Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Golden Rose. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Golden Rose. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 9 grudnia 2014

Nowości wrześniowe

Cześć Dziewczyny,

Kiedy w październiku starałam się dogonić nadrabianie zaległości (jak widać - daremnie :D), ktoś mi prorokował, że w tym tempie nowości wrześniowe pokażę w grudniu. No cóż, jak widać - nie mylił się :D Nie przedłużając, przed Wami nowości z września. Znowu nowości, bo post denkowy jest tak obszerny, że nawet pisząc go na raty końca ciągle jeszcze nie widać... ;)


Zawartość paczki od Ani z Lirene i Under Twenty mogłyście podziwiać na wielu blogach, więc dla przypomnienia pokazuję jedynie zbiorcze zdjęcie. Wśród nowości znalazło się sporo produktów wartych uwagi, których recenzje z pewnością pojawią się na blogu - szczególnie polecam Wam żele pod prysznic (różany!) oraz produkty odżywiające skórę z serii Emolient! Zarówno różany żel, jak i balsam Emolient znalazły się wśród moich ulubieńców i były na tyle udane, że przewiduję częste powroty do mojej łazienki! :)


We wrześniu miałam też możliwość po raz pierwszy zapoznać się z bliska z produktami marki Seboradin. Balsam przeciwko wypadaniu włosów już dawno dla Was zrecenzowałam (KLIK), natomiast seria do pięlęgnacji włosów ciemnych nadal jeszcze czeka na swoją kolej, ponieważ w międzyczasie otrzymałam jeszcze inną serię, po którą sięgnęłam wcześniej i to właśnie o tej innej seri przeczytacie u mnie wcześniej.


Od dwóch miesięcy mam też ten śmieszny przyrząd do wykonywania masażu antycellulitowego - jest to kubeczek CelluBlue, wykonany z medycznego silikonu i działający na podobnej zasadzie co bańki chińskie. Na początku trudno mi się było do niego przyzwyczaić, ale z czasem nieco się oswoiłam i powoli widzę efekty wykonywanego masażu. Niedługo z pewnością napiszę o nim więcej!


Nie pamiętam takiej serii z Ziaji, która zrobiłaby na blogach taki szum, jak seria Liście Manuka, przeznaczona do cer problematycznych. Początkowo zupełnie nie byłam nią zainteresowana, ale ogrom pozytywnych opinii skutecznie zmienił moje nastawienie. Kiedy więc zastałam niemal pełną linię w Rossmannie i to w bardzo atrakcyjnych - jak to Ziaja - cenach, postanowiłam dać jej szansę. Jak na razie nie używałam jeszcze tylko kremu na dzień, natomiast pozostałe produkty są mi już dobrze znane. Wiem, że na blogach największy szał robi pasta oczyszczająca, ale moim prywatnym hitem jest mikrozłuszczający krem na noc. Muszę przyznać, że działa na moją cerę jak mało co i choć nie zawsze uspokaja ją tak bardzo, jakbym sobie tego życzyła, to nie zmienia to jednak faktu, że bardzo szybko rozprawia się z większością niespodzianek, które mi wyskakują na twarzy. Pozostałe produkty również są udane, choć niekoniecznie wejdą na stałe do mojej pielęgnacji. Więcej szczegółów z pewnością ujawnię w recenzjach :)


We wrześniu miałam okazję zamówić za pośrednictwem koleżanki kilka produktów z Avonu. Postanowiłam wypróbować maski z serii Planet Spa, które od dłuższego czasu krążyły mi po głowie - wybrałam maskę glinkową, peel-off oraz błotną.


Długo polowałam też na nową wersję emulsji do mycia twarzy marki Alterra. Bardzo lubiłam starą wersję z dziką różą, dlatego też mocno niecierpliwiłam się za każdym razem, kiedy w moim Rossmannie widziałam jedynie puste miejsce po nowej wersji z granatem. W końcu jednak ją dorwałam i na pewno wezmę ją w obroty jak tylko wykończę niesamowicie wydajny żel z Ziaji.

Balsam do ciała w sprayu z marki Vaseline był typową zachcianką. Gdzieś kiedyś coś o nim słyszałam na YT i jak tylko zobaczyłam go na półce w Rossmannie, to wrzuciłam go do koszyka. Nie żałuję, bo jest świetny zawsze wtedy, kiedy mam lenia i nie chce mi się pieczołowicie smarować każdego fragmentu ciała. Wtedy sięgam po Vaseline, spryskuję się trochę tu i tam i na oślep macham rękami, żeby to "tu i tam" nieco rozsmarować. Nie jest to może najlepszy nawilżacz świata, ale na pewno pomaga mi utrzymać skórę w jako takiej kondycji. Zwłaszcza, że lenia w kwestii smarowania, to ja mam ostatnio akurat często... ;)

Antyperspiranty Nivea, to ostatnio moi ulubieńcy, jeśli chodzi o formę dezodorantu. Trochę znudziłam się już stosowaniem kulek, bo mam wrażenie, że zaczęły podrażniać mi skórę pod pachami, natomiast forma sprayu jest dla mnie znacznie bardziej znośna i odczuwanie delikatniejsza. Tym razem zaufaniem postanowiłam obdarzyć markę Nivea i muszę przyznać, że jestem zadowolona. Wersję Calm & Care miałam już kilka miesięcy wcześniej, natomiast Pearl Beauty pamiętam jeszcze sprzed kilku lat. Obie skutecznie chronią przed nadmiernym poceniem, a jednocześnie są nieco delikatniejsze dla mojej skóry, niż antyperspiranty w kulkach.


