Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hakuro. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hakuro. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 19 lutego 2015

Nowości ostatnich miesięcy (październik 2014 - styczeń 2015)

Dawno już nie uzupełniałam postów z nowościami, ale szkoda mi czasu, żeby wszystko to, co przybyło mi od października rozbijać na mniejsze posty. Postanowiłam więc w skrócie pokazać najciekawsze nowości ostatnich miesięcy. Oczywiście nie wszystko to zakupy, bo są tu również prezenty urodzinowe, a także prezenty, które znalazłam pod choinką. Jest też kilka produktów, otrzymanych w ramach współprac. W sumie mogłabym sobie odpuścić ten post, ale wiem, że lubicie je oglądać, a i ja sama chętnie zerkam na zakupy innych blogerek :)


W październiku odwiedziłam Wiedeń, dzięki czemu miałam okazję do zrobienia kolejnych zakupów w LUSH i DM. W tym drugim sklepie nie szalałam, bo nic szczególnego nie było mi potrzebne, ale w LUSH skusiłam się na kolejne opakowanie mojej ulubionej maseczki - Catastrophe Cosmetics (recenzja TUTAJ). Do tego przygarnęłam jeszcze czyścik Herbalism oraz czyścik/peeling Dark Angels. Każdy z tych produktów okazał się wyjątkowo udany i z pewnością w miarę możliwości będę do nich wracać! :)

 

Przy okazji któregoś weekendu typu "Szaleństwo Zakupów" postanowiłam w końcu zapoznać się bliżej z bardzo chwaloną marką Organique. Przygarnęłam słynne czarne mydło (Savon Noir Classic) oraz trzy produkty do pielęgnacji ciała - czekoladowy scrub cukrowy (Chocolate Sugar Peeling), pomarańczową piankę myjącą (Creamy Whip) oraz piankę peelingującą o zapachu Ice Tea (Sugar Whip Peeling). Jestem całkiem zadowolona z zakupów, chętnie korzystam z każdego z produktów, ale mój apetyt na tę markę jest póki co niemal całkowicie zaspokojony. Na ten moment ciekawi mnie jeszcze tylko maska do włosów Argan Shine.


W międzyczasie zdarzyły mi się również większe zakupy "twarzowe". Na pewno znacie tę sytuację, kiedy okazuje się, że wszystkie codziennie używane kosmetyki kończą się w jednym czasie i albo nie macie zapasów, albo to co w nich jest nie odpowiada funkcją temu, czego chciałybyście używać. Mi taka sytuacja przytrafiła się w październiku, czego efektem był zakup matującego kremu nawilżającego Tołpa Strefa T (nie ma szału, oceniam go raczej jako przeciętny kosmetyk), sprawdzonego płynu dwufazowego z Lirene (nie zliczę która to już buteleczka - recenzja TUTAJ) oraz płynu bakteriostatycznego z serii Pharmaceris T. Oprócz tego, w mojej pielęgnacji rozgościły się również szczoteczka soniczna Foreo Luna Mini (recenzja TUTAJ) oraz olejek do twarzy Magic Rose od Evree. O tym ostatnim z pewnością jeszcze przeczytacie, bo okazał się być naprawdę pomocny w pielęgnacji mojej skóry, mimo, że bardzo sceptycznie podchodziłam do stosowania olejku na cerę na pograniczu tłustej. Nic bardziej mylnego! :)



Produkty z serii FitoCell od Seboradin to kolejne kosmetyki, o których za chwilę przeczytacie. Seria przeznaczona jest do włosów potrzebujących odżywienia i wzmocnienia, a oparta jest na roślinnych komórkach macierzystych. Brzmi interesująco, a jak wyszło w praktyce? Do końca tygodnia na pewno o tym przeczytacie! :)


Od pewnego czasu, pomimo dalszej sympatii do marki Essie, coraz rzadziej sięgam po nowe kolory. Choć nowe kolekcje zazwyczaj mi się podobają, to jednak przy takiej ilości lakierów, jaką obecnie posiadam, mało który budzi we mnie chęć posiadania. Mimo wszystko, kostka z czterema kolorami z jesiennej kolekcji Essie Dress To Kilt trafiła w mój gust. Każdy z kolorów jest mocno trafiony, a czerwień nosi mi się tak dobrze, jak żadna inna! :)


Po obfitych październikowych zakupach zaczęłam się mocno ograniczać z kolejnymi zakupami, szczególnie tymi zachciankowymi. Listopad był więc u mnie miesiącem odwyku zakupowego. Jak widać powyżej, może nie był to całkowicie skuteczny zabieg, ale bądź co bądź, z efektów jestem bardzo zadowolona. Kupiłam tylko cztery rzeczy - mikrozłuszczający krem na noc z serii Ziaja Liście Manuka (poprzedni mi się skończył), dwa produkty z Organic Shop - peeling z kawą oraz maseczkę błotną, którą miałam już wcześniej i byłam z niej bardzo, bardzo zadowolona. Dodatkowo skusiłam się również na tzw. skunksa z Real Techniques, czyli typowy pędzel duo-fibre do podkładu. Nie lubię stosować tego typu pędzli zgodnie z przeznaczeniem, ale za to rewelacyjnie sprawdzają się przy aplikacji mocno napigmentowanych różów. Kiedyś miałam taki z Maestro, ale podprowadziła mi go mama ;)


Listopad, to miesiąc moich urodzin, więc wstrzemięźliwość w zakupach osłodziły mi kosmetyczne prezenty. Od Sylwii dostałam przepiękny zestaw z nowo otwartego w Polsce salonu KIKO Milano. Sylwia dobrze mnie zna, bo idealnie trafiła z kolorem zestawu, na który składają się szminka i konturówka z limitowanej serii Luscious Punk w kolorze Fucsia, czyli - nieco wbrew nazwie - amarantowym odcieniu różu.


