Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nowości. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nowości. Pokaż wszystkie posty

piątek, 10 kwietnia 2015

Marcowe nowości

Marzec, jeśli chodzi o nowości kosmetyczne, był miesiącem dosyć spokojnym. Właściwie, gdyby nie wiosenna edycja Targów Beauty Forum i mój wyjazd do Pragi, to chyba nie kupiłabym żadnego kosmetyku, ale kiedy trafia się okazja, nie można z niej przecież nie skorzystać, prawda? :)


Skoro wspomniałam już o Targach Beauty Forum, to zacznijmy nowości od pokazania kosmetyków, które tam kupiłam. Właściwie kosmetyki, to zbyt ogólne określenie, bo z targów wyszłam po prostu z sześcioma nowymi lakierami, z czego najliczniejszą reprezentacją okazały się te marki Zoya. Zdecydowałam się na piękny jasny róż Brigitte z kolekcji Naturel (którego nie mogłam się pozbyć z głowy od ubiegłorocznych wiosennych targów), oprócz tego zgarnęłam też Sansę z kolekcji Ignite, która jest pięknym, oberżynowym fioletem o bardzo ciemnej bazie, mieniącym się złotymi i różowymi drobinkami (tego lakieru zabrakło dla mnie podczas jesiennej edycji targów). Trójkę zamyka przepiękny, intensywny róż Dita, który bardzo mocno wpadł mi w oko! :)


Kolejną trójką, która również zasiliła moje lakierowe zasoby podczas targów Beauty Forum są dwa lakiery Morgan Taylor z najnowszej kolekcji Cinderella oraz jeden OPI, który chodził za mną co najmniej od ponad roku... Morganki, to Watch Your Step, Sister (cudny koral!) oraz Ella Of A Girl (pastelowy róż), natomiast OPIk, to słynny Hey Baby z jednej z kolekcji sygnowanych przez Gwen Stefani.


W Pradze trafiłam na sieć sklepików czeskiej marki Manufaktura, w których znalazłam sporo ciekawych kosmetyków o całkiem przyjaznych składach i równie przyjemnych cenach. Właściwie niczego nie potrzebowałam, więc zdecydowałam się po prostu na trzy rzeczy, które i tak z pewnością zużyję, postawiłam jednak na ciekawe zapachy - żel o zapachu wina, krem do rąk o zapachu śliwki oraz malinowy balsam do ust. Zapowiada się bardzo przyjemna i pachnąca przygoda! :)


W plebiscycie Glammies, prowadzonym przez magazyn Glamour, można było głosować na najlepsze kosmetyki 2014 roku. Wśród nominowanych znalazły się m.in. krem z witaminą K uszczelniającą naczynka z serii Pharmaceris N oraz dwufazowy płyn do demakijażu Cleanology marki Dr Irena Eris, które, dzięki uprzejmość Pani Eriski - Magdy, również i ja mogę przetestować.


Ostatnimi nowościami, ale wcale nie mniej przez to ważnymi, są nowe lakiery Rimmel z serii 60 seconds o pięknych, wiosennych odcieniach. To kolejna kolekcja, która powstała we współpracy z piosenkarką Ritą Ora, ale nie to jest tym razem najważniejsze. Otóż, marka Rimmel (oraz inne spod szyldu Coty) przekaże 1% dochodu ze sprzedaży każdego z tych lakierów na rzecz Fundacji DKMS, wspierającej walkę przeciw białaczce. Więcej szczegółów na stronie http://www.wzordonasladowania.pl/!

***
Jeśli chodzi o moje marcowe nowości, to byłoby już wszystko. Nie ma tego dużo, ale za to jest przyjemnie dla oka i kolorowo. Coś czuję, że taka ilość nowych lakierów sprawi, że na blogu znowu pojawi się trochę słoczy :)

Jak zawsze dajcie znać co z moich nowości znacie i lubicie? A może jest wśród nich coś, co zupełnie się u Was nie sprawdziło? :)
Karolina
Czytaj dalej