O różanym zestawie Barwy Harmonii marki Barwa napisałam już co nieco TUTAJ. Generalnie jestem urzeczona dosyć realistycznie oddanym zapachem róży! Właściwości kosmetyków również są całkiem przyzwoite, więc zdecydowanie mamy tu opcję przyjemne z pożytecznym. Na facebooku marki mignęło mi, że można te kosmetyki kupić teraz w specjalnych zestawach świątecznych, w znacznie bardziej atrakcyjnej cenie, niż pojedynczo, więc jeśli jesteście nimi zainteresowane, to warto się nad tym teraz zastanowić.


Wracając jeszcze do zamówienia z Avon - ponownie skusiłam się na kredki z serii Glimmerstick. Tym razem wybrałam brąz i czerń w wersji matowej, a także błyszczący fiolet z serii Glimmerstick Diamonds. O kredkach z Avonu też już co nieco pojawiło się na blogu (KLIK) i choć nie dotyczyło to akurat tych kolorów, to i tak moją opinię spokojnie mogę rozciągnąć również i na nowe odcienie :)


We wrześniu miałam ochotę wybrać się na targi kosmetyczne, tym bardziej, że dostałam na nie zaproszenie, ale po dokładnym przemyśleniu za i przeciw zdecydowałam się odpuścić. Nie potrzebowałam niczego konkretnego, a o trzy rzeczy na których zależało mi najbardziej, poprosiłam niezawodną Sylwię. W ten sposób w moje ręce trafił kolejny lakier Orly (odcień Darkest Shadow), a także dwie kredki do oczu z Paese - brązową i fioletową. O brązowej również całkiem niedawno co nieco napisałam na blogu (KLIK).


Ostatnimi nowościami są pomadki Velvet Matte z Golden Rose w kolorach 8 i 9. Dobrałam sobie do nich odpowiednie konturówki Dream Lips i w końcu, w końcu próbuję się przekonać do tego elementu makijażu ust. Szminki uwielbiam nie od dzisiaj, natomiast zawsze dotąd ignorowałam rolę konturówek. Póki co ćwiczę, ale szczerze przyznam, że nadal jeszcze często o nich zapominam ;))

***
Wydaje mi się, że jeśli chodzi o wrześniowe nowości, to by było na tyle. A przynajmniej tyle znalazłam w odpowiednim folderze :)

Jak zawsze jestem ciekawa Waszych opinii, szczególnie w kwestii pomadek Velvet Matte i serii Liście Manuka! Znacie je? Lubicie? :)
Karotka
Czytaj dalej

wtorek, 19 listopada 2013

Golden Rose - Rich Color #17 [swatche]

Cześć Dziewczyny!

Wracam do Was z nowym postem, tym razem lakierowym, ale jednocześnie dość wyjątkowym. Długo, długo nie pojawiały się u mnie lakiery marki Golden Rose i przez dość długi czas nie malowałam nimi paznokci. Mimo, że w między czasie kilka sztuk wpadło mi w ręce, to jakoś nie ciągnęło mnie do nich tak, jak do Essie. No cóż, moje upodobania względem marek nadal się nie zmieniły, ale odkąd naczytałam się tyle pozytywnych opinii o serii Rich Color, ponownie zaczęłam zerkać na Golden Rose łaskawym okiem ;)

Tak się złożyło, że na Spotkaniu Lakieromaniaczek otrzymałyśmy m.in. paczuszkę z Golden Rose, a w niej znalazłam... Nie, nie dzisiejszego bohatera. Znalazłam w niej jedyny Rich Color, który już miałam, ale od czego są wymianki - tę piękną czerwień przehandlowałam chyba z Zuzią :))

Zapraszam Was na prezentację numerka 17!


KOLOR:
Numerek 17, to piękna, kremowa i intensywna czerwień. W zależności od światła widzę w niej kropelkę pomarańczu lub różu, ale pierwszym skojarzeniem jest i tak określenie "pomidorowa czerwień", ale to taka czerwień pomidorków koktajlowych :))

PĘDZELEK:
Lakiery Rich Color charakteryzują się między innymi tym, że są wyposażone w szeroki pędzelek, przypominający nieco łopatkę. Jak pewnie wiecie, bardzo lubię tego typu pędzelki, ponieważ bardzo sprawnie i szybko pokrywają moją dość szeroką płytkę. Ten nie stanowi wyjątku, więc również mocno przypadł mi do gustu. Łatwo kontrolować dzięki niemu aplikację lakieru i zapanować nad ewentualnym rozlewaniem emalii.


