Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pędzle do makijażu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pędzle do makijażu. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 23 czerwca 2015

Pędzlem Malowane: Real Techniques - Powder Brush & Foundation Brush

Pędzle Real Techniques towarzyszą mi już od około roku. Do tej pory byłam w znacznej większości zadowolona z ich jakości, dlatego chętnie sięgnęłam po kolejne, nowe w mojej kosmetyczce, modele. Kiedy więc kolejny raz miałam możliwość powiększyć swoją pędzlową gromadkę, zdecydowałam się na pędzel do pudru (PowderBrush) oraz języczkowy pędzel do podkładu (Foundation Brush).


Pędzle Real Techniques zachowują spójny design – wszystkie mają kolorowe aluminiowe rączki, jednak poszczególne linie różnią się między sobą w zależności od przeznaczenia. I tak pędzle o pomarańczowych trzonkach są przeznaczone do korektora, podkładu, bronzera lub pudru, pędzle o fioletowych rączkach przeznaczone są do oczu, natomiast te różowe to pędzle przeznaczone do wykończenia makijażu – tak jak słynny Blush Brush, czyli w założeniu pędzel do różu, czy Setting Brush do rozświetlacza, aczkolwiek mamy tutaj również jednego rodzynka do podkładu, czyli tzw. skunksa.


Charakterystyczne dla Real Techniques jest to, że włosie większości pędzli jest wykonane z syntetycznego włosia taklon, które jest szalenie mięciutkie i bardzo przypomina w dotyku włosie naturalne. Nie inaczej jest w przypadku pędzla do pudru. Powder Brush jest bardzo obszernym pędzlem, który świetnie sprawdzi się z pudrami pyłkowymi, aczkolwiek ja używałam go z powodzeniem również do pudrów w kamieniu i tylko przy końcówce pudru miałam problem z nabieraniem produktu i potrzebowałam zmienić pędzel na mniejszy. Do tej pory chyba jeszcze nigdy nie miałam tak obszernego pędzla, dlatego bardzo doceniam to, jak wygodny jest w użytkowaniu. Wystarczą dosłownie 2-3 muśnięcia pędzlem zanurzonym w pudrze, żeby buzia była w pełni omieciona produktem. Później tylko drobne poprawki w newralgicznych miejscach i jestem gotowa do wykonywania dalszego makijażu.


Powder Brush, mimo swoich rozmiarów, nie nabiera za dużo produktu, a nawet jeśli, to każdy nadmiar z łatwością daje się z niego strząsnąć. Pędzel w ogóle nie sprawia problemów przy czyszczeniu i bardzo łatwo się dopiera, a do tego naprawdę szybko schnie! Wyprany wieczorem, rano jest już gotowy do użycia. Moim zdaniem, przy tych rozmiarach, to bardzo dobry wynik!


Drugim pędzlem, który ostatnio miałam okazję wypróbować był Foundation Brush w formie ściętego języczka. I od razu przyznam się, że tutaj nie będzie za dużo chwalenia. Nie zrozumcie mnie źle, to nie jest zły pędzel, ale ja chyba po prostu nigdy nie polubię takiego formatu pędzla. Zwyczajnie nie mam do nich cierpliwości, bo ani nie są najbardziej miękkie, ani też najbardziej pomocne w szybkim nakładaniu makijażu. Po pierwsze, pędzel teoretycznie jest w miarę miękki i nie powinien drażnić skóry, ale jednocześnie jest też stosunkowo sztywny i mało elastyczny, dlatego jednak trudno mi, będąc przyzwyczajoną do mięciutkich, puchatych pędzelków, przestawić się na taki kształt i takie włosie. Foundation Brush wprawdzie radzi sobie z aplikacją podkładu, ale ta czynność zajmuje mi niestety dużo więcej czasu, niż przy użyciu pędzli typu round top czy flat top, a dodatkowo zdarza mu się smużyć. Po kilku użyciach wróciłam do moich sprawdzonych pędzli – Buffing Brush z zestawu Core Collection i Expert Face Brush (oba pędzle również z Real Techniques). Nie chciałam jednak, żeby ta opinia była całkowicie subiektywnie-negatywna (choć braku sympatii dla takiej formy pędzla, mimo szczerych chęci, jednak nie przeskoczę), więc znalazłam dla niego trochę inne zastosowanie. Okazało się, że języczek bardzo fajnie radzi sobie z aplikacją podkładu w miejsca trudniej dostępne dla większych pędzli, a więc pod oczami, na skrzydełkach nosa czy na linii włosów, gdzie warto zadbać o precyzję.

Z pewnością jego sporą zaletą jest szybki czas schnięcia, natomiast zaskakujący okazał się fakt, że Foundation Brush tak naprawdę wymaga sporo uwagi, żeby dokładnie go doprać z resztek podkładu. Mimo jego niewielkich rozmiarów, dość mocno wchłania produkt, dlatego nie polecam odkładania prania do wieczora. Najlepiej zrobić to od razu po użyciu.


Oba modele, a także inne pędzle Real Techniques kupicie w sklepie internetowym Kosmetykomania. Za pędzel do pudru zapłacicie 62,90 zł, natomiast za pędzel do podkładu 41,90 zł.


***
Pędzel do pudru polecam każdemu bez wyjątku, natomiast pędzel do podkładu mogłabym polecić w dwóch przypadkach – jeśli lubicie języczkową formę pędzla lub jeśli zależy Wam na pędzlu, który pomoże Wam w precyzyjnej aplikacji podkładu w trudniej dostępnych miejscach. W przeciwnym razie, zdecydowanie bardziej zadowolą Was inne modele tej samej marki, o których chętnie napiszę przy innej okazji.

Karolina

Czytaj dalej

wtorek, 4 lutego 2014

Lily Lolo - podkłady mineralne China Doll i Warm Peach + pędzel Super Kabuki

Cześć Dziewczyny!