środa, 11 marca 2015

Nowości lutego

Z regularną publikacją postów denkowych jestem od dawna na bakier, posty z ulubieńcami chwilowo nie mają u mnie większej racji bytu ze względu na fakt, że większość kosmetyków po które najczęściej sięgam wielokrotnie pokazywałam już na blogu. Postaram się jednak robić takie posty co pewien czas, kiedy do moich ulubieńców wkradnie się jakieś urozmaicenie. Zostańmy jednak przy regularnych publikacjach postów z nowościami - ja je bardzo lubię u innych, a i statystyki twierdzą, że Wy również lubicie je u mnie :)


Kiedy w końcu dobiłam do dna we wszystkich maskach, które miałam w swoich zapasach, w końcu wybrałam się na zakupy w celu wyboru czegoś nowego. Prawodopodobnie ponownie wybrałabym maski Bingo Spa, które świetnie sprawdzają się na moich włosach, ale trafiłam na posty Agaty, w których wychwalała maski firmy Kallos - Banana oraz Algae. Teoretycznie staram się podchodzić do wszelkich zachwytów z rezerwą, ale to, co sprawdza się na włosach Agaty zazwyczaj sprawdza się również na moich. Tę zależność wychwyciłam już kilka masek i odżywek wstecz, dzięki czemu kiedy nie mam pomysłu na włosowe zakup, zaglądam właśnie do Agu :)
 
Pierwsze wrażenia ze stosowania obu masek potwierdziły wyżej wspomnianą zależność - nieco lepsza jest dla mnie maska algowa, ale bananowa nie odstaje zbyt daleko. Mam jeszcze ochotę na maskę Keratin, również z Kallosa. Tylko gdzie ja zmieszczę kolejny litrowy słój? :)


Puder do twarzy Sexy Mama marki TheBalm kusił mnie już od dawna. Tak naprawdę zdążyłam już o nim trochę zapomnieć, ale oczywiście zachwyty Agaty ponownie ukierunkowały moje myśli ku temu produktowi. Jak na razie znajomość zapowiada się nieźle - do poprawek w ciągu dnia jest jak najbardziej odpowiedni, a do tego jego zgrabne opakowanie sprawia, że zmieści się do każdej kosmetyczki, a nawet kopertówki :)
 
Kilkukrotnie już wspominałam, że wiodącą rolę w moim makijażu od kilku miesięcy odgrywają podkłady mineralne. Ten w formule matującej z Annabelle Minerals bardzo mocno przypadł mi do gustu, dlatego sięgnęłam po jego kolejne opakowanie. I choć czasami sięgam po tradycyjne, płynne podkłady, to jednak podkład z AM nadal stanowi mój must have w kosmetyczce i towarzyszy mi przez zdecydowaną większość czasu :)


W grudniu stałam się posiadaczką dwóch palet cieni z TheBalm - Nude'Tude oraz Balmsai. W styczniu zaś kupiłam sobie podręczną paletkę z serii Autobalm. Każda z nich rozbudziła moją chęć na tyle, że kiedy tylko w sklepach pojawiło się nowe dziecko TheBalm, czyli paleta Nude Dude, bez wahania kliknęłam "Kup". Jestem totalną fanką nudziakowych palet i mogłabym ich mieć nieskończoną ilość, więc ND po prostu musiała być moja. Ten zakup, to w zasadzie fanaberia, ale czasami trzeba sobie sprawić drobny prezent. Powiedzmy, że to było moja walentynka - ode mnie dla mnie! :)


Powyżej malutki podgląd do wnętrza palety. No cóż... Kto by nie uległ tym pięknym kolorom. No i oczywiście pokusie dokopania się do końca cienia, żeby zobaczyć co ukrywają panowie z palety ;))

