 zł (wg kochamkosmetyki.pl)

***
Catrice - Eyebrow Lifter - 010 Lift Me Up, Scotty!
Pierre René - Eye_matic 2 - 02
Eveline - Eye Max Precision - Brown


Kredka Catrice Eyebrow Lifter, to właściwie kredka pod łuk brwiowy, ale czasami stosuję ją również jako rozświetlacz do wewnętrzego kącika oka lub na dolną linię wodną. Nie jest to najbardziej trwałe rozwiązanie, nawet pomimo użycia bazy, ale szczerze powiedziawszy mam ten problem z większością jasnych kredek, więc nie jest to dla mnie żadne zaskoczenie. Podoba mi się to, że kredka z Catrice jest całkowicie kremowa, a jej kolor, to nieco różowawy odcień beżu - dosyć naturalny. Jako że produkt jest przeznaczony pod brwi, grafit jest mięciutki, a sam produkt bardzo łatwo rozetrzeć do pożądanej intensywności. Również i w tym przypadku mamy do czynienia z kredką, którą należy temperować, ale korzystam z niej na tyle rzadko, że nigdy jeszcze nie miałam potrzeby tego robić...

Cena - 13,90 zł (wg KWC)



Kredka z Pierre René okazała się dla mnie czarnym koniem tego zestawienia. Otrzymałam ją ponad rok temu na jednym ze spotkań blogerskich, odłożyłam do pudełka i zapomniałam o niej, dopóki nie wykończyłam wszystkich brązowych kredek. Eye_matic 2 okazała się być naprawdę świetnym produktem i cieszę się, że miałam okazję ją przetestować. Jak tylko będę miała okazję, to z pewnością kupię ją ponownie ze względu na piękny, dość oryginalny odcień brązu. Odrobinę rudawy, choć nie przesadnie ciepły, a do tego wyposażony w mikroskopijne drobinki, połyskujące od czasu do czasu na złoto.

Kredka jest automatyczna, ale przez cały czas jej użytkowania nie czułam potrzeby, żeby ją zatemperować. Grafit jest miękki i delikatny dla oka.

Cena - 10,99 zł (wg ladymakeup.pl)


Kredka z Eveline niestety, ale zupełnie się u mnie nie sprawdziła. Pełna nadziei na kolejny hit (po Eveline sięgnęłam po wykończeniu kredki z Pierre René), sięgnęłam po Eveline i koszmarnie się zawiodłam. Kredka zupełnie nie chce się trzymać na moich powiekach, całkowicie spływa już po godzinie od wykonania makijażu i za nic ma to czy użyję bazy, czy utrwalę kreskę cieniem. Nic to, za każdym razem Eveline, zerkając w lustro, przekonywałam się, że kredkę owszem nadal miałam na sobie, ale niestety całkowicie pod oczami. Dla mnie to po prostu bubel, więc czym prędzej odłożyłam ją do pudełka, ale nie wiem czy sięgnę po nią nawet w tak zwaną czarną godzinę, bo jej stosowanie całkowicie mija się z celem... Jakby tego było mało, grafit kredki jest dość twardy i choć nakłada się ją nienajgorzej, to jednak komfort użytkowania jest znacznie niższy, niż w przypadku wyżej opisywanych kredek.

Eye Max Precision (o losie!) również wyposażono w gąbeczkę, ale ta jest twarda, sztywna i raczej nie przebije jakością pozostałej części produktu... ;)

Cena - 10 zł (wg KWC)

***
Poniżej zbliżenie na kolor każdej z kredek. Jak już wspominałam - moimi faworytami z poniższych są Pierre René oraz Gosh. Każdy z tych kolorów szalenie mi się podoba i po tę trójkę sięgam najchętniej spośród zaprezentowanych dzisiaj konturówek...


Jakie są Wasze ulubione kredki do oczu? Czy używałyście któryś z zaprezentowanych dzisiaj przeze mnie konturówek? Jak zawsze czekam na Wasze opinie, a sama postaram się wkrótce przygotować drugą część zestawienia, obejmujące m.in. produkty z Avon, Oriflame, Paese czy Misslyn.
Karotka
Czytaj dalej

poniedziałek, 8 października 2012

Wrześniowe denko!

Oto i ono!

Wrześniowe denko! W końcu udało mi się zrobić zdjęcia i ostatecznie pożegnać się z tym, co we wrześniu dobiło dna, a więc jestem, może trochę spóźniona, ale co tam - denko musi być! :)

Teoretycznie, w porównaniu z ubiegłym miesiącem, przybyły mi jedynie trzy denka więcej, jednak tym razem jestem szczególnie dumna z tych zużyć! Przede wszystkim we wrześniu udało mi (nam) zużyć kilka kosmetyków o dużych pojemnościach, co zwykle często jednak trochę trwa. Jak widać poniżej, tym razem nastąpiła istna kumulacja - zużyliśmy aż 5 produktów o powiększonych pojemnościach!



Ponadto, wrzesień był pierwszym miesiącem, w którym zużyte denka gromadziłam do torby i zrobiłam im zdjęcie "grupowe" na koniec miesiąca (no dobra, wczoraj, ale sza! ;)). I niby to niewielka różnica, biorąc pod uwagę efekt ostateczny, ale jednak tak jest po prostu łatwiej kontrolować zarówno zużycia, jak i zwalnia mnie to z szukania zdjęć wydenkowanych wśród czeluści folderu ze zdjęciami na bloga... Do tej pory robiłam tak, że po zużyciu kosmetyku, robiłam zdjęcie i wyrzucałam puste opakowanie. Działo się tak ze względu na to, że swój czas spędzałam mniej więcej po połowie, pomiędzy dwoma domami. Teraz szala przechyliła się na korzyść mojego mężczyzny, a więc i denka łatwiej mi zbierać w jednym miejscu :) Takie "zbieractwo" pozwoliło mi również namacalnie pokazać mojemu chłopakowi to, że nie tylko używam, ale i zużywam całą masę produktów - w czym on również ma swój niemały udział. To był całkiem ciekawy "eksperyment", który z chęcią będę kontynuować! :P


1. Antyperspirant Crystal Clear Aqua; Rexona (ok.150ml/10-12zł).
Bardzo skuteczny antyperspirant! Niby nie mam problemów z potliwością, ale z drugiej strony wszelkie antyperspiranty bez zawartości aluminium niestety są dla mnie nieskuteczne. Dlatego mimo całej nagonki na ekodezodoranty ja jednak zostanę przy tych klasycznych. Rexona sprawdza się u mnie najlepiej, czy to w sprayu, czy w kulce. Do tego produkt jest bardzo wydajny i nie zazwyczaj nie zostawia białych śladów na ubraniach. Na pewno dalej będę kupować różne dostępne wersje Rexony.

Następca: antyperspirant w kulce Rexona Linen Dry


2. Żel pod prysznic Creamy - oliwka i aloes; Luksja (500ml; 5-8zł).
Ten żel kupiliśmy podczas jednej z promocji w Super-Pharm, wtedy zapłaciliśmy za niego nie więcej niż 5zł, co było szczególnie korzystną ceną. Tym bardziej, że jest to naprawdę bardzo przyjemny produkt. Dobrze wywiązuje się ze swoich zadań - świetnie oczyszcza, dobrze się pieni i przyjemnie pachnie. Dodatkowo był dość wydajny, korzystaliśmy z niego kilka razy dziennie przez cały miesiąc. Chętnie jeszcze do niego wrócę!

Następca: Luksja Creamy - płatki róży i proteiny mleka oraz Balea - żel o zapachu mango.