Po krótkiej przerwie wracam do Was z recenzją, na którą sporo z Was czekało, a którą ja odkładałam od dłuższego czasu z bliżej nieokreślonych powodów. W końcu współpraca firmą Costasy zmotywowała mnie do zebrania moich myśli i przelania ich tu, na blogu, dlatego dzisiaj możecie przeczytać jak sprawdzają się u mnie podkłady mineralne Lily Lolo w kolorach China Doll i Warm Peach :)





Podkładu mineralnego z Lily Lolo używałam już w 2012 roku od jesieni. Generalnie byłam z niego bardzo zadowolona i przez dłuższy czas spisywał się bez zarzutu solo, jednak po dłuższym czasie, moja skóra przestała utrzymywać ładny mat i niestety wróciła do przetłuszczania się. W tamtym czasie mój puder matujący z Synergen zupełnie nie chciał współpracować z podkładem, dlatego ostatecznie odstawiłam minerałki na rzecz klasycznych podkładów, ale co jakiś czas wracałam jeszcze do mojego Warm Peach. Kiedy więc odezwała się do mnie Pani Aleksandra z propozycją współpracy, mając w pamięci dobre wrażenie, jakie wywarł na mnie mój pierwszy kontakt z kosmetykami Lily Lolo i moje mimo wszystko pozytywne doświadczenia, zgodziłam się i po wymianie kilku maili udało nam się ustalić jakie produkty przetestuję. Wybrałam między innymi podkład mineralny - tym razem w odcieniu China Doll, nieco jaśniejszy i znacznie bardziej neutralny, niż Warm Peach, ale nadal pozostający w odrobinę żółtawej tonacji. Jako uzupełnienie - Pani Aleksandra zaproponowała mi puder matujący Flawless Matte (recenzja KLIK). I takie połączenie okazało się strzałem w dziesiątkę! :)



KOLOR:

China Doll, to jasny, beżowy kolor, z dosłownie odrobiną żółtawych tonów. Według producenta, jest to odcień neutralny. Powinien pasować wielu bladolicym, którym zależy na dobrym, mineralnym podkładzie bez różowych tonów.

Warm Peach, to odcień nieco ciemniejszy, choć nadal dość jasny, z wyraźnie wybijającymi się żółtawymi tonami. Pięknie neutralizuje lekkie zaróżowienia cery i sprawia wrażenie, że koloryt skóry jest mocno ujednolicony. Nieco lepiej, niż China Doll radzi sobie z kryciem krostek o różowym lub czerwonym zabarwieniu.





KONSYSTENCJA:
Podkład ma formę proszku, jednak nie jest on zupełnie sypki i pylący. Wysypując go na pokrywkę widać, że zbija się on w małe grudki, które bez trudu rozbijają się pod wpływem nacisku pędzla lub dotyku. Proszek sprawia wrażenie odrobinę wilgotnego.


SPOSÓB APLIKACJI:

Sposobów na aplikację podkładu mineralnego jest kilka, ale ja preferuję nakładanie go na sucho za pomocą pędzla. Wcześniej używałam w tym celu flat topów, choć zdarzyło mi się również sięgnąć po round top. Teraz jednak miałam okazję przetestować go w połączeniu z pędzlem Super Kabuki od Lily Lolo. Muszę przyznać, że różnica w aplikacji jest odczuwalna i choć nie jest to niezbędnik, to warto rozważyć zakup odpowiedniego pędzla wraz z podkładem, ponieważ kabuki dużo lepiej zbiera proszek, nie pyli tak bardzo podczas aplikacji, jak pędzle z krótszym włosiem, a ponadto jest delikatniejszy w kontakcie ze skórą, co jest ważne szczególnie jeśli Wasza skóra nie znosi wszelkiego rodzaju pocierania :)

Kabuki świetnie zbiera podkład i bardzo łatwo o wmasowanie odrobiny proszku w pędzel, ponieważ włosie idealnie rozkłada się w pokrywie podkładu, na którą wysypuję porcję, którą chcę zaaplikować na twarz. Następnie należy otrzepać pędzel z nadmiaru proszku i rozpoczynamy nakładanie. W miejsca, które chcę mocniej przykryć podkład nakładam wklepując go, natomiast pozostałe miejsca omiatam kolistymi ruchami. Podkład mineralny dobrze jest aplikować w kilku cienkich warstwach, aby uniknąć przesadnie pudrowego efektu, a jednocześnie zbudować pożądane krycie. Jeśli chcecie nieco złagodzić pudrowy efekt na twarzy, to po zakończeniu makijażu możecie spryskać twarz odrobiną wody termalnej :)




KRYCIE:
Ten aspekt można stopniować i jest on również zależny poniekąd od sposobu aplikacji podkładu, a także od rodzaju problemów, jakie chcemy ukryć. Podkład pięknie wyrównuje koloryt cery. O ile China Doll rzeczywiście jest bardziej neutralny pod względem krycia i łagodzenia ewentualnych zaczerwienień cery, tak już Warm Peach świetnie sobie radzi z ich neutralizowaniem. Z drobnymi, niezbyt zaczerwienionymi wypryskami poradzi sobie albo dodatkowa warstwa podkładu w problematycznym miejscu, nałożona płaskim, języczkowym pędzelkiem lub wklepana opuszkiem (szczególnie w przypadku Warm Peach), jednak te większe będą wymagały dodatkowej warstwy korektora, zaaplikowanej pod podkład lub między jego warstwy. U mnie wszystko zależy od aktualnego stanu cery, jednak najczęściej nie jestem w stanie zrezygnować z korektora.



TRWAŁOŚĆ:
Początkowo obawiałam się nieco trwałości podkładów mineralnych, jednak okazało się, że zupełnie niesłusznie. Szczerze powiedziawszy, często mam wrażenie, że trzymają się one na mojej skórze lepiej, niż produkty płynne i choć z czasem krycie nie jest już tak intensywne, to jednak wieczorem najczęściej nadal jestem zadowolona z wyglądu mojego makijażu i nie czuję potrzeby dokonania większych poprawek przed wieczornym wyjściem poza ewentualnym zmatowieniem twarzy. Podkład mineralny nie ściera się z mojej twarzy tak mocno, jak zwykłe płynne podkłady, zwłaszcza pod wpływem dotyku (a nad tym niestety nie umiem zapanować, więc potrzebuję cierpliwego kosmetyku ;)).


OPAKOWANIE I WYDAJNOŚĆ:
Produkt, typowo dla Lily Lolo, umieszczono w plastikowym słoiczku, z możliwością zamykania sitka, podobnie jak w przypadku róży, rozświetlacza, czy pudru. Opakowanie zawiera 10 g podkładu, co jest naprawdę sporą pojemnością i wystarcza na kilka dobrych miesięcy codziennego korzystania. Jeśli chodzi o Warm Peach, to korzystałam z niego regularnie co najmniej przez 3 lub 4 miesiące i jeszcze trochę mi go zostało, wobec czego cena wydaje się być mimo wszystko dużo bardziej znośna.


CENA/DOSTĘPNOŚĆ:
Cena regularna produktu wynosi 72,90 zł i możecie go kupić na stronie polskiego dystrybutora produktów Lily Lolo - Costasy. Stacjonarnie możecie go kupić również na wyspie Costasy, znajdującej się w Galerii Mokotów, między salonem Mac a Sephorą.

