Pokazywanie postów oznaczonych etykietą MAC. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą MAC. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 19 lutego 2015

Nowości ostatnich miesięcy (październik 2014 - styczeń 2015)

Dawno już nie uzupełniałam postów z nowościami, ale szkoda mi czasu, żeby wszystko to, co przybyło mi od października rozbijać na mniejsze posty. Postanowiłam więc w skrócie pokazać najciekawsze nowości ostatnich miesięcy. Oczywiście nie wszystko to zakupy, bo są tu również prezenty urodzinowe, a także prezenty, które znalazłam pod choinką. Jest też kilka produktów, otrzymanych w ramach współprac. W sumie mogłabym sobie odpuścić ten post, ale wiem, że lubicie je oglądać, a i ja sama chętnie zerkam na zakupy innych blogerek :)


W październiku odwiedziłam Wiedeń, dzięki czemu miałam okazję do zrobienia kolejnych zakupów w LUSH i DM. W tym drugim sklepie nie szalałam, bo nic szczególnego nie było mi potrzebne, ale w LUSH skusiłam się na kolejne opakowanie mojej ulubionej maseczki - Catastrophe Cosmetics (recenzja TUTAJ). Do tego przygarnęłam jeszcze czyścik Herbalism oraz czyścik/peeling Dark Angels. Każdy z tych produktów okazał się wyjątkowo udany i z pewnością w miarę możliwości będę do nich wracać! :)

 

Przy okazji któregoś weekendu typu "Szaleństwo Zakupów" postanowiłam w końcu zapoznać się bliżej z bardzo chwaloną marką Organique. Przygarnęłam słynne czarne mydło (Savon Noir Classic) oraz trzy produkty do pielęgnacji ciała - czekoladowy scrub cukrowy (Chocolate Sugar Peeling), pomarańczową piankę myjącą (Creamy Whip) oraz piankę peelingującą o zapachu Ice Tea (Sugar Whip Peeling). Jestem całkiem zadowolona z zakupów, chętnie korzystam z każdego z produktów, ale mój apetyt na tę markę jest póki co niemal całkowicie zaspokojony. Na ten moment ciekawi mnie jeszcze tylko maska do włosów Argan Shine.


W międzyczasie zdarzyły mi się również większe zakupy "twarzowe". Na pewno znacie tę sytuację, kiedy okazuje się, że wszystkie codziennie używane kosmetyki kończą się w jednym czasie i albo nie macie zapasów, albo to co w nich jest nie odpowiada funkcją temu, czego chciałybyście używać. Mi taka sytuacja przytrafiła się w październiku, czego efektem był zakup matującego kremu nawilżającego Tołpa Strefa T (nie ma szału, oceniam go raczej jako przeciętny kosmetyk), sprawdzonego płynu dwufazowego z Lirene (nie zliczę która to już buteleczka - recenzja TUTAJ) oraz płynu bakteriostatycznego z serii Pharmaceris T. Oprócz tego, w mojej pielęgnacji rozgościły się również szczoteczka soniczna Foreo Luna Mini (recenzja TUTAJ) oraz olejek do twarzy Magic Rose od Evree. O tym ostatnim z pewnością jeszcze przeczytacie, bo okazał się być naprawdę pomocny w pielęgnacji mojej skóry, mimo, że bardzo sceptycznie podchodziłam do stosowania olejku na cerę na pograniczu tłustej. Nic bardziej mylnego! :)



Produkty z serii FitoCell od Seboradin to kolejne kosmetyki, o których za chwilę przeczytacie. Seria przeznaczona jest do włosów potrzebujących odżywienia i wzmocnienia, a oparta jest na roślinnych komórkach macierzystych. Brzmi interesująco, a jak wyszło w praktyce? Do końca tygodnia na pewno o tym przeczytacie! :)


Od pewnego czasu, pomimo dalszej sympatii do marki Essie, coraz rzadziej sięgam po nowe kolory. Choć nowe kolekcje zazwyczaj mi się podobają, to jednak przy takiej ilości lakierów, jaką obecnie posiadam, mało który budzi we mnie chęć posiadania. Mimo wszystko, kostka z czterema kolorami z jesiennej kolekcji Essie Dress To Kilt trafiła w mój gust. Każdy z kolorów jest mocno trafiony, a czerwień nosi mi się tak dobrze, jak żadna inna! :)


Po obfitych październikowych zakupach zaczęłam się mocno ograniczać z kolejnymi zakupami, szczególnie tymi zachciankowymi. Listopad był więc u mnie miesiącem odwyku zakupowego. Jak widać powyżej, może nie był to całkowicie skuteczny zabieg, ale bądź co bądź, z efektów jestem bardzo zadowolona. Kupiłam tylko cztery rzeczy - mikrozłuszczający krem na noc z serii Ziaja Liście Manuka (poprzedni mi się skończył), dwa produkty z Organic Shop - peeling z kawą oraz maseczkę błotną, którą miałam już wcześniej i byłam z niej bardzo, bardzo zadowolona. Dodatkowo skusiłam się również na tzw. skunksa z Real Techniques, czyli typowy pędzel duo-fibre do podkładu. Nie lubię stosować tego typu pędzli zgodnie z przeznaczeniem, ale za to rewelacyjnie sprawdzają się przy aplikacji mocno napigmentowanych różów. Kiedyś miałam taki z Maestro, ale podprowadziła mi go mama ;)


Listopad, to miesiąc moich urodzin, więc wstrzemięźliwość w zakupach osłodziły mi kosmetyczne prezenty. Od Sylwii dostałam przepiękny zestaw z nowo otwartego w Polsce salonu KIKO Milano. Sylwia dobrze mnie zna, bo idealnie trafiła z kolorem zestawu, na który składają się szminka i konturówka z limitowanej serii Luscious Punk w kolorze Fucsia, czyli - nieco wbrew nazwie - amarantowym odcieniu różu.


