Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sanoflore. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sanoflore. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 10 marca 2014

Największe denko świata, czyli czteromiesięczny zbiór pustaków :)

Cześć Dziewczyny!

W końcu zebrałam się na odwagę, żeby zabrać się za rozprawienie się z pustymi opakowaniami z ubiegłego roku, a konkretniej z ostatnich czterech miesięcy 2013 roku... O ile nadrabianie nowości nie ma po takim czasie większego sensu, bo większość z nich albo już pojawiła się na blogu, albo jeszcze się na nim pojawi, tak w przypadku denkowego posta, to już ostatni dzwonek, żeby dać Wam znać co sądzę o produktach, które zużyłam w całości, a które nie zawsze zasługują na pełną recenzję.


Żeby nie było za długo i zbyt nudno, to postaram się omówić każdy z produktów w miarę zwięźle - i tak darowałam już sobie próbki i odlewki... :D Tym razem nie wskazuję następców, bo po takim czasie naprawdę nie pamiętam już jak to dokładnie wyglądało... ;)

Pierwsza partia zdjęć była robiona jeszcze starym aparatem, gdzieś w listopadzie, więc jakościowo są takie sobie, ale tym razem liczy się przede wszystkim treść, więc jestem pewna, że wybaczycie mi te kilka mniej urodziwych zdjęć :)



1./2. Żele pod prysznic Plum & Maple Syrup; Dragon Fruit & Capsicum; Original Source (250ml; ok.8-9zł).
Żele z Original Source co jakiś czas przewijają się na moim blogu, co tylko potwierdza to, że chętnie po nie sięgam i regularnie do nich wracam. Podoba mi się to, że marka co jakiś czas wypuszcza sezonowe nowości i każda z nich prędzej czy później trafia w moje ręce. Odpowiadają mi zarówno ich właściwości, jak i zapachy. Żele dobrze oczyszczają moją skórę, ale jej nie wysuszają :)


3. Multifunkcyjny balsam do ciała 10w1 BB Beautiful Body; AA (400 ml; ok. 15zł).
Mam wrażenie, że już coś pisałam na temat tego balsamu, ale nie mogłam znaleźć tej wzmianki. W każdym razie balsam okazał się być bardzo przyzwoitym smarowidłem, może nawet nieco zbyt treściwym, jak dla mnie. Dobrze nawilżał skórę moją i mojego faceta, a przy tym miał stosunkowo neutralny zapach. Momentami dawało się wyczuć w nim nutę charakterystyczną dla produktów z mocznikiem, ale nie było to zbyt uciążliwe. Pod koniec korzystania z produktu opakowanie stało się nieco uciążliwe, ponieważ produkt ma dość gęstą konsystencję i coraz trudniej było go wydostać. Później korzystałam z innej wersji, a teraz przez pewien czas nie planuję powrotu.

4. Płyn do higieny intymnej; Facelle (300 ml; ok.7zł).
Ten płyn z pewnością jest dobrze znany większość z Was. Swego czasu robił furrorę na blogach jako produkt do mycia ...wszystkiego. Ja stosowałam go dwojako - albo zgodnie z przeznaczeniem, albo jako łagodny produkt do oczyszczania włosów. Płyn Facelle jest pozbawiony SLS/SLES, dzięki czemu nie podrażnia ani miejsc intymnych, ani skóry głowy w przypadku stosowania go zamiast szamponu. U mnie sprawdził się bardzo dobrze! Polubiłam go, więc jeszcze nie raz pojawi się na mojej półce.


5. Dwufazowy płyn do demakijażu; Balea (100ml, ok. 10zł przez internet).
Po wakacjach zrobiłam większe zamówienie na stronie Kokardi i zamówiłam m.in. ten płyn do demakijażu. Od pewnego czasu niemal całkowicie porzuciłam micele i stosuję głównie dwufazówki, a o tej czytałam trochę dobrych rzeczy, więc miałam ochotę ją wypróbować. Choć produkt nie jest zły, to jednak doszłam do wniosku, że nie jest na pewno na tyle dobry, żeby bawić się z sprowadzanie go lub zamawianie przez internet. Niby wszystko dobrze zmywał, niby nie zostawiał przesadnie tłustej warstwy, ale dwufazówka z Lirene i tak bije go na głowę i to tego produktu zamierzam się trzymać. Powrotu do Balea nie planuję.

6. Orzeźwiający krem przeciw niedoskonałościom; Sanoflore (50ml; ok.50 zł).
Ten krem urzekł mnie przede wszystkim naturalnym składem, potwierdzonym certyfikatem EcoCert i z tego względu zdecydowałam się na zakup. Produkt dobrze się sprawdził na mojej skórze, całkiem nieźle utrzymywał ją w ryzach. Nie był szczególnie pomocy w kwestii ograniczenia przetłuszczania skóry, ale za to pomagał w gojeniu się wyprysków i częściowo pewnie zapobiegał ich pojawianiu się w innych miejscach twarzy poza brodą. Byłam z niego zadowolona, więc nie wykluczam powrotu.

7. Nawilżająco-rozjaśniający krem pod oczy Wrażliwa Natura; AA (15ml, ok.15 zł).
Krem, którego używałam z niemała przyjemnością - dobrze sobie radził z nawilżeniem delikatnej skóry wokół oczu i dbał o jej kondycję. U mnie nie rozjaśniał jakoś szczególnie skóry, ale też nie mam z tym większych problemów. Nie wiem tylko, czy nadal jest dostępny, bo ostatnio zniknął mi z widoku. Jeśli go znowu spotkam, to bardzo możliwe, że ponowię zakup. Więcej napisałam o nim TUTAJ.


8. Nawilżająca odżywka do włosów suchych i zniszczonych; Isana (300ml; ok.6 zł).
Zużyłam ją już tak dawno temu, że nie pamiętam zbyt wiele swoich wrażeń na jej temat, ale jedno jest pewne - nie zastąpi mi odżywki z olejem babassu, która była rewelacyjna! Ta jest po prostu przyzwoita. Nawilżenie włosów po jej użyciu było ok, nie były splątane, nie puszyły się, ale niczym szczególnym mnie nie ujęła. Wszystko było po prostu przyzwoite, bez fajerwerków, dlatego nie wiem, czy skuszę się na nią ponownie.

9. Szampon do włosów pozbawionych blasu; Shine Boost; Syoss (500ml; ok.15zł).
Do tego szamponu wracamy z moim facetem na okrągło. To on korzysta z niego regularnie, ale ja mu go co jakiś czas podkradam, bo nie dość, że dobrze oczyszcza włosy i skórę głowy, nie podrażnia, to jeszcze pięknie pachnie i jeszcze zdaje się naprawdę nieco nabłyszczać włosy. Mój facet nie chce używać innego, a ja z chęcią mu go kupuję, więc jest to stały bywalec w naszej łazience :)


10. Jedwab do włosów; CHI (15ml; 10zł).
Ten jedwab kupiłam u mojej fryzjerki jakiś czas temu i chyba tylko w salonach kosmetycznych jest dostępny stacjonarnie. Mimo, że to ten sam producent, co w przypadku jedwabiu Biosilk (Farouk), to CHI jest o niebo lepszy jeśli chodzi o skład, ponieważ nie zawiera alkoholu, który na dłuższą metę zamiast chronić końcówki, jeszcze mocniej je wysusza. Gdyby CHI był łatwiej dostępny, kupowałabym go znacznie częściej, bo bardzo lubię jego działanie - świetnie zabezpiecza końcówki włosów i pomaga je nieco okiełznać. Na pewno jeszcze nie raz do niego wrócę.

11. Suchy szampon Batiste (50ml; ok.8 zł).
Ta miniaturka Batiste, to mój pierwszy kontakt z tymi szamponami i od razu udany! Co tu dużo gadać - nie wyobrażam sobie już funkcjonować bez Batiste, bo ratują mnie zawsze wtedy kiedy nie mam czasu na mycie klapniętych i lekko tylko nieświeżych włosów. Więcej napisałam w obszernej recenzji wszystkich wersji Batiste, które przetoczyły się przez moje ręce - KLIK.