SKŁAD CHINA DOLL
SKŁAD WARM PEACH
Poniżej zamieszczam swatche poszczególnych kolorów oraz ich porównanie z cieniem mineralnym Cream Soda, który stosowałam w roli korektora, a o którym również wkrótce napiszę :) Jak widać, różnica pomiędzy Warm Peach, a China Doll jest zdecydowana, dlatego China Doll okazał się być lepszym wyborem, jeśli chodzi o chłodne miesiące, kiedy skóra jest bledsza, natomiast Warm Peach świetnie się sprawdza, kiedy moja skóra jest ciut ciemniejsza. Na upartego nie było tak źle, kiedy stosowałam go również na początku zimy, jednak China Doll wygląda na niej zdecydowanie bardziej naturalnie, a różnica między cerą, a resztą skóry jest niezauważalna.


SUPER KABUKI
Pędzel Super Kabuki, który testowałam wraz z podkładem okazał się być sporym udogodnieniem w aplikacji minerałów. Przede wszystkim bardzo dobrze zbiera produkt i ułatwia jego równomierną aplikację na twarzy. Bardzo odpowiada mi jego rozmiar, dzięki któremu nie muszę się zbyt wiele namachać przy nakładaniu warstwy podkładu, co przy kilku powtórkach w trakcie jednego makijażu jest bardzo ważne, zwłaszcza rano! :)


Jak już wspominałam, pędzel ma bardzo miękkie i przyjemne w dotyku włosie, które jest bardzo delikatne dla cery. Nie drapie jej, ani nie podrażnia. Dodatkową zaletą jest to, że pędzel łatwo domywa się z resztek produktu, a mimo dość gęstego włosia nie schnie dłużej, niż przeciętny pędzel do podkładu.


Produkt również kupicie na stronie dystrybutora marki Lily Lolo, czyli Costasy w cenie 79,90 zł. Tam znajdziecie również pędzel Baby Buki, który jest mniejszym bratem mojego Super Kabuki. Rozmiar dopasujcie wedle uznania :D Każdy z pędzli powinien się sprawdzić zarówno przy aplikacji podkładu mineralnego, jak i pudru, natomiast Baby Buki zdaje się mieć odpowiedni rozmiar również do aplikacji różu lub bronzera :)


Jak do tej pory mogłyście przeczytać same pozytywne opinie na temat produktów Lily Lolo. Zostało mi do zrecenzowania jeszcze kilka produktów, które nie zachwyciły mnie już tak mocno, jak twarzowe produkty, choć niektóre z nich są również warte uwagi, to jednak są wśród nich też te, które nieco mnie zawiodły. O wszystkich na pewno jeszcze przeczytacie! :)


***
Czy miałyście już okazję korzystać z podkładów mineralnych Lily Lolo? Jakie macie odczucia względem tych produktów? Czy jesteście z nich zadowolona tak, jak ja, czy jednak jesteście zwolenniczkami klasycznych, płynnych podkładów? :)
K.
Czytaj dalej

wtorek, 30 kwietnia 2013

Essence of Beauty - Duo Crease Brush Set - czyli pędzelki-kulki do załamania

Cześć Dziewczyny,

Dawno już nie pisałam o pędzlach, więc dziś przyszła pora na zrecenzowanie duetu kuleczkowych pędzelków Essence of Beauty, który mam już prawie dwa lata. Doskonale pamiętam, że kiedy ich zapragnęłam, nie wiedziałam jeszcze o istnieniu blogów kosmetycznych i oglądałam tylko filmiki na YouTube, a moją ulubienicą była i nadal jest Nissiax83. To właśnie ona bardzo często w swoich filmikach, jeszcze wtedy makijażowych, korzystała z tych pędzli. No i cóż, wiadomo, jak to się jest z nami blogerkami/vlogerkami/kobietami. Jak ktoś, kogo lubimy poleci jakiś produkt, to od razu włącza nam się chcica ;)

Początkowo szukałam innych pędzelków tego typu, które ułatwiłyby mi makijaż oka, ale nadarzyła się okazja, żeby poprosić o przysługę dawno nie widzianą ciocię i w ten sposób w moje ręce trafiły pędzelki z mini zestawu Duo Crease Brush od Essence of Beauty.

 
WYGLĄD I WYKONANIE:
Zestaw składa się z dwóch pędzleków w kształcie kuleczki, większej i mniejszej. Pędzelki są dość krótkie, ich długość nie przekracza długości przeciętnego długopisu. Mimo to są bardzo wygodne, a dzięki krótkiej rączce nie zahaczamy nimi o lustro.
 
Główki pędzleków mają dwie różne wielkości - mniejsza idealnie nadaje się do aplikowania cienia na dolną powiekę lub do roztarcia kreski na górnej powiece. Początkowo nie miałam pomysłu na ten pędzelek, a teraz jest on jednym z moich ulubionych. Większa kuleczka służy natomiast nanoszeniu cienia w zewnętrznym kąciku oka. Rozmiar idealnie pasuje do średniej wielkości powieki (dla osób z tymi mniejszymi może być odrobinę za duża lub po prostu mniej precyzyjna). Dość łatwo za jego pomocą uzyskać kształt "V" w zewnętrzym kąciuku, choć ja mam ten problem, że zwykle przyciskam pędzelek zbyt mocno i później mam problem z roztraciem. Jeśli jednak potraktować oko odpowiednio lekką ręką, to mamy szansę uzyskać naprawdę precyzyjny kształt.
 
 
Włosie obu pędzli jest naturalne, choć nigdzie nie mogę znaleźć informacji "czyje" to jest włosie. Jest ono dośc przyjemne w dotyku, choć dla bardzo wrażliwych powiek może być czasami odrobinę kłujące. Myślę jednak, że na przestrzeni dwóch lat użytkowania miękkość, czy też ostrość włosia nie uległa zmianie.
 
Moja wersja jest jeszcze w starej oprawie, aktualnie te pędzelki są całe czarne, a na zagranicznych blogach można przeczytać, że ich kształt uległ odrobinę zmianie (np. TUTAJ). Włosie jest delikatnie dłuższe i mniej "okrągłe".
 
Przez dwa lata od kiedy mam moje duo, pędzle nie zgubiły ani jednego włoska.
 
 
CZYSZCZENIE:
Pędzelki są dziecinnie łatwe do doczyszczenia i bardzo szybko schną. Tak naprawdę są gotowe do ponownego użytku już po kilku godzinach, co jest oczywiście właściwe dla małych pędzli. Warto od razu po myciu uformować włosi palcami, żeby nie uległo ono odkształceniu. Większy pędzelek łatwo odzyskuje kształt, natomiast mniejszy, z racji kontaktu z mokrą linią wodną, lubi się nieco odkształcać i wyginać kiedy jest mokry, ale nie wpływa to negatywnie na jego właściwości. Mam nawet wrażenie, że łatwiej dzięki temu namalować kreskę cieniem na dolnej powiece. Po wyschnięciu wszystko wraca do pierwotnego kształtu.
 
