Pokazywanie postów oznaczonych etykietą EOS. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą EOS. Pokaż wszystkie posty

sobota, 11 października 2014

"Okołokolorowi" ulubieńcy letnich miesięcy

Cześć Dziewczyny!

W związku z tym, że na blogu już dawno nie było ulubieńców, pomyślałam, że warto byłoby przygotować zbiorczy post z ulubieńcami ostatnich miesięcy. Kiedy tak zebrałam wszystko, okazało się, że najwięcej ulubieńców wytypowałam wśród kolorówki. To nie tak, że nagle obraziłam się na pielęgnację, po prostu część produktów zmieniała się zbyt często, żeby zasłużyć na miano ulubieńca, część stanowi stałą gromadę od wielu miesięcy, więc nie ma sensu ich znowu powtarzać, a inne po prostu nie urzekły mnie na tyle, żeby je tu pokazywać. Co do pozostałych - na pewno przygotuję odpowiednie recenzje, dlatego dzisiaj skupmy się po prostu na kolorówce i produktach oscylujących blisko tej kategorii :)

***

Pierwszym ulubieńcem jest woda toaletowa Roses de Chloé. Odkąd ją kupiłam, używałam jej praktycznie non stop, jedynie z drobnymi przerwami na Daisy Eau So Fresh. Teraz zostało mi już dosłownie tylko kilka kropelek na dnie, co chyba najlepiej świadczy o mojej miłości do tego zapachu :) Choć początkowo wydaje się być dosyć delikatny, nawet odrobinę mydlany i zdecydowanie czuć w nim różę, to jednak na mojej skórze szybko zyskuje sporo mocy, a do głosu dochodzą cięższe nuty.Oprócz tego naprawdę długo się utrzymuje na skórze, więc liczę na dłuższy związek z kolejnymi buteleczkami :)


Powyższa trójka to aktualnie moje ulubione pędzle. Blush Brush z Real Techniques zamierzałam początkowo używać zgodnie z przeznaczeniem do różu, ale okazało się, że w tej kwestii H24 z Hakuro nadal jest moim numerem 1, któremu naprawdę mało co może zagrozić :) Za to pędzel z RT sprawił, że na nowo zaczęłam sięgać po bronzery, które odstawiłam ze względu na poranną oszczędność czasu. W końcu co jak co, ale bronzer wymaga jednak trochę uwagi podczas aplikacji. Jajo z Real Techniques pokazało mi jak bardzo byłam w błędzie. Teraz nałożenie bronzera nie zajmuje mi więcej, niż kilkanaście sekund, a do tego mam gwarancję, że produkt będzie nałożony lekką ręką :)

Super Kabuki z Lily Lolo, to pędzel, którego używam już prawie od roku i jak dla mnie jest niezastąpiony, jeśli chodzi o aplikację podkładów mineralnych. Sprawdza się zarówno z podkładami Lily Lolo, jak i Annabelle Minerals. Świetnie je rozprowadza, nie tworzy plam na skórze, no i nie zjada przy tym zbyt dużo produktu :)


Skoro już wspomniałam o bronzerze, to warto byłoby również wskazać głównego "wykonawcę" - myślę, że nie zdziwię Was, jeśli napiszę, że oczywiście jest to bardzo popularny w blogosferze bronzer Bahama Mama z TheBalm. Tuż za nim plasuje się piękny bronzer z kolekcji Jungle Fever z ArtDeco, ale ponieważ TheBalm mam nieco dłużej i w związku z tym częściej po niego sięgam, to właśnie ten produkt zdecydowałam się zaprezentować w ulubieńcach :) Co w nim jest takiego dobrego? Hmm... Wszystko! Świetna pigmentacja, piękny, odpowiednio ochłodzony odcień brązu i całkowity mat, bez żadnych drobinek.

Skoro jesteśmy przy TheBalm, to oczywiście nie mogłabym nie wspomnieć również o różu Hot Mama, który jest stałym bywalcem mojej kosmetyczki nie tylko latem, aczkolwiek latem sięgam po niego najczęściej ze względu na to, że pięknie współgra z opaloną skórą, a drobinki w nim zawarte dodatkowo przyjemnie ją rozświetlają. Kiedy jednak mam ochotę na klasyczny odcień różu, wtedy sięgam po jeden z dwóch ulubieńców Plum Pop z Clinique, który jest połączeniem różu z kropelką fioletu, lub cukierkowy róż Well Dressed z MAC, który daje efekt bardzo delikatnie, naturalnie zaróżowionych policzków.


