Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bell. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bell. Pokaż wszystkie posty

środa, 4 września 2013

Ulubieńcy sierpnia

Cześć Dziewczyny!

Sierpień za nami, wrzesień przywitał nas chłodnym przypomnieniem, że jesień już za pasem, ale ja jeszcze trochę powspominam lato. Dzisiaj pora na ulubieńców ubiegłego miesiąca! :)

Zanim jednak o ulubieńcach, chciałabym zaznaczyć, że nowy szablon na blogu jest w całości dziełem Agaty z bloga Agata bloguje, której bardzo mocno dziękuję! Może dzięki tym różowo-fioletowym barwom uda mi się zatrzymać lato choć na parę tygodni dłużej :)))


Nie przedłużając - zacznijmy od kolorowych ulubieńców, ponieważ tych, jak zwykle, uzbierało się najwięcej. Jest wśród nich kilka nowości, więc pomyślałam, że dorzucę od razu swatche produktów kolorowych, jeśli jeszcze nie pojawiły się one na blogu :)


Jeśli chodzi o róże, w sierpniu sięgałam wymiennie po trzy produkty - na urlopie był to róż Bell (prawdopodobnie numer 12, wersja z Biedronki :)), po urlopie - Cabana Boy z TheBalm, natomiast pod koniec miesiąca, najczęściej wybierałam Hervanę z Benefitu. Każdy z nich posiadam już dłuższy czas i o ile TheBalm i Benefit wracają do łask co jakiś czas, tak róż z Bell zdobył moje serce dopiero teraz. Choć nie jest pozbawiony wad, to jednak mocno przypadł mi do gustu i chętnie sięgam po niego, jeśli nie zależy mi na super trwałym makijażu, ponieważ jest to dość delikatny kolor, który w miarę upływu dnia przestaje być widoczny na mojej skórze. Mimo to mocno go polubiłam, a skojarzenia związane z jego użytkowanie podczas bardzo udanego urlopu działają tylko na plus ;))


Na zdjęciu powyżej możecie zajrzeć do środka produktów oraz zobaczyć jak wyglądają na skórze. Swatche wyszły dość delikatnie, ale na twarzy produkty nałożone pędzlem są odrobinę bardziej intensywne.


W sierpniu wyjątkowo chętnie sięgałam po kolorowe pomadki. Odkąd w mojej kosmetyczce znalazły się pomadki Color Whisper z Maybelline prawie się z nimi nie rozstaję. Całkiem słusznie uległam całemu temu szałowi na nie, ponieważ idealnie wpisują się w moje upodobanie do półprzezroczystych kolorów. Postawiłam na nieco fioletowy Oh La Lilac oraz delikatny brudny róż Lust for Blush, który jest jednym z hitowych kolorów tej serii. Pomadki Color Whisper nadają ustom widoczny kolor, ale jednocześnie nie jest on zbyt intensywny, dlatego pomadki nadają się nawet na co dzień, niemal w każdej sytuacji. Kiedy jednak miałam ochotę na wyraźny kolor na ustach, to wtedy sięgałam po przepiękną szminkę o numerze 103 z serii matowych szminek Rimmel by Kate. Na początku ta czerwona seria nie wywarła na mnie wrażenia, a teraz mam 4 z 5 dostępnych kolorów... No cóż, tylko krowa nie zmienia zdania ;)


O cieniach z kolekcji Me & My Icecream od Esscence pisałam całkiem niedawno. W TYM poście znajdziecie również swatche wszystkich trzech cieni z tej kolekcji. W ubiegłym miesiącu upodobałam sobie szczególnie Cone Head (beżowo-fioletowy) oraz Always On My Mint (miętowo-złoty). Świetnie sprawdzały się w duecie z matowym brązem!

Po urlopie wróciłam trochę opalona, więc siłą rzeczy, wszystkie moje podkłady zrobiły się dla mnie zbyt jasne. Nie chciałam kupować nic nowego, więc zerknęłam na to, co już miałam - i tym sposobem dokopałam się do używanego już kiedyś podkładu City Matt z Lirene. Wcześniej nie byłam nim zachwycona i mimo, że trudno mi było mu coś zarzucić, to jednak nie pokochałam go. Tym razem okazał się być dla mnie naprawdę dobrym produktem. City Matt, w duecie z niezastąpionym Maybelline Dream Matte Powder, bardzo dobrze trzyma mat na mojej skórze, całkiem nieźle się trzyma i - co najważniejsze - nie ciemnieje, ani nie pomarańczowieje w ciągu dnia! Jest bardzo ok! :)


W sierpniu liczyły się tylko dwa lakiery - Cocktail Passion od Rimmel (swatche TU), który królował na paznokciach u rąk oraz ukochany Splash of Grenadine (swatche TU), który tym razem wylądował na stopach. Oba kolory uwielbiam i chętnie do nich wracam! :)


Starczy już tej kolorówki, prawda? :) Pora przyjrzeć się kilku wyróżnionym przeze mnie produktom pielęgnacyjnym! Właściwie mogłabym tu powielić ostatnich ulubieńców, w szczególności kremy z Pharmaceris i Sanoflore, ale nie chcę się powtarzać, więc pokażę Wam tylko nowych ulubieńców (i jednego nowego-starego) :)


Peeling do ust Bubblegum z Lush to naprawdę świetny gadżet, którego walory pielęgnacyjne (i smakowe!) są naprawdę warte uwagi! Sądzę, że dzięki niemu naprawdę zacznę dbać o regularne peelingowanie ust, dzięki czemu nawet dość wymagające matowe pomadki zaczną w końcu wyglądać na moich ustach elegancko :)

Maska do twarzy Catastrophe Cosmetic z Lush, to jest mój hit-hitów, jeśli chodzi o oczyszczanie twarzy! Wszystkie zachwyty na jej temat pojawiły się już w TYM poście, więc nie będę ich powielać. Powiem tylko tyle - MUST HAVE!