Prezent od mojej ukochanej Stefci, to kolejne spełnione kosmetyczne marzenie. Pomadka Girl About Town (wykończenie Amplified) z MACa chodziła mi po głowie już od dawna, a Stefcia nie dość, że mi ją sprezentowała, to jeszcze do kompletu dobrała mi idealny odcień konturówki - More To Love. Uroczyście oświadczam, że jest to duet idealny! Kolory są świetnie dobrane, a jakościowo zdecydowanie stoją na najwyższym poziomie! :)


Jeśli chodzi o nowości grudniowe, to również starałam się zbytnio nie szaleć. W Minti Shop kupiłam dawno planowane składane pędzle, które planowałam nosić w kosmetyczce - Real Techniques Retracktable Kabuki Brush oraz Retracktable Bronzer Brush, a także kolejną sztukę mojego ulubionego pędzla do rózu, czyli H24 z Hakuro (recenzja TUTAJ). Stara sztuka nadal ma się świetnie, ale zachciało mi się zgrabnego pędzla, który sprawdzi się do konturowania, H24 po raz kolejny okazał się być ideałem, tym razem nie tylko do różu! :)

W tym miejscu muszę pochwalić Minti Shop oraz dystrybutora pędzli Real Techniques - Sense&Body. Okazało się, że moje pędzle RT przyszły do mnie całkowicie rozklejone, tzn. widać było resztki kleju w miejscach łączenia części, ale najwyraźniej był on bardzo złej jakości. Napisałam reklamację do sklepu, po czym następnego dnia maila z zapewnieniem, że zajmą się tą sprawą, natomiast tuż po weekendzie wysłano do mnie nowe sztuki z prośbą o odesłanie tych wadliwych do dystrybutora z opisem sytuacji. Okazało się, że nowe pędzle otrzymałam później zarówno od sklepu (z miniaturką cienia z palety TheBalm Meet Matt(e)!), jak i dystrybutora. Jestem jednak uczciwa, więc ponownie skontaktowałam się z dystrybutorem (bo w końcu interesy robiłam ze sklepem ;)) w celu odesłania nadprogramowej paczki :) Wielkie brawa zarówno dla Minti Shop, jak i dla Sense&Body za szybką reakcję i sprawne załatwienie sprawy! :)


Jak już wspomniałam, w listopadzie w warszawskiej Arkadii otwarto pierwszy w Polsce salon KIKO Milano. Nie miałam zamiaru robić tam wielkich zakupów, ale był jeden produkt, którego nie mogłam sobie odpuścić, a mianowicie zachwalane cienie z serii Water Eye Shadow! Skusiłam się na przepiękne dwa dzienne odcienie - 227 i 228. I tu nie obyło się bez przygód, ponieważ biorąc cienie z półki pomyliłam jeden numerek i zamiast 227, wzięłam 229. Następnego dnia wróciłam do sklepu w celu wymiany pomylonego koloru, nastawiona, że pewnie nic z tego nie będzie, jednak okazało się, że produkt został bez problemu wymieniony i nikt nie robił mi z tego powodu wyrzutów. Wystarczyło tylko szybkie zerknięcie, że produkt jest nienaruszony, pięć minut na zwrot i "kupno" właściwego odcienia i już było po sprawie! Brawo KIKO! :)


Grudzień i listopad stały u mnie pod znakiem kolorowych mazideł do ust. Co ciekawe, żadnego z nich nie kupiłam sama, ale najwyraźniej opatrzność nade mną czuwa i wie, co lubię najbardziej. Tym sposobem, w grudniu trafiły do mnie kolejne piekności! Tym razem w przesyłce z nowościami od Rimmel otrzymałam pomadki w kredce. Jest to nowa seria Color Rush, a kolory, które otrzymałam, to od najjaśniejszego - Give Me My Cuddle, I Want Candy oraz The Redder, The Better. Każda z nich jest naprawdę udana, a czerwień okazała się być dla mnie idealna! Piękna, intensywna i seksowna, ale w żadnym razie nie wulgarna, a do tego wszystkiego sprawia, że zęby wydają się bielsze! :)


Pozostałe zakupy, to mgiełka do pościeli z serii Aromatherapy Lavender&Vanille z Bath&Body Works (seria ułatwiająca zasypianie) oraz Balmi, czyli balsam do ust w kostce. Tego drugiego miałam w sumie nie kupować, ale przełamałam się i jestem bardzo zadowolona! Słyszałam wiele opinii, że ten produkt wcale nie działa, a tymczasem okazało się, że na moje usta działa lepiej, niż słynny EOS.



Jednym z prezentów świątecznych, który wyciągnęłam spod choinki był zestaw trzech kosmetyków Soap&Glory, które marzyły mi się już od dawna! Ciocia Michała postanowiła mi sprezentować słynny żel pod prysznic Clean On Me, peeling do ciała Sugar Crush oraz masło do ciała The Righteous Butter! Każdy z kosmetyków pachnie cudownie! Cieszę się, że w końcu będę miała możliwość zapoznać się bliżej z kosmetykami tej marki! :)



Mój ukochany świetnie zinterpretował mój "list do Św. Mikołaja", bo z całej długiej listy podpowiedzi wybrał to, o czym najbardziej marzyłam, czyli palety TheBalm Balmsai oraz Nude 'Tude. Ta druga widniała na mojej chciejliście aż od 2012 roku! Michał śmiał się później, że nie był ani trochę przekonany do tego pomysłu, ale postanowił się przełamać, kiedy zobaczył moją reakcję na stand z kosmetykami TheBalm w Douglasie! ;) Zakupy świąteczne zrobił jednak w Minti Shop (jak dobrze, że wskazałam ich w "liście" jako przykładowy sklep internetowy, w którym dostanie TheBalm) i tak się złożyło, że dzięki temu, dostałam kolejną miniaturkę - tym razem cudnego różu w kremie w odcieniu Pie z palety How 'Bout Them Apples.


Co tu dużo gadać, z teściową też nie będę miała źle, bo dostałam od niej kolejną buteleczkę mojego ukochanego zapachu - Roses de Chloé. Uwielbiam ten zapach! W pierwszym flakoniku miałam już tylko kilka kropelek, które oszczędzałam, jak mogłam, więc moment był idealny! :)


Kuzynka Michała również postawiła na prezent kosmetyczny - w związku z czym dostałam od niej zestaw kosmetyków J.S. Douglas Söhne z linii masło shea i witaminy. W środku znalazłam nabłyszczający puder do ciała w przepięknej szklanej buteleczce, która ślicznie prezentuje się na toaletce! Oprócz tego w zestawie znalazły się również perfumy w kremie oraz miniaturka żelu pod prysznic z tej samej linii. Muszę przyznać, że ta seria pachnie absolutnie cudownie! Kobieco, ciepło, nieco otulająco, a jednocześnie świeżo i kwiatowo! Na pewno skuszę się kiedyś na coś jeszcze i pewnie postawię na pełnowymiarowy żel pod prysznic i masło do ciała do kompletu. Mocno ciekawi mnie również wersja lawenda i tymianek! :)


