Pokazywanie postów oznaczonych etykietą TheBalm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą TheBalm. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 12 kwietnia 2015

10 kosmetyków do makijażu, których nie może zabraknąć w mojej wyjazdowej kosmetyczce

Wspominałam Wam już, że cały świąteczny tydzień spędziłam na wyjeździe - pierwszy weekend spędziliśmy w Pradze, a następnie udaliśmy się do rodziny w Wiedniu, żeby spędzić tam cały Wielki Tydzień. Nie chciałam ciągnąć ze sobą za dużo kosmetyków, dlatego starałam się, żeby moja kosmetyczka miała jak najbardziej ograniczoną zawartość. Przy okazji wyszło na to, że wybrałam 10 produktów kolorowych, po które najchętniej sięgałam w czasie ostatnich miesięcy, możecie więc uznać ten post jednocześnie za ulubieńców pierwszego kwartału :)


Nie jestem mistrzynią makijażu, ale mam określony zestaw produktów, po które sięgam wykonując codzienny make up. Oczywiście, będąc w domu, lubię zmieniać poszczególne elementy, sięgać po różne cienie, innym razem podkreślam usta, zamiast oczu, ale na wyjeździe potrzebuję sprawdzonych kosmetyków, które pozwolą mi dostosować makijaż do zastanej okazji, a jednocześnie za pomocą których będę w stanie wykonać mój, nazwijmy to "szablonowy" makijaż. Dziesiątka, którą opisuję poniżej, sprawdziła się w tej kwestii wyśmienicie i muszę przyznać, że przez cały wyjazd nie odczułam braku jakiegokolwiek innego kosmetyku do makijażu:)


Przez kilka, o ile nie kilkanaście ostatnich miesięcy, w moim makijażu królowały podkłady mineralny, ale odkąd wykończyłam moje opakowanie Annabelle Minerals, po stanowiłam zrobić sobie chwilę przerwy i wrócić do sprawdzonego podkładu Healthy Mix z Bourjois. To zresztą mój ulubiony podkład na wyjazdy, sprawdzony, przyjemnie kryjący, nie tworzący maski, a do tego łatwy i przyjemny w użyciu.

Wiadomo, że na wyjeździe chciałabym uniknąć kosmetyków pylących i podatnych na robienie bałaganu, dlatego stawiam wtedy zwykle na podkłady płynne. Podobną zasadę stosuję przy wyborze pudru, tu jednak stawiam na kompakt. W tym przypadku ponownie wybrałam produkt Bourjois, który ostatnio mocno przypadł mi do gustu, czyli puder Healthy Balance. HB ma przyjemny żółty odcień, który ładnie neutralizuje zaczerwienienia. Jeśli chodzi o jego działanie, to cóż - puder przyjemnie neutralizuje mokre wykończenie podkładu i zapewnia mi mat na kilka godzin. Po upływie tego czasu cera odrobinę zaczyna się świecić, ale rzadko jest to błysk, który wymaga większych zabiegów, niż zmatowienie twarzy bibułką lub chusteczką higieniczną.

Jestem posiadaczką kapryśnej cery, na której stosunkowo często pojawiają się wypryski, dlatego nigdy nie zostawiam krycia jako zadania z którego miałby się wywiązać tylko podkład. Zawsze więc mam ze sobą korektor lub kamuflaż. Od ponad roku stawiam na markę Alverde i nic nie zapowiada, żeby to się miało zmienić (poczyniłam już odpowiednie zapasy ;)). Aktualnie wykańczam kamuflaż, który ma wygodną, kremową formułę, która łatwo rozprowadza się na skórze i ma dobrą trwałość. Produkt bardzo dobrze sprawdza się zarówno jako korektor pod oczy, jak i na wypryski. Nie jest dla mnie zbyt ciężki, nie zbiera się z załamaniach skóry i - jak już wspomniałam - całkiem dobrze trzyma się skóry. Więcej mi nie potrzeba na wyjazdy! :)


Był okres, że byłam obrażona na bronzery i porzuciłam ich używanie, ale od pewnego czasu znowu się z nimi przeprosiłam. Myślę, że wszystko było kwestią znalezienia odpowiedniego pędzla. Aktualnie używam Hakuro H24, który rewelacyjnie rozprowadza produkt na skórze. Słynny bronzer Bahama Mama z TheBalm jest dość mocno napigmentowany, ale odpowiedni pędzel i trochę wprawy sprawią, że nie zrobimy sobie nim krzywdy. Jego przyjemny matowy odcień brązu pozwala na wykonturowanie twarzy i podkreślenie jej atutów.


Moim kolejnym wyjazdowym hitem okazała się paletka TheBalm Autobalm Hawaii, którą niedawno opisywałam na blogu. Cieszę się, że na wyjeździe sprawdziła się tak samo dobrze, jak i w codziennym makijażu. Właściwie nie brakowało mi w niej niczego - piękny, dziewczęcy róż przyjemnie ożywiał twarz, a cienie pozwalały na wykonanie szybkiego i łatwego makijażu oka. Pełną recenzję tego produktu znajdziecie TUTAJ.


