Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chloé. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chloé. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 19 lutego 2015

Nowości ostatnich miesięcy (październik 2014 - styczeń 2015)

Dawno już nie uzupełniałam postów z nowościami, ale szkoda mi czasu, żeby wszystko to, co przybyło mi od października rozbijać na mniejsze posty. Postanowiłam więc w skrócie pokazać najciekawsze nowości ostatnich miesięcy. Oczywiście nie wszystko to zakupy, bo są tu również prezenty urodzinowe, a także prezenty, które znalazłam pod choinką. Jest też kilka produktów, otrzymanych w ramach współprac. W sumie mogłabym sobie odpuścić ten post, ale wiem, że lubicie je oglądać, a i ja sama chętnie zerkam na zakupy innych blogerek :)


W październiku odwiedziłam Wiedeń, dzięki czemu miałam okazję do zrobienia kolejnych zakupów w LUSH i DM. W tym drugim sklepie nie szalałam, bo nic szczególnego nie było mi potrzebne, ale w LUSH skusiłam się na kolejne opakowanie mojej ulubionej maseczki - Catastrophe Cosmetics (recenzja TUTAJ). Do tego przygarnęłam jeszcze czyścik Herbalism oraz czyścik/peeling Dark Angels. Każdy z tych produktów okazał się wyjątkowo udany i z pewnością w miarę możliwości będę do nich wracać! :)

 

Przy okazji któregoś weekendu typu "Szaleństwo Zakupów" postanowiłam w końcu zapoznać się bliżej z bardzo chwaloną marką Organique. Przygarnęłam słynne czarne mydło (Savon Noir Classic) oraz trzy produkty do pielęgnacji ciała - czekoladowy scrub cukrowy (Chocolate Sugar Peeling), pomarańczową piankę myjącą (Creamy Whip) oraz piankę peelingującą o zapachu Ice Tea (Sugar Whip Peeling). Jestem całkiem zadowolona z zakupów, chętnie korzystam z każdego z produktów, ale mój apetyt na tę markę jest póki co niemal całkowicie zaspokojony. Na ten moment ciekawi mnie jeszcze tylko maska do włosów Argan Shine.


W międzyczasie zdarzyły mi się również większe zakupy "twarzowe". Na pewno znacie tę sytuację, kiedy okazuje się, że wszystkie codziennie używane kosmetyki kończą się w jednym czasie i albo nie macie zapasów, albo to co w nich jest nie odpowiada funkcją temu, czego chciałybyście używać. Mi taka sytuacja przytrafiła się w październiku, czego efektem był zakup matującego kremu nawilżającego Tołpa Strefa T (nie ma szału, oceniam go raczej jako przeciętny kosmetyk), sprawdzonego płynu dwufazowego z Lirene (nie zliczę która to już buteleczka - recenzja TUTAJ) oraz płynu bakteriostatycznego z serii Pharmaceris T. Oprócz tego, w mojej pielęgnacji rozgościły się również szczoteczka soniczna Foreo Luna Mini (recenzja TUTAJ) oraz olejek do twarzy Magic Rose od Evree. O tym ostatnim z pewnością jeszcze przeczytacie, bo okazał się być naprawdę pomocny w pielęgnacji mojej skóry, mimo, że bardzo sceptycznie podchodziłam do stosowania olejku na cerę na pograniczu tłustej. Nic bardziej mylnego! :)



Produkty z serii FitoCell od Seboradin to kolejne kosmetyki, o których za chwilę przeczytacie. Seria przeznaczona jest do włosów potrzebujących odżywienia i wzmocnienia, a oparta jest na roślinnych komórkach macierzystych. Brzmi interesująco, a jak wyszło w praktyce? Do końca tygodnia na pewno o tym przeczytacie! :)


Od pewnego czasu, pomimo dalszej sympatii do marki Essie, coraz rzadziej sięgam po nowe kolory. Choć nowe kolekcje zazwyczaj mi się podobają, to jednak przy takiej ilości lakierów, jaką obecnie posiadam, mało który budzi we mnie chęć posiadania. Mimo wszystko, kostka z czterema kolorami z jesiennej kolekcji Essie Dress To Kilt trafiła w mój gust. Każdy z kolorów jest mocno trafiony, a czerwień nosi mi się tak dobrze, jak żadna inna! :)


Po obfitych październikowych zakupach zaczęłam się mocno ograniczać z kolejnymi zakupami, szczególnie tymi zachciankowymi. Listopad był więc u mnie miesiącem odwyku zakupowego. Jak widać powyżej, może nie był to całkowicie skuteczny zabieg, ale bądź co bądź, z efektów jestem bardzo zadowolona. Kupiłam tylko cztery rzeczy - mikrozłuszczający krem na noc z serii Ziaja Liście Manuka (poprzedni mi się skończył), dwa produkty z Organic Shop - peeling z kawą oraz maseczkę błotną, którą miałam już wcześniej i byłam z niej bardzo, bardzo zadowolona. Dodatkowo skusiłam się również na tzw. skunksa z Real Techniques, czyli typowy pędzel duo-fibre do podkładu. Nie lubię stosować tego typu pędzli zgodnie z przeznaczeniem, ale za to rewelacyjnie sprawdzają się przy aplikacji mocno napigmentowanych różów. Kiedyś miałam taki z Maestro, ale podprowadziła mi go mama ;)


Listopad, to miesiąc moich urodzin, więc wstrzemięźliwość w zakupach osłodziły mi kosmetyczne prezenty. Od Sylwii dostałam przepiękny zestaw z nowo otwartego w Polsce salonu KIKO Milano. Sylwia dobrze mnie zna, bo idealnie trafiła z kolorem zestawu, na który składają się szminka i konturówka z limitowanej serii Luscious Punk w kolorze Fucsia, czyli - nieco wbrew nazwie - amarantowym odcieniu różu.


