Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Annabelle Minerals. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Annabelle Minerals. Pokaż wszystkie posty

środa, 11 marca 2015

Nowości lutego

Z regularną publikacją postów denkowych jestem od dawna na bakier, posty z ulubieńcami chwilowo nie mają u mnie większej racji bytu ze względu na fakt, że większość kosmetyków po które najczęściej sięgam wielokrotnie pokazywałam już na blogu. Postaram się jednak robić takie posty co pewien czas, kiedy do moich ulubieńców wkradnie się jakieś urozmaicenie. Zostańmy jednak przy regularnych publikacjach postów z nowościami - ja je bardzo lubię u innych, a i statystyki twierdzą, że Wy również lubicie je u mnie :)


Kiedy w końcu dobiłam do dna we wszystkich maskach, które miałam w swoich zapasach, w końcu wybrałam się na zakupy w celu wyboru czegoś nowego. Prawodopodobnie ponownie wybrałabym maski Bingo Spa, które świetnie sprawdzają się na moich włosach, ale trafiłam na posty Agaty, w których wychwalała maski firmy Kallos - Banana oraz Algae. Teoretycznie staram się podchodzić do wszelkich zachwytów z rezerwą, ale to, co sprawdza się na włosach Agaty zazwyczaj sprawdza się również na moich. Tę zależność wychwyciłam już kilka masek i odżywek wstecz, dzięki czemu kiedy nie mam pomysłu na włosowe zakup, zaglądam właśnie do Agu :)
 
Pierwsze wrażenia ze stosowania obu masek potwierdziły wyżej wspomnianą zależność - nieco lepsza jest dla mnie maska algowa, ale bananowa nie odstaje zbyt daleko. Mam jeszcze ochotę na maskę Keratin, również z Kallosa. Tylko gdzie ja zmieszczę kolejny litrowy słój? :)


Puder do twarzy Sexy Mama marki TheBalm kusił mnie już od dawna. Tak naprawdę zdążyłam już o nim trochę zapomnieć, ale oczywiście zachwyty Agaty ponownie ukierunkowały moje myśli ku temu produktowi. Jak na razie znajomość zapowiada się nieźle - do poprawek w ciągu dnia jest jak najbardziej odpowiedni, a do tego jego zgrabne opakowanie sprawia, że zmieści się do każdej kosmetyczki, a nawet kopertówki :)
 
Kilkukrotnie już wspominałam, że wiodącą rolę w moim makijażu od kilku miesięcy odgrywają podkłady mineralne. Ten w formule matującej z Annabelle Minerals bardzo mocno przypadł mi do gustu, dlatego sięgnęłam po jego kolejne opakowanie. I choć czasami sięgam po tradycyjne, płynne podkłady, to jednak podkład z AM nadal stanowi mój must have w kosmetyczce i towarzyszy mi przez zdecydowaną większość czasu :)


W grudniu stałam się posiadaczką dwóch palet cieni z TheBalm - Nude'Tude oraz Balmsai. W styczniu zaś kupiłam sobie podręczną paletkę z serii Autobalm. Każda z nich rozbudziła moją chęć na tyle, że kiedy tylko w sklepach pojawiło się nowe dziecko TheBalm, czyli paleta Nude Dude, bez wahania kliknęłam "Kup". Jestem totalną fanką nudziakowych palet i mogłabym ich mieć nieskończoną ilość, więc ND po prostu musiała być moja. Ten zakup, to w zasadzie fanaberia, ale czasami trzeba sobie sprawić drobny prezent. Powiedzmy, że to było moja walentynka - ode mnie dla mnie! :)


Powyżej malutki podgląd do wnętrza palety. No cóż... Kto by nie uległ tym pięknym kolorom. No i oczywiście pokusie dokopania się do końca cienia, żeby zobaczyć co ukrywają panowie z palety ;))

Essie Winter 2014 - (L-R) Back In The Limo; Jiggle Hi, Jiggle Low; Tuck It In My Tux; Bump Up The Pumps
Od pewnego czasu kolekcje Essie wywierają na mnie coraz mniejsze wrażenie. Coraz częściej mam wrażenie, że to już było. I choć nie mogę odmówić nowym kolorom urok, to jednak przy tak pokaźnych zbiorach, nowości kuszą mnie coraz mniej. Czasami decyduję się na kostkę z miniaturkami, która stanowi mały kompromis. Jednak w przypadku zimowej kolekcji Jiggle Hi, Jiggle Low najbardziej zainteresowały mnie dwa kolory, które znalazły się poza kostką. Biorąc pod uwagę to, że z samej kostki wolałabym przygarnąć też tylko "połowę", a w dodatku dwa najjaśniejsze kolory zdecydowanie lepiej sprawdziłyby się u mnie z szerokim pędzelkiem, postanowiłam uruchomić moje "zagraniczne kontakty". Wiem, że nie było łatwo, bo kolekcja długo nie pojawiała się w zagranicznych drogeriach, ale w końcu udało się ją dorwać Ewie w Holandii :) Ponieważ nie zależało mi zbyt mocno na czasie, umówiłam się z nią, że lakiery wyśle mi, kiedy odwiedzi Polskę no i w lutym ten czas w końcu nastał. Tym sposobem, moja Essie-kolekcja powiększyła się o piękne, szerokopędzelkowe wersji europejskie kolorów Back In The Limo, Jiggle Hi Jiggle Low, Tuck It In My Tux oraz Bump Up The Pumps.


Jeśli chodzi o zakupy, to już wszystko, ale to jeszcze nie koniec nowości. Na początku marca miałam przyjemność uczestniczyć w spotkaniu, wprowadzającym na rynek nowe podkłady Lirene - serię My Color Code. Założeniem tej serii jest dopasowanie kolorystyki poszczególnych podkładów do typów urody kobiet, zgodnych z analizą kolorystyczną. Dokładniej przybliżyłam Wam je w TYM poście.


