Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gosh. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gosh. Pokaż wszystkie posty

środa, 8 kwietnia 2015

GOSH - tusz do rzęs Catchy Eyes

W ostatnim tygodniu na blogu było raczej cicho, co spowodowane było moim świątecznym urlopem. Ostatnie kilkanaście dni spędziłam najpierw w Pradze, a następnie w Wiedniu i gdyby nie jakaś paskudna zaraza, która rozgościła się w moim gardle, wyjazd byłby idealny. Mimo wszystko, nie dałam się zagnać do łóżka i wycisnęłam z obu wyjazdów tyle, ile tylko byłam w stanie znieść :) Oczywiście nie omieszkałam zrobić małych, zagranicznych zakupów, ale jeśli chodzi o kosmetyki, to w zasadzie dość mocno trzymałam się listy zakupów. Znacznie większe szaleństwo ogarnęło mnie w wiedeńskim Primarku, ale plan wyjazdu zakładał również i to :)
Ale ja oczywiście nie o tym miałam dzisiaj napisać, a o maskarze, która przez kilka porządnych miesięcy należała do ścisłego grona moich tuszowych ulubieńców. Wiele z Was z pewnością ją zna, ponieważ o Catchy Eyes od Gosh jest głośno już od dawna!


EFEKT/DZIAŁANIE:
Catchy Eyes, to kolejna maskara, którą bardzo mocno polubiłam. W tej chwili mam na koncie już dwa zużyte opakowania, więc myślę, że z czystym sumieniem mogę Wam ją polecić. Niestety nie od początku byłam nią zachwycona, ponieważ jest to produkt, który po otwarciu jest dosyć mokry, przez co efekt, który daje na rzęsach bywa nieco mizerny przy kilku pierwszych użyciach, ale na szczęście z czasem, tusz przechodzi prawdziwą transformację! Za pierwszym razem byłam zaskoczona rozbieżnością między moimi wrażeniami, a ogólnym zachwytem i odłożyłam maskarę w kąt. Kiedy sięgnęłam po nią ponownie mniej więcej po dwóch tygodniach, całkowicie zmieniłam o niej zdanie. I tak, ja wiem, że większość maskar musi podeschnąć, ale czasami chcę już-natychmiast :)


Catchy Eyes, po lekkim podeschnięciu, rewelacyjnie podkreśla i wydłuża rzęsy. Nigdy nie umiałam malować się tak, żeby moje rzęsy zyskiwały znacznie na objętości i grubości, ale ta maskara na szczęście nieźle sobie z tym zadaniem poradziła, bo nie tylko wydłużyła to, co i tam mam dosyć długie, ale i odpowiednio podkreśliła moje raczej cienkie włoski. Efekt był na tyle zadowalający, że z całą pewnością mogłabym Wam polecić tę maskarę nie tylko na co dzień, ale również na wyjścia. Dwie lub trzy warstwy tuszu potrafią dać naprawdę dramatyczny efekt, a jednocześnie jedna warstwa spokojnie wystarczy Wam w codziennym, dziennym makijażu.


Nie zauważyłam żadnego rodzaju podrażnień, a trwałość tuszu była rewelacyjna przez 99% okresu użytkowania. Nie miałam również żadnych problemów ze sklejaniem rzęs, bo formuła tuszu i wygodna silikonowa szczoteczka skutecznie wyeliminowały ten niechciany efekt.


SZCZOTECZKA:
Jak widać na zdjęciu powyżej, szczoteczka ma dosyć krótkie włoski, umieszczone na lekko zagiętym trzonie, który z założenia powinien lepiej dopasować się do kształtu oka, niż klasyczne, proste szczoteczki. Czy tak jest? Chyba faktycznie nie jest to pozbawione logiki, ponieważ szczoteczką naprawdę łatwo dotrzeć do nasady rzęs i łatwo maluje się nią zarówno te górne, jak i dolne rzęsy. Wydaje mi się, że taki kształt rzeczywiście nieco pokręca czy też unosi rzęsy. Sama szczoteczka nie jest przesadnie elastyczna, ale nie jest też twarda na tyle, żeby przeszkadzać w makijażu i "uwierać" w oko. A wierzcie mi, że spotkałam i takie...


WYDAJNOŚĆ:
Znowu głupio mi pisać o wydajności, bo ja tuszy używam miesiącami... Nawet korzystając z jednego tuszu non stop potrafię go zużywać dobre cztery miesiące, a jeśli urozmaicam sobie makijaż różnymi tuszami, które w międzyczasie testuję, to bywa, że tusze miewam w użyciu nawet ponad pół roku i z Goshem mniej więcej tak było. Jedno jest pewne - tusz jest bardzo długo świeży i naprawdę długo dawał mi zadowalający efekt na rzęsach bez utraty jakości. Dopiero pod sam koniec zdarzało mu się czasami odrobinkę osypać pod okiem, ale nigdy nie było to szczególnie upierdliwe, bo nie było to mocno widoczne.


OPAKOWANIE:
Catchy Eyes posiada jedno z bardziej optymistycznych opakowań, ponieważ dostajemy ją w uroczej, smukłej, różowej buteleczce o pojemności 8 ml. Podoba mi się taki design, nie powala mnie, ale jest przyjemny dla oka. Więcej nie trzeba :)


CENA/DOSTĘPNOŚĆ:
Maskara w cenie regularnej kosztuje około 45 zł i stacjonarnie znajdziecie ją głównie w Drogeriach Hebe. Na szczęście Hebe co pewien czas oferuje jednodniowe promocje na poszczególne marki, w których Gosh również często bierze udział. Jeśli jednak nie macie cierpliwości czekać, to koniecznie sprawdźcie sklepy internetowe, bo zdarzało mi się widywać ten tusz w promocji za ok.25-30 zł.