Prezent od mojej ukochanej Stefci, to kolejne spełnione kosmetyczne marzenie. Pomadka Girl About Town (wykończenie Amplified) z MACa chodziła mi po głowie już od dawna, a Stefcia nie dość, że mi ją sprezentowała, to jeszcze do kompletu dobrała mi idealny odcień konturówki - More To Love. Uroczyście oświadczam, że jest to duet idealny! Kolory są świetnie dobrane, a jakościowo zdecydowanie stoją na najwyższym poziomie! :)


Jeśli chodzi o nowości grudniowe, to również starałam się zbytnio nie szaleć. W Minti Shop kupiłam dawno planowane składane pędzle, które planowałam nosić w kosmetyczce - Real Techniques Retracktable Kabuki Brush oraz Retracktable Bronzer Brush, a także kolejną sztukę mojego ulubionego pędzla do rózu, czyli H24 z Hakuro (recenzja TUTAJ). Stara sztuka nadal ma się świetnie, ale zachciało mi się zgrabnego pędzla, który sprawdzi się do konturowania, H24 po raz kolejny okazał się być ideałem, tym razem nie tylko do różu! :)

W tym miejscu muszę pochwalić Minti Shop oraz dystrybutora pędzli Real Techniques - Sense&Body. Okazało się, że moje pędzle RT przyszły do mnie całkowicie rozklejone, tzn. widać było resztki kleju w miejscach łączenia części, ale najwyraźniej był on bardzo złej jakości. Napisałam reklamację do sklepu, po czym następnego dnia maila z zapewnieniem, że zajmą się tą sprawą, natomiast tuż po weekendzie wysłano do mnie nowe sztuki z prośbą o odesłanie tych wadliwych do dystrybutora z opisem sytuacji. Okazało się, że nowe pędzle otrzymałam później zarówno od sklepu (z miniaturką cienia z palety TheBalm Meet Matt(e)!), jak i dystrybutora. Jestem jednak uczciwa, więc ponownie skontaktowałam się z dystrybutorem (bo w końcu interesy robiłam ze sklepem ;)) w celu odesłania nadprogramowej paczki :) Wielkie brawa zarówno dla Minti Shop, jak i dla Sense&Body za szybką reakcję i sprawne załatwienie sprawy! :)


Jak już wspomniałam, w listopadzie w warszawskiej Arkadii otwarto pierwszy w Polsce salon KIKO Milano. Nie miałam zamiaru robić tam wielkich zakupów, ale był jeden produkt, którego nie mogłam sobie odpuścić, a mianowicie zachwalane cienie z serii Water Eye Shadow! Skusiłam się na przepiękne dwa dzienne odcienie - 227 i 228. I tu nie obyło się bez przygód, ponieważ biorąc cienie z półki pomyliłam jeden numerek i zamiast 227, wzięłam 229. Następnego dnia wróciłam do sklepu w celu wymiany pomylonego koloru, nastawiona, że pewnie nic z tego nie będzie, jednak okazało się, że produkt został bez problemu wymieniony i nikt nie robił mi z tego powodu wyrzutów. Wystarczyło tylko szybkie zerknięcie, że produkt jest nienaruszony, pięć minut na zwrot i "kupno" właściwego odcienia i już było po sprawie! Brawo KIKO! :)


Grudzień i listopad stały u mnie pod znakiem kolorowych mazideł do ust. Co ciekawe, żadnego z nich nie kupiłam sama, ale najwyraźniej opatrzność nade mną czuwa i wie, co lubię najbardziej. Tym sposobem, w grudniu trafiły do mnie kolejne piekności! Tym razem w przesyłce z nowościami od Rimmel otrzymałam pomadki w kredce. Jest to nowa seria Color Rush, a kolory, które otrzymałam, to od najjaśniejszego - Give Me My Cuddle, I Want Candy oraz The Redder, The Better. Każda z nich jest naprawdę udana, a czerwień okazała się być dla mnie idealna! Piękna, intensywna i seksowna, ale w żadnym razie nie wulgarna, a do tego wszystkiego sprawia, że zęby wydają się bielsze! :)


Pozostałe zakupy, to mgiełka do pościeli z serii Aromatherapy Lavender&Vanille z Bath&Body Works (seria ułatwiająca zasypianie) oraz Balmi, czyli balsam do ust w kostce. Tego drugiego miałam w sumie nie kupować, ale przełamałam się i jestem bardzo zadowolona! Słyszałam wiele opinii, że ten produkt wcale nie działa, a tymczasem okazało się, że na moje usta działa lepiej, niż słynny EOS.