Ostatnia paczka, to zestaw testerów produktów Pharmaceris, dobranych przez niezawodną Magdę. W lutym, blogerki współpracujące z Pharmaceris dostały zaproszenie do testowania nowych podkładów. Ja nie zdecydowałam się na udział w testach, a Magda, słysząc o moich problemach z cerą, zaproponowała mi przesłanie pakietu produktów z serii A i T, które być może pomogą mi dojść z moją skórą do ładu. Niektóre z tych kosmetyków już znam, ale stosowałam je dotychczas pojedyczno. Być może stosowane w komplecie sprawdzą się na mojej cerze jeszcze lepiej :)

***
Jak widzicie, po raz kolejny starałam się, żeby nowości nie było u mnie tak dużo. Zdarza mi się ulec zachciankom, ale staram się, żeby przynajmniej w większości były to takie zachcianki, które znajdą u mnie zastosowanie w codziennym makijażu czy pielęgnacji. Jestem zadowolona z tego, że na kosmetyki wydaję coraz mniej, choć nieco martwi mnie fakt, że skarbonka wcale nie staje się przez to pełniejsza... Może mój książe-żaba, w którym przetrzymuję zaskórniaki, "przejada" moje oszczędności :D

Jak zawsze czekam na Wasze opinie o produktach, które w lutym zasiliły moją "kosmetyczkę". Piszcie czy je znacie, czy je lubicie, no i oczywiście jakie macie o nich zdanie :)
Karolina
Czytaj dalej

wtorek, 3 lutego 2015

5 kosmetycznych hitów 2014 roku!

Długo zastanawiałam się nad formą podsumowania moich ubiegłorocznych kosmetycznych hitów. Tworzyłam w głowie długą listę, dzieląc kosmetyki na kategorie i szukając uzasadnienia dlaczego te były lepsze, niż inne. Po odrzuceniu wszystkich chwilowych fascynacji, postanowiłam obrać kryterium nie tylko ulubionych, ale również najskuteczniejszych kosmetyków, po które sięgałam w 2014 r. Przy czym mając na myśli najskuteczniejsze, rozumiem takie, które spełniły stawiane przed nimi oczekiwania w 100%. W ten sposób wyłoniłam najlepszą piątkę, którą z czystym sumieniem mogę Wam teraz polecić! :)


Jestem pewna, że w styczniu naoglądałyście się na blogach moich koleżanek mnóstwo długich podsumowań, dlatego - wiedząc, że już dawno nie jestem pierwsza - uznałam, że forma najlepszej piątki jako jedyna ma szansę Was jeszcze zainteresować. Obym się nie myliła! :)


*ROSES DE CHLOÉ BY CHLOÉ*
Pierwszą butelkę Chloé kupiłam w maju, zamawiając je wraz z dużą butelką Daisy Eau So Fresh Marca Jacobsa. Byłam przekonana, że to te drugie zagrzeją miejsce w moim kochliwym serduszku na dłużej, a Chloé kupiłam bardziej z ciekawości. Szybko się jednak okazało, że to właśnie ta mała urokliwa buteleczka z różową wstążeczką zagościła na mojej toaletce na stałe. Roses de Chloé, to piękny i zaskakująco intensywny zapach. Różę czuć w nim tylko na początku, przy czym jest ona bardzo świeża. Momentami przypomina mi nawet zapach świeżego prania, jednak całość szybko ewoluuje na mojej skórze i zyskuje na ostrości i wyrazistości. Świetnie się czuję w tym zapachu i - co najważniejsze - bardzo długo czuję go na sobie. Pod choinkę dostałam kolejną buteleczkę od przyszłej teściowej, więc z pewnością jeszcze długo nie rozstanę się z tym zapachem. Jeśli za półtora roku nadal będę w nich tak bardzo zakochana, to być może to właśnie ten zapach będzie mi towarzyszyć w dniu ślubu! :)


*PALETA NAKED 3 - URBAN DECAY*
Choć marka Urban Decay pojawiła się w Polsce dopiero pod koniec roku, ja swoją Naked 3 cieszę się już dobrych kilka miesięcy, dzięki uprzejmości mojej przyjaciółki, mieszkającej na stałe w Irlandii. W 2014 r. miałam różne fazy, jeśli chodzi o makijaż oczu. Często bywało i tak, że nakładałam na powieki jeden cień, robiłam kreskę, tuszowałam rzęsy i już. Zawsze jednak kiedy miałam ochotę na staranny makijaż oczu, sięgałam właśnie po trójkę! Trzecia wersja palety Naked urzekła mnie swoją cudowną, dziewczęcą kolorystyką. Świetnie się czuję w tych brudnych różach i brązofioletach. To szczególnie miła odmiana po wszechobecnych (w moim makijażu) brązach. Same cienie są bardzo dobrej jakości - są miękkie, łatwo się aplikują i rozcierają, a na bazie trzymają się bez uszczerbku przez cały dzień. Chociaż na początku trochę marudziłam na Urban Decay, a moja relacja z Naked 2, to często prawdziwy love-hate relationship, to jednak Naked 3 uważam za całkowicie udaną paletę! :)


*MATUJĄCY PODKŁAD MINERALNY - ANNABELLE MINERALS*
Już od ponad roku w moim makijażu dominują podkłady mineralne. Od około pół roku, regularnie sięgam po matującą wersję podkładu z Annabelle Minerals, który to okazał się być naprawdę świetnym produktem. Wiem, że dziewczyny trąbiły o nim już od dawna, ale po pierwszym spotkaniu z marką (miałam próbki podkładów rozświetlających i kryjącego) byłam do niej mocno zrażona. Po pewnym czasie postanowiłam jednak dać jej drugą szansę. Formuła matująca okazała się być strzałem w 10! Ponieważ wcześniej zużyłam trzy opakowania podkładów Lily Lolo, nie mogę unikać porównania produktu AM do LL. Podkład z Annabelle Minerals zdaje się być bardziej mokry w dotyku, a dzięki temu mniej pylący i jednocześnie mocniej kryjący, niż produkt z LL. Przy moim obecnym bardzo kiepskim stanie cery, mocniejsze krycie, ale bez efektu maski, jest tym, czego oczekuję od podkładów. Na pewno w końcu napiszę obszerną recenzję tego produktu, bo zdecydowanie warto wystawić mu kolejną pochlebną laurkę! :)


*KREDKA DO UST JUST BITTEN KISSABLE - 020 LOVESICK - REVLON*
Uwielbiam szminki! Mam ich mnóstwo i chętnie przygarniam kolejne, zauważyłam jednak jedną prawidłowość - zawsze kiedy czekało mnie jakieś wyjście - w mojej torebce z uporem maniaka ląduje właśnie kredka z Revlonu. Cenię ten produkt przede wszystkim ze względu na fantastyczną konsystencję, która jest bajecznie prosta w aplikacji, nosi się ją jak balsam pielęgnacyjny, a jednocześnie zawsze mogę liczyć na to, że wytrwa na moich ustach długie godziny. Nie straszne jej jedzenie, picie czy intensywne gadanie. Jak już zastygnie na ustach, przetrwa nawet intensywne pocałunki :) Oczywiście, że po wszystkich tych czynnościach nieco zblednie, ale jeśli poprawicie kolor raz lub dwa razy, to o kolor możecie być spokojne aż do rana! Testowałam ją wielokrotnie na różnego rodzaju imprezach i zawsze była niezawodna! Chyba muszę w końcu skusić się na inne kolory! :)