Prezent od mojej ukochanej Stefci, to kolejne spełnione kosmetyczne marzenie. Pomadka Girl About Town (wykończenie Amplified) z MACa chodziła mi po głowie już od dawna, a Stefcia nie dość, że mi ją sprezentowała, to jeszcze do kompletu dobrała mi idealny odcień konturówki - More To Love. Uroczyście oświadczam, że jest to duet idealny! Kolory są świetnie dobrane, a jakościowo zdecydowanie stoją na najwyższym poziomie! :)


Jeśli chodzi o nowości grudniowe, to również starałam się zbytnio nie szaleć. W Minti Shop kupiłam dawno planowane składane pędzle, które planowałam nosić w kosmetyczce - Real Techniques Retracktable Kabuki Brush oraz Retracktable Bronzer Brush, a także kolejną sztukę mojego ulubionego pędzla do rózu, czyli H24 z Hakuro (recenzja TUTAJ). Stara sztuka nadal ma się świetnie, ale zachciało mi się zgrabnego pędzla, który sprawdzi się do konturowania, H24 po raz kolejny okazał się być ideałem, tym razem nie tylko do różu! :)

W tym miejscu muszę pochwalić Minti Shop oraz dystrybutora pędzli Real Techniques - Sense&Body. Okazało się, że moje pędzle RT przyszły do mnie całkowicie rozklejone, tzn. widać było resztki kleju w miejscach łączenia części, ale najwyraźniej był on bardzo złej jakości. Napisałam reklamację do sklepu, po czym następnego dnia maila z zapewnieniem, że zajmą się tą sprawą, natomiast tuż po weekendzie wysłano do mnie nowe sztuki z prośbą o odesłanie tych wadliwych do dystrybutora z opisem sytuacji. Okazało się, że nowe pędzle otrzymałam później zarówno od sklepu (z miniaturką cienia z palety TheBalm Meet Matt(e)!), jak i dystrybutora. Jestem jednak uczciwa, więc ponownie skontaktowałam się z dystrybutorem (bo w końcu interesy robiłam ze sklepem ;)) w celu odesłania nadprogramowej paczki :) Wielkie brawa zarówno dla Minti Shop, jak i dla Sense&Body za szybką reakcję i sprawne załatwienie sprawy! :)


Jak już wspomniałam, w listopadzie w warszawskiej Arkadii otwarto pierwszy w Polsce salon KIKO Milano. Nie miałam zamiaru robić tam wielkich zakupów, ale był jeden produkt, którego nie mogłam sobie odpuścić, a mianowicie zachwalane cienie z serii Water Eye Shadow! Skusiłam się na przepiękne dwa dzienne odcienie - 227 i 228. I tu nie obyło się bez przygód, ponieważ biorąc cienie z półki pomyliłam jeden numerek i zamiast 227, wzięłam 229. Następnego dnia wróciłam do sklepu w celu wymiany pomylonego koloru, nastawiona, że pewnie nic z tego nie będzie, jednak okazało się, że produkt został bez problemu wymieniony i nikt nie robił mi z tego powodu wyrzutów. Wystarczyło tylko szybkie zerknięcie, że produkt jest nienaruszony, pięć minut na zwrot i "kupno" właściwego odcienia i już było po sprawie! Brawo KIKO! :)


Grudzień i listopad stały u mnie pod znakiem kolorowych mazideł do ust. Co ciekawe, żadnego z nich nie kupiłam sama, ale najwyraźniej opatrzność nade mną czuwa i wie, co lubię najbardziej. Tym sposobem, w grudniu trafiły do mnie kolejne piekności! Tym razem w przesyłce z nowościami od Rimmel otrzymałam pomadki w kredce. Jest to nowa seria Color Rush, a kolory, które otrzymałam, to od najjaśniejszego - Give Me My Cuddle, I Want Candy oraz The Redder, The Better. Każda z nich jest naprawdę udana, a czerwień okazała się być dla mnie idealna! Piękna, intensywna i seksowna, ale w żadnym razie nie wulgarna, a do tego wszystkiego sprawia, że zęby wydają się bielsze! :)


Pozostałe zakupy, to mgiełka do pościeli z serii Aromatherapy Lavender&Vanille z Bath&Body Works (seria ułatwiająca zasypianie) oraz Balmi, czyli balsam do ust w kostce. Tego drugiego miałam w sumie nie kupować, ale przełamałam się i jestem bardzo zadowolona! Słyszałam wiele opinii, że ten produkt wcale nie działa, a tymczasem okazało się, że na moje usta działa lepiej, niż słynny EOS.



Jednym z prezentów świątecznych, który wyciągnęłam spod choinki był zestaw trzech kosmetyków Soap&Glory, które marzyły mi się już od dawna! Ciocia Michała postanowiła mi sprezentować słynny żel pod prysznic Clean On Me, peeling do ciała Sugar Crush oraz masło do ciała The Righteous Butter! Każdy z kosmetyków pachnie cudownie! Cieszę się, że w końcu będę miała możliwość zapoznać się bliżej z kosmetykami tej marki! :)



Mój ukochany świetnie zinterpretował mój "list do Św. Mikołaja", bo z całej długiej listy podpowiedzi wybrał to, o czym najbardziej marzyłam, czyli palety TheBalm Balmsai oraz Nude 'Tude. Ta druga widniała na mojej chciejliście aż od 2012 roku! Michał śmiał się później, że nie był ani trochę przekonany do tego pomysłu, ale postanowił się przełamać, kiedy zobaczył moją reakcję na stand z kosmetykami TheBalm w Douglasie! ;) Zakupy świąteczne zrobił jednak w Minti Shop (jak dobrze, że wskazałam ich w "liście" jako przykładowy sklep internetowy, w którym dostanie TheBalm) i tak się złożyło, że dzięki temu, dostałam kolejną miniaturkę - tym razem cudnego różu w kremie w odcieniu Pie z palety How 'Bout Them Apples.