Essie Winter 2014 - (L-R) Back In The Limo; Jiggle Hi, Jiggle Low; Tuck It In My Tux; Bump Up The Pumps
Od pewnego czasu kolekcje Essie wywierają na mnie coraz mniejsze wrażenie. Coraz częściej mam wrażenie, że to już było. I choć nie mogę odmówić nowym kolorom urok, to jednak przy tak pokaźnych zbiorach, nowości kuszą mnie coraz mniej. Czasami decyduję się na kostkę z miniaturkami, która stanowi mały kompromis. Jednak w przypadku zimowej kolekcji Jiggle Hi, Jiggle Low najbardziej zainteresowały mnie dwa kolory, które znalazły się poza kostką. Biorąc pod uwagę to, że z samej kostki wolałabym przygarnąć też tylko "połowę", a w dodatku dwa najjaśniejsze kolory zdecydowanie lepiej sprawdziłyby się u mnie z szerokim pędzelkiem, postanowiłam uruchomić moje "zagraniczne kontakty". Wiem, że nie było łatwo, bo kolekcja długo nie pojawiała się w zagranicznych drogeriach, ale w końcu udało się ją dorwać Ewie w Holandii :) Ponieważ nie zależało mi zbyt mocno na czasie, umówiłam się z nią, że lakiery wyśle mi, kiedy odwiedzi Polskę no i w lutym ten czas w końcu nastał. Tym sposobem, moja Essie-kolekcja powiększyła się o piękne, szerokopędzelkowe wersji europejskie kolorów Back In The Limo, Jiggle Hi Jiggle Low, Tuck It In My Tux oraz Bump Up The Pumps.


Jeśli chodzi o zakupy, to już wszystko, ale to jeszcze nie koniec nowości. Na początku marca miałam przyjemność uczestniczyć w spotkaniu, wprowadzającym na rynek nowe podkłady Lirene - serię My Color Code. Założeniem tej serii jest dopasowanie kolorystyki poszczególnych podkładów do typów urody kobiet, zgodnych z analizą kolorystyczną. Dokładniej przybliżyłam Wam je w TYM poście.


Ostatnia paczka, to zestaw testerów produktów Pharmaceris, dobranych przez niezawodną Magdę. W lutym, blogerki współpracujące z Pharmaceris dostały zaproszenie do testowania nowych podkładów. Ja nie zdecydowałam się na udział w testach, a Magda, słysząc o moich problemach z cerą, zaproponowała mi przesłanie pakietu produktów z serii A i T, które być może pomogą mi dojść z moją skórą do ładu. Niektóre z tych kosmetyków już znam, ale stosowałam je dotychczas pojedyczno. Być może stosowane w komplecie sprawdzą się na mojej cerze jeszcze lepiej :)

***
Jak widzicie, po raz kolejny starałam się, żeby nowości nie było u mnie tak dużo. Zdarza mi się ulec zachciankom, ale staram się, żeby przynajmniej w większości były to takie zachcianki, które znajdą u mnie zastosowanie w codziennym makijażu czy pielęgnacji. Jestem zadowolona z tego, że na kosmetyki wydaję coraz mniej, choć nieco martwi mnie fakt, że skarbonka wcale nie staje się przez to pełniejsza... Może mój książe-żaba, w którym przetrzymuję zaskórniaki, "przejada" moje oszczędności :D

Jak zawsze czekam na Wasze opinie o produktach, które w lutym zasiliły moją "kosmetyczkę". Piszcie czy je znacie, czy je lubicie, no i oczywiście jakie macie o nich zdanie :)
Karolina
Czytaj dalej

wtorek, 9 grudnia 2014

Nowości wrześniowe

Cześć Dziewczyny,

Kiedy w październiku starałam się dogonić nadrabianie zaległości (jak widać - daremnie :D), ktoś mi prorokował, że w tym tempie nowości wrześniowe pokażę w grudniu. No cóż, jak widać - nie mylił się :D Nie przedłużając, przed Wami nowości z września. Znowu nowości, bo post denkowy jest tak obszerny, że nawet pisząc go na raty końca ciągle jeszcze nie widać... ;)


Zawartość paczki od Ani z Lirene i Under Twenty mogłyście podziwiać na wielu blogach, więc dla przypomnienia pokazuję jedynie zbiorcze zdjęcie. Wśród nowości znalazło się sporo produktów wartych uwagi, których recenzje z pewnością pojawią się na blogu - szczególnie polecam Wam żele pod prysznic (różany!) oraz produkty odżywiające skórę z serii Emolient! Zarówno różany żel, jak i balsam Emolient znalazły się wśród moich ulubieńców i były na tyle udane, że przewiduję częste powroty do mojej łazienki! :)


We wrześniu miałam też możliwość po raz pierwszy zapoznać się z bliska z produktami marki Seboradin. Balsam przeciwko wypadaniu włosów już dawno dla Was zrecenzowałam (KLIK), natomiast seria do pięlęgnacji włosów ciemnych nadal jeszcze czeka na swoją kolej, ponieważ w międzyczasie otrzymałam jeszcze inną serię, po którą sięgnęłam wcześniej i to właśnie o tej innej seri przeczytacie u mnie wcześniej.