I znowu pora na efekt na rzęsach. Jak zwykle zapomniałam zrobić zdjęcia, kiedy tusz był w swojej najlepszej formie, więc to, co widzicie poniżej, to efekt schyłkowego okresu użytkowania tuszu, niemniej jednak nadal uważam, że jest on ładny i ja z takimi rzęsami świetnie się czuję. Dla mnie to typowy efekt dzienny, choć i tak nieco mocniejszy, niż zwykle noszę.



Bardzo polubiłam tę zgrabną, różowiutką buteleczkę i myślę, że jeszcze nie raz będę do niej wracać. W tej chwili nie narzekam na brak zapasów, więc nie powinnam kupować nowego egzemplarza, ale na pewno skuszę się na kolejne opakowanie, jeśli trafię na bardzo dobrą promocję :)

Koniecznie dajcie znać czy znacie tę maskarę i czy również przypadła Wam do gustu tak jak i mi. A może zupełnie nie podoba Wam się to, co udało mi się nią uzyskać? ;)
Karolina
Czytaj dalej

sobota, 11 października 2014

"Okołokolorowi" ulubieńcy letnich miesięcy

Cześć Dziewczyny!

W związku z tym, że na blogu już dawno nie było ulubieńców, pomyślałam, że warto byłoby przygotować zbiorczy post z ulubieńcami ostatnich miesięcy. Kiedy tak zebrałam wszystko, okazało się, że najwięcej ulubieńców wytypowałam wśród kolorówki. To nie tak, że nagle obraziłam się na pielęgnację, po prostu część produktów zmieniała się zbyt często, żeby zasłużyć na miano ulubieńca, część stanowi stałą gromadę od wielu miesięcy, więc nie ma sensu ich znowu powtarzać, a inne po prostu nie urzekły mnie na tyle, żeby je tu pokazywać. Co do pozostałych - na pewno przygotuję odpowiednie recenzje, dlatego dzisiaj skupmy się po prostu na kolorówce i produktach oscylujących blisko tej kategorii :)

***

Pierwszym ulubieńcem jest woda toaletowa Roses de Chloé. Odkąd ją kupiłam, używałam jej praktycznie non stop, jedynie z drobnymi przerwami na Daisy Eau So Fresh. Teraz zostało mi już dosłownie tylko kilka kropelek na dnie, co chyba najlepiej świadczy o mojej miłości do tego zapachu :) Choć początkowo wydaje się być dosyć delikatny, nawet odrobinę mydlany i zdecydowanie czuć w nim różę, to jednak na mojej skórze szybko zyskuje sporo mocy, a do głosu dochodzą cięższe nuty.Oprócz tego naprawdę długo się utrzymuje na skórze, więc liczę na dłuższy związek z kolejnymi buteleczkami :)


Powyższa trójka to aktualnie moje ulubione pędzle. Blush Brush z Real Techniques zamierzałam początkowo używać zgodnie z przeznaczeniem do różu, ale okazało się, że w tej kwestii H24 z Hakuro nadal jest moim numerem 1, któremu naprawdę mało co może zagrozić :) Za to pędzel z RT sprawił, że na nowo zaczęłam sięgać po bronzery, które odstawiłam ze względu na poranną oszczędność czasu. W końcu co jak co, ale bronzer wymaga jednak trochę uwagi podczas aplikacji. Jajo z Real Techniques pokazało mi jak bardzo byłam w błędzie. Teraz nałożenie bronzera nie zajmuje mi więcej, niż kilkanaście sekund, a do tego mam gwarancję, że produkt będzie nałożony lekką ręką :)

Super Kabuki z Lily Lolo, to pędzel, którego używam już prawie od roku i jak dla mnie jest niezastąpiony, jeśli chodzi o aplikację podkładów mineralnych. Sprawdza się zarówno z podkładami Lily Lolo, jak i Annabelle Minerals. Świetnie je rozprowadza, nie tworzy plam na skórze, no i nie zjada przy tym zbyt dużo produktu :)


Skoro już wspomniałam o bronzerze, to warto byłoby również wskazać głównego "wykonawcę" - myślę, że nie zdziwię Was, jeśli napiszę, że oczywiście jest to bardzo popularny w blogosferze bronzer Bahama Mama z TheBalm. Tuż za nim plasuje się piękny bronzer z kolekcji Jungle Fever z ArtDeco, ale ponieważ TheBalm mam nieco dłużej i w związku z tym częściej po niego sięgam, to właśnie ten produkt zdecydowałam się zaprezentować w ulubieńcach :) Co w nim jest takiego dobrego? Hmm... Wszystko! Świetna pigmentacja, piękny, odpowiednio ochłodzony odcień brązu i całkowity mat, bez żadnych drobinek.

Skoro jesteśmy przy TheBalm, to oczywiście nie mogłabym nie wspomnieć również o różu Hot Mama, który jest stałym bywalcem mojej kosmetyczki nie tylko latem, aczkolwiek latem sięgam po niego najczęściej ze względu na to, że pięknie współgra z opaloną skórą, a drobinki w nim zawarte dodatkowo przyjemnie ją rozświetlają. Kiedy jednak mam ochotę na klasyczny odcień różu, wtedy sięgam po jeden z dwóch ulubieńców Plum Pop z Clinique, który jest połączeniem różu z kropelką fioletu, lub cukierkowy róż Well Dressed z MAC, który daje efekt bardzo delikatnie, naturalnie zaróżowionych policzków.


Kolejna trójeczka, to produkty, które pozwalają mi na uporanie się z moją nieco problematyczną cerą. Kamuflaż z Alverde całkiem nieźle radzi sobie zarówno z ukrywaniem cieni pod oczami, jak i z drobnymi wypryskami. Natomiast pudry Flawless Matte z Lily Lolo oraz Stay Matte z Rimmel pomagają mi cieszyć się matową cerą przez kilka godzin. Używam ich wymiennie, ponieważ po Flawless Matte sięgam w połączeniu z podkładami mineralnymi, natomiast po Stay Matte, gdy używam klasycznych płynnych podkładów lub kremów BB czy CC.