Kiedy wykończyłam ostatnio używany tusze, sięgnęłam po produkt, który zebrał już w blogosferze kilka dobrych recenzji. Polecały go Sylwia i Marta, więc z radością wyciągnęłam go z zapasów. Mowa o kolejnym bardzo udanym produkcie od Bourjois, czyli maskarze Twist Up The Volume, która charakteryzuje się śmieszną szczoteczką, którą można ustawić w dwóch pozycjach. Mi pasuje bardziej ta skręcona, która rewelacyjnie rozczesuje moje rzęsy i tworzy z nich piękny wachlarzyk! To, co najbardziej mi w niej pasuje, to to, że była gotowa do użycia od razu po otwarciu, nie musiała nieco zastygnąć, bo od razu miała odpowiednią konsystencję. Oby tak dalej! :)

Kredka, którą zabrałam ze sobą na wyjazd, to również sprawdzona już w wielu warunkach Linea Automatic Eyeliner od Paese w kolorze Brown Glam. Brąz rewelacyjnie sprawdza się w codziennym makijażu i nie odcina się tak bardzo jak czerń, a zarazem spełnia swoją rolę i dobrze podkreśla oko i optycznie zagęszcza rzęsy. W razie potrzeby, w towarzystwie najciemniejszego cienia z paletki Autobalm, szybko można było nią też stworzyć bardziej uroczysty makijaż.


Ostatnie trzy produkty w mojej wyjazdowej kosmetyczce, to kosmetyki pozornie niezbyt istotne, ale dzięki nim mój makijaż stanowił zgrabną całość. Po pierwsze - zabrałam ze sobą próbki bazy pod cienie Urban Decay (załączone do palety Naked), która okazała się być tak skuteczna, jak o niej mówią. Pięknie utrzymuje cienie w miejscu i sprawia, że tkwią na powiece w niezmienionym stanie przez cały dzień. Ponieważ każda z próbek jest szalenie wydajna, na razie używam wersji Sin, o perłowym wykończeniu, które jednak nie zmienia wykończenia samych cieni.

Drugim produktem z trójki, na który postawiłam, jest paletka cieni do brwi z Oriflame. Mam ją już naprawdę długo i przez pewien czas zastąpiłam ją cieniem w kremie z Maybelline, który aktualnie niemal całkowicie mi zastygł. Przeprosiłam się więc ze wspomnianą paletką i cóż, okazało się że nadal bardzo ją lubię. Oba odcienie brązu bardzo mi odpowiadają i stosuję je albo rozdzielnie, w zależności od zamierzonego efektu (i ciężkości makijażu), a czasami zdarza mi się je mieszać, szczególnie kiedy chcę uzupełnić ewentualne luki, a boję się przesadzić.

Ostatnim kosmetykiem jest pomadka ochronna Nivea Vitamin Shake, do której również wróciłam po dłuższej przerwie. Jest to produkt, który dobrze pielęgnuje moje usta, a jednocześnie świetnie je podkreśla, ponieważ nadaje im delikatny połysk, zbliżony do tego który dają błyszczyki, ale jest pozbawiony wkurzającego uczucia "klejenia się". W codziennym makijażu zwykle stawiam na mocniejsze podkreślenie oczu, dlatego sama pomadka pielęgnacyjna w zupełności mi wystarcza.

***
Tak właśnie prezentowała się zawartość mojej wyjazdowej kosmetyczki i według podobnych zasad staram się komponować zestawy na każdy weekend czy urlop poza domem. Koniecznie dajcie znać czy taki zestaw byłby wystarczający również i dla Was czy może zmieniłybyście w nim coś? Jaki jest Wasz zestaw idealny? Czy stawiacie na konkretne sprawdzone kosmetyki, czy trzymacie się tylko określonych kategorii produktów kolorowych? :)
Karolina
Czytaj dalej

czwartek, 26 marca 2015

TheBalm - paletka Autobalm Hawaii

Marka TheBalm gości w mojej kosmetyczce już od niemal trzech lat. Swego czasu dużo jej było też na blogu, bo róże tej marki notorycznie pojawiały się w moich comiesięcznych ulubieńcach. W tej kwestii właściwie niewiele się zmieniło, bo TheBalm nadal jest jedną z moich ulubionych marek, a produkty, kupione na początku mojej przygody z tą firmą, nadal dzielni mi służą. Przez dłuższy czas nie sięgałam po żadne nowości, choć kilka miałam na oku, ale w końcu, mnie więcej od grudnia ubiegłego roku, na nowo rozkochałam się w tej uroczej, pin-up'owej stylistyce i z wielką radością przygarnęłam kilka nowych produktów. Jedynym z nich była stosunkowo nowa minipaletka Autobalm Hawaii, która z miejsca urzekła mnie zarówno kolorystyką, jak i swoją kompaktowością. I choć kupiłam ją przede wszystkim z myślą o wyjazdach, to okazało się, że od trzech miesięcy sięgam niemal wyłącznie po tę paletkę.
 