 
CENA/DOSTĘPNOŚĆ:
W Polsce tę pędzle bywają dostępne na Allegro, ale ich ceny kształtują się bardzo różnie pomiędzy 30 a 50zł. W Stanach natomiast są z łatwością dostępnce w CVS za niecałe 6$.
 
CZY KUPIŁABYM PONOWNIE:
Z pewnością tak, gdyby były łatwiej dostępne lub dostępne w granicach 30zł na Allegro. W innym wypadku pewnie poszukałabym ich odpowiedników, wśród pędzli Hakuro czy Maestro.

 
Znacie pędzle Essence of Beauty? Lubicie taki kształt pędzelków? No i czy znacie sprawdzone pędzle w tym kształcie wśrod ogólno dostępnych marek? :)
K.
 
P.S. Post opublikował się automatycznie. Na komentarze odpowiem po powrocie z majówki! :)
Czytaj dalej

poniedziałek, 4 marca 2013

Ulubieńcy lutego

Cześć Dziewcyzny!

Luty minął nie wiadomo kiedy, więc pora na podsumowanie tego miesiąca. Na pierwszy rzut zerknijmy na ulubieńców, wśród których jak zawsze - jest kilka nowości i jest kilka stałych punktów. Bez zbędnych wstępów - zaczynamy! :)


W lutym ponownie najczęściej sięgałam po cienie z paletki Urban Decay Naked 2. Nie jest to moim zdaniem paleta wybitna, ale z pewnością jest bardzo uniwersalna i świetnie się u mnie sprawdza jako paleta do codziennego makijażu. Powoli wyrabiam sobie o niej opinię, tym bardziej, że w lutym właściwie nie sięgałam po inne cieni. Myślę, że niedługo napiszę o niej kilka zdań, zilustrowane porcją swatchy :)

Kolejnym punktem ulubieńców jest róż - Africa od W7, który otrzymałam jakiś czas temu do przetestowania od sklepu Kosmetykomania. Niespodziewanie ten róż szturmem wdarł się do grona produktów, po które najchętniej i najczęściej sięgałam w lutym. Urzekł mnie zarówno kolor, jak i fantastyczna trwałość tego produktu. W weekend udało mi się zrobić w miarę wyraźne zdjęcia tego produktu, więc postaram się wkrótce przygotować recenzję tego różu.

Brązowa kredka Smooth Definer od Oriflame (na paletce), to mój niekwestionowany ulubieniec od wielu miesięcy - zupełnie nie umiem się z nią rozstać, ale niewiele już mi z niej zostało, więc chyba pora rozejrzeć się za nową. Uwielbiam ją za to, że świetnie podkreśla moją linię rzęs na dolnej powiece, a przy tym nie jest tak wyraźna i oczywista jak czarna kredka.


Jeśli chodzi o produkty do ust, to w tym miesiącu bardzo chętnie sięgałam po kredkę do ust z Revlon w kolorze Lovesick. Uwielbiam ją za fantastyczną trwałość i chętnie dokupię jakiś bardziej codzienny kolor! Drugim ulubieńcem zostałam pomadka Rouge Caresse od L'Oreal - tym razem w kolorze Rose Mademoiselle. Jestem zakochana w tych pomadkach i mogłabym stale rozszerzać ich grono o kolejne kolory do kolekcji! Jestem na wielkie tak! :)


Dalej idąc mamy pędzelki, bez których nie wyobrażam sobie codziennego makijażu. Pędzel do różu Hakuro H24 po raz kolejny udowodnił mi, że jest niezastąpiony! Nie ważne po jaki produkt sięgam, on sprawdza się ze znaczną większością róży w mojej kolekcji i zawsze świetnie je rozprowadza. Recenzja pojawiła się TUTAJ.

Mój ulubiony duet pędzli do makijażu oka, to ostatnio - po pierwsze - pędzel do nakładania cieni z EcoTools - z powodzeniem wyparł mojego ulubieńca z Maestro, który nie radził sobie z cieniami z paletki Naked. EcoTools o wiele lepiej nabiera te cienie i sprawia, że nakładane na powiekę, nie tracą na intensywności. Po drugie - pędzelek do rozcierania Hakuro H79 - przy jego użyciu wykonuję większość makijażu oka. Dla mnie jest dużo bardziej precyzyjny, niż 497 z Maestro, który również lubię, ale jednak Hakuro sprawdza się u mnie lepiej. Teraz mam jeszcze pędzelek do rozcierania z Sigmy, więc ciekawa jestem jak te pędzle wypadną razem w starciu :)


Przechodząc do pielęgnacji - w lutym z ogromną przyjemnością sięgałam po duet z Bath & Body Works w moim ulubionym ostatnio zapachu, czyli Twilight Woods. Balsam do ciała i żel pod prysznic dostałam od mojego ukochanego na Walentynki i idealnie wpasował się on do mojej minikolekcji kosmetyków z tej linii, ponieważ mam również m.in. wodę toaletową Twilight Woods!

Pozostałe dwa produkty, to kosmetyki marki Lirene. Po pierwsze mój ukochany tonik do twarzy (recenzja TUTAJ). Zużywam już drugą buteleczkę i gdybym nie miała w zapasach innych produktów do wypróbowania, to nie używałabym już nic innego! :)

Krem do rąk z alantoiną po raz kolejny utwierdził mnie w przekonaniu, że jest świetnym towarzyszem w torebce i sprawdza się wszędzie tam, gdzie go potrzebuję, w szczególności w pracy! Niedługo więcej na jego temat!

To by było na tyle. Tym razem wyróżniłam skromne grono, ale mam pewność, że są to produktu, po które sięgałam najczęściej w lutym. A jak prezentują się Wasi ulubieńcy? Znacie produkty, które tak mnie w sobie rozkochały? :)
K.
Czytaj dalej

niedziela, 23 grudnia 2012

Hakuro H54 - pędzel do podkładu, różu i bronzera

Dzisiejszy post przygotowałam z myślą o Agnieszce z bloga Zielone Serduszko - Aga, zbierałam się z tym postem jak sójka za morze, ale jest i możesz go potraktować jako mój prezent świąteczny dla Ciebie! :D

Tym razem przyjrzymy się bliżej pędzelkowi do podkładu, różu i bronzera H54 z Hakuro, który ja kupiłam przede wszystkim z myślą o nakładaniu na twarz podkładów płynnych.


