Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ulubieńcy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ulubieńcy. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 12 kwietnia 2015

10 kosmetyków do makijażu, których nie może zabraknąć w mojej wyjazdowej kosmetyczce

Wspominałam Wam już, że cały świąteczny tydzień spędziłam na wyjeździe - pierwszy weekend spędziliśmy w Pradze, a następnie udaliśmy się do rodziny w Wiedniu, żeby spędzić tam cały Wielki Tydzień. Nie chciałam ciągnąć ze sobą za dużo kosmetyków, dlatego starałam się, żeby moja kosmetyczka miała jak najbardziej ograniczoną zawartość. Przy okazji wyszło na to, że wybrałam 10 produktów kolorowych, po które najchętniej sięgałam w czasie ostatnich miesięcy, możecie więc uznać ten post jednocześnie za ulubieńców pierwszego kwartału :)


Nie jestem mistrzynią makijażu, ale mam określony zestaw produktów, po które sięgam wykonując codzienny make up. Oczywiście, będąc w domu, lubię zmieniać poszczególne elementy, sięgać po różne cienie, innym razem podkreślam usta, zamiast oczu, ale na wyjeździe potrzebuję sprawdzonych kosmetyków, które pozwolą mi dostosować makijaż do zastanej okazji, a jednocześnie za pomocą których będę w stanie wykonać mój, nazwijmy to "szablonowy" makijaż. Dziesiątka, którą opisuję poniżej, sprawdziła się w tej kwestii wyśmienicie i muszę przyznać, że przez cały wyjazd nie odczułam braku jakiegokolwiek innego kosmetyku do makijażu:)


Przez kilka, o ile nie kilkanaście ostatnich miesięcy, w moim makijażu królowały podkłady mineralny, ale odkąd wykończyłam moje opakowanie Annabelle Minerals, po stanowiłam zrobić sobie chwilę przerwy i wrócić do sprawdzonego podkładu Healthy Mix z Bourjois. To zresztą mój ulubiony podkład na wyjazdy, sprawdzony, przyjemnie kryjący, nie tworzący maski, a do tego łatwy i przyjemny w użyciu.

Wiadomo, że na wyjeździe chciałabym uniknąć kosmetyków pylących i podatnych na robienie bałaganu, dlatego stawiam wtedy zwykle na podkłady płynne. Podobną zasadę stosuję przy wyborze pudru, tu jednak stawiam na kompakt. W tym przypadku ponownie wybrałam produkt Bourjois, który ostatnio mocno przypadł mi do gustu, czyli puder Healthy Balance. HB ma przyjemny żółty odcień, który ładnie neutralizuje zaczerwienienia. Jeśli chodzi o jego działanie, to cóż - puder przyjemnie neutralizuje mokre wykończenie podkładu i zapewnia mi mat na kilka godzin. Po upływie tego czasu cera odrobinę zaczyna się świecić, ale rzadko jest to błysk, który wymaga większych zabiegów, niż zmatowienie twarzy bibułką lub chusteczką higieniczną.

Jestem posiadaczką kapryśnej cery, na której stosunkowo często pojawiają się wypryski, dlatego nigdy nie zostawiam krycia jako zadania z którego miałby się wywiązać tylko podkład. Zawsze więc mam ze sobą korektor lub kamuflaż. Od ponad roku stawiam na markę Alverde i nic nie zapowiada, żeby to się miało zmienić (poczyniłam już odpowiednie zapasy ;)). Aktualnie wykańczam kamuflaż, który ma wygodną, kremową formułę, która łatwo rozprowadza się na skórze i ma dobrą trwałość. Produkt bardzo dobrze sprawdza się zarówno jako korektor pod oczy, jak i na wypryski. Nie jest dla mnie zbyt ciężki, nie zbiera się z załamaniach skóry i - jak już wspomniałam - całkiem dobrze trzyma się skóry. Więcej mi nie potrzeba na wyjazdy! :)


Był okres, że byłam obrażona na bronzery i porzuciłam ich używanie, ale od pewnego czasu znowu się z nimi przeprosiłam. Myślę, że wszystko było kwestią znalezienia odpowiedniego pędzla. Aktualnie używam Hakuro H24, który rewelacyjnie rozprowadza produkt na skórze. Słynny bronzer Bahama Mama z TheBalm jest dość mocno napigmentowany, ale odpowiedni pędzel i trochę wprawy sprawią, że nie zrobimy sobie nim krzywdy. Jego przyjemny matowy odcień brązu pozwala na wykonturowanie twarzy i podkreślenie jej atutów.


Moim kolejnym wyjazdowym hitem okazała się paletka TheBalm Autobalm Hawaii, którą niedawno opisywałam na blogu. Cieszę się, że na wyjeździe sprawdziła się tak samo dobrze, jak i w codziennym makijażu. Właściwie nie brakowało mi w niej niczego - piękny, dziewczęcy róż przyjemnie ożywiał twarz, a cienie pozwalały na wykonanie szybkiego i łatwego makijażu oka. Pełną recenzję tego produktu znajdziecie TUTAJ.


Kiedy wykończyłam ostatnio używany tusze, sięgnęłam po produkt, który zebrał już w blogosferze kilka dobrych recenzji. Polecały go Sylwia i Marta, więc z radością wyciągnęłam go z zapasów. Mowa o kolejnym bardzo udanym produkcie od Bourjois, czyli maskarze Twist Up The Volume, która charakteryzuje się śmieszną szczoteczką, którą można ustawić w dwóch pozycjach. Mi pasuje bardziej ta skręcona, która rewelacyjnie rozczesuje moje rzęsy i tworzy z nich piękny wachlarzyk! To, co najbardziej mi w niej pasuje, to to, że była gotowa do użycia od razu po otwarciu, nie musiała nieco zastygnąć, bo od razu miała odpowiednią konsystencję. Oby tak dalej! :)

Kredka, którą zabrałam ze sobą na wyjazd, to również sprawdzona już w wielu warunkach Linea Automatic Eyeliner od Paese w kolorze Brown Glam. Brąz rewelacyjnie sprawdza się w codziennym makijażu i nie odcina się tak bardzo jak czerń, a zarazem spełnia swoją rolę i dobrze podkreśla oko i optycznie zagęszcza rzęsy. W razie potrzeby, w towarzystwie najciemniejszego cienia z paletki Autobalm, szybko można było nią też stworzyć bardziej uroczysty makijaż.


Ostatnie trzy produkty w mojej wyjazdowej kosmetyczce, to kosmetyki pozornie niezbyt istotne, ale dzięki nim mój makijaż stanowił zgrabną całość. Po pierwsze - zabrałam ze sobą próbki bazy pod cienie Urban Decay (załączone do palety Naked), która okazała się być tak skuteczna, jak o niej mówią. Pięknie utrzymuje cienie w miejscu i sprawia, że tkwią na powiece w niezmienionym stanie przez cały dzień. Ponieważ każda z próbek jest szalenie wydajna, na razie używam wersji Sin, o perłowym wykończeniu, które jednak nie zmienia wykończenia samych cieni.

Drugim produktem z trójki, na który postawiłam, jest paletka cieni do brwi z Oriflame. Mam ją już naprawdę długo i przez pewien czas zastąpiłam ją cieniem w kremie z Maybelline, który aktualnie niemal całkowicie mi zastygł. Przeprosiłam się więc ze wspomnianą paletką i cóż, okazało się że nadal bardzo ją lubię. Oba odcienie brązu bardzo mi odpowiadają i stosuję je albo rozdzielnie, w zależności od zamierzonego efektu (i ciężkości makijażu), a czasami zdarza mi się je mieszać, szczególnie kiedy chcę uzupełnić ewentualne luki, a boję się przesadzić.