Co tu dużo gadać, z teściową też nie będę miała źle, bo dostałam od niej kolejną buteleczkę mojego ukochanego zapachu - Roses de Chloé. Uwielbiam ten zapach! W pierwszym flakoniku miałam już tylko kilka kropelek, które oszczędzałam, jak mogłam, więc moment był idealny! :)


Kuzynka Michała również postawiła na prezent kosmetyczny - w związku z czym dostałam od niej zestaw kosmetyków J.S. Douglas Söhne z linii masło shea i witaminy. W środku znalazłam nabłyszczający puder do ciała w przepięknej szklanej buteleczce, która ślicznie prezentuje się na toaletce! Oprócz tego w zestawie znalazły się również perfumy w kremie oraz miniaturka żelu pod prysznic z tej samej linii. Muszę przyznać, że ta seria pachnie absolutnie cudownie! Kobieco, ciepło, nieco otulająco, a jednocześnie świeżo i kwiatowo! Na pewno skuszę się kiedyś na coś jeszcze i pewnie postawię na pełnowymiarowy żel pod prysznic i masło do ciała do kompletu. Mocno ciekawi mnie również wersja lawenda i tymianek! :)


Te lakiery z pewnością widziałyście już na kilku blogach! Wkrótce i ja zaprezentuję serię Miracle Gel od Sally Hansen bliżej. Od stycznia nosiłam już trzy kolory i jestem naprawdę miło zaskoczona ich jakością! Może nazywanie ich hybrydami bez użycia lamp jest trochę na wyrost, ale ponad tydzień na paznokciach, niemal całkowicie bez uszczerbku, to już naprawdę coś! :)


W styczniu znowu mocno ograniczałam swoje zakupowe zapędy i starałam się iść raczej w jakość, niż w ilość. Efektem tego są kolejne zakupy w Minti Shop (królestwo za krówkę! :D). Tym razem przygarnęłam zestaw pędzli do oczu Classic Eye Set od Zoeva, czyli marki, która bije rekordy popularności na blogach. Do tego dorzuciłam kolejną upatrzoną paletkę z TheBalm, czyli Autobalm Hawaii. Paleta zawiera róż, cielisty rozświetlacz/cień oraz dwa ciemniejsze cienie. Taki zestaw jest wprost idealny na wyjazdy - cóż za oszczędność miejsca! :)


Wspominałam już o listopadowym odwyku kosmetycznym - tak się składa, że ta akcja była całkiem zorganizowana, ponieważ moje postanowienie było skutkiem posta u Balbiny Ogryzek, w którym Ania ogłosiła jednocześnie konkurs, w którym udało mi się wygrać bon zniżkowy na produkty Lulu&Boo do wykorzystania w sklepie Costasy. W styczniu podjęłam decyzję, że przeznaczę go na żel z echinaceą i drzewem herbacianym, przeznaczony dla cer problematycznych. To moje pierwsze spotkanie z tą marką, więc tym bardziej było mi miło, kiedy okazało się, że w paczuszce znalazłam również próbki trzech innych produktów! :)


Subskrybowanie newslettera w sklepie internetowym Pat&Rub skutkuje tym przywilejem, że w każde urodziny otrzymujecie kod zniżkowy, obniżający cenę produktów o 20%. Tym razem miałam sobie odpuścić, ale w ostatnich tygodniu obowiązywania mojego kodu pojawiła się dodatkowa promocja, obniżająca ceny kilku produktów o kolejne kilkanaście, czy nawet kilkadziesiąt procent. Tak się złożyło, że a) promocja i kod zniżkowy mogły zostać połączone i b) w promocji znalazły się dwa produkty z linii, którą od dawna chciałam wybróbować. W ten sposób skończyłam z żelem pod prysznic i balsamem do ciała z linii Relaksującej o zapachy trawy cytrynowej i kokosa :)

***
Z nowości, to na razie u mnie tyle! Chyba nie ma tragedii, jak na podsumowanie czterech miesięcy. Jestem bardzo zadowolona z ilości i jakości produktów, które kupuję. Pielęgnację uzupełniam już tylko niemal według potrzeby, a zachcianki staram się po pierwsze - ograniczać, po drugie - dokładnie przemyśleć i po trzecie - nie kupować spontanicznie. Staram się dokonywać zakupu tylko w sytuacji, jeśli nie mogę się pozbyć danego produktu z głowy :)
Oczywiście standardowo czekam na Wasze komentarze - co znacie i lubicie, nad czym się zastanawiacie, a co się u Was nie sprawdziło? :)
Karolina

Czytaj dalej

czwartek, 23 października 2014

Ulubieńcy września i października

Cześć Dziewczyny!

Po krótkiej przerwie, spowodowanej moim weekendowym wyjazdem do Wiednia, wracam do Was z ulubieńcami września i października. Tym razem zdecydowanie nie mogłabym sobie odpuścić tego rodzaju posta, ponieważ zdecydowałam się wyróżnić niemal same nowe produkty, z których większość pojawiła się u mnie we wrześniu. Każdy z nich zdecydowanie zasługuje na uwagę! :)


Tym razem dominację objęły produkty pielęgnacyjne, które bez reszty rozkochały mnie w sobie w ciągu ostatnich dwóch miesięcy. W zasadzie już teraz obstawiam, że do każdego z nich z przyjemnością będę wracać, gdy już wycisnę ostatnią kroplę z aktualnie używanych opakowań :)


Zacznijmy jednak od skromnej reprezentacji produktów kolorowych. Już w ostatnich ulubieńcach wspominałam Wam o tym, że - ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu - na powrót przekonałam się do błyszczyków. Przez co najmniej dwa lata omijałam ten rodzaj produktów szerokim łukiem, a te, które mimo wszystko do mnie trafiały, zwykle oddawałam mamie i koleżankom. Różany błyszczyk z Pat&Rub jest więc pierwszym, który kupiłam po długiej, długiej przerwie i jestem nim zachwycona! Cudownie pachnie różaną konfiturą, przyjemnie zmiękcza usta, umiarkowanie się klei i generalnie jest bardzo przyjemny w noszeniu. Oczywiście przy tym wszystkim ładnie nabłyszcza usta i sprawia, że wyglądają bardzo kusząco :)

Kolejnym produktem jest znowu coś do ust - tym razem pomadka MAC Plumful, która stała się również moim hitem na jesień! Jest to wyjątkowo popularny w blogosferze kolor, przez co siłą rzeczy i ja się nim zainteresowałam. W sztyfcie jest to piękny, fioletowawy odcień, który na moich ustach przybiera nieco winny odcień. Jestem nim oczarowana i wyjątkowo chętnie po niego sięgam.

