Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Biedronka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Biedronka. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 6 maja 2014

BeBeauty - płyn micelarny do demakijażu i tonizacji twarzy i oczu

Cześć Dziewczyny!

Zróbmy znowu małą przerwę od lakierów i zajmijmy się dzisiaj na powrót pielęgnacją! Niedawno recenzowałam płyn micelarny z serii Sensibio z Biodermy, natomiast dzisiaj chciałabym podzielić się z Wami moja opinią o płynie, który niektóre z Was wskazywały jako dobry zamiennik Biodermy. Mowa oczywiście o płynie micelarnym BeBeauty, który swego czasu wywołał niemałe zamieszanie w blogosferze i w ekspresowym czasie zdobył zaszczytne miano hitu! :)


Informacja od producenta i skład produktu:


DZIAŁANIE:
Zacznijmy od najważniejszego - produkt działa i to bardzo dobrze! Płyn micelarny BeBeauty okazał się być bardzo skutecznym produktem do demakijażu i to zarówno twarzy, jak i oczu. Wzorowo radzi sobie z rozpuszczeniem dziennego makijażu, kredka i tusz nie stawiają mu zbyt długo oporów, a podkład i resztki twarzowych kosmetyków schodzi niemal natychmiast. Jak na płyn micelarny z niższej półki radzi sobie naprawdę świetnie i z pewnością mogę się podpisać pod opiniami, że to dobry zamiennik Biodermy.
...a przynajmniej jeśli nie macie wrażliwych oczy, ani skóry. Od razu zaznaczam, że płyn BeBeauty ani razu mnie nie podrażnił, nie spowodował wysypu, ale innych przykrych dolegliwości. Moja skóra bardzo dobrze go toleruje, ale wiadomo, że nie jest to produkt apteczny, obwarowany dodatkowymi badaniami, jak na przykład wspomniana już Bioderma. Warto jednak dodać, że plotki niosą, że płyn BeBeauty jest produkowany dla Biedronki przez Tołpę, a więc markę o bardzo dobrej renomie. Zresztą skład tego micela jest również mocno zbliżony do tego, który Tołpa ma w swojej ofercie.



KONSYSTENCJA I ZAPACH:
Konsystencja produktu, co oczywiste, jest zwyczajnie wodnista i nie ma co się nad tym rozwodzić. Za to zapach produktu jest raczej dziwny i przyznam, że choć pod koniec butelki zdążyłam już do niego przywyknąć, to jednak na początku mocno mnie drażnił (nie śmierdzi, ale jest raczej nieprzyjemny) i z tego też względu nie uznałabym go za produkt lepszy od Biodermy. Owszem, jest równie skuteczny, owszem, nie podrażnia mi skóry, jest znacznie tańszy i łatwo dostępny, ale komfort stosowania kosmetyku też jest ważny. Myślę, że gdybym nie przywykła do tego specyficznego zapachu, którego nie umiem opisać (:D), to szukałabym dalej, ale skoro już mnie to tak nie razi, a do tego mam kolejną butelkę w zapasach, to zużyję ten kosmetyk bez szczególnych emocji.

OPAKOWANIE:
Produkt umieszczono w przezroczystej, plastikowej buteleczce o pojemności 200 ml. Dużym plusem opakowania jest uchylany dziubek, który jest bardzo wygodny i całkiem nieźle dozuje produkt. Moim zdaniem płyn wylewa się w odpowiedniej ilości i nie jest go za dużo. Całość jest dosyć estetyczna i przyjemna dla oka.