Ostatnim kosmetykiem jest pomadka ochronna Nivea Vitamin Shake, do której również wróciłam po dłuższej przerwie. Jest to produkt, który dobrze pielęgnuje moje usta, a jednocześnie świetnie je podkreśla, ponieważ nadaje im delikatny połysk, zbliżony do tego który dają błyszczyki, ale jest pozbawiony wkurzającego uczucia "klejenia się". W codziennym makijażu zwykle stawiam na mocniejsze podkreślenie oczu, dlatego sama pomadka pielęgnacyjna w zupełności mi wystarcza.

***
Tak właśnie prezentowała się zawartość mojej wyjazdowej kosmetyczki i według podobnych zasad staram się komponować zestawy na każdy weekend czy urlop poza domem. Koniecznie dajcie znać czy taki zestaw byłby wystarczający również i dla Was czy może zmieniłybyście w nim coś? Jaki jest Wasz zestaw idealny? Czy stawiacie na konkretne sprawdzone kosmetyki, czy trzymacie się tylko określonych kategorii produktów kolorowych? :)
Karolina
Czytaj dalej

wtorek, 3 lutego 2015

5 kosmetycznych hitów 2014 roku!

Długo zastanawiałam się nad formą podsumowania moich ubiegłorocznych kosmetycznych hitów. Tworzyłam w głowie długą listę, dzieląc kosmetyki na kategorie i szukając uzasadnienia dlaczego te były lepsze, niż inne. Po odrzuceniu wszystkich chwilowych fascynacji, postanowiłam obrać kryterium nie tylko ulubionych, ale również najskuteczniejszych kosmetyków, po które sięgałam w 2014 r. Przy czym mając na myśli najskuteczniejsze, rozumiem takie, które spełniły stawiane przed nimi oczekiwania w 100%. W ten sposób wyłoniłam najlepszą piątkę, którą z czystym sumieniem mogę Wam teraz polecić! :)


Jestem pewna, że w styczniu naoglądałyście się na blogach moich koleżanek mnóstwo długich podsumowań, dlatego - wiedząc, że już dawno nie jestem pierwsza - uznałam, że forma najlepszej piątki jako jedyna ma szansę Was jeszcze zainteresować. Obym się nie myliła! :)


*ROSES DE CHLOÉ BY CHLOÉ*
Pierwszą butelkę Chloé kupiłam w maju, zamawiając je wraz z dużą butelką Daisy Eau So Fresh Marca Jacobsa. Byłam przekonana, że to te drugie zagrzeją miejsce w moim kochliwym serduszku na dłużej, a Chloé kupiłam bardziej z ciekawości. Szybko się jednak okazało, że to właśnie ta mała urokliwa buteleczka z różową wstążeczką zagościła na mojej toaletce na stałe. Roses de Chloé, to piękny i zaskakująco intensywny zapach. Różę czuć w nim tylko na początku, przy czym jest ona bardzo świeża. Momentami przypomina mi nawet zapach świeżego prania, jednak całość szybko ewoluuje na mojej skórze i zyskuje na ostrości i wyrazistości. Świetnie się czuję w tym zapachu i - co najważniejsze - bardzo długo czuję go na sobie. Pod choinkę dostałam kolejną buteleczkę od przyszłej teściowej, więc z pewnością jeszcze długo nie rozstanę się z tym zapachem. Jeśli za półtora roku nadal będę w nich tak bardzo zakochana, to być może to właśnie ten zapach będzie mi towarzyszyć w dniu ślubu! :)


*PALETA NAKED 3 - URBAN DECAY*
Choć marka Urban Decay pojawiła się w Polsce dopiero pod koniec roku, ja swoją Naked 3 cieszę się już dobrych kilka miesięcy, dzięki uprzejmości mojej przyjaciółki, mieszkającej na stałe w Irlandii. W 2014 r. miałam różne fazy, jeśli chodzi o makijaż oczu. Często bywało i tak, że nakładałam na powieki jeden cień, robiłam kreskę, tuszowałam rzęsy i już. Zawsze jednak kiedy miałam ochotę na staranny makijaż oczu, sięgałam właśnie po trójkę! Trzecia wersja palety Naked urzekła mnie swoją cudowną, dziewczęcą kolorystyką. Świetnie się czuję w tych brudnych różach i brązofioletach. To szczególnie miła odmiana po wszechobecnych (w moim makijażu) brązach. Same cienie są bardzo dobrej jakości - są miękkie, łatwo się aplikują i rozcierają, a na bazie trzymają się bez uszczerbku przez cały dzień. Chociaż na początku trochę marudziłam na Urban Decay, a moja relacja z Naked 2, to często prawdziwy love-hate relationship, to jednak Naked 3 uważam za całkowicie udaną paletę! :)


*MATUJĄCY PODKŁAD MINERALNY - ANNABELLE MINERALS*
Już od ponad roku w moim makijażu dominują podkłady mineralne. Od około pół roku, regularnie sięgam po matującą wersję podkładu z Annabelle Minerals, który to okazał się być naprawdę świetnym produktem. Wiem, że dziewczyny trąbiły o nim już od dawna, ale po pierwszym spotkaniu z marką (miałam próbki podkładów rozświetlających i kryjącego) byłam do niej mocno zrażona. Po pewnym czasie postanowiłam jednak dać jej drugą szansę. Formuła matująca okazała się być strzałem w 10! Ponieważ wcześniej zużyłam trzy opakowania podkładów Lily Lolo, nie mogę unikać porównania produktu AM do LL. Podkład z Annabelle Minerals zdaje się być bardziej mokry w dotyku, a dzięki temu mniej pylący i jednocześnie mocniej kryjący, niż produkt z LL. Przy moim obecnym bardzo kiepskim stanie cery, mocniejsze krycie, ale bez efektu maski, jest tym, czego oczekuję od podkładów. Na pewno w końcu napiszę obszerną recenzję tego produktu, bo zdecydowanie warto wystawić mu kolejną pochlebną laurkę! :)


*KREDKA DO UST JUST BITTEN KISSABLE - 020 LOVESICK - REVLON*
Uwielbiam szminki! Mam ich mnóstwo i chętnie przygarniam kolejne, zauważyłam jednak jedną prawidłowość - zawsze kiedy czekało mnie jakieś wyjście - w mojej torebce z uporem maniaka ląduje właśnie kredka z Revlonu. Cenię ten produkt przede wszystkim ze względu na fantastyczną konsystencję, która jest bajecznie prosta w aplikacji, nosi się ją jak balsam pielęgnacyjny, a jednocześnie zawsze mogę liczyć na to, że wytrwa na moich ustach długie godziny. Nie straszne jej jedzenie, picie czy intensywne gadanie. Jak już zastygnie na ustach, przetrwa nawet intensywne pocałunki :) Oczywiście, że po wszystkich tych czynnościach nieco zblednie, ale jeśli poprawicie kolor raz lub dwa razy, to o kolor możecie być spokojne aż do rana! Testowałam ją wielokrotnie na różnego rodzaju imprezach i zawsze była niezawodna! Chyba muszę w końcu skusić się na inne kolory! :)



*KREM MIKROZŁUSZCZAJĄCY Z KWASEM MIGDAŁOWYM NA NOC
- ZIAJA LIŚCIE MANUKA*
Zastanawiałam się czy słusznie umieszczam w tym podsumowaniu tylko jeden kosmetyk pielęgnacyjny, jednak żaden inny po prostu nie był tak skuteczny jak krem na noc z serii Ziaja Liście Manuka. Właśnie kończę drugą tubkę i dopóki krem będzie na mnie tak dobrze działać, jak dotąd, to zamierzam być mu wierna! Moja cera od kilku miesięcy zachowuje się gorzej, niż za czasów gimnazjum i mimo, że mam 26 lat, ani myśli przystopować. Przyczyn może być wiele i staram się je kolejno eliminować, jednak zapobieganie swoją drogą, a "leczenie" swoją. Krem mikrozłuszczający, to jak na razie jedyny produkt, który szybko i skutecznie pomaga mi zwalczać wypryski, pojawiające się w najmniej spodziewanych miejscach.