WYGLĄD I WYKONANIE: Pędzel jest wykonany z trójkolorowego, syntetycznego włosia, a trzonek z naturalnego drewna. Całkowita długość pędzla wynosi 18cm, natomiast włosie w najdłuższym miejscu mierzy 3 cm. Włosie pędzelka jest mocno gęste i zbite, nie rozkłada się ani nie ugina podczas aplikowania produktów na twarz, ponadto jest szalenie mięciutkie i delikatne dla twarzy. Nie drapie i nie drażni delikatnej skóry.


Rączka pędzelka jest wykonana z naturalnego drewna. Lekko i pewnie leży w dłoni, jest bardzo poręczna. Nie zauważyłam, żeby podczas kilku miesięcy dość intensywnego użytkowania uległa jakiemuś większemu zniszczeniu, widoczne są jedynie mikroskopijne odpryski farby przy samej końcówce.


Pędzel posiadam od kwietnia, dość często z niego korzystam i nadal mam go w całości. Nic się nie rozpadło, nic nie wypadło, ani nic się nie ułamało. Niestety mam wrażenie, że wkrótce czekać mnie będzie sklejanie rączki, wprawdzie teraz jeszcze wszystko się trzyma, ale mam wrażenie, że aluminiowa skuwka zaczęła się niebezpiecznie chybotać na rączce. Zobaczymy... Mam jeszcze pędzel H50, również do podkładu i tam nic mi się nie gibało, a mimo to skuwka się odkleiła.

Wydaje mi się, że producent być może użył zbyt słabego kleju, który nie potrafi sobie poradzić z utrzymaniem, bądź co bądź, grubego pędzla na dużo większym trzonku, niż ma to w przypadku na przykład pędzli do oczu. Jeśli jednak mam być szczera, to choć jest to odrobinę upierdliwe, to jednak zupełnie mi nie przeszkadza, w razie czego mogę sobie sama skleić pędzel, a samo włosie przecież nie traci przez to na jakości. Samo włosie trzyma się idealnie, od nowości pędzel nie zgubił chyba żadnego włoska, a po każdym praniu z łatwością odzyskuje swój kształt.


ZASTOSOWANIE I EFEKT: H54 przeznaczony jest zarówno do nakładania podkładów, jak i różu oraz bronzera. Przy czym sprawdzi się, moim zdaniem, zarówno z produktami w kamieniu, jak i produktami w kremie, czy płynnymi. Ja używam tego pędzla przede wszystkim do podkładu płynnego i w tej roli sprawdza się świetnie! Każdy podkład, który nim aplikuję wygląda na twarzy bardzo naturalnie, ładnie stapia się z cerą, a co najważniejsze - pozbawiony się smug i widocznych granic.

Zdarzyło mi się również użyć tego pędzla do bronzera w kamieniu i z tego zastosowania również byłam zadowolona, choć ja mam już swojego ulubieńca w tej kategorii, którym jest recenzowany już grubasek z EcoTools.


CZYSZCZENIE: Ponieważ pędzel jest gęsty, to niestety chłonie nieco podkładu, przez co jego dopranie bywa czasami kłopotliwe, jednak najlepiej sprawdza się zwilżenie włosia, naniesienie na niego delikatnego szamponu i zajęcie się pozostałymi pędzlami, w tym czasie środek myjący powinien zrobić większą część pracy za nas. Teraz wystarczy tylko dobrze wypłukać pianę i powinno być wszystko czyste, powinno bo niestety to nie zawsze skutkuje i czasem czynność trzeba powtórzyć.

CENA/DOSTĘPNOŚĆ: ok.34zł; mój pędzel kupiłam w sklepie Kosmetykomania, ale są one dostępne również w innych sklepach internetowych oraz u różnych sprzedawców na allegro.


CZY KUPIŁABYM PONOWNIE: Tak! Pomimo trudności z domywaniem zdecydowanie tak! Nadal jeszcze lubię aplikować podkład palcami, ale jednak zdecydowanie chętniej sięgam po pędzel, nie dość, że tak jest bardziej higienicznie, to jeszcze widzę zdecydowaną różnicę w tym jak podkład zaaplikowany pędzlem prezentuje się na twarzy.


Bardzo polubiłam pędzle Hakuro i cenię sobie moją małą ich kolekcję. Nadal uważam, że warto zainwestować w te pędzle i z pewnością jeszcze niejeden przybędzie do mojego skromnego zbiorku. W przyszłym roku prawdopodobnie skuszę się na pędzel do pudru oraz jajeczko do rozświetlacza, jeśli więc macie jakiś swoich ulubieńców w tych kategoriach, to koniecznie piszcie w komentarzach!
K.


Czytaj dalej

wtorek, 20 listopada 2012

Makijażowy niezbędnik - vol.1

Cześć Dziewczyny!

Dzisiaj post nietypowy, bo ani to post o ulubieńcach, ani nawet nie jest to tag z rodziny "Ile warta jest Twoja twarz". Tym razem postanowiłam pokazać Wam mój mały makijażowy niezbędnik w postaci produktów, których używam, kiedy spędzam noc w domu, czy może raczej powinnam napisać u mamy (a co za tym idzie rano muszę się u niej jakoś umalować!;)). Te z Was, które śledzą mój blog już dłuższy czas, wiedzą z pewnością, że mój czas dzielę pomiędzy dwa domy - mieszkanie z mamą i mieszkanie z chłopakiem, ale już od dłuższej chwili ta granica płynnie przesuwa się na korzyść mojego mężczyzny i to u niego trzymam teraz wszystkie moje największe kosmetyczne skarby i zapasy. Co jednak, kiedy noc spędzam z u mamy, z dala od wszelkich skarbów i dylematów co by tu z czym dzisiaj...? ;)


Generalnie bardzo nie lubię targania wielkiej kosmetyczki za każdym razem, kiedy jadę do mamy, wobec tego w pewnym momencie postanowiłam skompletować z moich kosmetyków mały niezbędnik, który ma swoje miejsce u mamy, a na który składają się kosmetyczne pewniaki (w 90%). Nie wszystkie z tych produktów to ulubieńcy, ale starałam się, żeby ten zestaw był zestawem kosmetyków i akcesoriów, które doskonale znam i wiem, że w nocy o północy będę mogła się nimi szybko umalować i będzie się to nadawało do czegokolwiek ;) ...bo prawda jest taka, że makijaż o 7.30 rano, to dla mnie - sowy, tak jak w nocy o północy dla wszystkich rannych ptaszków ;) Makijaż musi być wobec tego łatwy do przewidzenia i nie wymagający dumania nad połączeniem kolorów ;))

Oto mój "mamowy" niezbędnik! :)

  

Zacznijmy od pędzli - tymi po które sięgam najczęściej są pędzelek do nakładania cieni - Maestro 320 w rozmiarze 12, pędzelek Maestro 497 do rozcierania oraz mała kulka z zestawu Duo Crease Brush z Essence of Beauty do aplikowania cienia na dolną powiekę. Oprócz pędzli naocznych korzystam tylko ze skunksa Maestro - Foundation I, którym aplikuję róż. Pisałam o tym pędzelku kilka dni temu TUTAJ. Z całego tego zestawu jestem bardzo zadowolona i bardzo chętnie po niego sięgam, ponieważ dokładnie wiem, czego się spodziewać po każdym z tych produktów. Pędzle są przyjemne dla twarzy i oka, nie drapią i nie drażnią skóry. Myślę, że każdy z nich zasłużył na oddzielną recenzję, wobec czego spodziewajcie się ich w kolejnych tygodniach.