Od dwóch miesięcy mam też ten śmieszny przyrząd do wykonywania masażu antycellulitowego - jest to kubeczek CelluBlue, wykonany z medycznego silikonu i działający na podobnej zasadzie co bańki chińskie. Na początku trudno mi się było do niego przyzwyczaić, ale z czasem nieco się oswoiłam i powoli widzę efekty wykonywanego masażu. Niedługo z pewnością napiszę o nim więcej!


Nie pamiętam takiej serii z Ziaji, która zrobiłaby na blogach taki szum, jak seria Liście Manuka, przeznaczona do cer problematycznych. Początkowo zupełnie nie byłam nią zainteresowana, ale ogrom pozytywnych opinii skutecznie zmienił moje nastawienie. Kiedy więc zastałam niemal pełną linię w Rossmannie i to w bardzo atrakcyjnych - jak to Ziaja - cenach, postanowiłam dać jej szansę. Jak na razie nie używałam jeszcze tylko kremu na dzień, natomiast pozostałe produkty są mi już dobrze znane. Wiem, że na blogach największy szał robi pasta oczyszczająca, ale moim prywatnym hitem jest mikrozłuszczający krem na noc. Muszę przyznać, że działa na moją cerę jak mało co i choć nie zawsze uspokaja ją tak bardzo, jakbym sobie tego życzyła, to nie zmienia to jednak faktu, że bardzo szybko rozprawia się z większością niespodzianek, które mi wyskakują na twarzy. Pozostałe produkty również są udane, choć niekoniecznie wejdą na stałe do mojej pielęgnacji. Więcej szczegółów z pewnością ujawnię w recenzjach :)


We wrześniu miałam okazję zamówić za pośrednictwem koleżanki kilka produktów z Avonu. Postanowiłam wypróbować maski z serii Planet Spa, które od dłuższego czasu krążyły mi po głowie - wybrałam maskę glinkową, peel-off oraz błotną.


Długo polowałam też na nową wersję emulsji do mycia twarzy marki Alterra. Bardzo lubiłam starą wersję z dziką różą, dlatego też mocno niecierpliwiłam się za każdym razem, kiedy w moim Rossmannie widziałam jedynie puste miejsce po nowej wersji z granatem. W końcu jednak ją dorwałam i na pewno wezmę ją w obroty jak tylko wykończę niesamowicie wydajny żel z Ziaji.

Balsam do ciała w sprayu z marki Vaseline był typową zachcianką. Gdzieś kiedyś coś o nim słyszałam na YT i jak tylko zobaczyłam go na półce w Rossmannie, to wrzuciłam go do koszyka. Nie żałuję, bo jest świetny zawsze wtedy, kiedy mam lenia i nie chce mi się pieczołowicie smarować każdego fragmentu ciała. Wtedy sięgam po Vaseline, spryskuję się trochę tu i tam i na oślep macham rękami, żeby to "tu i tam" nieco rozsmarować. Nie jest to może najlepszy nawilżacz świata, ale na pewno pomaga mi utrzymać skórę w jako takiej kondycji. Zwłaszcza, że lenia w kwestii smarowania, to ja mam ostatnio akurat często... ;)

Antyperspiranty Nivea, to ostatnio moi ulubieńcy, jeśli chodzi o formę dezodorantu. Trochę znudziłam się już stosowaniem kulek, bo mam wrażenie, że zaczęły podrażniać mi skórę pod pachami, natomiast forma sprayu jest dla mnie znacznie bardziej znośna i odczuwanie delikatniejsza. Tym razem zaufaniem postanowiłam obdarzyć markę Nivea i muszę przyznać, że jestem zadowolona. Wersję Calm & Care miałam już kilka miesięcy wcześniej, natomiast Pearl Beauty pamiętam jeszcze sprzed kilku lat. Obie skutecznie chronią przed nadmiernym poceniem, a jednocześnie są nieco delikatniejsze dla mojej skóry, niż antyperspiranty w kulkach.