***
Koniecznie dajcie znać czy znacie moje hity! A może same przygotowałyście takie zestawienie? Ostatnio nie jestem na czasie z tym co się dzieje w blogosferze, więc z przyjemnością zajrzę do Waszych postów, jeśli zostawicie w komentarzu link do swoich ulubieńców roku! :)

Czekam na Wasze opinie o moich hitach, a także na Wasze typy! :)
Karolina
Czytaj dalej

czwartek, 23 października 2014

Ulubieńcy września i października

Cześć Dziewczyny!

Po krótkiej przerwie, spowodowanej moim weekendowym wyjazdem do Wiednia, wracam do Was z ulubieńcami września i października. Tym razem zdecydowanie nie mogłabym sobie odpuścić tego rodzaju posta, ponieważ zdecydowałam się wyróżnić niemal same nowe produkty, z których większość pojawiła się u mnie we wrześniu. Każdy z nich zdecydowanie zasługuje na uwagę! :)


Tym razem dominację objęły produkty pielęgnacyjne, które bez reszty rozkochały mnie w sobie w ciągu ostatnich dwóch miesięcy. W zasadzie już teraz obstawiam, że do każdego z nich z przyjemnością będę wracać, gdy już wycisnę ostatnią kroplę z aktualnie używanych opakowań :)


Zacznijmy jednak od skromnej reprezentacji produktów kolorowych. Już w ostatnich ulubieńcach wspominałam Wam o tym, że - ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu - na powrót przekonałam się do błyszczyków. Przez co najmniej dwa lata omijałam ten rodzaj produktów szerokim łukiem, a te, które mimo wszystko do mnie trafiały, zwykle oddawałam mamie i koleżankom. Różany błyszczyk z Pat&Rub jest więc pierwszym, który kupiłam po długiej, długiej przerwie i jestem nim zachwycona! Cudownie pachnie różaną konfiturą, przyjemnie zmiękcza usta, umiarkowanie się klei i generalnie jest bardzo przyjemny w noszeniu. Oczywiście przy tym wszystkim ładnie nabłyszcza usta i sprawia, że wyglądają bardzo kusząco :)

Kolejnym produktem jest znowu coś do ust - tym razem pomadka MAC Plumful, która stała się również moim hitem na jesień! Jest to wyjątkowo popularny w blogosferze kolor, przez co siłą rzeczy i ja się nim zainteresowałam. W sztyfcie jest to piękny, fioletowawy odcień, który na moich ustach przybiera nieco winny odcień. Jestem nim oczarowana i wyjątkowo chętnie po niego sięgam.

Trzecim kolorowym produktem, po który sięgałam regularnie we wrześniu i październiku jest czarna kredka Exaggerate z Rimmel. Przez długie miesiące używałam tylko brązowych kredek, ale ostatnio nabrałam ochoty na ciut mocniejsze podkreślenie oka, więc czarna kredka wydała mi się niezłym rozwiązaniem. Lubię ją za to, że jest naprawdę trwała, ma głęboki kolor, jest miękka i naprawdę dobrze się nosi. Polubiłam ją na tyle, że skusiłam się na więcej kolorów :)


Seria Liście Manuka z Ziaji to kolejny hit blogosfery. Być może nie uległabym temu zbiorowemu szaleństwu, gdyby nie fakt, że ostatnio mam spore problemy z cerą, więc kiedy znalazłam tę serię w Rossmannie, postanowiłam wrzucić kilka kosmetyków do koszyka. Wśród nich znalazł się krem na noc z kwasem migdałowym, który rewelacyjnie wpłynął na większość moich problemów. Cera zaczyna wyglądać znacznie lepiej i choć nadal daleko jej do ideału, to jednak z dnia na dzień jej stan coraz bardziej się poprawia.

Balsam przeciw wypadaniu włosów z Seboradin, to kolejne odkrycie miesiąca. Bardzo dobrze wpłynął na kondycję moich włosów, zarówno jeśli chodzi o ograniczenie ich wypadania, jak i o ich ogólne nawilżenie. Więcej napisałam w recenzji, którą opublikowałam w ubiegłym tygodniu TUTAJ.


Ostatnie dwa produkty, to kosmetyki, które znalazłam w przesyłce z nowościami Lirene i Under Twenty, przesłanej przez niezawodną Panią Eriskę - Anię :) Żel Różany Ogród niemal od razu powędrował pod prysznic, tym bardziej, że ostatnio mam wyjątkową fazę na kosmetyki o tym zapachu, a ten żel idealnie odzwierciedla woń tych kwiatów. Takie prysznice to ja mogę brać codziennie! :)

Po urlopie w Chorwacji przez długi czas borykałam się z przesuszoną skórą na ciele, co jest jak na mnie wyjątkowo dziwne. Żaden z dotychczas używanych balsamów nie był w stanie poradzić sobie z tym problemem, więc za poleceniem Ani sięgnęłam po balsam z nowej linii Lirene Emolient. Wystarczyło kilka dni codziennego stosowania i w końcu pozbyłam się suchej i napiętej skóry! Polubiliśmy się na tyle, że Emolient stał się stałym elementem naszej codziennej pielęgnacji.

***
Jeśli chodzi o wrześniowo-październikowych ulubieńców to byłoby na tyle! W ciągu obu tych miesięcy regularnie sięgałam po każdy z omówionych wyżej produktów, niektóre z nich zdążyły już nawet dosięgnąć dna. Myślę, że dawno już nie trafiłam na tyle udanych kosmetyków do pielęgnacji. Stopniowo postaram się przygotować dla Was pełne recenzje omawianych ulubieńców.

Was natomiast zachęcam do podzielenia się Waszymi opiniami na ich temat, jeśli tylko miałyście już okazję z nich korzystać. A może któryś z nich szczególnie wpadł Wam w oko i chciałybyście go wypróbować? :)
Karotka
Czytaj dalej

czwartek, 8 maja 2014

Ulubieńcy kwietnia

Cześć Dziewczyny!