Dalej mamy podkład - i tutaj znowu mamy jednego z moich faworytów w kategorii płynnych podkładów, czyli fluid matujący Anti! Acne od Under Twenty w kolorze 120. Podkład ten świetnie sprawdza się nakładany palcami, wygląda na twarzy bardzo naturalnie, a przy tym kryje niemal wszystko to, czego nie chcę uwydatniać na mojej buźce. Trzyma się naprawdę przez większość dnia i bardzo przyzwoicie matuje. Wiem, że wiele już o nim napisano w blogosferze, ale nie umiem się powstrzymać przed dorzuceniem wkrótce swoich kilku groszy na jego temat! :)

Warto jeszcze wspomnieć o pudrze, który nie załapał się na oddzielne zdjęcia, ale jest na zdjęciu grupowym. Niech Was nie zwiedzie opakowanie, bo w środku znajduje się słynny puder bambusowy z jedwabiem z Biochemii Urody. Kupiłam go ponad rok temu, kiedy jeszcze można go było kupić tylko w słoiczkach. Jest to niekwestionowany hit blogosfery i bohater dziewczyn o cerze tłustej lub mieszanej. Hit, na którym szalenie się zawiodłam! Próbowałam nakładać go zwykłym pędzlem do pudru, pędzlem kabuki, włochatym puszkiem i gąbeczką, ale żadna z tym metod zupełnie mnie nie zadowala. Najbliższa prawdy jest zwykła gąbeczka powleczona materiałem, taka jaką to zwykle znajdujemy w pudrach, jednak wymaga ona ode mnie mocnego dociskania pudru do twarzy, co i tak nie daje matu idealnego, ale uzyskany efekt jest najlepszy ze wszystkich opisanych wyżej metod. Niestety moja cera po tym pudrze bardzo szybko się świeci, a w dodatku jest bardzo "pudrowa" w dotyku. Za każdym razem kiedy dotknę twarzy czuję, jak wszystko zostaje mi na palcach... Nie rozumiem fenomenu tego pudru i chyba już nie zrozumiem... ;)


Totalny must have, czyli baza pod cienie - jeszcze nieco ponad rok temu uważałam produkt tego typu za zbędny wynalazek, a teraz niemal nie potrafię się bez niej obejść. Na zdjęciu nieśmiertelna baza z Hean, której recenzja pojawiła się dawno temu na blogu TUTAJ. Może nie uznałabym jej dziś za najlepszą bazę, ale z pewnością nadal plasuje się w czołówce i choć mam do niej pewne zastrzeżenia (gumowatość!), to z pewnością będą po nią sięgać dopóki nie zamieni się w kamień ;)

Kolejny produkt marki Hean, czyli paletka High Definition w wersji Hot Chocolate, czyli wersji kolorystycznej, która szturmem podbiła blogosferę nie dalej, jak rok temu. Ja również uległam tej manii i do tej pory nie żałuję, bo zestaw kolorystyczny jest nie tylko świetny do codziennego makijażu, ale również do makijażu, który ma zacięcie stać się wieczorowym. Ponadto cienie są bardzo dobrze napigmentowane, co tyczy się również jasnego matowego cienia, o co niełatwo nawet z Inglotami. Tę paletkę również przybliżałam Wam już kiedyś na blogu TUTAJ. Ponadto matowy brązowy cień świetnie sprawdza się również jako cień do brwi, jest idealnie neutralny kolorystycznie - ani on zbyt ciepły, ani zbyt chłodny, po prostu brąz idealny.

Skoro mamy niezbędnik, to nie mogłoby zabraknąć również różu - w tym przypadku jest to mój ukochany róż z wiosennej limitowanki Essence - Marble Mania, bliżej prezentowany TUTAJ. Ten róż to jeden z moich zdecydowanych faworytów. W tym kolorze czuję się świetnie o każdej porze roku i w każdym odcieniu skóry ;) Na początku nie chciał współpracować z klasycznym ukośnym pędzlem do różu, ale wspomniany wyżej skunsik od Maestro okazał się być ideałem do tego różu. Mogę zapomnieć pomalować oczy (poza tuszem oczywiście), ale róż musi być! I już! :)


Paletka Catrice Hollywood Boulevard z kolekcji Hollywood's Faboulous 40'ties, to nowość w moim niezbędniku (wygrana u Kasi z xkeylimex), ale za to nowość, która szturmem zdobyła moje serce piękną, jesienną kolorystyką! Za pomocą jedynie dwóch kolorów z tej paletki jestem w stanie stworzyć makijaż, w którym czuję się lekko, świeżo i atrakcyjnie, a wszystko to za sprawą odpowiednio intensywnie podkreślonego spojrzenia. Zdecydowanie faworytka! :)


No i na koniec mój prywatny koszmarek. Maskara Maybelline Falsies (albo raczej masakra...), bo o niej mowa, to dla wielu dziewczyn hit... Hit, który uświadomił mi, że ja zwyczajnie nie cierpię włochatych szczoteczek i zdecydowanie jestem wyznawczynią jedynie słusznych dla moich rzęs silikonowych, bądź gumowych szczoteczek. Dodatkowo przez to wygięcie wiecznie mam ufajdane powieki, wobec czego tak naprawdę do tego niezbędnika powinnam dodać również patyczki do uszu, którymi koryguję wszelkie kropki, kreski i inne cuda, która ta szczotka niepożądanie robi mi na moim misternym makijażu... Sam tusz nie jest zły, ale szczoteczka - a konkretniej jej wielkość, włochatość, miękkość i to jak okropnie skleja mi rzęsy, sprawiają, że szczerze nie znoszę tego tuszu... Ciekawa jestem, czy moja mama by go polubiła... Chyba ją zapytam, bo nie wiem ile jeszcze wytrzymam z tą szczotą :P

No i to by było na tyle... Dużo? Mało? Chyba całkiem w normie, jak na szybki makijaż :) A jak tam Wasze niezbędniki? Macie w swoich zbiorach produkty, po które sięgacie zawsze w pośpiechu? :)
K.
Czytaj dalej

sobota, 17 listopada 2012

Maestro - Foundation I - pędzel do podkładu

Cześć Dziewczyny!