12./13/14. Żele pod prysznic Raspberry&Vanilla, Orange&Liquorice, Mango&Macadamia; Original Source (250 ml; ok.8 zł).
Jak już wspomniałam w pierwszym punkcie tego megadenka - do żeli Original Source po prostu lubię wracać i chętnie sięgam po kolejne wersje. Następne trzy puste opakowania tylko dowodzą tego, że nie kłamałam... :)


15. Szampon do włosów suchych; Miracle Moist; Aussie (300 ml; ok.25 zł).
Ten szampon wywarł na mnie umiarkowane wrażenie. Chociaż dobrze oczyszczał i - o dziwo - nie podrażniał skóry głowy, to jednak w moim przypadku nie wyróżnił się na tyle, żeby usprawiedliwić jego wysoką cenę. Było przyjemnie, ale powrotu nie planuję. Więcej napisałam w recenzji - TUTAJ.

16. Szampon wzmacniający do włosów osłabionych; H-Keratineum; Pharmaceris (250 ml; ok.25 zł).
Za to cenę tego szamponu jest w stanie w pełni zrozumieć! Nie tylko dobrze oczyszczał włosy i skórę głowy, ale też przyczynił się u mnie do znacznego ograniczenia wypadania włosów oraz złagodzenia swędzenia skóry głowy, które od czasu do czasu zdarzało mi się na czubku głowy. Regularne stosowanie tego szamponu pomogło mi się niemal całkowicie pozbyć tej dziwnej przypadłości. Spodobał mi się na tyle, że już mam jedną buteleczkę w zapasie!


17. Krem do mycia ciała o zapachu wanilii; Lirene (400ml; ok.14 zł).
Ten produkt okazał się być naprawdę świetnym wyborem na jesienno-zimowe dni, ponieważ przyjemnie pachniał wanilią, a do tego okazał się być bardzo przyzwoitym produktem oczyszczającym. Dobrze mył i nie wysuszał mojej skóry. W kolejce czekają dwie inne wersje zapachowe, więc postaram się napisać im za jakiś czas wspólną recenzję :)

18. Balsam z papają; Youngy; Lirene (400ml; ok.15 zł).
Te balsamy pokochaliśmy z moim facetem od pierwszego użycia! Dobrze nawilżają skórę (choć dla bardzo suchych skór, to może być za mało!), ale nie zostawiają ciężkiej, tłustej warstwy. Szybko się wchłaniają i przepięknie pachną! W międzyczasie zdążyliśmy wykończyć też wersję z mango, a pozostałe dwie czekają już w kolejce. Na pewno na stałe zadomowią się w naszej łazience!

19. Aktywny balsam antycellulitowy; Stop Cellulit; Lirene (250ml; ok.13 zł).
To już moja druga butla tego balsamu, a trzecia czeka w kolejce. Nie jest to żaden produkt cud, ale lubię po niego sięgać trochę dla spokoju ducha. Sprawdza się lepiej, niż seria MaXSlim, ale wiadomo, że bez ćwiczeń efekty nie będą zbyt spektakularne. Dobrze wygładza skórę i nawilża strategiczne partie ciała, ale do prawdziwego działania antycellulitowego potrzeba więcej chęci i aktywności z naszej strony.


20./21./22./23. Mydła w piance do mycia rąk; Bath & Body Works (259 ml; cena regularna - 29 zł).
Uwielbiam pianki z BBW i jak widać regularnie przewijają się one przez moją łazienkę. W moim przypadku raczej nie zdarza się, żeby wysuszały mi dłonie, dużo bardziej widzę to, gdy stosuję zwykłe mydła w płynie, ani nie powodują nieprzyjemnego uczucia ściągnięcia skóry. Raczej nie kupuję ich w regularnej cenie, tylko korzystam z różnego rodzaju promocji lub wyprzedaży. Aktualnie ponownie korzystam z wersji Sea Island Cotton.


24. Balsam do ciała Twilight Woods; Bath & Body Works (236 ml; aktualnie cena regularna wynosi 49 zł).
Uwielbiam te balsamy do ciała, ponieważ naprawdę dobrze nawilżają moje ciało, choć tutaj zawsze podkreślam, że nie mam problemów z przesuszającą się skórą. Dla mnie nawilżenie jest na wysokim poziomie i większego zwyczajnie raczej nie potrzebuję. Balsamy sprawdziły się nawet zimą, kiedy sezon grzewczy i mrozy potrafią dać skórze w kość. Sięgam po nie bardzo chętnie przez cały rok i zazwyczaj wybieram wersję zapachową odpowiednią do wody toaletowej, po którą sięgam danego dnia, a to właśnie Twilight Woods był jednym z najczęściej wybieranych przeze mnie zapachów :) W tej chwili mam balsam potrójnie nawilżający z tego samego wariantu zapachowego.

25. Żel pod prysznic Twilight Woods; Bath & Body Works (295 ml; aktuanie cena regularna wynosi 49 zł).
Żel z tej samej linii zapachowej, co wyżej opisywany balsam również mocno przypadł mi do gustu. Nie tylko intensywnie pachniał, ale też dobrze oczyszczał skórę i nie wysuszał jej. Cena jest mocno wygórowana, zwłaszcza po podwyżce, dlatego wrócę do niego tylko, jeśli upoluję go w jakiejś dużej promocji. Szkoda, że BBW idzie z cenami w bardzo złą stronę, bo trochę mnie to hamuje przed kolejnymi zakupami, no ale to nie jest temat na denkowy post... ;)

26. Balsam do ciała Dark Kiss; Bath & Body Works (236 ml; aktualnie cena regularna wynosi 49 zł).
Właściwie o właściwościach tego balsamu mogłabym napisać to samo, co o Twilight Woods. Po prostu Dark Kiss, to kolejny z moich ulubionych zapachów na jesień i zimę. Już mam kolejną buteleczkę, bo po prostu kocham ten zapach! :)

27. Żel antybakteryjny; Paris Amour; Bath & Body Works (29ml; ok.8 zł).
Bardzo polubiłam żele antybakteryjne z BBW za to, że nie pachną alkoholem tak, jak żele innych firm. Tutaj naprawdę czuć przyjemny zapach, a działanie antybakteryjne jest zachowane. Plusem jest duży wybór wariantów zapachowych i częste promocje na kilka sztuk żeli. Teraz noszę w torebce inną wersję - Carribean Escape. Więcej o żelu Paris Amour napisałam TUTAJ.


28. Otulający balsam do rąk; Pat&Rub (100 ml; 45 zł).
Absolutny strzał w 10! Dla mnie ten balsam okazał się naprawdę hitem i bardzo chętnie po niego sięgałam! Bardzo dobrze dbał o kondycję moich dłoni, świetnie je nawilżał i odżywiał, zapobiegał zimowym przesuszeniom, a do tego cudownie pachniał! W końcu połączenie w którym cytryna jest nieco stłumiona słodkim karmelem i wanilią - bardzo niebanalne, a jednocześnie bardzo udane połączenie. Więcej napisałam w recenzji TUTAJ. Już mam kolejne opakowanie i cieszę się, że linia otulająca zostaje w ofercie Pat&Rub na stałe! :)

29.Parafinowy krem do rąk; Lirene (100 ml; ok.8 zł).
Kolejny bardzo udany krem do rąk, tym razem z innej półki cenowej, niż Pat&Rub. Muszę szczerze przyznać, że te dwie marki są moimi ulubionymi, jeśli chodzi o kremy do rąk i rzadko sięgam teraz po inne firmy. Krem z Lirene sprawdził się rewelacyjnie jako krem ochronny do dłoni, szczególnie w pracy! Może nie nawilżał zbyt spektakularnie, ale za to świetnie chronił delikatną skórę przed zacięciami od papieru i innych tego typu biurowych predatorów :D Na pewno jeszcze do niego wrócę! Więcej przeczytacie w recenzji TUTAJ.