Maj płynie mi bardzo szybko, ale korzystając z tego, że póki co mamy jeszcze początek miesiąca (w przyszłym tygodniu będzie już połowa maja! Kiedy to zleciało?!), chciałabym przedstawić Wam moich ulubieńców kwietnia :)


Znowu mogłabym napisać, że większość ulubieńców z poprzednich miesięcy nadal jest aktualna, ale mimo to i tym razem udało mi się wytypować kilka produktów, po które wyjątkowo chętnie sięgałam w kwietniu. Większość z nich debiutuje w ulubieńcach :)


Tym razem kwiecień w dużej mierze kręcił się wokół ust i choć nie sięgałam po kolorowe pomadki tak często jak w marcu, to jednak znalazłam sobie nową faworytkę - Color Riche Balm z L'Oreal w kolorze Tender Mauve. Pomadka rzeczywiście należy do tych, które nadają jedynie niewielką poświatę koloru, a jednocześnie nie wysusza ust i sprawia, że wyglądają bardzo miękko, kusząco i ładnie połyskują :)

Pozostałe dwa produkty, to produkty typowo pielęgnacyjne - w torebce lub w kieszeni płaszcza noszę ostatnio pomadkę ochronną z serii Angry Birds by Lumene, która przyjemnie pielęgnuje usta, sprawia, że są bardzo mięciutkie i gładkie w dotyku, a do tego przyjemnie pachnie. Podobne cechy przedstawia balsam do ust EOS, z którego korzystam przede wszystkim w domu. Może nie jest to najbardziej nawilżający produkt do ust, jaki miałam, ale dobrze sobie radzi z utrzymaniem ust w dobrej kondycji, jednak dla tych bardziej wymagających może być niewystarczający.


O tym, że lakier Flawless Flush z Orly jest moim najnowszym wiosennym faworytem pisałam Wam już kilka dni temu w notce, w której przedstawiłam Wam go bliżej (KLIK). Uważam, że to świetna alternatywa dla typowych nudziaków, ale też po prostu ładny i elegancki lakier na co dzień :)

O anielskim rożu Hervana (pamiętacie te reklamy? :) z Benefit też już kilka razy wspominałam, ale nie doczekał się jeszcze odrębnej prezentacji. Zawsze chciałabym Wam pokazać zbliżenie na twarzy, ale nie za bardzo wychodzi mi robienie takich zdjęć. Jak już się trochę nauczę, to postaram się zrobić pełną recenzję :)) Sam róż uwielbiam za bardzo twarzowy, ale nienachalny kolor oraz naprawdę przyzwoitą trwałość. Tak naprawdę należy do mojej żelaznej piątki ulubionych róży! :)

Ostatnim produktem, który wytypowałam do ulubieńców kwietnia jest kredka automatyczna Linea z Paese w pięknym brązowym odcieniu. Kupiłam ją dwa miesiące temu na targach i od tej pory prawie się z nią nie rozstaję, choć jest to odrobinę rudawy odcień brązu, to jednak świetnie się sprawdza i dobrze się w nim czuję, a co najważniejsze, kredka trzyma się na moich oczach praktycznie cały dzień, nieznacznie tylko blaknąc. Chyba zaopatrzę się w więcej odcieni! :)


Tym razem nawet udało mi się streścić w kilku słowach na temat każdego z produktów :)) Oczywiście jak zawsze dajcie znać, czy znacie i lubicie moich i ulubieńców? Piszcie też o tym co Was oczarowało w kwietniu :)
Karotka
Czytaj dalej

piątek, 11 kwietnia 2014

Ulubieńcy lutego i marca

Cześć Dziewczyny!
Zbliżamy się już do połowy kwietnia, Święta za pasem, a u mnie już od dawna nie było ulubieńców miesiąca! Najwyższa pora zabrać się i za to, dlatego tym razem przedstawiam Wam dwumiesięcznych faworytów z lutego i marca!

Tak naprawdę w lutym niewiele produktów rzuciło mnie na kolana, a te, które zasługiwały na wyróżnienie w zasadzie już jakiś czas temu pojawiały się w ulubieńcach, dlatego z premedytacją dałam sobie więcej czasu do namysłu. I słusznie, bo marzec wraz z pierwszymi słonecznymi dniami przyniósł gromadkę nowych i nowych-starych ulubieńców, do których dołączył jedyny nowy produkt, który oczarował mnie w lutym. Zapraszam zatem na prezentację najlepszych z najlepszych ;))


Pierwszym z ulubieńców jest rewitalizujące masło do ciała z Pat&Rub. Ostatnio opisywałam Wam balsam do rąk i scrub cukrowy z tej serii, ale żaden z tych produktów nie uwiódł mnie jak to masełko. Produkt rewelacyjnie dba o kondycję mojej skóry, świetnie nawilża i odżywia skórę, a do tego pięknie i orzeźwiająco pachnie. Wiem, że nie każdej z Was przypadnie do gustu intensywnie cytrusowy zapach, ale ja go polubiłam, a do tego uważam, że idealnie sprawdza się do pielęgnacji po potreningowym prysznicu. Od razu ulatuje ze mnie chociaż część zmęczenia! :)

Pozostając nadal w temacie pielęgnacji ciała - kolejnym ulubieńcem został olejek do ciała z dziką różą i trawą cytrynową z Alverde. Ten produkt wiódł prym w mojej pielęgnacji głównie w lutym, ale nadal chętnie po niego sięgam. Lubię w nim to, że nie jest przesadnie tłusty i nawet moja normalna skóra świetnie sobie radzi z jego wchłonięciem. Olejek oczywiście dobrze nawilża i odżywia skórę, a do tego ma ciekawy zapach - lekko słodki, ale przełamany cierpką nuta trawy cytrynowej.

Moim kolejnym ulubieńcem pielęgnacyjnym jest też krem pod oczy z dziką różą z AA Eco. Przez kilka miesięcy używałam kremu z serii Gold Philoshopy z Bandi, ale byłam trochę zawiedziona jego wodnistą konsystencją. Chociaż nie mam większych problemów ze zmarszczkami, to wolę zapobiegać, niż leczyć, dlatego lubię w kremach pod oczy lubię nieco bardziej treściwą konsystencję, zwłaszcza jeśli mówimy o wieczornej pielęgnacji. Oczywiście trudno mi wypowiedzieć się o długofalowych efektach stosowania tego produktu, ale jak na razie spełnia moje oczekiwania zarówno w kwestii konsystencji, działania, jak i współpracy z kosmetykami do makijażu.


W czasie ostatnich dwóch miesięcy moje paznokcie zostały zdominowane przez trzy produkty, widoczne na zdjęciu powyżej. Przede wszystkim sprawdziłam w końcu o co ten cały szum z wysuszaczem z Kintetics i cóż... Wszystko wskazuje na to, że Kwik zdobędzie i moje serce! Zdradzałam go przez chwilę z Poshe, ale Kwik Kote jednak znacznie bardziej przypadł mi do gustu! :)

Jeśli natomiast chodzi o kolory, to w lutym najchętniej sięgałam po piękny lakier Essie Beyond Cozy, który dodawał błyszczącego akcentu każdemu kremowemu lakierowi (przykład macie TUTAJ), jednak juz w marcu moje paznokcie zdominował przepiękny, przecudowny Orly First Blush (KLIK). Nie pamiętam kiedy ostatnio sięgałam po jeden lakier tak często! Zakochałam się w nim tak bardzo, że już nabyłam pełnowymiarowe opakowanie! :)


W marcu, jak wiele z Was, kupiłam kilka organizerów na kosmetyki z Biedronki, w tym oczywiście słynny organizer z przegródkami na szminki. Umieściłam w nim kosmetyki, których używam codziennie, a do tego wyłożyłam na wierzch najbardziej codzienne pomadki, które chciałabym nosić na ustach częściej! Dzięki temu na nowo odkryłam moje dwie ukochane szminki - fuksjowo-fioletową L'Oreal Rouge Caresse w kolorze Rock'n'Mauve, którą mogłyście oglądać w TYM poście oraz piękną, nudziakoworóżową Maybelline Color Whisper w kolorze Lust For Blush!