Zauważyłam, że coraz lepiej czuję się w recenzowaniu pędzli - i całe szczęście, bo moja kolekcja co jakiś czas powiększa się o pojedyncze sztuki, a najstarsze pędzle w moim zbioru mają już spokojnie ponad rok, więc to najwyższa pora, żeby o nich coś napisać! Tym razem weźmy na tapetę pędzel do podkładu polskiej marki Maestro. Jest to pędzel typu duo-fibre (zwany potocznie skunksem :D), pochodzący ze Złotej Kolekcji Maestro. Pędzel nosi oznaczenie Foundation I.


Kiedy jakieś półtora roku temu wzięłam się za stopniową wymianę moich pędzli na takie z prawdziwego zdarzenia, firma Maestro była pierwszą, której zaufałam. Posiadam cztery pędzle przeznaczone do makijażu oka oraz dwa pędzle przeznaczone do makijażu twarzy. Generalnie ze wszystkich jestem bardzo zadowolona i mam spore zaufanie do tej marki, choć recenzowany dziś skunks, wyjątkowo nie przypadł mi do gustu, jeśli chodzi o jego klasyczne zastosowanie. Nie przeszkodziło mu to jednak, żeby znaleźć się w ulubieńcach... A dlaczego? Zapraszam na recenzję! :)


WYGLĄD I WYKONANIE: Pędzel jest solidnie wykonany i bardzo dobrze leży w dłoni. Trzonek jest wykonany z drewna i, w przypadku Złotej Kolekcji, jest krótszy, niż w klasycznej serii. Podkreślam ten fakt, ponieważ wiem, że wiele dziewczyn chwali sobie ZK właśnie za skrócone trzonki, które nie zawadzają o lusterko podczas makijażu. Odpowiednikiem tego pędzla w klasycznej serii jest pędzel Maestro 145 Duo Fibre.

Włosie pędzla jest wykonane z mieszanki włosia naturalnego i syntetycznego. Na początku użytkowania pędzla, zgubiłam kilka włosków, ale nie były to zbyt duże ilości i nigdy nie zdarzyło mi się to podczas wykonywania makijażu. Teraz od dawna wszystko jest w porządku, a pędzel nadal wygląda niemal jak na początku. Samo włosie jest dość stosunkowo gęsto osadzone, oczywiście jak na pędzel tego typu.


ZASTOSOWANIE I EFEKT: Pędzel przeznaczony jest do nakładania podkładu, ale ja nie jestem szczególnie zadowolona z takiego zastosowania. Podkład nakładany tym pędzlem wymaga sporo uwagi, żeby efekt był zadowalający. Pędzel nie dociera w trudno dostępne miejsca, takie jak skrzydełka nosa, czy okolice oczu, przez co i tak odczuwam potrzebę poprawiania podkładu palcami, a przecież nie o to nam chodzi! Niestety znacznie wydłuża to cały proces makijażu, co rano szczególnie potrafi być uciążliwe.

Przez te wszystkie ceregiele na początku nieco zniechęciłam się do tego pędzla, ale nie leżał zbyt długo bezczynnie, ponieważ okazał się najlepszym pędzlem do twardych i średnionapigmentowanych róży. Mój róż z wczesnowiosennej limitowanki Essence - Marble Mania - sprawiał mi delikatne problemy w aplikacji i nie zawsze byłam zadowolona z efektu i w tym momencie okazało się, że skunksik jest w tym celu idealny! Pędzel świetnie zbiera pigment z kosmetyku i wydobywa z niego to, czego nie potrafiły zrobić inne pędzle. Być może jest to kwestia odpowiednio sztywnego włosia, który nie wygina się w kontakcie z różem, tylko delikatnie "złuszcza" kosmetyk z wierzchu.

Pędzel bardzo fajnie sprawdził się również do rozcierania pudru bambusowego z Biochemii Urody, który nakładam dociskając go puszkiem do twarzy przez co później jestem cała w białe kropki od sitka ;) Skunks bardzo dobrze rozciera i rozprowadza nałożony wcześniej puder i sprawia, że robi się on niewidoczny.


WYMIARY: Włosie pędzla ma 35mm. Jest dość długie, ale dzięki temu pędzel nie kłuje w twarz, a delikatnie ją omiata.

CZYSZCZENIE: No i w tym tkwi największy szkopuł. O ile pędzel dość łatwo dopiera się zarówno z różu, jak i z podkładu, tak największy problem stanowi dla niego... farbowanie włosia... Niestety czarne włosie jakimś cudem puszcza kolor i tym sposobem brudzi białą część pędzla, co naprawdę jest niełatwe do doprania i zajmuje mi dużo więcej, niż samo dopranie pędzla z resztek kosmetyków.

Pędzel zwykle piorę wieczorem i zostawiam go do wyschnięcia na noc, wobec czego rano zawsze jest już gotowy do użycia.

CENA/DOSTĘPNOŚĆ: 47zł; pędzle dostępne są przede wszystkim w sklepie internetowym Maestro - ten konkretny model kupicie TUTAJ;

CZY KUPIŁABYM PONOWNIE: Ten pędzel dostałam rok temu na urodziny od przyjaciółki i przyznam, że owszem myślałam wtedy o pędzlach do podkładu, ale skunksy jakoś mnie nie kusiły. Cieszę się jednak, że miałam okazję go wypróbować, bo dzięki temu mam najlepszy pędzel na świecie do jednego z moich ulubionych róży :D Jeśli więc miałabym go wybrać w tym celu, to tak - kupiłabym ponownie! :)

Podsumowując, jeśli macie doświadczenie z pędzlami typu duo-fibre, to możecie się skusić na niego i stosować go klasycznie, jeśli jednak dobrze Wam z pędzlami do podkładów typu kulka czy flat top, to myślę, że ten pędzel powinnyście rozważać raczej jako genialny pędzel do wszystkich waszych nieco problematycznych kosmetyków kolorowych, oczywiście tych prasowanych :)

Macie w swoich zbiorach jakieś pędzle Maestro? Lubicie tę markę? I może przede wszystkim jakiego rodzaju pędzlami lubicie aplikować podkłady? :)
K.