WYDAJNOŚĆ:
Produkt ma bardzo przyzwoitą wydajność. Powoli zbliżam się końca butelki, ale stosuję ten micel już około dwóch miesięcy, także jest naprawdę dobrze! Początkowo, wydawało mi się, że produkt bardzo szybko się zużywa, ale było to tylko wrażenie wizualne, spowodowane węższą górną częścią opakowania :)

CENA/DOSTĘPNOŚĆ:
Płyn micelarny będzie Was kosztować śmieszne pieniądze, bo tylko niecałe 5 zł, a kupicie go oczywiście we wszystkich Biedronkach! Z racji jego popularności bywają chwilowe problemy z dostępnością, ale zawsze jednak wraca :)


Muszę przyznać, że zachwyty nad tym płynem absolutnie nie są przesadzone! Micel naprawdę świetnie się sprawuje, zmywa wszystko bardzo szybko i dokładnie, a do tego nie podrażnia mojej skóry. Do tego jest tani i łatwo dostępny. Gdyby nie to pierwsze średnie wrażenie, spowodowane mało przyjemnym zapachem, uznałabym go za ideał. Jednak moja ciekawość podszeptuje mi też, że koniecznie muszę wypróbować jeszcze płyny micelarne z L'Oreala oraz Garniera polecane przez Was na blogach i w komentarzach, ale BeBeauty zasługuje na miejsce na liście pewniaków! :)

Znacie ten produkt? Czy Wy też uległyście zbiorowemu kuszeniu na płyn micelarny BeBeauty? Jak się u Was sprawdził? :)
Karotka
Czytaj dalej

niedziela, 3 lutego 2013

Styczniowe nowości :)

Cześć Dziewczyny!

Mamy luty, a skoro tak, to oczywiście zaczniemy ten miesiąc od podsumowania stycznia! Jako pierwsze wybrałam nowości, bo na to zawsze najchętniej zerkam na innych blogach, więc pomyślałam sobie, że przy niedzielnej kawce miło będzie popatrzeć (zwłaszcza na pierwszą część ;)) na kilka pierdółek, które zasiliły moje zapasy kosmetyczne w ubiegłym miesiącu. A co, chwalę się ;))

***
KOLORÓWKA


Po pierwsze i chyba najważniejsze - również i ja uległam czarowi przepięknej palety Urban Decay Naked 2. Tym bardziej, że tuż po jej premierze w polskiej Sephorze rozpętał się isnty szał na blogach i każdy kolejny post tylko potęgował moje chciejstwo. Regularna cena 189zł raczej nie przyspieszała bicia mojego serca, ale postanowiłam zorganizować na blogu wyprzedaż i tym sposobem zebrałam część funduszy na ten jakże szczytny cel ;) Dodatkowo udało mi się skorzystać ze zniżki z Sephorze i za paletę zapłaciłam ok.150zł. Zawsze to trochę lepiej :)

Pytanie (retoryczne?), czy chcecie swatche tej palety? Będą na pewno, ale pytanie, czy czekać z nimi do recenzji, czy chcecie zobaczyć je od razu? :)


Kolejnym produktem, upolowanym w bardzo okazyjnej cenie jest słynna Hervana od Benefitu, którą kupiłam na wyprzedaży u Agaty, co ma nosa. To była szybka decyzja - i słusznie! Niejedna z Was ostrzyła sobie na nią ząbki, ale jest moja, moja, tylko moja! :))


Lakiery, to sprawa oczywista! Nie ma miesiąca, żeby coś nowego nie wpadło do mojego pudełka i zwykle nie są to samotne egzemplarze. Od lewej patrząc mamy Bell Air Flow (o ile dobrze pamiętam numerek z opakowania, to chyba jest to "ósemka"; 6zł), który mam dzięki uprzejmości Sylwii (Lacquer Maniacs), która pospieszyła na zakupy do swojej Biedronki ;)

Dalej mamy Essie After Sex, czyli cudowną czerwień z shimmerem, którą dostałam w spadku od Stefi (i znowu Cię pozdrawiam na blogu! ;)). Kolejne dwa Essie, to Tourquoise & Caicos oraz Jamaica Me Crazy (już go mam na paznokciach!), które kupiłam, korzystając z promocji w Hebe (26zł/szt.). Natomiast ten cudak po prawej stronie to słynny 969 (696?) z Inglota, czyli miętka, od której zaczęło się moje pożądanie do wszystkiego, co miętowe (7zł na wyprzedaży u Lilesly Inspirations).