*KREM MIKROZŁUSZCZAJĄCY Z KWASEM MIGDAŁOWYM NA NOC
- ZIAJA LIŚCIE MANUKA*
Zastanawiałam się czy słusznie umieszczam w tym podsumowaniu tylko jeden kosmetyk pielęgnacyjny, jednak żaden inny po prostu nie był tak skuteczny jak krem na noc z serii Ziaja Liście Manuka. Właśnie kończę drugą tubkę i dopóki krem będzie na mnie tak dobrze działać, jak dotąd, to zamierzam być mu wierna! Moja cera od kilku miesięcy zachowuje się gorzej, niż za czasów gimnazjum i mimo, że mam 26 lat, ani myśli przystopować. Przyczyn może być wiele i staram się je kolejno eliminować, jednak zapobieganie swoją drogą, a "leczenie" swoją. Krem mikrozłuszczający, to jak na razie jedyny produkt, który szybko i skutecznie pomaga mi zwalczać wypryski, pojawiające się w najmniej spodziewanych miejscach.

***
Koniecznie dajcie znać czy znacie moje hity! A może same przygotowałyście takie zestawienie? Ostatnio nie jestem na czasie z tym co się dzieje w blogosferze, więc z przyjemnością zajrzę do Waszych postów, jeśli zostawicie w komentarzu link do swoich ulubieńców roku! :)

Czekam na Wasze opinie o moich hitach, a także na Wasze typy! :)
Karolina
Czytaj dalej

sobota, 11 października 2014

"Okołokolorowi" ulubieńcy letnich miesięcy

Cześć Dziewczyny!

W związku z tym, że na blogu już dawno nie było ulubieńców, pomyślałam, że warto byłoby przygotować zbiorczy post z ulubieńcami ostatnich miesięcy. Kiedy tak zebrałam wszystko, okazało się, że najwięcej ulubieńców wytypowałam wśród kolorówki. To nie tak, że nagle obraziłam się na pielęgnację, po prostu część produktów zmieniała się zbyt często, żeby zasłużyć na miano ulubieńca, część stanowi stałą gromadę od wielu miesięcy, więc nie ma sensu ich znowu powtarzać, a inne po prostu nie urzekły mnie na tyle, żeby je tu pokazywać. Co do pozostałych - na pewno przygotuję odpowiednie recenzje, dlatego dzisiaj skupmy się po prostu na kolorówce i produktach oscylujących blisko tej kategorii :)

***

Pierwszym ulubieńcem jest woda toaletowa Roses de Chloé. Odkąd ją kupiłam, używałam jej praktycznie non stop, jedynie z drobnymi przerwami na Daisy Eau So Fresh. Teraz zostało mi już dosłownie tylko kilka kropelek na dnie, co chyba najlepiej świadczy o mojej miłości do tego zapachu :) Choć początkowo wydaje się być dosyć delikatny, nawet odrobinę mydlany i zdecydowanie czuć w nim różę, to jednak na mojej skórze szybko zyskuje sporo mocy, a do głosu dochodzą cięższe nuty.Oprócz tego naprawdę długo się utrzymuje na skórze, więc liczę na dłuższy związek z kolejnymi buteleczkami :)


Powyższa trójka to aktualnie moje ulubione pędzle. Blush Brush z Real Techniques zamierzałam początkowo używać zgodnie z przeznaczeniem do różu, ale okazało się, że w tej kwestii H24 z Hakuro nadal jest moim numerem 1, któremu naprawdę mało co może zagrozić :) Za to pędzel z RT sprawił, że na nowo zaczęłam sięgać po bronzery, które odstawiłam ze względu na poranną oszczędność czasu. W końcu co jak co, ale bronzer wymaga jednak trochę uwagi podczas aplikacji. Jajo z Real Techniques pokazało mi jak bardzo byłam w błędzie. Teraz nałożenie bronzera nie zajmuje mi więcej, niż kilkanaście sekund, a do tego mam gwarancję, że produkt będzie nałożony lekką ręką :)

Super Kabuki z Lily Lolo, to pędzel, którego używam już prawie od roku i jak dla mnie jest niezastąpiony, jeśli chodzi o aplikację podkładów mineralnych. Sprawdza się zarówno z podkładami Lily Lolo, jak i Annabelle Minerals. Świetnie je rozprowadza, nie tworzy plam na skórze, no i nie zjada przy tym zbyt dużo produktu :)


Skoro już wspomniałam o bronzerze, to warto byłoby również wskazać głównego "wykonawcę" - myślę, że nie zdziwię Was, jeśli napiszę, że oczywiście jest to bardzo popularny w blogosferze bronzer Bahama Mama z TheBalm. Tuż za nim plasuje się piękny bronzer z kolekcji Jungle Fever z ArtDeco, ale ponieważ TheBalm mam nieco dłużej i w związku z tym częściej po niego sięgam, to właśnie ten produkt zdecydowałam się zaprezentować w ulubieńcach :) Co w nim jest takiego dobrego? Hmm... Wszystko! Świetna pigmentacja, piękny, odpowiednio ochłodzony odcień brązu i całkowity mat, bez żadnych drobinek.

Skoro jesteśmy przy TheBalm, to oczywiście nie mogłabym nie wspomnieć również o różu Hot Mama, który jest stałym bywalcem mojej kosmetyczki nie tylko latem, aczkolwiek latem sięgam po niego najczęściej ze względu na to, że pięknie współgra z opaloną skórą, a drobinki w nim zawarte dodatkowo przyjemnie ją rozświetlają. Kiedy jednak mam ochotę na klasyczny odcień różu, wtedy sięgam po jeden z dwóch ulubieńców Plum Pop z Clinique, który jest połączeniem różu z kropelką fioletu, lub cukierkowy róż Well Dressed z MAC, który daje efekt bardzo delikatnie, naturalnie zaróżowionych policzków.