O różanym zestawie Barwy Harmonii marki Barwa napisałam już co nieco TUTAJ. Generalnie jestem urzeczona dosyć realistycznie oddanym zapachem róży! Właściwości kosmetyków również są całkiem przyzwoite, więc zdecydowanie mamy tu opcję przyjemne z pożytecznym. Na facebooku marki mignęło mi, że można te kosmetyki kupić teraz w specjalnych zestawach świątecznych, w znacznie bardziej atrakcyjnej cenie, niż pojedynczo, więc jeśli jesteście nimi zainteresowane, to warto się nad tym teraz zastanowić.


Wracając jeszcze do zamówienia z Avon - ponownie skusiłam się na kredki z serii Glimmerstick. Tym razem wybrałam brąz i czerń w wersji matowej, a także błyszczący fiolet z serii Glimmerstick Diamonds. O kredkach z Avonu też już co nieco pojawiło się na blogu (KLIK) i choć nie dotyczyło to akurat tych kolorów, to i tak moją opinię spokojnie mogę rozciągnąć również i na nowe odcienie :)


We wrześniu miałam ochotę wybrać się na targi kosmetyczne, tym bardziej, że dostałam na nie zaproszenie, ale po dokładnym przemyśleniu za i przeciw zdecydowałam się odpuścić. Nie potrzebowałam niczego konkretnego, a o trzy rzeczy na których zależało mi najbardziej, poprosiłam niezawodną Sylwię. W ten sposób w moje ręce trafił kolejny lakier Orly (odcień Darkest Shadow), a także dwie kredki do oczu z Paese - brązową i fioletową. O brązowej również całkiem niedawno co nieco napisałam na blogu (KLIK).


Ostatnimi nowościami są pomadki Velvet Matte z Golden Rose w kolorach 8 i 9. Dobrałam sobie do nich odpowiednie konturówki Dream Lips i w końcu, w końcu próbuję się przekonać do tego elementu makijażu ust. Szminki uwielbiam nie od dzisiaj, natomiast zawsze dotąd ignorowałam rolę konturówek. Póki co ćwiczę, ale szczerze przyznam, że nadal jeszcze często o nich zapominam ;))

***
Wydaje mi się, że jeśli chodzi o wrześniowe nowości, to by było na tyle. A przynajmniej tyle znalazłam w odpowiednim folderze :)

Jak zawsze jestem ciekawa Waszych opinii, szczególnie w kwestii pomadek Velvet Matte i serii Liście Manuka! Znacie je? Lubicie? :)
Karotka
Czytaj dalej

czwartek, 30 października 2014

Sierpniowe nowości

Cześć Dziewczyny!
 
W dalszym ciągu nadrabiam zaległości, więc oczywiście nie zdziwcie się tym, że dzisiejsze nowości przybyły do mnie jeszcze w sierpniu. Uwierzcie, że naprawdę staram się wyrobić, żeby nie pokazać Wam wrześniowych nowości w grudniu... (:D) Dobra wiadomość numer jeden jest taka, że obrobiłam już zdjęcia do wszystkich postów z nowościami i denkami do października włącznie, więc pozostaje mi stworzyć do tego tylko (i aż) teksty. Dobra wiadomość numer dwa jest taka, że wychodzę z założenia, że informacje czy wrażenia, którymi się z Wami dzielę przy okazji tych postów nie przeterminowują się, więc tak naprawdę nawet zaległe posty są dla mnie po prostu pretekstem do wyrażenia opinii, choćby w okrojonej formie :)


Sierpniowe nowości nie są aż tak okazałe, jak zwykle, choć nie obyło się bez skorzystania z kilku - jak zawsze - niepowtarzalnych okazji. Takich niepowtarzalnych, że do dnia dzisiejszego miałabym możliwość powtórzyć te zakupy co najmniej raz, ale... Same na pewno wiecie jak to jest z rozsądnym myśleniem na zakupach. Nigdy nie grzeszyłam zdrowym rozsądkiem w drogerii, więc to się akurat nie zmienia. Ot co :D


W trakcie urlopu w Chorwacji po raz pierwszy miałam możliwość odwiedzić słynną drogerię DM. Zawsze myślałam, że wpadnę tam w jakiś totalny szał zakupowy i wyjdę stamtąd objuczona jak wielbłąd, ale na miejscu jakimś cudem stwierdziłam, że postawię po prostu na sprawdzone kosmetyki i kilka kuszących i nowych dla mnie kosmetyków.
 