Od prawie roku regularnie sięgam po podkłady mineralne i są one podstawą mojego makijażu. Aktualnie moim ulubieńcem w tej kwestii jest podkład matujący z Annabelle Minerals, jednak w lato często go zdradzałam z kremami CC. Po ten z Gosha sięgałam, kiedy nie byłam nie opalona, bo ma ładny, jasny kolor, odpowiedni dla bladzioszków. Nie jest mocno kryjący, ale przyjemnie rozświetla skórę i nawet ja, posiadaczka mieszanej skóry, byłam z niego mocno zadowolona. Superdefense CC z Clinique, to dla odmiany hit moich wakacji, kiedy już złapałam nieco słońca. Odcień Light Medium nie należy do najjaśniejszych, więc słusznie pomyślałam, że sprawdzi się na urlopie. Całkiem przyjemnie krył drobne niedoskonałości, wyrównywał koloryt skóry i naprawdę nieźle się utrzymywał. Gdyby jaśniejszy kolor był dla mnie odpowiedni, mogłabym nawet rozważyć zakup pełnowymiarowego produktu.


Jeśli chodzi o lakiery do paznokci, to bywam dość niestała w uczuciach. Lubię sięgać po przeróżne odcienie i rzadko sięgam po jeden non stop, ale jest jeden taki lakier, który jest moim ulubieńcem na paznokciach u stóp i jest to Jazz Funk z serii Salon Pro od Rimmel. Rzadko noszę inny kolor na stopach, nie tylko latem! :)

Usta są wprawdzie dość odległe do stóp, ale produkt gabarytowo idealnie wpasował się z Rimmelowym lakierem, więc musicie mi wybaczyć to zestawienie ;) Jajeczko z balsamem EOS, to niezmiennie mój ulubieniec w domowej pielęgnacji ust. Sięgam po niego zarówno rano, podczas wykonywania makijażu, jak i tuż przed zaśnięciem. Dla moich ust jest wystarczający i dba o ich bieżącą dobrą kondycję. Więcej na razie nie potrzebuję :)


W przypadku produktów do oczu, przez ostatnie miesiące regularnie szłam na łatwiznę i byłam koszmarnym leniem, jeśli chodzi o makijaż oczu. Genialna baza z ArtDeco załatwiała sprawę trwałości makijażu, natomiast na niej lądowały kolejno - cień Maybelline Colour Tattoo w odcieniu On & On Bronze na górnej powiece oraz szarość Muse od Sigma Beauty na dolnej powiece. Na brwiach natomiast niezmiennie Maybelline Colour Tattoo w odcieniu Permanent Taupe. I tyle! Sprawdzony zestaw bez wydziwiania ;)


Żeby nie było tak całkiem łyso, powyższe zestawienie wzbogacałam o kredkę i tusz - najchętniej brąz z Avon (brązowa Glimmerstick Diamonds) lub Pierre Rene (brązowy Eye_Matic), czasami jednak ciągnęło mnie do granatu - wtedy na powiece lądowała świetna kredka Smokey Eye Liner z Gosh.

W kwestii tuszy do rzęs byłam znacznie mniej wierna, ponieważ używałam wymiennie Catchy Eyes z Gosh oraz Lash Accelerator Endless z Rimmel. Pod koniec wakacji wymieniłam je z ciekawości na High Impact Mascara z Clinique. Dwa pierwsze są moimi ulubieńcami od dłuższego czasu i w obu przypadkach to mojego drugie opakowania, jednak Clinique całkiem niespodziewanie również zyskała moją ogromną sympatię i to pomimo klasycznej szczoteczki z włosiem. Po raz kolejny przekonuję się, że ta marka ma naprawdę sporo do zaoferowania :)

Do zestawienia wkradły się również dwa produkty Essence, które fantasycznie sprawiły się na urlopie. Po niebieską maskarę sięgałam, kiedy miałam ochotę zmienić drobny akcent w makijażu oka, natomiast top coat z limitowanki Beach Cruiser z Essence sprawiał, że każdy mój ulubiony tusz stawał się wodoodporny, dzięki czemu nie musiałam tym razem kupować 350 tuszu do rzęs tylko po to, żeby móc go używać przez dwa tygodnie wakacji ;)


Na koniec największa niespodzianka zestawienia, czyli dwa świetne błyszczyki. Nie wiem co mi się stało, bo od dłuższego czasu na błyszczyki spoglądałam raczej niechętnie i od kilku lat żadnego nie kupiłam. Na jednym ze spotkań blogerskich otrzymałam jednak fioletowy błyszczyk z Gosh, który zatrzymałam ze względu na ciekawy odcień i w końcu odważyłam się go użyć. Okazało się, że pokochałam go tak bardzo, że zdecydowałam się dokupić sobie jeszcze różany błyszczyk z Pat&Rub, który również zdobył moje serce. Oba produkty przyjemnie zmiękczają usta, długo na nich trwają i choć nieco się kleją, to jednak nie są w tej kwestii na tyle upierdliwe, jak większość produktów tego typu. Muszę przyznać, że chyba na dobre przeprosiłam się z tym rodzajem kosmetyków, aczkolwiek nie przewiduję nagłego powiększenia "kolekcji". Z tymi dwoma mam się świetnie i niczego więcej mi nie trzeba :)

***

No cóż, dzisiaj uraczyłam Was sporą gromadką kolorówki, ale od maja minęło przecież mnóstwo czasu, warto więc chociaż napomknąć co przez ten czas dominowało na mojej toaletce :) Wkrótce na blogu powinni się pojawić również wrześniowi ulubieńcy, w których zdecydowanie wiodącą rolą odegrają tym razem kosmetyki pielęgnacyjne. Tym razem sporo nowości mocno przypadło mi do gustu, wobec czego chciałabym się z Wami podzielić swoimi dobrymi wrażeniami na ich temat.