Oba produkty Lush dostałam od mojej ukochanej Przyjaciółki Stefanii, której po raz setny dziękuję z całego serca! :) :*


Parafinowy krem do rąk z Lirene to bardzo przyjemne zaskoczenie! Nie wiem dlaczego, ale byłam mocno uprzedzona w stosunku do tego produktu i, mimo ogromnej sympatii, jaką darzę kremy do rąk z czerwonej linii, zostawiłam go sobie jako ostateczność. Kiedy w końcu wykończyłam większość kremów, które nadawały się do pracy, wyciągnęłam ten produkt z zapasów. Okazało się, że wszelkie moje uprzedzenia były zupełnie niesłuszne, ponieważ krem przyjemnie otula dłonie warstwą ochronną, która dobrze się wchłania, nie zostawia tłustego filmu i przyzwoicie nawilża moje dłonie. Bardzo dobrze radzi sobie zwłaszcza w starciu moje dłoni kontra sterta papierów ;)

Woda termalna Uriage, która również znalazła się wśród ulubieńców, to efekt Waszych blogowych zachwytów nad tym produktem! Byłam jej niesamowicie ciekawa, ale przez większość czasu odkładałam ten zakup. Wcześniej miałam wodę termalną z Avene, ale nie byłam nią oczarowana. Natomiast Uriage z miejsca zdobyła moje serce! Nie tylko rozpyla na buzi prawdziwą mgiełkę, ale i naprawdę mam wrażenie, że moja skóra jest jakby odrobinę bardziej nawilżona, a kiedy tego potrzebuje - również ukojona. Myślę, że ta znajomość ma szansę przerodzić się w regularny związek ;)

***
Jak widzicie, po raz kolejny grono moich ulubieńców jest całkiem liczne, a i tak oszczędziłam Wam ględzenia o ulubieńcach, których mogłabym pokazywać w każdym poście z tej serii, czyli m.in. paletki Sleek Oh So Special czy pudru matującego Dream Matte Powder z Maybelline :)

Miałyście już okazję poznać moich ulubieńców i przetestować ich na sobie? Czy któryś z tych produktów również i Wam tam mocno przypadł do gustu, jak i mi? :)
K.
Czytaj dalej

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Bell - Air Flow nr 15 [swatche]

Witajcie Dziewczyny!

Przeglądałam katalogi ze zdjęciami do recenzji i zorientowałam się, że mam jeszcze trochę gotowych zdjęć lakierów, których nie miałam jeszcze okazji Wam pokazać. W najbliższym czasie postaram się przeplatać recenzje pielęgnacyjne właśnie z tymi lakierowymi, bo choć lakierów u mnie nie brakuje, to jednak zdecydowanie zbyt często ich prezentacja kończy się tylko na poście zakupowym. 

Dzisiaj do tablicy wywołajmy lakier marki Bell z serii Air Flow. Jest to kolor nr 15, według tzw. biedronkowej numeracji. Nie mam pojęcia jakie jest oznaczenie tego lakieru w regularnych szafach Bell, ale ponieważ w Biedronce często trafiają się wyprzedaże z poprzednich gazetek, a raz na jakiś czas pojawiają się kolejne kolory w ofercie, być może zainteresuje Was mój egzemplarz.


KOLOR:
Ten lakier jest właściwie dość trudny do zdefiniowania. Na pierwszy rzut oka przypomina ciemnomalinowy róż, ale - zależnie od światła - zmienia się w bliskiego krewniaka bordowej czerwieni, a innym razem przybiera buraczkowy kolor. Podoba mi się to, że jest taki niejednoznaczny. Bardzo dobrze nosiło mi się go na paznokciach i świetnie się w nim czułam.


PĘDZELEK:
Raczej wąski, ale bardzo wygodny. Łatwo było nim kontrolować ilość lakieru i aplikację kolejnych warstw na paznokcie. Daleko mu do łopaty z Essie, ale mimo wszystko dobrze wywiązał się ze swojej roli.

KONSYSTENCJA:
W sam raz. Lakier nie rozlewał się po skórkach, ani nie ciągnął się. Kolor rozkładał się równomiernie.



KRYCIE:
Lakier kryje właściwie po jednej warstwie. Jest bardzo dobrze napigmentowany. Jednak ja i tak przezornie dołożyłam drugą warstwę, choć kolor nie uległ przez to zmianie.

TRWAŁOŚĆ:
Lakier, pomimo utrwalenia top coatem i zaaplikowania go na bazę, przetrwał na moich paznokciach dwa dni, a później zaczął odpryskiwać na potęgę. No cóż, nie jest to mistrz trwałości, ale z racji niskiej ceny, wybaczam mu więcej.



ZMYWANIE:
Łatwe. Lakier łatwo ustępował z płytki pod wpływem zmywacza, trochę się rozmazywał, ale nie wżerał się w skórę, więc szybko się pozbyłam jego resztek.

CENA/DOSTĘPNOŚĆ:
ok.5zł; mój egzemplarz mam dzięki Sylwii, która upolowała go dla mnie w Biedronce; być może znajdziecie go również w regularnych szafach Bell w Jasminie czy Hebe, ale nie jestem tego pewna;


Poniżej możecie zobaczyć jak ten kolor prezentował się na moich paznokciach i jak zmienia się jego natężenie i skojarzenia z nim związane w zależności od tego jak pada światło. Niestety zobaczycie też, co resztki Seche Vite zrobiły z nim przy skórkach za co bardzo Was przepraszam, zobaczyłam to dopiero po odpowiednim przycięciu i powiększeniu zdjęć.









I jak Wam się podoba ten kolor? Lubicie takie różowo-buraczkowe odcienie? Ja czułam się w nim zaskakująco dobrze i idealnie wpasował się do mojej stonowanej szarawej sukienki, którą nosiłam w święta, i świetnie ją ożywił :)
K.

Czytaj dalej

środa, 10 kwietnia 2013

Marcowe zdobycze :)

Cześć Dziewczyny!

