Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bourjois. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bourjois. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 12 kwietnia 2015

10 kosmetyków do makijażu, których nie może zabraknąć w mojej wyjazdowej kosmetyczce

Wspominałam Wam już, że cały świąteczny tydzień spędziłam na wyjeździe - pierwszy weekend spędziliśmy w Pradze, a następnie udaliśmy się do rodziny w Wiedniu, żeby spędzić tam cały Wielki Tydzień. Nie chciałam ciągnąć ze sobą za dużo kosmetyków, dlatego starałam się, żeby moja kosmetyczka miała jak najbardziej ograniczoną zawartość. Przy okazji wyszło na to, że wybrałam 10 produktów kolorowych, po które najchętniej sięgałam w czasie ostatnich miesięcy, możecie więc uznać ten post jednocześnie za ulubieńców pierwszego kwartału :)


Nie jestem mistrzynią makijażu, ale mam określony zestaw produktów, po które sięgam wykonując codzienny make up. Oczywiście, będąc w domu, lubię zmieniać poszczególne elementy, sięgać po różne cienie, innym razem podkreślam usta, zamiast oczu, ale na wyjeździe potrzebuję sprawdzonych kosmetyków, które pozwolą mi dostosować makijaż do zastanej okazji, a jednocześnie za pomocą których będę w stanie wykonać mój, nazwijmy to "szablonowy" makijaż. Dziesiątka, którą opisuję poniżej, sprawdziła się w tej kwestii wyśmienicie i muszę przyznać, że przez cały wyjazd nie odczułam braku jakiegokolwiek innego kosmetyku do makijażu:)


Przez kilka, o ile nie kilkanaście ostatnich miesięcy, w moim makijażu królowały podkłady mineralny, ale odkąd wykończyłam moje opakowanie Annabelle Minerals, po stanowiłam zrobić sobie chwilę przerwy i wrócić do sprawdzonego podkładu Healthy Mix z Bourjois. To zresztą mój ulubiony podkład na wyjazdy, sprawdzony, przyjemnie kryjący, nie tworzący maski, a do tego łatwy i przyjemny w użyciu.

Wiadomo, że na wyjeździe chciałabym uniknąć kosmetyków pylących i podatnych na robienie bałaganu, dlatego stawiam wtedy zwykle na podkłady płynne. Podobną zasadę stosuję przy wyborze pudru, tu jednak stawiam na kompakt. W tym przypadku ponownie wybrałam produkt Bourjois, który ostatnio mocno przypadł mi do gustu, czyli puder Healthy Balance. HB ma przyjemny żółty odcień, który ładnie neutralizuje zaczerwienienia. Jeśli chodzi o jego działanie, to cóż - puder przyjemnie neutralizuje mokre wykończenie podkładu i zapewnia mi mat na kilka godzin. Po upływie tego czasu cera odrobinę zaczyna się świecić, ale rzadko jest to błysk, który wymaga większych zabiegów, niż zmatowienie twarzy bibułką lub chusteczką higieniczną.

Jestem posiadaczką kapryśnej cery, na której stosunkowo często pojawiają się wypryski, dlatego nigdy nie zostawiam krycia jako zadania z którego miałby się wywiązać tylko podkład. Zawsze więc mam ze sobą korektor lub kamuflaż. Od ponad roku stawiam na markę Alverde i nic nie zapowiada, żeby to się miało zmienić (poczyniłam już odpowiednie zapasy ;)). Aktualnie wykańczam kamuflaż, który ma wygodną, kremową formułę, która łatwo rozprowadza się na skórze i ma dobrą trwałość. Produkt bardzo dobrze sprawdza się zarówno jako korektor pod oczy, jak i na wypryski. Nie jest dla mnie zbyt ciężki, nie zbiera się z załamaniach skóry i - jak już wspomniałam - całkiem dobrze trzyma się skóry. Więcej mi nie potrzeba na wyjazdy! :)


Był okres, że byłam obrażona na bronzery i porzuciłam ich używanie, ale od pewnego czasu znowu się z nimi przeprosiłam. Myślę, że wszystko było kwestią znalezienia odpowiedniego pędzla. Aktualnie używam Hakuro H24, który rewelacyjnie rozprowadza produkt na skórze. Słynny bronzer Bahama Mama z TheBalm jest dość mocno napigmentowany, ale odpowiedni pędzel i trochę wprawy sprawią, że nie zrobimy sobie nim krzywdy. Jego przyjemny matowy odcień brązu pozwala na wykonturowanie twarzy i podkreślenie jej atutów.


Moim kolejnym wyjazdowym hitem okazała się paletka TheBalm Autobalm Hawaii, którą niedawno opisywałam na blogu. Cieszę się, że na wyjeździe sprawdziła się tak samo dobrze, jak i w codziennym makijażu. Właściwie nie brakowało mi w niej niczego - piękny, dziewczęcy róż przyjemnie ożywiał twarz, a cienie pozwalały na wykonanie szybkiego i łatwego makijażu oka. Pełną recenzję tego produktu znajdziecie TUTAJ.


Kiedy wykończyłam ostatnio używany tusze, sięgnęłam po produkt, który zebrał już w blogosferze kilka dobrych recenzji. Polecały go Sylwia i Marta, więc z radością wyciągnęłam go z zapasów. Mowa o kolejnym bardzo udanym produkcie od Bourjois, czyli maskarze Twist Up The Volume, która charakteryzuje się śmieszną szczoteczką, którą można ustawić w dwóch pozycjach. Mi pasuje bardziej ta skręcona, która rewelacyjnie rozczesuje moje rzęsy i tworzy z nich piękny wachlarzyk! To, co najbardziej mi w niej pasuje, to to, że była gotowa do użycia od razu po otwarciu, nie musiała nieco zastygnąć, bo od razu miała odpowiednią konsystencję. Oby tak dalej! :)

Kredka, którą zabrałam ze sobą na wyjazd, to również sprawdzona już w wielu warunkach Linea Automatic Eyeliner od Paese w kolorze Brown Glam. Brąz rewelacyjnie sprawdza się w codziennym makijażu i nie odcina się tak bardzo jak czerń, a zarazem spełnia swoją rolę i dobrze podkreśla oko i optycznie zagęszcza rzęsy. W razie potrzeby, w towarzystwie najciemniejszego cienia z paletki Autobalm, szybko można było nią też stworzyć bardziej uroczysty makijaż.


Ostatnie trzy produkty w mojej wyjazdowej kosmetyczce, to kosmetyki pozornie niezbyt istotne, ale dzięki nim mój makijaż stanowił zgrabną całość. Po pierwsze - zabrałam ze sobą próbki bazy pod cienie Urban Decay (załączone do palety Naked), która okazała się być tak skuteczna, jak o niej mówią. Pięknie utrzymuje cienie w miejscu i sprawia, że tkwią na powiece w niezmienionym stanie przez cały dzień. Ponieważ każda z próbek jest szalenie wydajna, na razie używam wersji Sin, o perłowym wykończeniu, które jednak nie zmienia wykończenia samych cieni.

Drugim produktem z trójki, na który postawiłam, jest paletka cieni do brwi z Oriflame. Mam ją już naprawdę długo i przez pewien czas zastąpiłam ją cieniem w kremie z Maybelline, który aktualnie niemal całkowicie mi zastygł. Przeprosiłam się więc ze wspomnianą paletką i cóż, okazało się że nadal bardzo ją lubię. Oba odcienie brązu bardzo mi odpowiadają i stosuję je albo rozdzielnie, w zależności od zamierzonego efektu (i ciężkości makijażu), a czasami zdarza mi się je mieszać, szczególnie kiedy chcę uzupełnić ewentualne luki, a boję się przesadzić.

Ostatnim kosmetykiem jest pomadka ochronna Nivea Vitamin Shake, do której również wróciłam po dłuższej przerwie. Jest to produkt, który dobrze pielęgnuje moje usta, a jednocześnie świetnie je podkreśla, ponieważ nadaje im delikatny połysk, zbliżony do tego który dają błyszczyki, ale jest pozbawiony wkurzającego uczucia "klejenia się". W codziennym makijażu zwykle stawiam na mocniejsze podkreślenie oczu, dlatego sama pomadka pielęgnacyjna w zupełności mi wystarcza.