KONSYSTENCJA:
Lakier ma dobrą konsystencję, łatwą w obsłudze. Nie rozlewa się po płytce, ani po skórkach, ale też nie jest przesadnie gęsty. Życzyłabym sobie samych takich przyjemnych w obsłudze egzemplarzy :)

KRYCIE:
Seria Rich Color z założenia ma zawierać silnie napigmentowane lakiery, które mogłyby kryć już po jednej warstwie. Co prawda pigmentacja numeru 17 jest naprawdę wysoka, to jednak uważam, że dwie warstwy mimo wszystko będą niezbędne.

TRWAŁOŚĆ:
Wiele z Was chwali sobie trwałość tych lakierów, jednak na moich paznokciach Rich Color nie wytrzymuje dłużej, niż 3 dni, a do tego dość szybko widać obtarcia na końcówkach. Szkoda, bo liczyłam na coś więcej, ale z drugiej strony ostatnio mało który lakier trzyma się na moich paznokciach dłużej.


ZMYWANIE:
Lakier zmywał się w miarę nieźle, nie stawiał zbytnio oporu zmywaczowi, ale doczyszczenie paznokci z resztek czerwieni wymagało niestety nieco cierpliwości. Wprawdzie lakier nie zafarbował płytki, ale jego resztki, zmieszane ze zmywaczem łatwo wchodziły pod paznokcie, skąd trudno je było wydobyć.

CENA/DOSTĘPNOŚĆ:
Lakiery Golden Rose są bardzo tanie, dzięki czemu cieszą się tak dużą popularnością. Seria Rich Color należy do tych odrobinkę droższych, niż starsze kolekcje Golden Rose, ale i tak są bardzo tanie. W sklepie Golden Rose kosztują niecałe 7 zł, a w drogeriach widziałam je najdrożej po 10 zł.







Lubicie czerwień na paznokciach? Ja sięgam po nią bardzo rzadko, ale jeśli już, to chętnie wybieram właśnie takie odcienie, jak ten z Golden Rose :)
K.
Czytaj dalej

sobota, 16 listopada 2013

Październikowe nowości

Cześć Dziewczyny!

Po kilku dniach przerwy wracam do Was z kolejnym postem podsumowującym - tym razem nowości ubiegłego - szczególnie obfitego miesiąca. Tak wyszło, że w październiku uczestniczyłam w dwóch fantastycznych spotkaniach blogerskich, a ponadto sama poczyniłam nieco zakupów, które pokażę Wam poniżej. Październik był również obfity w przeróżne gratisy i atrakcyjne promocje. No cóż, żeby nie rozwlekać za bardzo, zdecydowałam się zaprezentować moje nowości z formie kolaży (dobrze to napisałam? :P).

To, co mnie satysfakcjonuje na równi z nowymi osobnikami w moich zasobach, to to, że naprawdę sporo mi ubyło w ciągu minionych dwóch miesięcy i chyba nie zwalniam tempa, dlatego moje sumienie jest nieco spokojniejsze ;) Oczywiście post o denkach również się pojawi, jak tylko zwalczę opisywanie każdego z produktów. Same dobrze wiecie, że nie przepadam za jednozdaniowym opisem produktu z poście denkowym, bo nie widzę w czymś takim większego sensu. Aaaale... Ja nie o denkach dzisiaj miałam... ;)


Na przełomie września i października było głośno o promocji w The Body Shop, która dotyczyła słynnego bananowego duetu do włosów. Początkowo nie miałam zamiaru z niej korzystać, ale Agu, Iwetto i Bellitka zewsząd mnie kusiły tymi produktami i tą promocją, że i ja w ostatniej chwili złapałam w sklepie swój duet - szampon i odżywkę. A promocja była bardzo korzystna, ponieważ płaciło się tylko za jeden produkt, a drugi był gratis :)

Drugą okazją, z której skorzystałam, to realizacja nagród za pieczątki, zbierane na karcie lojalnościowej w Bath & Body Works. Za pierwszą czwórkę mogłam wybrać dowolne body do Scentportable, czyli przenośnego odświeżacza powietrza, a także dowolny wkład z oferty B&BW. Pani namówiła mnie na uroczą sówkę, którą można zaczepić w torebce, a jak zginą Wam klucze, to wystarczy nacisnąć sówkę w czoło, bo jej oczy, to jednocześnie latareczki :D Wkład, który wybrałam, to mieszanka lawendy i wanilii!