Trzecim kolorowym produktem, po który sięgałam regularnie we wrześniu i październiku jest czarna kredka Exaggerate z Rimmel. Przez długie miesiące używałam tylko brązowych kredek, ale ostatnio nabrałam ochoty na ciut mocniejsze podkreślenie oka, więc czarna kredka wydała mi się niezłym rozwiązaniem. Lubię ją za to, że jest naprawdę trwała, ma głęboki kolor, jest miękka i naprawdę dobrze się nosi. Polubiłam ją na tyle, że skusiłam się na więcej kolorów :)


Seria Liście Manuka z Ziaji to kolejny hit blogosfery. Być może nie uległabym temu zbiorowemu szaleństwu, gdyby nie fakt, że ostatnio mam spore problemy z cerą, więc kiedy znalazłam tę serię w Rossmannie, postanowiłam wrzucić kilka kosmetyków do koszyka. Wśród nich znalazł się krem na noc z kwasem migdałowym, który rewelacyjnie wpłynął na większość moich problemów. Cera zaczyna wyglądać znacznie lepiej i choć nadal daleko jej do ideału, to jednak z dnia na dzień jej stan coraz bardziej się poprawia.

Balsam przeciw wypadaniu włosów z Seboradin, to kolejne odkrycie miesiąca. Bardzo dobrze wpłynął na kondycję moich włosów, zarówno jeśli chodzi o ograniczenie ich wypadania, jak i o ich ogólne nawilżenie. Więcej napisałam w recenzji, którą opublikowałam w ubiegłym tygodniu TUTAJ.


Ostatnie dwa produkty, to kosmetyki, które znalazłam w przesyłce z nowościami Lirene i Under Twenty, przesłanej przez niezawodną Panią Eriskę - Anię :) Żel Różany Ogród niemal od razu powędrował pod prysznic, tym bardziej, że ostatnio mam wyjątkową fazę na kosmetyki o tym zapachu, a ten żel idealnie odzwierciedla woń tych kwiatów. Takie prysznice to ja mogę brać codziennie! :)

Po urlopie w Chorwacji przez długi czas borykałam się z przesuszoną skórą na ciele, co jest jak na mnie wyjątkowo dziwne. Żaden z dotychczas używanych balsamów nie był w stanie poradzić sobie z tym problemem, więc za poleceniem Ani sięgnęłam po balsam z nowej linii Lirene Emolient. Wystarczyło kilka dni codziennego stosowania i w końcu pozbyłam się suchej i napiętej skóry! Polubiliśmy się na tyle, że Emolient stał się stałym elementem naszej codziennej pielęgnacji.

***
Jeśli chodzi o wrześniowo-październikowych ulubieńców to byłoby na tyle! W ciągu obu tych miesięcy regularnie sięgałam po każdy z omówionych wyżej produktów, niektóre z nich zdążyły już nawet dosięgnąć dna. Myślę, że dawno już nie trafiłam na tyle udanych kosmetyków do pielęgnacji. Stopniowo postaram się przygotować dla Was pełne recenzje omawianych ulubieńców.

Was natomiast zachęcam do podzielenia się Waszymi opiniami na ich temat, jeśli tylko miałyście już okazję z nich korzystać. A może któryś z nich szczególnie wpadł Wam w oko i chciałybyście go wypróbować? :)
Karotka
Czytaj dalej

sobota, 11 października 2014

"Okołokolorowi" ulubieńcy letnich miesięcy

Cześć Dziewczyny!

W związku z tym, że na blogu już dawno nie było ulubieńców, pomyślałam, że warto byłoby przygotować zbiorczy post z ulubieńcami ostatnich miesięcy. Kiedy tak zebrałam wszystko, okazało się, że najwięcej ulubieńców wytypowałam wśród kolorówki. To nie tak, że nagle obraziłam się na pielęgnację, po prostu część produktów zmieniała się zbyt często, żeby zasłużyć na miano ulubieńca, część stanowi stałą gromadę od wielu miesięcy, więc nie ma sensu ich znowu powtarzać, a inne po prostu nie urzekły mnie na tyle, żeby je tu pokazywać. Co do pozostałych - na pewno przygotuję odpowiednie recenzje, dlatego dzisiaj skupmy się po prostu na kolorówce i produktach oscylujących blisko tej kategorii :)

***

Pierwszym ulubieńcem jest woda toaletowa Roses de Chloé. Odkąd ją kupiłam, używałam jej praktycznie non stop, jedynie z drobnymi przerwami na Daisy Eau So Fresh. Teraz zostało mi już dosłownie tylko kilka kropelek na dnie, co chyba najlepiej świadczy o mojej miłości do tego zapachu :) Choć początkowo wydaje się być dosyć delikatny, nawet odrobinę mydlany i zdecydowanie czuć w nim różę, to jednak na mojej skórze szybko zyskuje sporo mocy, a do głosu dochodzą cięższe nuty.Oprócz tego naprawdę długo się utrzymuje na skórze, więc liczę na dłuższy związek z kolejnymi buteleczkami :)


Powyższa trójka to aktualnie moje ulubione pędzle. Blush Brush z Real Techniques zamierzałam początkowo używać zgodnie z przeznaczeniem do różu, ale okazało się, że w tej kwestii H24 z Hakuro nadal jest moim numerem 1, któremu naprawdę mało co może zagrozić :) Za to pędzel z RT sprawił, że na nowo zaczęłam sięgać po bronzery, które odstawiłam ze względu na poranną oszczędność czasu. W końcu co jak co, ale bronzer wymaga jednak trochę uwagi podczas aplikacji. Jajo z Real Techniques pokazało mi jak bardzo byłam w błędzie. Teraz nałożenie bronzera nie zajmuje mi więcej, niż kilkanaście sekund, a do tego mam gwarancję, że produkt będzie nałożony lekką ręką :)

Super Kabuki z Lily Lolo, to pędzel, którego używam już prawie od roku i jak dla mnie jest niezastąpiony, jeśli chodzi o aplikację podkładów mineralnych. Sprawdza się zarówno z podkładami Lily Lolo, jak i Annabelle Minerals. Świetnie je rozprowadza, nie tworzy plam na skórze, no i nie zjada przy tym zbyt dużo produktu :)


Skoro już wspomniałam o bronzerze, to warto byłoby również wskazać głównego "wykonawcę" - myślę, że nie zdziwię Was, jeśli napiszę, że oczywiście jest to bardzo popularny w blogosferze bronzer Bahama Mama z TheBalm. Tuż za nim plasuje się piękny bronzer z kolekcji Jungle Fever z ArtDeco, ale ponieważ TheBalm mam nieco dłużej i w związku z tym częściej po niego sięgam, to właśnie ten produkt zdecydowałam się zaprezentować w ulubieńcach :) Co w nim jest takiego dobrego? Hmm... Wszystko! Świetna pigmentacja, piękny, odpowiednio ochłodzony odcień brązu i całkowity mat, bez żadnych drobinek.