3. Szampon Syoss Silikone Free - Repair & Fulness (500ml; 10-15zł)
Bardzo dobry szampon, który został już zrecenzowany na blogu TUTAJ. Spodobał nam się na tyle, że ponowiliśmy zakup. Mój chłopak korzysta z niego regularnie, natomiast ja używam go wymiennie z innymi szamponami, zależnie od tego, czy nakładałam na noc olej na włosy. Mamę też namówiłam na wypróbowanie serii Silicone Free i z tego co wiem, również jest całkiem zadowolona :)

Następca: ten sam produkt oraz szampon aloesowy Equilibra.


4. Żel + oliwka z bawełny; Lirene (250ml; ok.8zł).
Wersję z oliwką z mango opisywałam szerzej TUTAJ. Wersja z bawełną nie różni się od niej niczym poza zapachem. Obie żelooliwki wybitnie przypadły mi do gustu i bardzo chętnie do nich wracam, aktualnie mam trzy sztuki w zapasie... :P

Następca: jak wyżej - Luksja Creamy - płatki róży i proteiny mleka oraz Balea - żel o zapachu mango.

5. Termoaktywne serum wyszczuplające antycellulit; Eveline (500ml; ok.20zł).
Wcześniej miałam wersję w tubce, później zdecydowałam się na wygodną wersję z pompką. Niestety serum miało zbyt gęstą konsystencję i po wykorzystaniu większości produktu, do którego sięgała pompka, okazało się, że ogromna jego ilość osiadła na ściankach, a jego wydobycie było naprawdę uciążliwe... Co do samego działania antycellulitowego, to niestety produkt nie zdziałał cudów (jakby był taki, który to robi...) i nawet używany regularny nie spowodował na mojej skórze właściwie żadnych efektów... Nie zrezygnuję całkowicie z kosmetyków antycellulitowych, ale do tego na pewno już nie wrócę.

Następca: Trójaktywne serum antycellulitowe z serii Body Art; Dr Irena Eris


6. Subtelne mleczko do ciała, Bawełna; Bielenda (250ml; ok.15zł).
Ten produkt recenzowałam wczoraj (KLIK). To mleczko genialnie działało na moją skórę i chyba dawno nie miałam kosmetyku, który byłby tak skuteczny. Mimo, że moja skóra nie jest wymagająca, to tym razem wyjątkowo wyraźnie odczuwałam nawilżające działanie kosmetyku. Z przyjemnością wróciłabym do tego produktu, jednak jest on trudno dostępny, a poza tym moje zapasy zaczynają mnie przerażać... :P

7. Balsam do ciała z ekstraktem z zielonej herbaty (400ml; ok.12-18zł).
Jeden z naszych ulubieńców, zrecenzowany na samym początku mojego blogowania (KLIK)! Sama nie wiem ile butelek tego balsamu zużyliśmy, dobrze nawilżał, subtelnie pachniał i delikatnie dbał o skórę moją i mojego chłopaka. Niestety produkt został wycofany.


8. Latte - maska do włosów z proteinami mlecznymi; Kallos (275ml; ok.5zł).
Ten produkt również zdążyłam już zrecenzować TUTAJ. Bardzo dobra maska do włosów, świetnie dbała o moje włosy. Dzięki niej były miękkie i dobrze dociążone. Na pewno jeszcze do niej wrócę.

Następca: maska z keratyną i jedwabiem, Biovax

9. Maska z granatem i aloesem; Alterra (150ml; ok.9zł).
Całkiem przyjemna maska, której używam jako nieco bardziej treściwej odżywki. Nie robi cudów, ale ma coś w sobie, co sprawia, że bardzo ją lubię. Kupiłam już kolejne opakowanie, a nad recenzją muszę się jeszcze zastanowić, bo sama nie wiem jak ją opisać... ;)

Nastepca: ten sam produkt.


10. Dwufazowy, delikatny płyn do demakijażu oczu; Lirene (125ml; ok.12zł).
Dotychczas szczerze nie znosiłam takiej formy demakijażu, jednak płyn od Lirene przekonał mnie, że nie wszystkie dwufazówki muszą zostawiać mgłę na oczach! Bardzo dobry produkt, do którego z pewnością będę wracać, kiedy tylko będę potrzebowała zmyć makijaż wodoodporny. Produkt zrecenzowany TUTAJ.

Następca: dwufazowy płyn do demakijażu Awokado z Bielendy.

11. Morelowy peeling oczyszczający; Soraya (150ml; ok.12zł).
Bardzo dobry i skuteczny peeling. Nie dość, że świetnie złuszczał martwy naskórek, to jeszcze nie powodował przy tym żadnych podrażnień. Pewnie do niego wrócę, jak tylko zużyję inny posiadany peeling.
Produkt zrecenzowany TUTAJ.

Następca: peeling gruboziarnisty z serii Optimals z Oriflame.

12. Maska oczyszczająca z glinką, Swedish Spa; Oriflame (50ml; ok.12zł).
Przyzwoita maska oczyszczająca, całkiem nieźle wywiązywała się ze swojej roli, jednak ja preferują odrobinę gęstszą konsystencję. Już ją kiedyś miałam, ale wtedy sprawdzała się lepiej, więc raczej już do niej nie wrócę.

Następca: maska oczyszczająca Sanoflore i glinki z ZSK.


13. Kula do kąpieli mango i mandarynka; Body Club (ok. 4zł/szt.).
Przyjemny, ładnie pachnący umilacz kąpieli. Raczej nie niosła za sobą szczególnych właściwości pielęgnacyjnych, ale zawsze miło wrzucić do wanny coś, co ułatwi relaks. Mam jeszcze inne wersje zapachowe.

14. Gąbka do mycia twarzy Konjac (ok14zł/szt.).
Swego czasu na blogach panował istny szał na tą gąbeczkę. Szał, który nie do końca rozumiem, owszczem byłam dość zadowolona z tego produktu, ale nie zrewolucjonizował on mojej codziennej pielęgnacji. Nie pisałam jej recenzji, bo zrobiło to całe mnóstwo blogerek, a ja nie miałam do powiedzenia na jej temat nic więcej, niż to, co zostało już napisane. Myślę, że więcej się na nią nie skuszę.

15. Maść z witaminą A (ok.2-3zł za tubkę).
Bardzo, bardzo dobra i wszechstronna maść. Stosowałam ją zarówno punktowo na twarz, w celu przyspieszenia gojenia ranek po wypryskach, a także... na stopy... ;) Baaaardzo dobrze natłuszczała suche stopy, dzięki niej mogłam sobie raz na jakiś czas odpuścić codzienne kremowanie stóp. Z pewnością będę do niej wracać.

A tak wygląda moja denkowa torba, we wrześniu puste opakowania niemal wysypywały się z niej, więc mam nadzieję, że październik będzie wyglądać podobnie! :)


A Wam jak poszło ze zużyciami we wrześniu? Jesteście zadowolone ze swoich denek? :)
K.
Czytaj dalej

poniedziałek, 3 września 2012

Sierpniowe zdobycze - zakupy, gratisy, prezenty :)

Cześć Dziewczyny!

Wczoraj były denka, dzisiaj pora na zdobycze miesiąca ;) Ponownie przybyło mi sporo nowości, przy czym duża ich część była związana z naszymi wyjazdami, więc ich zakup był poniekąd koniecznością. Nie oznacza to jednak, że obyło się bez zachcianek. Co to, to nie! I znowu, może się tego wydawać sporo, ale jak na moje chciejstwo i ilość podchodów (szczególnie do szafy Essie!), to i tak uważam sierpień za miesiąc zakończony sukcesem xD


Na dobry początek Biedronkowe zdobycze, czyli wszystkie cztery rodzaje musujących kul do kąpieli! Póki jeszcze czasem pomieszkuję z mamą i mam wannę, to korzystam póki mogę, bo później zostanie mi już tylko prysznic do dyspozycji. I choć długie kąpiele w wannie szalenie uwielbiam, to jednak na tyle przywykłam już do prysznica i do wiążącej się z nim wygody, że myślę, że jakoś odżałuję ten brak.