Paletka ma niewielki rozmiar i właściwie jest niewiele większa od zwykłych, kwadratowych karteczek Post-It, co niewątpliwie jest jedną z jej zalet. Paletka takiej wielkości sprawdzi się w szczególności u osób, które często podróżują i nie chcą ze sobą zabierać zbyt dużej ilości kosmetyków, ale myślę, że będą z niej zadowolone również te z Was, które potrzebuję czasami zabrać ze sobą kilka podręcznych kosmetyków na wypadek poprawek. Na przykład, jeśli planujecie jakieś wyjście do teatru czy ważną randkę tuż po pracy czy szkole :)
 
Oczywiście to są tylko przykłady, bo równie dobrze paletka sprawdzi się w codziennym użytku. Ja sama kupowałam ją z myślą o weekendowych wypadach do rodziny czy na działkę, a okazało się, że odkąd ją mam, to sięgam po nią prawie codziennie! :)


Opakowanie paletki Autobalm jest typowe dla kosmetyków TheBalm - jest wykonane ze sztywnej tekturki, która jest - wbrew pozorom - bardzo trwała (sprawdzone na kilkunastu kosmetykach TheBalm!). Paletka zamyka się na bardzo mocny magnes i istnieje raczej znikome ryzyko, że sama otworzy się w kosmetyczce. Gdyby jednak moje zapewnienie Wam nie wystarczyło, to pozwólcie, że dodam, że całość zapakowana jest jeszcze w dodatkowy zsuwany kartonik, który dodatkowo zabezpiecza paletkę przed nieplanowanym otwarciem.
 
Całość utrzymana jest w typowej dla TheBalm, uroczej stylistyce pin-up. Paletki z serii Autobalm (jest jeszcze jedna wersja, bardziej brzoskwiniowa - Autobalm California) mają dodatkowo design, wzorowany na amerykańskim prawie jazdy.

 
W obu paletkach Autobalm znajdziecie róż, rozświetlacz i dwa cienie, dzięki którym będziecie w stanie wykonać podstawowy makijaż. Ja wybrałam wersję Hawaii, ponieważ zawiera ona chłodniejsze odcienie, w których czuję się znacznie korzystniej. Wersja California zawiera odcienie cieplejsze, idące bardziej w kierunku brzoskwini i ciepłych brązów.


Róż, który znajdziecie w paletce, ma piękny, chłodny, cukierkowo-różowy odcień. Sprawia, że twarz nabiera dziewczęcego rumieńca i wygląda bardzo zdrowo. Jest naprawdę nieźle napigmentowany i warto zachować umiar w jego aplikacji. Myślę, że jakościowo w ogóle nie odbiega od pełnowymiarowych róży marki, ponieważ z powodzeniem trzyma się na twarzy przez większą część dnia (lub cały, jeśli nie dotykacie twarzy tak często jak ja - staram się z tym walczyć, ale z różnym skutkiem).


Rozświetlacz traktuję przede wszystkim jak cień do powiek, ponieważ moim zdaniem, zdecydowanie bliżej mu do matowego cielaczka, niż do typowego rozświetlacza. Szczerze powiedziawszy, nie widzę w nim żadnych drobinek, które mogłyby cokolwiek rozświetlić, więc może powinnam się go doszukiwać wyłącznie w kolorze, który ma po prostu rozjaśnić makijaż. Tak czy inaczej, cielaczek świetnie sprawdza się zarówno jako cień bazowy, jak i jako cień do rozcierania. Jest bardzo dobrze napigmentowany i ładnie wyrównuje koloryt powieki, dzięki delikatnie żółtej tonacji. Tak na marginesie - wcześniej stosowałam go na bazie ArtDeco, a teraz używam bazy z Urban Decay i choć obie są dobre, to jednak ta druga znacząco podbija jego kolor.


Pozostałe dwa cienie są równie dobrze napigmentowane. Są miękkie i świetnie się aplikują na powiekę, aczkolwiek zauważyłam, że najlepiej radzą sobie z nimi pędzle z syntetycznego włosia. Jaśniejszy cień, to coś w rodzaju starego złota z chłodnym połyskiem. Cień zdecydowanie nie należy do matowych, ale po roztarciu, błysk na oku jest bardzo ładny i niezbyt nachalny. Na pewno też nie zauważyłam żadnych problemów z tzw. wędrującymi drobinkami.


Ciemniejszy cień, to znowu mat. Tym razem mamy do czynienia z kolorem gorzkiej czekolady, wymieszanej z solidną kropelą śliwkowego fioletu. Świetnie i szybko podkreśla załamanie powieki i łatwo nadaje charakter makijażowi. Bardzo szybko można by z jego pomocą przerobić dzienny makijaż na ten nieco bardziej wieczorowy. Ja lubię stosować go właśnie w załamaniu i przy podkreśleniu dolnej linii rzęs, ale jeśli tylko lubicie robić kreski cieniem, to myślę, że w tej roli sprawdzi się równie dobrze.