Kolejne promocyjne zdobycze kolorówkowe, to kupiony w Rossmanowskiej promocji -40% na podkłady (bo jakże by inaczej!) Rimmel Match Perfection, który zbiera ostatnio same pochwały. No cóż, miałam kupić Bourjois Healthy Mix, ale w Rossmanie, do którego weszłam, nie było szafy Bourjois, a miałam podły dzień i postanowiłam wypróbować ten "hit". Nie wiem, czy zostanie moim ulubieńcem, na razie mam mieszane uczucia, ale mimo to sięgam po niego całkiem chętnie. Będzie, co ma być - za 22 zł mogę go testować :)

W styczniu do mojej kosmetyczki wpadło również kilka produktów do ust - między innymi osławiony już Lip Tint z Bell w kolorze 05 (piękny, intensywny róż; 10zł), a także dwa ostatnie hity marki Revlon, czyli Balm Stain Just Bitten Kissable w kolorze 020 Lovesick (30zł) oraz Lip Butter w kolorze Sweet Tart (23zł). Oba Revlony, kupiłam w szalonej promocji w Hebe -40% na całą markę :)

Takie promocje, to ja rozumiem! :)

***
PIELĘGNACJA


Przede wszystkim uzupełniłam zapas naszego ulubionego mydełka w piance z Bath & Body Works z linii Sweet Pea (20zł w promocji). Zarówno ja, jak i mój M. uwielbiamy tę piankę i po wykończeniu poprzednich dwóch kupiłam kolejną. Mam ochotę jeszcze na wersję Twilight Woods, ale jeszcze przyjdzie na to pora :)

Ponadto ponowiłam zakup obu zimowych wersji żeli pod prysznic z Original Source (ok.8zł/szt.). Obie wersje bardzo przypadły nam do gustu i pierwsze butelki zużyliśmy w mgnieniu oka. Te na razie czekają na swoją kolej, ale sądzę, że ta rozłąka nie potrwa długo ;)


Wszystkie tak chwaliłyście płyn micelarny Be Beauty, który pojawił się w Biedronce, że nie mogłam sobie darować tego zakupu, kiedy już w końcu udało mi się dopaść jakiś sklep tej marki. Niby są na każdym kroku, ale jakoś nigdy nie miałam żadnej po drodze, poza jedną małą i zaopatrzoną tylko w bardzo podstawowe produkty. Żeby mu nie było smutno, przygarnęłam też mój ukochany żel micelarny Be Beauty, bo dawno go już nie miałam. Oba produkty to koszt rzędu 5zł :)


Odkąd nawiązałam współpracę z Lirene w końcu zwróciłam uwagę na tę markę, która dziwnym trafem do tej pory umykała mojej uwadze. Mam do niej spore zaufanie, dlatego wystarczyło tylko jedno polecenie względem każdego z powyższych produktów, żeby znalazły się w moim koszyku. Płyn micelarny (ok.10zł) kupiłam pod wpływem pozytywnej recenzji u Sylwii z Lacquer Maniacs, peeling drobnoziarnisty (ok.13zł) kupiłam zachęcona zachwytami (słusznymi!) Gosi z Beauty Fascination, a peeling enzymatyczny (ok.16zł) poleciła mi Aneta z Kosmetycznej Krainy (vel. Kosmetyczne Przemyślenia Anety vel Milena81 - moja droga, jak to z Tobą w końcu jest :D)


Jedwab z Biovax, to dość oczywisty wybór - bardzo go lubię i chętnie po niego sięgam, również ze względu na wygodną buteleczkę. Lubię mieć jeden w zapasie, bo nigdy nie wiadomo, kiedy wykończę buteleczkę, więc korzystając z promocji porwałam jeden kartonik za jakieś marne 5zł :)

Tak chwaliłyście te nowe masełka do ust z Nivea, że jako maniaczka mazideł pielęgnacyjnych nie mogłam nie skusić się na nie, jak tylko (w końcu) natknęłam się na nie w Rossmanie! 10zł za pachnącą malinową mambą przyjemność, to bardzo przyzwoity pieniądz ;)