Skoro jesteśmy przy TheBalm, to oczywiście nie mogłabym nie wspomnieć również o różu Hot Mama, który jest stałym bywalcem mojej kosmetyczki nie tylko latem, aczkolwiek latem sięgam po niego najczęściej ze względu na to, że pięknie współgra z opaloną skórą, a drobinki w nim zawarte dodatkowo przyjemnie ją rozświetlają. Kiedy jednak mam ochotę na klasyczny odcień różu, wtedy sięgam po jeden z dwóch ulubieńców Plum Pop z Clinique, który jest połączeniem różu z kropelką fioletu, lub cukierkowy róż Well Dressed z MAC, który daje efekt bardzo delikatnie, naturalnie zaróżowionych policzków.


Kolejna trójeczka, to produkty, które pozwalają mi na uporanie się z moją nieco problematyczną cerą. Kamuflaż z Alverde całkiem nieźle radzi sobie zarówno z ukrywaniem cieni pod oczami, jak i z drobnymi wypryskami. Natomiast pudry Flawless Matte z Lily Lolo oraz Stay Matte z Rimmel pomagają mi cieszyć się matową cerą przez kilka godzin. Używam ich wymiennie, ponieważ po Flawless Matte sięgam w połączeniu z podkładami mineralnymi, natomiast po Stay Matte, gdy używam klasycznych płynnych podkładów lub kremów BB czy CC.


Od prawie roku regularnie sięgam po podkłady mineralne i są one podstawą mojego makijażu. Aktualnie moim ulubieńcem w tej kwestii jest podkład matujący z Annabelle Minerals, jednak w lato często go zdradzałam z kremami CC. Po ten z Gosha sięgałam, kiedy nie byłam nie opalona, bo ma ładny, jasny kolor, odpowiedni dla bladzioszków. Nie jest mocno kryjący, ale przyjemnie rozświetla skórę i nawet ja, posiadaczka mieszanej skóry, byłam z niego mocno zadowolona. Superdefense CC z Clinique, to dla odmiany hit moich wakacji, kiedy już złapałam nieco słońca. Odcień Light Medium nie należy do najjaśniejszych, więc słusznie pomyślałam, że sprawdzi się na urlopie. Całkiem przyjemnie krył drobne niedoskonałości, wyrównywał koloryt skóry i naprawdę nieźle się utrzymywał. Gdyby jaśniejszy kolor był dla mnie odpowiedni, mogłabym nawet rozważyć zakup pełnowymiarowego produktu.


Jeśli chodzi o lakiery do paznokci, to bywam dość niestała w uczuciach. Lubię sięgać po przeróżne odcienie i rzadko sięgam po jeden non stop, ale jest jeden taki lakier, który jest moim ulubieńcem na paznokciach u stóp i jest to Jazz Funk z serii Salon Pro od Rimmel. Rzadko noszę inny kolor na stopach, nie tylko latem! :)

Usta są wprawdzie dość odległe do stóp, ale produkt gabarytowo idealnie wpasował się z Rimmelowym lakierem, więc musicie mi wybaczyć to zestawienie ;) Jajeczko z balsamem EOS, to niezmiennie mój ulubieniec w domowej pielęgnacji ust. Sięgam po niego zarówno rano, podczas wykonywania makijażu, jak i tuż przed zaśnięciem. Dla moich ust jest wystarczający i dba o ich bieżącą dobrą kondycję. Więcej na razie nie potrzebuję :)


W przypadku produktów do oczu, przez ostatnie miesiące regularnie szłam na łatwiznę i byłam koszmarnym leniem, jeśli chodzi o makijaż oczu. Genialna baza z ArtDeco załatwiała sprawę trwałości makijażu, natomiast na niej lądowały kolejno - cień Maybelline Colour Tattoo w odcieniu On & On Bronze na górnej powiece oraz szarość Muse od Sigma Beauty na dolnej powiece. Na brwiach natomiast niezmiennie Maybelline Colour Tattoo w odcieniu Permanent Taupe. I tyle! Sprawdzony zestaw bez wydziwiania ;)


Żeby nie było tak całkiem łyso, powyższe zestawienie wzbogacałam o kredkę i tusz - najchętniej brąz z Avon (brązowa Glimmerstick Diamonds) lub Pierre Rene (brązowy Eye_Matic), czasami jednak ciągnęło mnie do granatu - wtedy na powiece lądowała świetna kredka Smokey Eye Liner z Gosh.

W kwestii tuszy do rzęs byłam znacznie mniej wierna, ponieważ używałam wymiennie Catchy Eyes z Gosh oraz Lash Accelerator Endless z Rimmel. Pod koniec wakacji wymieniłam je z ciekawości na High Impact Mascara z Clinique. Dwa pierwsze są moimi ulubieńcami od dłuższego czasu i w obu przypadkach to mojego drugie opakowania, jednak Clinique całkiem niespodziewanie również zyskała moją ogromną sympatię i to pomimo klasycznej szczoteczki z włosiem. Po raz kolejny przekonuję się, że ta marka ma naprawdę sporo do zaoferowania :)

Do zestawienia wkradły się również dwa produkty Essence, które fantasycznie sprawiły się na urlopie. Po niebieską maskarę sięgałam, kiedy miałam ochotę zmienić drobny akcent w makijażu oka, natomiast top coat z limitowanki Beach Cruiser z Essence sprawiał, że każdy mój ulubiony tusz stawał się wodoodporny, dzięki czemu nie musiałam tym razem kupować 350 tuszu do rzęs tylko po to, żeby móc go używać przez dwa tygodnie wakacji ;)


Na koniec największa niespodzianka zestawienia, czyli dwa świetne błyszczyki. Nie wiem co mi się stało, bo od dłuższego czasu na błyszczyki spoglądałam raczej niechętnie i od kilku lat żadnego nie kupiłam. Na jednym ze spotkań blogerskich otrzymałam jednak fioletowy błyszczyk z Gosh, który zatrzymałam ze względu na ciekawy odcień i w końcu odważyłam się go użyć. Okazało się, że pokochałam go tak bardzo, że zdecydowałam się dokupić sobie jeszcze różany błyszczyk z Pat&Rub, który również zdobył moje serce. Oba produkty przyjemnie zmiękczają usta, długo na nich trwają i choć nieco się kleją, to jednak nie są w tej kwestii na tyle upierdliwe, jak większość produktów tego typu. Muszę przyznać, że chyba na dobre przeprosiłam się z tym rodzajem kosmetyków, aczkolwiek nie przewiduję nagłego powiększenia "kolekcji". Z tymi dwoma mam się świetnie i niczego więcej mi nie trzeba :)