***
Tak właśnie prezentowała się zawartość mojej wyjazdowej kosmetyczki i według podobnych zasad staram się komponować zestawy na każdy weekend czy urlop poza domem. Koniecznie dajcie znać czy taki zestaw byłby wystarczający również i dla Was czy może zmieniłybyście w nim coś? Jaki jest Wasz zestaw idealny? Czy stawiacie na konkretne sprawdzone kosmetyki, czy trzymacie się tylko określonych kategorii produktów kolorowych? :)
Karolina
Czytaj dalej

czwartek, 18 września 2014

Czerwcowe nowości

Taaaak, tak właśnie... Nie pomyliłam się, po prostu jestem królową zaległości, dlatego dzisiaj przychodzę do Was z moimi czerwcowymi nowościami... Mogłabym je pominąć, ale z drugiej strony wiem, że lubicie takie posty, więc czemu by nie. Jakby zaległości było mało, mam jeszcze do nadrobienia posty denkowe od ...kwietnia? Taaak właśnie... :D


W czerwcu nie robiłam szczególnie dużych zakupów, większość produktów trafiła do mnie z różnych źródeł, częściowo były to nagrody w konkursach, częściowo prezenty ze spotkania blogerskiego, no i oczywiście pojawiło się też kilka produktów, otrzymanych w ramach współpracy.


Największe zakupy czerwca, to zakupy z początków wyprzedaży w Bath & Body Works. Z pewnością dobrze wiecie, że uwielbiam tę markę i często sięgam po ich kosmetyki. Mam już swoich ulubieńców, więc tym razem sięgnęłam przede wszystkim po dobrze już sprawdzone produkty - zestaw żel i balsam z serii Aromatherapy Eucalyptus & Spearmint, o których pisałam już TUTAJ, a także balsamy do ciała w moich ulubionych zapachach - Pink Chiffon oraz Paris Amour. Jedyną nowością jest mydło w płynie w jesiennym wariancie Sweet Cinnamon Pumpkin, które, tak na marginesie, jest diabelnie wydajne! Używamy go od czerwca, czyli około trzech miesięcy, a nadal mamy jeszcze około połowy... :)


Po balsam brązujący z Lirene dla ciemnej karnacji sięgnęłam, kiedy jeszcze nie byłam zbytnio opalona. Balsam bardzo powoli daje efekt subtelnej opalenizny i nawet nie śmierdzi aż tak długo i tak intensywnie co inne balsamy tego typu. Lubię go, jest ok, choć nie wykluczone, że kiedy już go zużyję, to sięgnę po coś szybszego :)

Peeling morelowy marki Soraya, to produkt, który już kiedyś gościłam w swojej łazience i byłam z niego bardzo zadowolona! Kiedy więc trafiłam na niego w Biedronce w naprawdę niskiej cenie, to bez większego namysłu wrzuciłam go do koszyka. Jestem pewna, że nadal będę z niego tak samo zadowolona, jak wtedy, kiedy recenzowałam jego brata w wersji oczyszczającej KLIK.

Po kremy do rąk Anida sięgnęłam po kilku pozytywnych opiniach, znalezionych na blogach, oczywiście najbardziej zapamiętałam je dzięki Sylwii, która jest mistrzem w najdłuższym zużywaniu tubki kremu (KLIK - recenzja Sylwii) :D


Od pewnego czasu podstawą mojego makijażu są przede wszystkim podkłady mineralne. Przez kilka ostatnich miesięcy używałam podkładów Lily Lolo, jednak czytałam wiele dobrego również o produktach z Annabelle Minerals. Pamiętam, że kiedy marka pojawiła się na rynku, można było zamówić sobie próbki ich produktów jedynie za cenę przesyłki, więc skorzystałam, ale nie trafiłam wtedy ani na swój kolor, ani na odpowiednie wykończenie. Później jednak naczytałam się wiele pozytywów o wersji matującej podkładu AM, a dzięki Sylwii mogłam wypróbować odsypkę jednego z jaśniejszych odcieni, który uznałam za odpowiedni dla mnie. Postanowiłam zaryzykować i skusiłam się od razu na cały zestaw w atrakcyjnej cenie - wzięłam podkład w kolorze Natural Fair, róż Rose, korektor Light oraz pędzel do różu. Kupując cały zestaw pędzel wyszedł mi gratis, a zarówno pojemności, jak i ceny produktów Annabelle Minerals są bardzo atrakcyjne, wobec czego (po wypróbowaniu odsypki) nie bałam się już tej inwestycji :)


Powyższy zestaw kosmetyków Gosh otrzymałam od Pani Ewy, zajmującej się PR-em marki. Kosmetyki przywędrowały do mnie jako przeprosinowy upominek za baaaaaardzo długą wysyłkę nagrody, wygranej w konkursie u Kaczki z piekła rodem. Żeby było śmieszniej, zestaw okazał się być jeszcze bardziej atrakcyjny, niż sama nagroda, ponieważ znalazłam w nim piękną paletkę cieni w odcieniach fioletu, granatową kredkę Smokey Blue, pomadkę oraz piękny różowy lakier Oh My Gosh.


A oto i wspomniana nagroda - zestaw lakierów Gosh z serii Frosted! Otrzymałam aż pięć pięknych kolorów o ciekawym wykończeniu. Teoretycznie są to lakiery piaskowe, ale kolory są na tyle rozbielone, że efekt końcowy rzeczywiście przypomina nieco szron na paznokciach :)

swatche lakierów Gosh Frosted oraz Oh My Gosh
Powyżej prezentuję Wam wszystkie moje nowe lakiery Gosha na wzorniku, dzięki czemu myślę, że już teraz uda mi się zaspokoić częściowo Waszą ciekawość :)


Stała współpraca z marką Rimmel zaowocowała możliwością wypróbowania kolejnych nowości. Tym razem otrzymałam kolejne trzy lakiery z serii 60 seconds by Rita Ora w kolorach White Hot Love (już się nim z Wami podzieliłam), Breakfast in Bed oraz Don't Be Shy (absolutnie róż idealny!). W moje ręce wpadły również kredki do oczu z serii Exaggerate (o których pisałam ostatnio TUTAJ), a także czarny liner w słoiczku Scandaleyes i tusz Scandaleyes Rockin' Curves (którym również się z Wami podzieliłam :)).

Rimmel 60 seconds by Rita Ora
Powyżej prezentuję Wam swatche pięciu z sześciu posiadanych przeze mnie lakierów Rimmel z serii 60 seconds by Rita Ora. Jeśli chciałybyście poczytać więcej o którymś z nich, to dajcie znać w komentarzach :)


Lakiery Essie kupuję już coraz rzadziej, bo nagromadziłam już naprawdę pokaźną gromadę produktów tej marki, a poza tym kolejne kolekcje coraz mniej mnie porywają. Są jednak takie kolory, które nie od razu chwytają mnie za serce i które zyskują dopiero przy bliższym poznaniu. Tak też było z powyższą dwójką. Beżowo-piaskowy Spin The Bottle i dżinsowo-niebieski Truth Or Flare wpadły mi w oko dopiero u Sylwii, czyli mojej Essie-siostry, więc jak tylko natknęłam się na nie w Super-Pharm, to od razu porwałam je do koszyka. W obu kolorach czuję się zaskakująco dobrze i chętnie je noszę :)

Essie Truth or Flare oraz Essie Spin The Bottle
Powyżej oczywiście swatche. Dodam jeszcze, że lakiery należą do wiosennej kolekcji Essie Hide & Go Chic, z których pozostałą czwórkę prezentowałam już TUTAJ.


Do Natury zaglądam bardzo rzadko, ale od kilku miesięcy zapisywałam sobie na liście zakupów powody, dla których w końcu powinnam ją odwiedzić. Jednym z nich były pokazane wyżej kremy do rąk z Anidy, ale tym, co przyciągnęło mnie do tej drogerii był również niebieski tusz z Essence. Kiedy byłam w liceum, uwielbiałam malować rzęsy niebieskim tuszem z Avonu, później jednak trudno mi było znaleźć taki, więc wróciłam do czerni. Teraz z przyjemnością sięgnęłam znowu po kolor i właśnie ten tusz w dużej mierze zdominował mój urlopowy makijaż. Bardzo często towarzyszył mu też top coat z limitowanki Beach Cruiser, który sprawia, że każdy tusz do rzęs, który zostanie pokryty top coatem, staje się wodoodporny i muszę z przyjemnością przyznać, że ten patent zdecydowanie działa! To świetna opcja dla tych, którym nie odpowiada efekt delikatnego podkreślenia rzęs, który zwykle dają klasyczne wodoodporne tusze.