Jednym z prezentów świątecznych, który wyciągnęłam spod choinki był zestaw trzech kosmetyków Soap&Glory, które marzyły mi się już od dawna! Ciocia Michała postanowiła mi sprezentować słynny żel pod prysznic Clean On Me, peeling do ciała Sugar Crush oraz masło do ciała The Righteous Butter! Każdy z kosmetyków pachnie cudownie! Cieszę się, że w końcu będę miała możliwość zapoznać się bliżej z kosmetykami tej marki! :)



Mój ukochany świetnie zinterpretował mój "list do Św. Mikołaja", bo z całej długiej listy podpowiedzi wybrał to, o czym najbardziej marzyłam, czyli palety TheBalm Balmsai oraz Nude 'Tude. Ta druga widniała na mojej chciejliście aż od 2012 roku! Michał śmiał się później, że nie był ani trochę przekonany do tego pomysłu, ale postanowił się przełamać, kiedy zobaczył moją reakcję na stand z kosmetykami TheBalm w Douglasie! ;) Zakupy świąteczne zrobił jednak w Minti Shop (jak dobrze, że wskazałam ich w "liście" jako przykładowy sklep internetowy, w którym dostanie TheBalm) i tak się złożyło, że dzięki temu, dostałam kolejną miniaturkę - tym razem cudnego różu w kremie w odcieniu Pie z palety How 'Bout Them Apples.


Co tu dużo gadać, z teściową też nie będę miała źle, bo dostałam od niej kolejną buteleczkę mojego ukochanego zapachu - Roses de Chloé. Uwielbiam ten zapach! W pierwszym flakoniku miałam już tylko kilka kropelek, które oszczędzałam, jak mogłam, więc moment był idealny! :)


Kuzynka Michała również postawiła na prezent kosmetyczny - w związku z czym dostałam od niej zestaw kosmetyków J.S. Douglas Söhne z linii masło shea i witaminy. W środku znalazłam nabłyszczający puder do ciała w przepięknej szklanej buteleczce, która ślicznie prezentuje się na toaletce! Oprócz tego w zestawie znalazły się również perfumy w kremie oraz miniaturka żelu pod prysznic z tej samej linii. Muszę przyznać, że ta seria pachnie absolutnie cudownie! Kobieco, ciepło, nieco otulająco, a jednocześnie świeżo i kwiatowo! Na pewno skuszę się kiedyś na coś jeszcze i pewnie postawię na pełnowymiarowy żel pod prysznic i masło do ciała do kompletu. Mocno ciekawi mnie również wersja lawenda i tymianek! :)


Te lakiery z pewnością widziałyście już na kilku blogach! Wkrótce i ja zaprezentuję serię Miracle Gel od Sally Hansen bliżej. Od stycznia nosiłam już trzy kolory i jestem naprawdę miło zaskoczona ich jakością! Może nazywanie ich hybrydami bez użycia lamp jest trochę na wyrost, ale ponad tydzień na paznokciach, niemal całkowicie bez uszczerbku, to już naprawdę coś! :)


W styczniu znowu mocno ograniczałam swoje zakupowe zapędy i starałam się iść raczej w jakość, niż w ilość. Efektem tego są kolejne zakupy w Minti Shop (królestwo za krówkę! :D). Tym razem przygarnęłam zestaw pędzli do oczu Classic Eye Set od Zoeva, czyli marki, która bije rekordy popularności na blogach. Do tego dorzuciłam kolejną upatrzoną paletkę z TheBalm, czyli Autobalm Hawaii. Paleta zawiera róż, cielisty rozświetlacz/cień oraz dwa ciemniejsze cienie. Taki zestaw jest wprost idealny na wyjazdy - cóż za oszczędność miejsca! :)


Wspominałam już o listopadowym odwyku kosmetycznym - tak się składa, że ta akcja była całkiem zorganizowana, ponieważ moje postanowienie było skutkiem posta u Balbiny Ogryzek, w którym Ania ogłosiła jednocześnie konkurs, w którym udało mi się wygrać bon zniżkowy na produkty Lulu&Boo do wykorzystania w sklepie Costasy. W styczniu podjęłam decyzję, że przeznaczę go na żel z echinaceą i drzewem herbacianym, przeznaczony dla cer problematycznych. To moje pierwsze spotkanie z tą marką, więc tym bardziej było mi miło, kiedy okazało się, że w paczuszce znalazłam również próbki trzech innych produktów! :)


Subskrybowanie newslettera w sklepie internetowym Pat&Rub skutkuje tym przywilejem, że w każde urodziny otrzymujecie kod zniżkowy, obniżający cenę produktów o 20%. Tym razem miałam sobie odpuścić, ale w ostatnich tygodniu obowiązywania mojego kodu pojawiła się dodatkowa promocja, obniżająca ceny kilku produktów o kolejne kilkanaście, czy nawet kilkadziesiąt procent. Tak się złożyło, że a) promocja i kod zniżkowy mogły zostać połączone i b) w promocji znalazły się dwa produkty z linii, którą od dawna chciałam wybróbować. W ten sposób skończyłam z żelem pod prysznic i balsamem do ciała z linii Relaksującej o zapachy trawy cytrynowej i kokosa :)

***
Z nowości, to na razie u mnie tyle! Chyba nie ma tragedii, jak na podsumowanie czterech miesięcy. Jestem bardzo zadowolona z ilości i jakości produktów, które kupuję. Pielęgnację uzupełniam już tylko niemal według potrzeby, a zachcianki staram się po pierwsze - ograniczać, po drugie - dokładnie przemyśleć i po trzecie - nie kupować spontanicznie. Staram się dokonywać zakupu tylko w sytuacji, jeśli nie mogę się pozbyć danego produktu z głowy :)
Oczywiście standardowo czekam na Wasze komentarze - co znacie i lubicie, nad czym się zastanawiacie, a co się u Was nie sprawdziło? :)
Karolina

Czytaj dalej

wtorek, 3 lutego 2015

5 kosmetycznych hitów 2014 roku!