Musujące kule Body Club: 3,99zł/szt. (promocja)


Ciąg dalszy napadu na Biedronkę, który zaowocował również kupnem przepięknego kobaltowego (chabrowego? jaka jest różnica?) lakieru Bell. Niestety nie mam pojęcia, jaki to numerek, tym bardziej, że te w Biedronce mają zdaje się inne oznaczenia, niż lakiery dostępne regularnie w drogeriach (mimo, że kolory są chyba te same). Miałam ochotę na kilka innych kolorów, m.in. teal, tudzież morską zieleń, ale stwierdziłam, że mój Inglot 987 jest dość zbliżony, a nie jest to jednak kolor, który noszę na co dzień. Skończyło się tym, że kupiłam mamie piękną czerwień, której już ubyła 1/3 buteleczki, to chyba znak, że mamie spodobał się prezent ;)

Lakier Bell Air Flow - 5,99zł (promocja)

Po udanej przygodzie z dwufazą od Lirene zdecydowałam się zaryzykować i chwycić również dwufazę z Bielendy. Miałam ochotę na Bawełnę, ale już pierwszego dnia promocji u mnie zostały tylko dwie buteleczki Awokado. Złapałam więc Awokado i pobiegłam do kasy. Miałam go zabrać na wakacje, ale skoro miałam już otwarty Lirene, to wzięłam Lirene. Ale Awokado również przeszło test zmywania tuszu wodoodpornego - pomyślnie. Zobaczymy jak będzie dalej :)

Płyn dwufazowy Bielenda Awokado - 5,99zł (promocja)


Najbardziej urlopowa część zakupów, czyli filtry! W domu mieliśmy wcześniej SPF 30 od Lirene oraz SPF 15 z SunOzon. Trzydziestka jest dość wysokim filtrem, jak na nasze polskie warunki, a ja lubię zasięgnąć nieco słoneczka, więc od trzydziestki zaczynam swoje opalanie, stopniowo schodząc w dół z wysokością filtrów. Tyle, że nie mieliśmy na co schodzić, bo SunOzon okazał się dość marnym filtrem. Dlatego bez dłuższego zastanawiania pochwyciłam filrty 10 i 20 od Lirene. Muszę dodać, że mój chłopak był zachwycony aplikatorem dziesiątki! Ucieszył się, jak dziecko i gdyby tylko było słońce (taaak, pogoda nad Bałtykiem nie zachwycała), to pewnie z największą ochotą pryskałby się tym filtrem nawet i co 15 minut :D Od siebie dodam, że dziesiątka pachnie cudownie gumą balonową! :)

Całe szczęście, że chociaż dwudziestka - przelana do podróżnej buteleczki - przydała nam się w Rzymie! Mimo ostrego słońca wróciliśmy tylko delikatnie zbrązowieni! Ach, no i oczywiście, jak tylko wróciliśmy z nad morza, to filtry wszędzie były w promocji, a ja tydzień wcześniej kupowałam wszystko w regularnych cenach...

Lirene SPF 10 - 19,99zł
Lirene SPF 20 - 19,99zł


Na początku jako balsam po opalaniu planowałam kupić sprawdzony już wielokrotnie Pantenol, który mój ukochany lubi stosować również jako zwykły balsam po codziennej kąpieli. Niestety nie miałam zbyt wiele czasu na bieganie po aptekach w jego poszukiwaniu, a w Super-Pharm niestety nie znalazłam tego produktu, więc pochwyciłam w półki do kompletu Ratunek od Lirene. Tutaj również panthenol jest w dużej dawce i wysoko w składzie, dodatkowo miałam w pamięci pozytywną recenzję, przeczytaną u Orlicy.

Ratunek po przedawkowaniu słońca; Lirene - 20,99zł

Wczoraj w denkach pokazywałam Wam jeden z moich ulubionych toników, czyli ten z Corine de Farme. Ponieważ wzbudził on Wasze zainteresowanie, postaram się o nim napisać wkrótce kilka słów. Natomiast póki co, biegając po Super-Pharm tuż przed urlopem i uzupełniając braki w naszych zapasach wakacyjnych, skusiłam się również na chwalony tonik nawilżający od Lirene. Większość dziewczyn, które go do tej pory recenzowały była zadowolona i również ja przyznam, że póki co jestem zadowolona. Swoją drogą słyszałam wielokrotnie, że Lirene produkuje naprawdę dobre toniki. No cóż, zobaczymy! :)

Tonik nawilżający; Lirene - 12,49zł

Zarówno na Twitterze, jak i na Facebooku prosiłam Was o podpowiedzi co do Waszych ulubionych tuszy do rzęs w formule wodoodpornej. Niestety odzew był niewielki, ale i tak dziękuję każdej z osób, które cokolwiek próbowały się włączyć w dyskusję :) Z braku laku, braku promocji i braku czasu zdecydowałam się na maskarę One by One od Maybelline, której używałam wcześniej w wersji klasycznej i byłam z niej bardzo zadowolona. Wersja wodoodporna okazała się być również bardzo dobra, choć nie daje aż tak dobrego rezultatu, jak wersja klasyczna. Z pewnością jednak tusz był wytrzymały, zarówno na wodę, upały oraz wiatr i łzawiące oczy, a ponadto używało mi się go dużo lepiej niż wodoodpornego Collosala rok temu.

Pragnę jedynie nadmienić, że jak tylko wróciłam z nad morza, to - jakże by inaczej - otrzymałam na maila kupon z Super-Pharm na zakup maskary One by One w każdej dostępnej wersji, bodajże w cenie 19,90zł... Nie muszę chyba Wam mówić jak bardzo byłam wściekła?! ;)

Wodoodporna wersja tuszu One by One; Maybelline - 33,99zł


No i powoli zaczynamy przechodzić do chciejstw. Peeling bzowy z Joanny chodził za mną odkąd tylko dowiedziałam się o jego istnieniu. Pierwszą promocję na niego przetrwałam dzielnie i oparłam się pokusie kupna. Drugiej takiej okazji nie wytrzymałam i czym prędzej wrzuciłam go do koszyka! To nic, że poczeka na swoją kolej. Pachnie absolutnie CU-DOW-NIE! Na pewno się nie zmarnuje, a ja będę miała motywację, żeby szybko zużyć peeling, który mam obecnie otwarty, żeby szybko zabrać się za bez! :]

Bzowy peeling do ciała; Joanna - ok.10zł (promocja)

Kolejny krem do stóp do efekt poszukiwań pełnowymiarowej wersji peelingu, którego próbkę dostałam od Agu. Peelingu nie znalazłam, ale ten krem wydaje się być niezłą alternatywą. Odpalę go, jak tylko zrecenzuję aktualnie używany krem do stóp z 30% zawartością mocznika od Lirene. Ten z Propodii ma dodatkowo w składzie kwasy, które powinny nieco złuszczyć zgrubiały naskórek na piętach... Mam nadzieję, że cokolwiek mi pomogą, bo albo ja jakoś koślawo chodzę, albo coś innego jest ze mną nie tak, ponieważ na zewnętrzej części pięt mam zgrubienia w kształcie podkówek. O ile krem od Lirene był sobie w stanie poradzić z nawilżeniem suchej skóry na nich, tak niestety na zgrubienia nie pomagają ani kremy, ani peelingi, ani tarki. A ścinać skóry, to ja na pewno nie będę, bo to niestety spowoduje tylko szybsze narastanie nowej zgrubiałej warstwy. To to samo, co z wycinaniem skórek przy paznokciach u rąk ;) A może Wy jakoś poradziłyście sobie z tą przypadłością? A może to już kwalifikuje mnie do wizyty u dermatologa? A może wystarczy tylko jakiś zabieg u kosmetyczki? Poradźcie dziewczyny! :)