Rozświetlająca kredka pod łuk brwiowy z Catrice, to efekt tej samej wizyty w Naturze. Swego czasu naczytałam się sporo o kredce podobnego typu, którą oferuje Benefit, a parę lat wstecz Catrice już miało coś podobnego w jednej z edycji limitowanych, jednak nie udało mi się wtedy załapać. Tym razem skusiłam się i... no cóż, dobrze, że kupiłam Catrice, a nie Benefit, bo jednak zbyt rzadko sięgam po takie bajery, żeby wydawać na nie znacznie większe pieniądze, niż te kilkanaście złotych ;)

Matowa pomadka Bourjois Rouge Edition Velvet w kolorze Ole Flamingo, to dla odmiany efekt ogromnej promocji na produkty "naustne" z oferty Super-Pharm. Miałam nadzieję nosić ten kolor w czasie ślubu mojej przyjaciółki, ale niestety nie udało mi się na niego dotrzeć z powodów rodzinnych... :/ Chyba muszę zacząć nosić ją na co dzień, żeby mi się takie cudeńko nie zmarnowało... ;)


Kiedy spora część blogosfery uczestniczyła w konkursie na makijaż nowymi kosmetykami kolorowymi od Dr Ireny Eris, jak postanowiłam tym razem odpuścić sobie uczestnictwo. Znam swoje możliwości i znam uzdolnienia koleżanek blogerek, który odwaliły kawał dobrej roboty. Magda postanowiła jednak, że podeśle mi coś, z czego na pewno skorzystam, dzięki czemu miałam okazję również wypróbować kosmetyk z linii ProVoke. W moje ręce trafiła zgrabna paletka, zawierająca czwórkę cieni w odcieniach beżu i brązu. Cienie mają naprawdę piękne i bardzo bezpieczne, uniwersalne kolory, więc sprawdzą się z pewnością na wyjazdach. Są też naprawdę komfortowe w aplikacji i nawet niewprawna ręka (taka jak moja :P), nie powinna mieć z nimi problemów :)


Pomadki ochronne z Nivea, to kolejny produkt do którego co jakiś czas wracam. Wersja Vitamin Shake, to mój must have, ze względu na to, że pięknie nabłyszcza i nadaje odrobinkę koloru. Skusiłam się również na nowość Fruity Shine - wersję brzoskwiniową. Natomiast wersja z oliwkowa Pure & Natural, to ulubieniec mojego Michała, który twierdzi, że pomadka pachnie herbatą Earl Grey :)


Ostatnia już grupka nowości z czerwca, to prezenty, wylosowane na charytatywnym spotkaniu blogerek, zorganizowanym przez Olę z bloga HiDiamond. Miło czasami uczestniczyć w spotkaniu, mającym na celu pomoc tym, którzy tego potrzebują. Dzięki Oli, pieniądze, uzbierane ze sprzedaży losów, zostały przeznaczone na rzecz Stasia, chłopczyka, który urodził się bez rączek. Udało nam się uzbierać całkiem pokaźną sumkę, która na pewno pozwoliła pomóc choć na chwilę :)

Muszę przyznać, że trafiło mi się sporo przydatnych produktów. Częścią podzieliłam się z przyszłą teściową (mam nadzieję, że choć troszeczkę poprawiłam jej tym nastrój :)), a część poszła w obroty w czasie urlopu. Największą przyjemność sprawił mi jednak zestaw z The Body Shopu :) W końcu mam pełnowymiarowe masło o przepięknym, owocowym zapachu :)

***
Jeśli chodzi o czerwcowe nowości, to by było na tyle. Tyle dobrego w tym opóźnieniu, że spora część produktów już poszła w ruch, dzięki czemu, w kilku przypadkach, mogłam się z Wami podzielić również pierwszymi wrażeniami z użytkowania tych kosmetyków :)

Jak zawsze - dajcie znać, jeśli coś Was szczególnie zainteresowało lub jeśli używałyście któregoś z tych kosmetyków i chcecie się podzielić swoją opinią na ich temat :)
Karotka
Czytaj dalej

środa, 4 czerwca 2014

Majowe nowości

Cześć Dziewczyny!

Maj był dla mnie miesiącem (znowu) obfitującym w mnóstwo nowości. Jak zwykle wszędzie zwęszyłam okazję do powiększenia moich i tak już sporych kosmetycznych zasobów, więc miejmy już tę majową spowiedź za sobą. Zgrzeszyłam. Postanawiam poprawę (obiecanki-cacanki) ;)


Choć w kwestii pielęgnacji staram się kupować tylko to, co niezbędne, a majowe denko osiągnęło naprawdę zadowalający poziom (o czym za jakiś czas), kolorówka nadal niemiłosiernie mnie kusi i to ona stanowi zwykle większość moich zakupów. Stanowczo warto dać sobie na wstrzymanie, bo choć spełniłam kilka swoich kosmetycznych marzeń i zachcianek, to jednak znowu zaczyna robić się w moich szufladach nieco tłoczno.


***

Powyższe zakupy zawdzięczam Aalimce, która przy okazji majówki u rodziców, zrobiła dla mnie drobne zakupy. Zależało mi na trójce letnich żeli z Balea o bardzo apetycznych zapachach mango, arbuza (niby melon, to melon, ale na zdjęciu jest arbuz...) i karamboli. Oprócz tego przygarnęłam kolejną pomadkę ochronną z Alverde, tym razem w wariancie wiśniowym, oraz słynny kamuflaż tej samej marki. Do tej pory używałam korektora Alverde Cream To Powder i byłam nim zachwycona, ale mam już w nim dość spore denko, dlatego poprosiłam Kamilę o zakup jego następcy :) Wszystkie te produkty, kupowane bezpośrednio w DM wyniosły mnie niecałe 30 zł, więc zdecydowanie się opłacało! Żel mango już króluje pod prysznicem i muszę się przyznać, że ten zapach w dużej mierze zdominował moją aktualną pielęgnację :)


Zakup antyperspirantu Nivea Calm&Care (10,99 zł) oraz naturalnego dezodorantu w kamieniu Crystal (ok.25 zł), był podyktowany coraz częstszymi podrażnieniami na skórze pod pachami. Nigdy nie miałam przesadnie wrażliwej skóry, ale najwyraźniej częstsze używanie Rexony (związane ze wzmożoną aktywnością fizyczną) dało mi się we znaki, a depilacja za pomocą maszynki, na pewno nie pomogła rozwiązać problemu. W tej chwili, zawsze po goleniu, przecieram skórę kryształem, który ma w składzie ałun, charakteryzujący się właściwościami łagodzącymi (jako antyperspirant zupełnie się u mnie nie sprawdza; swoją drogą kwestia zawartości soli aluminium i jej działania skórę jest mocno dyskusyjna, więc zachęcam do poczytania ciekawych rozważań tutaj). Na co dzień staram się też sięgać po delikatniejszy antyperspirant - w tym celu wybrałam wersję Nivea Calm&Care, która również teoretycznie ma być przeznaczona do skóry wrażliwej, a po Rexonę sięgam w cieplejsze dni lub przed ćwiczeniami. Na ten moment ta strategia zdaje się mieć zbawienne działanie dla mojej skóry! Jeśli Wam też zdarzyły się takie problemy, to polecam wypróbować moją metodę :)

Woda termalna Uriage szturmem wtargnęła do mojego serca, a ponieważ właśnie wykończyłam swoją pierwszą butelkę, kupiłam nową w promocji za niecałe 14 zł. Na razie używam wody termalnej z Avene, ale Uriage chciałam już mieć, ponieważ jest wygodniejsza na wyjazdy z racji braku konieczności osuszania.

Zmywacz z Isany w wersji z acetonem (ok.5 zł?) i pasta do zębów Dental Cream z Himalaya Herbals (ok.11 zł) nie wymagają chyba komentarza, prawda? :)

Emulsja matująca z serii Purritin z Iwostinu, to powtórka z rozrywki. Właśnie wykończyłam pierwszą tubkę tego kremu i polubiłam się z nim, dlatego od razu sięgnęłam po nowe opakowanie. Do kremów na dzień (zależy mi na tych, które nie będą wzmagać błysku) podchodzę z coraz większym dystansem, dlatego jak już coś się u mnie sprawdzi, to staram się tego trzymać. Krem nawilżający z serii Sensitia również z Iwostinu (tego typu produkty stosuję przede wszystkim na noc), to produkt testowy. Byłam ciekawa jak wypadnie w porównaniu do mojego ukochanego Vita Sensilium z Pharmaceris A. Za nieco ponad miesiąc powinnam zresztą podzielić się z Wami moim spostrzeżeniami na ten temat :) Każdy z kremów kosztuje ok.30 zł.