Przychodzę do Was z ostatnią częścią podsumowania marca. Tym razem oczywiście część najprzyjemniejsza, czyli zdobycze ;) Celowo używam tego określenia, ponieważ w marcu wyjątkowo moje zakupy zrównoważyły się z ilością gratisów, wygranych czy produktów otrzymanych w ramach współpracy. Oczywiście nie mogłam się oprzeć nowym lakierom i nawet nie jest mi z tego powodu głupio, za to pielęgnacyjnie byłam mocno wstrzemięźliwa! :)

Tickle My France-y, Bubble Bath, I Juggle Men
Po pierwsze - udało mi się wygrać urodzinowe rozdanie u Mani - w wyniku czego trafił do mnie piękny zestaw miniaturek lakierów OPI - w tym słynne Tickle My France-y oraz Bubble Bath, do kompletu z topperem I Juggle Men. Nudziaków nigdy za wiele, więc szalenie się z nich ucieszyłam! :)

Górny rząd: Maximilian Strasse-Her; Hip-Anema, French Affair
Dolny rząd: Spaghetti Strap; Lights; Madison Ave-Hue; Topless & Barefoot
Essie, są wynikiem trzech różnych okazji. Po pierwsze - koleżanka, która mieszka w Holandii, zaproponowała mi pomoc w zakupie lakierów z jednej z najnowszych kolekcji Essie - Madison Ave-Hue, ponieważ w tamtejszych szafach jest już ona dostępna (u nas niestety ciągle cisza!). Tym sposobem, tuż przed Świętami trafiło do mnie trio miętowoszary Maximilian Strasse-Her, makowa czerwień Hip-Anema oraz fioletoworóżowawy Madison Ave-Hue. Po drugie - w drodze wymianki z Alą, udało mi się dołączyć do mojej kolekcji upragniony różofiolet French Affair oraz cielaczka Topless & Barefoot. No i po trzecie - ponownie skusiłam się na zakupy w drogerii internetowej eKobieca, gdzie można upolować atrakcyjne kolorki Essie za niecałe 15zł. Ja skusiłam się na neonowy róż Lights oraz cielaczka o brzoskwiniowych tonach, czyli Spaghetti Strap.

Mary Rose, Flirt, Słoneczny Patrol
Moja rodzinka lakierów z blogerskiej kolekcji Wibo rozrosła się o kolejne trzy sztuki - Mary Rose (swatche KLIK) oraz Słoneczny Patrol, dostałam jako naczelna gaduła, od ich autorki, czyli sympatycznej Jamapi. Natomiast Flirt wpadł do koszyka w wyniku wszechobecnego kuszenia tym kolorem :)


Na początku miesiąca, przez nieuwagę, rozbiłam tester różobronzera Africa od W7, który otrzymałam jakiś czas od Kosmetykomanii. Tak pokochałam ten produkt, że co kilka dni przeszukiwałam sklepy internetowe w poszukiwaniu tego, w którym w końcu będzie dostępny. "Pech" chciał, że znalazłam go w Minti Shopie akurat wtedy, kiedy miała swoją premierę nowa Sleekowa paletka Lagoon. Poza tym przecież róż nie mógł wędrować w kopercie sam! No ale żeby Africe i Lagoon nie było samym smutno, dorzuciłam im jeszcze do towarzystwa paletkę fioletów UV z Technic. Za 10zł, to grzech czekać dalej aż Sleek się ocknie i przygotuje dla nas fioletową paletę! ;)


Gdzieś kiedyś obiło mi się o uszy, że róże Pocket, dostępne w ofercie Bell są bardzo przyjemnymi kosmetykami, więc zdecydowałam się na jeden kolor z ciekawości. W Biedronce kosztował mnie jakieś 5zł ;)


Dzięki Basi, udało mi się również dorwać w końcu słynne Avonowe żelowe kredki SuperShock. Wybrałam klasyczną czarną oraz cielistą Flash. Jeśli będą dostępne kredki w odcieniach fioletu i brązu, to chętnie przygarnę je do kompletu. Basia była tak miła, że do kredek dołączyła wosk Yankee Candle w wariancie Sicilian Lemon oraz przeuroczą kartkę ze świątecznymi życzeniami :)


Ostatnimi zakupami z marca są nowości z Rossmana - nawilżająca odżywka do włosów, żel pod prysznic z kwiatem maku oraz krem do rąk z masłem shea, na który natknęłam się całkiem przypadkiem, kiedy już zupełnie zarzuciłam myśl o jego zakupie. Wszystkie te kosmetyki są spod szyldu Isany, więc cena żadnego z nich raczej nie przekroczyła 5zł - takie interesy, to ja lubię :)


Kosmetyki z linii VitaCeric wstępnie prezentowałam już w TYM poście. Jak wiecie, otrzymałam je w ramach współpracy z Laboratorium Kosmetycznym Dr Ireny Eris, a moja notka bierze udział w konkursie na fotorecenzję, organizowanym wśród blogerek. Wybrałam dla siebie serum redukujące pory oraz emulsję energizującą. O działaniu kosmetyków wypowiem się szerzej w stosownym czasie, czyli bliżej końca słoiczków ;)


Jeśli zaglądacie tu regularnie, to z pewnością wiecie, że uwielbiam markę Bath & Body Works! Mam w łazience mały arsenał kosmetyków tej marki i każdy z nich szczerze uwielbiam, dlatego bardzo się ucieszyłam, kiedy otrzymałam od firmy miniaturkę jednego z najnowszych zapachów tej marki, czyli Forever Red.