Te lakiery z pewnością widziałyście już na kilku blogach! Wkrótce i ja zaprezentuję serię Miracle Gel od Sally Hansen bliżej. Od stycznia nosiłam już trzy kolory i jestem naprawdę miło zaskoczona ich jakością! Może nazywanie ich hybrydami bez użycia lamp jest trochę na wyrost, ale ponad tydzień na paznokciach, niemal całkowicie bez uszczerbku, to już naprawdę coś! :)


W styczniu znowu mocno ograniczałam swoje zakupowe zapędy i starałam się iść raczej w jakość, niż w ilość. Efektem tego są kolejne zakupy w Minti Shop (królestwo za krówkę! :D). Tym razem przygarnęłam zestaw pędzli do oczu Classic Eye Set od Zoeva, czyli marki, która bije rekordy popularności na blogach. Do tego dorzuciłam kolejną upatrzoną paletkę z TheBalm, czyli Autobalm Hawaii. Paleta zawiera róż, cielisty rozświetlacz/cień oraz dwa ciemniejsze cienie. Taki zestaw jest wprost idealny na wyjazdy - cóż za oszczędność miejsca! :)


Wspominałam już o listopadowym odwyku kosmetycznym - tak się składa, że ta akcja była całkiem zorganizowana, ponieważ moje postanowienie było skutkiem posta u Balbiny Ogryzek, w którym Ania ogłosiła jednocześnie konkurs, w którym udało mi się wygrać bon zniżkowy na produkty Lulu&Boo do wykorzystania w sklepie Costasy. W styczniu podjęłam decyzję, że przeznaczę go na żel z echinaceą i drzewem herbacianym, przeznaczony dla cer problematycznych. To moje pierwsze spotkanie z tą marką, więc tym bardziej było mi miło, kiedy okazało się, że w paczuszce znalazłam również próbki trzech innych produktów! :)


Subskrybowanie newslettera w sklepie internetowym Pat&Rub skutkuje tym przywilejem, że w każde urodziny otrzymujecie kod zniżkowy, obniżający cenę produktów o 20%. Tym razem miałam sobie odpuścić, ale w ostatnich tygodniu obowiązywania mojego kodu pojawiła się dodatkowa promocja, obniżająca ceny kilku produktów o kolejne kilkanaście, czy nawet kilkadziesiąt procent. Tak się złożyło, że a) promocja i kod zniżkowy mogły zostać połączone i b) w promocji znalazły się dwa produkty z linii, którą od dawna chciałam wybróbować. W ten sposób skończyłam z żelem pod prysznic i balsamem do ciała z linii Relaksującej o zapachy trawy cytrynowej i kokosa :)

***
Z nowości, to na razie u mnie tyle! Chyba nie ma tragedii, jak na podsumowanie czterech miesięcy. Jestem bardzo zadowolona z ilości i jakości produktów, które kupuję. Pielęgnację uzupełniam już tylko niemal według potrzeby, a zachcianki staram się po pierwsze - ograniczać, po drugie - dokładnie przemyśleć i po trzecie - nie kupować spontanicznie. Staram się dokonywać zakupu tylko w sytuacji, jeśli nie mogę się pozbyć danego produktu z głowy :)
Oczywiście standardowo czekam na Wasze komentarze - co znacie i lubicie, nad czym się zastanawiacie, a co się u Was nie sprawdziło? :)
Karolina

Czytaj dalej

poniedziałek, 4 marca 2013

Ulubieńcy lutego

Cześć Dziewcyzny!

Luty minął nie wiadomo kiedy, więc pora na podsumowanie tego miesiąca. Na pierwszy rzut zerknijmy na ulubieńców, wśród których jak zawsze - jest kilka nowości i jest kilka stałych punktów. Bez zbędnych wstępów - zaczynamy! :)


W lutym ponownie najczęściej sięgałam po cienie z paletki Urban Decay Naked 2. Nie jest to moim zdaniem paleta wybitna, ale z pewnością jest bardzo uniwersalna i świetnie się u mnie sprawdza jako paleta do codziennego makijażu. Powoli wyrabiam sobie o niej opinię, tym bardziej, że w lutym właściwie nie sięgałam po inne cieni. Myślę, że niedługo napiszę o niej kilka zdań, zilustrowane porcją swatchy :)

Kolejnym punktem ulubieńców jest róż - Africa od W7, który otrzymałam jakiś czas temu do przetestowania od sklepu Kosmetykomania. Niespodziewanie ten róż szturmem wdarł się do grona produktów, po które najchętniej i najczęściej sięgałam w lutym. Urzekł mnie zarówno kolor, jak i fantastyczna trwałość tego produktu. W weekend udało mi się zrobić w miarę wyraźne zdjęcia tego produktu, więc postaram się wkrótce przygotować recenzję tego różu.

Brązowa kredka Smooth Definer od Oriflame (na paletce), to mój niekwestionowany ulubieniec od wielu miesięcy - zupełnie nie umiem się z nią rozstać, ale niewiele już mi z niej zostało, więc chyba pora rozejrzeć się za nową. Uwielbiam ją za to, że świetnie podkreśla moją linię rzęs na dolnej powiece, a przy tym nie jest tak wyraźna i oczywista jak czarna kredka.


Jeśli chodzi o produkty do ust, to w tym miesiącu bardzo chętnie sięgałam po kredkę do ust z Revlon w kolorze Lovesick. Uwielbiam ją za fantastyczną trwałość i chętnie dokupię jakiś bardziej codzienny kolor! Drugim ulubieńcem zostałam pomadka Rouge Caresse od L'Oreal - tym razem w kolorze Rose Mademoiselle. Jestem zakochana w tych pomadkach i mogłabym stale rozszerzać ich grono o kolejne kolory do kolekcji! Jestem na wielkie tak! :)


Dalej idąc mamy pędzelki, bez których nie wyobrażam sobie codziennego makijażu. Pędzel do różu Hakuro H24 po raz kolejny udowodnił mi, że jest niezastąpiony! Nie ważne po jaki produkt sięgam, on sprawdza się ze znaczną większością róży w mojej kolekcji i zawsze świetnie je rozprowadza. Recenzja pojawiła się TUTAJ.