Oliwka Hipp (ok.15 zł) też nie znalazła się tutaj przypadkiem! To jak dotąd najbardziej uniwersalny kosmetyk, który miałam w swoich rękach. Fantastycznie sprawdza się zarówno do olejowania włosów, paznokci, jak i po prostu w zastępstwie zwykłego balsamu. Ostatnio już za nim zatęskniłam, bo nic nie dawało takich efektów na moich paznokciach jak półgodzinna kąpiel w podgrzanej oliwce!

Jak widać pielęgnacja lubi kończyć się i przybywać stadkiem ;)


Produkty ARTDECO, to upominki które otrzymałam na bardzo interesujących warsztatach z makijażystą tej marki. Do tej pory znałam tylko słynną bazę pod cienie, a teraz mam możliwość zapoznać się również z innymi produktami marki. W moje ręce trafił tusz do rzęs Wonder Lash Mascara, puder oraz podkład z serii do makijażu High Definition oraz pomadka o pięknym, nieco koralowym odcieniu. Tusz i pomadka są już w użyciu, więc za jakiś czas spróbuję podzielić się z Wami moim wrażeniami.


Podczas gdy wszyscy szaleli na promocjach w Rossmannie ja starałam się go unikać z daleka. Prawie by mi się to udało, ale w ostatnim tygodniu promocji -49% złamałam ten niepisany zakaz i przygarnęłam cień /sprasowany pigment L'Oreal Color Infaillible w kolorze Forever Pink (ok.18 zł w CND) oraz dwie pomadki - matową Bourjois Rouge Ediotion Velvet 02 (ok.25 zł) oraz upragnioną Rimmel Moisture Renew w kolorze 360 As You Want Victoria (ok.14 zł).


Jak wiadomo, promocje typu -40% całkiem przypadkowo lubią się mnożyć w tym samym czasie we wszystkich drogeriach. O ile zwykle staram się omijać wtedy wszystkie te przybytki rozpusty, tak tym razem zbyt wczesne wyjście z domu poskutkowało "szlajaniem się" po Hebe w tym niebezpiecznym okresie. Co z kolei zaowocowało kilkoma nowościami (dla mnie) z Gosha. Ponieważ marka generalnie należy raczej do tych droższych (jak na półkę drogeryjną oczywiście), skusiłam się na cztery produkty, które wpadły mi w oko - piękny bronzer (Pink), pomadkę (158 Yours Forever), krem CC (02 Ivory) oraz róż-mozaikę (Pink Pie). W tej chwili najbardziej cieszy mnie CC, bo choć teoretycznie nie powinien dogadywać się z moją cerą, to jednak w wolne dni jest dla mnie ostatnio niezastąpiony, kiedy zależy mi na lekkim, ale ładnym makijażu :) Nie pamiętam już cen poszczególnych produktów, ale po zniżce 40% za całą czwórkę zapłaciłam ok.100 zł.


No i to są właściwie najważniejsze zakupy maja! Od tak dawna przymierzałam się do zakupu Daisy Eau So Fresh, że już nawet nie jestem w stanie określić początkowej daty mojej fascynacji tym zapachem. Bardzo długo odkładałam ten zakup, sięgałam po inne produkty i ostatecznie zawsze przekonywałam się, że chyba jednak dojrzałam już do tych lżejszych i bardziej kwiatowych zapachów. W międzyczasie zakochałam się też w absolutnie cudownej Roses de Chloe! Wybór był tak trudny, że skusiłam się na obie buteleczki. Daisy Eau So Fresh w pojemności 125 ml, a Chloe - 30 ml. Teraz chyba bym zamienił te pojemności, bo - o dziwo - to w Chloe czuję się znacznie lepiej i pewniej, choć Daisy z pewnością się u mnie nie zmarnuje. Obie buteleczki przyszły na początku miesiąca i przez ten czas w zasadzie używałam ich codziennie na przemian. Za oba flakony zapłaciłam w Perfumesco tyle, ile zapłaciłabym pewnie za samą Daisy w dowolnej stacjonarnej perfumerii.


Zoya - Payton, to kolejny zakup jeszcze z kwietnia, ale zanim dotarł do Kamili, a Kamila do mnie, musiało minąć trochę czasu. W każdym razie cieszę się, że upragniona Payton w końcu wpadła w moje ręce i że kosztowała mnie tyle, co na targach kosmetycznych, czyli 28 zł :)

Dalej mamy oczywiście nowe Essie. O ile kolekcja Resort Fling zupełnie mnie nie oczarowała, tak sam lakier Find Me An Oasis już jak najbardziej. Niestety formuła profesjonalna jest strasznie trudna we współpracy, ale kolor naprawdę wiele rekompensuje... Brzoskwinka, to kolor, który od dawna wisiał na mojej wishliście, czyli Van D'Go. Każdy z lakierów był kupiony w mniej lub bardziej promocyjnej cenie (w sklepach Kajuba oraz Minti Shop) ;) Dalsze pozycje, to Carousel Coral, Foot Loose i Carry On, które przygarnęłam od mojej Essie-soulmate Sylwii w bardzo okazyjnej-okazji [tak, świadomie użyłam masła maślanego ;)].


W ramach współpracy z marką Rimmel otrzymałam trzy nowe kolory lakierów z serii 60 Seconds, z kolekcji sygnowanej przez Ritę Orę. Z całej trójki - White Hot Love, Lose Your Lingerie oraz Midnight Rendevous - używałam jak na razie tylko ostatniego i muszę przyznać, że z miejsca mnie oczarował. Podobno jaśniejsze kolory są trochę problematyczne, ale ten był bardzo komfortowy w aplikacji, no i ten kolor!


Powyższe mogę podsumować tylko tak - takie tam pierdoły z Biedronki. Nic z tego nie było mi potrzebne, ale przy tych śmiesznych cenach jakoś samo wylądowało w koszyku. Peelingi Bielendy kosztowały ok.5 zł, a maski Biovax były chyba 2 zł. Tak wyszło ;)


No i ostatni duży zakup z maja, to pędzle Real Techniques! Od dawna planowałam, że dołączą do mojej kolekcji i wielokrotnie widziałam je oczyma wyobraźni na mojej toaletce. Miałam zamiar kupić je przez iHerb, ale w międzyczasie pojawiły się jakieś problemy z płatnościami, więc ostatecznie pozbierałam je przy okazji jakiś drobnych promocji i kodów zniżkowych do sklepów Minti Shop i E-Zebra. Może nie zaoszczędziła tyle, co za pośrednictwem iHerb, no ale przynajmniej nikt mi ich nie utopił w oceanie :D

Skusiłam się na zestaw pędzli do twarzy Core Collection, pojedyncze pędzle Expert Face Brush, Setting Brush, Blush Brush oraz gąbeczkę Miracle Complexion Sponge. ...i teraz boję się ich użyć! Są takie śliczne, że aż szkoda mi je brudzić i kurzyć... Pomińmy tę kwestię milczeniem, proszę... :D

***
No! Nie obiecuję (sobie), że w czerwcu nie kupię nic, bo to nie byłoby prawdą (w końcu już czekam na nowe opakowanie podkładu mineralnego :D), ale wiem, że czekają mnie ważniejsze wydatki, dlatego bardzo chciałabym znowu trochę wyhamować moje zapędy. Co tam zresztą wyrzuty sumienia, skoro wszystko tak cieszy! ;))

Standardowo - czekam na Wasze opinie o powyższych kosmetykach, jeśli już miałyście z nimi do czynienia! Co Wam przypadło do gustu, a co nie? A może coś Was szczególnie ciekawi i może mogłabym Wam krótko odpowiedzieć/podpowiedzieć [coś]? :)
K.
Czytaj dalej

niedziela, 21 lipca 2013

Czerwcowe nowości

Cześć Dziewczyny!

Dzisiaj post, z którym naprawdę długo zwlekałam... Lipiec powoli się kończy, a ja tu wyskakuję z czerwcowymi nowościami. No cóż, nazbierało się tego tyle, że aż mi trochę wstyd. Tym bardziej wstyd, że lipiec również przyniósł mi dużo nowości, no ale nie mogłam tego przewidzieć, skoro spora część z nich nie zależała ode mnie. Proszę oszczędźcie mi mądrych wywodów na temat ilości i innych takich pierdół. Mam swój rozum, swoje pieniądze i rozliczam się z zakupów przed sobą, a nie przed kimkolwiek z Was ;)

Swoją drogą, przeglądając nieco moje zasoby, wytypowałam kilku-, kilkunastu kandydatów do wyprzedaży, więc mam nadzieję, że uda mi się za jakiś czas zrobić im zdjęcia i wstawić post wyprzedażowy, co by zrobić sobie trochę miejsce i przekazać w lepsze ręce produkty kolorowe, które mi nie odpowiadają kolorystycznie, czy też powieliły mi się w jakiś sposób. Myślę, że dojrzałam do tego, żeby wypuścić w świat jeden z róży TheBalm, który jest absolutnie przepiękny, ale nijak się w nim nie czuję ;)

No dobra, ale ja nie o tym miałam... W każdym razie, odpowiadając z góry na najbardziej prawdopodobne komentarze - nie, nie jest mi to wszystko potrzebne; tak, trochę przesadziłam; tak, pielęgnację zużywam regularnie (jeśli o to pytasz, to chyba nie czytasz mojego bloga, bo moje posty denkowe regularnie obfitują w puste opakowania), a kolorówkę po prostu używam.