***

No cóż, dzisiaj uraczyłam Was sporą gromadką kolorówki, ale od maja minęło przecież mnóstwo czasu, warto więc chociaż napomknąć co przez ten czas dominowało na mojej toaletce :) Wkrótce na blogu powinni się pojawić również wrześniowi ulubieńcy, w których zdecydowanie wiodącą rolą odegrają tym razem kosmetyki pielęgnacyjne. Tym razem sporo nowości mocno przypadło mi do gustu, wobec czego chciałabym się z Wami podzielić swoimi dobrymi wrażeniami na ich temat.

Tymczasem jednak zapraszam do dzielenia się Waszymi spostrzeżeniami na temat dzisiejszej gromadki. Miałyście któreś z tych produktów? Czy u Was sprawdził się równie dobrze? :)
Karotka
Czytaj dalej

poniedziałek, 29 września 2014

Lipcowe nowości

Cześć Dziewczyny!

Były czerwcowe nowości, było kwietniowe denko (:D), pora więc ruszać dalej z nadrabianiem blogowych zaległości. Przyszła pora na lipcowe nowości - a co! :))


Jeśli wezmę dobry rozpęd, to jest szansa, że może już w październiku wyjdę na prostą... Trzymajcie kciuki!


Jak widać, ponownie uległam wyprzedażowemu szaleństwu w Bath & Body Works. Tak naprawdę chciejstwami są tylko mgiełka Forever Red Vanilla Rum i miniaturki kosmetyków - odżywek do włosów w wersji pomarańcza i imbir (czerwona tubka) oraz mięta z eukaliptusem (zielona tubka), a także mini żelu i mini balsamu do ciała o zapachu wanilii z rumiankiem. Teoretycznie nie są mi one szczególnie potrzebne, ale tak naprawdę tego typu miniatury po prostu przydają się na krótkich wyjazdach, a skoro kosztowały tylko 5 zł za sztukę... Pozostałe produkty, to po prostu zapas piankowych mydełek (i jedno z drobinkami), a także żeli i balsamów z serii Aromatherapy Eucalyptus & Spearmint (to nasza ulubiona seria z BBW! Recenzja TUTAJ). Do tego dorzuciłam też żel pod prysznic i balsam Twilight Woods, które już kiedyś miałam, ale lubię nosić ten zapach jesienią.


W okresie urlopowym oczywiście przydają się filtry i produkty po opalaniu. Produkty Kolastyny - nawilżający balsam po opalaniu, filtr SPF30 z przyspieszaczem opalania oraz sam przyspieszacz opalania kupiłam w trakcie urlopu na działce, kiedy trafiły mi się w korzystnych cenach, ale najbardziej polubiłam sam przyspieszacz. Jeśli natomiast chodzi o produkty po opalaniu, to skusiłam się na nowości z AA, czyli piankę po opalaniu oraz mgiełkę z drobinkami, która okazała się moim absolutnym hitem. Niedługo postaram się napisać Wam o niej więcej, bo myślę, że sprawdzi się w każdym czasie :)


O ile jeszcze pamiętacie, w lipcu Biedronka uraczyła nas świetną gazetką kosmetyczną, w której znalazły się m.in. suche szampony Batiste, które - na pewno to wiecie - szczerze uwielbiam (recenzja KLIK)! Wybrałam dwa zapachy, których jeszcze nie używałam (Fresh i Original) oraz dużą wersję mojego ulubionego wariantu (Blush). Oprócz tego, zdecydowałam się również na mocno chwalony płyn micelarny z Garniera (potwierdzam - jest świetny!) oraz duet szampon i odżywkę z Ultra Doux o zapachu lawendy i róży.


W trakcie trwania tej samej promocji skusiłam się również na dwie pary skarpetek złuszczających marki Purederm oraz plastry na zniszczone pięty z zawartością olejku jojoba. Na razie nie testowałam żadnego z produktów,bo nie chciałam gubić skóry na urlopie, ani straszyć wiórkami w odkrytych butach, ale teraz już powoli przestawiam się na w pełni zakryte buty, więc może to dobry moment (w końcu przygotowałam sobie jesienne botki, tj. wymieniłam fleki, jeszcze przed sezonem! jestem z siebie dumna! :D).


Na malinową odżywkę do włosów Angry Birds by Lumene miałam ochotę od dłuższego czasu. Nie dość, że totalnie poleciałam na to opakowanie, to jeszcze naczytałam się dobrych opinii. Traf chciał, że trafiłam na nią całkowicie przypadkiem na zakupach w Carrefourze. Cenowo okazała się nawet nieco tańsza, niż gdybym zamawiała ją przez internet. A skoro wzięłam odżywkę, to dobrałam od razu szampon do kompletu. Co poradzę, mam słabość do tych wściekłych ptasiorów :)


O peelingu solnym z Clareny mogłyście już przeczytać w recenzji (KLIK), a za jakiś czas pojawi się również w denku, bo właśnie kilka dni temu wykorzystałam ostatnią porcję. Byłam z niego bardzo zadowolona i pewnie jeszcze do niego wrócę, a przy okazji zgarnę pewnie również jego cukrowego, kawowego brata :)

Krem do rąk z Palmers, to całkowicie przypadkowy zakup. Umówiłam się na spotkanie, wzięłam małą torebkę, w której - jak się okazało - nie miałam kremu do rąk, a w tym czasie miałam akurat dość spore problemu z przesuszającą się skórą dłoni. Co więc robi kobieta bez kremu do rąk? Idzie do drogerii, oczywiście. Zakup ten okazał się być całkiem trafiony, bo krem naprawdę nieźle nawilża i natłuszcza dłonie. Chętnie sięgnę również po dwa inne warianty, które widziałam wtedy na półce :)