Tymczasem jednak zapraszam do dzielenia się Waszymi spostrzeżeniami na temat dzisiejszej gromadki. Miałyście któreś z tych produktów? Czy u Was sprawdził się równie dobrze? :)
Karotka
Czytaj dalej

piątek, 26 września 2014

Kwietniowe denko

Cześć Dziewczyny!

Jak już wspominałam kilka postów temu - w tym roku mianuję się królową blogowych zaległości - wobec czego, żeby po raz kolejny uczcić ten tytuł, przybywam do Was (z planety Nieregularność) z podsumowaniem i krótkimi recenzjami produktów zużytych... w kwietniu :D


Taaak, możecie się śmiać, ale przed Wami jeszcze denka od maja do września, więc ten tego... Przygotujcie się na mnóóóóóstwo czytania, bo nie odpuszczę! ;) Posty denkowe, to tradycja mojego bloga i często są dla mnie świetną okazją, żeby krótko zrecenzować produkty, o których nie warto się rozpisywać w osobnych postach, a jednak warto coś o nich wiedzieć. Czasami są też okazją do przypomnienia o moich ulubieńcach, czy odkryciach. Pomijając powyższe argumenty, kiedy mam wiedzieć lepiej czy produkt się sprawdził, jeśli nie po zużyciu całego opakowania? :))


Wobec powyższego, życzę Wam miłego czytania! Na początek krótkie i nieduże denko kwietniowe, kiedy to zużyłam/liśmy 9 produktów :)


1. Balsam do ciała Intensywna Regeneracja; Lirene (400ml; ok.16-18 zł).
Ten balsam zdecydowanie przypadł do gustu zarówno mi, jak i mojemu facetowi. Bardzo dobrze sprawdzał się jako codzienny nawilżacz. Nie zostawiał tłustej warstwy, ale jednocześnie dawał poczucie dobrze odżywionej skóry. Pełną recenzję znajdziecie TUTAJ. Myślę, że jeszcze nie raz będziemy wracać do tego produktu.

Aktualnie używam: Lirene Youngy balsam z jabłkiem;

2. Pianka do mycia rąk Sea Island Cotton; Bath & Body Works (259 ml; cena regularna 29 zł).
Z pewnością stałe czytelniczki mojego bloga wiedzą, że bardzo lubię pianki z BBW i goszczą one regularnie w mojej łazience. Nie wysuszają moich dłoni, dobrze ją oczyszczają, a do tego przyjemnie pachną. Najchętniej zaopatruję się w nie podczas wyprzedaży, dzięki czemu płacę za nie często ok.10-15 zł. Oczywiście mam zrobiony zapas :) Recenzję innego wariantu zapachowego znajdziecie TUTAJ.

Aktualnie używam: Bath & Body Works pianka do mycia rąk Dancing Waters;


3. Woda termalna; Uriage (150 ml; ok. 15 zł).
Ten produkt zna i chwali dobre pół blogosfery - i bardzo słusznie! Ja również jestem zachwycona tą wodą termalną i właściwie to dzięki niej polubiłam tego rodzaju produkty i na stałe włączyłam je do pielęgnacji. Jej działanie trudno opisać w kilku słowach, bo i trudno jest je w ogóle w słowa ująć, dlatego odsyłam Was do pełnej recenzji TUTAJ :) Już mam jedną buteleczkę w zapasie!

Aktualnie używam: woda termalna z Avene;

4. Błotna maska oczyszczająca z algami; Organic Shop (75 ml; 16,90 zł).
Po tę maskę sięgnęłam z ciekawości i poniekąd w ramach urozmaicenia swojej pielęgnacji. Zwykle sięgam po maski oczyszczające z glinkami, a tym razem sięgnęłam po wersję błotną, która sprawdziła się równie dobrze. Generalnie byłam zadowolona i chętnie do niej wrócę, a ponieważ chcę Wam napisać o niej trochę więcej, to w tej chwili nie będę pisać więcej, niż to, że po prostu warto ją wypróbować :)

Aktualnie używam: oczyszczająca maska błotna z Himalaya Herbals;


5. Antyperspirant w kulce Clear Diamond; Rexona (50 ml; ok.10 zł).
Jeśli chodzi o antyperspiranty, to Rexona sprawdza się u mnie zdecydowanie najlepiej i to właśnie po tę markę sięgam najczęściej i najchętniej. Po prostu najskuteczniej chroni mnie przed nieprzyjemnym zapachem i nieestetycznymi plamami. Co tu więcej tłumaczyć... Wracam do niej regularnie i ta wersja nie różniła się szczególnie od innych Rexon, których dotychczas używałam :)

Aktualnie używam: antyperspirant w kulce Aloe Vera z Rexony;

6. Suchy szampon Wild; Batiste (50 ml; ok.8zł, ten wariant dostępny tylko w zestawie trzech miniaturek za 19,90 zł).
Suche szampony z Batiste, to mój absolutny must have. Mam spory zapas, który stale jest uzupełniany, zarówno jeśli chodzi o wersje mini, jak i pełny wymiar. Batiste świetnie odświeżają włosy i regularnie ratują mnie w sytuacjach podbramkowych. Więcej znajdziecie TU.