Krem złuszczająco-zmiękczający na zniszczone pięty; Propodia - ok.15zł (promocja)


Jako, że niemal duża część powyższych zakupów została dokonana w SuperPharm - nie jednorazowo, ale w krótkich odstępach czasu - to w krótkim czasie nazbierałam sporo gratisów. Bardzo rzadko spotykam się z otrzymywaniem gratisów lub próbek w drogeriach takich jak Super-Pharm - chociaż raz mi się już zdarzyło i dzięki temu mój chłopak, po 25 latach przekonał się do używania kremu do twarzy (alleluja!). Tym razem zostałam obdarowana gratisami, które były powiązane z innymi produktami, niż te które ja kupiłam, ale mimo wszystko owe gratisy niespodziewanie znalazły się w mojej torbie z zakupami. Serio! Zorientowałam się dopiero jak oglądałam na spokojnie zakupy! Pani przy kasie musiała wrzucić je jakoś niepostrzeżenie, ale grunt, że i tak mam zwyczaj ładnie podziękować odchodząc od kasy ;)

Tym sposobem trafił do mnie tusz do rzęs Great Lash od Maybelline )który oddałam mamie, bo jej zapasy nie są tak obfite, jak moje ;)), szczotka do włosów Syoss (z której korzysta głównie mój ukochany) oraz sześć próbek kremu do twarzy Siquens Renovation (które czekają na swoją kolej, gdyż obecnie przechodzę armaggedon na twarzy, o tym też chyba muszę napisać, bo będzie miało to wpływ na wszelkie "twarzowe" recenzje).


A nie mówiłam? Czyż nie mówiłam (no dobra, pisałam), że wrócę po niego? W trakcie promocji w Super-Pharm na jego miejscu zawsze była pusta półka, która zapełniła się wraz z nastaniem nowej gazetki. Tego problemu nie było jednak w Rossmanie. I to bez promocji. Wzięłam, a jakże! Ulubieniec jakich mało! Inne żele muszą czekać w kolejce, ja obecnie sięgam tylko po ten z mango lub z bawełną! :)

Żel + oliwka pod prysznic z oliwką z mango; Lirene - 7,50zł

Kupno odżywki było "zawinione" brakiem pustych buteleczek podróżnych (przypominam: bagaż podręczny - Rzym - RyanAir - ograniczenia bagażu;)) zarówno w moim SP, jak i w moim Rossmanie, albo wszystkich Rossmanach na raz... Nigdy ich nie ma, kiedy potrzebuję. A skoro nie miałam w co przelać odżywki, to kupiłam miniaturkę prawie ulubionej Alterry (ulubiona byłaby morelowa, ale tę dziadygi mi wycofały!).

Odżywka z granatem i aloesem; Alterra - ok.2zł

Co bardziej sprytne osoby zaopatrzyły się w zmywacz w płatach z wyprzedawanej różanej kolekcji Wibo, a ja nie wpadłam na to, że nie ma sensu targać ze sobą butli zmywacza na kilka dni... Olśniło mnie dwa dni przed wyjazdem, więc chwyciłam zwykłą wersję, za którą życzyli sobie jak za zboże... Po czym znalazłam opakowanie różanej w dzień wyjazdu... Sierpień, to nie był mój promocyjny miesiąc...

Zmywacz w płatkach; Wibo - ok.7zł


Płyn micelarny kupiłam skuszona pozytywnymi recenzjami kosmetyków tej marki oraz tym, że właściwie mój micelowy zapas powoli zaczyna topnieć, a ja jestem ogromną fanką tego rodzaju oczyszczania. Na razie nie wiem czy dobrze zrobiłam, bo opinie czytałam skrajne, a zależy mi głównie na demakijażu oczu.

Płyn micelarny Dermedic - 9,99zł (promocja)

No a odżywka GlissKur, to kolejny gratis z SP... Bo nie było już zmywaczy ani pilniczków dołączanych do lakierów Essie... ;)


O kosmetykach Sanoflore czytałam sporo dobrych opinii, w szczególności o kremie na niedoskonałości, dlatego też mimo zapasów kremowych zdecydowałam się na kupno, tym bardziej, że produkty te są uhonorowane certyfikatem ECOCERT, a także były przecenione o 40% :D

Krem dla cery z niedoskonałościami; Sanoflore - ok.35zł (promocja)
Maska oczyszczająca Sanoflore - ok.30zł (promocja)


Na tego cudownego Essiaka skusił mnie post Urbanka. Zupełnie niespodziewanie, bo normalnie nie zwróciłabym uwagi na ten lakier, ponieważ wśród 89 innych odcieni na pierwszy rzut oka zupełnie się nie wyróżnia. Dopiero, gdy weźmie się go do ręki i zobaczy jak się skubaniec mieni... No nie mogłam się oprzeć!

Oparłam się za to (chwilowo) megakuszeniu, które namiętnie uskuteczniają ostatnimi czasy Aliss, Krzykla i Burn. Jestem pewna, że doprowadzą mój portfel do ruiny! Wszystko przez te Essie... Przez nie na chciejlistę wpisałam już Peach Daiquiri, Watermelon i Sand Tropez. A i Bachelorette się nieźle uśmiecha... Już przeczuwam swoją słabość we wrześniu...

Essie 40 Demure Vix - ok.35zł


Jak już smarujemy te paznokcie, to wypadałoby, żeby wyglądały jak trzeba. A ponieważ konieczność korzystania z ToiToia na plaży :D:D:D:D skutkowała również koniecznością nadużywania żeli antybakteryjnych (tak, tych alkoholowych), to koniecznie (:D) musiało to doprowadzić do przesuszenia nie tylko samych dłoni, ale i skórek. A może zwłaszcza skórek! No to wzięłam się za nie!

Patyczki do skórek InterVion - jakieś 3zł (dość drogo, jak za kilka wykałaczek, ale nie miałam ochoty zamawiać kilkudziesięciu patyczków z allegro, bo pewnie dokupiłabym im coś do towarzystwa i w efekcie wyszłoby drożej, zamiast taniej... :D)

Preparat do usuwania skórek; Eveline - ok.11zł

291, 344, 289, 319
UWAGA: NIE WSZYSTKIE LAKIERY SĄ DLA MNIE! Powyższy zakup, to efekt moich włoskich wojaży. Dwa z powyższych są jednak kupione dla dwóch blogowych koleżanek, pewnie dobrze wiecie których ;) Na razie nie zdradzę co dla kogo, niech się domyślają :D Ale wiadomo, że chodzi o Gray i o Sylwię ;)

Lakier do paznokci KIKO - 2,50 euro/szt.