Długo zastanawiałam się nad formą podsumowania moich ubiegłorocznych kosmetycznych hitów. Tworzyłam w głowie długą listę, dzieląc kosmetyki na kategorie i szukając uzasadnienia dlaczego te były lepsze, niż inne. Po odrzuceniu wszystkich chwilowych fascynacji, postanowiłam obrać kryterium nie tylko ulubionych, ale również najskuteczniejszych kosmetyków, po które sięgałam w 2014 r. Przy czym mając na myśli najskuteczniejsze, rozumiem takie, które spełniły stawiane przed nimi oczekiwania w 100%. W ten sposób wyłoniłam najlepszą piątkę, którą z czystym sumieniem mogę Wam teraz polecić! :)


Jestem pewna, że w styczniu naoglądałyście się na blogach moich koleżanek mnóstwo długich podsumowań, dlatego - wiedząc, że już dawno nie jestem pierwsza - uznałam, że forma najlepszej piątki jako jedyna ma szansę Was jeszcze zainteresować. Obym się nie myliła! :)


*ROSES DE CHLOÉ BY CHLOÉ*
Pierwszą butelkę Chloé kupiłam w maju, zamawiając je wraz z dużą butelką Daisy Eau So Fresh Marca Jacobsa. Byłam przekonana, że to te drugie zagrzeją miejsce w moim kochliwym serduszku na dłużej, a Chloé kupiłam bardziej z ciekawości. Szybko się jednak okazało, że to właśnie ta mała urokliwa buteleczka z różową wstążeczką zagościła na mojej toaletce na stałe. Roses de Chloé, to piękny i zaskakująco intensywny zapach. Różę czuć w nim tylko na początku, przy czym jest ona bardzo świeża. Momentami przypomina mi nawet zapach świeżego prania, jednak całość szybko ewoluuje na mojej skórze i zyskuje na ostrości i wyrazistości. Świetnie się czuję w tym zapachu i - co najważniejsze - bardzo długo czuję go na sobie. Pod choinkę dostałam kolejną buteleczkę od przyszłej teściowej, więc z pewnością jeszcze długo nie rozstanę się z tym zapachem. Jeśli za półtora roku nadal będę w nich tak bardzo zakochana, to być może to właśnie ten zapach będzie mi towarzyszyć w dniu ślubu! :)


*PALETA NAKED 3 - URBAN DECAY*
Choć marka Urban Decay pojawiła się w Polsce dopiero pod koniec roku, ja swoją Naked 3 cieszę się już dobrych kilka miesięcy, dzięki uprzejmości mojej przyjaciółki, mieszkającej na stałe w Irlandii. W 2014 r. miałam różne fazy, jeśli chodzi o makijaż oczu. Często bywało i tak, że nakładałam na powieki jeden cień, robiłam kreskę, tuszowałam rzęsy i już. Zawsze jednak kiedy miałam ochotę na staranny makijaż oczu, sięgałam właśnie po trójkę! Trzecia wersja palety Naked urzekła mnie swoją cudowną, dziewczęcą kolorystyką. Świetnie się czuję w tych brudnych różach i brązofioletach. To szczególnie miła odmiana po wszechobecnych (w moim makijażu) brązach. Same cienie są bardzo dobrej jakości - są miękkie, łatwo się aplikują i rozcierają, a na bazie trzymają się bez uszczerbku przez cały dzień. Chociaż na początku trochę marudziłam na Urban Decay, a moja relacja z Naked 2, to często prawdziwy love-hate relationship, to jednak Naked 3 uważam za całkowicie udaną paletę! :)


*MATUJĄCY PODKŁAD MINERALNY - ANNABELLE MINERALS*
Już od ponad roku w moim makijażu dominują podkłady mineralne. Od około pół roku, regularnie sięgam po matującą wersję podkładu z Annabelle Minerals, który to okazał się być naprawdę świetnym produktem. Wiem, że dziewczyny trąbiły o nim już od dawna, ale po pierwszym spotkaniu z marką (miałam próbki podkładów rozświetlających i kryjącego) byłam do niej mocno zrażona. Po pewnym czasie postanowiłam jednak dać jej drugą szansę. Formuła matująca okazała się być strzałem w 10! Ponieważ wcześniej zużyłam trzy opakowania podkładów Lily Lolo, nie mogę unikać porównania produktu AM do LL. Podkład z Annabelle Minerals zdaje się być bardziej mokry w dotyku, a dzięki temu mniej pylący i jednocześnie mocniej kryjący, niż produkt z LL. Przy moim obecnym bardzo kiepskim stanie cery, mocniejsze krycie, ale bez efektu maski, jest tym, czego oczekuję od podkładów. Na pewno w końcu napiszę obszerną recenzję tego produktu, bo zdecydowanie warto wystawić mu kolejną pochlebną laurkę! :)