 
Paletka kosztuje 62,90 zł i jest dostępna w większość sklepów internetowych - swoją kupiłam w Minti Shop. Wiem też, że TheBalm pojawiło się pod koniec ubiegłego roku w niektórych Douglasach, ale uważajcie na ceny, bo niestety D. narzucili dość sporą marżę i nie wszystkie produkty opłaca się kupować u nich stacjonarnie.


Co sądzicie o mojej nowej ulubienicy? Czy uważacie, że taka paletka przydaje się podczas wyjazdów, czy może tak czy inaczej macie z zwyczaju zabierać ze sobą większą ilość produktów kolorowych (pomijając oczywiste rzeczy typu podkład czy tusz do rzęs)? A może taka paletka z zupełności wystarczyłaby Wam do codziennego makijażu? :)
Karolina

Czytaj dalej

środa, 11 marca 2015

Nowości lutego

Z regularną publikacją postów denkowych jestem od dawna na bakier, posty z ulubieńcami chwilowo nie mają u mnie większej racji bytu ze względu na fakt, że większość kosmetyków po które najczęściej sięgam wielokrotnie pokazywałam już na blogu. Postaram się jednak robić takie posty co pewien czas, kiedy do moich ulubieńców wkradnie się jakieś urozmaicenie. Zostańmy jednak przy regularnych publikacjach postów z nowościami - ja je bardzo lubię u innych, a i statystyki twierdzą, że Wy również lubicie je u mnie :)


Kiedy w końcu dobiłam do dna we wszystkich maskach, które miałam w swoich zapasach, w końcu wybrałam się na zakupy w celu wyboru czegoś nowego. Prawodopodobnie ponownie wybrałabym maski Bingo Spa, które świetnie sprawdzają się na moich włosach, ale trafiłam na posty Agaty, w których wychwalała maski firmy Kallos - Banana oraz Algae. Teoretycznie staram się podchodzić do wszelkich zachwytów z rezerwą, ale to, co sprawdza się na włosach Agaty zazwyczaj sprawdza się również na moich. Tę zależność wychwyciłam już kilka masek i odżywek wstecz, dzięki czemu kiedy nie mam pomysłu na włosowe zakup, zaglądam właśnie do Agu :)
 
Pierwsze wrażenia ze stosowania obu masek potwierdziły wyżej wspomnianą zależność - nieco lepsza jest dla mnie maska algowa, ale bananowa nie odstaje zbyt daleko. Mam jeszcze ochotę na maskę Keratin, również z Kallosa. Tylko gdzie ja zmieszczę kolejny litrowy słój? :)


Puder do twarzy Sexy Mama marki TheBalm kusił mnie już od dawna. Tak naprawdę zdążyłam już o nim trochę zapomnieć, ale oczywiście zachwyty Agaty ponownie ukierunkowały moje myśli ku temu produktowi. Jak na razie znajomość zapowiada się nieźle - do poprawek w ciągu dnia jest jak najbardziej odpowiedni, a do tego jego zgrabne opakowanie sprawia, że zmieści się do każdej kosmetyczki, a nawet kopertówki :)
 
Kilkukrotnie już wspominałam, że wiodącą rolę w moim makijażu od kilku miesięcy odgrywają podkłady mineralne. Ten w formule matującej z Annabelle Minerals bardzo mocno przypadł mi do gustu, dlatego sięgnęłam po jego kolejne opakowanie. I choć czasami sięgam po tradycyjne, płynne podkłady, to jednak podkład z AM nadal stanowi mój must have w kosmetyczce i towarzyszy mi przez zdecydowaną większość czasu :)


W grudniu stałam się posiadaczką dwóch palet cieni z TheBalm - Nude'Tude oraz Balmsai. W styczniu zaś kupiłam sobie podręczną paletkę z serii Autobalm. Każda z nich rozbudziła moją chęć na tyle, że kiedy tylko w sklepach pojawiło się nowe dziecko TheBalm, czyli paleta Nude Dude, bez wahania kliknęłam "Kup". Jestem totalną fanką nudziakowych palet i mogłabym ich mieć nieskończoną ilość, więc ND po prostu musiała być moja. Ten zakup, to w zasadzie fanaberia, ale czasami trzeba sobie sprawić drobny prezent. Powiedzmy, że to było moja walentynka - ode mnie dla mnie! :)


Powyżej malutki podgląd do wnętrza palety. No cóż... Kto by nie uległ tym pięknym kolorom. No i oczywiście pokusie dokopania się do końca cienia, żeby zobaczyć co ukrywają panowie z palety ;))