Wśród zakupów znalazły się w pierwszej kolejności produkty Balealotion do ciała o zapachu arbuza i żel pod prysznic o tym samym zapachu. Żel miałam już wcześniej i bardzo, bardzo podobał mi się jego zapach, więc ponowiłam ten zakup, a oprócz tego dorzuciłam lotion - głównie z myślą o moim facecie, który lubi lekkie smarowidła. Oprócz tego kupiłam dwa inne żele pod prysznic - o zapachu mango (również powtórka z rozrywki) i truskawki.


Do koszyka dorzuciłam również dwa rodzaje odżywek Balea - odżywkę z mango i aloesem, a także dwie tubki odżywki z olejem arganowym. Oba te produkty zdążyłam już wcześniej przetestować, więc powtórny zakup był jak najbardziej zaplanowany. Obie całkiem fajnie się u mnie sprawdzały, byłam z nich zadowolona i zdecydowanie będę chciała napisać o nich dla Was coś więcej.
 

Jeśli chodzi o produkty, które zainteresowały mnie już na miejscu, to skusiłam się na dwa kosmetyki do mycia twarzy (jakbym w domu miała ich za mało :D) - piankę z Himalaya Herbals (które podobno zaczęły pojawiać się również w drogeriach w Polsce, na razie słyszałam o drogeriach Dayli) oraz emulsję do mycia twarzy z Alverde.


I ostatnie dwa kosmetyki, również nieplanowane, a upolowane w chorwacki DM, to kosmetyki Burt's Bees - pomadka ochronna z ekstraktem z granatu oraz balsam do rąk. Oba kosmetyki są już w użyciu i choć sprawdzają się całkiem nieźle, to raczej nie skusiłabym się na nie, gdybym miała polowań na nie przez internet, dlatego tym bardziej cieszę się, że miałam możliwość kupienia ich stacjonarnie. Oba produkty mają baaaaardzo przyjazne i atrakcyjne składy i głównie to skusiło mnie do ich zakupu.


Wracając z Chorwacji zachaczyliśmy o Wiedeń, gdzie przypuściłam atak na LUSH. Okazało się jednak, że byłam dosłownie kilka minut za późno, więc pocałowałam klamkę, na szczęście kuzynka Michała ruszyła z odsieczą i kilka dni później zrobiła dla mnie upragnione zakupy (które tydzień później dojechały do Warszawy z jej mamą ;)), a raczej jeden zakup - ulubiony czyścik do twarzy Let The Good Times Roll. Natomiast maska Cupcake (recenzja wkrótce) to efekt wymiany pięciu pustych pudełeczek na świeżą maskę! Opłacało się je chomikować w szafie! :))


Zestaw kosmetyków Aldo Vandini, widoczny na powyższym zdjęciu, to mój prezent imieninowy od rodziny Michała z Wiednia, u której nocowaliśmy w drodze z i do Chorwacji. Nie spodziewałam się nic dostać, a już tym bardziej nie taki okazały zestaw. Jeszcze większą radość sprawiło mi to, że zupełnie nie słyszałam wcześniej o tej marce, więc znowu mam szansę zapoznać się z czymś całkowicie nowym dla mnie! W skład prezentu weszły dwa mydła w płynie o zapachu tamaryndy i imbiru oraz oliwki i granatu, a także żel pod prysznic, peeling, balsam do ciała oraz krem do rąk (w pierwszym wariancie zapachowym).