Kolejna trójeczka, to produkty, które pozwalają mi na uporanie się z moją nieco problematyczną cerą. Kamuflaż z Alverde całkiem nieźle radzi sobie zarówno z ukrywaniem cieni pod oczami, jak i z drobnymi wypryskami. Natomiast pudry Flawless Matte z Lily Lolo oraz Stay Matte z Rimmel pomagają mi cieszyć się matową cerą przez kilka godzin. Używam ich wymiennie, ponieważ po Flawless Matte sięgam w połączeniu z podkładami mineralnymi, natomiast po Stay Matte, gdy używam klasycznych płynnych podkładów lub kremów BB czy CC.


Od prawie roku regularnie sięgam po podkłady mineralne i są one podstawą mojego makijażu. Aktualnie moim ulubieńcem w tej kwestii jest podkład matujący z Annabelle Minerals, jednak w lato często go zdradzałam z kremami CC. Po ten z Gosha sięgałam, kiedy nie byłam nie opalona, bo ma ładny, jasny kolor, odpowiedni dla bladzioszków. Nie jest mocno kryjący, ale przyjemnie rozświetla skórę i nawet ja, posiadaczka mieszanej skóry, byłam z niego mocno zadowolona. Superdefense CC z Clinique, to dla odmiany hit moich wakacji, kiedy już złapałam nieco słońca. Odcień Light Medium nie należy do najjaśniejszych, więc słusznie pomyślałam, że sprawdzi się na urlopie. Całkiem przyjemnie krył drobne niedoskonałości, wyrównywał koloryt skóry i naprawdę nieźle się utrzymywał. Gdyby jaśniejszy kolor był dla mnie odpowiedni, mogłabym nawet rozważyć zakup pełnowymiarowego produktu.


Jeśli chodzi o lakiery do paznokci, to bywam dość niestała w uczuciach. Lubię sięgać po przeróżne odcienie i rzadko sięgam po jeden non stop, ale jest jeden taki lakier, który jest moim ulubieńcem na paznokciach u stóp i jest to Jazz Funk z serii Salon Pro od Rimmel. Rzadko noszę inny kolor na stopach, nie tylko latem! :)

Usta są wprawdzie dość odległe do stóp, ale produkt gabarytowo idealnie wpasował się z Rimmelowym lakierem, więc musicie mi wybaczyć to zestawienie ;) Jajeczko z balsamem EOS, to niezmiennie mój ulubieniec w domowej pielęgnacji ust. Sięgam po niego zarówno rano, podczas wykonywania makijażu, jak i tuż przed zaśnięciem. Dla moich ust jest wystarczający i dba o ich bieżącą dobrą kondycję. Więcej na razie nie potrzebuję :)


W przypadku produktów do oczu, przez ostatnie miesiące regularnie szłam na łatwiznę i byłam koszmarnym leniem, jeśli chodzi o makijaż oczu. Genialna baza z ArtDeco załatwiała sprawę trwałości makijażu, natomiast na niej lądowały kolejno - cień Maybelline Colour Tattoo w odcieniu On & On Bronze na górnej powiece oraz szarość Muse od Sigma Beauty na dolnej powiece. Na brwiach natomiast niezmiennie Maybelline Colour Tattoo w odcieniu Permanent Taupe. I tyle! Sprawdzony zestaw bez wydziwiania ;)


Żeby nie było tak całkiem łyso, powyższe zestawienie wzbogacałam o kredkę i tusz - najchętniej brąz z Avon (brązowa Glimmerstick Diamonds) lub Pierre Rene (brązowy Eye_Matic), czasami jednak ciągnęło mnie do granatu - wtedy na powiece lądowała świetna kredka Smokey Eye Liner z Gosh.

W kwestii tuszy do rzęs byłam znacznie mniej wierna, ponieważ używałam wymiennie Catchy Eyes z Gosh oraz Lash Accelerator Endless z Rimmel. Pod koniec wakacji wymieniłam je z ciekawości na High Impact Mascara z Clinique. Dwa pierwsze są moimi ulubieńcami od dłuższego czasu i w obu przypadkach to mojego drugie opakowania, jednak Clinique całkiem niespodziewanie również zyskała moją ogromną sympatię i to pomimo klasycznej szczoteczki z włosiem. Po raz kolejny przekonuję się, że ta marka ma naprawdę sporo do zaoferowania :)

Do zestawienia wkradły się również dwa produkty Essence, które fantasycznie sprawiły się na urlopie. Po niebieską maskarę sięgałam, kiedy miałam ochotę zmienić drobny akcent w makijażu oka, natomiast top coat z limitowanki Beach Cruiser z Essence sprawiał, że każdy mój ulubiony tusz stawał się wodoodporny, dzięki czemu nie musiałam tym razem kupować 350 tuszu do rzęs tylko po to, żeby móc go używać przez dwa tygodnie wakacji ;)


Na koniec największa niespodzianka zestawienia, czyli dwa świetne błyszczyki. Nie wiem co mi się stało, bo od dłuższego czasu na błyszczyki spoglądałam raczej niechętnie i od kilku lat żadnego nie kupiłam. Na jednym ze spotkań blogerskich otrzymałam jednak fioletowy błyszczyk z Gosh, który zatrzymałam ze względu na ciekawy odcień i w końcu odważyłam się go użyć. Okazało się, że pokochałam go tak bardzo, że zdecydowałam się dokupić sobie jeszcze różany błyszczyk z Pat&Rub, który również zdobył moje serce. Oba produkty przyjemnie zmiękczają usta, długo na nich trwają i choć nieco się kleją, to jednak nie są w tej kwestii na tyle upierdliwe, jak większość produktów tego typu. Muszę przyznać, że chyba na dobre przeprosiłam się z tym rodzajem kosmetyków, aczkolwiek nie przewiduję nagłego powiększenia "kolekcji". Z tymi dwoma mam się świetnie i niczego więcej mi nie trzeba :)

***

No cóż, dzisiaj uraczyłam Was sporą gromadką kolorówki, ale od maja minęło przecież mnóstwo czasu, warto więc chociaż napomknąć co przez ten czas dominowało na mojej toaletce :) Wkrótce na blogu powinni się pojawić również wrześniowi ulubieńcy, w których zdecydowanie wiodącą rolą odegrają tym razem kosmetyki pielęgnacyjne. Tym razem sporo nowości mocno przypadło mi do gustu, wobec czego chciałabym się z Wami podzielić swoimi dobrymi wrażeniami na ich temat.