***
WSPÓŁPRACA


W styczniu zgodziłam się również na współpracę z marką AA, która za pośrednictwem Marty obdarowała mnie górką kosmetyków do pielęgnacji twarzy. Tym samym ogłaszam, że ja i mój zapas kremów do twarzy mamy się dobrze i będzie tak zapewne przez najbliższe dwa lata licząc pozostałe posiadane egzemplarze ;)

Żel do twarzy już testuję, a kremy (na dzień, na noc, pod oczy) pójdą w ruch, jak tylko wykończę nieśmiertelne kremy z Pharmaceris (których używam od września, a one ciągle są i są ;)). Ciekawa jestem jak moja cera polubi te produkty, ponieważ z AA używałam do tej pory tylko żelu do twarzy i kremu pod oczy, których recenzje wkrótce również pojawią się na blogu, bo powoli dobijam w nich dna :)

No! I to było na tyle przyjemności! W lutym nie planuję większych zakupów ani pielęgnacyjnych, ani kolorówkowych (poza lakierami!), bo w tym roku staram się zużywać zapasy (co nie obejmuje lakierów ;)). Zresztą pierwszą odsłonę tegorocznego denka zobaczycie na blogu już wkrótce, a ma się czym chwalić! :)

A jak tam Wasze zakupy? Upolowałyście coś, z czego szególnie jesteście zadowolone? :)
K.
Czytaj dalej

środa, 23 stycznia 2013

Ulubieńcy roku 2012 - pielęgnacja

Cześć Dziewczyny!

Przyszła pora na drugą część ulubieńców roku 2012 (pierwsza część - kolorówka TUTAJ), tym razem pokażę Wam kilka kosmetyków, które urzekły mnie w sferze pielęgnacji. Przyznam szczerze, że miałam niemały problem z ich wyrożnieniem, ponieważ kosmetyki pielęgnacjne zmieniam stosunkowo często. Do niektórych wracam częściej, do innych rzadziej, a czasami mimo owocnej znajomości nie jestem w stanie wrócić do nich w tym samym roku, ze względu na spore zapasy i chęć wypróbowania nowości. Mimo to wybrałam kilkanaście kosmetyków, które w ubiegłym roku dały mi się zapamiętać w sposób szczególny - czasami wyróżniałam markę, czasami rodzaj produktu, ale częściej starałam się wyróżnić jednak konkretny kosmetyk.

Zresztą, dość tych wstępów! Wszystkiego dowiecie się czytając ciąg dalszy :)

***
PIELĘGNACJA CIAŁA


Po pierwsze balsamy z Bath & Body Works, które urzekły mnie bogatym wyborem zapachów i bardzo dobrymi właściwościami pielęgnacyjnymi. Wprawdzie warto po raz kolejny wspomnieć, że moja skóra nie należy do najbardziej wymagających, a mój nos jest mocnym flirciarzem i wiele zapachów jest w stanie go uwieść, to jednak uważam te produkty za naprawdę niezłe kosmetyki, na które warto zwrócić uwagę. Może składy nie powalają, ale nie tylko to się liczy w życiu. Czasami do szczęścia wystarczy obezwładniający zapach i przyzwoite właściwości. Niedługo postaram się przybliżyć Wam zarówno same produkty, jak i moje ulubione linie zapachowe tej marki.

W ubiegłym roku używałam wielu balsamów i masełek do ciała i wiele z nich bardzo mi się podobało, jednak te powyższe na tyle oczarowały mnie swoimi zapachami, że to właśnie te produkty postanowiłam wyróżnić w tej kategorii, choć gdyby nie bogactwo zapachów, mogłabym równie dobrze wyróżnić mleczka do ciała z Bielendy i Biotherm.


Żel + oliwka pod prysznic z oliwką z mango od Lirene, to mój niekwestionowany hit prysznicowy. Ten żel zabierałam do kąpieli chyba najczęściej ze wszystkich w ubiegłym roku. Miałam również wersję z bawełną, ale chyba minimalnie bardziej przypadło mi do gustu mango. Jest to produkt, którego zakup z pewnością będę ponawiać co jakiś czas. Aktualnie mam jeszcze dwie butelki w zapasie :) Pełną recenzję tego produktu znajdziecie TUTAJ.