30. Rumiankowy krem do rąk; Isana (100ml; ok.5 zł).
Z kremami Isany łączą mnie różne relacje - niektóre z wersji limitowanych uwielbiałam, inne nienawidziłam, a te ze stałej oferty troszeczkę pomijam. Do tej pory faworytem była wersja z mocznikiem, natomiast wersja rumiankowa była po prostu ok. Krem umiarkowanie nawilżał skórę, ale trzeba mu było dać chwilę, żeby się wchłonął. Nic specjalnego, ale może go jeszcze kupię, bo to jedyny krem, którego nie bał się dotknąć mój facet ;)


31. Dwufazowy płyn do demakijażu oczu; Lirene (125ml; ok.12 zł).
Kiedyś wręcz nienawidziłam płynów dwufazowych i do demakijażu używałam tylko i wyłącznie płynów micelarnych, ale odkąd pierwszy raz wpadł mi w ręce płyn z Lirene, nagle okazało się, że dwufazówki nie są już tak kiepskie, jak te, których kiedyś używałam. Na początku po prostu go polubiłam, więc kiedy potrzebowałam kupić dwufazówkę, które poradzi sobie w wakacje z demakijażem wodoodpornego tuszu do rzęs, sięgnęłam ponownie po Lirene. W międzyczasie sprawdzałam jeszcze inne płyny i trafiały się różne, ale Lirene dosłownie pokochałam, bo ekspresowo radzi sobie z każdym makijażem, a przy tym nie podrażnia oczu i nie zostawia przesadnie tłustej warstwy, no i co najważniejsze - nie mgli oczu :) Dla mnie to teraz must have - wracam do tego płynu na okrągło, nawet teraz zużywam kolejną buteleczkę! Więcej przeczytacie w recenzji KLIK :)

32. Maska oczyszczająca Catastrophe Cosmetic; Lush (75g; ok. 7 funtów).
Ta maska, to mój lushowy hit. Zamawiam ją kiedy tylko trafi mi się możliwość, bo żadna inna maska nie oczyszcza i nie rozjaśnia mojej skóry tak pięknie, jak ta! Więcej przeczytacie w recenzji - KLIK! :)

33. Antybakteryjny żel myjący Siarkowa Moc; Barwa (120ml; ok.15 zł).
Żel był całkiem przyzwoitym produktem oczyszczającym i generalnie nieźle się sprawdził na mojej cerze, ale szybko zaczął mnie drażnić jego zapach. Było miło, ale raczej więcej się nie spotkamy. Zapraszam do przeczytania konkretów w recenzji - KLIK ;)

34. Tonik nawilżający-oczyszczający; Lirene (200ml; ok.12 zł).
To mój absolutny faworyt, jeśli chodzi o toniki! Sięgam po różne tego typu produkty, ale ostatecznie i tak zawsze wracam do tego! Świetnie orzeźwia skórę, pięknie pachnie i daje poczucie czystej skóry (oczywiście po uprzednim dokładnym demakijażu). Niweluje uczucie ściągnięcia po myciu twarzy i dobrze przygotowuje ją na przyjęcie kremu. W użyciu mam teraz kolejną butelkę! A wszystkie zachwyty przeczytacie w recenzji - KLIK :)

35. Lekki krem głęboko nawilżający; Vita-Sensilium; Pharmaceris (50ml; ok.35-40 zł).
To mój kolejny hit, jeśli chodzi o pielęgnację! Uwielbiam ten krem pod każdym względem! Świetnie nawilża moją mieszaną cerę, a jednocześnie nie prowokuje jej do zwiększonego wydzielania sebum, właśnie dzięki temu, że utrzymuje jej prawidłowe nawilżenie. Daje mi wyraźne poczucie ulgi zawsze wtedy, kiedy moja skóra potrzebuje większej czułości i utrzymuje ją w dobrej kondycji, nawet jeśli jestem chora. Aktualnie zużywam już trzecie opakowanie. Wszystko o tym kremie napisałam w recenzji TUTAJ.


36. Krem złuszczająco-zmiękczający na zniszczone pięty; Propodia (40 ml; ok.15-20 zł).
Kupiłam ten krem z myślą o złuszczeniu nagromadzonego na piętach zgrubiałego naskórka, ale dopiero skarpetki złuszczające poradziły sobie z tym problemem. Myślę, że to kwestia odpowiedniego stężenia kwasów, a w kremie nie jest ono przecież odpowiednio wysokie. Na pewno jego zaletą było to, że dosyć szybko nawilżał i natłuszczał stopy na tyle, że większość suchych miejsc, po kilku aplikacjach, przestawała być widoczna. Nie jestem ani na tak, ani na nie i naprawdę nie wiem, czy jeszcze wrócę do tego produktu.

37. Zmywacz Nail Art; Essence (150 ml; ok.8 zł).
Kupiłam ten zmywacz z polecenia Mani i byłam z niego w miarę zadowolona. Rzeczywiście nie wysuszał skórek ani paznokci, więc pewnie będę do niego wracać raz na jakiś czas, bo zmywacz z Isany jest dobry, ale czasem warto zrobić sobie od niego przerwę, bo ma paskudną tendencję do przesuszania paznokci. Niestety zmywacz z Essence wymaga trochę cierpliwości, bo - jak to ze zmywaczami bez acetonu - chwilę trwa zanim całkiem rozpuści lakier i ściągnie go z paznokci.


38. Woda toaletowa Forever Red; Bath & Body Works (miniaturka).
Tę miniaturkę dostałam dawno, dawno temu do przetestowania i przyznam się szczerze, że bardzo mocno ją oszczędzałam, bo zapach baaaardzo mocno przypadł mi do gustu i mam naprawdę ogromną ochotę na jego pełnowymiarową buteleczkę. Pewnie prędzej czy później skuszę się na ten zapach, bo to zdecydowanie moja bajka - ciepły, otulający i bardzo zmysłowy! :)

39. Puder matujący Dream Matte Powder; Maybellie (ok.35-40 zł/szt.).
To był mój ukochany puder matujący z tych dostępnych w drogerii, ale niestety wszystko wskazuje na to, że marka postanowiła wycofać go z produkcji. Żałuję, bo to naprawdę rewelacyjny produkt, który zapewniał mi matową cerę na długie godziny!

40. Bibułki matujące; Marion (ok. 12 zł).
Kupiłam te bibułki w zastępstwie tych dotychczas używanych z Beauty Formulas, ale niestety były mocno średnie. Owszem, matowiły skórę, ale mam wrażenie, że niestety ścierały z twarzy makijaż. Nie zamierzam do nich wracać, chyba wypróbuję polecane bibułki z Inglota.


41. Krem pod oczy z dziką różą; Alterra (15ml; ok.12zł).
Tego kremu niestety nie zużyłam w całości, bo używałam go u mamy, a w międzyczasie właściwie całkowicie przeprowadziłam się do mojego faceta, a krem stosowałam coraz rzadziej, aż w końcu minął termin... ;) Tak czy inaczej, był całkiem niezły, choć nieco denerwowała mnie jego rzadka konsystencja, to jednak dobrze nawilżał okolice oczu i sądzę, że również nieźle je odżywiał. W tej chwili produkt jest już wycofany.

42. Żel pod oczy ze świetlikiem i bławatkiem; Flos-Lek (15ml; ok.8-10zł).
I tu sytuacji wygląda jak powyżej - nie zużyłam całego produktu, ale zużyłam znaczną jego większość. Bardzo lubiłam z niego korzystać, szczególnie rano, po całonocnym leżakowaniu produktu w lodówce :) Bardzo dobrze nawilżał skórę, a schłodzony świetnie ją pobudzał i sprawiał, że wszelkie opuchnięcia bardzo szybko się redukowały. Myślę, że jeszcze nie raz będę do niego wracać.

***
Uff! W końcu uporałam się z tym megadenkiem! Teraz już tylko zostało mi nadrobić styczeń i luty, ale one - tym razem na szczęście - nie były aż tak obfite, więc powinno pójść znacznie szybciej... ;))

Dajcie znać, jeśli miałyście do czynienia z którymś z moich "pustaków" :)
K.
Czytaj dalej

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Ulubieńcy lipca

Cześć Dziewczyny!