Aktualnie używam: suchy szampon Batiste z l-argininą;

7. Regenerująca maseczka do stóp Feet Up Advanced; Oriflame (100 ml; cena regularna 25,90 zł).
Uwielbiam tę maskę! Tak po prostu! Rewelacyjnie nawilża, odżywia i zmiękcza stopy, a w połączeniu z masażem sprawdza się wręcz idealnie. Powinna być sprzedawana obowiązkowo w komplecie z masażystą i skarpetami frotte :D Muszę ją znowu kupić! :)


8. Tusz do rzęs Catchy Eyes; Gosh (30-45 zł/szt.).
Ten tusz bardzo długo czekał na swoją kolej. Czytałam o nim wiele pozytywnych opinii, a jednocześnie trochę bałam się, że po prostu się zawiodę. I na początku rzeczywiście tak było, bo tusz był dość rzadki i dawał dosyć słaby efekt, jednak jak tylko trochę podsechł, zmienił się nie do poznania. Świetnie pogrubiał i wydłużał rzęsy, a do tego pozwalał na stopniowanie efektu. Aktualnie jest jednym z moich ulubionych tuszy i na pewno będę do niego wracać. Już wróciłam! :)

Aktualnie używam: m.in. ten sam produkt;

9. Kredka do oczu Glimmerstick Cosmic; Avon (cena regularna - 22 zł/szt.).
Zdaje się, że ta kredka była akurat czarna, ale nie zmienia to faktu, że Glimmersticki zużywam ostatnio jak szalona! Pierwsza z tych kredek trafiła do mnie jako upominek od jednej z koleżanek blogerek i od tej pory pokochałam je szczerą miłością. Kupuję je zawsze (i w różnych kolorach), kiedy tylko mam okazję. Świetnie wyglądają na powiekach, dobrze się trzymają i mają przyjemnie rozświetlające drobinki. Regularnie do nich wracam, w różnych wariantach :)

Aktualnie używam: m.in. brązowa kredka do oczu Misslyn;

***
Jeśli chodzi o podsumowanie kwietnia, to by było na tyle. Kolejna część będzie obejmować denka od maja do lipca, więc będę miała z nią dużo więcej roboty, a Wy potem czytania, ale póki co - jak zawsze - dajcie znać czy znacie i lubicie produkty, które dzisiaj opisałam. Jakie macie z nimi doświadczenia? :)
Karotka
Czytaj dalej

czwartek, 18 września 2014

Czerwcowe nowości

Taaaak, tak właśnie... Nie pomyliłam się, po prostu jestem królową zaległości, dlatego dzisiaj przychodzę do Was z moimi czerwcowymi nowościami... Mogłabym je pominąć, ale z drugiej strony wiem, że lubicie takie posty, więc czemu by nie. Jakby zaległości było mało, mam jeszcze do nadrobienia posty denkowe od ...kwietnia? Taaak właśnie... :D


W czerwcu nie robiłam szczególnie dużych zakupów, większość produktów trafiła do mnie z różnych źródeł, częściowo były to nagrody w konkursach, częściowo prezenty ze spotkania blogerskiego, no i oczywiście pojawiło się też kilka produktów, otrzymanych w ramach współpracy.


Największe zakupy czerwca, to zakupy z początków wyprzedaży w Bath & Body Works. Z pewnością dobrze wiecie, że uwielbiam tę markę i często sięgam po ich kosmetyki. Mam już swoich ulubieńców, więc tym razem sięgnęłam przede wszystkim po dobrze już sprawdzone produkty - zestaw żel i balsam z serii Aromatherapy Eucalyptus & Spearmint, o których pisałam już TUTAJ, a także balsamy do ciała w moich ulubionych zapachach - Pink Chiffon oraz Paris Amour. Jedyną nowością jest mydło w płynie w jesiennym wariancie Sweet Cinnamon Pumpkin, które, tak na marginesie, jest diabelnie wydajne! Używamy go od czerwca, czyli około trzech miesięcy, a nadal mamy jeszcze około połowy... :)


Po balsam brązujący z Lirene dla ciemnej karnacji sięgnęłam, kiedy jeszcze nie byłam zbytnio opalona. Balsam bardzo powoli daje efekt subtelnej opalenizny i nawet nie śmierdzi aż tak długo i tak intensywnie co inne balsamy tego typu. Lubię go, jest ok, choć nie wykluczone, że kiedy już go zużyję, to sięgnę po coś szybszego :)

Peeling morelowy marki Soraya, to produkt, który już kiedyś gościłam w swojej łazience i byłam z niego bardzo zadowolona! Kiedy więc trafiłam na niego w Biedronce w naprawdę niskiej cenie, to bez większego namysłu wrzuciłam go do koszyka. Jestem pewna, że nadal będę z niego tak samo zadowolona, jak wtedy, kiedy recenzowałam jego brata w wersji oczyszczającej KLIK.

Po kremy do rąk Anida sięgnęłam po kilku pozytywnych opiniach, znalezionych na blogach, oczywiście najbardziej zapamiętałam je dzięki Sylwii, która jest mistrzem w najdłuższym zużywaniu tubki kremu (KLIK - recenzja Sylwii) :D


Od pewnego czasu podstawą mojego makijażu są przede wszystkim podkłady mineralne. Przez kilka ostatnich miesięcy używałam podkładów Lily Lolo, jednak czytałam wiele dobrego również o produktach z Annabelle Minerals. Pamiętam, że kiedy marka pojawiła się na rynku, można było zamówić sobie próbki ich produktów jedynie za cenę przesyłki, więc skorzystałam, ale nie trafiłam wtedy ani na swój kolor, ani na odpowiednie wykończenie. Później jednak naczytałam się wiele pozytywów o wersji matującej podkładu AM, a dzięki Sylwii mogłam wypróbować odsypkę jednego z jaśniejszych odcieni, który uznałam za odpowiedni dla mnie. Postanowiłam zaryzykować i skusiłam się od razu na cały zestaw w atrakcyjnej cenie - wzięłam podkład w kolorze Natural Fair, róż Rose, korektor Light oraz pędzel do różu. Kupując cały zestaw pędzel wyszedł mi gratis, a zarówno pojemności, jak i ceny produktów Annabelle Minerals są bardzo atrakcyjne, wobec czego (po wypróbowaniu odsypki) nie bałam się już tej inwestycji :)


Powyższy zestaw kosmetyków Gosh otrzymałam od Pani Ewy, zajmującej się PR-em marki. Kosmetyki przywędrowały do mnie jako przeprosinowy upominek za baaaaaardzo długą wysyłkę nagrody, wygranej w konkursie u Kaczki z piekła rodem. Żeby było śmieszniej, zestaw okazał się być jeszcze bardziej atrakcyjny, niż sama nagroda, ponieważ znalazłam w nim piękną paletkę cieni w odcieniach fioletu, granatową kredkę Smokey Blue, pomadkę oraz piękny różowy lakier Oh My Gosh.