Lush Soft Coer/I Love Me
Jakich to ja nie miałam planów względem zakupów w Lush! Czego to ja miałam nie kupić! Najpierw okazało się, że wszystkie nazwy kosmetyków są po włosku (no, nie wszystkie, ale chyba tylko Aquamarina miała dokładnie tę samą nazwę), to jeszcze - po wielkim rozszyfrowywaniu za pomocą włoskiej i angielskiej strony Lush - okazało się, że nigdzie nie mają maski Catastrophe Cosmetic, na której najbardziej mi zależało. Reszta była dość droga i nie do końca porywająca, więc ostatecznie wyszłam tylko z kostką do masażu Soft Coer alias I Love Me. Powyższa nazwa jest tylko jednym z przykładów, jak to wymówkę pani ekspedientki (notabene bardzo miłej) można o kant d... potłuc... Gucio prawda, że tłumaczą nazwy kosmetyków z angielskiego na włoski! No chyba, że I Love Me, to po włosku... Albo, że Frutta del Bosco, to dosłowne tłumaczenie Catastrophe Cosmetic... :P

No, ale dość narzekania. Kupiłam tylko kostkę, ale i tak dostałam do niej dwie próbki, jedną dla mnie - Dream Cream, a drugą dla mojego ukochanego, którego to zawołałam, gdy przyszło do płatności (spoko, kwota jest do zwrotu, mój facet nie chciał być sponsorem :D:D:D). M. dostał coś do stylizacji włosów, Dirty Hair Styling bodajże.

I Love ME (IT)/Soft Coer (ENG) - ok.6 euro


Powyższe zdjęcie przedstawia dowód uprzejmości pewnej blogerki, która zaoferowała, że wyśle mi odlewkę kremu BB od Eris. Jak powiedziała, tak zrobiła, a ja mogę się trochę mazać kolejnym kosmetykiem, który zbiera skrajne opinie w blogosferze :)

Dziękuję Angel! :)


No i na koniec drobiazgi od mamy. Wynaleziony wspólnie ekobalsam rozświetlający Cztery Pory Roku (naprawdę mega eko skład!), wychwalany przez wyżej wspomnianą Angel oraz moja upragniona dwufaza z serii bawełnianej z Bielendy.

No i to by było na tyle... Jak będzie we wrześniu? Na pewno się nazbiera... Boję się tylko ilości lakierów do paznokci, która zasili moje "konto", bo zapowiada się ostro... Już widzę dobre 6 sztuk w natarciu! :P

A jak tam Wasze zdobycze? Ja nie miałam szczęścia do promocji, większość tych najpotrzebniejszych mnie omijała. Trochę odbiłam sobie gratisami, ale to nie to samo ;) Może Wy miałyście więcej szczęścia? Pochwalcie się co ciekawego upolowałyście w sierpniu! :)

I czy Wy też nie możecie się powstrzymać od kupna nowych lakierów? Nawet, kiedy myślę, że mam już wszystkie kolory, które chcę, to zawsze znajdzie się jakaś kusicielka, która mi uświadomi, że ... ekhm... nic nie wiem :D

Pozdrawiam kolorowo :D
K.

PS. Muszę pomalować paznokcie... Muahaha :D
PS2. W sumie to prawie nie kupiłam kolorówki, nie licząc 3 lakierów i tuszu. Pielęgnacja rulez! ;)
Czytaj dalej

piątek, 3 sierpnia 2012

Lipcowe denka

Witajcie Dziewczyny!

Wczoraj pokazywałam Wam, co przybyło, ale nie da się ukryć, że coś mi również ubyło... Kontynuując lipcowe podsumowanie przedstawiam Wam moje denka! W tym miesiącu udało mi się zużyć 15 produktów oraz doczekać jednego wyrzutka i szczerze powiedziawszy jestem trochę zawiedziona... Po tylu miesiącach średniej ok.20 denek czuję, że się opuszczam, a ponadto samych denek przybywa mi znacznie wolniej, niż wcześniej i zastanawiam się z czego to wynika. No nic, mam nadzieję, że wrzesień przywitam z całą wesołą gromadką pustych pudełek! ;)


1. Antybakteryjna maseczka oczyszczająca z wyciągiem z gruszki; Perfecta (10ml, ok.3zł).
Kilka dni temu napisałam pełną recenzję tej maski (TUTAJ). Muszę przyznać, że tym razem byłam średnio zadowolona, raczej do niej nie wrócę.

Następca: m.in. glinka biała i zielona z ZSK.

2. Nawilżająca maseczka z sokiem z aloesu; Perfecta (10ml, ok.3zł).
Na blogu pojawiła się recenzja również i tej maski, znajdziecie ją TUTAJ. Ta sprawdziła się nieco lepiej, niż jej gruszkowa siostra, ale nadal bez zachwytów. Być może znowu po nią sięgnę.

Następca: m.in. spirulina z ZSK.


3. Szampon 2w1 Jedwabista Miękkość; Head&Shoulders (200ml, ok.8-10zł).
Tego szamponu używał głównie mój chłopak, chociaż ja też kilkukrotnie dołączyłam z ciekawości. Mam nadzieję, że uda mi się namówić go na krótką recenzję, bo wydaje mi się, że z tego szamponu był dość zadowolony. Od siebie mogę dodać tyle, że dobrze mył, nie podrażniał skóry i bardzo przyjemnie pachniał. Możliwe, że jeszcze się u nas pojawi.

Jako ciekawostkę dodam, że mój M. już wie, że nie powinien wyrzucać pustych opakowań po kosmetykach bez konsultacji ze mną - ten szampon wykończył, kiedy nie było mnie u niego, a po powrocie usłyszałam - "zostawiłem Ci butelkę po szamponie" :D Tak więc to denko jest w ogromnej mierze jego sprawką! ;)

Następca: oboje używamy teraz szamponu Syoss Silicone Free - Repair & Fullness.

4. Balsam do ciała mango i olej kokosowy; Eveline (500ml, ok.14zł).
Co to był za balsam! Jak on cudownie pachniał! Nie dość, że cała łazienka była w oparach mango, to jeszcze podobny kłębek zapachu unosił się za każdym, kto się nim nasmarował. Zdecydowanie nie dla przeciwników intensywnych zapachów. Za to my byliśmy bardzo zadowoleni, bo nie dość, że cudownie pachniał, to jeszcze faktycznie bardzo przyzwoicie nawilżał skórę! Duży minus za ciężkie wydobywanie produktu pod koniec, produkt osadzał się na ściankach, a pompka nie mogła tego zebrać, więc trzeba była obstukiwać butelkę z każdej strony... Jednak bardzo chętnie jeszcze do niego wrócę! :)

Następca: Oriflame Body Care - lotion z wyciągiem z zielonej herbaty; Bielenda - mleczko z serii Bawełna.

5. Żel + oliwka z olejkiem z mango; Lirene (250ml, ok.8zł).
Zdecydowanie na tak! Ten produkt bardzo mi się spodobał, zarówno pod względem zapachu (choć liczyłam na mango, to cytrusy też dają radę ;)), jak i pod względem właściwości. Produkt recenzowałam TUTAJ. Na 1000% do niego wrócę! Już kupiłam wersję z bawełną i poluję ponownie na wersję z mango.

Następca: mydło pod prysznic Ziaja Kozie Mleko.


6. Maseczka delikatnie peelingująca 5 efektów; Under Twenty (2x6ml, ok.4zł).
Ta maseczka przypadła mi do gusto dużo bardziej niż wspomniane wyżej maseczki z Perfecty. Zakładam, że tym razem dobrze trafiłam z doborem maseczki do aktualnych potrzeb mojej skóry, bo ta maska naprawdę dała mi to, czego mogłabym od niej oczekiwać, gdybym miała odwagę, bo jak wiecie, nie dawałam jej zbyt dużych szans... Z pewnością sięgnę po nią ponownie, jeśli moja cera będzie tego wymagać! Więcej znajdziecie informacji znajdziecie w recenzji TUTAJ.