*KREDKA DO UST JUST BITTEN KISSABLE - 020 LOVESICK - REVLON*
Uwielbiam szminki! Mam ich mnóstwo i chętnie przygarniam kolejne, zauważyłam jednak jedną prawidłowość - zawsze kiedy czekało mnie jakieś wyjście - w mojej torebce z uporem maniaka ląduje właśnie kredka z Revlonu. Cenię ten produkt przede wszystkim ze względu na fantastyczną konsystencję, która jest bajecznie prosta w aplikacji, nosi się ją jak balsam pielęgnacyjny, a jednocześnie zawsze mogę liczyć na to, że wytrwa na moich ustach długie godziny. Nie straszne jej jedzenie, picie czy intensywne gadanie. Jak już zastygnie na ustach, przetrwa nawet intensywne pocałunki :) Oczywiście, że po wszystkich tych czynnościach nieco zblednie, ale jeśli poprawicie kolor raz lub dwa razy, to o kolor możecie być spokojne aż do rana! Testowałam ją wielokrotnie na różnego rodzaju imprezach i zawsze była niezawodna! Chyba muszę w końcu skusić się na inne kolory! :)



*KREM MIKROZŁUSZCZAJĄCY Z KWASEM MIGDAŁOWYM NA NOC
- ZIAJA LIŚCIE MANUKA*
Zastanawiałam się czy słusznie umieszczam w tym podsumowaniu tylko jeden kosmetyk pielęgnacyjny, jednak żaden inny po prostu nie był tak skuteczny jak krem na noc z serii Ziaja Liście Manuka. Właśnie kończę drugą tubkę i dopóki krem będzie na mnie tak dobrze działać, jak dotąd, to zamierzam być mu wierna! Moja cera od kilku miesięcy zachowuje się gorzej, niż za czasów gimnazjum i mimo, że mam 26 lat, ani myśli przystopować. Przyczyn może być wiele i staram się je kolejno eliminować, jednak zapobieganie swoją drogą, a "leczenie" swoją. Krem mikrozłuszczający, to jak na razie jedyny produkt, który szybko i skutecznie pomaga mi zwalczać wypryski, pojawiające się w najmniej spodziewanych miejscach.

***
Koniecznie dajcie znać czy znacie moje hity! A może same przygotowałyście takie zestawienie? Ostatnio nie jestem na czasie z tym co się dzieje w blogosferze, więc z przyjemnością zajrzę do Waszych postów, jeśli zostawicie w komentarzu link do swoich ulubieńców roku! :)

Czekam na Wasze opinie o moich hitach, a także na Wasze typy! :)
Karolina
Czytaj dalej

czwartek, 13 listopada 2014

Przegląd kosmetyków o zapachu róży

Cześć Dziewczyny!
W ostatnim czasie mam manię na sięganie po kosmetyki pielęgnacyjne o jednym zapachu. Co kilka miesięcy zmienia mi się faworyt i na przykład w wakacje najchętniej sięgałam po kosmetyki, które pachniały mango, natomiast wczesną jesienią moją łazienkę zdominował zapach róży i właśnie o kosmetykach pachnących różami chciałabym dzisiaj napisać kilka słów :)


***


Różana seria Barwy Harmonii od Barwy była moją inspiracją do napisania tego posta, ponieważ rok temu, w paczce od marki znalazłam również odlewki tych produktów, jeszcze przed ich premierą na rynku. Te spodobały mi się na tyle, że jakiś czas temu postanowiłam kupić sobie pełnowymiarowe opakowania wszystkich trzech kosmetyków, czyli olejku pod prysznic, masła do ciała i mydełka.

Każdy z kosmetyków niesamowicie wiernie oddaje aromat prawdziwej róży prosto z ogrodu i przyznam, że to był główny powód, dla którego uległam tej zachciance. Właściwości kosmetyków są na optymalnym poziomie - posiadaczki skóry normalnej na pewno będą zadowolone z nawilżenia i odżywienia, jakie oferuje masełko, a także nie będą narzekać na przesuszenia po kąpieli z olejkiem (ja używam go zamiast żelu pod prysznic - niestety nie mam wanny, żeby przetestować inną opcję ;)). Jeśli zaś chodzi o mydełko, to wydaje mi się być ono całkiem delikatne. Ja myję nim tylko ręce i tu z pewnością się sprawdza, ale mój facet stosuje je również do codziennego oczyszczania twarzy i z tego, co widzę - nie boryka się ani z przesuszeniami, ani z wypryskami.


Innym różanym kosmetykiem, który zawładnął ostatnio moją kosmetyczką, jest błyszczyk marki Pat&Rub. Przez długi czas darzyłam błyszczyki bardzo chłodnym uczuciem i starałam się raczej omijać je z daleka, ale ten był jednym z dwóch produktów z tej kategorii, które na powrót przekonały mnie, że warto mieć tego typu kosmetyk pod ręką.
 
Sam błyszczyk pachnie jak różana konfitura w pączkach, ale nie jest to jego jedyną zaletą! Nosząc ten produkt na ustach mam wrażenie, że skóra jest dobrze nawilżona i odżywiona, a wszelkie ewentualne suche skórki zmiękczone. Co ważne, uczucie to utrzymuje się również po tym jak zjemy większość produktu z ust :) Kosmetyk odrobinkę się lepi, ale nie jest to wyjątkowo uciążliwe i zdecydowanie mieści się to w mojej normie - w zasadzie mam nawet wrażenie, że produkt jest na ustach nieco wodnisty, a mimo to całkiem długo się utrzymuje. W różanej gamie Pat&Rub znajdziecie również peeling do ust oraz balsam w słoiczku - te dwa kosmetyki mam akurat w wersji pomarańczowej, ale spokojnie mogę Wam je polecić jeśli lubicie takie gadżety o dobrym składzie :)


Powyższy kosmetyk jest tu za sprawą małego kłamstewkiem, bo wazeliny z Flos-Leku nie używałam już przed dłuższy czas i końcówka nadaje się już niestety do wyrzucenia, ale pamiętam, że lubiłam używać jej na noc i że bardzo przyjemnie zmiękczała wargi - zresztą - kto nie zna działania wazeliny! Po tę w każdym razie warto sięgnąć, bo również bardzo przyjemnie pachnie różą, choć jest to już woń nieco podszyta chemicznym zapaszkiem, ale jednak nadal przyjemna.