A oto i wspomniana nagroda - zestaw lakierów Gosh z serii Frosted! Otrzymałam aż pięć pięknych kolorów o ciekawym wykończeniu. Teoretycznie są to lakiery piaskowe, ale kolory są na tyle rozbielone, że efekt końcowy rzeczywiście przypomina nieco szron na paznokciach :)

swatche lakierów Gosh Frosted oraz Oh My Gosh
Powyżej prezentuję Wam wszystkie moje nowe lakiery Gosha na wzorniku, dzięki czemu myślę, że już teraz uda mi się zaspokoić częściowo Waszą ciekawość :)


Stała współpraca z marką Rimmel zaowocowała możliwością wypróbowania kolejnych nowości. Tym razem otrzymałam kolejne trzy lakiery z serii 60 seconds by Rita Ora w kolorach White Hot Love (już się nim z Wami podzieliłam), Breakfast in Bed oraz Don't Be Shy (absolutnie róż idealny!). W moje ręce wpadły również kredki do oczu z serii Exaggerate (o których pisałam ostatnio TUTAJ), a także czarny liner w słoiczku Scandaleyes i tusz Scandaleyes Rockin' Curves (którym również się z Wami podzieliłam :)).

Rimmel 60 seconds by Rita Ora
Powyżej prezentuję Wam swatche pięciu z sześciu posiadanych przeze mnie lakierów Rimmel z serii 60 seconds by Rita Ora. Jeśli chciałybyście poczytać więcej o którymś z nich, to dajcie znać w komentarzach :)


Lakiery Essie kupuję już coraz rzadziej, bo nagromadziłam już naprawdę pokaźną gromadę produktów tej marki, a poza tym kolejne kolekcje coraz mniej mnie porywają. Są jednak takie kolory, które nie od razu chwytają mnie za serce i które zyskują dopiero przy bliższym poznaniu. Tak też było z powyższą dwójką. Beżowo-piaskowy Spin The Bottle i dżinsowo-niebieski Truth Or Flare wpadły mi w oko dopiero u Sylwii, czyli mojej Essie-siostry, więc jak tylko natknęłam się na nie w Super-Pharm, to od razu porwałam je do koszyka. W obu kolorach czuję się zaskakująco dobrze i chętnie je noszę :)

Essie Truth or Flare oraz Essie Spin The Bottle
Powyżej oczywiście swatche. Dodam jeszcze, że lakiery należą do wiosennej kolekcji Essie Hide & Go Chic, z których pozostałą czwórkę prezentowałam już TUTAJ.


Do Natury zaglądam bardzo rzadko, ale od kilku miesięcy zapisywałam sobie na liście zakupów powody, dla których w końcu powinnam ją odwiedzić. Jednym z nich były pokazane wyżej kremy do rąk z Anidy, ale tym, co przyciągnęło mnie do tej drogerii był również niebieski tusz z Essence. Kiedy byłam w liceum, uwielbiałam malować rzęsy niebieskim tuszem z Avonu, później jednak trudno mi było znaleźć taki, więc wróciłam do czerni. Teraz z przyjemnością sięgnęłam znowu po kolor i właśnie ten tusz w dużej mierze zdominował mój urlopowy makijaż. Bardzo często towarzyszył mu też top coat z limitowanki Beach Cruiser, który sprawia, że każdy tusz do rzęs, który zostanie pokryty top coatem, staje się wodoodporny i muszę z przyjemnością przyznać, że ten patent zdecydowanie działa! To świetna opcja dla tych, którym nie odpowiada efekt delikatnego podkreślenia rzęs, który zwykle dają klasyczne wodoodporne tusze.

Rozświetlająca kredka pod łuk brwiowy z Catrice, to efekt tej samej wizyty w Naturze. Swego czasu naczytałam się sporo o kredce podobnego typu, którą oferuje Benefit, a parę lat wstecz Catrice już miało coś podobnego w jednej z edycji limitowanych, jednak nie udało mi się wtedy załapać. Tym razem skusiłam się i... no cóż, dobrze, że kupiłam Catrice, a nie Benefit, bo jednak zbyt rzadko sięgam po takie bajery, żeby wydawać na nie znacznie większe pieniądze, niż te kilkanaście złotych ;)

Matowa pomadka Bourjois Rouge Edition Velvet w kolorze Ole Flamingo, to dla odmiany efekt ogromnej promocji na produkty "naustne" z oferty Super-Pharm. Miałam nadzieję nosić ten kolor w czasie ślubu mojej przyjaciółki, ale niestety nie udało mi się na niego dotrzeć z powodów rodzinnych... :/ Chyba muszę zacząć nosić ją na co dzień, żeby mi się takie cudeńko nie zmarnowało... ;)


Kiedy spora część blogosfery uczestniczyła w konkursie na makijaż nowymi kosmetykami kolorowymi od Dr Ireny Eris, jak postanowiłam tym razem odpuścić sobie uczestnictwo. Znam swoje możliwości i znam uzdolnienia koleżanek blogerek, który odwaliły kawał dobrej roboty. Magda postanowiła jednak, że podeśle mi coś, z czego na pewno skorzystam, dzięki czemu miałam okazję również wypróbować kosmetyk z linii ProVoke. W moje ręce trafiła zgrabna paletka, zawierająca czwórkę cieni w odcieniach beżu i brązu. Cienie mają naprawdę piękne i bardzo bezpieczne, uniwersalne kolory, więc sprawdzą się z pewnością na wyjazdach. Są też naprawdę komfortowe w aplikacji i nawet niewprawna ręka (taka jak moja :P), nie powinna mieć z nimi problemów :)