Przychodzę do Was dzisiaj z ulubieńcami lipca! Wiem, wiem - rychło w czas, ale skoro i tak już mam zdjęcia, to czemu by pominąć ten element comiesięcznych podsumowań? :) Lubię zaglądać do Waszych postów ulubieńcowych, więc myślę, że i mój, pomimo spóźnienia, spotka się z Waszy zainteresowaniem :)


Jak zwykle, wśród moich ulubieńców znalazła się liczna reprezentacja kolorówki, ale był to również miesiąc, w którym bardzo chętnie sięgałam po stałą gromadkę produktów pielęgnacyjnych.


W lipcu szczególnie chętnie sięgałam po masełko do ust z Revlon w kolorze Sweet Tart, które sprawdza się u mnie zarówno jako produkt, który tylko delikatnie podkreśla usta, jak i taki, który podkreśli je mocniej, jeśli tylko nałożę produkt grubszą warstwą. Moja opinia o tym produkcie znalazła się już w TYM poście.

Essie Lilacism, to lakier, w którym naprawdę świetnie się czuję. Na paznokciach wygląda bardzo elegancko, a jednocześnie delikatnie. Jeszcze nie pokazywałam go na blogu, ale nic straconego! Zdjęcia już czekają na obróbkę! :)

Kolejnym ulubieńcem jest odżywka nawilżająca Nourish Me, również od Essie. To już moja druga buteleczka! Póki co, to właśnie ta odżywka najlepiej działa na moje paznokcie, więc tym chętniej do niej wróciłam, choć staram się również wspomagać moje paznokcie olejowaniem, ale jak na razie nie jestem w tym zbyt regularna, dlatego poprawa kondycji moich paznokcie, to raczej w dużej mierze zasługa Nourish Me. Zresztą to już nie pierwszy raz, kiedy zauważam znaczącą zmianę po miesięcznym stosowaniu tej właśnie odżywki.


Puder Maybelline Dream Matte Powder, to już stały punkt moich ulubieńców! Świetnie matuje moją cerę, pozwalając mi czuć się bardzo pewnie. W lusterko zerkam dopiero około 5h po wykonaniu makijażu, nawet wtedy zwykle wystarcza zastosowanie bibułki matującej, żeby moja cera ponownie stała się matowa.

Róż Down Boy z TheBalm, to już mój ulubieniec wszechczasów! Jest moim pewniakiem - wiem, że zawsze pasuje mi do każdego makijażu i że nie zrobię sobie nim krzywdy nawet w pośpiechu. Co dużo gadać, nie pierwszy raz widzicie go w ulubieńcach :)

Kiedy tylko złapałam trochę słońca, chętnie sięgnęłam po innego ulubieńca z TheBalm, czyli róż Hot Mama, który pięknie ożywia moją cerę, zwłaszcza kiedy ta się odrobinę opali. Według mnie, to wyjątkowo wakacyjny produkt - i zawsze wtedy najchętniej po niego sięgam, choć oczywiście jest odpowiedni również na inne pory roku.

Idealnym uzupełnieniem różu Down Boy jest zawsze rozświetlacz Mary-Lou Manizer, a jakże, również z TheBalm. To absolutnie najlepszy rozświetlacz na świecie. Bardzo uniwersalny, ma kolor chłodnego złota i pięknie rozświetla cerę, tworząc idealną taflę.


W upalne dni, szczególnie chętnie sięgałam po mgiełkę i balsam do ciała Capri Seaside Citrus z włoskiej kolekcji Bath & Body Works! Przyjemny, cytrusowy, choć delikatnie ostrawy zapach, świetnie orzeźwiał w upalne dni, więc to przede wszystkim na ten zapach postawiłam podczas urlopu. Zastanawiałam się wcześniej nad kupnem jakiejś cytrusowej wody toaletowej, ale balsam, uzupełniony mgiełką, której aplikację mogę ponawiać w ciągu dnia, w zupełności mi wystarczyły! Teraz ten zapach już zawsze będzie mi się kojarzyć z wakacjami i jednym z najbardziej relaksujących urlopów :)


Urlop, urlopem, ale do pracy też chodzić trzeba. Mimo sporego wyboru (coraz większego) zapachów z Bath & Body Works, w lipcu szczególnie chętnie sięgałam po Pink Chiffon - i to w zwielokrotnionym wydaniu! Z okazji imienin, moja "teściowa" i mój "szwagier" sprezentowali mi m.in. wodę toaletową Pink Chiffon, czym trafili w 10! Od tej pory niemal nie rozstaję się z tym zapachem, dlatego po kąpieli wcierałam w siebie balsam z tej linii zapachowej, później spryskiwałam się wodą, a w ciagu dnia, kiedy chciałam wzmocnić zapach, sięgałam po mgiełkę. Cieszę się, że zdecydowałam się na miniaturkę (która wcale taka mała nie jest), bo dzięki temu wcale nie odczuwam jej jako ciężaru w torebce, a moim ulubionym zapachem mogę się cieszyć przez cały dzień :)


Orzeźwiający krem-fluid przeciw niedoskonałościom od Sanoflore, to moje lipcowe odkrycie! Stosuję go na noc, żeby dbał o moją cerę swoimi naturalnymi składnikami i radzi sobie z tym całkiem nieźle! Poza sporadycznymi wypryskami, moja cera ma się dużo lepiej, niż wcześniej, kiedy to po małej przygodzie z kremami Vitaceric, usiała się nieprzyjaciółmi. Po raz kolejny okazuje się, że naturalne składniki służą mojej cerze (czego nie mogę powiedzieć o skóze głowy ;)). Myślę, że za jakiś czas będę gotowa do wystawienie opinii temu produktowi, ale zapowiada się naprawdę świetnie, bo po niemal 1,5 miesiąca znajomości, nadal mam o nim dobre zdanie!

Lekki krem głęboko nawilżajacy z Pharmaceris z linii A, to mój absolutny hit, jeśli chodzi o pielęgnację cery! O ile poprzedniej buteleczki używałam głównie na noc, tak tym razem postawiłam na jego dzienne zastosowanie. Oczywiście, zgodnie z przewidywaniami, również i tu świetnie się sprawdza, nie wzmaga przetłuszczania mojej cery i utrzymuje ją w dobrej kondycji. Cały post pochwalny na jego temat pojawił się już TUTAJ.

***

I jak Wam się podobają moi ulubieńcy? Czy stosowałyście któreś z tych produktów? Czy są wśród nich również i Wasi ulubieńcy? :)
K.

Czytaj dalej

poniedziałek, 17 czerwca 2013

Sanoflore - maska oczyszczająca

Witajcie Dziewczyny!

Tak jak zapowiadałam, w tym miesiącu nie zobaczycie na moim blogu denka z prostego względu - znowu nie zdążyłam zrobić zdjęć majowych zużyć przed dorzuceniem do nich zużyć czerwcowych ;) Wobec tego zostawmy już temat majowych podsumowań i zajmijmy się w końcu recenzjami! Tym razem postanowiłam rozprawić się z tematem świetnej maski oczyszczającej z Sanoflore!


Słowo od producenta:
Maska oczyszczająca z olejkiem eterycznym z trawy cytrynowej BIO. Odpowiednia dla skóry wrażliwej. Bez parabenów. Zwęża pory. Oczyszcza skórę.

Kosmetyk certyfikowany przez ECOCERT.

Dzięki zawartości glinki o naturalnych właściwościach wchłaniających, maseczka delikatnie oczyszcza skórę, ogranicza jej nadmierne błyszczenie, zwęża pory i wygładza powierzchnię skóry.

Skóra jest promienna, oczyszczona od wewnątrz i zmatowiona na powierzchni.


CHARAKTERYSTYKA CERY:
Mieszana w kierunku tłustej; rozszerzone pory w okolicach nosa i oczu; skłonności do błyszczenia i powstawania wyprysków w strefie T;

DZIAŁANIE:
Maska ma bardzo konkretne, choć niełatwe zadania - oczyścić skórę i zwężać pory. Moim zdaniem, z obu tych zadań wywiązuje się naprawdę nieźle, ale zacznijmy od początku...