Kolejna trójeczka, to produkty, które pozwalają mi na uporanie się z moją nieco problematyczną cerą. Kamuflaż z Alverde całkiem nieźle radzi sobie zarówno z ukrywaniem cieni pod oczami, jak i z drobnymi wypryskami. Natomiast pudry Flawless Matte z Lily Lolo oraz Stay Matte z Rimmel pomagają mi cieszyć się matową cerą przez kilka godzin. Używam ich wymiennie, ponieważ po Flawless Matte sięgam w połączeniu z podkładami mineralnymi, natomiast po Stay Matte, gdy używam klasycznych płynnych podkładów lub kremów BB czy CC.


Od prawie roku regularnie sięgam po podkłady mineralne i są one podstawą mojego makijażu. Aktualnie moim ulubieńcem w tej kwestii jest podkład matujący z Annabelle Minerals, jednak w lato często go zdradzałam z kremami CC. Po ten z Gosha sięgałam, kiedy nie byłam nie opalona, bo ma ładny, jasny kolor, odpowiedni dla bladzioszków. Nie jest mocno kryjący, ale przyjemnie rozświetla skórę i nawet ja, posiadaczka mieszanej skóry, byłam z niego mocno zadowolona. Superdefense CC z Clinique, to dla odmiany hit moich wakacji, kiedy już złapałam nieco słońca. Odcień Light Medium nie należy do najjaśniejszych, więc słusznie pomyślałam, że sprawdzi się na urlopie. Całkiem przyjemnie krył drobne niedoskonałości, wyrównywał koloryt skóry i naprawdę nieźle się utrzymywał. Gdyby jaśniejszy kolor był dla mnie odpowiedni, mogłabym nawet rozważyć zakup pełnowymiarowego produktu.


Jeśli chodzi o lakiery do paznokci, to bywam dość niestała w uczuciach. Lubię sięgać po przeróżne odcienie i rzadko sięgam po jeden non stop, ale jest jeden taki lakier, który jest moim ulubieńcem na paznokciach u stóp i jest to Jazz Funk z serii Salon Pro od Rimmel. Rzadko noszę inny kolor na stopach, nie tylko latem! :)

Usta są wprawdzie dość odległe do stóp, ale produkt gabarytowo idealnie wpasował się z Rimmelowym lakierem, więc musicie mi wybaczyć to zestawienie ;) Jajeczko z balsamem EOS, to niezmiennie mój ulubieniec w domowej pielęgnacji ust. Sięgam po niego zarówno rano, podczas wykonywania makijażu, jak i tuż przed zaśnięciem. Dla moich ust jest wystarczający i dba o ich bieżącą dobrą kondycję. Więcej na razie nie potrzebuję :)


W przypadku produktów do oczu, przez ostatnie miesiące regularnie szłam na łatwiznę i byłam koszmarnym leniem, jeśli chodzi o makijaż oczu. Genialna baza z ArtDeco załatwiała sprawę trwałości makijażu, natomiast na niej lądowały kolejno - cień Maybelline Colour Tattoo w odcieniu On & On Bronze na górnej powiece oraz szarość Muse od Sigma Beauty na dolnej powiece. Na brwiach natomiast niezmiennie Maybelline Colour Tattoo w odcieniu Permanent Taupe. I tyle! Sprawdzony zestaw bez wydziwiania ;)


Żeby nie było tak całkiem łyso, powyższe zestawienie wzbogacałam o kredkę i tusz - najchętniej brąz z Avon (brązowa Glimmerstick Diamonds) lub Pierre Rene (brązowy Eye_Matic), czasami jednak ciągnęło mnie do granatu - wtedy na powiece lądowała świetna kredka Smokey Eye Liner z Gosh.