Następca: ...chyba muszę przejrzeć zasoby maseczkowe ;)


7. Wygładzający krem na noc EcoBeauty; Oriflame (50ml, od 40 do 70zł).
Bardzo polubiłam ten krem, choć nie na tyle, żeby powracać do niego regularnie. Dobrze nawilża i odżywia skórę, nie powoduje niespodzianek. Tylko mocno drażnił mnie jego przesłodzony zapach. Nie byłam w stanie korzystać z tego produktu, jeśli gorzej się czułam, bo od razu robiło mi się mdło. Mimo to, być może spotkamy się kiedyś ponownie. Więcej przeczytacie w recenzji TUTAJ.

Następca: Lirene Design Your Style nawilżający kremowy mus.

8. Oczyszczający żel do mycia twarzy Normaderm; Vichy (moja tubka to gratis).
O tym jak skrajnymi uczuciami darzę ten produkt, mogłyście przeczytać już TUTAJ. Zdania nie zmieniłam i już raczej nie zmienię. Chyba dam sobie z nim spokój, bo nie mogę mu darować takiego wysuszenia twarzy, jakim mnie uraczył.

Następca: zależnie od domu - powrót do pianki Lirene Design Your Style oraz do kremu myjącego z Alterry.


9. Antyperspirant w kulce Aloe Vera; Rexona (50ml, ok.8-10zł).
Zdecydowanie jeden z najlepszych antyperspirantów. Świetnie chronił przed nieprzyjemnym zapachem,a to wszystko, czego wymagam od tego typu produktów. Sam w sobie również ładnie pachniał, niestety dość wolno zastygał. Próbowałam korzystać z antyperspirantów bez zawartości aluminium, ale u mnie one się po prostu nie sprawdzają. Z pewnością wypróbuję również inne wersje.

Następca: Dove z trawą cytrynową.

10. Szampon z ekstraktem z moreli i pszenicy; Alterra (200-250ml, ok.10zł).
To chyba moja ulubiona wersja. Mocno przypomina mi ubiegłoroczne wakacje. Sam szampon dobrze oczyszczał włosy i skórę głowy, również z olejów. Mam jednak wrażenie, że po pół roku korzystania z tych szamponów nasiliło mi się swędzenie skóry głowy na czubku (:P), więc na razie robię sobie od nich przerwę.

Następca: wyżej wspomniany Syoss oraz wymiennie szampon Babydream dla dzieci.


11. Chusteczki antybakteryjne; Tami (12szt., ok.2zł).
Całkiem przyzwoite chusteczki. Dobrze oczyszczały dłonie ze wszelkich zabrudzeń, niestety jest ich mało w opakowaniu, a i tak pod koniec były już niemal całkowicie wyschnięte. Raczej do nich nie wrócę.

Następca: żel antybakteryjny do rąk The Body Shop.


12. Żel po prysznic o zapachu borówki i wanilii; Alterra (250ml; ok.6zł?).
Moja relacja z tym produktem, to prawdziwe love-hate. Czasami zapach był relaksujący, a czasami nieznośnie słodki. Do tego dziwna glutowata konsystencja, właściwa produktom Alterry - o ile w szamponach ją lubię, tak w tym żelu była ona dość upierdliwa. Żel wprawdzie spełniał swoje zadanie, ale nie wróciłabym do niego nawet, gdyby był jeszcze dostępny.

Następca: żel pod prysznic melon & arbuz Tutti Frutti od Farmony.


13. Maska do włosów mleczna z elastyną; Bingo Spa (500g, ok.10-12zł).
Ten produkt podebrała mi mama, której skończyła się odżywka, więc tak naprawdę zdążyłam użyć jej dosłownie kilkukrotnie na początku oraz kilka razy pod koniec opakowania. Wrażenia po tych użyciach miałam naprawdę bardzo dobre, choć to trochę za mało, żeby zrecenzować ten produkt. Za to moja mama jest w tej masce zakochana! Już mamy kolejne opakowanie.

Następca: dokładnie ten sam produkt :)


14. Grapefruitowy scrub do stóp; Oriflame (75ml, ok.10zł?).
Przez lata nazbierałam mnóstwo tego typu produktów z Oriflame i chyba żaden nie spełniał moich oczekiwań w momencie, gdy moje stopy były w gorszym stanie. A złuszczyć stopy, które mają 3 suche skórki na krzyż, to żadna sztuka. Nigdy więcej.

Następca: kolejna ofiara zapasów - również peeling do stóp z Oriflame...

15. Serum do twarzy przywracające równowagę, Swedish Spa; Oriflame (50ml; 20-30zł).
A to dla odmiany produkt, który bardzo lubię i jest to moje drugie lub trzecie opakowanie. Stosowałam je zawsze, gdy moja cera wymagała dodatkowego nawilżenia, jak i wtedy kiedy była podrażniona np. po bliskim spotkaniu z zarostem mojego ukochanego... ;) Produkt za każdym razem dawał jej odczuwalne ukojenie, jednocześnie nie powodując ściągnięcia skóry. Chętnie jeszcze do niego wrócę.

Następca: na razie brak.


Baza pod cienie; Kobo (6g, ok.16zł).
To niestety wyrzutek tego miesiąca. Wprawdzie zostało mi jeszcze całkiem sporo produktu, niestety ze względu na wadliwe opakowanie zakrętka od początku sprawiała problemy w dokręceniu, a później po prostu przestała zakręcać się jakkolwiek. Dzięki temu powietrze miało swobodny dostęp do kosmetyku, a ten po prostu zgluciał i nijak nie da się go już zaaplikować na powieki bez rozcierania ich na pół twarzy... Do tego przy aplikacji pojawiały się trudne do rozsmarowania grudki. Chętnie kupiłabym ją ponownie, ale na razie trochę się zraziłam. Myślę jednak, że ta baza zasługuje na pełną recenzję, bo mimo wszystko to był naprawdę dobry produkt.

Następca: baza pod cienie Dax Cashmere.


No i bonusowo saszetka peelingu do stóp, otrzymanego od Agaty wraz z lakierami. Muszę przyznać, że produkt mnie zaciekawił i zastanowię się nad kupnem pełnowymiarowego opakowania, ponieważ naprawdę czułam różnicę po jego zastosowaniu.

No i to by było na tyle, jeśli chodzi o lipcowe zużycia. Dużo? Mało? A Wam jak poszło dziewczyny?
K.


Czytaj dalej

wtorek, 5 czerwca 2012

Majowe zakupy

Czerwiec powoli się rozkręca, ale my pozostańmy jeszcze na chwilę w maju - czas na zakupowe podsumowanie! Muszę przyznać, że maj mimo dość obfitych zakupów, mogłabym jednocześnie ogłosić miesiącem rozsądnych zakupów. Tak, tak! Nie przywidziało Wam się! W znacznej, znacznej mierze, kosmetyki zakupione w maju były tymi, które znalazły się na majowej liście zakupów (tak, przygotowałam sobie taką na początku miesiąca! :)), natomiast większość zakupionych poza listą znajdowała się na liście produktów do kupienia, ale nieokreślonej czasowo ;) Jest tu naprawdę niewiele kosmetycznych wyskoków (Uroda + mleczko, Inglot, Essence, Eveline HS - to chyba tyle!).

Zakupy w maju upłynęły mi przede wszystkim po hasłem pielęgnacji twarzowo-włosowej :P Skupiłam się na produktach do pogłębionej pielęgnacji tych części ciała - objawiło się to przede wszystkim zamówieniem półproduktów ze Zrób Sobie Krem oraz olejów z Kosmetyki Dabur. Być może przygotuję wkrótce jakiś wpis o tym, czego oczekuję od tych produktów, co chcę zrobić z zakupionymi półproduktami oraz z jakimi problemami borykają się moje włosy. Być może bardziej doświadczone czytelniczki podpowiedzą mi coś, do czego jeszcze się nie dogrzebałam lub wskażą ciekawsze i skuteczniejsze zastosowanie tychże produktów.