Drugą nagrodą za pieczątki była dowolna pełnowymiarowa mgiełka z kolekcji Signature. Od dłuższego czasu przymierzałam się zgarnięcia mgiełki Carried Away, dlatego wybór był oczywisty :)


Bez lakierowych zakupów byłabym chora - fakt. Miesiąc bez nowych Essie (kostka minilakierów z kolekcji For The Twill Of It) byłby miesiącem straconym - fakt. Kolekcja jesienna Hean (nr 185 i 186) jest urzekająca - fakt. Tak samo jak Typografia z Colour Alike (A, B, H) - fakt. Do tego dodajcie jeszcze promocję 2za1 na produkty Kinetics (2x Kwik Kote), szał na piaski z Wibo (Glamour Sand nr 3) i potrzebę zakupu nowej bazy pod cienie (ArtDeco).


Pielęgnacyjnie też nie próżnowałam - uzupełniłam ciągle zużywane zapasy płynów dwufazowych (tym razem Eucerin) i zmywacza (wracam do Isany...). Do tego w Biedronce skusiłam się na kurację z olejkiem arganowym z Marion oraz dużą butlę słynnego micela BeBeauty. A w Rossmannie kupiłam sól do kąpieli stóp Fuss Wohl, bo odkąd przeskoczyłam w botki na obcasie co jakiś czas wracam z prawie odrętwiałymi stopami, więc porządny relaks jest im niezbędny!

Dalej widzicie moją drugą butlę szamponu H-Keratineum z Pharmaceris (niedługo recenzja!), a także drugą mojego ukochanego żelu z Bath & Body Works z serii Aromatheraphy w wersji wanilia i werbena! Do tego nowy balsam z Lirene Youngy w wersji papaja (cudo!) oraz nowy krem pod prysznic z Lirene o jakże jesienno-zimowym zapachu wanilii.


Na samym początku października otrzymałam również sferyczny peeling oczyszczający z nowej serii Dr Ireny Eris - Normamat! Pierwsze wrażenia z używania tego produktu zawarłam w poście konkursowym TUTAJ, ale na pewno pojawi się tu jeszcze jego pełna recenzja, ponieważ uważam, że to produkt naprawdę godny uwagi :)

Marta, reprezentująca między innymi markę AA, przesłała mi do testów serum przyspieszające wzrost rzęs - 4 Long Lashes. Niedługo zaczynam testy, myślę, że minęło już wystarczająco dużo czasu od testów poprzedniego serum tego typu. A serum od AA prezentuje się wyjątkowo korzystnie cenowo (w porównaniu do innych preparatów tego typu), dlatego jestem go szczególnie ciekawa!


Pod koniec października uczestniczyłam w warsztatach makijażowych z wizażystką Anią Orłowską, organizowanych przez markę Lirene. O tym spotkaniu jeszcze Wam nie napisałam, ale koniecznie muszę to nadrobić, ponieważ to był wyjątkowo przyjemny wieczór :) Na spotkaniu zaprezentowano nam nowości makijażowe, wchodzące do oferty Lirene - przede wszystkim nowy podkład Glam & Matt, który jest naprawdę świetny! Używam go już od 2-3 tygodni i jestem z niego bardzo zadowolona! Oprócz tego, w ofercie pojawia się też produkt, który początkowo wygląda jak zwykły krem, by po chwili zmienić się na twarzy w lekki krem koloryzująco-nawilżający. To oczywiście Magic Mike, o pardon! Magic Make-up! I znowu - mama skorzystała na tym, że ma ciemniejszą odcień cery, niż ja, więc G&M w kolorze 03 Beżowy oraz Magic Make-Up w kolorze 02 Naturalny trafiły właśnie do niej, więc bardzo możliwe, że o wrażeniach ze stosowania produktów damy znać obie :) 

Dzieła dopełnia koloryzująco-rozświetlające trio do ciała, czyli Body BB w dwóch odcieniach i Body Shine. Body BB, to - w dużym uproszczeniu - rajstopy w sprayu, tyle, że w kremie :D Jest to balsam koloryzujący, który oczywiście możecie nakładać nie tylko na nogi, ale takie było pierwsze skojarzenie, ponieważ produkt wcieramy w skórę jak balsam, a ten nadaje skórze koloru (dostępne odcienie dla jasnej i ciemnej karnacji), a przy okazji ukrywa drobne niedoskonałości! W dodatku nie jest to ani balsam brązujący, ani tym bardziej samoopalacz, ponieważ kolor zmywa się ze skóry pod wpływem wody. Body Shine to już typowy balsam rozświetlający skórę, więc z pewnością zrobi furrorę w sezonie karnawałowym. Każdy z produktów z pewnością opiszę na blogu po bliższym zapoznaniu się z nimi :)