W kwestii tuszy do rzęs byłam znacznie mniej wierna, ponieważ używałam wymiennie Catchy Eyes z Gosh oraz Lash Accelerator Endless z Rimmel. Pod koniec wakacji wymieniłam je z ciekawości na High Impact Mascara z Clinique. Dwa pierwsze są moimi ulubieńcami od dłuższego czasu i w obu przypadkach to mojego drugie opakowania, jednak Clinique całkiem niespodziewanie również zyskała moją ogromną sympatię i to pomimo klasycznej szczoteczki z włosiem. Po raz kolejny przekonuję się, że ta marka ma naprawdę sporo do zaoferowania :)

Do zestawienia wkradły się również dwa produkty Essence, które fantasycznie sprawiły się na urlopie. Po niebieską maskarę sięgałam, kiedy miałam ochotę zmienić drobny akcent w makijażu oka, natomiast top coat z limitowanki Beach Cruiser z Essence sprawiał, że każdy mój ulubiony tusz stawał się wodoodporny, dzięki czemu nie musiałam tym razem kupować 350 tuszu do rzęs tylko po to, żeby móc go używać przez dwa tygodnie wakacji ;)


Na koniec największa niespodzianka zestawienia, czyli dwa świetne błyszczyki. Nie wiem co mi się stało, bo od dłuższego czasu na błyszczyki spoglądałam raczej niechętnie i od kilku lat żadnego nie kupiłam. Na jednym ze spotkań blogerskich otrzymałam jednak fioletowy błyszczyk z Gosh, który zatrzymałam ze względu na ciekawy odcień i w końcu odważyłam się go użyć. Okazało się, że pokochałam go tak bardzo, że zdecydowałam się dokupić sobie jeszcze różany błyszczyk z Pat&Rub, który również zdobył moje serce. Oba produkty przyjemnie zmiękczają usta, długo na nich trwają i choć nieco się kleją, to jednak nie są w tej kwestii na tyle upierdliwe, jak większość produktów tego typu. Muszę przyznać, że chyba na dobre przeprosiłam się z tym rodzajem kosmetyków, aczkolwiek nie przewiduję nagłego powiększenia "kolekcji". Z tymi dwoma mam się świetnie i niczego więcej mi nie trzeba :)

***

No cóż, dzisiaj uraczyłam Was sporą gromadką kolorówki, ale od maja minęło przecież mnóstwo czasu, warto więc chociaż napomknąć co przez ten czas dominowało na mojej toaletce :) Wkrótce na blogu powinni się pojawić również wrześniowi ulubieńcy, w których zdecydowanie wiodącą rolą odegrają tym razem kosmetyki pielęgnacyjne. Tym razem sporo nowości mocno przypadło mi do gustu, wobec czego chciałabym się z Wami podzielić swoimi dobrymi wrażeniami na ich temat.

Tymczasem jednak zapraszam do dzielenia się Waszymi spostrzeżeniami na temat dzisiejszej gromadki. Miałyście któreś z tych produktów? Czy u Was sprawdził się równie dobrze? :)
Karotka
Czytaj dalej

wtorek, 24 czerwca 2014

EOS - balsam do ust Strawberry Sorbet, czyli tzw. jajeczko :)

Cześć Dziewczyny!

Dzisiaj chciałabym podzielić się moimi spostrzeżeniami na temat pewnego gadżetu, który stał się już całkiem rozpoznawalny w blogosferze. Pierwszy raz o balsamie do ust marki EOS w formie jajeczka usłyszałam za sprawą Nissiax83. Nie pamiętam już czy widziałam go u niej w filmiku, czy na blogu, ale od tamtej pory nie mogłam się opędzić od myśli, że po prostu muszę go mieć :))


Informacja od producenta:
poniżej informacja z opakowania w tłumaczeniu na polski

Balsam do ust EOS jest w 95% organiczny, w 100% naturalny i wolny od parabenów i parafiny (org. petrolatum). Zawiera witaminę E, kojące masło shea oraz olej jojoba. Utrzymuje usta nawilżone, miękkie i gładkie.


OPAKOWANIE:
Zacznę od końca, bo od opakowania i formy samego balsamu, które gra tu dość znaczącą rolę i to właśnie ono przyciągnęło moją uwagę. Balsam otrzymujemy w formie małego jajeczka, niewiele większego od przepiórczego jaja :) Muszę przyznać, że taka forma balsamu jest nie tylko atrakcyjna, ale też bardzo wygodna. Za jednym pociągnięciem jestem w stanie pokryć od razu całe usta. Dodatkowo produkt bardzo łatwo odnaleźć w torebce, nawet jeśli jest wrzucony luzem, a to już jednak wyczyn. Same na pewno dobrze wiecie jak to jest z damskimi torbami ;)