1. Pielęgnacja.

Flos-Lek, żel pod oczy ze świetlikiem i herbatą - Ostatnio sypiam albo za mało albo za dużo, totalnie rozregulował mi się jakikolwiek obrany tryb, więc zdarza mi się, że muszę wstać po 4h snu, co raczej nie służy mojej cerze, ani oczom. Żel z Flos-Lek mam również w wersji z bławatkiem i do tej pory sprawdzał się u mnie świetnie na wszelkie zmęczenie, opuchnięcia (polecam aplikować go rano, najlepiej prosto z lodówki!) i ogólnopojęte odświeżenie okolic oczu, dlatego do drugiego domku dokupiłam wersję z herbatą (tak dla odmiany). W końcu nie przewidzę ile czasu prześpię danej nocy, a tak mam go pod ręką w obu domach.
Cena: ok.5zł (promocja).


Perfecta - Cera Mieszana - krem na dzień i noc - Ponieważ w maju wykończyłam krem na dzień z Oriflame, zdecydowałam się kupić w końcu Perfectę, o której słyszałam przeróżne opinie - jednak posiadaczki cery mieszanej zazwyczaj były zadowolone z tego kremu, dlatego stwierdziłam, że jeśli teraz go nie wypróbuję, to będzie mnie zastanawiać przez kolejne miesiące. Raz kozie śmierć! ;)
Cena: 15,99zł


Oriflame - zestaw Discover Marrakesh - Być może nie kupiłabym w ogóle kolejnego żelu pod prysznic, gdyby nie to, że ta seria pojawia się w katalogach i ulotkach promocyjnych już tylko sporadycznie, a jest to moja ulubiona linia zapachowa produktów Discover. Uwielbiam jej piękny, orientalno-przyprawowy zapach!
Cena za cały zestaw: 9,90zł

Uroda + mleczko do ciała Bawełna, Bielenda - Czy ten zakup w ogóle muszę tłumaczyć? ;) Początkowo myślałam, że do gazetki dołączone jest mleczko do demakijażu (których ja nie używam), ale w Empiku dopatrzyłam się ostatniej sztuki i okazało się, że jest to jednak mleczko do ciała, których nigdy u mnie za wiele :D
Cena gazeta + mleczko: 5,50zł

Isana - brzoskwiniowa pianka do golenia - No bo ileż można smarować nogi zwykłym żelem pod prysznic i marudzić, że za ślisko? :P
Cena: ok.3zł (promocja)

Hipp - oliwka pielęgnacyjna - Jest to absolutny hit YT i blogosfery już od długiego, długiego czasu, więc korzystając z Biedronkowej promocji skusiłam się i ja, a może raczej wrzuciłam ją mamie do koszyka... :P Póki co używałam jej na włosy oraz skórki przy paznokciach. Produkt o wszechstronnym zastosowaniu, przyjaznym składzie i przeznaczony nie tylko dla dzieci! :)
Cena: 9,99zł (promocja)

Eveline - superskoncentrowane serum antycellulitowe - W maju wykończyłam wersję rozgrzewajacą w tubce, więc ten zakup był oczywisty, tym razem wybrałam wersję o konsystencji serum, a nie kremu, która o wiele łatwiej się rozprowadza. Ponadto wybrałam wygodną i dużą wersję z pompką, zawierającą aż 400ml produktu, a nie 250ml, jak tubki.
Cena: 21,99zł/400ml


Kosmetyki Dabur zamówiłam w sklepie internetowym importera, tym chętniej, gdy okazało się, że możliwy jest odbiór osobisty na terenie Warszawy i to raptem 3-4 przystanki od nas! :) Kupiłam trzy rodzaje olejków w najmniejszych dostępnych pojemnościach, żeby sprawdzić, które się u mnie lepiej sprawdzą, a jednocześnie móc pokombinować z ich miksami (jeden na skórę głowy, drugi na długość/końcówki). Na razie wybrałam najpopularniejsze z olejków, o których naczytałam się najwięcej - zobaczymy co z tego wyjdzie :)

Dabur - olejek Sesa - Jak chciałam ją zamówić, to nigdzie jej nie było, więc wzięłam pozostałe dwa olejki, ale ponieważ zwlekałam 2-3 dni z odbiorem, to okazało się, że Sesa właśnie dojechała do sklepu i mogłam dzięki temu zakupić ją na miejscu! :) Mam nadzieję, że pomoże ograniczyć wypadanie włosów oraz ich plątanie się.
Cena: 23zł/90ml

Dabur - olejek Amla - Zamierzam stosować ją raczej na skórę głowy licząc na odżywienie i wzmocnienie włosów.
Cena: 9,50zł/100ml

Dabur - Vatika - olejek kokosowy - Ten olejek zamierzam stosować na włosy na długości, ze szczególną uwagą na końcówki. Liczę na wygładzenie i pomoc w *nieplątaniu* się włosów.
Cena: 11,50zł/150ml


Półprodukty ze Zrób Sobie Krem - o tym zamówieniu napiszę więcej w okolicach weekendu, w moim koszyku znalazły się produkty do włosów (tuningowanie odżywek oraz produkty do wykonania mgiełki nawilżającej), a także produkty do pielęgnacji, w szczególności oczyszczania twarzy, wśród nich wszystkich między innymi hydrolizat keratyny, kwas hialuronowy 1%, glinki zielona i biała, korund, wyciąg z aloesu oraz hydrolaty - z czarnej porzeczki oraz z zielonej herbaty.


The Body Shop - drewniany grzebień - Tak, skoro jeszcze mocniej biorę się za pielęgnację i odżywianie moich włosów, to warto również zmienić nawyki, które niszczą włosy mechanicznie. O ile z czesania mokrych włosów (moje są proste) nie umiem zrezygnować, bo później mam paskudne kołtuny (włosy puszą mi się schnąc), to przynajmniej mogę robić to mniej inwazyjnie, drewnianym grzebieniem o szeroko rozstawionych zębach. Ten był szeroko polecany przez wszelkie włosowe blogerki, a ponieważ nie natknęłam się na taki w żadnej z drogerii, to pobiegłam do TBS.
Cena: 16zł

The Body Shop - żel oczyszczający do rąk o zapachu truskawki - Wiadomo, gdy robi się cieplej, takie produkty przydają się w torebce, gdy w pobliżu nie mamy wody. Ten z TBS był w o dziwo korzystnej cenie, a także o pojemności o 10ml większej niż wszystkie inne żele tego typu.
Cena: 10zł

Póki co to moje pierwsze zakupy w TBS. Ceny innych produktów odrobinę mnie odstraszają, chociaż mam ochotę wypróbować ich żele do mycia ciała oraz słynną odżywkę bananową, ale to już może innym razem. Na razie w produkty do ciała została skutecznie zaopatrzona przez sponsorów naszego blogerskiego spotkania (więcej TUTAJ) ;)

2. Kolorówka i inne.

EcoTools - zestaw pięciu cieni do powiek - Na ten zestaw czaiłam się dość długo, przymierzałam się nawet do zamówienia na iHerb, ale ostatecznie na przeciw wyszła mi Drogeria Hebe, obniżając ich cenę o 10zł oraz obdarowując mnie bonem zniżkowym o wartości 10zł. W sumie kupiłam je 20zł taniej niż normalnie kosztują w tejże drogerii, więc wyszłam na tym właściwie lepiej niż zamawiając je ze Stanów (czas oczekiwania!!!). Teraz wreszcie nie muszę targać (i niszczyć!) w kosmetyczce moich Maestro!
Cena: 29,90zł (promocja)


Essie - odżywka nawilżająca Nourish Me - Próbuję wspomagać moje paznokcie wszystkim, co wpadnie mi w ręce. Jakiś czas temu wyczytałam, że być może odżywki, których do tej pory używałam, mimo, że teoretycznie przeznaczone do tych problemów paznokciowych, mogą dodatkowo wysuszać płytkę paznokciową. Ile w tym prawdy, nie wiem, ale widzę, że po miesiącu stosowania tej odżywki (i jednoczesnego malowania paznokci!), moje paznokcie dłużej wytrzymują bez obcinania, a raczej rozdwajają się dużo później, a przede wszystkim (odpukać) w dużo mniejszym stopniu. W maju obcinałam paznokcie średnio co dwa tygodnie, a nie co tydzień, jak to bywało ostatnio! Oby tak dalej, zacznę powoli dodawać odżywki na rozdwajanie. Może właśnie moim paznokciom trzeba było mocnego nawilżenia, żeby mogły zacząć absorbować składniki odżywcze z innych odżywek? Tak sobie to tłumaczę...
Cena: ok.36zł (ale jeśli dalej będzie tak działać, to nie będę żałować żadnej złotówki!)