Pod koniec września odezwała się do mnie Pani Natalia, reprezentująca m.in. markę Barwa i zaproponowała przetestowanie produktów z serii Siarkowa Moc oraz kilku innych produktów marki Barwa. Kiedy jednak odebrałam paczkę wydałam z siebie niemały okrzyk zachwytu! Takiej zawartości, to ja się nie spodziewałam. Oprócz produktów z serii Siarkowa Moc, w paczce znalazłam również produkty z serii Miss, Barwa Naturalna, a także Barwa Ziołowa. Produktami podzieliłam się częściowo z mamą i razem postaramy się zrecenzować dla Was tę ogromną pakę :) Pierwsze recenzje produktów z serii Siarkowa Moc już pojawiły się na blogu TU i TU.

zdjęcie można powiększyć
Na powyższym zdjęciu znajdziecie ogrom paznokciowych dobroci, które przytargałam z I Spotkania Lakieromaniaczek, o którym pisałam TUTAJ. Nadal nie wiem, jak skomentować taką ilość, jak na to patrzę, bo buzia sama mi się cieszy! Częścią produktów podzieliłam się już z mamą i przyszłą teściową :)

zdjęcie można powiększyć
Tu dla odmiany skarby, które otrzymałyśmy na VI Spotkaniu Warszawskich Blogerek Urodowych, o którym pisałam już TUTAJ. Otrzymałyśmy mnóstwo wspaniałych produktów i mam też coś dla Was, ale musicie jeszcze chwilę poczekać! :)

***

Sama nie wiem jak to skomentować. Może po prostu dajcie znać co Wam najbardziej wpadło w oko i czego jesteście najbardziej ciekawe? Może uda mi się o tym dla Was wkrótce napisać :) Koniecznie piszcie, jeśli używałyście któregoś z tych produktów - podzielcie się wrażeniami, zwłaszcza, jeśli coś nie powinno czekać w szufladzie z zapasami! :)
K.
Czytaj dalej

czwartek, 13 grudnia 2012

Listopadowe zdobycze

Tak, tak - zdaje sobie sprawę z tego, że mamy już prawie połowę grudnia, ale cóż poradzę na to, że nadal jeszcze nie zebrałam się z podsumowaniem zdobyczy z ubiegłego miesiąca? Udało mi się dorobić fotki niektórych produktów, które pojawiły się u mnie później, ale niestety nie są one pierwszej jakości ze względu na wybitnie nieodpowiednią porę i niesprzyjające sztuczne światło. Musicie mi to wybaczyć. Robię co mogę, ale ostatnio zupełnie nie mam okazji zapolować na dzienne światło, a przecież blog kosmetyczny bez zdjęć mija się z celem! Mam nadzieję, że uda mi się narobić zdjęć na zapas bliżej świąt, a poza tym światło światłem, ale powoli przymierzam się też do kupna nowego aparatu :)

No ale pomińmy zbędne wstępy i przejdźmy do oglądania! W listopadzie - przede wszystkim ze względu na spotkanie warszawskich blogerek - przybyło mi całe mnóstwo kosmetyków. Wraz z moimi zakupami, wygranymi i kosmetykami, pochodzącymi ze współprac nagromadziłam tak dużo kosmetyków, że moje ostatnie denka, to przy tym pikuś. Na szczęście w grudniu staram się panować na moim głodem nowości, w czym zdecydowanie pomaga konieczność wykosztowania się na prezenty dla wcale niemałego grona najbliższych ;)


To może zacznijmy od kosmetyków, które otrzymałam podczas spotkania blogerek - wszystkie z nich są widoczne na powyższym zdjęciu. Nie robiłam im osobnych zdjęć, ponieważ bliższe prezentacje możecie zobaczyć w relacjach niektórych z dziewczyn, które były na spotkaniu, m.in. Sylwii. Na razie zdradzę tyle, że te z kosmetyków, których zaczęłam już używać, uważam za naprawdę udane. Na pewno większość z nich doczeka się swoich recenzji na blogu, więc wtedy będziecie miały okazję dokładnie się z nimi zapoznać :)


Dziewczyny, które były uczestniczkami spotkania blogerek, miały szansę na zrobienie zakupów w Bath & Body Works z 25% zniżką. Oczywiście nie mogłam sobie odmówić tej przyjemności i skusiłam się na balsam i wodę toaletową z linii Twilight Woods oraz antybakteryjne mydło w piance z linii Sweet Pea.