KONSYSTENCJA I DZIAŁANIE:
Produkt ma dość twardą i zbitą formułę, nie rozpuszcza się, ale mimo to z łatwością zostaje na wargach pod wpływem ciepła. Produkt całkiem przyzwoicie nawilża usta i dba o ich dobry stan, ale z pewnością nie jest to balsam, po który radziłabym Wam sięgnąć, jeśli macie suche usta. Niestety, pomimo bardzo dobrego składu, EOS nie należy do hiperskutecznych balsamów i w moim przypadku sprawdza się zdecydowanie lepiej jako produkt codzienny, a nie tzw. ratunkowy. Dobrze dba o kondycję moich ust, przynosi im doraźną dawkę nawilżenia i odżywienia, ale nie jest wystarczająco skuteczny w przypadku większych przesuszeń.
 
Najczęściej trzymam go na toaletce i stosuję na wieczór lub po prostu, kiedy jestem w domu, ale zdarza mi sie też, że zgarniam go do jakiejś mniejszej torebki na wyjście. To, że produkt jest bezbarwy bardzo pomaga, bo zupełnie nie muszę się przejmować tym, czy położyłam go idealnie na ustach. Balsam odrobinę nabłyszcza wargi i sprawia, że wyglądają zdrowo. Nie zostawia tłustej warstwy i nie klei się.


ZAPACH:
Mój balsam, to wersja Strawberry Sorbet i choć prawdziwymi truskawkami nie pachnie, to jednak kojarzy mi się z tymi suszonymi, które miałam jako dodatek w jednej z zielonych herbat i było to bardzo przyjemne skojarzenie :)
 
WYDAJNOŚĆ:
Swoje jajo mam już prawie trzy miesiące i myślę, że przy obecnym stosowaniu wystarczy mi go jeszcze co najmniej na drugie tyle, więc jest całkiem nieźle. Myślę, że i tak sięgam po niego dość często, więc wszystko to może się oczywiście zmieniać zgodnie z tym, jak często Wam będzie potrzebny :)
 
CENA/DOSTĘPNOŚĆ:
Swój balsam kupiłam za ok.22-25 zł w Minti Shopie, ale wiem, że EOS można spotkać też na Allegro.


SKŁAD:
OLEA EUROPAEA (OLIVE) FRUIT OIL, BEESWAX (CIRE D'ABEILLE), COCOS NUCIFERA (COCONUT) OIL, SIMMONDISIA CHINENSIS (JOJOBA) SEED OIL, NATURAL FLAVOUR, BUTYROSPERMUM PARKII (SHEA BUTTER), STEVIA REBAUDIANA LEAF/STEM EXTRACT, TOCOPHEROL, HELIANTHUS ANNUS (SUNFLOWER) SEED OIL, FRAGARIA VESCA (STRAWBERRY) FRUIT EXTRACT, LIMONENE, LINALOOL
 
***
Na początku byłam trochę rozczarowana działaniem jajeczka, bo spodziewałam się jednak trochę więcej, ale ostatecznie produkt okazał się być po prostu dobrym codziennym balsamem, po który naprawdę chętnie sięgam, a jego dobry skład świadczy dodatkowo na jego korzyść, dlatego wybaczam mu nieco wyższą cenę i z pewnością sięgnę po inne wersje zapachowe!
 
Koniecznie dajcie znać czy miałyście już okazję korzystać z balsamów EOS i jakie macie o nich zdanie?
Karotka

Czytaj dalej

czwartek, 8 maja 2014

Ulubieńcy kwietnia

Cześć Dziewczyny!

Maj płynie mi bardzo szybko, ale korzystając z tego, że póki co mamy jeszcze początek miesiąca (w przyszłym tygodniu będzie już połowa maja! Kiedy to zleciało?!), chciałabym przedstawić Wam moich ulubieńców kwietnia :)


Znowu mogłabym napisać, że większość ulubieńców z poprzednich miesięcy nadal jest aktualna, ale mimo to i tym razem udało mi się wytypować kilka produktów, po które wyjątkowo chętnie sięgałam w kwietniu. Większość z nich debiutuje w ulubieńcach :)