Koszyczek z miniaturkami bestsellerów z L'Occitane wywołał niemałe echo wśród blogerek. Daruję sobie ponowne roztrząsanie tego tematu i tylko zaznaczę, że również i ja dostałam ten uroczy koszyczek. Kto wie, może w przyszłym roku przyda się na wielkanocną święconkę ;) Oczywiście rozmiar kosmetyków nie pozwala na napisanie kompletnej recenzji tych produktów, ale na pewno podzielę się z Wami ogólnymi wrażeniami :)


Również w ramach współpracy, otrzymałam od Hean ich najnowszy podkład Studio Lift, tusz MaxxiLash Flexi oraz piękny brzoskwinkowy lakier. W pierwszej kolejności złapałam za tusz i jestem bardzo na tak, jeśli chodzi o szczoteczkę, natomiast konsystencja tego tuszu mocno mnie zaskoczyła. Jeszcze trochę go poobserwuję i ostatecznie zajmę stanowisko :D


Ostatnia współpracowa przesyłka, to tubka Blistexu. W lutym kupiłam sobie wersję w sztyfcie, którą bardzo polubiłam, więc ucieszyłam się mogąc wypróbować mocniejszą wersję w formie kremowej. Sądzę, że przygotuję za jakiś czas post porównawczy, dotyczący obu wersji.


Na temat miniaturek z Vichy również było swego czasu głośno na blogach. W wybranych aptekach w całej Polsce można było otrzymać całkowicie za darmo zestawy miniaturek i próbek kosmetyków Vichy. Mi udało się zdobyć oba zestawy, srebrny poszedł do mamy, a ja zajęłam się wersją różową :)


Marzec obfitował w różne promocje, ta - zdaje się być ciągle aktualna (do 14 czy 17 kwietnia). Wystarczyło kupić najnowszy numer Glamour, wypełnić znaleziony w nim kupon i zanieść go do najbliższego salonu L'Occitane, żeby otrzymać zestaw trzech miniaturowych kremów do rąk tej marki. Rozmiarowo będą pasować do wyżej opisywanego koszyczka ;)) Różne rzeczy można mówić i pisać, ale takie maluchy będą niezastąpione w czasie wyjazdów lub w imprezowej miniaturowej torebce ;)

Uff! To by było na tyle! Choć starałam się ograniczać zbędne zakupy (czyli takie nie cieszące zbyt długo oczu, ani ciała :P), to i tak sporo mi się tego nazbierało. Na pewno przekonałam się, że pomimo licznych zapędów aferkowych, w środowisku blogerek (i nie tylko) znajduje się sporo osób życzliwych. Maniu, Magda, Ala, Basia, Ewa - dziękuję :)

A jak tam przebiegało Wasze chomikowanie zapasów w marcu? ;)
K.

P.S. Jak tak patrzę na to wszystko, zgromadzone w jednym poście, to zaczynam się cieszyć, że niektóre produkty mam w formie miniaturowej. Przynajmniej nie zajmują dużo miejsca, a z pewnością pozwolą się zastanowić nad tym, czy potrzebuję danego kosmetyku w formie pełnowymiarowej :)

P.S.2 Na komentarze pod postem denkowym postaram się odpowiedzieć w najbliższej wolnej chwili. Nie zawsze mam siłę lub czas przysiąść się do odpisywania hurtem, ale każdy Wasz komentarz czytam i bardzo sobie cenię :)
Czytaj dalej

niedziela, 3 lutego 2013

Styczniowe nowości :)

Cześć Dziewczyny!

Mamy luty, a skoro tak, to oczywiście zaczniemy ten miesiąc od podsumowania stycznia! Jako pierwsze wybrałam nowości, bo na to zawsze najchętniej zerkam na innych blogach, więc pomyślałam sobie, że przy niedzielnej kawce miło będzie popatrzeć (zwłaszcza na pierwszą część ;)) na kilka pierdółek, które zasiliły moje zapasy kosmetyczne w ubiegłym miesiącu. A co, chwalę się ;))

***
KOLORÓWKA


Po pierwsze i chyba najważniejsze - również i ja uległam czarowi przepięknej palety Urban Decay Naked 2. Tym bardziej, że tuż po jej premierze w polskiej Sephorze rozpętał się isnty szał na blogach i każdy kolejny post tylko potęgował moje chciejstwo. Regularna cena 189zł raczej nie przyspieszała bicia mojego serca, ale postanowiłam zorganizować na blogu wyprzedaż i tym sposobem zebrałam część funduszy na ten jakże szczytny cel ;) Dodatkowo udało mi się skorzystać ze zniżki z Sephorze i za paletę zapłaciłam ok.150zł. Zawsze to trochę lepiej :)

Pytanie (retoryczne?), czy chcecie swatche tej palety? Będą na pewno, ale pytanie, czy czekać z nimi do recenzji, czy chcecie zobaczyć je od razu? :)


Kolejnym produktem, upolowanym w bardzo okazyjnej cenie jest słynna Hervana od Benefitu, którą kupiłam na wyprzedaży u Agaty, co ma nosa. To była szybka decyzja - i słusznie! Niejedna z Was ostrzyła sobie na nią ząbki, ale jest moja, moja, tylko moja! :))


Lakiery, to sprawa oczywista! Nie ma miesiąca, żeby coś nowego nie wpadło do mojego pudełka i zwykle nie są to samotne egzemplarze. Od lewej patrząc mamy Bell Air Flow (o ile dobrze pamiętam numerek z opakowania, to chyba jest to "ósemka"; 6zł), który mam dzięki uprzejmości Sylwii (Lacquer Maniacs), która pospieszyła na zakupy do swojej Biedronki ;)

Dalej mamy Essie After Sex, czyli cudowną czerwień z shimmerem, którą dostałam w spadku od Stefi (i znowu Cię pozdrawiam na blogu! ;)). Kolejne dwa Essie, to Tourquoise & Caicos oraz Jamaica Me Crazy (już go mam na paznokciach!), które kupiłam, korzystając z promocji w Hebe (26zł/szt.). Natomiast ten cudak po prawej stronie to słynny 969 (696?) z Inglota, czyli miętka, od której zaczęło się moje pożądanie do wszystkiego, co miętowe (7zł na wyprzedaży u Lilesly Inspirations).