Maska, nałożona dość grubą warstwą na twarz, działa nieco rozgrzewająco, a jednocześnie nie zastyga na twarzy tak łatwo i szybko, jak inne maski na bazie glinek. Warto nałożyć ją wchodząc pod prysznic, albo do wanny, wtedy para wodna nie pozwoli jej zastygnąć, ale jeśli wolicie wykonywać takie zabiegi po kąpieli lub w innych okolicznościach, to pamiętajcie o tym, żeby regularnie zwilżać warstwę na twarzy, dzięki czemu maska zadziała tak, jak powinna.

Dzięki lekkiemu rozgrzaniu skóry, maska dosłownie wyciąga wszystkie zanieczyszczenia na wierzch, dlatego mimo wszystko nie polecam wykonywania jej tuż przed wielkim wyjściem. Warto wykonać ją dzień, dwa wcześniej, ponieważ zaobserowałam na sobie, że po zmyciu maski (ok.15-20 minut) większość dojrzewających wyprysków wychodzi na wierzch, a ich gojenie odbywa się właściwie w tempie ekspresowym. Kolejnego dnia, po mniejszych wypryskach nie ma śladu, a większe są uspokojone i dużo szybciej się goją.

Skóra, po zmyciu maski, jest ładnie oczyszczona, nieco rozjaśniona, a pory rzeczywiście są przynajmniej częściowo oczyszczone (jeżeli macie tendencje do samodzielnego gmerania na buzi, to przyznam, że tak przygotowana skóra znacznie łatwiej odpuszcza wszelkie wągry ;)). Nie spodziewałabym się ich trwałego zwężenia, ale na pewno można zaobserwować delikatne zwężenie porów, tuż po wykonaniu maski.

Po użyciu maski, buzia nie jest ani podrażniona, ani wysuszona. Może nie jest też nawilżona, ale tym razem nie o to przecież chodzi. Cera jest delikatnie zmatowiona i znacznie lepiej przygotowana na przyjęcie kremu lub dalszych zabiegów typu maski nawilżające/odżywcze. Nie zauważyłam żadnego wzmożonego przetłuszczania cery, wszystko jest ładnie uspokojone.


KONSYSTENCJA:
Maska ma konsystencję bardzo gęstej pasty, przez co jej równomierne nałożenie wymaga na początku nieco uwagi, ale po pewnym czasie łatwo wyczuć gdzie należy jej dołożyć, a skąd ująć. Po kilku sesjach z maską, będziecie w stanie nałożyć ją nawet siedząc w wannie, nie mając pod ręką lustra :)

Maska dość szczelnie pokrywa cerę, odpowiednio nałożona nie tworzy prześwitów i dobrze wywiązuje się ze swoich zadań. Przy zmywaniu stawia nieco oporu, dlatego warto najpierw ją nieco rozmasować i zmywać przy użyciu letniej wody. Jeśli lubicie zmywać maski gąbeczką, to na pewno będzie Wam łatwiej z użyciem tego typu akcesoriów.

KOLOR/ZAPACH:
Maska ma szary kolor, kojarzący się z gliną, znaną nam raczej z zabaw na podwórku. Pachnie dość specyficznie, jak sądzę - trawą cytrynową - i jest to zapach dość intensywny, dlatego warto się z nim lubić. Mi nie przeszkadza, choć nie jestem jego największą fanką.


OPAKOWANIE:
Maska ukryta jest w okrągłym, białym, plastikowym słoiczku o zawartości 100 ml, który pokryty jest etykietami z optymistycznym zielonym nadrukiem. Etykiety zawierają polskie tłumaczenie przeznaczenia kosmetyku, sposobu jego użycia oraz innych istotnych informacji. Skład ukryty jest pod naklejką na spodzie kosmetyku.
Jak dla mnie - opakowanie jest bardzo wygodne i nie sprawia problemów z wydobyciem produktu. Zresztą, przy tak gęstej konsystencji, zwyczajnie nie wyobrażam sobie innej możliwości. Słoiczek sprawnie chroni produkt zarówno przed światłem, jak i przed dopływem powietrza poprzez szczelne zamknięcie i nieprzezroczyste opakowanie.

WYDAJNOŚĆ:
Moim zdaniem maska jest baaardzo wydajna. Używam jej z różną częstotliwością, przez kilka tygodni używam jej regularnie, przez kolejne kilka bardzo wybiórczo, ale sądzę, że spokojnie wykonałam dobre 20 zabiegów, a i tak prawdopodobnie wystarczy mi na kolejne kilka.

CENA/DOSTĘPNOŚĆ:
Maska kosztuje pomiędzy 40 a 50zł, jednak z Super-Pharm, gdzie ją kupiłam, zdarzają się dość wysokie promocje, aż do -40%, dzięki czemu można ją upolować za ok.25-30zł. Szukajcie jej również w aptekach internetowych.

SKŁAD:

CZY KUPIĘ PONOWNIE:
Sądzę, że tak, jeśli tylko trafię ponownie na odpowiednią promocję. Mimo, że maska jest warta swojej ceny, to jednak nie lubię wydawać aż tak wysokich kwot na kosmetyki, choć muszę przyznać, że w tym przypadku certyfikacj ECOCERT działa na korzyść produktu i jego wyższej ceny.

***
Ten produkt, wraz peelingiem drobnoziarnistym od Lirene (KLIK), stanowi obecnie podstawę mojej dodatkowej pielęgnacji cery i muszę przyznać, że widzę realny wpływ tych produktów na moją cerę. Paradoksalnie wpływ ten jest bardziej zauważalny, im częściej zdarza mi się zapomnieć o ich użyciu, a więc kiedy mam więcej do roboty ze wszelkimi zanieczyszczeniami i suchymi skórkami ;)

A czy Wy regularnie używacie masek oczyszczających i peelingów? Jakie są Wasze ulubione maski wśród tych oczyszczających? Sama bardzo chętnie wracam do Ziaji z glinką szarą (KLIK), a już moim ideałem jest trudno dostępna LUSH Catastrophe Cosmetic (KLIK), ale może znacie jeszcze coś godnego polecenia? :)
K.


Czytaj dalej

wtorek, 2 kwietnia 2013

Ulubieńcy marca

Mamy już kwiecień, dlatego dzisiejszym postem rozpoczynam podsumowanie marca. Na pierwszy ogień znowu idą ulubieńcy!

Tym razem nazbierałam całkiem liczną gromadkę, szczególnie kosmetyków pielęgnacyjnych. Pierwszy raz od dawna miałam tak liczne grono produktów, po które sięgałam ze szczególną chęcią, a ich stosowanie nie tylko przynosiło efekty, ale było również wyjątkowo przyjemne :)


Zacznijmy od kolorówki - tutaj pojawiło się kilku ulubieńców, po których sięgam niemal codziennie. W pierwszej połowie miesiąca żelaznym zestawem był róż Africa z W7, który miałam wcześniej w formie testera, który niestety roztrzaskał się przez moją niezdarność. Tak pokochałam ten produktu, że kupiłam jego pełnowymiarowe opakowanie, jak tylko natknęłam się na nie w jednym ze sklepów internetowych. Zanim jednak dotarł do mnie nowy kartonik, sięgałam po sprawdzoną już Hervanę od Benefitu. Jak widać pudełeczka rządziły moim sercem ;)

Podobnie, choć zdecydowanie mniej dramatycznie, było w przypadku moich ulubionych cieni. W pierwszej połowie miesiąca sięgałam po paletę Naked 2 z Urban Decay, ale ponieważ korzystam z niej niemal non stop od stycznia, postanowiłam co nieco zmienić i w końcu przeprosiłam się z moją ukochaną paletą Sleeka - Oh So Special. No mówcie co chcecie, ale ja preferuję konsystencję i łatwość aplikacji właśnie cieni ze Sleek. Urban Decay jest niestety dużo bardziej problematyczne jak dla mnie.