Tymczasem jednak zapraszam do dzielenia się Waszymi spostrzeżeniami na temat dzisiejszej gromadki. Miałyście któreś z tych produktów? Czy u Was sprawdził się równie dobrze? :)
Karotka
Czytaj dalej

czwartek, 18 września 2014

Czerwcowe nowości

Taaaak, tak właśnie... Nie pomyliłam się, po prostu jestem królową zaległości, dlatego dzisiaj przychodzę do Was z moimi czerwcowymi nowościami... Mogłabym je pominąć, ale z drugiej strony wiem, że lubicie takie posty, więc czemu by nie. Jakby zaległości było mało, mam jeszcze do nadrobienia posty denkowe od ...kwietnia? Taaak właśnie... :D


W czerwcu nie robiłam szczególnie dużych zakupów, większość produktów trafiła do mnie z różnych źródeł, częściowo były to nagrody w konkursach, częściowo prezenty ze spotkania blogerskiego, no i oczywiście pojawiło się też kilka produktów, otrzymanych w ramach współpracy.


Największe zakupy czerwca, to zakupy z początków wyprzedaży w Bath & Body Works. Z pewnością dobrze wiecie, że uwielbiam tę markę i często sięgam po ich kosmetyki. Mam już swoich ulubieńców, więc tym razem sięgnęłam przede wszystkim po dobrze już sprawdzone produkty - zestaw żel i balsam z serii Aromatherapy Eucalyptus & Spearmint, o których pisałam już TUTAJ, a także balsamy do ciała w moich ulubionych zapachach - Pink Chiffon oraz Paris Amour. Jedyną nowością jest mydło w płynie w jesiennym wariancie Sweet Cinnamon Pumpkin, które, tak na marginesie, jest diabelnie wydajne! Używamy go od czerwca, czyli około trzech miesięcy, a nadal mamy jeszcze około połowy... :)


Po balsam brązujący z Lirene dla ciemnej karnacji sięgnęłam, kiedy jeszcze nie byłam zbytnio opalona. Balsam bardzo powoli daje efekt subtelnej opalenizny i nawet nie śmierdzi aż tak długo i tak intensywnie co inne balsamy tego typu. Lubię go, jest ok, choć nie wykluczone, że kiedy już go zużyję, to sięgnę po coś szybszego :)

Peeling morelowy marki Soraya, to produkt, który już kiedyś gościłam w swojej łazience i byłam z niego bardzo zadowolona! Kiedy więc trafiłam na niego w Biedronce w naprawdę niskiej cenie, to bez większego namysłu wrzuciłam go do koszyka. Jestem pewna, że nadal będę z niego tak samo zadowolona, jak wtedy, kiedy recenzowałam jego brata w wersji oczyszczającej KLIK.

Po kremy do rąk Anida sięgnęłam po kilku pozytywnych opiniach, znalezionych na blogach, oczywiście najbardziej zapamiętałam je dzięki Sylwii, która jest mistrzem w najdłuższym zużywaniu tubki kremu (KLIK - recenzja Sylwii) :D


Od pewnego czasu podstawą mojego makijażu są przede wszystkim podkłady mineralne. Przez kilka ostatnich miesięcy używałam podkładów Lily Lolo, jednak czytałam wiele dobrego również o produktach z Annabelle Minerals. Pamiętam, że kiedy marka pojawiła się na rynku, można było zamówić sobie próbki ich produktów jedynie za cenę przesyłki, więc skorzystałam, ale nie trafiłam wtedy ani na swój kolor, ani na odpowiednie wykończenie. Później jednak naczytałam się wiele pozytywów o wersji matującej podkładu AM, a dzięki Sylwii mogłam wypróbować odsypkę jednego z jaśniejszych odcieni, który uznałam za odpowiedni dla mnie. Postanowiłam zaryzykować i skusiłam się od razu na cały zestaw w atrakcyjnej cenie - wzięłam podkład w kolorze Natural Fair, róż Rose, korektor Light oraz pędzel do różu. Kupując cały zestaw pędzel wyszedł mi gratis, a zarówno pojemności, jak i ceny produktów Annabelle Minerals są bardzo atrakcyjne, wobec czego (po wypróbowaniu odsypki) nie bałam się już tej inwestycji :)


Powyższy zestaw kosmetyków Gosh otrzymałam od Pani Ewy, zajmującej się PR-em marki. Kosmetyki przywędrowały do mnie jako przeprosinowy upominek za baaaaaardzo długą wysyłkę nagrody, wygranej w konkursie u Kaczki z piekła rodem. Żeby było śmieszniej, zestaw okazał się być jeszcze bardziej atrakcyjny, niż sama nagroda, ponieważ znalazłam w nim piękną paletkę cieni w odcieniach fioletu, granatową kredkę Smokey Blue, pomadkę oraz piękny różowy lakier Oh My Gosh.


A oto i wspomniana nagroda - zestaw lakierów Gosh z serii Frosted! Otrzymałam aż pięć pięknych kolorów o ciekawym wykończeniu. Teoretycznie są to lakiery piaskowe, ale kolory są na tyle rozbielone, że efekt końcowy rzeczywiście przypomina nieco szron na paznokciach :)

swatche lakierów Gosh Frosted oraz Oh My Gosh
Powyżej prezentuję Wam wszystkie moje nowe lakiery Gosha na wzorniku, dzięki czemu myślę, że już teraz uda mi się zaspokoić częściowo Waszą ciekawość :)


Stała współpraca z marką Rimmel zaowocowała możliwością wypróbowania kolejnych nowości. Tym razem otrzymałam kolejne trzy lakiery z serii 60 seconds by Rita Ora w kolorach White Hot Love (już się nim z Wami podzieliłam), Breakfast in Bed oraz Don't Be Shy (absolutnie róż idealny!). W moje ręce wpadły również kredki do oczu z serii Exaggerate (o których pisałam ostatnio TUTAJ), a także czarny liner w słoiczku Scandaleyes i tusz Scandaleyes Rockin' Curves (którym również się z Wami podzieliłam :)).