Kolejne promocyjne zdobycze kolorówkowe, to kupiony w Rossmanowskiej promocji -40% na podkłady (bo jakże by inaczej!) Rimmel Match Perfection, który zbiera ostatnio same pochwały. No cóż, miałam kupić Bourjois Healthy Mix, ale w Rossmanie, do którego weszłam, nie było szafy Bourjois, a miałam podły dzień i postanowiłam wypróbować ten "hit". Nie wiem, czy zostanie moim ulubieńcem, na razie mam mieszane uczucia, ale mimo to sięgam po niego całkiem chętnie. Będzie, co ma być - za 22 zł mogę go testować :)

W styczniu do mojej kosmetyczki wpadło również kilka produktów do ust - między innymi osławiony już Lip Tint z Bell w kolorze 05 (piękny, intensywny róż; 10zł), a także dwa ostatnie hity marki Revlon, czyli Balm Stain Just Bitten Kissable w kolorze 020 Lovesick (30zł) oraz Lip Butter w kolorze Sweet Tart (23zł). Oba Revlony, kupiłam w szalonej promocji w Hebe -40% na całą markę :)

Takie promocje, to ja rozumiem! :)

***
PIELĘGNACJA


Przede wszystkim uzupełniłam zapas naszego ulubionego mydełka w piance z Bath & Body Works z linii Sweet Pea (20zł w promocji). Zarówno ja, jak i mój M. uwielbiamy tę piankę i po wykończeniu poprzednich dwóch kupiłam kolejną. Mam ochotę jeszcze na wersję Twilight Woods, ale jeszcze przyjdzie na to pora :)

Ponadto ponowiłam zakup obu zimowych wersji żeli pod prysznic z Original Source (ok.8zł/szt.). Obie wersje bardzo przypadły nam do gustu i pierwsze butelki zużyliśmy w mgnieniu oka. Te na razie czekają na swoją kolej, ale sądzę, że ta rozłąka nie potrwa długo ;)


Wszystkie tak chwaliłyście płyn micelarny Be Beauty, który pojawił się w Biedronce, że nie mogłam sobie darować tego zakupu, kiedy już w końcu udało mi się dopaść jakiś sklep tej marki. Niby są na każdym kroku, ale jakoś nigdy nie miałam żadnej po drodze, poza jedną małą i zaopatrzoną tylko w bardzo podstawowe produkty. Żeby mu nie było smutno, przygarnęłam też mój ukochany żel micelarny Be Beauty, bo dawno go już nie miałam. Oba produkty to koszt rzędu 5zł :)


Odkąd nawiązałam współpracę z Lirene w końcu zwróciłam uwagę na tę markę, która dziwnym trafem do tej pory umykała mojej uwadze. Mam do niej spore zaufanie, dlatego wystarczyło tylko jedno polecenie względem każdego z powyższych produktów, żeby znalazły się w moim koszyku. Płyn micelarny (ok.10zł) kupiłam pod wpływem pozytywnej recenzji u Sylwii z Lacquer Maniacs, peeling drobnoziarnisty (ok.13zł) kupiłam zachęcona zachwytami (słusznymi!) Gosi z Beauty Fascination, a peeling enzymatyczny (ok.16zł) poleciła mi Aneta z Kosmetycznej Krainy (vel. Kosmetyczne Przemyślenia Anety vel Milena81 - moja droga, jak to z Tobą w końcu jest :D)


Jedwab z Biovax, to dość oczywisty wybór - bardzo go lubię i chętnie po niego sięgam, również ze względu na wygodną buteleczkę. Lubię mieć jeden w zapasie, bo nigdy nie wiadomo, kiedy wykończę buteleczkę, więc korzystając z promocji porwałam jeden kartonik za jakieś marne 5zł :)

Tak chwaliłyście te nowe masełka do ust z Nivea, że jako maniaczka mazideł pielęgnacyjnych nie mogłam nie skusić się na nie, jak tylko (w końcu) natknęłam się na nie w Rossmanie! 10zł za pachnącą malinową mambą przyjemność, to bardzo przyzwoity pieniądz ;)

***
WSPÓŁPRACA


W styczniu zgodziłam się również na współpracę z marką AA, która za pośrednictwem Marty obdarowała mnie górką kosmetyków do pielęgnacji twarzy. Tym samym ogłaszam, że ja i mój zapas kremów do twarzy mamy się dobrze i będzie tak zapewne przez najbliższe dwa lata licząc pozostałe posiadane egzemplarze ;)

Żel do twarzy już testuję, a kremy (na dzień, na noc, pod oczy) pójdą w ruch, jak tylko wykończę nieśmiertelne kremy z Pharmaceris (których używam od września, a one ciągle są i są ;)). Ciekawa jestem jak moja cera polubi te produkty, ponieważ z AA używałam do tej pory tylko żelu do twarzy i kremu pod oczy, których recenzje wkrótce również pojawią się na blogu, bo powoli dobijam w nich dna :)

No! I to było na tyle przyjemności! W lutym nie planuję większych zakupów ani pielęgnacyjnych, ani kolorówkowych (poza lakierami!), bo w tym roku staram się zużywać zapasy (co nie obejmuje lakierów ;)). Zresztą pierwszą odsłonę tegorocznego denka zobaczycie na blogu już wkrótce, a ma się czym chwalić! :)

A jak tam Wasze zakupy? Upolowałyście coś, z czego szególnie jesteście zadowolone? :)
K.
Czytaj dalej

poniedziałek, 3 września 2012

Sierpniowe zdobycze - zakupy, gratisy, prezenty :)

Cześć Dziewczyny!

Wczoraj były denka, dzisiaj pora na zdobycze miesiąca ;) Ponownie przybyło mi sporo nowości, przy czym duża ich część była związana z naszymi wyjazdami, więc ich zakup był poniekąd koniecznością. Nie oznacza to jednak, że obyło się bez zachcianek. Co to, to nie! I znowu, może się tego wydawać sporo, ale jak na moje chciejstwo i ilość podchodów (szczególnie do szafy Essie!), to i tak uważam sierpień za miesiąc zakończony sukcesem xD


Na dobry początek Biedronkowe zdobycze, czyli wszystkie cztery rodzaje musujących kul do kąpieli! Póki jeszcze czasem pomieszkuję z mamą i mam wannę, to korzystam póki mogę, bo później zostanie mi już tylko prysznic do dyspozycji. I choć długie kąpiele w wannie szalenie uwielbiam, to jednak na tyle przywykłam już do prysznica i do wiążącej się z nim wygody, że myślę, że jakoś odżałuję ten brak.