Powyżej macie mały podgląd na oba kolory. Nie bierzcie go może zbyt dosłownie, bo Maybelline na moich ustach jest może ciut jaśniejsza i chłodniejsza, ale wygląda bardzo naturalnie i zdecydowanie daje dokładnie takie wykończenie jak na zdjęciu powyżej.


Pozostali dwaj ulubieńcy, to ponownie produkty do makijażu! Przede wszystkim mój ulubiony podkład mineralny z Lily Lolo w odcieniu China Doll, który już kilkukrotnie przewinął się przez blog. Co tu dużo, jednak podkłady mineralne są dla mojej cery bardziej łaskawe, niż zwykłe płynne podkłady, dzięki czemu makijaż wygląda na mnie lepiej, zaczynam się błyszczeć nieco później (i mniej intensywnie), a do tego nie borykam się z tyloma niespodziankami. Mam jeden produkt, z którym lubię go czasami zdradzać, ale niestety bardzo często kończy się to dodatkowymi nieprzyjaciółmi na twarzy, więc zawsze z pokorą wracam do Lily Lolo.

No i last but not least - paletka z cieniami z Inglota! Przez pewien czas leżała zapomniana w szufladzie, a teraz znowu się z nią przeprosiłam! Mam w niej kilka ulubionych cieni, które w zasadzie same malują, a dzięki dobrej bazie na powieki (ArtDeco) w końcu mogę też wyciągnąć dużo więcej z matowego, jasnego cienia, który przepięknie rozjaśnia oko! Do tego dorzucam trochę ciemniejszego cienia w zewnętrznym kąciku i już! Jest w niej kilka cieni, których używam rzadziej, niż myślałam, że będę to robić, ale generalnie mój zestaw uważam za bardzo udany! Całość możecie podejrzeć TUTAJ.

***
To by było na tyle! Oczywiście jak zawsze dajcie znać, czy znacie te produkty i co o nich sądzicie! Chętnie przeczytam też o produktach, które w ostatnim czasie skradły Wasze serducha :))
Karotka
Czytaj dalej

poniedziałek, 17 lutego 2014

Ulubieńcy stycznia

Cześć Dziewczyny!

Znowu wracam do Was po krótkiej przerwie, tym razem wraz z ulubieńcami stycznia! Wcale nie spóźnionymi, po prostu idę swoim trybem i nie uznaję sztywnych ram publikacji postów z podsumowaniami miesiąca - piszę, kiedy mam na to ochotę ;)


Tym razem wyróżniłam kilka produktów, po które najchętniej i najczęściej sięgałam w ubiegłym miesiącu. Ponownie znalazło się tu więcej kolorówki, choć są też dwa produkty pielęgnacyjne, które bardzo mocno przypadły mi do gustu :)


W styczniu, w moim makijażu królowały trzy kosmetyki z Lily Lolo - sięgałam po nie bardzo chętnie i nadal to robię, bo bardzo mocno przypadły mi do gustu. Podkład mineralny China Doll i puder mineralny Flawless Matte
, stanowiły idealny duet, który pomógł mi okiełznać przetłuszczanie mojej skóry, bez konieczności ustępstw w kwestii trwałości makijażu. Rumieńców bardzo często dodawał mi róż mineralny Surfer Girl, który ma idealnie chłodny odcień! :)


Wprawdzie podkład Lily Lolo nie zapewniał mi tak mocnego krycia, żeby poradzić sobie z zasłonięciem wyprysków i śladów po niektórych z nich, ale tak na dobrą sprawę w tej kwestii od zawsze wolałam postawić na porządny korektor, niż na mocniej kryjący podkład. Od pewnego czasu w mojej kosmetyczce króluje korektor z Alverde Cream To Powder Concealer. Naprawdę dobrze kryje, świetnie się trzyma skóry, a pod warstwą podkładu praktycznie wcale się nie wyróżnia.


W styczniu, równie dobrym wyborem, jeśli chodzi o róż, okazał się również róż Hot Mama z TheBalm. Zwykle sięgam po ten produkt w wakacje, kiedy moja skóra nabiera nieco koloru, ale tym razem okazał się być bardzo wygodny, szczególnie wtedy, kiedy rano mocno się spieszyłam. Bardzo łatwo się go aplikuje i rozciera i trudno zrobić sobie nim krzywdę, a jego kolor naprawdę ładnie ożywia i rozświetla skórę.


O czyściku Let The Good Times Roll z Lush pisałam, zdaje się, w poprzedniej części ulubieńców, ale nadal sięgam po ten produkt bardzo często. Urzeka mnie w nim nie tylko fantastyczny zapach ciasteczek maślanych, ale też oczywiście rewelacyjne właściwości pielęgnacyjne. Produkt delikatnie, ale odczuwalnie złuszcza martwy naskórek, nie podrażniający przy tym skóry, a zarazem dobrze ją oczyszcza. Jego stosowanie to dla mnie czysta przyjemność, więc już żałuję, że to tylko świąteczna limitowanka i że na kolejny słoiczek będę musiała czekać prawie rok! :)


Krem z kwasem azaleinowym i pirogronowym z Clareny czekał na swoją kolej wśród moich zapasów naprawdę długo, a okazał się być dla mojej skóry prawdziwym zbawieniem! Nie tylko rewelacyjnie reguluje produkcję sebum, ale też znacznie przyspiesza gojenie się wszelkich niespodzianek, które pojawiają się na mojej skórze, jednocześnie nieco ograniczając ich występowanie. Na pewno zasłużył na osobną notkę, więc za jakiś czas postaram się zebrać swoje przemyślenia :)

***
I to tyle! Tym razem wyróżniłam niewiele produktów, choć niektóre kosmetyki z ubiegłych miesięcy nadal pozostają w gronie ulubieńców, jednak nie chciałam narażać Was na powtórki i wyróżniłam tylko te kilka produktów, które najmocniej zapisały się w mojej pamięci i której najbardziej kojarzą mi się ze styczniem :)

Znacie moich ulubieńców? Czy należą również do grona Waszych faworytów?
K.
Czytaj dalej

poniedziałek, 30 grudnia 2013

Ulubieńcy grudnia

Cześć Dziewczyny!

W końcu udało mi się wrócić z postem typowo kosmetycznym! Nie zamierzam się szczególnie usprawiedliwiać, tak to czasem bywa, że raz miewamy wenę do pisania, a innym razem blogowanie zajmuje dalsze miejsce w życiu... ;) W grudniu, kiedy tylko nie biegałam za prezentami, wracałam do domu po pracy i zwykle padałam na kanapie, albo zaczytywałam się w kolejnych książkach. Tak też czasami trzeba! Może powinnam więc uczynić częstsze blogowanie moim noworocznym postanowieniem? Warto o tym pomyśleć :))

Ostatnio świadomie pominęłam ulubieńców listopada, ponieważ w zasadzie byłaby to powtórka z rozrywki i musiałabym niemal w całości skopiować ulubieńców października. Zmieniły się dosłownie jedynie pojedyncze produkty, ale nie widziałam sensu tworzenia nowego postu dla 1-2 kosmetyków, których najchętniej używałam w listopadzie. Choć w grudniu nadal wielu ulubieńców października (i listopada) mogłoby się powtórzyć, to jednak wybrałam kilka nowych (lub powracających do zestawienia) produktów, które w grudniu towarzyszyły mi szczególnie często! Tym razem wyróżniłam więcej produktów pielęgnacyjnych, więc zapraszam na krótką prezentację ulubieńców :)

WŁOSY:



W tej kategorii zdecydowanie powinnam wyróżnić świetny duet z The Body Shop, czyli bananowy szampon i odżywkę do włosów. Oba produkty świetnie spisują się na moich włosach, szampon dobrze je oczyszcza, a odżywka sprawia, że są mięciutkie i dobrze odżywione. Więcej o nich napisałam w niedawnej recenzji TU.