Pomadki ochronne z Nivea, to kolejny produkt do którego co jakiś czas wracam. Wersja Vitamin Shake, to mój must have, ze względu na to, że pięknie nabłyszcza i nadaje odrobinkę koloru. Skusiłam się również na nowość Fruity Shine - wersję brzoskwiniową. Natomiast wersja z oliwkowa Pure & Natural, to ulubieniec mojego Michała, który twierdzi, że pomadka pachnie herbatą Earl Grey :)


Ostatnia już grupka nowości z czerwca, to prezenty, wylosowane na charytatywnym spotkaniu blogerek, zorganizowanym przez Olę z bloga HiDiamond. Miło czasami uczestniczyć w spotkaniu, mającym na celu pomoc tym, którzy tego potrzebują. Dzięki Oli, pieniądze, uzbierane ze sprzedaży losów, zostały przeznaczone na rzecz Stasia, chłopczyka, który urodził się bez rączek. Udało nam się uzbierać całkiem pokaźną sumkę, która na pewno pozwoliła pomóc choć na chwilę :)

Muszę przyznać, że trafiło mi się sporo przydatnych produktów. Częścią podzieliłam się z przyszłą teściową (mam nadzieję, że choć troszeczkę poprawiłam jej tym nastrój :)), a część poszła w obroty w czasie urlopu. Największą przyjemność sprawił mi jednak zestaw z The Body Shopu :) W końcu mam pełnowymiarowe masło o przepięknym, owocowym zapachu :)

***
Jeśli chodzi o czerwcowe nowości, to by było na tyle. Tyle dobrego w tym opóźnieniu, że spora część produktów już poszła w ruch, dzięki czemu, w kilku przypadkach, mogłam się z Wami podzielić również pierwszymi wrażeniami z użytkowania tych kosmetyków :)

Jak zawsze - dajcie znać, jeśli coś Was szczególnie zainteresowało lub jeśli używałyście któregoś z tych kosmetyków i chcecie się podzielić swoją opinią na ich temat :)
Karotka
Czytaj dalej

wtorek, 16 września 2014

Przegląd kredek do oczu - część I

Cześć Dziewczyny!

Przeglądając moje zasoby kosmetyczne, doszłam do wniosku, że jednym z najważniejszych kosmetyków kolorowych, które przewijają się w moim makijażu, a zaraz takim, po które sięgam codziennie są kredki do oczu. Mam ich całe mnóstwo, ciągle jakieś dokupuję, ciągle jakieś zużywam. Po niektóre z nich sięgam z ogromną ochotą, inne lubię, ale mogłabym się bez nich obyć. Zdarzają się też takiej, które zdecydowanie nie są warte uwagi. Ponieważ trudno byłoby mi rozwodzić się nad każdą z nich w osobnych postach (po prostu byłoby to nudne!), postanowiłam zrobić serię zbiorczych postów z krótkimi opiniami na temat poszczególnych kredek. Wszystkie kredki z pierwszej części są dostępne w drogeriach, więc jeśli któraś wpadnie Wam - nomen omen - w oko, to nie powinnyście mieć problemów z ich zakupem :)


Chociaż kredki, to must have w moim makijażu, musicie wiedzieć, że nie przepadam za intensywną kreską na górnej powiece, nawet tą rozmazaną (do malowania tych wyraźniejszych kresek używam linerów). Stosuję kredki przede wszystkim do podkreślenia dolnej powieki, a na górnej powiece zagęszczam jedynie linię rzęs (wtedy sięgam raczej po czerń lub brąz), dosłownie wkładając kredkę pomiędzy poszczególne rzęsy. Brzmi dziwnie, ale ten zabieg wygląda naturalnie i przyjemnie przyciemnia oko.


Lubię siebie w takim makijażu i - jak każdej kobiecie - zależy mi na jego trwałości, dlatego od pewnego czasu zaczęłam sięgać po bazę pod cienie, która utrwali kredkę na dolnej linii rzęs. Jeśli całość pociągnę jeszcze cieniem, to zazwyczaj mogę cieszyć się przyjemnym podkreśleniem praktycznie przez cały dzień. To znacząco przedłuża trwałość makijażu, a zarazem moje lepsze samopoczucie. Co jak co, ale oko lubię mieć podkreślone ;)


***
Rimmel - seria Exaggerate
262 Blackest Black
240 Aqua Sparkle


Seria Exaggerate całkiem niedawno pojawiła się na rynku wśród produktów marki Rimmel. W serii znajduje się kilka kolorów kredek automatycznych o różnych wykończeniach. Za pośrednictwem marki, w moje ręce trafiła klasyczna, kremowa czerń oraz piękny turkus z połyskującymi drobinkami. Obie kredki mają przyjemnie miękki grafit, który przyjemnie sunie po powiekach, nie drapiąc ich, ani nie powodując konieczności nachalnego naciągania skóry. Czerń jest zdecydowanie trwalsza i spokojnie mogę ją nosić przez cały dzień, natomiast turkus niestety znika gdzieś w ciągu dnia i po kilku godzinach mam na powiekach jedynie mgiełkę koloru. Na szczęście drobinki w nim zawarte nie mają tendencji do wędrowania wokół oczu.


Kredki są wyposażone w gąbeczkę, którą można rozetrzeć kreskę. Ja zazwyczaj nie korzystam z takich bajerów, więc mogę powiedzieć tyle, że gąbeczka jest miękka i zwarta, przypomina mi pacynki, dołączane do paletek Sleeka. Jeśli wyciągnięcie gąbeczkę, to znajdziecie również mini temperówkę, która pozwoli Wam zaostrzyć grafit w razie potrzeby.