Rimmel 60 seconds by Rita Ora
Powyżej prezentuję Wam swatche pięciu z sześciu posiadanych przeze mnie lakierów Rimmel z serii 60 seconds by Rita Ora. Jeśli chciałybyście poczytać więcej o którymś z nich, to dajcie znać w komentarzach :)


Lakiery Essie kupuję już coraz rzadziej, bo nagromadziłam już naprawdę pokaźną gromadę produktów tej marki, a poza tym kolejne kolekcje coraz mniej mnie porywają. Są jednak takie kolory, które nie od razu chwytają mnie za serce i które zyskują dopiero przy bliższym poznaniu. Tak też było z powyższą dwójką. Beżowo-piaskowy Spin The Bottle i dżinsowo-niebieski Truth Or Flare wpadły mi w oko dopiero u Sylwii, czyli mojej Essie-siostry, więc jak tylko natknęłam się na nie w Super-Pharm, to od razu porwałam je do koszyka. W obu kolorach czuję się zaskakująco dobrze i chętnie je noszę :)

Essie Truth or Flare oraz Essie Spin The Bottle
Powyżej oczywiście swatche. Dodam jeszcze, że lakiery należą do wiosennej kolekcji Essie Hide & Go Chic, z których pozostałą czwórkę prezentowałam już TUTAJ.


Do Natury zaglądam bardzo rzadko, ale od kilku miesięcy zapisywałam sobie na liście zakupów powody, dla których w końcu powinnam ją odwiedzić. Jednym z nich były pokazane wyżej kremy do rąk z Anidy, ale tym, co przyciągnęło mnie do tej drogerii był również niebieski tusz z Essence. Kiedy byłam w liceum, uwielbiałam malować rzęsy niebieskim tuszem z Avonu, później jednak trudno mi było znaleźć taki, więc wróciłam do czerni. Teraz z przyjemnością sięgnęłam znowu po kolor i właśnie ten tusz w dużej mierze zdominował mój urlopowy makijaż. Bardzo często towarzyszył mu też top coat z limitowanki Beach Cruiser, który sprawia, że każdy tusz do rzęs, który zostanie pokryty top coatem, staje się wodoodporny i muszę z przyjemnością przyznać, że ten patent zdecydowanie działa! To świetna opcja dla tych, którym nie odpowiada efekt delikatnego podkreślenia rzęs, który zwykle dają klasyczne wodoodporne tusze.

Rozświetlająca kredka pod łuk brwiowy z Catrice, to efekt tej samej wizyty w Naturze. Swego czasu naczytałam się sporo o kredce podobnego typu, którą oferuje Benefit, a parę lat wstecz Catrice już miało coś podobnego w jednej z edycji limitowanych, jednak nie udało mi się wtedy załapać. Tym razem skusiłam się i... no cóż, dobrze, że kupiłam Catrice, a nie Benefit, bo jednak zbyt rzadko sięgam po takie bajery, żeby wydawać na nie znacznie większe pieniądze, niż te kilkanaście złotych ;)

Matowa pomadka Bourjois Rouge Edition Velvet w kolorze Ole Flamingo, to dla odmiany efekt ogromnej promocji na produkty "naustne" z oferty Super-Pharm. Miałam nadzieję nosić ten kolor w czasie ślubu mojej przyjaciółki, ale niestety nie udało mi się na niego dotrzeć z powodów rodzinnych... :/ Chyba muszę zacząć nosić ją na co dzień, żeby mi się takie cudeńko nie zmarnowało... ;)


Kiedy spora część blogosfery uczestniczyła w konkursie na makijaż nowymi kosmetykami kolorowymi od Dr Ireny Eris, jak postanowiłam tym razem odpuścić sobie uczestnictwo. Znam swoje możliwości i znam uzdolnienia koleżanek blogerek, który odwaliły kawał dobrej roboty. Magda postanowiła jednak, że podeśle mi coś, z czego na pewno skorzystam, dzięki czemu miałam okazję również wypróbować kosmetyk z linii ProVoke. W moje ręce trafiła zgrabna paletka, zawierająca czwórkę cieni w odcieniach beżu i brązu. Cienie mają naprawdę piękne i bardzo bezpieczne, uniwersalne kolory, więc sprawdzą się z pewnością na wyjazdach. Są też naprawdę komfortowe w aplikacji i nawet niewprawna ręka (taka jak moja :P), nie powinna mieć z nimi problemów :)


Pomadki ochronne z Nivea, to kolejny produkt do którego co jakiś czas wracam. Wersja Vitamin Shake, to mój must have, ze względu na to, że pięknie nabłyszcza i nadaje odrobinkę koloru. Skusiłam się również na nowość Fruity Shine - wersję brzoskwiniową. Natomiast wersja z oliwkowa Pure & Natural, to ulubieniec mojego Michała, który twierdzi, że pomadka pachnie herbatą Earl Grey :)


Ostatnia już grupka nowości z czerwca, to prezenty, wylosowane na charytatywnym spotkaniu blogerek, zorganizowanym przez Olę z bloga HiDiamond. Miło czasami uczestniczyć w spotkaniu, mającym na celu pomoc tym, którzy tego potrzebują. Dzięki Oli, pieniądze, uzbierane ze sprzedaży losów, zostały przeznaczone na rzecz Stasia, chłopczyka, który urodził się bez rączek. Udało nam się uzbierać całkiem pokaźną sumkę, która na pewno pozwoliła pomóc choć na chwilę :)

Muszę przyznać, że trafiło mi się sporo przydatnych produktów. Częścią podzieliłam się z przyszłą teściową (mam nadzieję, że choć troszeczkę poprawiłam jej tym nastrój :)), a część poszła w obroty w czasie urlopu. Największą przyjemność sprawił mi jednak zestaw z The Body Shopu :) W końcu mam pełnowymiarowe masło o przepięknym, owocowym zapachu :)

***
Jeśli chodzi o czerwcowe nowości, to by było na tyle. Tyle dobrego w tym opóźnieniu, że spora część produktów już poszła w ruch, dzięki czemu, w kilku przypadkach, mogłam się z Wami podzielić również pierwszymi wrażeniami z użytkowania tych kosmetyków :)

Jak zawsze - dajcie znać, jeśli coś Was szczególnie zainteresowało lub jeśli używałyście któregoś z tych kosmetyków i chcecie się podzielić swoją opinią na ich temat :)
Karotka
Czytaj dalej

czwartek, 2 sierpnia 2012

Lipcowe zdobycze - zakupy, prezenty, wymianki & współprace :)

Witajcie Dziewczyny!