Kiedy nie korzystałam z dobrodziejstw bananowego duetu korzystałam z szamponu żurawinowego od Barwy, którego działanie uzupełniałam później maską z efektem laminowania z Love2Mix Organic z ekstraktami z mango i awokado. Nie powiem, żebym miała po niej spektakularnie gładkie włosy, ale są ładnie wygładzone, miękkie, mięsiste i zdecydowanie bardziej połyskujące. Postaram się napisać o niej wkrótce więcej :)

Zdarzało się również tak, że czasami nie miałam czasu na mycie całkiem przyzwoicie wyglądających włosów i wtedy ponownie z pomocą przyszły mi moje ulubione suche szampony z Batiste! Tym razem namiętnie sięgałam po wersję Wild, która ma szalenie słodki i nieco orientalny zapach, który - ponownie - przypadł mi do gustu. Przygotowuję dla Was recenzję i porównanie sześciu wersji szamponów Batiste, które przewinęły się przez moje ręce :)

CERA:



W grudniu wyjątkowo chętnie sięgałam po fantastyczny czyścik z limitowanej świątecznej edycji produktów Lush. Let The Good Times Roll przyciągał mnie nie tylko świetnym działaniem, ale i cudownym zapachem! Oczyszczanie i peelingowanie w jednym, a do tego pachnące ciasteczkami maślanymi... Czego chcieć więcej?! :)

Ten produkt nie powinien być dla Was żadnym zaskoczeniem! Odkąd pierwszy raz użyłam lekkiego kremu głęboko nawilżającego z serii A od Pharmaceris, dosłownie przepadłam! Właśnie rozpoczęłam trzecie opakowanie tego kremu i cóż... Dla mojej cery nie ma chyba nic lepszego! Miałam lepsze i gorsze kremy, było wiele dobrych, ale tylko do tego mam takie zaufanie, które jest poparte widocznymi efektami. Nadaje się zarówno na dzień, jak i na noc (wspierany punktowym działaniem produktów z kwasami z serii T). Więcej pisałam o nim TUTAJ.

ZAPACHY:



W tej kategorii niemal niezmiennie królują zapachy z Bath & Body Works, żongluję tylko buteleczkami. Zarówno w listopadzie, jak i w grudniu najchętniej sięgałam po serie Dark Kiss i Twilight Woods. Zapach wód toaletowych wzmacniałam poprzez wcześniejsze użycie żeli i balsamów z tych samych serii. Na święta zrobiłam wyjątek dla Paris Amour, ale nie da się ukryć, że to właśnie DK i TW całkowicie zdominowały moje zapachowe klimaty :)

KOLORÓWKA:



Jakiś czas temu kupiłam słynny cień w kremie Maybelline Colour Tattoo w odcieniu Permanent Taupe... i nie bardzo miałam na niego pomysł! Oczywiście z pomocą jak zwykle przyszły Wasze blogi! Okazało się, że ten cień wygląda fantastycznie na brwiach! Nie tylko ma idealnie chłodny, nieco szarawy odcień, ale również wygląda bardzo naturalnie, a przy tym nie skleja włosków, ani nie osiada na ich powierzchni! Mój hit!

Ponadto, w końcu miałam okazję wypróbować również słynną bazę ArtDeco. Muszę przyznać, że pierwsze tygodnie spędzone z tą bazą obfitują w pozytywne doświadczenia! Baza ma fantastyczną, masełkowatą konsystencję, bardzo łatwo się rozprowadza (bez naciągania skóry!), no i oczywiście świetnie trzyma cienie na powiekach!

***

To by było na tyle! Sądzę, że każdy z produktów czynnie przysłużył się mojej skórze i zapracował sobie na to miejsce w ulubieńcach! :) Dajcie znać, czy znacie moich faworytów i jakie macie o nich zdanie? :)
K.
Czytaj dalej

środa, 6 listopada 2013

Ulubieńcy października :)

Cześć Dziewczyny!

Korzystając z dobrej passy blogowej dzisiaj przychodzę do Was z postem o moich październikowych ulubieńcach! Jestem z siebie taka dumna! W końcu udało mi przygotować ulubieńców na początku miesiąca... :D


W październiku używałam raczej dość stałej grupki produktów, więc niewiele tu nowości. Większość faworytów, to raczej powroty do już sprawdzonych kosmetyków. Tym razem wśród produktów pielęgnacyjnych wyróżniłam tylko jeden kosmetyk po który faktycznie sięgałam cały czas i który niezmiennie robi na mnie wrażenie. W kwestii kolorówki jak zwykle uzbierałam nieco większą gromadkę, choć tym razem mój makijaż był wyjątkowo monotematyczny i sięgałam ciągle po te same kosmetyki ;)


Cień Maybelline Color Tattoo w kolorze On And On Bronze był świetnym wyborem zawsze wtedy, kiedy malowałam się w pośpiechu! Nie tylko sam wystarczy za cały makijaż, ale też pięknie podkreśla oczy. Wystarczy dołożyć tylko kredkę i tusz i makijaż oczu miałam z głowy! Po cichu liczyłam na to, że ten cień nie będzie wymagał bazy, ale niestety bez tego nie trzyma się zbyt długo, natomiast na bazie wytrzymuje niemal cały dzień :)


W październiku przeprosiłam się z dawno nieużywanym różo-bronzerem Africa z W7. Kilka miesięcy temu nie rozstawałam się z tym produktem, po czym nieco mi się znudził i większość czasu przeleżał w szafce. Teraz jednak zachciało mi się odmiany i odstawiłam na bok nieśmiertelny róż z Alverde i z radością sięgnęłam po piękną Africę! Uwielbiam ten produkt za to, że efekt może być za każdym razem inny, w zależności od tego po której części mapki przejadę pędzelkiem. Jeśli jesteście ciekawe tego, jak wygląda na twarzy, to zapraszam do recenzji TUTAJ.


Październik to kolejny miesiąc, kiedy chętnie sięgałam po paletę Naked 2 z Urban Decay. No cóż, jak już wielokrotnie wspominałam, łączy nas relacja love-hate relationship. W ostatnim czasie ją kocham, tylko zobaczymy ile to potrwa ;)

Mój makijaż nie może obejść się bez kredki, więc w październiku sięgałam wymiennie po brązową i czarną kredkę z serii Glimmerstick Cosmic z Avonu. Co jak co, ale te kredki są naprawdę świetne! Uwielbiam je! :)


W ostatnim miesiącu przybyło mi mnóstwo lakierów, a tak naprawdę tylko ten jeden zrobił na mnie na tyle spore wrażenie, żebym go zapamiętała. Może wynika to z faktu, że na początku zupełnie go skreśliłam, po czym jednak doszłam do wniosku, że The Lace Is On, to prawdziwa gwiazda jesiennej kolekcji Essie. Wkrótce pokażę Wam go z bliska :)

Pomadka ochronna Blistex, to kolejny powrót! Od października mam toaletkę, więc urządzając się zrobiłam wielki przegląd kosmetyczki i natknęłam się na tę pomadkę! Uwielbiam jej ciasteczkowy zapach, więc na jesień jest idealna! Jeśli chodzi o walory pielęgnacyjne, to zapraszam do recenzji kilku produktów Blistex TUTAJ.