Powyższy zestaw z The Body Shop, czyli masło do ciała i żel pod prysznic o zapachu passiflory, to mój imieninowy prezent od Sylwii! Już od pewnego czasu obdarowujemy się prezentami z różnych okazji, ale przyznam, że to nadal jest miłe zaskoczenie i bardzo przyjemna niespodzianka. Sylwia, jeszcze raz dziękuję! Trafiłaś w 10 z zapachem! :)


Od Marty również dostałam dosyć niespodziewaną przesyłkę! Umawiałyśmy się tylko na odlewkę kremu CC z Lumene, tak dla wypróbowania, a tymczasem Marta sprawiła mi nie lada przyjemność, ponieważ do odlewki dołączyła również pomadkę z Make Up Revolution w odcieniu Bliss, piękny holograficzny lakier Colour Alike Niebieskie Migdały (to właśnie nazwa, nadana mu przez Kaczkę! :)), a także mini wersję płynu micelarnego z Tołpy (świetny!). Marta, jeszcze raz baaaaardzo Ci dziękuję :*


Bronzer z wiosennej kolekcji ArtDeco - Jungle Fever - chodził za mą odkąd w maju miałam przyjemność uczestniczyć w warsztatach makijażowych, organizowanych przez tę markę. W końcu uległam i kupiłam to cudeńko. Teraz tylko szkoda mi go regularnie używać, bo uwielbiam zerkać na tę piękną fakturę z ważką ;))

Skoro jesteśmy przy ArtDeco, od marki otrzymałam również przesyłkę z hitami i nowościami. Wśród nich znalazł się piękny zielony liner, dwie pomadki w - jak dla mnie - dość jesiennych odcieniach (więc teraz będą jak znalazł!), kultową bazę pod cienie oraz cień, również pochodzący z kolekcji Jungle Fever. Oprócz tego, w przesyłce znalazłam również upominek z Revlonu - krem BB z linii Photoready oraz upominek od Misslyn, czyli dwa lakiery (ten różowy, to kolorystycznie prawie idealny zamiennik Watermelona :)). Wkrótce postaram się o bliższe prezentacje i recenzje tych cudeniek :)


No i na koniec jeszcze jedna gromadka przyjemniaczków... Po pierwsze - różany błyszczyk do ust z Pat&Rub oraz lakier Color Club w odcieniu Jackie Oh!, kupione na blogowej wyprzedaży u Sylwii. Po drugie róż BeBeauty, czyli tak naprawdę Bell, kupiony za grosze w Biedronce. Po trzecie, wygrany u Marti mini liner They're Real Push-Up Liner, czyli nowość z Benefitu. I po czwarte, moje piękne MACowe pomadki, czyli Plumful, Chatterbox i Speed Dial. Czaiłam się na nie od pewnego czasu i w końcu postanowiłam sobie sprawić imieninowy prezent. Jestem z nich bardzo zadowolona, szczególnie ze słynnej Plumful! :)

***
Jak tak sobie teraz spojrzałam na te zdjęcia... No kurcze, ja się chyba jednak nigdy nie wygrzebię z tych zaległości! Przecież mam tyle pięknej kolorówki, którą warto by Wam pokazać z bliska, że to aż wstyd, że jeszcze tego nie zrobiłam... ;) No cóż... Muszę jeszcze trochę popracować na lepszym stanem cery (bo ostatnio dzieje się z nią tragedia!) i zrobię zdjęcia tych cudaków na twarzy. Macie pełne przyzwolenie na poganianie mnie ;)

No i standardowo - jeśli cokolwiek macie, miałyście, albo Wam się marzy, to koniecznie dzielcie się swoim zdaniem w komentarzu! :)
Karotka
Czytaj dalej

piątek, 7 lutego 2014

Styczniowe nowości

Cześć Dziewczyny!

Trochę się rozleniwiłam, jeśli chodzi o dodawanie postów z nowościami i denkami, ale w lutym mam plan wszystko nadrobić (w tym pięciomiesięczne zaległości denkowe :O). Zaczynam od styczniowych nowości, bo aż się trzęsę z niecierpliwości, żeby pokazać Wam jakie cuda wpadły w moje ręce!

L-R: Fast Track, Dress Me Up, Foie Gras, Stone Cold, Smoke & Ashes
O ile totalnie ominęły mnie ciuchowe wyprzedaże, tak nie do końca udało mi się uniknąć tych lakierowych i tym sposobem wpadło mi w ręce mnóstwo lakierowych nowości. Po pierwsze - pięć lakierów China Glaze z kolekcji Capitol Colours, inspirowanej ekranizacją pierwszej części Igrzysk Śmierci. W kolekcji znajduje się 12 lakierów, inspirowanych odpowiednimi dystryktami (odsyłam do książki lub filmu). Mi najbardziej wpadły w oko Fast Track, Dress Me Up, Foie Gras, Stone Cold i Smoke & Ashes. Każdy z nich kosztował jedynie 15 zł! :)

L-R: Jeżyce, Glubka, O w Bombkę, Figa z Makiem
Oczywiście nie omieszkałam również skorzystać z wigilijnej promocji na lakiery Colour Alike i w ten sposób dzięki Sylwii wpadły mi w ręce dwa kolory z poznańskiej kolekcji - Jeżyce i Glubka oraz dwa kolory ze świątecznej kolekcji holosków - O w Bombkę i Figa z Makiem. Z obu kolekcji chciałam przygarnąć też holograficzne brązy, czyli Pyrkę i O ja pierniczę, ale niestety się skończyły... Może jeszcze trafi się okazja, choć pewnie nie za te kilka złotych :)

L-R: Lady Like, Eternal Optimist, Twin Sweater Set, Decadent Dish, Dive Bar, After School Boy Blazer
W styczniu Super-Pharm uraczył nas nie lada promocją, dzięki której lakiery Essie można było kupić aż 15 zł taniej, więc oczywiście nie mogłam nie skorzystać z takiej okazji. Tym razem uzupełniłam zbiorek o kilka klasycznych kolorów (Lady Like, Eternal Optimist, Twin Sweater Set, After School Boy Blazer) i dwa nieco bardziej nietypowe odcienie (Decadent Dish, Dive Bar).