Tym razem kwiecień w dużej mierze kręcił się wokół ust i choć nie sięgałam po kolorowe pomadki tak często jak w marcu, to jednak znalazłam sobie nową faworytkę - Color Riche Balm z L'Oreal w kolorze Tender Mauve. Pomadka rzeczywiście należy do tych, które nadają jedynie niewielką poświatę koloru, a jednocześnie nie wysusza ust i sprawia, że wyglądają bardzo miękko, kusząco i ładnie połyskują :)

Pozostałe dwa produkty, to produkty typowo pielęgnacyjne - w torebce lub w kieszeni płaszcza noszę ostatnio pomadkę ochronną z serii Angry Birds by Lumene, która przyjemnie pielęgnuje usta, sprawia, że są bardzo mięciutkie i gładkie w dotyku, a do tego przyjemnie pachnie. Podobne cechy przedstawia balsam do ust EOS, z którego korzystam przede wszystkim w domu. Może nie jest to najbardziej nawilżający produkt do ust, jaki miałam, ale dobrze sobie radzi z utrzymaniem ust w dobrej kondycji, jednak dla tych bardziej wymagających może być niewystarczający.


O tym, że lakier Flawless Flush z Orly jest moim najnowszym wiosennym faworytem pisałam Wam już kilka dni temu w notce, w której przedstawiłam Wam go bliżej (KLIK). Uważam, że to świetna alternatywa dla typowych nudziaków, ale też po prostu ładny i elegancki lakier na co dzień :)

O anielskim rożu Hervana (pamiętacie te reklamy? :) z Benefit też już kilka razy wspominałam, ale nie doczekał się jeszcze odrębnej prezentacji. Zawsze chciałabym Wam pokazać zbliżenie na twarzy, ale nie za bardzo wychodzi mi robienie takich zdjęć. Jak już się trochę nauczę, to postaram się zrobić pełną recenzję :)) Sam róż uwielbiam za bardzo twarzowy, ale nienachalny kolor oraz naprawdę przyzwoitą trwałość. Tak naprawdę należy do mojej żelaznej piątki ulubionych róży! :)

Ostatnim produktem, który wytypowałam do ulubieńców kwietnia jest kredka automatyczna Linea z Paese w pięknym brązowym odcieniu. Kupiłam ją dwa miesiące temu na targach i od tej pory prawie się z nią nie rozstaję, choć jest to odrobinę rudawy odcień brązu, to jednak świetnie się sprawdza i dobrze się w nim czuję, a co najważniejsze, kredka trzyma się na moich oczach praktycznie cały dzień, nieznacznie tylko blaknąc. Chyba zaopatrzę się w więcej odcieni! :)


Tym razem nawet udało mi się streścić w kilku słowach na temat każdego z produktów :)) Oczywiście jak zawsze dajcie znać, czy znacie i lubicie moich i ulubieńców? Piszcie też o tym co Was oczarowało w kwietniu :)
Karotka
Czytaj dalej

czwartek, 3 kwietnia 2014

Lutowe i marcowe nowości! :)

Cześć Dziewczyny!

Dawno nie pokazywałam na blogu nowości - a wszystko to z jednego prostego powodu - w lutym nie kupiłam ani jednego kosmetyku i jestem z siebie dumna! Pilnuję się, żeby zużywać nagromadzone zapasy, a jednocześnie ograniczać swoje chciejstwa, ale... Widzę, że to tendencja, która pojawia się ostatnio na wielu blogach - staramy się być oszczędne i niby wszystko idzie dobrze, aż tu przyszedł marzec, a to nie tylko czas targów (KLIK), ale również promocji z okazji Dnia Kobiet, pierwszego dnia wiosny, zmiany czasu etc No i weź tu bądź mądry! W marcu trochę sobie odpuściłam i kupiłam kilka zachcianek, ale żaden z tych produktów nie jest przypadkowy i spora część z nich już jest w użytku :)

Już teraz wiem, że w kwietniu też pojawi się u mnie kilka ciekawych nowości, ale to jest bardziej kwestia zaoferowanej cudzej pomocy w zdobyciu tych kilku kosmetyków, ale na to przyjdzie jeszcze czas :)

L-R: Ja pierniczę, Pyrka, Black Saint, Sinner Lady, Holo Top - B. a Star, Los Diamentos
Oczywiście nie byłabym prawdziwą lakieromaniaczką, gdybym nie skorzystała z promocji na Dzień Kobiet -40% na całą ofertę Colour Alike! Skusiłam się na cztery lakiery, które krążyły mi już chwilę po głowie i dwie nowości, a wszystko w klimatach holograficznych z jednym brokatowym rodzynkiem, który swoją nazwę zawdzięcza Sylwii :)