Mój ulubiony duet pędzli do makijażu oka, to ostatnio - po pierwsze - pędzel do nakładania cieni z EcoTools - z powodzeniem wyparł mojego ulubieńca z Maestro, który nie radził sobie z cieniami z paletki Naked. EcoTools o wiele lepiej nabiera te cienie i sprawia, że nakładane na powiekę, nie tracą na intensywności. Po drugie - pędzelek do rozcierania Hakuro H79 - przy jego użyciu wykonuję większość makijażu oka. Dla mnie jest dużo bardziej precyzyjny, niż 497 z Maestro, który również lubię, ale jednak Hakuro sprawdza się u mnie lepiej. Teraz mam jeszcze pędzelek do rozcierania z Sigmy, więc ciekawa jestem jak te pędzle wypadną razem w starciu :)


Przechodząc do pielęgnacji - w lutym z ogromną przyjemnością sięgałam po duet z Bath & Body Works w moim ulubionym ostatnio zapachu, czyli Twilight Woods. Balsam do ciała i żel pod prysznic dostałam od mojego ukochanego na Walentynki i idealnie wpasował się on do mojej minikolekcji kosmetyków z tej linii, ponieważ mam również m.in. wodę toaletową Twilight Woods!

Pozostałe dwa produkty, to kosmetyki marki Lirene. Po pierwsze mój ukochany tonik do twarzy (recenzja TUTAJ). Zużywam już drugą buteleczkę i gdybym nie miała w zapasach innych produktów do wypróbowania, to nie używałabym już nic innego! :)

Krem do rąk z alantoiną po raz kolejny utwierdził mnie w przekonaniu, że jest świetnym towarzyszem w torebce i sprawdza się wszędzie tam, gdzie go potrzebuję, w szczególności w pracy! Niedługo więcej na jego temat!

To by było na tyle. Tym razem wyróżniłam skromne grono, ale mam pewność, że są to produktu, po które sięgałam najczęściej w lutym. A jak prezentują się Wasi ulubieńcy? Znacie produkty, które tak mnie w sobie rozkochały? :)
K.
Czytaj dalej

niedziela, 23 grudnia 2012

Hakuro H54 - pędzel do podkładu, różu i bronzera

Dzisiejszy post przygotowałam z myślą o Agnieszce z bloga Zielone Serduszko - Aga, zbierałam się z tym postem jak sójka za morze, ale jest i możesz go potraktować jako mój prezent świąteczny dla Ciebie! :D

Tym razem przyjrzymy się bliżej pędzelkowi do podkładu, różu i bronzera H54 z Hakuro, który ja kupiłam przede wszystkim z myślą o nakładaniu na twarz podkładów płynnych.


WYGLĄD I WYKONANIE: Pędzel jest wykonany z trójkolorowego, syntetycznego włosia, a trzonek z naturalnego drewna. Całkowita długość pędzla wynosi 18cm, natomiast włosie w najdłuższym miejscu mierzy 3 cm. Włosie pędzelka jest mocno gęste i zbite, nie rozkłada się ani nie ugina podczas aplikowania produktów na twarz, ponadto jest szalenie mięciutkie i delikatne dla twarzy. Nie drapie i nie drażni delikatnej skóry.


Rączka pędzelka jest wykonana z naturalnego drewna. Lekko i pewnie leży w dłoni, jest bardzo poręczna. Nie zauważyłam, żeby podczas kilku miesięcy dość intensywnego użytkowania uległa jakiemuś większemu zniszczeniu, widoczne są jedynie mikroskopijne odpryski farby przy samej końcówce.


Pędzel posiadam od kwietnia, dość często z niego korzystam i nadal mam go w całości. Nic się nie rozpadło, nic nie wypadło, ani nic się nie ułamało. Niestety mam wrażenie, że wkrótce czekać mnie będzie sklejanie rączki, wprawdzie teraz jeszcze wszystko się trzyma, ale mam wrażenie, że aluminiowa skuwka zaczęła się niebezpiecznie chybotać na rączce. Zobaczymy... Mam jeszcze pędzel H50, również do podkładu i tam nic mi się nie gibało, a mimo to skuwka się odkleiła.

Wydaje mi się, że producent być może użył zbyt słabego kleju, który nie potrafi sobie poradzić z utrzymaniem, bądź co bądź, grubego pędzla na dużo większym trzonku, niż ma to w przypadku na przykład pędzli do oczu. Jeśli jednak mam być szczera, to choć jest to odrobinę upierdliwe, to jednak zupełnie mi nie przeszkadza, w razie czego mogę sobie sama skleić pędzel, a samo włosie przecież nie traci przez to na jakości. Samo włosie trzyma się idealnie, od nowości pędzel nie zgubił chyba żadnego włoska, a po każdym praniu z łatwością odzyskuje swój kształt.


ZASTOSOWANIE I EFEKT: H54 przeznaczony jest zarówno do nakładania podkładów, jak i różu oraz bronzera. Przy czym sprawdzi się, moim zdaniem, zarówno z produktami w kamieniu, jak i produktami w kremie, czy płynnymi. Ja używam tego pędzla przede wszystkim do podkładu płynnego i w tej roli sprawdza się świetnie! Każdy podkład, który nim aplikuję wygląda na twarzy bardzo naturalnie, ładnie stapia się z cerą, a co najważniejsze - pozbawiony się smug i widocznych granic.

Zdarzyło mi się również użyć tego pędzla do bronzera w kamieniu i z tego zastosowania również byłam zadowolona, choć ja mam już swojego ulubieńca w tej kategorii, którym jest recenzowany już grubasek z EcoTools.


CZYSZCZENIE: Ponieważ pędzel jest gęsty, to niestety chłonie nieco podkładu, przez co jego dopranie bywa czasami kłopotliwe, jednak najlepiej sprawdza się zwilżenie włosia, naniesienie na niego delikatnego szamponu i zajęcie się pozostałymi pędzlami, w tym czasie środek myjący powinien zrobić większą część pracy za nas. Teraz wystarczy tylko dobrze wypłukać pianę i powinno być wszystko czyste, powinno bo niestety to nie zawsze skutkuje i czasem czynność trzeba powtórzyć.

CENA/DOSTĘPNOŚĆ: ok.34zł; mój pędzel kupiłam w sklepie Kosmetykomania, ale są one dostępne również w innych sklepach internetowych oraz u różnych sprzedawców na allegro.


CZY KUPIŁABYM PONOWNIE: Tak! Pomimo trudności z domywaniem zdecydowanie tak! Nadal jeszcze lubię aplikować podkład palcami, ale jednak zdecydowanie chętniej sięgam po pędzel, nie dość, że tak jest bardziej higienicznie, to jeszcze widzę zdecydowaną różnicę w tym jak podkład zaaplikowany pędzlem prezentuje się na twarzy.