Żele pod prysznic z Original Source, to kolejne produkty pod prysznic, które za każdym razem uwodzą mój kochliwy nos. Pomimo szerokiego wyboru opcji zapachowych, najbardziej do gustu przypadła mi wersja śliwka + syrop klonowy, z najnowszej, zimowej edycji żeli. Lubię produkty tej marki za to, że nie tylko umilają kąpiel zapachem, ale również dobrze oczyszczają skórę jednocześnie jej nie przesuszając.


Jeśli chodzi o kremy do rąk, to w tej kategorii zdecydowanie przodują kremy z Isany. Równie dobrze sprawdziły się u mnie wersje migdałowa i z kwiatem pomarańczy. Ostatnio polubiłam również wersję z mocznikiem, którą traktuję jako treściwy krem do rąk na noc. Szkoda tylko, że większość najbardziej atrakcyjnych zapachowe wersji to edycje limitowane, dlatego wyróżniam kremy tej marki jako ogół, ponieważ, te, których do tej pory używałam miały zbliżone właściwości pielęgnacyjne.

***
PIELĘGNACJA TWARZY


Kolejnym megahitem w pielęgnacji jest dla mnie duet kremów z Pharmaceris. Bardzo dobrze sprawdziły się, kiedy moja twarz borykała ze wzmożonym atakiem nieprzyjaciół i dziwnych podskórnych gul. Krem na dzień całkiem nieźle utrzymuje nawilżenie i delikatnie wspomaga matowienie cery, natomiast krem z kwasem migdałowym, który stosowałam na noc, świetnie trzymał moją cerę w ryzach i usprawniał gojenie się wszelkich niespodzianek, które ośmieliły się pojawić na mojej twarzy. Jakby tego wszystkiego było mało te dwa gagatki są chyba najbardziej wydajnymi kremami, które miałam okazję stosować. Używam obu codziennie od września i ciągle jeszcze je mam! Już drugi miesiąc patrzę na nie podejrzliwym okiem, sądząc, że kolejne użycie będzie tym ostatnim, a one ciągle są i są... ;)

O obu kremach szerzej pisałam TUTAJ i TUTAJ.


Tonik z Lirene, to dla mnie chyba największe odkrycie ubiegłego roku w kategorii pielęgnacji! Absolutnie uwielbiam ten tonik i jak tylko wykończyłam pierwszą buteleczkę, to z miejsca ruszyłam do sklepu po kolejną! Gdyby nie konieczność wykańczania zapasów, to już nigdy nie użyłabym żadnego innego produktu! :) Zresztą wszelkie zachwyty przeczytacie w recenzji TUTAJ.

Płyn micelarny Bioderma H2O, to już produkt kultowy w blogosferze. Jedne z Was go kochają, inne nienawidzą, ale nie da się zaprzeczyć, że jest to produkt, który każdy chce wypróbować. Ja zdecydowanie należę do tej pierwszej grupy. Płyn nie podrażnia moich oczu i świetnie radzi sobie z demakijażem. Bez większych problemów zmywa większość moich kosmetyków do makijażu.

W kategorii kremów pod oczy nadal szukam ideału, ale tym, po który sięgałam najczęściej jest żel ze świetlikiem z Flos-Lek. Świetnie odświeża po nieprzespanej nocy (zwłaszcza schłodzony w lodówce!), a w połączeniu z delikatnym masażem jest w stanie zdjąć opuchliznę pod oczami. To mój faworyt jeśli chodzi o poranne sytuacje kryzysowe! :)


W ubiegłym roku stosowałam wiele różnych żeli do mycia twarzy, ale zawsze najchętniej wracałam do tego micelarnego z Biedronki! Dla mnie jest idealny i wszystkie zachwyty już dawno wyraziłam w TYM poście. Będę go używać dopóki będzie dostępny. Ponownie - gdyby nie zapasy, to przypuszczam, że używałabym tylko tego produktu ;)


Nad maską Catastrophe Cosmetic zachwycałam się całkiem niedawno, więc powtórzę tylko, że chyba jeszcze nigdy nie miałam maski do twarzy, po której efekty byłyby tak dobrze i tak szybko widoczne! Nie mogę się doczekać, aż w końcu Lush otworzy swoje podwoje w Polsce. Więcej na temat tej maski poczytacie TUTAJ.