Pozostała dwójka kolorówkowych ulubieńców, to lakier Essie z ubiegłorocznej kolekcji wakacyjnej Bikini So Teeny, w przepięknym odcieniu różu z domieszką fioletu, czyli Cascade Cool. Niedługo zaprezentuję go z bliska, bo wyjątkowo mnie urzekł i sądzę, że poszerzy grono najlepszych według mnie kolorów z Essie. Całą gromadkę uzupełnia korektor z L'Oreal w odcieniu Ivory. Stosuję go zarówno pod oczy, jak i na wypryski i w obu sytuacjach sprawdza się bardzo dobrze. Na razie nie szukam innego korektora, też w zupełności mi wystarcza!


Tak, jak zapowiadałam - grono ulubieńców w zakresie pielęgnacji jest w tym miesiącu wyjątkowo liczne. W marcu byłam wyjątkowo wierna naprawdę sporej gromadce kosmetyków, które skradły moje serce i nos ;)


Przede wszystkim - podobnie jak w lutym - z ogromną przyjemnością korzystałam z mojego prezentu walentynkowego, czyli balsamu i żelu pod prysznic z Bath & Body Works z linii Twilight Woods. Żel zaskoczył mnie swoją wysoką wydajnością, bo naprawdę sięgam po niego całkiem regularnie, a jego naprawdę niewiele ubywa. Wprawdzie i tak staram się go oszczędzać, ale wychodzi mi to z różnym skutkiem. Przyjemne doznania po prysznicu kontynuuję za pomocą balsamu z tej samej linii - uwielbiam ten zapach, a działanie balsamu na skórę jest naprawdę zaskakująco dobre.

W marcu z własnej głupoty miałam problem z przesuszoną skórą dłoni. Walczyłam z nią na różne sposoby przez około tygodnia, ale działanie regeneracyjne dla skóry wspomógł świetny peeling Flake Away z Soap & Glory, który dostałam jakiś czas temu od Hexxany. Mam miniaturkę, więc staram się go oszczędzać i używam go tylko na dłonie, ale ten produkt pachnie tak obłędnie, że z największą radością wykonałabym nim peeling całego ciała!

Niestety, o ile skóra na ciele nie płatała mi żadnych figli, tak moja cera również zaczęła nieco głupieć i w marcu, tylko się to nasiliło. Borykałam się jednocześnie z suchymi skórkami, czy nawet czasem plackami i z nadmiernym przetłuszczaniem się cery. Im bardziej ją nawilżałam, tym bardziej się przetłuszczała, im bardziej chciałam zwalczyć nieprzyjaciół i przetłuszczanie, tym bardziej się przesuszała. Na pewno nie pomógł mi w tym Effaclar Duo, który wyrządził mi więcej szkód, niż pożytku - dam mu jeszcze szansę, ale nie wróżę miedzy nami miłości. W każdym razie w walce z nadmiernym przetłuszczaniem i niedoskonałościami wspomagałam się maską oczyszczającą z Sanoflore, która jest naprawdę dobrym produktem, który bardzo dobrze wywiązuje się ze swojego zadania. Myślę, że również i o niej napiszę wkrótce parę słów.


Odnosząc się jeszcze do problemów z przesuszonymi dłońmi - najwięcej dobrego zdziałał dla mnie krem do zniszczonych dłoni Ratunek z Lirene, który zawiera 10% masła shea. Tak jak wcześniej uratował dłonie mojego chłopaka, tak teraz pięknie zajął się moimi. Jeśli natomiast chodzi o moją cerę, to z suchymi miejscami najlepiej poradził sobie lekki krem głęboko nawilżający z Pharmaceris z linii A. Naprawdę świetnie się w tej roli sprawdził. Stosuję go jako krem na noc i moja skóra jest mu naprawdę wdzięczna za odpowiedni poziom nawilżenia.

W marcu o kondycję moich ust dbał Blistex w sztyfcie. Jestem z jego działania bardzo zadowolona i choć nie zdetronizuje on mojego ulubieńca z Nivea, to jednak ma sporą szansę mu dorównać. Oprócz dobrego działania pielęgnacyjnego, uwielbiam w nim jego piękny zapach. Dla mnie pachnie jak ciasteczka waniliowe! Pyszności! :)

Ostatnimi, ale nie mniej ważnymi produktami są suche szampony Batiste. Wcześniej korzystałam z suchego szamponu z Oriflame, który był dość dobry, ale nigdy nie sądziłam, że Batiste będzie aż tak skuteczne! Małą wersję noszę ze sobą w torebce w razie awaryjnej sytuacji, natomiast dużą butelkę trzymam w łazience i ratuję się nią zawsze wtedy, kiedy mojej czuprynie przydałoby się trochę odświeżenia, a niekoniecznie mam czas na mycie głowy. Zwykle myję głowę co drugi dzień i to wystarcza, ale zdarzają się dni, kiedy włosy, mimo, że czyste są nieco przyklapnięte i nie układają się tak, jak bym chciała. Wtedy sięgam po Batiste i kryzys zażegnany ;)

No i to by było na tyle! Widzę, że wyszły mi z tego niemal mini recenzje. Ja chyba nie potrafię pisać zwięźle ;)

A jak tam Wasi ulubieńcy? Czy Wasze gromadki były w tym miesiącu równie liczne? :)
K.
Czytaj dalej

poniedziałek, 3 września 2012

Sierpniowe zdobycze - zakupy, gratisy, prezenty :)

Cześć Dziewczyny!

Wczoraj były denka, dzisiaj pora na zdobycze miesiąca ;) Ponownie przybyło mi sporo nowości, przy czym duża ich część była związana z naszymi wyjazdami, więc ich zakup był poniekąd koniecznością. Nie oznacza to jednak, że obyło się bez zachcianek. Co to, to nie! I znowu, może się tego wydawać sporo, ale jak na moje chciejstwo i ilość podchodów (szczególnie do szafy Essie!), to i tak uważam sierpień za miesiąc zakończony sukcesem xD


Na dobry początek Biedronkowe zdobycze, czyli wszystkie cztery rodzaje musujących kul do kąpieli! Póki jeszcze czasem pomieszkuję z mamą i mam wannę, to korzystam póki mogę, bo później zostanie mi już tylko prysznic do dyspozycji. I choć długie kąpiele w wannie szalenie uwielbiam, to jednak na tyle przywykłam już do prysznica i do wiążącej się z nim wygody, że myślę, że jakoś odżałuję ten brak.

Musujące kule Body Club: 3,99zł/szt. (promocja)


Ciąg dalszy napadu na Biedronkę, który zaowocował również kupnem przepięknego kobaltowego (chabrowego? jaka jest różnica?) lakieru Bell. Niestety nie mam pojęcia, jaki to numerek, tym bardziej, że te w Biedronce mają zdaje się inne oznaczenia, niż lakiery dostępne regularnie w drogeriach (mimo, że kolory są chyba te same). Miałam ochotę na kilka innych kolorów, m.in. teal, tudzież morską zieleń, ale stwierdziłam, że mój Inglot 987 jest dość zbliżony, a nie jest to jednak kolor, który noszę na co dzień. Skończyło się tym, że kupiłam mamie piękną czerwień, której już ubyła 1/3 buteleczki, to chyba znak, że mamie spodobał się prezent ;)

Lakier Bell Air Flow - 5,99zł (promocja)

Po udanej przygodzie z dwufazą od Lirene zdecydowałam się zaryzykować i chwycić również dwufazę z Bielendy. Miałam ochotę na Bawełnę, ale już pierwszego dnia promocji u mnie zostały tylko dwie buteleczki Awokado. Złapałam więc Awokado i pobiegłam do kasy. Miałam go zabrać na wakacje, ale skoro miałam już otwarty Lirene, to wzięłam Lirene. Ale Awokado również przeszło test zmywania tuszu wodoodpornego - pomyślnie. Zobaczymy jak będzie dalej :)

Płyn dwufazowy Bielenda Awokado - 5,99zł (promocja)