Powyższe produkty to już w ogóle zamierzchłe czasy - oba kosmetyki kupiłam na początku sierpnia, tuż przed wyjazdem na urlop. Ponieważ posty o filtrach do ciała muszą przezimować co najmniej do wiosny, warto teraz wspomnieć tak pro forma, że zarówno ochronny balsam do ciała SPF 50 z linii Pharmaceris S, jak i emulsja do opalania SPF 20 z Lirene świetnie wywiązały się ze swojego zadania i uchroniły nas przed intensywnym chorwackim słońcem. Opalaliśmy się bezpiecznie, bez żadnych zaczerwienień i bez poparzeń. Każdy w produktów ma przyjemną, lekką konsystencję i ekspresowo się wchłania, co było dla mnie sporym zaskoczeniem w przypadku wysokiego filtra! Na pewno będę się ich trzymać również podczas kolejnych urlopów pod chmurką! :)


No i na koniec trzy tusze do rzęs... Jak wiele z Was, również i ja otrzymałam od marki Rimmel zestaw recenzentki, który zawierał dwa egzemplarze nowego tuszu Wonder'Full. Jednym podzieliłam się już z Sylwią z Lacquer-Maniacs, a drugi poszedł w ruch. Na pewno napiszę o nim więcej, bo jest to produkt bardzo specyficzny. Na pewno przeszkadza mi w nim gigantyczna, niezbyt poręczna szczota, a efekt na rzęsach dla wielu z Was będzie niewystarczający, jednak muszę przyznać, że kiedy jak tylko tusz nieco podsechł, to - jak to często bywa - zaczęło mi się z nim całkiem nieźle pracować. Efekt na rzęsach jest zdecydowanie dzienny, ale wygląda ładnie i całkiem naturalnie. Dla mnie najważniejsze jest to, że nie skleja rzęs, ładnie je przyciemnia i nieco je wydłuża. Generalnie preferuję raczej mocniejszy efekt, ale ten też jest ok.
 
Dwie miniaturki tuszu High Impact Mascara od Clinique, to już dla odmiany efekt sephorowej akcji typu "wymień stary tusz na nowy". Miniaturka tego tuszu dzielnie służyła mi podczas urlopu, a nawet teraz jest jej jeszcze ciut, więc tym bardziej ucieszyłam się na wieść, że będę mogła bezkosztowo przygarnąć kolejne dwie miniatury! :)
 
***
 
Jeśli chodzi o sierpień - to już wszystko! W zasadzie prawie całe moje zakupy z tego miesiąca sprowadziły się do miniszaleństwa w DM, więc nie jest ze mną jeszcze tak źle. To znaczy w sierpniu nie było, bo we wrześniu i październiku znowu zasypała mnie sterta kosmetyków... Teraz dla równowagi zacznę w końcu opisywać Wam moje denko od maja, bo naprawdę było tego sporo, a naprawdę desperacko zależy mi na tym, żebyście wiedziały, że nie jestem aż takim człowiekiem-chomikiem, jak mogłoby się wydawać! :D
 
 
Jak zawsze czekam na Wasze opinie o zaprezentowanych kosmetykach - lubicie, nienawidzicie, pragniecie? :)
Karotka
Czytaj dalej

czwartek, 18 września 2014

Czerwcowe nowości

Taaaak, tak właśnie... Nie pomyliłam się, po prostu jestem królową zaległości, dlatego dzisiaj przychodzę do Was z moimi czerwcowymi nowościami... Mogłabym je pominąć, ale z drugiej strony wiem, że lubicie takie posty, więc czemu by nie. Jakby zaległości było mało, mam jeszcze do nadrobienia posty denkowe od ...kwietnia? Taaak właśnie... :D


W czerwcu nie robiłam szczególnie dużych zakupów, większość produktów trafiła do mnie z różnych źródeł, częściowo były to nagrody w konkursach, częściowo prezenty ze spotkania blogerskiego, no i oczywiście pojawiło się też kilka produktów, otrzymanych w ramach współpracy.