A teraz proszę weźcie głęboki oddech (na kilka kolejnych zdjęć :D) - na początku marca utwierdziłam się w przekonaniu, że miniaturka suchego szamponu Batiste w torebce, to jednak przydatna sprawa, a w szczególności, gdy grzywka robi się już za długa, a ja nie mogę się pozbyć nawyku odgarniania jej z twarzy... No bywa... Teraz staram się ją raczej podpinać, ale nie zmienia to faktu, że lubię być przygotowana na każdą ewentualność. Z tego też powodu skusiłam się na trio miniaturek - Wild, Mamba i Savannah, którego nie mogłam dorwać w Hebe. W Minti Shopie znalazłam je bez żadnego problemu :)


W drugiej połowie miesiąca miałam okazję uczestniczyć w śniadaniu prasowym z marką Batiste. Dowiedziałam się co nieco o historii marki, obejrzałam nowości marki i przede wszystkim posłuchałam o różnych zastosowaniach Batiste. Po spotkaniu każda z uczestniczek została obdarowana torbą z nowościami i trzema hitowymi produktami Batiste - wśród hitów znalazł się puder dodający włosom objętości XXL Plumping Powder, miniaturka szamponu z lakierem XXL Volume oraz miniaturka wersji Tropical.


...natomiast wśród nowości Batiste znalazł się cudownie pachnący suchy szampon Oriental, szampon z olejkiem arganowym Strength & Shine oraz odżywka w sprayu Smoothing Conditioning Mist. Sama jestem bardzo ciekawa każdego z tych produtków, więc z pewnością dam Wam znać co o nich sądzę, jak tylko trochę ich poużywam! :)


...nieeee... nie macie problemów ze wzrokiem... Mimo całkiem już sporych zapasów suchych szamponów z Batiste postanowiłam na koniec miesiąca skusić się jeszcze na promocję, która obowiązywała do niedzieli na stronie polskiego dystrybutora, a mianowicie -20% na wszystkie produkty Batiste, a do tego wybrana miniaturka szamponu gratis. Skusiłam się na powtórkę z rozrywki w postaci sprawdzonego kolorowego szamponu Medium & Brunette, który recenzowałam Wam wraz z innymi wersjami TUTAJ, a do tego miniaturkę szamponu Blush, który był moim pierwszym Batiste :) Dodatkowo dobrałam sobie jeszcze dwie nowe dla mnie wersje Paisley i Lace (który podobno ma być wycofywany, więc nie chciałam dłużej odkładać tego zakupu ;)). Ostatnio niemal co miesiąc wrzucam do torby denkowej kolejną puszkę Batiste, więc taki zapas, mimo, że spory, na pewno się u mnie zmarnuje ;) No i szykuje się kolejne porównanie zapachów Batiste :)


Bibułki matujące z Beauty Formulas, to kolejny powtórny zakup. Wraz z nadejściem wiosny moja cera lubi czasami trochę szaleć, więc bibułki w torebce znowu stały się moim must have. Te z BF już kiedyś miałam i byłam z nich zadowolona, więc chętnie skusiłam się na nie ponownie, kiedy natknęłam się na nie w Super-Pharm, tym bardziej, że kosztowały tylko 10 zł.

Pozostałe dwa produkty, to również zakupy z Minti Shop - do szamponów, które pokazywałam Wam wyżej, wzięłam sobie jeszcze miniaturkę wysuszacza Poshe, który już od dawna za mną chodził i w związku z tym za jakiś czas możecie się spodziewać na blogu kolejnej części porównania wysuszaczy (pierwsza część TUTAJ) - tym razem zamierzam wziąć na tapetę Kwik Kote z Kinetics, Insta-Dri z Sally Hansen i oczywiście Poshe. No ale do rzeczy - jajeczko z balsamem do ust EOS (Evolution of Smooth), to zakup nieplanowany, ale krążył mi po głowie od dobrych dwóch lat. Już miałam go sobie darować ze względu na cenę przekraczającą 20 zł, ale po zerknięciu na skład, stwierdziłam, że warto się nim jednak zainteresować. Jak na razie jestem bardzo zadowolona! :)