Skoro mamy już za sobą zasady komentowania tego posta (trolololo :D), to przejdźmy do mojego szaleństwa...


Jak zapewne wiecie, pod koniec czerwca rozpoczęły się wyprzedaże w Bath & Body Works, z których początkowo nie zamierzałam korzystać zbyt obficie. Właściwie to na początku kupiłam chyba tylko dwa mydła w piance i odświeżacz samochodowy, ale (nie)stety marka z dnia na dzień zaczęła coraz to bardziej obniżać ceny i cóż... w duchu magisterkowego wynagradzania się nieco popłynęłam. Tak czy inaczej, zakupy uważam za bardzo udane i tak naprawdę każdy produkt albo jest już w użyciu, albo dokładnie wiem, kiedy będzie, dlatego nie martwcie się - nic się u mnie nie zmarnuje ;))


Być może zdążyłyście już zauważyć, że bardzo lubię wody toaletowe z Bath & Body Works. Wcześniej miałam (tzn. nadal mam!) Twilight Woods oraz Carried Away (KLIK), a teraz dołączył do nich zapach Paris Amour, na który czaiłam się od dawna i który wpadł mi w oko (w nos) jeszcze na otwarciu sklepu. Mimo wszystko cenę 99 zł uważam za dość wysoką (jak na entą wodę toaletową) i dotychczas kupowałam zapachy dysponując jakimiś kuponami promocyjnymi. Tym razem jednak marka postawiła na wyprzedaż wszystkich flakonów wód w niestandardowych buteleczkach (standardowe są zawsze takie, jak w przypadku podlinkowanej wyżej Carried Away, tylko w innym "ubranku"). Tym sposobem, Paris Amour upolowałam za 50% początkowej ceny. Spójrzcie tylko na tę urokliwą kokardę ;)

Właściwie wszystko, co widzicie na powyższym zdjęciu, zostało kupione 50% taniej, o ile nie więcej. Tym sposobem nabyłam również wanienkę z miniaturkami PA (balsam, żel, mgiełka) oraz błyszczykiem, które będą świetne na najbliższy urlop. Zresztą mgiełka ma idealne rozmiary do torebki i uwielbiam używać jej dla "odświeżenia" zapachu wody toaletowej w ciągu dnia. Do kolekcji dołączył również pełnowymiarowy żel pod prysznic Paris Amour oraz żel antybakteryjny z tej samej serii, który już zagrzał na dobre miejsce w mojej torebkowej kosmetyczce.


Korzystając z ogromnych obniżek, skusiłam się również - ku uciesze mojego ukochanego - na zapas pianek do mycia rąk w wariantach limitowanych, które były aktualnie wyprzedawane. No cóż, 8 zł a 29 zł, to jednak duża różnica i tym razem nie zawahałam się świadomie zachomikować kilku sztuk w szafce! :)


Korzystając również z faktu, że niektóre mgiełki z dość popularnych, a już na pewno jednych z moich ulubionych wariantów zapachowych, również miały ceny obniżone o połowę, skusiłam się na miniaturki trzech zapachów - Pink Chiffon (który nosiłam w czerwcu z uporem maniaka w formie balsamu), Sweet Pea (który pokochałam wcześniej w formie pianki) oraz Dark Kiss (który mam również w formie pełnowymiarowej, ale nie wyobrażam sobie wrzucenia jej do torby). Nie potrzebuję dużych mgiełek, ponieważ małe są dla mnie dużo wygodniejsze! Dzięki temu wystarczy, że posmaruję się w domu balsamem w danym wariancie zapachowym (i/lub spryskam wodą toaletową), a dzięki mgiełce, noszonej w torebce, mogę cały dzień ponawiać intensywność tego zapachu. Dla mnie to o wiele wygodniejsze, niż noszenie flakonu perfum w torebce, zresztą tego też nigdy nie robiłam, bo torbę zawsze mam ciężką i bez zbędnego szkła (swoją drogą sama nie wiem, co w niej noszę i to przypomniało mi, że Gray otagowała mnie kiedyś torebkowym tagiem...).


Jak wiecie, jestem lakieromaniaczką i to nie ulega żadnym wątpliwościom. Nie wiedzieć czemu, w okresie, kiedy moje paznokcie były w najgorszym stanie, złapała mnie największa chcica na lakiery, wobec czego, jak widać powyżej, przybyła ich do mnie całkiem spora gromadka. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie kupiła wszystkich w promocyjnych cenach ;)


Zanim jednak o lakierach... Przyjrzyjmy się mniej kolorowej, ale nie mniej atrakcyjnej części zapasów. Po pierwsze, w końcu kupiłam szczotkę Tangle Teezer, której zakup rozważałam od - żeby nie skłamać - chyba roku! Wybrałam, zgodnie z pierwszym zamiarem, wersję kompaktową, która jest dla mnie najwygodniejsza, bo w razie potrzeby wrzucam ją do torebki (chyba jeszcze przed końcem tego posta w końcu odkryję prawdę i dowiem się skąd taka waga mojej przepastnej torby... ;)). Na razie mogę Wam powiedzieć tyle, że owszem, czuję różnicę, w rozczesywaniu włosów tą szczotką (w porównaniu do zwykłych szczotek, a nawet drewnianego grzebienia TBS). Jest ona odczuwalna najbardziej na mokrych włosach. Zresztą któregoś razu chciałam szybko rozczesać grzywkę po myciu i złapałam za grzebień, który utknął we włosach. Tych samych, które TT sekundę później rozczesał, jakby nigdy nie były splątane... Nie uważam tej szczotki za must-have, ale doceniam jej zalety. Zobaczymy jak spisze się na dłuższą metę :)

Z kupnem żelu do odsuwania skórek z Sally Hansen, wstrzymywałam się dość długo, ale w końcu zaczęłam się wkurzać na mój dotychczasowy produkt z Eveline, który nijak nie chciał ruszyć skórek na paznokciach kciuków. SH zmiękcza je w parę sekund, a Eveline? Nie radził sobie wcale... Z pozostałymi paznokciami jako tako dawał radę, ale zawsze trzeba mu było dać chwilę, żeby zadziałał, a w przypadku SH, wszystko idzie szybko, sprawnie i skutecznie :)

Wielokrotnie pisałam Wam też, że moje paznokcie w czerwcu były w opłakanym stanie. W pewnym momencie zupełnie przestałam już malować paznokcie, bo niestety rozdwajały się od razu po odrośnięciu za wolny brzeg, a czasami nawet sporo wyżej... Nie wyglądało to najbardziej estetycznie i żaden produkt, który posiadałam, nie był w stanie sobie z tym poradzić. Postawiłam więc na polecany duet Nail Tek i wybrałam dla siebie formułę III, dając tym samym drugą szansę tej marce. Wcześniej używałam NT Foundation II i byłam koszmarnie zawiedziona, bo moje paznokcie były w jeszcze gorszym stanie. NT III trochę poprawił ich stan, ale efekty nie są nawet w połowie bliskie moim wyobrażeniom, zwłaszcza jak na odżywki nakładane codziennie... Po 2,5 tygodnia stosowania tylko tych odżywek, zaczęłam na nowo malować paznokcie, ale głównie po to, żeby zabezpieczyć je przed urazami mechanicznymi, bo te odżywki niestety robiły to baaaaardzo słabo. Na pełną opinię przyjdzie jeszcze pora, ale chyba nie pokocham tej marki... ;)

Kolejnym produktem jest serum stymulujące wzrost rzęst Eyliplex-2 z GoodSkin Labs, które otrzymałam do testów od Pani Moniki, reprezentującej Perfumerię Douglas. Serum używam od nieco ponad 3 tygodni i choć na pierwszy rzut oka spektakularnych efektów nie widzę, to jednak Kasia vel Gray (prawie jak Lana del Rey :D), stwierdziła, że moje rzęsy są według niej dłuższe, niż jakiś czas temu. A skoro Kasiometr tak orzekł, to musi tak być ;) Kuracja ma trwać łącznie osiem tygodni, dlatego za tydzień, w połowie kuracji, postaram się zrobić zdjęcia i za kolejne cztery tygodnie wrzucę post wraz z moją opinią i zdjęciami porównawczymi :)


Lakierów Essie tłumaczyć nie trzeba - zresztą wszystkie, z wyjątkiem jednego, upolowałam na Allegro w śmiesznych cenach, graniczących z dyszką :) Od lewej: Marathin, Pilates Hottie, Boom Boom Room (kupiony w SP za niecałe 20zł), She's Picture Perfect oraz Sure Shot. Dwa pierwsze pochodzą z jesiennej kolekcji 2012 Yogaga, środkowy z tegorocznej kolekcji neonowej, a dwa ostatnie z ubiegłorocznej kolekcji Resort.