Na spotkaniu miałam okazję dokonać małej wymianki z Kasią z bloga KasiaTheWeak, która specjalnie dla mnie trzymała jeden z moich ukochanych mleczek do ciała - Bawełnę z Bielendy. Dzięki Kasiu! :)


Tym razem ponownie moje zakupy - kiedy przez blogi przewinął się szał na waniliowy scrub do mycia ciała z Farmony stwierdziłam, że prędzej czy później trafi w moje ręce. Podobne pragnienie wzbudziło we mnie również szarlotkowe masło do ciała i jak tylko usłyszałam, że ten kosmetyk jest dostępny w Douglasie, to czym prędzej pobiegłam tam i wsadziłam oba produkty do koszyka. I muszę przyznać jedno - zapachy są do schrupania! :)


Wydawać by się mogło, że spotkaniu mam dość kolorówki na najbliższy rok, ale oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie skorzystała z wielkiej Rossmanowskiej promocji na kolorówkę. 40% zniżki piechotą nie chodzi, więc uzupełniłam zapasy szminek o te kolory, które od dawna chodziły mi po głowie (czyli Rimmel by Kate - 10, 16 i 20), o jeden, który zupełnie mnie nie oczarował przy pierwszym kontakcie, ale udało mu się to za drugi razem (Rimmel by Kate 101) oraz o dwa, które stały się nieoczekiwanym hitem blogosfery, a których nie umiałam sobie odpuścić (L'Oreal Rouge Caresse - Tempting Lilac i Dating Coral). Do szminek dołączył również korektor True Match z L'Oreal oraz tusz Growing Lashes z Wibo. Wszystko kupione za nieporównywalnie mniejsze pieniądze, niż w regularnych cenach! Tak, to ja lubię! :)


Powyżej mała prezentacja Rimmelowskich nowych zdobyczy - od lewej Rimmel by Kate 10, 16, 20, 101 oraz 102, którą otrzymałam od Rimmel w ramach blogerskiego spotkania :)


Jak już większość z Was wie - byłabym chora, gdybym nie zniosła do domu choć jednego żelu pod prysznic. A ponieważ udało mi się skorzystać z wizażowej zniżki na te żele, przytargałam do domu dwie nowości - śliwkę z syropem klonowym oraz pomarańczę z lukrecję oraz żel, z którym miałam już kiedyś przyjemność, czyli malinę i mleczko waniliowe.


Byłabym również chora, gdybym nie przytargała do domu jakiś nowych lakierów. Tym sposobem do kolekcji dołączyły dwa nowe Essie - Bahama Mama (fiolet) i Head Mistress (wiśniowy), kolejne dwa kawowe Ingloty - 367 oraz 371 (buziaki dla Stefi :*), słynny Golden Rose Jolly Jewels 110 oraz upragniony OPIk z kolekcji Skyfall w kolorze The Spy Who Loved Me, który dostałam od Blanki na spotkaniu.


Przejdźmy teraz do współprac - tak jak spora grupa blogerek, również i ja zgodziłam się na przetestowanie kosmetyków marki Pharmetheiss Cosmetics, którą dotąd kojarzyłam z kilku reklam, miniaturki kremu w GlossyBoxie oraz ich obecności na półkach w Hebe. Niedługo zaczną pojawiać się recenzje tych produktów, z których dowiecie się więcej o tych kosmetykach oraz będziecie mogły stwierdzić, czy warto w nie zainwestować ;)

Do testów otrzymałam masło do ciała, żel pod prysznic, krem do rąk oraz krem do twarzy, który testuje moja mama z racji odpowiedniego rodzaju cery.


Przy okazji składania zamówienia w sklepie kosmetykomania, gdzie kupowałam część nagród na  konkurs urodzinowy (KLIK), otrzymałam do testów kilka różnych produktów z kolorówki. Najbardziej cieszą mnie chyba testery produktów W7 - zwłaszcza bronzera, na który od pewnego czasu miałam ochotę! :)

Do testów otrzymałam pełnowymiarowe produkty MeMeMe - szminkę w kolorze Aglaea oraz lakier w kolorze Loyal, a także testery produktów marki W7 - Honolulu, Africa i Double Act, jak również tester cieni Sleek Molten Metal.


Ponadto od Pani Magdy z Pharmaceris otrzymałam do przetestowania kolejne produkty z linii Pharmaceris T, w szczególności krem peelingujący z 10% zawartością kwasu migdałowego, na którym szczególnie mi zależało, bo z jego młodszego brata jestem bardzo zadowolona. Oprócz tego otrzymałam również płyn micelralny oraz krem kojący Octopirox.


Przechodząc płynnie do prezentów - ten ze zdjęć powyżej, otrzymałam od Asi z bloga 1001 pasji, która zaproponowała mi, że podeśle mi dwa biedronkowe masełka do ciała z serii Azja, którą uwielbiam niemal tak samo, jak serię Afryka. Jakby tego było mało, dostałam również dwie ogromne odlewki produktów Pat&Rub oraz cały woreczek próbeczek idealnie dobranych dla mojej cery! Dziękuję Ci jeszcze raz Asiu! :*


W związku z tym, że w listopadzie obchodziłam urodziny, od mojego ukochanego dostałam moje ulubione perfumy, czyli klasyczną Euphorię od Calvina Kleina. Poprzedni flakon nieubłaganie dobija dna i od dłuższego czasu starałam się go oszczędzać, teraz już nie muszę! :)