No i mamy rodzynka wśród ulubieńców - otulający balsam do rąk z Pat&Rub, to mój absolutny ulubieniec tego miesiąca. Nosiłam ten krem w torebce i zawsze sięgałam po niego z największą przyjemnością! Jego cudowny zapach jest na tyle intensywny i zwracający uwagę, że wyczuli go nawet moi współpracownicy, posądzając ten zapach o rolę moich nowych perfum :) Więcej o nim pojawi się na blogu już wkrótce! :)

***
To by było na tyle! Wybaczcie, jeśli pisałam dziś jak potłuczona! :D Mimo ogromnej ochoty na napisanie tej notki wyjątkowo nie umiałam dobrać słów, dlatego nie rozpisywałam się zbyt obszernie! Jeśli chodzi o The Lace Is On oraz balsam otulający, to ich bliższe prezentacje z pewnością pojawią się na blogu w najbliższych dniach, dlatego zapraszam Was do regularnego zaglądania! :)

Znacie moich ulubieńców? Czy wpasowali się również i w Wasze potrzeby? :)
K.
Czytaj dalej

czwartek, 17 października 2013

Ulubieńcy września

Cześć Dziewczyny!

Nieee... Tytuł posta to nie pomyłka, naprawdę będziemy dziś podsumowywać ulubieńców września, a nie października, choć do jego końca nie zostało już zbyt wiele czasu. Jak zwykle - rychło w czas - przychodzę z moją uroczą gromadką faworytów z ubiegłego miesiąca :D


Pierwszym, chyba największym, ulubieńcem ubiegłego miesiąca okazała się dla mnie paletka Urban Decay Naked 2. Łączy mnie z nią prawdziwe love-hate relationship i cyklicznie, co jakiś czas albo ją kocham i nie używam nic innego, ale ze złością rzucam ją w kąt na kolejne kilka miesięcy. Nie wiem zupełnie od czego to zależy, ale tym razem przyszła pora na miłość, więc są ulubieńcy :)

W dalszej kolejności - a jakże - lakiery Essie. We wrześniu królowały u mnie jeszcze letnie odcienie, dlatego największe wrażenie wywarły na mnie prezentowane już na blogu The Girls Are Out i Sunday Funday - oba z kolekcji Naughty Nautical. A skoro o lakierach mowa, to nie sposób nie wspomnieć też o świetnym wysuszaczu, czyli Insta-Dri z Sally Hansen. Podejrzewam go o jedną wadę, ale poza tym ma wszystko to, czego czasami brakowało mi w Essie Good To Go (lub często w Seche Vite). Ładnie nabłyszcza lakier, świetnie wspomaga schnięcie lakieru i ma naprawdę bezproblemową aplikację :)

Wśród kolorówki wyróżniłam również mój nieśmiertelny róż z Alverde w kolorze Soft Pink, który w ubiegłym roku dostałam od Sylwii. Są tygodnie, kiedy nie sięgam po nic innego, więc to był prawdziwy strzał w dziesiątkę! Świetny, trwały róż w pięknym kolorze to jest to! :)

We wrześniu wróciłam też do stosowania podkładu Match Perfection z Rimmel, który bardzo dobrze spisuje się na mojej twarzy. Wprawdzie sam zostawia bardzo mokre i błyszczące wykończenie, ale zmatowiony dobrym pudrem (wiecie jaki jest mój faworyt, prawda? ;)) pozwala mu trwać na twarzy długie godziny i to w całkiem niezłym stanie, bez nadmiernej konieczności wykonywania dodatkowych zabiegów matujących.

Czymże byłby jednak makijaż, gdyby nie odpowiednia oprawa oka? :) We wrześniu z uporem maniaka sięgałam po dwa świetne produkty - tusz do rzęs Rimmel Lash Accelerator Endless i paletkę do brwi z Oriflame. Tusz pięknie podkreśla moje rzęsy, nadaje im ładny kolor i jest supertrwały! Natomiast odpowiednie okiełznanie paletki do brwi pozwala mi cieszyć się jako tako podkreślonymi brwiami (kwestia braku odpowiedniego kształtu, a nie braków paletki ;)), a dzięki temu też dobrze wykończonym makijażem ;) Tylko ich kształt mogłyby mieć jeszcze ładniejszy, ale to już nie leży w zakresie obowiązków samej paletki ;))


Nie byłabym sobą, gdybym w ulubieńcach nie wyróżniła produktów z Bath & Body Works. Pewnie już doskonale wiecie, że szaleję za tą marką, więc nie będzie dla Was niespodzianką, że jesień była dla mnie okazją do zmiany dotychczasowych letnich ulubieńców, czyli serii Pink Chiffon, Sweet Pea i Paris Amour, na cieplejsze i bardziej otulające zapachy, czyli serie Dark Kiss i Twilight Woods. Z tej pierwszej jestem mocno napalona na wodę toaletową, bo choć mam mgiełkę i balsam*, to jednak wiem, że zapach wody toaletowej jest jeszcze trwalszy, dłużej wyczuwalny i po prostu nieco mocniejszy. A poza tym lubię te prostokątne buteleczki :) Co do Twilight Woods, to nie ma w tym wyborze żadnej niespodzianki! Uwielbiałam tę serię już rok temu i tak samo uwielbiam ją tej jesieni! Z obawą tylko obserwuję coraz to bardziej opróżniające się buteleczki balsamu* i wody toaletowej ;)

*niekosmetycznie - uwielbiam konsystencję tych balsamów za to, że wystarczy nimi wstrząsnąć, żeby osiadły na ścianach buteleczki i wyglądały na zdjęciach jak pełne, mimo, że nie mam już co najmniej połowy :D


Produkty Pat & Rub przez długi czas darzyłam dość obojętnymi uczuciami. Czytałam Wasze recenzje, obserwowałam z lekkim dystansem cały ten szał i zastanawiałam się o co ten szum, aż w końcu, po udanym doświadczeniu z kosmetykami, otrzymanymi na Igraszkach Kosmetycznych, zdecydowałam się popełnić małe zamówienie na stronie. Wśród kupionych kosmetyków znalazły się dwa balsamy do rąk - jeden z linii otulającej (karmel, wanilia, cytryna) i drugi z linii rewitalizującej (żurawina, cytryna). Nie będę się rozpisywać tu o ich zapachach i właściwościach, bo każdy z nich zasługuje na oddzielną notkę, ale na pewno muszę wspomnieć, że jestem bardzo zadowolona z ich działania na moją skórę i nie żałuję ani jednej wydanej złotówki! Na pewno skuszę się również na inne wersje tych produktów, a póki co odnawiam jeszcze znajomość z wersją Home Spa, której hojną odlewkę miałam kiedyś od Hexx, a który teraz mam również w pełnowymiarowej wersji :)

***

Jak podobają się Wam moi wrześniowi ulubieńcy? Znacie ich? Lubicie któreś z wyróżnionych produktów tak bardzo, jak ja? :)
K.
Czytaj dalej

środa, 4 września 2013

Ulubieńcy sierpnia

Cześć Dziewczyny!