Musujące kule Body Club: 3,99zł/szt. (promocja)


Ciąg dalszy napadu na Biedronkę, który zaowocował również kupnem przepięknego kobaltowego (chabrowego? jaka jest różnica?) lakieru Bell. Niestety nie mam pojęcia, jaki to numerek, tym bardziej, że te w Biedronce mają zdaje się inne oznaczenia, niż lakiery dostępne regularnie w drogeriach (mimo, że kolory są chyba te same). Miałam ochotę na kilka innych kolorów, m.in. teal, tudzież morską zieleń, ale stwierdziłam, że mój Inglot 987 jest dość zbliżony, a nie jest to jednak kolor, który noszę na co dzień. Skończyło się tym, że kupiłam mamie piękną czerwień, której już ubyła 1/3 buteleczki, to chyba znak, że mamie spodobał się prezent ;)

Lakier Bell Air Flow - 5,99zł (promocja)

Po udanej przygodzie z dwufazą od Lirene zdecydowałam się zaryzykować i chwycić również dwufazę z Bielendy. Miałam ochotę na Bawełnę, ale już pierwszego dnia promocji u mnie zostały tylko dwie buteleczki Awokado. Złapałam więc Awokado i pobiegłam do kasy. Miałam go zabrać na wakacje, ale skoro miałam już otwarty Lirene, to wzięłam Lirene. Ale Awokado również przeszło test zmywania tuszu wodoodpornego - pomyślnie. Zobaczymy jak będzie dalej :)

Płyn dwufazowy Bielenda Awokado - 5,99zł (promocja)


Najbardziej urlopowa część zakupów, czyli filtry! W domu mieliśmy wcześniej SPF 30 od Lirene oraz SPF 15 z SunOzon. Trzydziestka jest dość wysokim filtrem, jak na nasze polskie warunki, a ja lubię zasięgnąć nieco słoneczka, więc od trzydziestki zaczynam swoje opalanie, stopniowo schodząc w dół z wysokością filtrów. Tyle, że nie mieliśmy na co schodzić, bo SunOzon okazał się dość marnym filtrem. Dlatego bez dłuższego zastanawiania pochwyciłam filrty 10 i 20 od Lirene. Muszę dodać, że mój chłopak był zachwycony aplikatorem dziesiątki! Ucieszył się, jak dziecko i gdyby tylko było słońce (taaak, pogoda nad Bałtykiem nie zachwycała), to pewnie z największą ochotą pryskałby się tym filtrem nawet i co 15 minut :D Od siebie dodam, że dziesiątka pachnie cudownie gumą balonową! :)

Całe szczęście, że chociaż dwudziestka - przelana do podróżnej buteleczki - przydała nam się w Rzymie! Mimo ostrego słońca wróciliśmy tylko delikatnie zbrązowieni! Ach, no i oczywiście, jak tylko wróciliśmy z nad morza, to filtry wszędzie były w promocji, a ja tydzień wcześniej kupowałam wszystko w regularnych cenach...

Lirene SPF 10 - 19,99zł
Lirene SPF 20 - 19,99zł


Na początku jako balsam po opalaniu planowałam kupić sprawdzony już wielokrotnie Pantenol, który mój ukochany lubi stosować również jako zwykły balsam po codziennej kąpieli. Niestety nie miałam zbyt wiele czasu na bieganie po aptekach w jego poszukiwaniu, a w Super-Pharm niestety nie znalazłam tego produktu, więc pochwyciłam w półki do kompletu Ratunek od Lirene. Tutaj również panthenol jest w dużej dawce i wysoko w składzie, dodatkowo miałam w pamięci pozytywną recenzję, przeczytaną u Orlicy.

Ratunek po przedawkowaniu słońca; Lirene - 20,99zł

Wczoraj w denkach pokazywałam Wam jeden z moich ulubionych toników, czyli ten z Corine de Farme. Ponieważ wzbudził on Wasze zainteresowanie, postaram się o nim napisać wkrótce kilka słów. Natomiast póki co, biegając po Super-Pharm tuż przed urlopem i uzupełniając braki w naszych zapasach wakacyjnych, skusiłam się również na chwalony tonik nawilżający od Lirene. Większość dziewczyn, które go do tej pory recenzowały była zadowolona i również ja przyznam, że póki co jestem zadowolona. Swoją drogą słyszałam wielokrotnie, że Lirene produkuje naprawdę dobre toniki. No cóż, zobaczymy! :)

Tonik nawilżający; Lirene - 12,49zł

Zarówno na Twitterze, jak i na Facebooku prosiłam Was o podpowiedzi co do Waszych ulubionych tuszy do rzęs w formule wodoodpornej. Niestety odzew był niewielki, ale i tak dziękuję każdej z osób, które cokolwiek próbowały się włączyć w dyskusję :) Z braku laku, braku promocji i braku czasu zdecydowałam się na maskarę One by One od Maybelline, której używałam wcześniej w wersji klasycznej i byłam z niej bardzo zadowolona. Wersja wodoodporna okazała się być również bardzo dobra, choć nie daje aż tak dobrego rezultatu, jak wersja klasyczna. Z pewnością jednak tusz był wytrzymały, zarówno na wodę, upały oraz wiatr i łzawiące oczy, a ponadto używało mi się go dużo lepiej niż wodoodpornego Collosala rok temu.