W listopadzie dopisywało mi również szczęście, jeśli chodzi o wygrane w rozdaniach - powyżej świetna nagroda, którą zdobyłam u La Frambuesa. Nigdzie nie udało mi się upolować limitowanki Wild Craft z Essence, a przynajmniej tych produktów, którymi byłam najbardziej zainteresowana, ale okazało się, że one same do mnie przyszły. Dostałam dwa lakiery - fioletowy i cielisty, dwa cienie - fioletowy <3 i oliwkowy oraz piękny rozświetlacz. W dodatku Marysia dorzuciła mi dwa cudnej urody drobiazgi w postaci brązowej kredki Avon oraz Celii Nude w kolorze 606. To już moja piąta "nudna" Celia w kolekcji! Uwielbiam te pomadki! :)


No i na koniec listopada, dokładnie w moje urodziny, dowiedziałam się, że u Kasi z bloga Kolczyki Izoldy udało mi się również wygrać cudownie pachnącą puszkę Ciastka z The Body Shop, która zawiera w sobie trzy miniaturowe oraz jeden pełnowymiarowy produkt ze świątecznej linii o zapachu imbiru. Cudowności! Już tylko czekam, żeby zabrać je na poświąteczny wyjazd! :)

Taaaak... To by było na tyle, jeśli chodzi o najciekawsze zakupy i zdobycze! Ledwo poukładałam to wszystko na półkach, w pudełkach i innych schowkach. Teraz czeka mnie masa zużywania i mam nadzieję, że grudniowa wstrzemięźliwość w zakupach kosmetycznych znacznie mi to ułatwi ;)

A jak tam Wasze zdobycze? Czy w listopadzie udało Wam się spełnić jakieś szczególne kosmetyczne zachcianki, czy raczej starałyście się robić zakupy z głową? :)
K.
Czytaj dalej

środa, 3 października 2012

Wrześniowe zdobycze - a przynajmniej te najciekawsze... ;)

Cześć Dziewczyny!

Tym razem post o najciekawszych kosmetykach, które wpadły mi do "kosmetyczki" we wrześniu. Tym razem nie pokazuję wszystkiego, bo wydaje mi się, że mogłoby to być po prostu nudne... Pojawiło się kilka kosmetyków z serii uzupełnianie zapasów, takich jak płyn micelarny Bourjois, żel micelarny z Biedronki czy szampon bez silikonów Syoss (mój chłopak również się z nim polubił! ;)) - wszystko znane i lubiane, więc nie ma sensu pokazywać tych rzeczy na zdjęciach. Skupmy się więc na najciekawszych aspektach wrześniowych zdobyczy! :) Tym razem moje zakupy zdominowała promocja na lakiery Essie w Super-Pharm... ;)

od góry od lewej: Sexy Divide, Peach Daiquiri, Virgin Orchid,
Watermelon, Sand Tropez, Island Hopping,
Bangle Jangle, Mademoiselle
Essie, Essie, Essie... Już wiecie, dlaczego we wrześniu lakiery zdominowały moje posty... Tak też będzie z pewnością w październiku, choć w planach mam również więcej recenzji pielęgnacji. Ale do rzeczy... Dwa z lakierów z powyższego zdjęcia kupiłam w sklepie PaaTal za niecałe 15zł/szt. - są to kolory Mademoiselle (swatche TUTAJ) oraz Bangle Jangle. Pozostałe piękności kupiłam w Super-Pharm w promocyjnej cenie ok.25zł/szt. Oczywiście na początku skusił mnie tylko Sand Tropez (swatche TUTAJ). Później jednak skusiłam się kolejno na Watermelon i Sexy Divide, a przy kolejnej wizycie również na Virgin Orchid, Island Hopping oraz Peach Daiquiri. Chyba nigdy jeszcze nie przestudiowałam w necie tylu swatchy lakierów, co we wrześniu... I nadal mam jeszcze kilka sztuk na wishliście... ;)

Czy są wśród nich jakieś kolory, które szczególnie Was interesują?

Rare 021 Cotton Candy, Golden Rose Paris 242 i 32

Pierwszy lakier od lewej, czyli Rare w kolorze Cotton Candy, to prezent od Sylwii, przywieziony z Gran Canarii, a kolejne dwa, to zdobyte przy jej pomocy lakiery Golden Rose Paris w kolorach - 242 oraz 32. Cena lakierów GR, to około 5zł/szt.


The Balm - bronzer Bahama Mama i róż Frat Boy... No cóż za niespodzianka, prawda? ;) Biłam się z myślami odkąd tylko dostałam sms z informacją o weekendowej promocji w Marionnaud. W końcu za namową (niezbyt intensywną) Gray i Agu, ostatecznie zdecydowałam się skusić na kolejną kolorówkę tej marki. Tym razem ceny były obniżone o 30%, więc oba produkty wyniosły mnie około 35zł/szt.