Najbardziej urlopowa część zakupów, czyli filtry! W domu mieliśmy wcześniej SPF 30 od Lirene oraz SPF 15 z SunOzon. Trzydziestka jest dość wysokim filtrem, jak na nasze polskie warunki, a ja lubię zasięgnąć nieco słoneczka, więc od trzydziestki zaczynam swoje opalanie, stopniowo schodząc w dół z wysokością filtrów. Tyle, że nie mieliśmy na co schodzić, bo SunOzon okazał się dość marnym filtrem. Dlatego bez dłuższego zastanawiania pochwyciłam filrty 10 i 20 od Lirene. Muszę dodać, że mój chłopak był zachwycony aplikatorem dziesiątki! Ucieszył się, jak dziecko i gdyby tylko było słońce (taaak, pogoda nad Bałtykiem nie zachwycała), to pewnie z największą ochotą pryskałby się tym filtrem nawet i co 15 minut :D Od siebie dodam, że dziesiątka pachnie cudownie gumą balonową! :)

Całe szczęście, że chociaż dwudziestka - przelana do podróżnej buteleczki - przydała nam się w Rzymie! Mimo ostrego słońca wróciliśmy tylko delikatnie zbrązowieni! Ach, no i oczywiście, jak tylko wróciliśmy z nad morza, to filtry wszędzie były w promocji, a ja tydzień wcześniej kupowałam wszystko w regularnych cenach...

Lirene SPF 10 - 19,99zł
Lirene SPF 20 - 19,99zł


Na początku jako balsam po opalaniu planowałam kupić sprawdzony już wielokrotnie Pantenol, który mój ukochany lubi stosować również jako zwykły balsam po codziennej kąpieli. Niestety nie miałam zbyt wiele czasu na bieganie po aptekach w jego poszukiwaniu, a w Super-Pharm niestety nie znalazłam tego produktu, więc pochwyciłam w półki do kompletu Ratunek od Lirene. Tutaj również panthenol jest w dużej dawce i wysoko w składzie, dodatkowo miałam w pamięci pozytywną recenzję, przeczytaną u Orlicy.

Ratunek po przedawkowaniu słońca; Lirene - 20,99zł

Wczoraj w denkach pokazywałam Wam jeden z moich ulubionych toników, czyli ten z Corine de Farme. Ponieważ wzbudził on Wasze zainteresowanie, postaram się o nim napisać wkrótce kilka słów. Natomiast póki co, biegając po Super-Pharm tuż przed urlopem i uzupełniając braki w naszych zapasach wakacyjnych, skusiłam się również na chwalony tonik nawilżający od Lirene. Większość dziewczyn, które go do tej pory recenzowały była zadowolona i również ja przyznam, że póki co jestem zadowolona. Swoją drogą słyszałam wielokrotnie, że Lirene produkuje naprawdę dobre toniki. No cóż, zobaczymy! :)

Tonik nawilżający; Lirene - 12,49zł

Zarówno na Twitterze, jak i na Facebooku prosiłam Was o podpowiedzi co do Waszych ulubionych tuszy do rzęs w formule wodoodpornej. Niestety odzew był niewielki, ale i tak dziękuję każdej z osób, które cokolwiek próbowały się włączyć w dyskusję :) Z braku laku, braku promocji i braku czasu zdecydowałam się na maskarę One by One od Maybelline, której używałam wcześniej w wersji klasycznej i byłam z niej bardzo zadowolona. Wersja wodoodporna okazała się być również bardzo dobra, choć nie daje aż tak dobrego rezultatu, jak wersja klasyczna. Z pewnością jednak tusz był wytrzymały, zarówno na wodę, upały oraz wiatr i łzawiące oczy, a ponadto używało mi się go dużo lepiej niż wodoodpornego Collosala rok temu.

Pragnę jedynie nadmienić, że jak tylko wróciłam z nad morza, to - jakże by inaczej - otrzymałam na maila kupon z Super-Pharm na zakup maskary One by One w każdej dostępnej wersji, bodajże w cenie 19,90zł... Nie muszę chyba Wam mówić jak bardzo byłam wściekła?! ;)

Wodoodporna wersja tuszu One by One; Maybelline - 33,99zł


No i powoli zaczynamy przechodzić do chciejstw. Peeling bzowy z Joanny chodził za mną odkąd tylko dowiedziałam się o jego istnieniu. Pierwszą promocję na niego przetrwałam dzielnie i oparłam się pokusie kupna. Drugiej takiej okazji nie wytrzymałam i czym prędzej wrzuciłam go do koszyka! To nic, że poczeka na swoją kolej. Pachnie absolutnie CU-DOW-NIE! Na pewno się nie zmarnuje, a ja będę miała motywację, żeby szybko zużyć peeling, który mam obecnie otwarty, żeby szybko zabrać się za bez! :]

Bzowy peeling do ciała; Joanna - ok.10zł (promocja)

Kolejny krem do stóp do efekt poszukiwań pełnowymiarowej wersji peelingu, którego próbkę dostałam od Agu. Peelingu nie znalazłam, ale ten krem wydaje się być niezłą alternatywą. Odpalę go, jak tylko zrecenzuję aktualnie używany krem do stóp z 30% zawartością mocznika od Lirene. Ten z Propodii ma dodatkowo w składzie kwasy, które powinny nieco złuszczyć zgrubiały naskórek na piętach... Mam nadzieję, że cokolwiek mi pomogą, bo albo ja jakoś koślawo chodzę, albo coś innego jest ze mną nie tak, ponieważ na zewnętrzej części pięt mam zgrubienia w kształcie podkówek. O ile krem od Lirene był sobie w stanie poradzić z nawilżeniem suchej skóry na nich, tak niestety na zgrubienia nie pomagają ani kremy, ani peelingi, ani tarki. A ścinać skóry, to ja na pewno nie będę, bo to niestety spowoduje tylko szybsze narastanie nowej zgrubiałej warstwy. To to samo, co z wycinaniem skórek przy paznokciach u rąk ;) A może Wy jakoś poradziłyście sobie z tą przypadłością? A może to już kwalifikuje mnie do wizyty u dermatologa? A może wystarczy tylko jakiś zabieg u kosmetyczki? Poradźcie dziewczyny! :)

Krem złuszczająco-zmiękczający na zniszczone pięty; Propodia - ok.15zł (promocja)


Jako, że niemal duża część powyższych zakupów została dokonana w SuperPharm - nie jednorazowo, ale w krótkich odstępach czasu - to w krótkim czasie nazbierałam sporo gratisów. Bardzo rzadko spotykam się z otrzymywaniem gratisów lub próbek w drogeriach takich jak Super-Pharm - chociaż raz mi się już zdarzyło i dzięki temu mój chłopak, po 25 latach przekonał się do używania kremu do twarzy (alleluja!). Tym razem zostałam obdarowana gratisami, które były powiązane z innymi produktami, niż te które ja kupiłam, ale mimo wszystko owe gratisy niespodziewanie znalazły się w mojej torbie z zakupami. Serio! Zorientowałam się dopiero jak oglądałam na spokojnie zakupy! Pani przy kasie musiała wrzucić je jakoś niepostrzeżenie, ale grunt, że i tak mam zwyczaj ładnie podziękować odchodząc od kasy ;)

Tym sposobem trafił do mnie tusz do rzęs Great Lash od Maybelline )który oddałam mamie, bo jej zapasy nie są tak obfite, jak moje ;)), szczotka do włosów Syoss (z której korzysta głównie mój ukochany) oraz sześć próbek kremu do twarzy Siquens Renovation (które czekają na swoją kolej, gdyż obecnie przechodzę armaggedon na twarzy, o tym też chyba muszę napisać, bo będzie miało to wpływ na wszelkie "twarzowe" recenzje).