Pragnę jedynie nadmienić, że jak tylko wróciłam z nad morza, to - jakże by inaczej - otrzymałam na maila kupon z Super-Pharm na zakup maskary One by One w każdej dostępnej wersji, bodajże w cenie 19,90zł... Nie muszę chyba Wam mówić jak bardzo byłam wściekła?! ;)

Wodoodporna wersja tuszu One by One; Maybelline - 33,99zł


No i powoli zaczynamy przechodzić do chciejstw. Peeling bzowy z Joanny chodził za mną odkąd tylko dowiedziałam się o jego istnieniu. Pierwszą promocję na niego przetrwałam dzielnie i oparłam się pokusie kupna. Drugiej takiej okazji nie wytrzymałam i czym prędzej wrzuciłam go do koszyka! To nic, że poczeka na swoją kolej. Pachnie absolutnie CU-DOW-NIE! Na pewno się nie zmarnuje, a ja będę miała motywację, żeby szybko zużyć peeling, który mam obecnie otwarty, żeby szybko zabrać się za bez! :]

Bzowy peeling do ciała; Joanna - ok.10zł (promocja)

Kolejny krem do stóp do efekt poszukiwań pełnowymiarowej wersji peelingu, którego próbkę dostałam od Agu. Peelingu nie znalazłam, ale ten krem wydaje się być niezłą alternatywą. Odpalę go, jak tylko zrecenzuję aktualnie używany krem do stóp z 30% zawartością mocznika od Lirene. Ten z Propodii ma dodatkowo w składzie kwasy, które powinny nieco złuszczyć zgrubiały naskórek na piętach... Mam nadzieję, że cokolwiek mi pomogą, bo albo ja jakoś koślawo chodzę, albo coś innego jest ze mną nie tak, ponieważ na zewnętrzej części pięt mam zgrubienia w kształcie podkówek. O ile krem od Lirene był sobie w stanie poradzić z nawilżeniem suchej skóry na nich, tak niestety na zgrubienia nie pomagają ani kremy, ani peelingi, ani tarki. A ścinać skóry, to ja na pewno nie będę, bo to niestety spowoduje tylko szybsze narastanie nowej zgrubiałej warstwy. To to samo, co z wycinaniem skórek przy paznokciach u rąk ;) A może Wy jakoś poradziłyście sobie z tą przypadłością? A może to już kwalifikuje mnie do wizyty u dermatologa? A może wystarczy tylko jakiś zabieg u kosmetyczki? Poradźcie dziewczyny! :)

Krem złuszczająco-zmiękczający na zniszczone pięty; Propodia - ok.15zł (promocja)


Jako, że niemal duża część powyższych zakupów została dokonana w SuperPharm - nie jednorazowo, ale w krótkich odstępach czasu - to w krótkim czasie nazbierałam sporo gratisów. Bardzo rzadko spotykam się z otrzymywaniem gratisów lub próbek w drogeriach takich jak Super-Pharm - chociaż raz mi się już zdarzyło i dzięki temu mój chłopak, po 25 latach przekonał się do używania kremu do twarzy (alleluja!). Tym razem zostałam obdarowana gratisami, które były powiązane z innymi produktami, niż te które ja kupiłam, ale mimo wszystko owe gratisy niespodziewanie znalazły się w mojej torbie z zakupami. Serio! Zorientowałam się dopiero jak oglądałam na spokojnie zakupy! Pani przy kasie musiała wrzucić je jakoś niepostrzeżenie, ale grunt, że i tak mam zwyczaj ładnie podziękować odchodząc od kasy ;)

Tym sposobem trafił do mnie tusz do rzęs Great Lash od Maybelline )który oddałam mamie, bo jej zapasy nie są tak obfite, jak moje ;)), szczotka do włosów Syoss (z której korzysta głównie mój ukochany) oraz sześć próbek kremu do twarzy Siquens Renovation (które czekają na swoją kolej, gdyż obecnie przechodzę armaggedon na twarzy, o tym też chyba muszę napisać, bo będzie miało to wpływ na wszelkie "twarzowe" recenzje).


A nie mówiłam? Czyż nie mówiłam (no dobra, pisałam), że wrócę po niego? W trakcie promocji w Super-Pharm na jego miejscu zawsze była pusta półka, która zapełniła się wraz z nastaniem nowej gazetki. Tego problemu nie było jednak w Rossmanie. I to bez promocji. Wzięłam, a jakże! Ulubieniec jakich mało! Inne żele muszą czekać w kolejce, ja obecnie sięgam tylko po ten z mango lub z bawełną! :)

Żel + oliwka pod prysznic z oliwką z mango; Lirene - 7,50zł

Kupno odżywki było "zawinione" brakiem pustych buteleczek podróżnych (przypominam: bagaż podręczny - Rzym - RyanAir - ograniczenia bagażu;)) zarówno w moim SP, jak i w moim Rossmanie, albo wszystkich Rossmanach na raz... Nigdy ich nie ma, kiedy potrzebuję. A skoro nie miałam w co przelać odżywki, to kupiłam miniaturkę prawie ulubionej Alterry (ulubiona byłaby morelowa, ale tę dziadygi mi wycofały!).

Odżywka z granatem i aloesem; Alterra - ok.2zł

Co bardziej sprytne osoby zaopatrzyły się w zmywacz w płatach z wyprzedawanej różanej kolekcji Wibo, a ja nie wpadłam na to, że nie ma sensu targać ze sobą butli zmywacza na kilka dni... Olśniło mnie dwa dni przed wyjazdem, więc chwyciłam zwykłą wersję, za którą życzyli sobie jak za zboże... Po czym znalazłam opakowanie różanej w dzień wyjazdu... Sierpień, to nie był mój promocyjny miesiąc...

Zmywacz w płatkach; Wibo - ok.7zł


Płyn micelarny kupiłam skuszona pozytywnymi recenzjami kosmetyków tej marki oraz tym, że właściwie mój micelowy zapas powoli zaczyna topnieć, a ja jestem ogromną fanką tego rodzaju oczyszczania. Na razie nie wiem czy dobrze zrobiłam, bo opinie czytałam skrajne, a zależy mi głównie na demakijażu oczu.