W Rossmanach ostatnio trwa permanetna promocja na lakiery Rimmel (oraz Manhattan i chyba L'Oreal), dzięki czemu można je kupić 25 czy nawet 30% taniej, a więc w granicach 12zł. Skusiłam się na kolory, które urzekły mnie na Waszych blogach, czyli od lewej morelowy Reggae Splash, malinowy Jazz Funk, miętowy Peppermint oraz koralowy Coctail Passsion. A mojej mamie, która uwielbia czerwone lakiery kupiłam neonową czerwień Hip-Hop oraz nieco wiśniowy Rock'n'Roll. Dwa ostatnie od dawna są już w jej rękach, ale jeśli użyczy mi kiedyś albo pomalowanej dłoni albo lakieru, to zaprezentuję je również na blogu :))


To zdjęcie jest troszeczkę przekłamane, ale nie udało mi się zrobić dobrego zbiorczego zdjęcia, które odwzorowałoby kolory każdego z powyższych lakierów. W każdym razie, przygarnęłam w Minti Shop następujące kolory: Grapefruit (najbardziej przekłamany, w rzeczywistości to bardziej żarówiasty róż z odrobinką koralu), Greenberry (żywa zieleń z nutką niebieskości), Dragon Fruit (cukierkowy róż ze srebrnymi drobinkami) oraz Prickly Pear (pastelowy fiolet - nie mogłam się powstrzymać).


Najbardziej popularny lakier Manhattanu, czyli 25G z serii Quick Dry, upolował dla mnie mój Michał, a bliżej nieokreśloną buteleczkę China Glaze w kolorze Pink Plumeria, kupiłam na Allegro za 12zł... Ten kolor wyszedł akurat zupełnie nierealistycznie, ale jego trudno określić nawet na żywo ;)


Podkład Bourjois Healthy Mix i pomadka Rimmel by Kate 103, to jeszcze właściwie majowe zakupy, ale dopiero w czerwcu odebrałam je od Sylwii, która była tak miła i upolowała je dla mnie w trakcie trwania słynnej promocji -40% na kolorówkę ;)

Natomiast cień Sigma Beauty w kolorze Muse oraz miniaturka pędzelka do rozcierania E25, to już upominek od Vincy w ramach podziękowania za wypełnienie ankiety, dotyczącej marki Sigma Beauty.


No i ostatnia część, to produkty, które albo mi się skończyły i ponowiłam ich zakup, albo stanowiły uzupełnienie tego obszaru kosmetycznego, który nie miał dotychczas swojego reprezentanta w moich , czy też naszych zasobach ;)


Balsam antycellulitowy z serii STOP Cellulit przygarnęłam w jednej z rossmanowskich promocji, chcąc kontynuować dobre nawyki, ponownie nabyte za sprawą kremu-żelu przeciw cellulitowi z Pharmaceris. Balsam ujędrniający MaXSlim, to produkt, do którego ciągle ostatnio wracamy i o dziwo najbardziej lubi go mój Michał, który traktuje go jako balsam do całego ciała. Balsam brązujący Body Arabica Cafe Latte, to produkt, który ma za zadanie wspomóc mnie nieco z zdobyciu opalenizny. Niestety nie mam zbyt wielu możliwości, żeby złapać trochę słońca, więc muszę się wspomagać produktami brązującymi. Ten jest całkiem niezły, choć chyba śmiało mogłam wybrać wersję Cafe Mocha. Tonik nawilżająco-oczyszczający z Lirene, to kolejny powrót. W sumie wykańczam już zapasy tonikowe, więc chętnie wrócę do mojego ulubieńca :)


Dezodorant do stóp Fuss Wohl, to produkt, który latem bardzo się przydaje, zwłaszcza w relacji gołe stopy + balerinki ;) Pianka Nivea Volume Sensation, to produkt, który kupiłam ponownie, choć tym razem bardziej dla Michała, niż dla siebie. Oboje jesteśmy zadowoleni z tego produktu, więc chętnie ponowiliśmy zakup. Podobnie jest w przypadku szamponu Syoss Shine Boost, który jest ulubionym szamponem Michała, a i ja lubię czasami po niego sięgnąć, mimo niezbyt powalającego składu. Peeling do ciała z Joanna o zapachu bzu, to również powtórka z rozrywki. Skończyłam już całe peelingowe zapasy, więc skusiłam się na ten, który ostatnio wykończyłam :)


No i na koniec zakupy typowo pielęgnacyjne - krem antyseptyczny na skaleczenia i otarcia z Himalaya oraz rewelacyjna ziołowa pasta do zębów Himalaya Herbals. Pastę polecałam Wam już w poście denkowym, ale polecę jeszcze raz! Bez porównania lepsza, niż zwykłe pasty drogeryjne :)

***

No dobra, starczy tego dobrego! Patrzę na ten cały kram i muszę Wam powiedzieć z perspektywy prawie miesiąca, że jakieś 3/4 produktów już jest w użyciu, więc chyba jeszcze nie jest z tym moim zakupoholizmem aż tak źle, skoro kupuję rzeczy potrzebne i rzeczy ładne, będącę zachciewajkami, ale takimi, z których chętnie korzystam. Największe wyrzuty sumienia mam, jeśli z czegoś nie korzystam i z takimi produktami chciałabym się w najbliższym czasie rozprawić i znaleźć im lepsze domy :)

No i jak? Dotrwałyście do końca? :P
K.

P.S. Dobrze, że anonimowe komentarze są u mnie od dawna wyłączone :D:D:D
Czytaj dalej

wtorek, 16 lipca 2013

Majowo-czerwcowe denko :)

Cześć Dziewczyny!

Znowu mnie przez chwilę nie było, ale obiecuję, że już się spinam i powoli wrócę na bloga! Najpierw byłam pochłonięta obroną, a później okazało się, że po obronie miałam tyle innych rzeczy do zrobienia, że odbijanie sobie stresu z ostatnich dni zajęło mi każdą wolną chwilę :) No, ale mam już wolne i dopóki do egzaminów wstępnych jest jeszcze trochę, mogę znowu poświęcić ciut więcej wolnego czasu na bloga! Jednocześnie chciałabym Wam jeszcze raz z całego serca podziękować za trzymanie kciuków za moje pisanie pracy oraz jej obronę! :*

Wracając do tematów stricte blogowych, pora najwyższe nadrobić denkowe zaległości! Przed Wami produkty, które wykończyłam w maju oraz czerwcu wraz z moją krótką opinią na temat każdego z nich :)


W ciągu ostatnich dwóch miesięcy udało mi/nam się zużyć ponad 20 produktów. Dużo i mało, jak na dwa miesiące. Tak naprawdę, większość z nich wykończyliśmy już w czerwcu, bo maj, był wyjątkowo słabym miesiącem do denkowania. Nie wszystkie z wykończonych produktów znalazły się na zdjęciach, ale na szczęście tylko jakieś 2-3 trafiły do kosza, zanim zdążyłam je przechwycić do mojej denkowej torby :)


1. Fiji Passionfruit - żel pod prysznic; Balea (250 ml; ok. 4zł).
2. Brazil Mango - żel pod prysznic; Balea (250 ml; ok. 4 zł).
Bardzo polubiłam się z żelami z Balea! Uwielbiam w nich duży wybór zapachów oraz to, że dobrze oczyszczają moją skórę i nie wysuszają jej przy tym. A do tego są śmiesznie tanie! :) Na pewno co jakiś czas będę do nich wracać w różnych wersjach zapachowych.
 