W pierwszej połowie roku zachwycałam się maską oczyszczającą z glinką szarą z rodzimej Ziaji. Nadal bardzo lubię ten produkt i chętnie do niego wracam, choć ostatnimi czasy próbowałam masek z innych firm, to jednak ta nadal stoi na podium masek gotowych do użycia. Bardzo dobrze oczyszcza moją cerę, a stosowana regularnie ogranicza nieco przetłuszczanie. Więcej przeczytacie TUTAJ.

***
PIELĘGNACJA WŁOSÓW


Szampon Equilibra z 20% zawartością aloesu chyba najbardziej podpasował mojej czuprynie. Świetnie oczyszcza zarówno włosy, jak skórę głowy, a także - stosowany regularnie - nieco łagodzi nieco podrażnienia. Wysoka zawartość aloesu łagodzi ewentualne negatywne działanie ALS, czyli detergentu, zastosowanego, zamiast SLS/SLES.

Maska/odżywka do włosów z aloesem i hibiskusem z Alverde, to produkt, który fantastycznie sprawdza się na moich włosach! Pięknie je zmiękcza, nabłyszcza i pielęgnuje. Żałuję tylko, że nie jest u nas ogólnodostępny. Więcej postaram się napisać o nim wraz z recenzją szamponu i odżywki z tej samej linii.


Maski z Bingo Spa, to kolejny produkt, który moje kapryśne włosy wyjątkowo polubiły. Stosowane z umiarem nadają im piękny błysk i niesamowitą miękkość. Mam też wrażenie, że efekty masek są na moich włosach dużo bardziej widoczne, niż efekty namiętnie nakładanych olejów różnej maści. Wspominałam już, że moje włosy są kapryśne? ;)


Jedwabie w ogóle, to produkt, do którego wróciłam po dłuższej przerwie. Sama nie wiem, czemu tyle czasu byłam na nie obrażona, ale teraz sama widzę, jak dobrze sprawują się, jeśli chodzi o zabezpieczanie końcówek. Moje włosy, są dzięki nim w dużo lepszym stanie i ładniej się prezentują pomiędzy kolejnymi wizytami u fryzjera. Produkty widoczne na powyższym zdjęciu, to produkty marek CHI, Biovax i Marion. Żaden z nich nie posiada w składzie alkoholu, więc jeśli tylko Wasze włosy nie reagują paniczną reakcją na silikony, które przecież czasami są wręcz wskazane, to możecie być pewne, że te produkty powinny się u Was spisać w 100%.

No cóż, w pielęgnacji to by było na tyle. Niektóre produkty były większymi hitami, inne mniejszymi, ale myślę, że każdy z nich zasłużył na to, żeby się w tym zestawieniu znaleźć. O tych, o których jeszcze nie pisałam postaram się prędzej czy później "spreparować" jakiś post. W pierwszej kolejności na pewno zajmę się produktami Bath & Body Works, o których opisy wielokrotnie mnie prosiłyście. A na dobry początek wkrótce ogłoszę minikonkurs dla dotychczasowych obserwatorów, którzy wyrażą chęć zapoznania się z tą marką :)

I jak podobają się Wam moim pielęgnacyjni ulubieńcy? Popieracie mój wybór, a może wręcz przeciwnie? Co byście dodały lub ujęły z tego zestawienia? :)
K.
Czytaj dalej

środa, 8 lutego 2012

Styczniowe denka!

Witajcie!

Muszę przyznać, że mój "niby-projekt-denko" ma się całkiem nieźle i z satysfakcją informuję Was, że to kolejny miesiąc, w którym utrzymałam wysoką liczbę zużyć! Wprawdzie średnio ma się to do ilości kosmetycznych zakupów, ale na szczęście większość tych rzeczy, oczywiście poza nieszczęsną kolorówką, kończy się w równie szybkim tempie, w jakim mi ich przybywa... :) Jak zwykle najwięcej tu pielęgnacyjnych wykończeń, ale jest to również kolejny miesiąc, w którym zużyłam coś z kolorówki, w dodatku zapowiada się, że w lutym prawdopodobnie wykończę kolejny produkt tego typu, więc grunt, że idzie do przodu! :D

Ilość wykończonych produktów w miesiącu styczniu, to ponownie 11! Oto one...