Sierpień za nami, wrzesień przywitał nas chłodnym przypomnieniem, że jesień już za pasem, ale ja jeszcze trochę powspominam lato. Dzisiaj pora na ulubieńców ubiegłego miesiąca! :)

Zanim jednak o ulubieńcach, chciałabym zaznaczyć, że nowy szablon na blogu jest w całości dziełem Agaty z bloga Agata bloguje, której bardzo mocno dziękuję! Może dzięki tym różowo-fioletowym barwom uda mi się zatrzymać lato choć na parę tygodni dłużej :)))


Nie przedłużając - zacznijmy od kolorowych ulubieńców, ponieważ tych, jak zwykle, uzbierało się najwięcej. Jest wśród nich kilka nowości, więc pomyślałam, że dorzucę od razu swatche produktów kolorowych, jeśli jeszcze nie pojawiły się one na blogu :)


Jeśli chodzi o róże, w sierpniu sięgałam wymiennie po trzy produkty - na urlopie był to róż Bell (prawdopodobnie numer 12, wersja z Biedronki :)), po urlopie - Cabana Boy z TheBalm, natomiast pod koniec miesiąca, najczęściej wybierałam Hervanę z Benefitu. Każdy z nich posiadam już dłuższy czas i o ile TheBalm i Benefit wracają do łask co jakiś czas, tak róż z Bell zdobył moje serce dopiero teraz. Choć nie jest pozbawiony wad, to jednak mocno przypadł mi do gustu i chętnie sięgam po niego, jeśli nie zależy mi na super trwałym makijażu, ponieważ jest to dość delikatny kolor, który w miarę upływu dnia przestaje być widoczny na mojej skórze. Mimo to mocno go polubiłam, a skojarzenia związane z jego użytkowanie podczas bardzo udanego urlopu działają tylko na plus ;))


Na zdjęciu powyżej możecie zajrzeć do środka produktów oraz zobaczyć jak wyglądają na skórze. Swatche wyszły dość delikatnie, ale na twarzy produkty nałożone pędzlem są odrobinę bardziej intensywne.


W sierpniu wyjątkowo chętnie sięgałam po kolorowe pomadki. Odkąd w mojej kosmetyczce znalazły się pomadki Color Whisper z Maybelline prawie się z nimi nie rozstaję. Całkiem słusznie uległam całemu temu szałowi na nie, ponieważ idealnie wpisują się w moje upodobanie do półprzezroczystych kolorów. Postawiłam na nieco fioletowy Oh La Lilac oraz delikatny brudny róż Lust for Blush, który jest jednym z hitowych kolorów tej serii. Pomadki Color Whisper nadają ustom widoczny kolor, ale jednocześnie nie jest on zbyt intensywny, dlatego pomadki nadają się nawet na co dzień, niemal w każdej sytuacji. Kiedy jednak miałam ochotę na wyraźny kolor na ustach, to wtedy sięgałam po przepiękną szminkę o numerze 103 z serii matowych szminek Rimmel by Kate. Na początku ta czerwona seria nie wywarła na mnie wrażenia, a teraz mam 4 z 5 dostępnych kolorów... No cóż, tylko krowa nie zmienia zdania ;)


O cieniach z kolekcji Me & My Icecream od Esscence pisałam całkiem niedawno. W TYM poście znajdziecie również swatche wszystkich trzech cieni z tej kolekcji. W ubiegłym miesiącu upodobałam sobie szczególnie Cone Head (beżowo-fioletowy) oraz Always On My Mint (miętowo-złoty). Świetnie sprawdzały się w duecie z matowym brązem!

Po urlopie wróciłam trochę opalona, więc siłą rzeczy, wszystkie moje podkłady zrobiły się dla mnie zbyt jasne. Nie chciałam kupować nic nowego, więc zerknęłam na to, co już miałam - i tym sposobem dokopałam się do używanego już kiedyś podkładu City Matt z Lirene. Wcześniej nie byłam nim zachwycona i mimo, że trudno mi było mu coś zarzucić, to jednak nie pokochałam go. Tym razem okazał się być dla mnie naprawdę dobrym produktem. City Matt, w duecie z niezastąpionym Maybelline Dream Matte Powder, bardzo dobrze trzyma mat na mojej skórze, całkiem nieźle się trzyma i - co najważniejsze - nie ciemnieje, ani nie pomarańczowieje w ciągu dnia! Jest bardzo ok! :)


W sierpniu liczyły się tylko dwa lakiery - Cocktail Passion od Rimmel (swatche TU), który królował na paznokciach u rąk oraz ukochany Splash of Grenadine (swatche TU), który tym razem wylądował na stopach. Oba kolory uwielbiam i chętnie do nich wracam! :)


Starczy już tej kolorówki, prawda? :) Pora przyjrzeć się kilku wyróżnionym przeze mnie produktom pielęgnacyjnym! Właściwie mogłabym tu powielić ostatnich ulubieńców, w szczególności kremy z Pharmaceris i Sanoflore, ale nie chcę się powtarzać, więc pokażę Wam tylko nowych ulubieńców (i jednego nowego-starego) :)


Peeling do ust Bubblegum z Lush to naprawdę świetny gadżet, którego walory pielęgnacyjne (i smakowe!) są naprawdę warte uwagi! Sądzę, że dzięki niemu naprawdę zacznę dbać o regularne peelingowanie ust, dzięki czemu nawet dość wymagające matowe pomadki zaczną w końcu wyglądać na moich ustach elegancko :)

Maska do twarzy Catastrophe Cosmetic z Lush, to jest mój hit-hitów, jeśli chodzi o oczyszczanie twarzy! Wszystkie zachwyty na jej temat pojawiły się już w TYM poście, więc nie będę ich powielać. Powiem tylko tyle - MUST HAVE!

Oba produkty Lush dostałam od mojej ukochanej Przyjaciółki Stefanii, której po raz setny dziękuję z całego serca! :) :*


Parafinowy krem do rąk z Lirene to bardzo przyjemne zaskoczenie! Nie wiem dlaczego, ale byłam mocno uprzedzona w stosunku do tego produktu i, mimo ogromnej sympatii, jaką darzę kremy do rąk z czerwonej linii, zostawiłam go sobie jako ostateczność. Kiedy w końcu wykończyłam większość kremów, które nadawały się do pracy, wyciągnęłam ten produkt z zapasów. Okazało się, że wszelkie moje uprzedzenia były zupełnie niesłuszne, ponieważ krem przyjemnie otula dłonie warstwą ochronną, która dobrze się wchłania, nie zostawia tłustego filmu i przyzwoicie nawilża moje dłonie. Bardzo dobrze radzi sobie zwłaszcza w starciu moje dłoni kontra sterta papierów ;)

Woda termalna Uriage, która również znalazła się wśród ulubieńców, to efekt Waszych blogowych zachwytów nad tym produktem! Byłam jej niesamowicie ciekawa, ale przez większość czasu odkładałam ten zakup. Wcześniej miałam wodę termalną z Avene, ale nie byłam nią oczarowana. Natomiast Uriage z miejsca zdobyła moje serce! Nie tylko rozpyla na buzi prawdziwą mgiełkę, ale i naprawdę mam wrażenie, że moja skóra jest jakby odrobinę bardziej nawilżona, a kiedy tego potrzebuje - również ukojona. Myślę, że ta znajomość ma szansę przerodzić się w regularny związek ;)

***
Jak widzicie, po raz kolejny grono moich ulubieńców jest całkiem liczne, a i tak oszczędziłam Wam ględzenia o ulubieńcach, których mogłabym pokazywać w każdym poście z tej serii, czyli m.in. paletki Sleek Oh So Special czy pudru matującego Dream Matte Powder z Maybelline :)

Miałyście już okazję poznać moich ulubieńców i przetestować ich na sobie? Czy któryś z tych produktów również i Wam tam mocno przypadł do gustu, jak i mi? :)
K.
Czytaj dalej
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Blog template designed by SandDBlast