Bardzo polubiłam pędzle Hakuro i cenię sobie moją małą ich kolekcję. Nadal uważam, że warto zainwestować w te pędzle i z pewnością jeszcze niejeden przybędzie do mojego skromnego zbiorku. W przyszłym roku prawdopodobnie skuszę się na pędzel do pudru oraz jajeczko do rozświetlacza, jeśli więc macie jakiś swoich ulubieńców w tych kategoriach, to koniecznie piszcie w komentarzach!
K.


Czytaj dalej

piątek, 9 listopada 2012

Hakuro H24 - pędzel do różu

Cześć Dziewczyny!

Planowałam pokazać Wam dzisiaj kolejny lakier, ale jednak dam Wam chwilę odpocząć (tak z jeden dzień ;)) i dla odmiany sięgnę po pędzel do różu. Mowa oczywiście o moim ulubieńcu z Hakuro, czyli H24. Te z Was, które mniej więcej śledzą moich ulubieńców miesiąca prawdopodobnie kojarzą, że jest to mój pędzel idealny, a dlaczego? Zapraszam na uzasadnienie! :)


WYGLĄD I WYKONANIE: Pędzel wykonany jest z trójkolorowego, syntetycznego włosia, ściętego ukośnie. Jest naprawdę bardzo, bardzo mięciutki, ale jednocześnie włosie jest odpowiednio zbite i sztywne. Sztywne w tym sensie, że nie wygina się na wszystkie strony, czy to podczas nabierania kosmetyku, czy jego aplikacji na twarz, co oczywiście poczytuje mu się na plus. Jest bardzo delikatne dla twarzy i nie drapie jej, ani nie powoduje żadnych podrażnień.Włosie jest osadzone w metalowej skuwce, a ta na drewnianym trzonku.


Wiem, że swego czasu dziewczyny narzekały na to, że skuwki w pędzlach Hakuro odklejały się od trzonków, a włosie z pędzli zwyczajnie wypadało, ale z tego, co wiem, dotyczy to starszych modeli i od czasu tamtych skarg Hakuro znacząco poprawiło jakość i wykonanie ich pędzli. Z moim pędzlem jest wszystko w najlepszym porządku, odkąd go mam (5 miesięcy) nie zgubił jeszcze ani jednego włoska - ani w trakcie prania, ani tym bardziej w trakcie korzystania z niego. Skuwka jest mocno osadzona na trzonku, a całość bardzo dobrze leży w dłoni. Ponadto farba dobrze trzyma się trzonka i póki co (odpukać) nie odprysnęła mi jeszcze w żadnym miejscu.


Pędzel otrzymujemy z nasuniętą na włosie grubą folijką zabezpieczającą przed odkształceniami, może być ona pomocna zarówno przy przechowywaniu naszych pędzli, jak i przy ich transporcie. Jest to szczególnie fajne rozwiązanie, jeśli potrzebujemy wrzucić nasz pędzel do kosmetyczki. Wprawdzie nie powinnyście tego traktować jako sytuację codzienną, bo nie jest to jednak BrushGuard, ale w sytuacjach awaryjnych zawsze lepiej zabezpieczyć pędzel chociaż w taki sposób.


ZASTOSOWANIE I EFEKT: Pędzel nadaje się do aplikowania kosmetyków kolorowych takich, jak róż, bronzer czy rozświetlacz, jednak ja zdecydowanie preferuję go do różu. Pędzlami o tak ściętym włosiu najwygodniej i najpewniej nakładam róże o każdej, nawet najmocniejszej pigmentacji i wiem, że nie zrobię sobie krzywdy. Mam wrażenie, że taki kształt jest też najlepiej dopasowany do mojej twarzy i dzięki temu nie aplikuję różu ani za wysoko, ani za nisko (choć nie odbierajcie mnie jako guru w tej kwestii :P).

Pędzel nie ma tendencji do "zjadania" kolorów, więc warto uważać na to, ile kosmetyku nabieramy. Na szczęście jednak wszystko łatwo można stopniować, co oczywiście jest też zależne od jakości i pigmentacji różu czy bronzera, ale ze wszystkimi kosmetykami z mojej kolekcji pędzel współpracuje bardzo dobrze. Nie boję się aplikować nim mocno napigmentowanych róży w intensywnych kolorach, czy nawet bronzera. Jednocześnie nie odczuwam już potrzeby aplikowania koloru jednym pędzlem, a rozcierania go drugim, co zdarzało mi się z poprzednikiem Hakuro. H24 świetnie sobie radzi z oboma tymi zadaniami, świetnie rozciera róż czy bronzer, a ewentualne niedociągnięcia zawsze łatwo zniwelować poprzez omiecenie buzi pędzlem po do pudru. Ponadto tym samym pędzlem można nałożyć również rozświetlacz, więc kolejny wielki plus należy mu się za wielofunkcyjność.

Pędzel nadaje się zarówno do zwykłych kosmetyków prasowanych, jak sproszkowanych minerałów. Świetnie sobie radzi zarówno z różami The Balm, jak i z tym od Lily Lolo ;)


WYMIARY: Cały pędzel ma długość 18cm, natomiast włosie w najkrótszym miejscu ma 2cm, a w najdłuższym 3,3cm.

CZYSZCZENIE: Pranie tego pędzla należy raczej do przyjemności. Pod wpływem wody i łagodnego szamponu bardzo łatwo oddaje kolor i wraca do pierwotnej barwy. Nie mam problemów ani z dopraniem koloru, ani z późniejszym wypłukiwaniem piany. Wystarczy delikatnie rozchylać włoski pod bieżącą wodą, a piana sama się wypłukuje.

CENA/DOSTĘPNOŚĆ: ok.26zł; mój pędzel kupiłam na Kosmetykomanii, ale są one dostępne również w niektórych innych drogeriach internetowych;

CZY KUPIŁABYM PONOWNIE: Z pewnością tak! Pędzel do różu, to jeden z najważniejszych akcesoriów w mojej kosmetyczce i cieszę się, że udało mi się tak szybko znaleźć pędzel niemal idealny! Próbowałam kilku innych produktów o tym przeznaczeniu, ale w końcu doszłam do wniosku, że róż najłatwiej aplikuje mi się ściętym pędzlem i żadnych zaokrąglonym nie potrafię uzyskać takiego efektu, jak klasycznym skośnym :)


Moim zdaniem pędzle Hakuro to naprawdę świetne jakościowo i stosunkowo niedrogie akcesoria, w które naprawdę warto zainwestować pieniądze. Jestem zadowolona z każdej jednak sztuki, która znalazła się w moim posiadaniu i z pewnością będę tę kolekcję powiększać :)

A jakie jest Wasze zdanie o marce Hakuro? Miałyście już styczność z ich pędzlami? Czy macie swoich ulubieńców? :)
K.
Czytaj dalej

wtorek, 6 listopada 2012

Ulubieńcy października

Cześć Dziewczyny!