Oriflame - Pure Nature - Arnica & Aloe Vera
1. Pure Nature, żel do mycia twarzy z aloesem i arniką; Oriflame (150ml - cena regularna 24,90zł).
Jedno należy mu przyznać... Ten żel był mega, mega, mega wydajny! Używałam go niemalże codziennie co najmniej od kwietnia lub maja 2011 roku i ciągle nie było widać końca... Pod koniec listopada wydawało mi się, że już, już będzie denko i nawet zakupiłam jego następcę, a ten łobuz wystarczył mi jeszcze na jakieś 1,5 miesiąca! Mało tego, przez jakieś 2-3 tygodnie miałam do niego wspólnika w postaci mojego mężczyzny, a żel nadal pozostał "niewzruszony"... :) A co do jakości? Całkiem niezły żel, dobrze oczyszczał twarz, raczej nie powodował u mnie ściągnięcia skóry. Właściwie czego chcieć więcej? Póki co nie wrócę do niego, ale tylko dlatego, że po tak długim czasie zapragnęłam odmiany - aktualnie jego zamiennik stanowi popularny żel micelarny Be Beauty.
Jako ciekawostkę dodam, że pozostałe kosmetyki z tej rodzinki, zakupione w tym samym czasie co żel zużyłam w listopadzie (KLIK).



Original Source - Watermint & Lemon Grass
 2. Żel pod prysznic z miętą i trawą cytrynową; Original Source (250ml/9,90zł).
Żel otrzymałam jako gratis do rossmanowych zakupów pod koniec grudnia. Tą wersję w ilości sztuk dwie dostał mój chłopak z racji tego, że zakupiłam dla siebie dwie słodkie wersje OS, ale będąc u niego chętnie sięgałam po ten żel z uwagi na jego świetny, świeży zapach. Zastanawia mnie tylko jedno... Czy on jest tak kiepsko wydajny, że po trzech tygodniach nie było po nim śladu, czy mam już podejrzewać mojego mężczyznę o zjadanie go w ilościach hurtowych (jak i innych żeli, które znikają u niego w tempie zastraszającym :D)? Moje OS stoją sobie grzecznie na wannie i ubywają baaaardzo powoli... Albo ja tak rzadko bywam w domu... :D
Ale jeszcze o samych właściwościach żelu - pięknie pachnie, dobrze oczyszcza skórę, raczej nie wysusza skóry - zdarzyło mi się nie nałożyć po nim balsamu i krzywda mi się nie działa... Już niedługo wykończymy kolejną jego buteleczkę! A w kolejce już czekają wielkie butle żeli z Oriflame... :)

Oriflame - Nature Secrets - Wheat & Coconut
3. i 4. Nature Secrets, odżywka (250ml/ok.8-10zł) i szampon (400ml - cena regularna 18,90zł) z pszenicą i kokosem; Oriflame.
To jedna z dwóch moich ulubionych serii do włosów dostępnych w Oriflame. Uwielbiam ją ze względu na zapach i zużyłam już całkiem pokaźną ilość buteleczek, zarówno szamponu, jak i odżywki. Chociaż tej drugiej musiało być u mnie więcej, bo każda odżywka znika u mnie w domu mniej więcej w tak szalonym tempie, jak żele pod prysznic u mojego M. :))
Szampon bardzo dobrze oczyszcza włosy, zostawia na włosach lekki zapach, który utrzymuje się na nich przez parę godzin. Zawiera w składzie SLS, a ja z ciekawości na reakcję moich włosów przerzuciłam się aktualnie na szampon z Alterry, który SLS nie zawiera, mimo to myślę, że raz na jakiś czas skuszę się na ten szampon, bo moje włosy nawet go lubią.
Jeśli chodzi o odżywkę, to hmm... jest po prostu ok. Cudów na głowie nie robi, ale dopóki nie wypróbowałam odżywki z Isany, nie wiedziałam, że takowe są jednak w zasięgu ręki... ;) Do szamponu wrócę na pewno, a z odżywką jeszcze zobaczymy...