Essie Winter 2014 - (L-R) Back In The Limo; Jiggle Hi, Jiggle Low; Tuck It In My Tux; Bump Up The Pumps
Od pewnego czasu kolekcje Essie wywierają na mnie coraz mniejsze wrażenie. Coraz częściej mam wrażenie, że to już było. I choć nie mogę odmówić nowym kolorom urok, to jednak przy tak pokaźnych zbiorach, nowości kuszą mnie coraz mniej. Czasami decyduję się na kostkę z miniaturkami, która stanowi mały kompromis. Jednak w przypadku zimowej kolekcji Jiggle Hi, Jiggle Low najbardziej zainteresowały mnie dwa kolory, które znalazły się poza kostką. Biorąc pod uwagę to, że z samej kostki wolałabym przygarnąć też tylko "połowę", a w dodatku dwa najjaśniejsze kolory zdecydowanie lepiej sprawdziłyby się u mnie z szerokim pędzelkiem, postanowiłam uruchomić moje "zagraniczne kontakty". Wiem, że nie było łatwo, bo kolekcja długo nie pojawiała się w zagranicznych drogeriach, ale w końcu udało się ją dorwać Ewie w Holandii :) Ponieważ nie zależało mi zbyt mocno na czasie, umówiłam się z nią, że lakiery wyśle mi, kiedy odwiedzi Polskę no i w lutym ten czas w końcu nastał. Tym sposobem, moja Essie-kolekcja powiększyła się o piękne, szerokopędzelkowe wersji europejskie kolorów Back In The Limo, Jiggle Hi Jiggle Low, Tuck It In My Tux oraz Bump Up The Pumps.


Jeśli chodzi o zakupy, to już wszystko, ale to jeszcze nie koniec nowości. Na początku marca miałam przyjemność uczestniczyć w spotkaniu, wprowadzającym na rynek nowe podkłady Lirene - serię My Color Code. Założeniem tej serii jest dopasowanie kolorystyki poszczególnych podkładów do typów urody kobiet, zgodnych z analizą kolorystyczną. Dokładniej przybliżyłam Wam je w TYM poście.


Ostatnia paczka, to zestaw testerów produktów Pharmaceris, dobranych przez niezawodną Magdę. W lutym, blogerki współpracujące z Pharmaceris dostały zaproszenie do testowania nowych podkładów. Ja nie zdecydowałam się na udział w testach, a Magda, słysząc o moich problemach z cerą, zaproponowała mi przesłanie pakietu produktów z serii A i T, które być może pomogą mi dojść z moją skórą do ładu. Niektóre z tych kosmetyków już znam, ale stosowałam je dotychczas pojedyczno. Być może stosowane w komplecie sprawdzą się na mojej cerze jeszcze lepiej :)

***
Jak widzicie, po raz kolejny starałam się, żeby nowości nie było u mnie tak dużo. Zdarza mi się ulec zachciankom, ale staram się, żeby przynajmniej w większości były to takie zachcianki, które znajdą u mnie zastosowanie w codziennym makijażu czy pielęgnacji. Jestem zadowolona z tego, że na kosmetyki wydaję coraz mniej, choć nieco martwi mnie fakt, że skarbonka wcale nie staje się przez to pełniejsza... Może mój książe-żaba, w którym przetrzymuję zaskórniaki, "przejada" moje oszczędności :D

Jak zawsze czekam na Wasze opinie o produktach, które w lutym zasiliły moją "kosmetyczkę". Piszcie czy je znacie, czy je lubicie, no i oczywiście jakie macie o nich zdanie :)
Karolina
Czytaj dalej

czwartek, 19 lutego 2015

Nowości ostatnich miesięcy (październik 2014 - styczeń 2015)

Dawno już nie uzupełniałam postów z nowościami, ale szkoda mi czasu, żeby wszystko to, co przybyło mi od października rozbijać na mniejsze posty. Postanowiłam więc w skrócie pokazać najciekawsze nowości ostatnich miesięcy. Oczywiście nie wszystko to zakupy, bo są tu również prezenty urodzinowe, a także prezenty, które znalazłam pod choinką. Jest też kilka produktów, otrzymanych w ramach współprac. W sumie mogłabym sobie odpuścić ten post, ale wiem, że lubicie je oglądać, a i ja sama chętnie zerkam na zakupy innych blogerek :)


W październiku odwiedziłam Wiedeń, dzięki czemu miałam okazję do zrobienia kolejnych zakupów w LUSH i DM. W tym drugim sklepie nie szalałam, bo nic szczególnego nie było mi potrzebne, ale w LUSH skusiłam się na kolejne opakowanie mojej ulubionej maseczki - Catastrophe Cosmetics (recenzja TUTAJ). Do tego przygarnęłam jeszcze czyścik Herbalism oraz czyścik/peeling Dark Angels. Każdy z tych produktów okazał się wyjątkowo udany i z pewnością w miarę możliwości będę do nich wracać! :)

 

Przy okazji któregoś weekendu typu "Szaleństwo Zakupów" postanowiłam w końcu zapoznać się bliżej z bardzo chwaloną marką Organique. Przygarnęłam słynne czarne mydło (Savon Noir Classic) oraz trzy produkty do pielęgnacji ciała - czekoladowy scrub cukrowy (Chocolate Sugar Peeling), pomarańczową piankę myjącą (Creamy Whip) oraz piankę peelingującą o zapachu Ice Tea (Sugar Whip Peeling). Jestem całkiem zadowolona z zakupów, chętnie korzystam z każdego z produktów, ale mój apetyt na tę markę jest póki co niemal całkowicie zaspokojony. Na ten moment ciekawi mnie jeszcze tylko maska do włosów Argan Shine.