Krem do rąk z Gracji (czyli Miraculum), to kolejny produkt, w którym producent chciał oddać zapach róż. Tutaj jest trochę jak w przypadku wazeliny z Flos-Leku - wiadomo, że dzwoni, ale nie do końca wiadomo w którym kościele, czyli czuć, że kosmetyk miał pachnieć różami, ale nie do końca udało się to oddać ;)
 
Pod względem pielęgnacyjnym to krem, jakich wiele - przyjemnie nawilża skórę, nie tłuści zbyt mocno dłoni i w miarę szybko się wchłania. U mnie stoi w łazience na półce i służy, jako dyżurny krem do rąk. Jeśli będziecie szukać taniego, przyjemnego kremu do rąk, to możecie spróbować. Myślę, że nie będziecie zawiedzione, jeśli nie oczekujecie cudów, tylko doraźnej pielęgnacji dłoni.


Jeśli jeszcze nie znacie tego żelu pod prysznic Różany Ogród z Lirene, to czym prędzej marsz do drogerii! Nie dość, że pięknie i bardzo realistycznie oddaje zapach najprawdziwszej ogrodowej róży, to jeszcze jest duży, tani, wydajny i skuteczny! Dobrze oczyszcza skórę, nie podrażnia i nie wysusza jej, a kąpiel w jego towarzystwie jest wyjątkowo przyjemnym rytuałem! Życzyłabym sobie jedynie od marki więcej kosmetyków o tym zapachu - szczególnie balsam i krem do rąk! :)


Woda toaletowa Roses de Chloé była moim marzeniem odkąd pierwszy raz powąchałam ją w którejś z perfumerii. Długo zastanawiałam się nad jej zakupem, spryskiwałam się i odchodziłam, aż w końcu zaszalałam. Obawiałam się, że początkowo - pudrowo-różane nuty szybko przestaną być u mnie wyczuwalne, ale mimo to nie mogłam się oprzeć temu zapachowi. I bardzo dobrze, bo okazało się, że delikatny różany wstęp szybko ewoluował na mojej skórze w stosunkowo mocny i nawet nieco ostrawy zapach, za którym wprost przepadam! Aktualnie wykończyłam już moją pierwszą buteleczkę i cicho liczę na to, że może ktoś zechce mi sprawić prezent na urodziny... A jak nie, to chyba sama sobie go zrobię :)


I znowu małe oszukaństwo, bo powyższy kosmetyk owszem, pachnie różą, ale dziką! Mimo to postanowiłam go umieścić w tym zestawieniu, bo jeśli tylko jesteście fankami olejków, czy oliwek do ciała, to gorąco polecam Wam ten wariant olejku Alverde, czyli mieszankę dzikiej róży i trawy cytrynowej. Pachnie wyjątkowo interesująco - bo mamy tu świeżość i cierpkość trawy cytrynowej, przełamaną nieco mdłym zapachem dzikiej róży - mdłym w dobrym znaczeniu - bo dzięki takiej kombinacji zapach nie jest jednowymiarowy. Tym razem również właściwości pielęgnacyjne stoją na wysokim poziomie, dlatego ja stosuję ten produkt tylko raz na jakiś czas - zwyczajnie nie czuję, żeby moja skóra potrzebowała tak intensywnej pielęgnacji na co dzień. Niemniej jednak polecam, również tzw. sucharkom :)

***
Jak zawsze czekam na Wasze komentarze - czy używałyście któregoś z tych kosmetyków i czy w ogóle lubicie różane zapachy? Jeśli nie, to jaki jest Wasz ulubiony wariant zapachowy i czy macie na jego punkcie fisia na tyle, że raz na jakiś czas otaczać się nim w każdej możliwej formie? :)
 
A może znacie jeszcze inne kosmetyki różane, których nie znam lub o których zapomniałam? :)
Karotka
 
P.S. Bardzo, bardzo, bardzo mi miło, że w końcu zobaczyłam upragniony tysiąc w gadżecie obserwatorów! I to tuż przed trzecimi urodzinami bloga - zrobiłyście mi wcześniejszy prezent, a ja niedługo obdaruję kilkanaście z Was. Jeśli więc macie ochotę na konkurs, to zerkajcie na blog i blogowego facebooka, bo już wkrótce ruszamy ze świętowaniem! :)
 
Dziękuję!
K.
Czytaj dalej

sobota, 11 października 2014

"Okołokolorowi" ulubieńcy letnich miesięcy

Cześć Dziewczyny!