Zgodnie z facebookową zapowiedzią, dzisiaj pora na ulubieńców - jutro natomiast powinny pojawić się październikowe zdobycze (których część zobaczycie już w tym poście :)). Nie jest pewna czy pojawią się rano, czy po południu wszystko jest kwestią tego, kiedy wyrobię się z obrobieniem zdjęć, ale tak czy inaczej zapraszam - wiem, że lubicie tego typu posty :)

Wracając jednak do ulubieńców - tak jak wspomniałam powyżej - część moich nowych zdobyczy z miejsca zdobyła moje serce i wskoczyła do zacnego grona faworytów. Być może szokiem dla stałych bywalców będzie brak jakiegokolwiek produktu z The Balm :D Taaak... W październiku co nieco odpuściłam, ale nadal chętnie sięgam po róże z mojej balmowej kolekcji :) Tym razem jednak w moje posiadanie weszły dwa nowe i oczywiście przecudnej urody róże. Wkrótce postaram się o nich napisać więcej, załączając swatche, ale jeśli chcecie zobaczyć je z bliska już teraz, to jutro spróbuję dodać zdjęcie ze swatchami.


W październiku szczególnie chętnie sięgałam po podkład Lily Lolo w kolorze Warm Peach. Już przy okazji denek pisałam Wam, że za sprawą Agu, ten podkład szczególnie przypadł mi do gustu. Po raz pierwszy na własne oczy widzę, że moja twarz wygląda znacznie lepiej, niż bez podkładu. Koloryt jest wyrównany, większość zmian jest świetnie ukryta, a przy tym skóra nie jest obciążona. W dodatku moja twarz nawet bez użycia pudru świeci się duuużo później, a w dobre dni nawet prawie wcale. Jestem zupełnie oczarowana! :) Do aplikacji tego podkładu używam flat topa z Hakuro - model H50. Uwielbiam tę markę, jest absolutnie świetna, jestem zadowolona z każdego jednego pędzelka, który posiadam. Ten jest bardzo mięciutki i dobrze radzi sobie z rozprowadzaniem podkładu na twarzy, nawet w trudno dostępnych miejscach.

Pozostając jeszcze w temacie Lily Lolo (i odsypek od Agu :)) - moim nowym ulubieńcem jest róż tej marki w bardzo popularnym kolorze Ooh La La. Chyba jeszcze nie miałam tak twarzowego i jednocześnie tak trwałego różu. I mam tym razem na myśli trwałość w sensie intensywności koloru. Kolor nie tylko widać przez cały dzień, ale po prostu przez cały dzień jest on tak samo intensywny, jak rano podczas aplikacji. W dodatku jest szalenie łatwy w obsłudze, a ewentualny nadmiar bardzo łatwo można skorygować pędzlem z pozostałościami podkładu.


Kolejnym różem, który w październiku zasilił moją kolekcję jest róż z Alverde w kolorze 04 Soft Rose, który dostałam od Sylwii, jako upominek z Budapesztu. Jestem zachwycona tym różem niemal tak bardzo, jak wyżej opisywanym LL. Ten z Alverde ma świeży, bardzo dziewczęcy kolor, który można stopniować od bardzo delikatnej poświaty po intensywny, chłodny róż o satynowym wykończeniu. Również jest szalenie trwały, choć z upływem dnia nieco blednie. Jeśli będziecie miały okazję odwiedzić drogerie DM, to polecam przyjrzeć się tym różom! :)

Jako Essiemaniaczka musiałam uwzględnić tu dwa wyjątkowe lakiery, które  z ogromną przyjemnością nosiłam na paznokciach w październiku. Są to cudowny brudny fiolet - Island Hopping, który oczarował mnie fantastyczną trwałością - nosiłam go równo tydzień, bez jakichkolwiek większych uszkodzeń, jedynie z delikatnie przytartymi końcówkami. I zmyłam go tylko dlatego, że miałam ochotę na coś innego. Miałam już okazję przekonać się o trwałości lakierów Essie, ale ten pobił wszystkie dotychczasowe na głowę!

Drugim z ulubionych kolorów jest Virgin Orchid, który przy okazji poprzedniego posta zakupowego tak bardzo Was zainteresował. VO to bardzo dziewczęcy róż, w którym zatopione są mikroskopijne złote drobinki, dzięki czemu lakier jest wielowymiarowy. Był to lakier, który zdecydowanie najczęściej nosiłam w tym czasie. Gdyby zsumować wszystkie dni, kiedy miałam go w październiku na paznokciach, to spokojnie uzbierałyby się dwa tygodnie!

Oba lakiery zaprezentuję bliżej jeszcze w tym tygodniu, dlatego obserwujcie uważnie blog, jeśli któryś z nich wpadł Wam w oko :)


Last but not least - czyli duet z Bath & Body Works! W październiku skorzystałam ze zniżki uzyskanej na fanpage'u BBW i skusiłam się na zakup wody toaletowej i nawilżającego balsamu do ciała z linii Carried Away. Teoretycznie ten zapach powinien bardziej pasować na wiosenne dni, tym bardziej, że jestem fanką dość ciężkich, otulających zapachów, ale ma w sobie coś takiego, że po prostu musiałam go mieć. Jest jednocześnie bardzo słodki, ale również bardzo świeży. Kojarzy mi się trochę z cukierkami miętowymi Ice - pamiętacie je jeszcze? Niewiele miały wspólnego z miętą, ale były właśnie takim połączeniem orzeźwienia i słodyczy :) Woda toaletowa jest bardzo trwała i na początku wyczuwałam ją na sobie przez cały dzień, teraz już się nieco przyzwyczaiłam, więc nie wyczuwam go tak często, jak na początku. Balsam natomiast ma świetną gęsto i dość treściwą konsystencję, świetnie się wchłania i generalnie pozostawia skórę przyjemnie nawilżoną i gładką. Na pewno przeczytacie recenzje tych dwóch produktów, myślę, że do końca miesiąca zdążę się z nimi wystarczająco zapoznać, żeby móc napisać rzetelną recenzję :)

Znacie któregoś z moich ulubieńców? A może macie ochotę wypróbować coś z tego zacnego grona? ;))
K.
Czytaj dalej

wtorek, 9 października 2012

Ulubieńcy września

Były zakupy, były denka, pora więc na ostatni odcinek podsumowujący wrzesień, czyli ulubieńców! Tym razem same debiuty, zarówno w kwestii kolorówki, jak i w kwestii pielęgnacji.