W międzyczasie zdarzyły mi się również większe zakupy "twarzowe". Na pewno znacie tę sytuację, kiedy okazuje się, że wszystkie codziennie używane kosmetyki kończą się w jednym czasie i albo nie macie zapasów, albo to co w nich jest nie odpowiada funkcją temu, czego chciałybyście używać. Mi taka sytuacja przytrafiła się w październiku, czego efektem był zakup matującego kremu nawilżającego Tołpa Strefa T (nie ma szału, oceniam go raczej jako przeciętny kosmetyk), sprawdzonego płynu dwufazowego z Lirene (nie zliczę która to już buteleczka - recenzja TUTAJ) oraz płynu bakteriostatycznego z serii Pharmaceris T. Oprócz tego, w mojej pielęgnacji rozgościły się również szczoteczka soniczna Foreo Luna Mini (recenzja TUTAJ) oraz olejek do twarzy Magic Rose od Evree. O tym ostatnim z pewnością jeszcze przeczytacie, bo okazał się być naprawdę pomocny w pielęgnacji mojej skóry, mimo, że bardzo sceptycznie podchodziłam do stosowania olejku na cerę na pograniczu tłustej. Nic bardziej mylnego! :)



Produkty z serii FitoCell od Seboradin to kolejne kosmetyki, o których za chwilę przeczytacie. Seria przeznaczona jest do włosów potrzebujących odżywienia i wzmocnienia, a oparta jest na roślinnych komórkach macierzystych. Brzmi interesująco, a jak wyszło w praktyce? Do końca tygodnia na pewno o tym przeczytacie! :)


Od pewnego czasu, pomimo dalszej sympatii do marki Essie, coraz rzadziej sięgam po nowe kolory. Choć nowe kolekcje zazwyczaj mi się podobają, to jednak przy takiej ilości lakierów, jaką obecnie posiadam, mało który budzi we mnie chęć posiadania. Mimo wszystko, kostka z czterema kolorami z jesiennej kolekcji Essie Dress To Kilt trafiła w mój gust. Każdy z kolorów jest mocno trafiony, a czerwień nosi mi się tak dobrze, jak żadna inna! :)


Po obfitych październikowych zakupach zaczęłam się mocno ograniczać z kolejnymi zakupami, szczególnie tymi zachciankowymi. Listopad był więc u mnie miesiącem odwyku zakupowego. Jak widać powyżej, może nie był to całkowicie skuteczny zabieg, ale bądź co bądź, z efektów jestem bardzo zadowolona. Kupiłam tylko cztery rzeczy - mikrozłuszczający krem na noc z serii Ziaja Liście Manuka (poprzedni mi się skończył), dwa produkty z Organic Shop - peeling z kawą oraz maseczkę błotną, którą miałam już wcześniej i byłam z niej bardzo, bardzo zadowolona. Dodatkowo skusiłam się również na tzw. skunksa z Real Techniques, czyli typowy pędzel duo-fibre do podkładu. Nie lubię stosować tego typu pędzli zgodnie z przeznaczeniem, ale za to rewelacyjnie sprawdzają się przy aplikacji mocno napigmentowanych różów. Kiedyś miałam taki z Maestro, ale podprowadziła mi go mama ;)


Listopad, to miesiąc moich urodzin, więc wstrzemięźliwość w zakupach osłodziły mi kosmetyczne prezenty. Od Sylwii dostałam przepiękny zestaw z nowo otwartego w Polsce salonu KIKO Milano. Sylwia dobrze mnie zna, bo idealnie trafiła z kolorem zestawu, na który składają się szminka i konturówka z limitowanej serii Luscious Punk w kolorze Fucsia, czyli - nieco wbrew nazwie - amarantowym odcieniu różu.