Essie - 99 Mint Candy Apple - Miętka była na mojej wiosennej liście od dawno, a skoro trafił mi się piękny kolor w nowych szafach Essie (jeśli jeszcze nie wiecie - od jakieś 3-4 tygodni Super-Pharm posiada szafy z 90 kolorami lakierów Essie, a także wszelkiemi odżywkami, bazami i topami tejże marki). Kolor jest bardzo udany, pędzelek jest bardzo wygodny i tylko szkoda, że coś jest nie tak, albo ze mną albo z tym lakierem... Albo zwyczajnie nie współgra on z Nourish Me, stosowanym jako baza, albo nie jest przeznaczony dla moich paznokci. Malowałam nim paznokcie 3 razy. Za każdym razem dwoma warstwami, w różnych odstępach czasowych i różną grubością... i niestety zawsze robiły mi się bąble... Zrobię jeszcze podejście z inną bazą, bo naprawdę jestem fanką tego koloru!
Cena: 34,90zł (jeśli będzie dalej bąblować, to poleci na wymiankę, mam nadzieję, że do osoby, której paznokcie polubiły się z Essie...)

Essie - pilnik szklany - Był gratisem do lakieru, oczywiście musiałam się upomnieć... :P Generalnie paznokci nie piłuję, bo mam przy tym tak koszmarne dreszcze, jakbym słuchała paznokci skrobiących o tablicę, ale skoro już go mam, to ze dwa razy się przemogłam, bo to podobno zdrowsze dla paznokci niż obcinanie... Ale ja to marnie widzę, bo jak mnie tak wzdryga, to wcale, a wcale się nie przykładam do kształtu, a po tylu latach obcinania, całkiem nieźle udaje mi się to w 2-3 ruchach cążkami...

Essence - liner w żelu 04 I Love NYC - Wiem, trajkotałam, że nie wyobrażam sobie siebie w zieleni, że chora, że zielone oczy, ale wiecie co? W takiej szmaragdowej zieleni, wcale nie jest mi tak źle, jakby mi się wydawało. Co nadal prowadzi mnie do teorii, że khaki jest totalnie nie mój, a z pozostałymi zieleniami dane mi będzie jeszcze poeksperymentować... ;)
Cena: 8,99zł (prawdziwa wyprzedaż w Naturze :O)

Max Factor - False Lash Effect Fushion - Podobno to nasz europejski odpowiednik tuszu CoverGirl Lash Blast (zarówno CG, jak i MF mają tego samego producenta, tą samą szczoteczkę, a nawet kolor opakowania...). Miałam na niego ochotę od dawien dawna, ale na głowę jeszcze nie upadłam, żeby przy moim budżecie wydawać 50zł na tusz do rzęs, skoro te za 20-30zł sprawdzają się u mnie całkiem nieźle. No ale jak to zwykle bywa, w końcu trafiła się korzystna promocja, a ja wykończyłam w końcu mój One by One. Zastanawiam się tylko, czy było warto i czy efekt jest na tyle różny i lepszy, żeby płacić za niego nawet te 10zł więcej niż przykładowo za Maybelline. Poużywam, poobserwuję i napiszę więcej! :) 
Cena: 34,90zł (ogromna promocja w SuperPharm)

Bourjois - Healthy Mix - 51 Vanilla - Może nie jest to podkład idealny, ale póki co jestem bardzo zadowolona z efektu, jaki daje na mojej skórze! Wyglądam na wypoczętą, koloryt jest ładnie wyrównany, pomimo średniego krycia, a i kolor trafił mi się bardzo dobry. Kupiłam go oczywiście korzystając z wizażowej zniżki na podkłady w Rossmanie - 40% mniej? To mogła być jedyna okazja, żeby wypróbować HM w takiej cenie! Dodam, że wykończyłam żelkowego Rimmela, więc nowy podkład również mi się należał! :D
Cena: ok.36zł (promocja z kuponów zniżkowych z Wizażu)


Kolejne zdobycze z TheBalm (róże Hot Mama i Cabana Boy), były już prezentowane bliżej TUTAJ. Za oba produkty, po zniżce 50% w perfumerii Marionnaud, zapłaciłam w sumie niecałe 60zł.


Inglot 987 - Wszystkiemu winna jest Obsession, którą chciałam bezczelnie ograbić z tego lakieru, po jego prezentacji TUTAJ. Jak widać, zielenie intrygują mnie w tym roku coraz bardziej i coraz szersze obszary obejmując. Ponadto widziałam w H&M szorty w niemal identycznym kolorze. Szortów nie kupiłam (wzięłam zamiast nich niebieski - indygo :D), ale lakier tak.
Cena: 20zł

Essence - Colour & Go Passion For Fashion - Piękny, zimny, ciemny i czysty bezdrobinkowy fiolet. Poszłam do drogerii po fioletoworóżowy Break Through, a obok zobaczyłam ten i nie mogłam wyjść bez niego. Zdobi moje paznokcie u stóp, gdyż albowiem nie cierpię na takowych pastelowych, jasnych kolorów. Na stopach musi być ekhm... pierdolnięcie :D
Cena: 5,50zł


Eveline - Hologafic Shine - po pokochaniu prezentowanych na blogu 402 i 414, wygrzebałam w Jasminie różowego holografa... Szkoda tylko, że z holograficznym niewiele ma wspólnego (w porównaniu do swoich fioletowych braci!) i wyglądem dużo bliżej mu do perły... Pewnie niedługo Was uraczę postem, bo już go nosiłam i obfociłam.
Cena: 2,90zł

Essence - sonda do kropek - Kupiłam, bo kropki to wesoły motyw na wiosnę i lato. Szkoda tylko, że lewym ręku wychodzą mi piękne kropeczki, a na prawym ogromne, koślawe kropasy... A już myślałam, że jak już jako tako nauczyłam się równo malować paznokcie (z tym to też już tak nie przesadzajmy!), to że mam jakoś tam okiełznaną i sprawną lewą rękę... A gdzie tam! Znowu lata pracy przede mną... :D
Cena: ok.8zł

Jak Wam się podoba? Czy są tu jakieś Wasze cele wycieczek do drogerii? Może jacyś Wasi ulubieńcy? A przede wszystkim czy używacie półproduktów do wzbogacania odżywek do włosów lub czy tworzycie własne receptury produktów do twarzy, ciała lub włosów? Mnie coraz bardziej zaczyna to interesować, na razie tylko nieśmiało się przyglądam i (jak widać) poczyniłam w tym kierunku naprawdę niewielkie baby steps, ale od czegoś trzeba zacząć!

K.
Czytaj dalej
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Blog template designed by SandDBlast