Miesiąc z pędzlem do rozcierania Hakuro H79 i do razu trafia do ulubieńców! Serio, coraz bardziej podoba mi się ta marka! Każdy jeden pędzel, który od nich kupiłam jest naprawdę świetny! H79 jest uważany za odpowiednik MACa 217. Jak jest naprawdę, nie wiem, ale Hakuro, to z pewnością bardzo udany model. I polubiłam go nawet mimo tego, że generalnie wolę bardziej puchate pędzle do rozcierania (i w tym celu z pewnością kupię bodajże H74), jednak ten zdaje się być dużo bardziej precyzyjny. Jeszcze trochę i na pewno uraczę Was jego recenzją... :)

Cienie Inglot (352 Matte, 399 Pearl, 460 Double Spark; na dole po prawej: 502 DS) - we wrześniu wzięłam porządnie w obroty czwórkę, którą kupiłam jeszcze w czerwcu. I tym razem jak już raz się przykleiłam, tak naprawdę bardzo rzadko sięgałam po jakiekolwiek inne cienie. Niesamowite jest to, że na bazie te cienie wytrzymują calutki dzień. Przeszły nawet hardcorowy test w postaci drzemki po całym dniu pracy - po 18h noszenia były zaledwie delikatnie zrolowane... Niesamowite!

Baza pod cienie Dax Cashmere, to mój aktualny zamiennik dla bazy Kobo, która jakiś czas temu zamieniła się w kamień. Mimo pewnych niewielkich niedogodności, uważam, że Cashmere to naprawdę świetna baza! Ciekawa jestem, jak będzie się dalej sprawować, bo po dwóch miesiącach z tą bazą jestem nią szczerze oczarowana!

Róż Sleek Pomergranate - ileż ja czekałam na ten róż! Tyle czasu zbierałam się do jego zakupu, po czym w lipcu dostałam go od kochanej Gray! Wtedy okazało się, że czuję się nieco zbyt blada, żeby go nosić, ale od razu po powrocie z wakacji, kiedy to udało mi się złapać odrobinkę słońca, okazało się, że jest idealny. I o ile w sierpniu w moim makijażu dominował Cabana Boy od TheBalm, tak we wrześniu zawzięcie maltretowałam Pomergranate :)

Rozświetlacz Mary Lou-Manizer, to kolejny kosmetyk, który bardzo chciałam mieć, a kiedy już wpadł w moje ręce, to używałam go od święta, tak jakbym chciała go oszczędzać. Jednak w końcu przemówiłam sobie do rozsądku i zaczęłam sięgać po niego regularnie, bo przecież ten produkt i tak ma tak ogromną pojemność, że w życiu go nie zużyję! ;) Jeden z piękniejszych rozświetlaczy, jakie widziałam - zupełnie nie czuję potrzeby posiadania innego! :)

We wrześniu, na moich paznokciach u rąk, królowały lakiery Essie, aczkolwiek za każdym razem używałam innego, stąd brak konkretnych ulubieńców. Zdałam sobie jednak sprawę z tego, że jest jeden lakier, po który sięgałam z wyjątkową przyjemnością i regularnością, a był to Hean 614 - to mój ulubieniec na paznokciach u stóp. Nawet nie potrafię sobie teraz przypomnieć, czy malowałam paznokcie u stóp wcześniej, co oznacza, że musiałam brać w obroty prawdopodobnie co najmniej przez całe wakacje. Lakier ma przepiękny fuksjowy kolor i jest szalenie trwały! Właściwie to zmywam go dopiero wtedy, kiedy biorę się za obcinanie paznokci... Wcześniej naprawdę nie ma potrzeby, bo ten lakier nie zalicza nawet ubytków! ;) 


Jeśli zaś chodzi o ulubieńców w kwestii pielęgnacji, to z pewnością należałoby wyróżnić dwa produkty od Pharmaceris. Przez całe wakacje moja cera płatała mi mniejsze lub większe figle, aż w końcu przebrała się miarka i jak tylko słońce schowało się w miarę na stałe za chmurami sięgnęłam po krem peelingujący z 5% zawartością kwasu migdałowego oraz krem przeciwtrądzikowy, oba z serii Pharamaceris T. Początkowo, po przeczytaniu bardzo różnych opinii, byłam dość sceptycznie nastawiona, ale na szczęście okazało się, że oba te kremy świetnie się u mnie sprawdzają. Nie są ideałami, bo liczyłam po cichu na nieco lepsze efekty, ale i tak zauważyłam ogromną poprawę w stosunku do tego, co działo się z moją cerą na początku miesiąca. Myślę, że taką kurację będę kontynuować przez październik i za 3-4 tygodnie wystawię obu tym produktom recenzję! A będzie co pisać! :)

Tym razem niewielu ulubieńców, ale każdy z tych produktów naprawdę zasłużył na wyróżnienie! Zauważcie, że tym razem pojawił się tu tylko jeden produkt z TheBalm :D

A po jakie produkty Wy sięgałyście najchętniej we wrześniu? :)
K.
Czytaj dalej

środa, 3 października 2012

Wrześniowe zdobycze - a przynajmniej te najciekawsze... ;)

Cześć Dziewczyny!

Tym razem post o najciekawszych kosmetykach, które wpadły mi do "kosmetyczki" we wrześniu. Tym razem nie pokazuję wszystkiego, bo wydaje mi się, że mogłoby to być po prostu nudne... Pojawiło się kilka kosmetyków z serii uzupełnianie zapasów, takich jak płyn micelarny Bourjois, żel micelarny z Biedronki czy szampon bez silikonów Syoss (mój chłopak również się z nim polubił! ;)) - wszystko znane i lubiane, więc nie ma sensu pokazywać tych rzeczy na zdjęciach. Skupmy się więc na najciekawszych aspektach wrześniowych zdobyczy! :) Tym razem moje zakupy zdominowała promocja na lakiery Essie w Super-Pharm... ;)

od góry od lewej: Sexy Divide, Peach Daiquiri, Virgin Orchid,
Watermelon, Sand Tropez, Island Hopping,
Bangle Jangle, Mademoiselle
Essie, Essie, Essie... Już wiecie, dlaczego we wrześniu lakiery zdominowały moje posty... Tak też będzie z pewnością w październiku, choć w planach mam również więcej recenzji pielęgnacji. Ale do rzeczy... Dwa z lakierów z powyższego zdjęcia kupiłam w sklepie PaaTal za niecałe 15zł/szt. - są to kolory Mademoiselle (swatche TUTAJ) oraz Bangle Jangle. Pozostałe piękności kupiłam w Super-Pharm w promocyjnej cenie ok.25zł/szt. Oczywiście na początku skusił mnie tylko Sand Tropez (swatche TUTAJ). Później jednak skusiłam się kolejno na Watermelon i Sexy Divide, a przy kolejnej wizycie również na Virgin Orchid, Island Hopping oraz Peach Daiquiri. Chyba nigdy jeszcze nie przestudiowałam w necie tylu swatchy lakierów, co we wrześniu... I nadal mam jeszcze kilka sztuk na wishliście... ;)

Czy są wśród nich jakieś kolory, które szczególnie Was interesują?