A nie mówiłam? Czyż nie mówiłam (no dobra, pisałam), że wrócę po niego? W trakcie promocji w Super-Pharm na jego miejscu zawsze była pusta półka, która zapełniła się wraz z nastaniem nowej gazetki. Tego problemu nie było jednak w Rossmanie. I to bez promocji. Wzięłam, a jakże! Ulubieniec jakich mało! Inne żele muszą czekać w kolejce, ja obecnie sięgam tylko po ten z mango lub z bawełną! :)

Żel + oliwka pod prysznic z oliwką z mango; Lirene - 7,50zł

Kupno odżywki było "zawinione" brakiem pustych buteleczek podróżnych (przypominam: bagaż podręczny - Rzym - RyanAir - ograniczenia bagażu;)) zarówno w moim SP, jak i w moim Rossmanie, albo wszystkich Rossmanach na raz... Nigdy ich nie ma, kiedy potrzebuję. A skoro nie miałam w co przelać odżywki, to kupiłam miniaturkę prawie ulubionej Alterry (ulubiona byłaby morelowa, ale tę dziadygi mi wycofały!).

Odżywka z granatem i aloesem; Alterra - ok.2zł

Co bardziej sprytne osoby zaopatrzyły się w zmywacz w płatach z wyprzedawanej różanej kolekcji Wibo, a ja nie wpadłam na to, że nie ma sensu targać ze sobą butli zmywacza na kilka dni... Olśniło mnie dwa dni przed wyjazdem, więc chwyciłam zwykłą wersję, za którą życzyli sobie jak za zboże... Po czym znalazłam opakowanie różanej w dzień wyjazdu... Sierpień, to nie był mój promocyjny miesiąc...

Zmywacz w płatkach; Wibo - ok.7zł


Płyn micelarny kupiłam skuszona pozytywnymi recenzjami kosmetyków tej marki oraz tym, że właściwie mój micelowy zapas powoli zaczyna topnieć, a ja jestem ogromną fanką tego rodzaju oczyszczania. Na razie nie wiem czy dobrze zrobiłam, bo opinie czytałam skrajne, a zależy mi głównie na demakijażu oczu.

Płyn micelarny Dermedic - 9,99zł (promocja)

No a odżywka GlissKur, to kolejny gratis z SP... Bo nie było już zmywaczy ani pilniczków dołączanych do lakierów Essie... ;)


O kosmetykach Sanoflore czytałam sporo dobrych opinii, w szczególności o kremie na niedoskonałości, dlatego też mimo zapasów kremowych zdecydowałam się na kupno, tym bardziej, że produkty te są uhonorowane certyfikatem ECOCERT, a także były przecenione o 40% :D

Krem dla cery z niedoskonałościami; Sanoflore - ok.35zł (promocja)
Maska oczyszczająca Sanoflore - ok.30zł (promocja)


Na tego cudownego Essiaka skusił mnie post Urbanka. Zupełnie niespodziewanie, bo normalnie nie zwróciłabym uwagi na ten lakier, ponieważ wśród 89 innych odcieni na pierwszy rzut oka zupełnie się nie wyróżnia. Dopiero, gdy weźmie się go do ręki i zobaczy jak się skubaniec mieni... No nie mogłam się oprzeć!

Oparłam się za to (chwilowo) megakuszeniu, które namiętnie uskuteczniają ostatnimi czasy Aliss, Krzykla i Burn. Jestem pewna, że doprowadzą mój portfel do ruiny! Wszystko przez te Essie... Przez nie na chciejlistę wpisałam już Peach Daiquiri, Watermelon i Sand Tropez. A i Bachelorette się nieźle uśmiecha... Już przeczuwam swoją słabość we wrześniu...

Essie 40 Demure Vix - ok.35zł


Jak już smarujemy te paznokcie, to wypadałoby, żeby wyglądały jak trzeba. A ponieważ konieczność korzystania z ToiToia na plaży :D:D:D:D skutkowała również koniecznością nadużywania żeli antybakteryjnych (tak, tych alkoholowych), to koniecznie (:D) musiało to doprowadzić do przesuszenia nie tylko samych dłoni, ale i skórek. A może zwłaszcza skórek! No to wzięłam się za nie!

Patyczki do skórek InterVion - jakieś 3zł (dość drogo, jak za kilka wykałaczek, ale nie miałam ochoty zamawiać kilkudziesięciu patyczków z allegro, bo pewnie dokupiłabym im coś do towarzystwa i w efekcie wyszłoby drożej, zamiast taniej... :D)

Preparat do usuwania skórek; Eveline - ok.11zł

291, 344, 289, 319
UWAGA: NIE WSZYSTKIE LAKIERY SĄ DLA MNIE! Powyższy zakup, to efekt moich włoskich wojaży. Dwa z powyższych są jednak kupione dla dwóch blogowych koleżanek, pewnie dobrze wiecie których ;) Na razie nie zdradzę co dla kogo, niech się domyślają :D Ale wiadomo, że chodzi o Gray i o Sylwię ;)

Lakier do paznokci KIKO - 2,50 euro/szt.


Lush Soft Coer/I Love Me
Jakich to ja nie miałam planów względem zakupów w Lush! Czego to ja miałam nie kupić! Najpierw okazało się, że wszystkie nazwy kosmetyków są po włosku (no, nie wszystkie, ale chyba tylko Aquamarina miała dokładnie tę samą nazwę), to jeszcze - po wielkim rozszyfrowywaniu za pomocą włoskiej i angielskiej strony Lush - okazało się, że nigdzie nie mają maski Catastrophe Cosmetic, na której najbardziej mi zależało. Reszta była dość droga i nie do końca porywająca, więc ostatecznie wyszłam tylko z kostką do masażu Soft Coer alias I Love Me. Powyższa nazwa jest tylko jednym z przykładów, jak to wymówkę pani ekspedientki (notabene bardzo miłej) można o kant d... potłuc... Gucio prawda, że tłumaczą nazwy kosmetyków z angielskiego na włoski! No chyba, że I Love Me, to po włosku... Albo, że Frutta del Bosco, to dosłowne tłumaczenie Catastrophe Cosmetic... :P

No, ale dość narzekania. Kupiłam tylko kostkę, ale i tak dostałam do niej dwie próbki, jedną dla mnie - Dream Cream, a drugą dla mojego ukochanego, którego to zawołałam, gdy przyszło do płatności (spoko, kwota jest do zwrotu, mój facet nie chciał być sponsorem :D:D:D). M. dostał coś do stylizacji włosów, Dirty Hair Styling bodajże.

I Love ME (IT)/Soft Coer (ENG) - ok.6 euro


Powyższe zdjęcie przedstawia dowód uprzejmości pewnej blogerki, która zaoferowała, że wyśle mi odlewkę kremu BB od Eris. Jak powiedziała, tak zrobiła, a ja mogę się trochę mazać kolejnym kosmetykiem, który zbiera skrajne opinie w blogosferze :)

Dziękuję Angel! :)


No i na koniec drobiazgi od mamy. Wynaleziony wspólnie ekobalsam rozświetlający Cztery Pory Roku (naprawdę mega eko skład!), wychwalany przez wyżej wspomnianą Angel oraz moja upragniona dwufaza z serii bawełnianej z Bielendy.

No i to by było na tyle... Jak będzie we wrześniu? Na pewno się nazbiera... Boję się tylko ilości lakierów do paznokci, która zasili moje "konto", bo zapowiada się ostro... Już widzę dobre 6 sztuk w natarciu! :P

A jak tam Wasze zdobycze? Ja nie miałam szczęścia do promocji, większość tych najpotrzebniejszych mnie omijała. Trochę odbiłam sobie gratisami, ale to nie to samo ;) Może Wy miałyście więcej szczęścia? Pochwalcie się co ciekawego upolowałyście w sierpniu! :)

I czy Wy też nie możecie się powstrzymać od kupna nowych lakierów? Nawet, kiedy myślę, że mam już wszystkie kolory, które chcę, to zawsze znajdzie się jakaś kusicielka, która mi uświadomi, że ... ekhm... nic nie wiem :D

Pozdrawiam kolorowo :D
K.

PS. Muszę pomalować paznokcie... Muahaha :D
PS2. W sumie to prawie nie kupiłam kolorówki, nie licząc 3 lakierów i tuszu. Pielęgnacja rulez! ;)
Czytaj dalej
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Blog template designed by SandDBlast