W związku z tym, że na blogu już dawno nie było ulubieńców, pomyślałam, że warto byłoby przygotować zbiorczy post z ulubieńcami ostatnich miesięcy. Kiedy tak zebrałam wszystko, okazało się, że najwięcej ulubieńców wytypowałam wśród kolorówki. To nie tak, że nagle obraziłam się na pielęgnację, po prostu część produktów zmieniała się zbyt często, żeby zasłużyć na miano ulubieńca, część stanowi stałą gromadę od wielu miesięcy, więc nie ma sensu ich znowu powtarzać, a inne po prostu nie urzekły mnie na tyle, żeby je tu pokazywać. Co do pozostałych - na pewno przygotuję odpowiednie recenzje, dlatego dzisiaj skupmy się po prostu na kolorówce i produktach oscylujących blisko tej kategorii :)

***

Pierwszym ulubieńcem jest woda toaletowa Roses de Chloé. Odkąd ją kupiłam, używałam jej praktycznie non stop, jedynie z drobnymi przerwami na Daisy Eau So Fresh. Teraz zostało mi już dosłownie tylko kilka kropelek na dnie, co chyba najlepiej świadczy o mojej miłości do tego zapachu :) Choć początkowo wydaje się być dosyć delikatny, nawet odrobinę mydlany i zdecydowanie czuć w nim różę, to jednak na mojej skórze szybko zyskuje sporo mocy, a do głosu dochodzą cięższe nuty.Oprócz tego naprawdę długo się utrzymuje na skórze, więc liczę na dłuższy związek z kolejnymi buteleczkami :)


Powyższa trójka to aktualnie moje ulubione pędzle. Blush Brush z Real Techniques zamierzałam początkowo używać zgodnie z przeznaczeniem do różu, ale okazało się, że w tej kwestii H24 z Hakuro nadal jest moim numerem 1, któremu naprawdę mało co może zagrozić :) Za to pędzel z RT sprawił, że na nowo zaczęłam sięgać po bronzery, które odstawiłam ze względu na poranną oszczędność czasu. W końcu co jak co, ale bronzer wymaga jednak trochę uwagi podczas aplikacji. Jajo z Real Techniques pokazało mi jak bardzo byłam w błędzie. Teraz nałożenie bronzera nie zajmuje mi więcej, niż kilkanaście sekund, a do tego mam gwarancję, że produkt będzie nałożony lekką ręką :)

Super Kabuki z Lily Lolo, to pędzel, którego używam już prawie od roku i jak dla mnie jest niezastąpiony, jeśli chodzi o aplikację podkładów mineralnych. Sprawdza się zarówno z podkładami Lily Lolo, jak i Annabelle Minerals. Świetnie je rozprowadza, nie tworzy plam na skórze, no i nie zjada przy tym zbyt dużo produktu :)


Skoro już wspomniałam o bronzerze, to warto byłoby również wskazać głównego "wykonawcę" - myślę, że nie zdziwię Was, jeśli napiszę, że oczywiście jest to bardzo popularny w blogosferze bronzer Bahama Mama z TheBalm. Tuż za nim plasuje się piękny bronzer z kolekcji Jungle Fever z ArtDeco, ale ponieważ TheBalm mam nieco dłużej i w związku z tym częściej po niego sięgam, to właśnie ten produkt zdecydowałam się zaprezentować w ulubieńcach :) Co w nim jest takiego dobrego? Hmm... Wszystko! Świetna pigmentacja, piękny, odpowiednio ochłodzony odcień brązu i całkowity mat, bez żadnych drobinek.

Skoro jesteśmy przy TheBalm, to oczywiście nie mogłabym nie wspomnieć również o różu Hot Mama, który jest stałym bywalcem mojej kosmetyczki nie tylko latem, aczkolwiek latem sięgam po niego najczęściej ze względu na to, że pięknie współgra z opaloną skórą, a drobinki w nim zawarte dodatkowo przyjemnie ją rozświetlają. Kiedy jednak mam ochotę na klasyczny odcień różu, wtedy sięgam po jeden z dwóch ulubieńców Plum Pop z Clinique, który jest połączeniem różu z kropelką fioletu, lub cukierkowy róż Well Dressed z MAC, który daje efekt bardzo delikatnie, naturalnie zaróżowionych policzków.


Kolejna trójeczka, to produkty, które pozwalają mi na uporanie się z moją nieco problematyczną cerą. Kamuflaż z Alverde całkiem nieźle radzi sobie zarówno z ukrywaniem cieni pod oczami, jak i z drobnymi wypryskami. Natomiast pudry Flawless Matte z Lily Lolo oraz Stay Matte z Rimmel pomagają mi cieszyć się matową cerą przez kilka godzin. Używam ich wymiennie, ponieważ po Flawless Matte sięgam w połączeniu z podkładami mineralnymi, natomiast po Stay Matte, gdy używam klasycznych płynnych podkładów lub kremów BB czy CC.


Od prawie roku regularnie sięgam po podkłady mineralne i są one podstawą mojego makijażu. Aktualnie moim ulubieńcem w tej kwestii jest podkład matujący z Annabelle Minerals, jednak w lato często go zdradzałam z kremami CC. Po ten z Gosha sięgałam, kiedy nie byłam nie opalona, bo ma ładny, jasny kolor, odpowiedni dla bladzioszków. Nie jest mocno kryjący, ale przyjemnie rozświetla skórę i nawet ja, posiadaczka mieszanej skóry, byłam z niego mocno zadowolona. Superdefense CC z Clinique, to dla odmiany hit moich wakacji, kiedy już złapałam nieco słońca. Odcień Light Medium nie należy do najjaśniejszych, więc słusznie pomyślałam, że sprawdzi się na urlopie. Całkiem przyjemnie krył drobne niedoskonałości, wyrównywał koloryt skóry i naprawdę nieźle się utrzymywał. Gdyby jaśniejszy kolor był dla mnie odpowiedni, mogłabym nawet rozważyć zakup pełnowymiarowego produktu.