Lipiec był dla mnie wyjątkowo obfitym miesiącem! Przybyła mi dosłownie cała armia kosmetyków, część z nich, to efekty współprac, część to prezenty imieninowe, udało mi się również wygrać w trzech konkursach, a do tego dokonałam jednej bardzo przyjemnej wymianki! Wbrew temu, co zapowiadała pierwsza połowa miesiąca, znowu kupiłam dość sporo, ale z każdego zakupu jestem bardzo zadowolona, niektóre produkty kupiłam w świetnej promocji, inne kupiłam dlatego, że w końcu były dostępne, inne się pokończyły... Wiecie jak to jest! ;) Tym razem wyrzutów sumienia brak, bo praktycznie każda jedna z zakupionych rzeczy (no, może oprócz żeli) poszła już w obroty i mogłabym poklepać się po plecach z uznaniem za takie udane zakupy! :P

Gdybym miała wskazać miejsce, w którym najczęściej robiłam zakupy w tym miesiącu, to z pewnością byłby to Super-Pharm! Poprzednia gazetka, to było istne szaleństwo! :D

1. Zakupy.

Paletka Sleek Glory, którą pokazywałam już TUTAJ, to był mój absolutny must have w tym miesiącu. Londyn szczerze uwielbiam, więc to małe arcydzieło, w którym każdy poszczególny cień ma nazwę od linii londyńskiego metra musiała być moja! :)
Cena: ok.28zł

Żeby nie było jej smutno, zamówiłam flat top, na który już dawno miałam ochotę, a mianowicie Hakuro H50. Będzie idealny do testowania minerałów, ale chętnie sprawdzę go również z płynnym podkładem. 
Cena: ok.34zł

Do tego dorzuciłam dwa testety podkładu Dermacol, które mam zamiar używać w roli korektora - kolory 208 i 211.
Cena: 5zł

Moje skarby kupiłam na Allegro u Nowaszki.


Żele z Luksji kupiłam w ogromnej promocji w Super-Pharm, robiąc zakupy powyżej 30zł, można było kupić żel za 4zł. Na wszelki wypadek zapytałam mojego M. czy mam je kupić, ale on jest takim samym łowcą okazji, jak i ja (tyle, że w innych klimatach niż kosmetyczne ;)) i stanowczo przyklasnął temu pomysłowi! W końcu to tylko 4zł za aż 500ml produktu! (promocja)


Och! Jak ja polowałam na te szampony! Ich standardowa cena to bodajże 19,90zł i już byłam gotowa kupić zestaw promocyjny szampon + żel, ale coś mnie tknęło i odłożyłam go na półkę, a po powrocie do domu okazało się, że w kolejnej gazetce (teraz już nieaktualnej) szampony te były aż o połowę tańsze! Kupiłam od razu dwa, ponieważ zdobyły one aprobatę włosomaniaczek - Siempre La Belleza napisała o nim bardzo przychylną recenzję, a Anwen pochwaliła za skład! Poza tym 20% aloesu piechotą nie chodzi, moim zdaniem to szampon, który naprawdę ma szansę dać odczuwalny efekt! :)
Cena: ok.10zł/szt. (promocja)


Z żelooliwką z Lirene nieco się pospieszyłam, ponieważ w aktualnej gazetce Super-Pharm i bodajże Natury, są one tańsze o jakieś 2zł. Nic to, dokupię jeszcze wersję z mango i będę miała zapas żeli na cały najbliższy rok! Planuję powiększyć zapasy właśnie o mango i przy odrobinie szczęścia o żel malinowy z Balea i to by było na tyle w tym roku... :P
Cena: ok.8zł

Żel Original Source mięta i drzewo herbaciane, to właściwie prezent dla mojego chłopaka. Chciałam, żeby w te upały mógł wykąpać się w świeżych i orzeźwiających "oparach", zwłaszcza po siłowni. Najwyraźniej jednak mój M. również wkręcił się w denkowanie, ponieważ wielce uradowany odstawił go na półkę i dalej używa tego, co sama wstawię pod prysznic.... ;)
Cena: ok.6zł (promocja)


Kulka Dove - dotychczas używana Rexona już mi się skończyła, a Dove akurat było w promocji. Oczywista oczywistość! ;)
Cena: ok.8zł (promocja)

Mleczko do opalania Sun Ozon SPF 15 - tuż przed wyjazdem do Krakowa zorientowałam się, że mamy w domu tylko filtr SPF 30, a skoro my zamierzaliśmy raczej spacerować, niż plażować, to kupiłam na szybko Rossmanowskie mleczko. Wydawało mi się, że słyszałam o nim dobre opinie, ale jednak nie jesteśmy z niego szczególnie zadowoleni. Niby coś tam chroni, ale w dużym upale potrafi spływać z ciała białym strumieniem... Nie o to mi chodziło...
Cena: ok.7zł (promocja)


Baza pod cienie Cashmere od Dax Cosmetics - wybrałam ją ze względu na pozytywne opinie. Moja baza Kobo niestety zgluciała do reszty i ciężko ją rozprowadzić na oczach bez rozciągania powieki na pół twarzy, a ja nie zamierzam się przyczyniać w ten sposób do szybszego pojawienia się zmarszczek. Mam jeszcze bazę z Hean, ale ona urzęduje u mamy, natomiast Dax u ukochanego.
Cena: ok.25zł


Chwalony na blogach balsam do kąpieli Babydream fur Mama kupiłam w celu zastąpienia nim szamponów. Stoi u mamy, więc póki co korzystam z niego sporadycznie, ale muszę przyznać, że radzi sobie nawet ze zmywaniem olejów. Niestety trafiło mi się jakieś uszkodzone opakowanie, w sklepie było wszystko w porządku, ale jak tylko wróciłam do domu, to pół torby było zalane tym produktem... Póki mam go jeszcze dużo, to zakleiłam tą usterkę taśmą, ale rozglądam się za jakąś buteleczką do przelania...
Cena: ok.10zł


Moja ukochana maska z Bingo Spa - proteiny kaszmiru i kolagen - nareszcie zawitała znowu do Drogerii Jasmin! Póki co, to maska, które najlepiej sprawdziła się na moich włosach. Jak tylko odnowię z nią kontakt (a co za tym idzie przypomnę sobie konkretne uwagi), to naskrobię Wam recenzję, bo jeden taki słój mam już za sobą! :)
Cena: 12,49zł

Natomiast nową maskę z BioVax (keratyna + jedwab) kupiłam nieco wcześniej niż Bingo Spa, głównie dlatego, że mój Kallos powoli się kończy, a tych sprawdzonych z Bingo Spa nie mogłam trafić... No nic, na pewno się nie zmarnuje, bo traktuje moje włosy maseczkami 2-3 razy w tygodniu :)
Cena: 12,99zł (promocja)