3. Discover Santrorini - żel pod prysznic; Oriflame (400 ml; ok.10 zł).
O żelach z serii Discover od Oriflame rozpisywałam się już kiedyś TUTAJ. Dotąd nie zmieniłam zdania, choć znudził nam się już trochę wybór zapachów, więc kupujemy je znacznie rzadziej. Podobnie jak żele z Balea, ten z Oriflame dobrze oczyszczał, nie wysuszał i oczywiście przyjemnie pachniał. Mam jeszcze jeden w zapasach, a czy kupię kolejne sztuki? Jeśli będzie okazja, to pewnie tak.
 
Następcy: żel po prysznic Hawaii Pinapple z Balea; żel pod prysznic Aromatherapy Eucalyptus & Spearmint z Bath & Body Works; żel pod prysznic Aromatherapy Vanille & Verbene z Bath & Body Works.
 

4. Sweet Secret - masło do ciała o zapachu szarlotki z bitą śmietaną i cynamonem; Farmona (225 ml; ok. 15zł).
To masło urzekło mnie szczególnie w okresie zimowym i tak naprawdę właśnie wtedy zużyłam jego większość, ale w duchu wykańczania zapasów, postanowiłam, że nie ma sensu trzymać takiej końcóweczki do kolejnej zimy. Moim zdaniem masło bardzo dobrze nawilżało i natłuszczało skórę, więc stosowanie go było naprawdę przyjemne. Produkt nie wchłaniał się przesadnie długo, choć w przypadku bardziej obfitej aplikacji trzeba mu było dać kilka minut. No i oczywiście zapach - czyli największy plus tego produktu! Obłędny, ciepły i otulający zapach najprawdziwszej szarlotki! Jeśli natknę się na ten produkt bliżej kolejnej zimy, to bardzo chętnie powtórzę zakup.
 
Następca: wykańczam resztki masła do ciała Pharmatheiss Granatapfel, a na co dzień stosuję balsamy
 
5. Z Apteczki Babuni - wygładzający peeling do ciała z ekstraktem z bzu; Joanna (300ml; ok. 10-15zł).
Ten produkt to jeden z przyjemniejszych peelingów, jakich ostatnio używałam! Nie dość, że skutecznie ściera martwy naskórek i nie rozpuszcza się pod wpływem wody, to jeszcze przepięknie pachnie najprawdziwszym bzem. Może nie jest to ten sam kaliber co peelingi cukrowe, ale moim zdaniem drobinki zawarte w tym produkcie są wystarczająco ostre, żeby przy regularnych zabiegach poradzić sobie z odpowiednim wygładzeniem ciała. Bardzo go polubiłam i już ponowiłam zakup :)
 
6. Sweet Secret - waniliowy scrub do mycia ciała; Farmona (225 ml; ok.13 zł).
Kolejny bardzo udany produkt od Farmony! Ten peeling przypadł mi do gustu na równi, z opisywanym wyżej peelingiem z Joanny. Bardzo skutecznie wygładzał skórę i ścierał martwy naskórek (chyba nawet mocniej, niż ten z Joanny), a do tego naprawdę przyjemnie pachniał wanilią. Owszem, nieco sztuczną, ale nadal bardzo przyjemną dla nosa. Podobnie jak masło szarlotkowo, świetnie sprawdzał się w okresie zimowym, ale nie wykluczam, że wrócę do niego wcześniej, po wykończeniu kolejnego słoiczka peelingu bzowego z Joanny.
 
Nastęca: peeling bzowy z Joanny.
 
 
7. Push Up - serum ujędrniające do biustu; Lirene (150 ml; ok.15 zł).
Z produktami ujędrniającymi do biustu mam dziwną relację. Nie bardzo wierzę w ich działanie, nie bardzo widzę ich efekty, ale mimo wszystko staram się dość regularnie używać, bo natura (i genetyka) dość hojnie mnie obdarowały i fajnie by było, gdybym na starość nie musiała potykać się o własny biust :P W przypadku tego serum, niestety również nie zaobserwowałam żadnego szczególnego ujędrnienia czy napięcia skóry, choć naprawdę starałam się używać go regularnie. Nie jest to jedyny produkt tego typu, który nie wywarł na mnie wrażenia, więc nie wiem nawet co na ten temat sądzić. Wiem, że u innych dziewczyn się sprawdza, ale ja dotąd nie natknęłam się na żaden specyfik tego typu, który dałby u mnie jakieś zauważalne efekty. Na razie nie planuję powrotu. A może u mnie nie ma co poprawiać? ;))
 
Następca: brak.
 
8. MaXSlim - balsam intensywnie ujędrniający; Lirene (400 ml; ok.12-17 zł).
Ten produkt jest dla mnie zagadką. Mi w sumie średnio przypadł do gustu i w sumie, podobnie jak w przypadku serum do biustu, średnio widzę jego efekty na mojej skórze, a mimo to kupuję kolejne butelki. Mało tego, produkt ten mocno przypadł do gustu mojemu Michałowi, który od dłuższego czasu jest jego stałym użytkownikiem. Bynajmniej nie chodzi o działanie ujędrniające, a raczej o przyjemny cytrusowy zapach, szybkie wchłanianie i niepozostawianie tłustego filmu na skórze. O ile ja używam go tylko w strategicznych miejscach, to Michał smaruje niż całe ciało, więc produkt dość szybko nam się kończy, dlatego... kolejna butla już jest w użyciu! ;)
 
Następca: ten sam produkt.
 
9. Seria C - żel-krem antycellulitowy o podwójnym działaniu; Pharmaceris (150 ml; ok.50zł).
O tym produkcie napisałam odrębną recenzję, do której przeczytania serdecznie Was zapraszam (KLIK). Tutaj wspomnę tylko tyle, że krem-żel bardzo przypadł mi do gustu i wyjątkowo skutecznie i zauważalnie napinał moją skórę, jednocześnie nieco ją wygładzając i zmniejszając widoczność cellulitu. Jeśli trafię na ten produkt w atrakcyjnej promocji, to na pewno chętnie do niego wrócę!

Następca: balsam antycellulitowy Lirene STOP Cellulit.
 

10. Cytrynowy krem do rąk WYGŁADZENIE; Lirene (75 ml; ok.7 zł).
Całkiem skuteczny i przyjemny krem do rąk, który dobrze sprawdził się jako tak zwany "torebkowiec". Moim zdaniem nie poradzi sobie z mocno przesuszoną skórą dłoni, ale do codziennej pielęgnacji będzie jak najbardziej wystarczający. Zadowalająco nawilżał i odrobinę natłuszczał skórę dłoni, ale równocześnie szybko się wchłaniał i nie zostawiał tłustej warstwy, dzięki czemu dobrze sprawdzał się w pracy. Tylko czasami, nie dawał rady przesuszowi spowodowanemu zmasowanym atakiem papieru i konieczna była podwójna aplikacja. Taki przyjemniaczek w korzystnej cenie. Może do niego wrócę, a może wypróbuję inną wersję. Bardziej przypadł mi do gustu krem z czerwonej serii - REGENERACJA.
 
11. Krem do rąk z kwiatem pomarańczy; Isana (100ml; ok.5zł).
Krem z Isany występował u mnie chyba w każdej z ról, najpierw mieszkał w torebce, później przy łóżku w sypialni, później na regale w salonie, aż ostatecznie znowu został zagarnięty do torebki. Mimo wszystko najlepiej sprawdzał się właśnie w domu, ponieważ o ile wchłanianie nie było zbyt uciążliwe, tak tłusta warstwka, pozostawiana na dłoniach już tak. Niby wykorzystałam tę końcówkę w pracy, ale nie był to najlepszy produkt w tym miejscu. Choć dla odmiany z wszelkimi objawamy suchości i szorstkości dłoni radził sobie o niebo lepiej, niż wyżej opisany Lirene. Ta wersja była limitowana, więc pewnie nie jest już nigdzie dostępna, ale i tak nie wróciłabym do niego.
 
Następca: wykańczam miodowy krem regenerujący z Lirene.
 
12. Hydrosense - nawilżająco-wygładzający jedwab do ciała; Oeparol (200ml, ok.15 zł).
No i co ja mam tutaj napisać? W sumie produkt był całkiem przyjemny, miał neutralny zapach, dobrze się wchłaniał i całkiem nieźle nawilżał skórę, ale po prostu nie zapadł mi specjalnie w pamięć. Dostałam, zużyłam, zapomniałam. Po prostu był ok, ale to trochę za mało, żeby do niego wrócić.
 
Następca: u mnie są to przede wszystkim balsamy z Bath & Body Works, w aktualnie używanym wariancie zapachowym.
 