Płyn micelarny Dermedic - 9,99zł (promocja)

No a odżywka GlissKur, to kolejny gratis z SP... Bo nie było już zmywaczy ani pilniczków dołączanych do lakierów Essie... ;)


O kosmetykach Sanoflore czytałam sporo dobrych opinii, w szczególności o kremie na niedoskonałości, dlatego też mimo zapasów kremowych zdecydowałam się na kupno, tym bardziej, że produkty te są uhonorowane certyfikatem ECOCERT, a także były przecenione o 40% :D

Krem dla cery z niedoskonałościami; Sanoflore - ok.35zł (promocja)
Maska oczyszczająca Sanoflore - ok.30zł (promocja)


Na tego cudownego Essiaka skusił mnie post Urbanka. Zupełnie niespodziewanie, bo normalnie nie zwróciłabym uwagi na ten lakier, ponieważ wśród 89 innych odcieni na pierwszy rzut oka zupełnie się nie wyróżnia. Dopiero, gdy weźmie się go do ręki i zobaczy jak się skubaniec mieni... No nie mogłam się oprzeć!

Oparłam się za to (chwilowo) megakuszeniu, które namiętnie uskuteczniają ostatnimi czasy Aliss, Krzykla i Burn. Jestem pewna, że doprowadzą mój portfel do ruiny! Wszystko przez te Essie... Przez nie na chciejlistę wpisałam już Peach Daiquiri, Watermelon i Sand Tropez. A i Bachelorette się nieźle uśmiecha... Już przeczuwam swoją słabość we wrześniu...

Essie 40 Demure Vix - ok.35zł


Jak już smarujemy te paznokcie, to wypadałoby, żeby wyglądały jak trzeba. A ponieważ konieczność korzystania z ToiToia na plaży :D:D:D:D skutkowała również koniecznością nadużywania żeli antybakteryjnych (tak, tych alkoholowych), to koniecznie (:D) musiało to doprowadzić do przesuszenia nie tylko samych dłoni, ale i skórek. A może zwłaszcza skórek! No to wzięłam się za nie!

Patyczki do skórek InterVion - jakieś 3zł (dość drogo, jak za kilka wykałaczek, ale nie miałam ochoty zamawiać kilkudziesięciu patyczków z allegro, bo pewnie dokupiłabym im coś do towarzystwa i w efekcie wyszłoby drożej, zamiast taniej... :D)

Preparat do usuwania skórek; Eveline - ok.11zł

291, 344, 289, 319
UWAGA: NIE WSZYSTKIE LAKIERY SĄ DLA MNIE! Powyższy zakup, to efekt moich włoskich wojaży. Dwa z powyższych są jednak kupione dla dwóch blogowych koleżanek, pewnie dobrze wiecie których ;) Na razie nie zdradzę co dla kogo, niech się domyślają :D Ale wiadomo, że chodzi o Gray i o Sylwię ;)

Lakier do paznokci KIKO - 2,50 euro/szt.


Lush Soft Coer/I Love Me
Jakich to ja nie miałam planów względem zakupów w Lush! Czego to ja miałam nie kupić! Najpierw okazało się, że wszystkie nazwy kosmetyków są po włosku (no, nie wszystkie, ale chyba tylko Aquamarina miała dokładnie tę samą nazwę), to jeszcze - po wielkim rozszyfrowywaniu za pomocą włoskiej i angielskiej strony Lush - okazało się, że nigdzie nie mają maski Catastrophe Cosmetic, na której najbardziej mi zależało. Reszta była dość droga i nie do końca porywająca, więc ostatecznie wyszłam tylko z kostką do masażu Soft Coer alias I Love Me. Powyższa nazwa jest tylko jednym z przykładów, jak to wymówkę pani ekspedientki (notabene bardzo miłej) można o kant d... potłuc... Gucio prawda, że tłumaczą nazwy kosmetyków z angielskiego na włoski! No chyba, że I Love Me, to po włosku... Albo, że Frutta del Bosco, to dosłowne tłumaczenie Catastrophe Cosmetic... :P

No, ale dość narzekania. Kupiłam tylko kostkę, ale i tak dostałam do niej dwie próbki, jedną dla mnie - Dream Cream, a drugą dla mojego ukochanego, którego to zawołałam, gdy przyszło do płatności (spoko, kwota jest do zwrotu, mój facet nie chciał być sponsorem :D:D:D). M. dostał coś do stylizacji włosów, Dirty Hair Styling bodajże.

I Love ME (IT)/Soft Coer (ENG) - ok.6 euro


Powyższe zdjęcie przedstawia dowód uprzejmości pewnej blogerki, która zaoferowała, że wyśle mi odlewkę kremu BB od Eris. Jak powiedziała, tak zrobiła, a ja mogę się trochę mazać kolejnym kosmetykiem, który zbiera skrajne opinie w blogosferze :)

Dziękuję Angel! :)


No i na koniec drobiazgi od mamy. Wynaleziony wspólnie ekobalsam rozświetlający Cztery Pory Roku (naprawdę mega eko skład!), wychwalany przez wyżej wspomnianą Angel oraz moja upragniona dwufaza z serii bawełnianej z Bielendy.

No i to by było na tyle... Jak będzie we wrześniu? Na pewno się nazbiera... Boję się tylko ilości lakierów do paznokci, która zasili moje "konto", bo zapowiada się ostro... Już widzę dobre 6 sztuk w natarciu! :P

A jak tam Wasze zdobycze? Ja nie miałam szczęścia do promocji, większość tych najpotrzebniejszych mnie omijała. Trochę odbiłam sobie gratisami, ale to nie to samo ;) Może Wy miałyście więcej szczęścia? Pochwalcie się co ciekawego upolowałyście w sierpniu! :)

I czy Wy też nie możecie się powstrzymać od kupna nowych lakierów? Nawet, kiedy myślę, że mam już wszystkie kolory, które chcę, to zawsze znajdzie się jakaś kusicielka, która mi uświadomi, że ... ekhm... nic nie wiem :D

Pozdrawiam kolorowo :D
K.

PS. Muszę pomalować paznokcie... Muahaha :D
PS2. W sumie to prawie nie kupiłam kolorówki, nie licząc 3 lakierów i tuszu. Pielęgnacja rulez! ;)
Czytaj dalej
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Blog template designed by SandDBlast