Sytuacja niemal jak wyżej - tą maskę kupiłam razem z maską Bingo Spa ze zdjęcia wyżej - tyle, że poprzedni słój tej maski spodobał się mojej mamie, a ja zdążyłam z niej skorzystać raptem 5-6 razy. Kupiłam nową, ponieważ po pierwsze: te kilka użyć zrobiło na mnie pozytywne wrażenie, po drugie: chcę o niej napisać porządną recenzję, po trzecie: o tą maskę równie trudno, jak o tą z proteinami kaszmiru.
Cena: 11,39zł


Lakiery Essie - od lewej Tart Deco, Splash of Grenadine oraz Chinchilly - upatrzone już dawno temu, a kupione dzięki promocyjnemu kuponowi w Show. Swoim kuponem podzieliła się ze mną Sylwia, więc kupiłyśmy sobie po jednym lakierze na jej kupon.
Cena: ok.25zł/szt. (promocja)

(Wybaczcie marną jakość zdjęcia, postaram się to poprawić, jak będę miała lepsze światło - chciałam już puścić ten post, więc wrzuciłam takie, jakie miałam ;)).


Kolejna spora promocja w Super-Pharm - nie dość, że cała seria MaXSlim od Lirene była w promocji, to jeszcze przy zakupie dowolnego produktu z tej linii można było kupić peeling za ok.2zł. Kupiłam więc serum do biustu, bo mam co dźwigać, a moja miniaturka z Eveline powoli dobija do dna. W tej sytuacji grzechem byłoby nie skorzystanie z okazji, by kupić i peeling.
Cena: serum - 13,59zł (promocja), peeling - ok.2zł (promocja, a jakże ;))

2. Współprace.

Powyższy zestaw, to efekt współpracy z grupą Henkel. Wybrałam serię Syoss bez silikonów, myślę, że jeszcze kilka użyć i  wkrótce będę mogła napisać recenzję, ale pozwólcie mi się upewnić, co do mojej opinii ;)


W tym miesiącu nawiązałam współpracę również z marką Green Pharmacy, w ramach której wybrałam trzy kosmetyki widoczne na powyższym zdjęciu. Nie mam tylko pewności co do eliksiru, ponieważ przednia naklejka sugeruje wersję do włosów łamliwych, natomiast tylna etykieta sugerowałaby raczej eliksir do włosów wypadających... Taki psikus ;)

3. Prezenty, wymianki, wygrane etc.


Produkty widoczne na powyższym zdjęciu, to efekt wygranych na blogach Hexxany (we współpracy ze sklepem Cocolita) oraz Agu. O obu wygranych pisałam TUTAJ, swatche palety Darks znajdziecie TUTAJ, a swatche lakieru Ados TUTAJ.


Powyższe lakiery wygrałam w facebookowym rozdaniu na profilu Minti Shop. Mogłam wybrać sobie dwa lakiery z najnowszej glitterowej kolekcji, więc zdecydowałam się na Blue Glitter i Aqua Blue Glitter (od lewej).


Mleczko do ciała z Biotherm, to prezent imieninowy od mojej mam-nadzieję-przyszłej-teściowej, dostałam również piękną malinowoczerwoną dużą kosmetyczkę, idealną na wszelkie wyjazdy, dlatego nie załapała się na zdjęcia ;)

Za to peeling cukrowy z Perfecty, to część mojego imieninowego prezentu od mojego Ukochanego. Co najlepsze, on nie miał zielonego pojęcia, że czaiłam się na ten peeling już od dawna, tylko czekałam aż zużyję trochę zapasów! Mogę Wam zdradzić, że drugą częścią prezentu, była książka mojego ulubionego autora Harlana Cobena - Wszyscy Mamy Tajemnice, oczywiście już dawno ją pochłonęłam! ;)


Pierwszy cudak, to upragniony Sleek Pomergranate, który otrzymałam od kochanej Gray! Kto, jak kto, ale ona doskonale wiedziała jak bardzo chcę mieć ten róż w swojej kolekcji, zresztą od dawna zapowiadałam, że kupię go na jesieni! Już nie muszę! :)

Drugi cudak, czyli gradientowy róż z kolekcji Catrice Revoltaire, to efekt wymianki z Sylwią. Jej nie do końca odpowiadała pigmentacja i kolor tego produktu, a ja dokładnie to samo myślałam o bronzerze z Essence A New League, na który Sylwii nie udało się załapać! Win - Win! :)


No i na koniec coś, o czym każdy już chyba słyszał, czyli darmowe próbki od Annabelle Minerals. Nie załapałam się już na róże, więc wybrałam dwa najjaśniejsze kolory podkładów rozświetlających i średni kolor podkładu matującego. Kolory lub formuły nie do końca w takiej kombinacji, jakby się przydało, ale dzięki temu będę wiedziała w co celować w razie ewentualnego zamówienia! Mam nadzieję, że firma jeszcze powtórzy tą akcję! :)

Uff... To by było na tyle! Mam szczerą nadzieję, że w sierpniu nie będzie już żadnych super promocji i moje zakupy ograniczą się tylko do tych związanych z urlopem. W sierpniu wybieramy się m.in. na 4 dni do Rzymu, więc liczę na to, że kupię sobie jakieś drobiazgi z Kiko i Lush. Na pewno nie będą to całe tony, bo lecimy tylko z bagażem podręcznym, więc przynajmniej to mnie ogranicza (nie wspominając o zasobności portfela... :P). Naprawdę chciałabym we wrześniu "pochwalić się" Wam jedynie kilkoma drobiazgami oraz obfitym postem denkowym... ;)

Czego w powyższych kosmetyków używałyście? Na które z nich polujecie? I najważniejsze - co dobrego polecacie z Kiko i Lush - najlepiej lekkiego i w małej pojemności... :P
K.

P.S. Te z Was, które śledzą mój blog na FB zapewne znają już najciekawsze kąski z tego posta, ponieważ staram się wrzucać na bieżąco zdjęcia z co ciekawszymi zdobyczami, więc jeśli chcecie być na bieżąco, to zapraszam! Tam też pojawiają się często informacje o napotkanych promocjach lub edycjach limitowanych :)
Czytaj dalej
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Blog template designed by SandDBlast