13. Pielęgnacja Młodości - krem matująco-normalizujący; AA (50ml; ok.18-20zł).
Świetny krem do twarzy na dzień, który bardzo mocno przypadł mi do gustu! Nie tak dawna napisałam pełną jego recenzję, którą przeczytacie TUTAJ. Co mogę napisać w skrócie na jego temat? Świetnie matowił moją cerę, dobrze współpracował ze wszystkimi podkładami, nie podrażniał, nie zapychał i nie wysuszał cery! Zdecydowanie jeszcze się spotkamy! :)

Następca: emulsja energizująca Vitaceric Dr Irena Eris.

14. Dwufazowy płyn do demkijażu Awokado; Bielenda (100ml; ok. 6zł).
Wcześniej nie znosiłam dwufazówek, a odkąd wypróbowałam tę z Lirene, a później dwufazy z Bielendy, okazało się, że nagle wszystko mi się poprzestawiało i micele poszły w odstawkę! Zwłaszcza te, które do niczego się nie nadają! ;) Dwufazówka z Bielendy skutecznie sobie radziła z każdym makijażem, nie zostawiała na oczach efektu pandy i zmywała nawet wodoodporne kosmetyki. Zastanawiam się tylko, czy wystarczająco dobrze zmywa azjatyckie kremy BB (macie na ten temat jakieś przemyślenia?). Cenię w niej to, że nie podrażniała mi oczu oraz nie zostawiała tak zwanej mgły! Zdecydowanie do powtórki!

Następca: płyn dwufazowy Bawełna z Bielendy.

15. Żel pod oczy ze świetlikiem i herbatą; Flos Lek (15ml; ok.8zł).
Uwielbiam te żele! Zużyłam już dwie tubki i uważam, że są one totalnym must-have w mojej kosmetyczce! Świetnie koi zmęczone powieki i okolice oczu, a wyjęty prosto z lodówki, momentalnie odświeża spojrzenie i redukuje opuchnięcia! Oczywiście mam już kolejną tubkę! :)

Następca: żel pod oczy ze świetlikiem i aloesem.
 

16. Pianka do mycia rąk Sweet Pea; Bath & Body Works (259ml; od 19 do 29 zł).
Zgodnie uwielbiamy z Michałem ten wariant pianek do mycia rąk z Bath & Body Works i oboje bardzo doceniamy ich delikatność dla skóry. No dobra, Michał nie zwraca na to aż takiej uwagi, ale ja i owszem. W dodatku odkryłam, że po umyciu rąk z użyciem tej pianki nie czuję większej potrzeby stosowania kremu do rąk i często o tym zapominam, natomiast po użyciu zwykłego mydła w kostce bardzo często wybiegam z łazienki jak poparzona, łapiąc pierwszy lepszy krem do rąk ;) Ciąle wracamy do tych pianek! Więcej napisałam w recenzji TUTAJ.
 
Następca: pianka do mycia rąk Aloha Orchid z Bath & Body Works.
 
17. Zmywacz do paznokci z acetonem; Isana (250ml; ok.10zł?).
Nigdy więcej! To moja druga butelka tego zmywacza i o ile na początku całkiem mi odpowiadał, tak teraz koszmarnie przesusza mi paznokcie i zostawia paskudny, trudno zmywalny biały osad na paznokciach i skórze. Nie wiem nawet czy wykończę resztkę odlaną w mniejszą buteleczkę... Jakie zmywacze polecacie?
 
Następca: niestety ten sam produkt, na gwałt szukam czegoś lepszego!
 
18. Pasta do zębów; Himalaya Herbals (ok.12zł/szt.).
Zwykle nie pokazuję tutaj past do zębów, ale ta jest wyjątkowa! Doskonale rozumiem wszelkie zachwyty w blogosferze! Jest delikatna dla zębów i dziąseł, nie podrażnia, a nawet pomaga podleczyć wszelkie ewentualne skaleczenia, czy uszkodzenia (nie wiem, jak to ująć w słowa). Oboje z Michałem zauważyliśmy, że w czasie korzystania z tej pasty w ogóle nie mieliśmy problemów z krwawieniem dziąseł i generalnie nie borykaliśmy się z żadnymi podrażnieniami jamy ustnej (:D). Już mam kolejną tubkę!
 
Następca: ten sam produkt!
 

19. Krem do rąk z masłem shea' L'Occitane.
Pozwolę sobie zostawić moją opinię do czasu recenzji całego koszyczka ;)
 
20. Pomadka ochronna Soft Rose; Nivea (ok.10 zł/szt.)
Bardzo dobra pomadka ochronna, która dobrze nawilżała i natłuszczała moje usta i zabezpieczała je przed czynnikami zewnętrznymi. Nie przypadła mi do gustu tak bardzo, jak wersja Vitamin Shake, ale również ją lubię. Może jeszcze ją kupię.
 
Następca: Nivea Vitamin Shake i inne pomadki ochronne, porozkładane w torebkach i kieszeniach ;)
 
21. Podkład nawilżający Healthy Mix; Bourjois (ok.60zł/op.).
To chyba mój faworyt wśród wszystkich płynnych podkładów, których do tej pory używałam! Zresztą niejednokrotnie wymieniałam go wśród moich kolorówkowych ulubieńców! Mam nadzieję, że nowa wersja podkładu rzeczywiście różni się tylko opakowaniem, bo HM, który właśnie wykończyłam nie tylko bardzo zadowalająco krył (na większe niespodzianki i tak potrzebuję korektora), ale też zostawiał na twarzy ślicznie wykończenie (taki trochę glowy look), które matowiłam zwykle tylko tam gdzie potrzebowałam, czyli w strefie T. Bardzo dobrze trzymał się na mojej twarzy, nie ciemniał, nie robił plam. No po prostu świetny! Mam kolejną buteleczkę, mam nadzieję, że również się sprawdzi! :)
 
Następca: Rimmel Match Perfection.
 
22. Żel pod prysznic z werbeną; L'Occitance
Podobnie, jak w przypadku kremu, swoje wrażenia opiszę zbiorczo w poście "koszyczkowym".


23. Hydrosense - krem nawilżający do skóry mieszanej; Oeparol (50ml; ok.15zł).
Początkowo byłam bardzo zadowolona z tego kremu, bo naprawdę świetnie nawilżał moją cerę i szybko radził sobie z pokatarowymi przesuszeniami na nosie i innymi tego typu przygodami, a później nagle przestał mi wystarczać. Zupełnie nie wiem czemu, skoro wcześniej był ok, ale prawda jest taka, że ostatniej zimy moja twarz chyba zmieniła swoje przyzwyczajenia i przestała traktować nawilżanie jako zło konieczne, a zaczęła doceniać coraz większe jego dawki. Jak wspomniałam, większość kremu zużyłam zimą, dopóki nie zaczął być niewystarczający. Pewnie sprawdziłby się wiosną, bo był lekki i łatwo się wchłaniał, ale zauważyłam, że końcówka kremu zmieniła kolor, więc resztkę postanowiłam wyrzucić.
 
Następca: lekki krem głęboko nawilżający Pharmaceris A.
 
24. Odżywka podkładowa Foundation II; Nail Tek (ok.20zł/szt.).
Jak dla mnie ten produkt to totalna porażka! Nie wiem, czy ja po prostu nie lubię się z Nail Tekami, czy ta formuła nie była odpowiednia dla moich paznokcie, ale po każdym użyciu tej odżywki, miałam wrażenie, że moje paznokcie są w jeszcze gorszym stanie. Miałam 3-4 podejścia do tej odżywki i skończyło się na tym, że połowa leci do kosza! Teraz walczę z formułą III i choć jest trochę lepiej, to nadal nie jestem do końca zadowolona. Na pewno więcej nie wrócę do tej odżywki, bo choć wielu z Was pomaga, to dla mnie jest zwyczajnie koszmarkiem!
 
Następca: duet Nail Tek III
 
***
 
To by było na tyle, jeśli chodzi o moje majowo-czerwcowe zużycia! Poszło całkiem nieźle, ale biorąc pod uwagę niedawno otrzymaną ogromniastą paczkę od Lirene i Under 20, którą pewnie widziałyście na wielu innych blogach (ale u mnie też zobaczycie ;)), chyba i tak jeszcze sporo roboty przede mną w związku z "odgruzowywaniem" szafek z zapasów kosmetycznych :D
 
A jak prezentowały się Wasze zużycia w ostatnim czasie? Czy Wy też macie ochotę ujrzeć w końcu kawałek pustej szafki ;))
K.
Czytaj dalej
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Blog template designed by SandDBlast