Cena - 19,99 zł (wg Rossnet)

***
GOSH - Smokey Eye Liner
03 Smokey Plum
04 Smokey Blue


Kredki Gosha okazały się dla mnie naprawdę świetnymi produktami! To obecnie jedne z moich ulubionych kredek! Mają miękkie, nieco maślane grafity, które gładko rozprowadzają się po powiece, od razu zostawiając na nich intensywny kolor. Lubię w nich to, że są mimo wszystko dosyć ciemne, więc świetnie zastępują mi ukochany brąz lub klasyczną czerń. Ten mały kolorowy akcent wystarczy, żeby nieco ożywić codzienny makijaż. Kredki są naprawdę trwałe i świetnie się trzymają nawet bez wspomagaczy. Chętnie skuszę się na kredki z tej serii również w innych wariantach kolorystycznych, bo granat i śliwkowy fiolet są jak dla mnie genialne!

Te kredki należy temperować, ale na szczęście dobra temperówka świetnie sobie z nimi radzi. Kredki na szczęście nie łamią się zbyt łatwo i bez problemu nadacie im pożądany kształt i ostrość.


Kredki Smokey Eye Liner również zostały wyposażone w gąbeczki do rozcierania. Są one dosyć dziwne, bo sprawiają wrażenie mokrych i lekko tłustych, ale jednocześnie nie zostawiają widocznych śladów na skórze. Są znacznie bardziej zwarte, niż gąbeczki w kredkach z Rimmel, ale jednocześnie nadal są bardzo miękkie i raczej delikatne dla skóry.

Cena - 32,99 zł (wg kochamkosmetyki.pl)

***
Catrice - Eyebrow Lifter - 010 Lift Me Up, Scotty!
Pierre René - Eye_matic 2 - 02
Eveline - Eye Max Precision - Brown


Kredka Catrice Eyebrow Lifter, to właściwie kredka pod łuk brwiowy, ale czasami stosuję ją również jako rozświetlacz do wewnętrzego kącika oka lub na dolną linię wodną. Nie jest to najbardziej trwałe rozwiązanie, nawet pomimo użycia bazy, ale szczerze powiedziawszy mam ten problem z większością jasnych kredek, więc nie jest to dla mnie żadne zaskoczenie. Podoba mi się to, że kredka z Catrice jest całkowicie kremowa, a jej kolor, to nieco różowawy odcień beżu - dosyć naturalny. Jako że produkt jest przeznaczony pod brwi, grafit jest mięciutki, a sam produkt bardzo łatwo rozetrzeć do pożądanej intensywności. Również i w tym przypadku mamy do czynienia z kredką, którą należy temperować, ale korzystam z niej na tyle rzadko, że nigdy jeszcze nie miałam potrzeby tego robić...

Cena - 13,90 zł (wg KWC)



Kredka z Pierre René okazała się dla mnie czarnym koniem tego zestawienia. Otrzymałam ją ponad rok temu na jednym ze spotkań blogerskich, odłożyłam do pudełka i zapomniałam o niej, dopóki nie wykończyłam wszystkich brązowych kredek. Eye_matic 2 okazała się być naprawdę świetnym produktem i cieszę się, że miałam okazję ją przetestować. Jak tylko będę miała okazję, to z pewnością kupię ją ponownie ze względu na piękny, dość oryginalny odcień brązu. Odrobinę rudawy, choć nie przesadnie ciepły, a do tego wyposażony w mikroskopijne drobinki, połyskujące od czasu do czasu na złoto.

Kredka jest automatyczna, ale przez cały czas jej użytkowania nie czułam potrzeby, żeby ją zatemperować. Grafit jest miękki i delikatny dla oka.

Cena - 10,99 zł (wg ladymakeup.pl)


Kredka z Eveline niestety, ale zupełnie się u mnie nie sprawdziła. Pełna nadziei na kolejny hit (po Eveline sięgnęłam po wykończeniu kredki z Pierre René), sięgnęłam po Eveline i koszmarnie się zawiodłam. Kredka zupełnie nie chce się trzymać na moich powiekach, całkowicie spływa już po godzinie od wykonania makijażu i za nic ma to czy użyję bazy, czy utrwalę kreskę cieniem. Nic to, za każdym razem Eveline, zerkając w lustro, przekonywałam się, że kredkę owszem nadal miałam na sobie, ale niestety całkowicie pod oczami. Dla mnie to po prostu bubel, więc czym prędzej odłożyłam ją do pudełka, ale nie wiem czy sięgnę po nią nawet w tak zwaną czarną godzinę, bo jej stosowanie całkowicie mija się z celem... Jakby tego było mało, grafit kredki jest dość twardy i choć nakłada się ją nienajgorzej, to jednak komfort użytkowania jest znacznie niższy, niż w przypadku wyżej opisywanych kredek.

Eye Max Precision (o losie!) również wyposażono w gąbeczkę, ale ta jest twarda, sztywna i raczej nie przebije jakością pozostałej części produktu... ;)

Cena - 10 zł (wg KWC)

***
Poniżej zbliżenie na kolor każdej z kredek. Jak już wspominałam - moimi faworytami z poniższych są Pierre René oraz Gosh. Każdy z tych kolorów szalenie mi się podoba i po tę trójkę sięgam najchętniej spośród zaprezentowanych dzisiaj konturówek...


Jakie są Wasze ulubione kredki do oczu? Czy używałyście któryś z zaprezentowanych dzisiaj przeze mnie konturówek? Jak zawsze czekam na Wasze opinie, a sama postaram się wkrótce przygotować drugą część zestawienia, obejmujące m.in. produkty z Avon, Oriflame, Paese czy Misslyn.
Karotka
Czytaj dalej
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Blog template designed by SandDBlast