Rare 021 Cotton Candy, Golden Rose Paris 242 i 32

Pierwszy lakier od lewej, czyli Rare w kolorze Cotton Candy, to prezent od Sylwii, przywieziony z Gran Canarii, a kolejne dwa, to zdobyte przy jej pomocy lakiery Golden Rose Paris w kolorach - 242 oraz 32. Cena lakierów GR, to około 5zł/szt.


The Balm - bronzer Bahama Mama i róż Frat Boy... No cóż za niespodzianka, prawda? ;) Biłam się z myślami odkąd tylko dostałam sms z informacją o weekendowej promocji w Marionnaud. W końcu za namową (niezbyt intensywną) Gray i Agu, ostatecznie zdecydowałam się skusić na kolejną kolorówkę tej marki. Tym razem ceny były obniżone o 30%, więc oba produkty wyniosły mnie około 35zł/szt.

Powyższe swatche potraktujcie raczej orientacyjnie ;) Niedługo post przybliżający te dobroci :)


Max Factor False Lash Effect Fusion, to moja kolejna sztuka tego tuszu! Bardzo go polubiłam, a moja pierwsza buteleczka dość mocno podeschła, więc spodziewam się, że lada dzień odmówi mi posłuszeństwa... W dodatku zdałam sobie sprawę, że zapomniałam o jego recenzji, a efekt już jednak nie jest ten sam, co na początku... Z pomocą przyszedł mi Super-Pharm, gdzie tusz kupiłam w promocji za ok.35zł. Chcecie porównanie jak wyglądają rzęsy pomalowane podeschniętym już FLE, a jak tym świeżo otwartym?

Dalej jest coraz lepiej - nareszcie zamówiłam upragnioną paletkę Sleek, czyli Storm. To prawdopodobnie najbardziej popularna paletka tej marki, a ja - Sleekomaniaczka - tak długo się przed nią opierałam. Nareszcie jednak ją mam i chętnie z niej korzystam! :) Pamiętam, że korzystałam z jakiejś zniżki na kosmetykomanii, ale nie pamiętam ile dokładnie zapłaciłam za tę paletkę, w każdym razie jej cena regularna wynosi ok.35zł.

Pędzle Hakuro do twarzy szczerze uwielbiam i chętnie po nie sięgam, dlatego chciałam również sprawdzić jak miewają się te do oczu. Wybrałam jeden, chyba najpopularniejszy model do rozcierania, czyli Hakuro H79, który uznawany jest za odpowiednik MACa 217. Cena Hakuro, to 16,40zł, czyli bardzo korzystnie! :)


Wczoraj, przy okazji relacji z otwarcia Bath & Body Works (KLIK), pisałam już o prezentach od marki. Ja zdecydowałam się na mgiełkę i balsam z linii Dark Kiss oraz na mydło w piance z linii Sweet Pea.

Wyżej wymienione produkty są prezentami, ale ponieważ marka jest nowa, poniżej podaję standardowe ceny tych kosmetyków:
mgiełka (236ml): 49zł; 
balsam do ciała (236ml): 35zł; 
mydło w piance (259ml): 29zł


W związku z ciężkim wyborem i ograniczeniem do maksymalnie trzech różnych zapachów, postanowiłam skorzystać również z promocji i wybrałam dwa dodatkowe balsamy z linii Pink Chiffon oraz Carried Away. W skrócie - kupiłam jeden balsam, drugi wybrany dostałam gratis, czyli wydałam tylko 35zł.


To zdjęcie z pewnością znają już dziewczyny, które zaglądają na blogowego facebooka. Są to zakupy, które poczynił dla mnie w Wiedniu mój "szwagier" :) Skubaniec kupił wszyściutko, o co go poprosiłam! Nareszcie i ja będę mogła przetestować hity z DM! Całość wyniosła mnie jakieś 10-15 euro.

Alverde - olejek do ciała z wyciągiem z dzikiej róży i rokitnika;
Alverde - olejek do ciała z paczulą i czarną porzeczką;
Alverde - maska do włosów z aloesem i hibiskusem;
Alverde - odżywka do włosów z aloesem i hibiskusem;
Balea - melonowy żel pod prysznic;
Balea - żel pod prysznic z guavą;


Powyższa paczuszka, to dobra wola Agu, która postanowiła umożliwić mi przetestowanie podkładu mineralnego Lily Lolo w kolorze, którego Agata sama używa, czyli Warm Peach. Zresztą zawartość całej paczuszki była niespodzianką i sprawiła mi ogromną przyjemność! Agu wysłała mi również odsypkę różu  Lily Lolo Ooh La La, odlewkę maski i peelingu 2w1 z ogórkiem i ryżem od Ava, podzieliła się cytrynkowym Rimmelem, dorzuciła próbki kremu rozświetlającego z Corine de Farme, który chciałam kiedyś wypróbować a do tego dorzuciła jeszcze maskę nawilżającą z AA... Ta paczuszka już poskutkowała odebranym wczoraj zamówieniem, zawierającym kosmetyki LL! :)

Dziękuję Agu! :*


No i na koniec piękna trójca błyszczyków, które otrzymałam o testów od przedstawicielki perfumerii Douglas Polska. Są to błyszczyki z serii Absolute Lips w kolorach 06 Hanna, 08 Giulia oraz 07 Mira. O ile nie jestem szczególną fanką błyszczyków i rzadko sięgam po taką formę produktów do ust, tak te naprawdę nieźle się sprawdzają. Więcej o nich już wkrótce! :)

Czy jest wśród tych produktów coś, co wzbudziło Waszą szczególną ciekawość? I czy Wy we wrześniu upolowałyście coś, z czego jesteście szczególnie zadowolone? :)
K.

Czytaj dalej
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Blog template designed by SandDBlast