Prezent od mojej ukochanej Stefci, to kolejne spełnione kosmetyczne marzenie. Pomadka Girl About Town (wykończenie Amplified) z MACa chodziła mi po głowie już od dawna, a Stefcia nie dość, że mi ją sprezentowała, to jeszcze do kompletu dobrała mi idealny odcień konturówki - More To Love. Uroczyście oświadczam, że jest to duet idealny! Kolory są świetnie dobrane, a jakościowo zdecydowanie stoją na najwyższym poziomie! :)


Jeśli chodzi o nowości grudniowe, to również starałam się zbytnio nie szaleć. W Minti Shop kupiłam dawno planowane składane pędzle, które planowałam nosić w kosmetyczce - Real Techniques Retracktable Kabuki Brush oraz Retracktable Bronzer Brush, a także kolejną sztukę mojego ulubionego pędzla do rózu, czyli H24 z Hakuro (recenzja TUTAJ). Stara sztuka nadal ma się świetnie, ale zachciało mi się zgrabnego pędzla, który sprawdzi się do konturowania, H24 po raz kolejny okazał się być ideałem, tym razem nie tylko do różu! :)

W tym miejscu muszę pochwalić Minti Shop oraz dystrybutora pędzli Real Techniques - Sense&Body. Okazało się, że moje pędzle RT przyszły do mnie całkowicie rozklejone, tzn. widać było resztki kleju w miejscach łączenia części, ale najwyraźniej był on bardzo złej jakości. Napisałam reklamację do sklepu, po czym następnego dnia maila z zapewnieniem, że zajmą się tą sprawą, natomiast tuż po weekendzie wysłano do mnie nowe sztuki z prośbą o odesłanie tych wadliwych do dystrybutora z opisem sytuacji. Okazało się, że nowe pędzle otrzymałam później zarówno od sklepu (z miniaturką cienia z palety TheBalm Meet Matt(e)!), jak i dystrybutora. Jestem jednak uczciwa, więc ponownie skontaktowałam się z dystrybutorem (bo w końcu interesy robiłam ze sklepem ;)) w celu odesłania nadprogramowej paczki :) Wielkie brawa zarówno dla Minti Shop, jak i dla Sense&Body za szybką reakcję i sprawne załatwienie sprawy! :)


Jak już wspomniałam, w listopadzie w warszawskiej Arkadii otwarto pierwszy w Polsce salon KIKO Milano. Nie miałam zamiaru robić tam wielkich zakupów, ale był jeden produkt, którego nie mogłam sobie odpuścić, a mianowicie zachwalane cienie z serii Water Eye Shadow! Skusiłam się na przepiękne dwa dzienne odcienie - 227 i 228. I tu nie obyło się bez przygód, ponieważ biorąc cienie z półki pomyliłam jeden numerek i zamiast 227, wzięłam 229. Następnego dnia wróciłam do sklepu w celu wymiany pomylonego koloru, nastawiona, że pewnie nic z tego nie będzie, jednak okazało się, że produkt został bez problemu wymieniony i nikt nie robił mi z tego powodu wyrzutów. Wystarczyło tylko szybkie zerknięcie, że produkt jest nienaruszony, pięć minut na zwrot i "kupno" właściwego odcienia i już było po sprawie! Brawo KIKO! :)


Grudzień i listopad stały u mnie pod znakiem kolorowych mazideł do ust. Co ciekawe, żadnego z nich nie kupiłam sama, ale najwyraźniej opatrzność nade mną czuwa i wie, co lubię najbardziej. Tym sposobem, w grudniu trafiły do mnie kolejne piekności! Tym razem w przesyłce z nowościami od Rimmel otrzymałam pomadki w kredce. Jest to nowa seria Color Rush, a kolory, które otrzymałam, to od najjaśniejszego - Give Me My Cuddle, I Want Candy oraz The Redder, The Better. Każda z nich jest naprawdę udana, a czerwień okazała się być dla mnie idealna! Piękna, intensywna i seksowna, ale w żadnym razie nie wulgarna, a do tego wszystkiego sprawia, że zęby wydają się bielsze! :)


Pozostałe zakupy, to mgiełka do pościeli z serii Aromatherapy Lavender&Vanille z Bath&Body Works (seria ułatwiająca zasypianie) oraz Balmi, czyli balsam do ust w kostce. Tego drugiego miałam w sumie nie kupować, ale przełamałam się i jestem bardzo zadowolona! Słyszałam wiele opinii, że ten produkt wcale nie działa, a tymczasem okazało się, że na moje usta działa lepiej, niż słynny EOS.



Jednym z prezentów świątecznych, który wyciągnęłam spod choinki był zestaw trzech kosmetyków Soap&Glory, które marzyły mi się już od dawna! Ciocia Michała postanowiła mi sprezentować słynny żel pod prysznic Clean On Me, peeling do ciała Sugar Crush oraz masło do ciała The Righteous Butter! Każdy z kosmetyków pachnie cudownie! Cieszę się, że w końcu będę miała możliwość zapoznać się bliżej z kosmetykami tej marki! :)



Mój ukochany świetnie zinterpretował mój "list do Św. Mikołaja", bo z całej długiej listy podpowiedzi wybrał to, o czym najbardziej marzyłam, czyli palety TheBalm Balmsai oraz Nude 'Tude. Ta druga widniała na mojej chciejliście aż od 2012 roku! Michał śmiał się później, że nie był ani trochę przekonany do tego pomysłu, ale postanowił się przełamać, kiedy zobaczył moją reakcję na stand z kosmetykami TheBalm w Douglasie! ;) Zakupy świąteczne zrobił jednak w Minti Shop (jak dobrze, że wskazałam ich w "liście" jako przykładowy sklep internetowy, w którym dostanie TheBalm) i tak się złożyło, że dzięki temu, dostałam kolejną miniaturkę - tym razem cudnego różu w kremie w odcieniu Pie z palety How 'Bout Them Apples.