L-R: Miss Conduct, Take Him To The Cleaners
Dwa nowe Orly, to dla odmiany efekt wyprzedaży tych lakierów przez hurtownię, w której pośredniczyła Chilli. Wprawdzie Miss Conduct zniknęła niemal od razu, ale z pomocą przyszła mi Aalimka, która pomogła mi zdobyć ten odcień! Dziękuję kochana! :) Drugi lakier - Take Him  To The Cleaners pochodzi ze wspomnianej wyprzedaży. Dorwać Orly za 18 zł to kolejna okazja, której nie mogłam odpuścić! :)

L-R: Full Steam Ahead, Well Dressed
Powyższe dwa cuda, to prezent urodzinowo-świąteczny od mojej kochanej Stefci! Szedł pocztą z Irlandii przez cały grudzień, ale za to miałam niezłą radochę, kiedy paczka dotarła do mnie dosłownie 2 czy 3 stycznia! :) A na mój prezent składały się piękny, pastelowo-fioletowy Essie Full Steam Ahead z letniej kolekcji Naughty Nautical oraz róż MAC Well Dressed, o którym od dawna marzyłam, ale ciągle coś mnie odwodziło od jego zakupu! :)


Kolorówkowe nowości zamyka tusz Lash Accelerator Endless z Rimmel! W Super-Pharm była na niego naprawdę świetna promocja (19zł!), a mój poprzedni egzemplarz właśnie dobił dna, więc postanowiłam, że zrobię powtórkę. Wprawdzie próbuję dać jeszcze szansę słynnemu Catchy Eyes z Gosha, ale to jeszcze nie jest to, co bym chciała osiągnąć, więc wolę mieć Rimmel pod ręką! Przypomnijcie mi, żeby w końcu napisała jego recenzję, bo naprawdę warto na niego zwrócić uwagę! :)


Dalej mamy już pielęgnację, którą otwierają produkty z Pat&Rub. Pod koniec listopada miałam urodziny, a w tym dniu osoby zarejestrowane na stronie P&R otrzymują specjalny kod zniżkowy, który jest ważny przez dwa miesiące. Przed Świętami nie za bardzo miałam wolne fundusze, żeby nieco kupić te kilka produktów, które mi krążyło od dawna po głowie, a poza tym ciągle coś było w brakach, dlatego kiedy w końcu wszystko było dostępne, łącznie z w miarę luźną gotówką na moim koncie, postanowiłam skorzystać! Do moich zapasów dołączyły dwa masła - otulające i rozgrzewające oraz balsamy do rąk z tych samych serii. Dodam, że warto sprawdzać również promocje na zestawy, dla przykładu - masło rozgrzewające i pomarańczowy balsam do ust zamówiłam właśnie w zestawie, tańszym o jakieś 15-20%, od którego odliczyło się jeszcze moje 20% z kuponu i w ten sposób balsam do ust wyszedł mi właściwie gratis :) Nie pamiętam już dokładnych cen wszystkiego, ale pamiętam, że zaoszczędziłyśmy z Sylwią, która dołączyła się do zamówienia, ponad 100 zł!

Natomiast miniaturka olejku rozświetlającego (który od dawna mi się marzył!), to prezent od Pat&Rub w ramach przeprosin za pomyłkę przy pakowaniu. Okazało się, że w pierwszej wersji paczki, którą otrzymałam znalazłam rozgrzewający balsam do stóp, zamiast do rąk i nie była to moja pomyłka. Napisałam do firmy z pytaniem, czy da się to jakoś rozwiązać, bo akurat balsam do stóp już mam, a bardzo zależało mi na tym do rąk. W rezultacie firma wysłała do mnie kuriera z prawidłowym produktem (i wspomnianą miniaturką), który od razu odebrał ode mnie pomylony balsam. Wszystko zamknęło się dosłownie w 3 dniach odkąd napisałam mail do firmy! Brawo Pat&Rub! :)


Kosmetyki Lirene (i innych marek spod szyldu Eris), to od dłuższego czasu niemal podstawa mojej pielęgnacji. Dzięki współpracy poznałam wiele dobrych produktów, do których ciągle wracam, a także chętniej sięgam po nowości. Tym sposobem po raz kolejny trafiły w moje ręce balsam do ciała z serii Intensywna Regeneracja i aktywny balsam antycellulitowy STOP Cellulit. Oba w dużych butlach 400ml, oba w cenie ok. 13-15 zł! :)


Te produkty, to moje absolutne hiciory, jeśli chodzi o Lirene! Nie wiem już ile mam za sobą zużytych buteleczek, ale wierzcie, że jestem chora, jeśli nie mam ich w zapasie, a nawet, jeśli sięgam po cokolwiek innego, to i tak z ogromną radością sięgam ponownie po nawilżająco-oczyszczający tonik i płyn dwufazowy! :)


Wściekłe ptasiory z Lumene, to totalne chciejstwo i zbędny wydatek, ale Angry Birds po prostu uwielbiam, a te produkty chodziły za mną już prawie rok! Także tego... No nie mogłam nie skorzystać z wyprzedaży świątecznych zestawów prezentowych w Super-Pharm i w ten sposób nabyłam 3 kosmetyki Lumene w cenie niewiele wyższej od regularnej ceny jednego :)) No a kolejny żel, balsam i pomadka ochronna, to naprawdę coś, co wykorzystam na 10000%, więc czuję się odrobinę rozgrzeszona ;))

Nowości Lirene - seria Protect
W połowie stycznia miałam okazję uczestniczyć w warsztatach Lirene, zorganizowanych w siedzibie firmy w Piasecznie, które towarzyszyły wprowadzeniu przez markę nowej serii do pielęgnacji twarzy, czyli Lirene Protect! W skład serii wchodzą kremy dla kobiet w każdym przedziale wiekowym, więc każda z Was może znaleźć tu coś dla siebie i dla swoich mam lub babć! Ja obdarowałam nimi mamę, teściową i babcię, a serię różową chciałam zostawić dla siebie, ale przejrzałam zapasy i chyba niestety miną wieki, zanim zdążę się dokopać właśnie do tego kremu, dlatego postanowiłam, że podzielę się nim z Wami już wkrótce! :)

***
I jak Wam się podobają moje nowości? Nie jest tego tak tragicznie dużo i gdyby nie lakiery, to moje zakupy byłyby nawet skromne, ale niestety mania na nowo dała o sobie znać... Ale powiedzcie, że nie było warto, skoro każdy z nich był duuuuuużo tańszy w porównaniu do pierwotnej ceny... ;)) No rozgrzeszcie mnie trochę! :))
K.
Czytaj dalej
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Blog template designed by SandDBlast