Powyższe swatche potraktujcie raczej orientacyjnie ;) Niedługo post przybliżający te dobroci :)


Max Factor False Lash Effect Fusion, to moja kolejna sztuka tego tuszu! Bardzo go polubiłam, a moja pierwsza buteleczka dość mocno podeschła, więc spodziewam się, że lada dzień odmówi mi posłuszeństwa... W dodatku zdałam sobie sprawę, że zapomniałam o jego recenzji, a efekt już jednak nie jest ten sam, co na początku... Z pomocą przyszedł mi Super-Pharm, gdzie tusz kupiłam w promocji za ok.35zł. Chcecie porównanie jak wyglądają rzęsy pomalowane podeschniętym już FLE, a jak tym świeżo otwartym?

Dalej jest coraz lepiej - nareszcie zamówiłam upragnioną paletkę Sleek, czyli Storm. To prawdopodobnie najbardziej popularna paletka tej marki, a ja - Sleekomaniaczka - tak długo się przed nią opierałam. Nareszcie jednak ją mam i chętnie z niej korzystam! :) Pamiętam, że korzystałam z jakiejś zniżki na kosmetykomanii, ale nie pamiętam ile dokładnie zapłaciłam za tę paletkę, w każdym razie jej cena regularna wynosi ok.35zł.

Pędzle Hakuro do twarzy szczerze uwielbiam i chętnie po nie sięgam, dlatego chciałam również sprawdzić jak miewają się te do oczu. Wybrałam jeden, chyba najpopularniejszy model do rozcierania, czyli Hakuro H79, który uznawany jest za odpowiednik MACa 217. Cena Hakuro, to 16,40zł, czyli bardzo korzystnie! :)


Wczoraj, przy okazji relacji z otwarcia Bath & Body Works (KLIK), pisałam już o prezentach od marki. Ja zdecydowałam się na mgiełkę i balsam z linii Dark Kiss oraz na mydło w piance z linii Sweet Pea.

Wyżej wymienione produkty są prezentami, ale ponieważ marka jest nowa, poniżej podaję standardowe ceny tych kosmetyków:
mgiełka (236ml): 49zł; 
balsam do ciała (236ml): 35zł; 
mydło w piance (259ml): 29zł


W związku z ciężkim wyborem i ograniczeniem do maksymalnie trzech różnych zapachów, postanowiłam skorzystać również z promocji i wybrałam dwa dodatkowe balsamy z linii Pink Chiffon oraz Carried Away. W skrócie - kupiłam jeden balsam, drugi wybrany dostałam gratis, czyli wydałam tylko 35zł.


To zdjęcie z pewnością znają już dziewczyny, które zaglądają na blogowego facebooka. Są to zakupy, które poczynił dla mnie w Wiedniu mój "szwagier" :) Skubaniec kupił wszyściutko, o co go poprosiłam! Nareszcie i ja będę mogła przetestować hity z DM! Całość wyniosła mnie jakieś 10-15 euro.

Alverde - olejek do ciała z wyciągiem z dzikiej róży i rokitnika;
Alverde - olejek do ciała z paczulą i czarną porzeczką;
Alverde - maska do włosów z aloesem i hibiskusem;
Alverde - odżywka do włosów z aloesem i hibiskusem;
Balea - melonowy żel pod prysznic;
Balea - żel pod prysznic z guavą;


Powyższa paczuszka, to dobra wola Agu, która postanowiła umożliwić mi przetestowanie podkładu mineralnego Lily Lolo w kolorze, którego Agata sama używa, czyli Warm Peach. Zresztą zawartość całej paczuszki była niespodzianką i sprawiła mi ogromną przyjemność! Agu wysłała mi również odsypkę różu  Lily Lolo Ooh La La, odlewkę maski i peelingu 2w1 z ogórkiem i ryżem od Ava, podzieliła się cytrynkowym Rimmelem, dorzuciła próbki kremu rozświetlającego z Corine de Farme, który chciałam kiedyś wypróbować a do tego dorzuciła jeszcze maskę nawilżającą z AA... Ta paczuszka już poskutkowała odebranym wczoraj zamówieniem, zawierającym kosmetyki LL! :)

Dziękuję Agu! :*


No i na koniec piękna trójca błyszczyków, które otrzymałam o testów od przedstawicielki perfumerii Douglas Polska. Są to błyszczyki z serii Absolute Lips w kolorach 06 Hanna, 08 Giulia oraz 07 Mira. O ile nie jestem szczególną fanką błyszczyków i rzadko sięgam po taką formę produktów do ust, tak te naprawdę nieźle się sprawdzają. Więcej o nich już wkrótce! :)

Czy jest wśród tych produktów coś, co wzbudziło Waszą szczególną ciekawość? I czy Wy we wrześniu upolowałyście coś, z czego jesteście szczególnie zadowolone? :)
K.

Czytaj dalej
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Blog template designed by SandDBlast