Co tu dużo gadać, z teściową też nie będę miała źle, bo dostałam od niej kolejną buteleczkę mojego ukochanego zapachu - Roses de Chloé. Uwielbiam ten zapach! W pierwszym flakoniku miałam już tylko kilka kropelek, które oszczędzałam, jak mogłam, więc moment był idealny! :)


Kuzynka Michała również postawiła na prezent kosmetyczny - w związku z czym dostałam od niej zestaw kosmetyków J.S. Douglas Söhne z linii masło shea i witaminy. W środku znalazłam nabłyszczający puder do ciała w przepięknej szklanej buteleczce, która ślicznie prezentuje się na toaletce! Oprócz tego w zestawie znalazły się również perfumy w kremie oraz miniaturka żelu pod prysznic z tej samej linii. Muszę przyznać, że ta seria pachnie absolutnie cudownie! Kobieco, ciepło, nieco otulająco, a jednocześnie świeżo i kwiatowo! Na pewno skuszę się kiedyś na coś jeszcze i pewnie postawię na pełnowymiarowy żel pod prysznic i masło do ciała do kompletu. Mocno ciekawi mnie również wersja lawenda i tymianek! :)


Te lakiery z pewnością widziałyście już na kilku blogach! Wkrótce i ja zaprezentuję serię Miracle Gel od Sally Hansen bliżej. Od stycznia nosiłam już trzy kolory i jestem naprawdę miło zaskoczona ich jakością! Może nazywanie ich hybrydami bez użycia lamp jest trochę na wyrost, ale ponad tydzień na paznokciach, niemal całkowicie bez uszczerbku, to już naprawdę coś! :)


W styczniu znowu mocno ograniczałam swoje zakupowe zapędy i starałam się iść raczej w jakość, niż w ilość. Efektem tego są kolejne zakupy w Minti Shop (królestwo za krówkę! :D). Tym razem przygarnęłam zestaw pędzli do oczu Classic Eye Set od Zoeva, czyli marki, która bije rekordy popularności na blogach. Do tego dorzuciłam kolejną upatrzoną paletkę z TheBalm, czyli Autobalm Hawaii. Paleta zawiera róż, cielisty rozświetlacz/cień oraz dwa ciemniejsze cienie. Taki zestaw jest wprost idealny na wyjazdy - cóż za oszczędność miejsca! :)


Wspominałam już o listopadowym odwyku kosmetycznym - tak się składa, że ta akcja była całkiem zorganizowana, ponieważ moje postanowienie było skutkiem posta u Balbiny Ogryzek, w którym Ania ogłosiła jednocześnie konkurs, w którym udało mi się wygrać bon zniżkowy na produkty Lulu&Boo do wykorzystania w sklepie Costasy. W styczniu podjęłam decyzję, że przeznaczę go na żel z echinaceą i drzewem herbacianym, przeznaczony dla cer problematycznych. To moje pierwsze spotkanie z tą marką, więc tym bardziej było mi miło, kiedy okazało się, że w paczuszce znalazłam również próbki trzech innych produktów! :)


Subskrybowanie newslettera w sklepie internetowym Pat&Rub skutkuje tym przywilejem, że w każde urodziny otrzymujecie kod zniżkowy, obniżający cenę produktów o 20%. Tym razem miałam sobie odpuścić, ale w ostatnich tygodniu obowiązywania mojego kodu pojawiła się dodatkowa promocja, obniżająca ceny kilku produktów o kolejne kilkanaście, czy nawet kilkadziesiąt procent. Tak się złożyło, że a) promocja i kod zniżkowy mogły zostać połączone i b) w promocji znalazły się dwa produkty z linii, którą od dawna chciałam wybróbować. W ten sposób skończyłam z żelem pod prysznic i balsamem do ciała z linii Relaksującej o zapachy trawy cytrynowej i kokosa :)

***
Z nowości, to na razie u mnie tyle! Chyba nie ma tragedii, jak na podsumowanie czterech miesięcy. Jestem bardzo zadowolona z ilości i jakości produktów, które kupuję. Pielęgnację uzupełniam już tylko niemal według potrzeby, a zachcianki staram się po pierwsze - ograniczać, po drugie - dokładnie przemyśleć i po trzecie - nie kupować spontanicznie. Staram się dokonywać zakupu tylko w sytuacji, jeśli nie mogę się pozbyć danego produktu z głowy :)
Oczywiście standardowo czekam na Wasze komentarze - co znacie i lubicie, nad czym się zastanawiacie, a co się u Was nie sprawdziło? :)
Karolina

Czytaj dalej
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Blog template designed by SandDBlast