Jeśli chodzi o lakiery do paznokci, to bywam dość niestała w uczuciach. Lubię sięgać po przeróżne odcienie i rzadko sięgam po jeden non stop, ale jest jeden taki lakier, który jest moim ulubieńcem na paznokciach u stóp i jest to Jazz Funk z serii Salon Pro od Rimmel. Rzadko noszę inny kolor na stopach, nie tylko latem! :)

Usta są wprawdzie dość odległe do stóp, ale produkt gabarytowo idealnie wpasował się z Rimmelowym lakierem, więc musicie mi wybaczyć to zestawienie ;) Jajeczko z balsamem EOS, to niezmiennie mój ulubieniec w domowej pielęgnacji ust. Sięgam po niego zarówno rano, podczas wykonywania makijażu, jak i tuż przed zaśnięciem. Dla moich ust jest wystarczający i dba o ich bieżącą dobrą kondycję. Więcej na razie nie potrzebuję :)


W przypadku produktów do oczu, przez ostatnie miesiące regularnie szłam na łatwiznę i byłam koszmarnym leniem, jeśli chodzi o makijaż oczu. Genialna baza z ArtDeco załatwiała sprawę trwałości makijażu, natomiast na niej lądowały kolejno - cień Maybelline Colour Tattoo w odcieniu On & On Bronze na górnej powiece oraz szarość Muse od Sigma Beauty na dolnej powiece. Na brwiach natomiast niezmiennie Maybelline Colour Tattoo w odcieniu Permanent Taupe. I tyle! Sprawdzony zestaw bez wydziwiania ;)


Żeby nie było tak całkiem łyso, powyższe zestawienie wzbogacałam o kredkę i tusz - najchętniej brąz z Avon (brązowa Glimmerstick Diamonds) lub Pierre Rene (brązowy Eye_Matic), czasami jednak ciągnęło mnie do granatu - wtedy na powiece lądowała świetna kredka Smokey Eye Liner z Gosh.

W kwestii tuszy do rzęs byłam znacznie mniej wierna, ponieważ używałam wymiennie Catchy Eyes z Gosh oraz Lash Accelerator Endless z Rimmel. Pod koniec wakacji wymieniłam je z ciekawości na High Impact Mascara z Clinique. Dwa pierwsze są moimi ulubieńcami od dłuższego czasu i w obu przypadkach to mojego drugie opakowania, jednak Clinique całkiem niespodziewanie również zyskała moją ogromną sympatię i to pomimo klasycznej szczoteczki z włosiem. Po raz kolejny przekonuję się, że ta marka ma naprawdę sporo do zaoferowania :)

Do zestawienia wkradły się również dwa produkty Essence, które fantasycznie sprawiły się na urlopie. Po niebieską maskarę sięgałam, kiedy miałam ochotę zmienić drobny akcent w makijażu oka, natomiast top coat z limitowanki Beach Cruiser z Essence sprawiał, że każdy mój ulubiony tusz stawał się wodoodporny, dzięki czemu nie musiałam tym razem kupować 350 tuszu do rzęs tylko po to, żeby móc go używać przez dwa tygodnie wakacji ;)


Na koniec największa niespodzianka zestawienia, czyli dwa świetne błyszczyki. Nie wiem co mi się stało, bo od dłuższego czasu na błyszczyki spoglądałam raczej niechętnie i od kilku lat żadnego nie kupiłam. Na jednym ze spotkań blogerskich otrzymałam jednak fioletowy błyszczyk z Gosh, który zatrzymałam ze względu na ciekawy odcień i w końcu odważyłam się go użyć. Okazało się, że pokochałam go tak bardzo, że zdecydowałam się dokupić sobie jeszcze różany błyszczyk z Pat&Rub, który również zdobył moje serce. Oba produkty przyjemnie zmiękczają usta, długo na nich trwają i choć nieco się kleją, to jednak nie są w tej kwestii na tyle upierdliwe, jak większość produktów tego typu. Muszę przyznać, że chyba na dobre przeprosiłam się z tym rodzajem kosmetyków, aczkolwiek nie przewiduję nagłego powiększenia "kolekcji". Z tymi dwoma mam się świetnie i niczego więcej mi nie trzeba :)

***

No cóż, dzisiaj uraczyłam Was sporą gromadką kolorówki, ale od maja minęło przecież mnóstwo czasu, warto więc chociaż napomknąć co przez ten czas dominowało na mojej toaletce :) Wkrótce na blogu powinni się pojawić również wrześniowi ulubieńcy, w których zdecydowanie wiodącą rolą odegrają tym razem kosmetyki pielęgnacyjne. Tym razem sporo nowości mocno przypadło mi do gustu, wobec czego chciałabym się z Wami podzielić swoimi dobrymi wrażeniami na ich temat.

Tymczasem jednak zapraszam do dzielenia się Waszymi spostrzeżeniami na temat dzisiejszej gromadki. Miałyście któreś z tych produktów? Czy u Was sprawdził się równie dobrze? :)
Karotka
Czytaj dalej
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Blog template designed by SandDBlast