Oriflame - Oxygen Boost - Foundation

5. Oriflame Beauty, Oxygen Boost, dotleniający podkład; Oriflame (30ml - cena regularna 42,90zł).
Próbowała wielu podkładów z Oriflame, ale po każdej zdradzie wracam do tego łobuza. Nie jest podkładem idealnym, ale na mojej buzi, póki co sprawdza się najlepiej. Mógłby być nieco trwalszy i bardziej wspomagać matowienie cery, ale za to zadowala mnie pod względem krycia i wyboru kolorów. Moja cera wygląda w nim dość naturalnie, nie wskazując na to, że mam podkład na buzi... Łatwo się rozprowadza i nawet nakładany palcami idealnie stapia się ze skórą. Dodatkowo ma wygodne opakowanie z pompką. A jeśli chodzi o właściwości dotleniające? No nie wiem... Chyba nie ma sposobu, żeby to ocenić, prawda? Niezły chwyt marketingowy - reklama na coś, czego nie można ocenić gołym okiem... :) Lubię go, mam już następny, aczkolwiek czaję się na dobrą promocję na osławiony żelowy podkład z Rimmel. Ciekawa jestem, czy zdetronizuje Oxygen Boost?


Ziaja - maska oczyszczająca z glinką szar


6. Maska oczyszczająca z glinką szarą; Ziaja (7ml/1,50zł).

Kupiłam ją z ciekawości, długo zwlekałam z użyciem, ale gdy już się zebrałam, to baaaardzo się z nią polubiłam. Już kupiłam następną i na pewno będę często do niej wracać! Coś czuję, że wszelkie glinki w tubkach pójdą w odstawkę! Niedługo recenzja...







Crystal Essence - Pomergranate Roll-On




7. Crystal Essence - dezodorant w kulce o zapachu granatu (66ml/ok.16zł).
Recenzja tego produktu pojawiła się już na blogu TUTAJ. Zachęcam do przeczytania.












8. Truskawkowa odżywka do włosów; Joanna (100ml/ok.5zł).
Kupiona raczej dla kaprysu z powodu zapachu. Wiele od niej nie oczekiwałam i dlatego też się nie zawiodłam. Po prostu zwykła odżywka, ułatwiająca rozczesywanie włosów.

9. Hair X Pure Balance - odżywka do włosów; Oriflame (250ml - cena regularna 12,90zł).
Całkiem niezła odżywka, której używałam od długiego czasu wymiennie z odżywkami z innych serii Hair X. Ta jednak działała na moje włosy najlepiej - były po niej lekkie i nie plątały się. Jednak od pewnego czasu przestałam widzieć efekty. Teraz używam odżywki z Alterry.

10. Truskawkowy peeling myjący; Joanna (100ml/ok.5zł).
Kolejny kaprys, który zaowocował (dobre słowo w tym miejscu) całkiem niezłym peelingiem o przyjemnym zapachu. Chętnie wypróbuję inne wersje zapachowe.

11. Nailty, zmywacz do paznokci z Biedronki (250ml?/ok.4zł).
Zdjęcia brak, ponieważ mama wyrzuciła go przed sesją fotograficzną... ;)
Bardzo przyzwoity zmywacz do paznokci, zresztą bardzo popularny na blogach. Wydaje mi się, że krzywdy mi nie robił, a ze zmywaniem radzi sobie dobrze. Oczywiście nad wszelkimi brokatami trzeba się trochę pomęczyć, ale od czego jest sposób na zmywania za pomocą folii aluminiowej?!
Teraz kupiłam zmywacz z Isany, ale tylko dlatego, że byłam tam szybciej niż w Biedronce.

To by było na tyle, jeśli chodzi o styczniowe zużycia! Wkrótce post podsumowujący styczniowe zdobycze!
K.
Czytaj dalej
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Blog template designed by SandDBlast