Na Allegro skusiłam się również na dwa lakiery Essie - różowy, to Raspberry, który mignął mi już parę razy na Waszych blogach i na Instagramie, natomiast brokatowy, to mój ulubieniec - Beyond Cozy. W swoich zbiorach mam miniaturkę, ale tak bardzo polubiłam dodawać go do przeróżnych lakierów jako akcent na jednym czy dwóch paznokciach, że obawiam się, że miniaturka szybko mi się skończy ;)


Peeling gruboziarnisty z Lirene z serii Youngy już pewien czas chodził mi po głowie, ale ponieważ nie zaglądałam do drogerii, to nie miałam okazji, żeby wrzucić go do koszyka, aż w końcu natknęłam się na niego w promocji w Super-Pharm. Chyba jednak byliśmy sobie pisani :) Kolejnym długo odkładanym zakupem jest waniliowa mgiełka z Bath & Body Works - Warm Vanilla Sugar - uwielbiam ten sklep, ale znając swoją słabość do ich kosmetyków, staram się omijać go szerokim łukiem, tym razem jednak robiłam zakupy dla jednej z Was, więc no cóż... skorzystałam z okazji :)


W marcu miałam również okazję uczestniczyć w warsztatach, organizowanych przez markę Elancyl, towarzyszących wprowadzeniu dwóch nowości do oferty - olejku na rozstępy oraz kremu antycellulitowego na noc. Oba produkty staram się stosować systematycznie, szczególnie krem - bardzo mocno liczę na to, że wspomoże on moje zumbowe wysiłki i porządnie wygładzi mi pupę i uda, tym bardziej, że staram się również stosować masaż, zaprezentowany nam na warsztatach - czasami wczuwam się tak mocno, że parę razy narobiłam sobie siniaków na udach... To chyba tylko dowodzi tego, jak bardzo nie znoszę mojego cellulitu :D


Natomiast od marki Rimmel otrzymałam nowości w ofercie, czyli pomadkę z serii Moisture Renew - w moje ręce trafił piękny różowawy odcień z drobinkami o uroczej nazwie - Latino. Chodzi mi jeszcze po głowie przepiękny kolor - As You Want Victoria, ale na razie aktywowałam inne szminkowe zasoby, o czym przeczytacie pewnie w ulubieńcach :)


Pozostając w klimatach Rimmela - w lutym odebrałam również przesyłkę z nową maskarą w gamie Scandaleyes, tym razem jest to Rockin' Curves. Maskara jest wyposażona w bardzo zabawną szczoteczkę. Sama jeszcze jej nie testowałam, bo nie chcę otwierać zbyt wielu tuszy na raz, ale na innych blogach czytałam, że dziewczyny miały z nią trochę gimnastyki ;)


Jakiś czas temu miałam okazję skorzystać z zaproszenia do siedziby firmy Eris oraz marek jej pokrewnych, które towarzyszyło wprowadzeniu na rynek serii Lirene City Protect. W końcu udało nam się osobiście poznać drugą z kochanych Pań Erisek - Magdę, która w podziękowaniu za miłe spotkanie podesłała nam później kilka kosmetyków z serii Body Art marki Dr Irena Eris. Ja skusiłam się na krem redukujący rozstępy, intensywnie ujędrniający balsam do pielęgnacji biustu C+ i krystaliczny peeling cukrowy.


A zawartość tej paczki na pewno już bardzo dobrze znacie - to również lutowa "nowość" - ale nie chciałam robić osobnego postu, bo wiele już takich przewinęło się przez blogi. Kilkoma kosmetykami już się z Wami podzieliłam, a na pewno podzielę się również podkładem. Pozostałe natomiast będą się pojawiać co jakiś czas, jak już uda mi się do nich dobrać :)

***
Jak tak sobie patrzę na te wszystkie nowości razem, to w sumie dochodzę do wniosku, że nie jest źle. Dałam sobie troszeczkę luzu, kupiłam kilka fajnych kosmetyków, a teraz znowu mogę dalej oszczędzać ze spokojnym sumieniem :))

Jak się Wam podobają moje nowe nabytki? Znacie któreś z tych kosmetyków - czy są wśród nich Wasi ulubieńcy? :)
K.
Czytaj dalej
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Blog template designed by SandDBlast