P.S. Podczas, gdy czytacie tę notkę, ja prawdopodobnie już jestem na spotkaniu warszawskich blogerek! Jeszcze niedawno było do niego tyle czasu, a tu już! :) Oczekujcie niedługo relacji! :)
Czytaj dalej

piątek, 9 listopada 2012

Hakuro H24 - pędzel do różu

Cześć Dziewczyny!

Planowałam pokazać Wam dzisiaj kolejny lakier, ale jednak dam Wam chwilę odpocząć (tak z jeden dzień ;)) i dla odmiany sięgnę po pędzel do różu. Mowa oczywiście o moim ulubieńcu z Hakuro, czyli H24. Te z Was, które mniej więcej śledzą moich ulubieńców miesiąca prawdopodobnie kojarzą, że jest to mój pędzel idealny, a dlaczego? Zapraszam na uzasadnienie! :)


WYGLĄD I WYKONANIE: Pędzel wykonany jest z trójkolorowego, syntetycznego włosia, ściętego ukośnie. Jest naprawdę bardzo, bardzo mięciutki, ale jednocześnie włosie jest odpowiednio zbite i sztywne. Sztywne w tym sensie, że nie wygina się na wszystkie strony, czy to podczas nabierania kosmetyku, czy jego aplikacji na twarz, co oczywiście poczytuje mu się na plus. Jest bardzo delikatne dla twarzy i nie drapie jej, ani nie powoduje żadnych podrażnień.Włosie jest osadzone w metalowej skuwce, a ta na drewnianym trzonku.


Wiem, że swego czasu dziewczyny narzekały na to, że skuwki w pędzlach Hakuro odklejały się od trzonków, a włosie z pędzli zwyczajnie wypadało, ale z tego, co wiem, dotyczy to starszych modeli i od czasu tamtych skarg Hakuro znacząco poprawiło jakość i wykonanie ich pędzli. Z moim pędzlem jest wszystko w najlepszym porządku, odkąd go mam (5 miesięcy) nie zgubił jeszcze ani jednego włoska - ani w trakcie prania, ani tym bardziej w trakcie korzystania z niego. Skuwka jest mocno osadzona na trzonku, a całość bardzo dobrze leży w dłoni. Ponadto farba dobrze trzyma się trzonka i póki co (odpukać) nie odprysnęła mi jeszcze w żadnym miejscu.


Pędzel otrzymujemy z nasuniętą na włosie grubą folijką zabezpieczającą przed odkształceniami, może być ona pomocna zarówno przy przechowywaniu naszych pędzli, jak i przy ich transporcie. Jest to szczególnie fajne rozwiązanie, jeśli potrzebujemy wrzucić nasz pędzel do kosmetyczki. Wprawdzie nie powinnyście tego traktować jako sytuację codzienną, bo nie jest to jednak BrushGuard, ale w sytuacjach awaryjnych zawsze lepiej zabezpieczyć pędzel chociaż w taki sposób.


ZASTOSOWANIE I EFEKT: Pędzel nadaje się do aplikowania kosmetyków kolorowych takich, jak róż, bronzer czy rozświetlacz, jednak ja zdecydowanie preferuję go do różu. Pędzlami o tak ściętym włosiu najwygodniej i najpewniej nakładam róże o każdej, nawet najmocniejszej pigmentacji i wiem, że nie zrobię sobie krzywdy. Mam wrażenie, że taki kształt jest też najlepiej dopasowany do mojej twarzy i dzięki temu nie aplikuję różu ani za wysoko, ani za nisko (choć nie odbierajcie mnie jako guru w tej kwestii :P).

Pędzel nie ma tendencji do "zjadania" kolorów, więc warto uważać na to, ile kosmetyku nabieramy. Na szczęście jednak wszystko łatwo można stopniować, co oczywiście jest też zależne od jakości i pigmentacji różu czy bronzera, ale ze wszystkimi kosmetykami z mojej kolekcji pędzel współpracuje bardzo dobrze. Nie boję się aplikować nim mocno napigmentowanych róży w intensywnych kolorach, czy nawet bronzera. Jednocześnie nie odczuwam już potrzeby aplikowania koloru jednym pędzlem, a rozcierania go drugim, co zdarzało mi się z poprzednikiem Hakuro. H24 świetnie sobie radzi z oboma tymi zadaniami, świetnie rozciera róż czy bronzer, a ewentualne niedociągnięcia zawsze łatwo zniwelować poprzez omiecenie buzi pędzlem po do pudru. Ponadto tym samym pędzlem można nałożyć również rozświetlacz, więc kolejny wielki plus należy mu się za wielofunkcyjność.

Pędzel nadaje się zarówno do zwykłych kosmetyków prasowanych, jak sproszkowanych minerałów. Świetnie sobie radzi zarówno z różami The Balm, jak i z tym od Lily Lolo ;)


WYMIARY: Cały pędzel ma długość 18cm, natomiast włosie w najkrótszym miejscu ma 2cm, a w najdłuższym 3,3cm.

CZYSZCZENIE: Pranie tego pędzla należy raczej do przyjemności. Pod wpływem wody i łagodnego szamponu bardzo łatwo oddaje kolor i wraca do pierwotnej barwy. Nie mam problemów ani z dopraniem koloru, ani z późniejszym wypłukiwaniem piany. Wystarczy delikatnie rozchylać włoski pod bieżącą wodą, a piana sama się wypłukuje.

CENA/DOSTĘPNOŚĆ: ok.26zł; mój pędzel kupiłam na Kosmetykomanii, ale są one dostępne również w niektórych innych drogeriach internetowych;

CZY KUPIŁABYM PONOWNIE: Z pewnością tak! Pędzel do różu, to jeden z najważniejszych akcesoriów w mojej kosmetyczce i cieszę się, że udało mi się tak szybko znaleźć pędzel niemal idealny! Próbowałam kilku innych produktów o tym przeznaczeniu, ale w końcu doszłam do wniosku, że róż najłatwiej aplikuje mi się ściętym pędzlem i żadnych zaokrąglonym nie potrafię uzyskać takiego efektu, jak klasycznym skośnym :)


Moim zdaniem pędzle Hakuro to naprawdę świetne jakościowo i stosunkowo niedrogie akcesoria, w które naprawdę warto zainwestować pieniądze. Jestem zadowolona z każdej jednak sztuki, która znalazła się w moim posiadaniu i z pewnością będę tę kolekcję powiększać :)

A jakie jest Wasze zdanie o marce Hakuro? Miałyście już styczność z ich pędzlami? Czy macie swoich ulubieńców? :)
K.
Czytaj dalej
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Blog template designed by SandDBlast