Największe zakupy czerwca, to zakupy z początków wyprzedaży w Bath & Body Works. Z pewnością dobrze wiecie, że uwielbiam tę markę i często sięgam po ich kosmetyki. Mam już swoich ulubieńców, więc tym razem sięgnęłam przede wszystkim po dobrze już sprawdzone produkty - zestaw żel i balsam z serii Aromatherapy Eucalyptus & Spearmint, o których pisałam już TUTAJ, a także balsamy do ciała w moich ulubionych zapachach - Pink Chiffon oraz Paris Amour. Jedyną nowością jest mydło w płynie w jesiennym wariancie Sweet Cinnamon Pumpkin, które, tak na marginesie, jest diabelnie wydajne! Używamy go od czerwca, czyli około trzech miesięcy, a nadal mamy jeszcze około połowy... :)


Po balsam brązujący z Lirene dla ciemnej karnacji sięgnęłam, kiedy jeszcze nie byłam zbytnio opalona. Balsam bardzo powoli daje efekt subtelnej opalenizny i nawet nie śmierdzi aż tak długo i tak intensywnie co inne balsamy tego typu. Lubię go, jest ok, choć nie wykluczone, że kiedy już go zużyję, to sięgnę po coś szybszego :)

Peeling morelowy marki Soraya, to produkt, który już kiedyś gościłam w swojej łazience i byłam z niego bardzo zadowolona! Kiedy więc trafiłam na niego w Biedronce w naprawdę niskiej cenie, to bez większego namysłu wrzuciłam go do koszyka. Jestem pewna, że nadal będę z niego tak samo zadowolona, jak wtedy, kiedy recenzowałam jego brata w wersji oczyszczającej KLIK.

Po kremy do rąk Anida sięgnęłam po kilku pozytywnych opiniach, znalezionych na blogach, oczywiście najbardziej zapamiętałam je dzięki Sylwii, która jest mistrzem w najdłuższym zużywaniu tubki kremu (KLIK - recenzja Sylwii) :D


Od pewnego czasu podstawą mojego makijażu są przede wszystkim podkłady mineralne. Przez kilka ostatnich miesięcy używałam podkładów Lily Lolo, jednak czytałam wiele dobrego również o produktach z Annabelle Minerals. Pamiętam, że kiedy marka pojawiła się na rynku, można było zamówić sobie próbki ich produktów jedynie za cenę przesyłki, więc skorzystałam, ale nie trafiłam wtedy ani na swój kolor, ani na odpowiednie wykończenie. Później jednak naczytałam się wiele pozytywów o wersji matującej podkładu AM, a dzięki Sylwii mogłam wypróbować odsypkę jednego z jaśniejszych odcieni, który uznałam za odpowiedni dla mnie. Postanowiłam zaryzykować i skusiłam się od razu na cały zestaw w atrakcyjnej cenie - wzięłam podkład w kolorze Natural Fair, róż Rose, korektor Light oraz pędzel do różu. Kupując cały zestaw pędzel wyszedł mi gratis, a zarówno pojemności, jak i ceny produktów Annabelle Minerals są bardzo atrakcyjne, wobec czego (po wypróbowaniu odsypki) nie bałam się już tej inwestycji :)


Powyższy zestaw kosmetyków Gosh otrzymałam od Pani Ewy, zajmującej się PR-em marki. Kosmetyki przywędrowały do mnie jako przeprosinowy upominek za baaaaaardzo długą wysyłkę nagrody, wygranej w konkursie u Kaczki z piekła rodem. Żeby było śmieszniej, zestaw okazał się być jeszcze bardziej atrakcyjny, niż sama nagroda, ponieważ znalazłam w nim piękną paletkę cieni w odcieniach fioletu, granatową kredkę Smokey Blue, pomadkę oraz piękny różowy lakier Oh My Gosh.


A oto i wspomniana nagroda - zestaw lakierów Gosh z serii Frosted! Otrzymałam aż pięć pięknych kolorów o ciekawym wykończeniu. Teoretycznie są to lakiery piaskowe, ale kolory są na tyle rozbielone, że efekt końcowy rzeczywiście przypomina nieco szron na paznokciach :)

swatche lakierów Gosh Frosted oraz Oh My Gosh
Powyżej prezentuję Wam wszystkie moje nowe lakiery Gosha na wzorniku, dzięki czemu myślę, że już teraz uda mi się zaspokoić częściowo Waszą ciekawość :)


Stała współpraca z marką Rimmel zaowocowała możliwością wypróbowania kolejnych nowości. Tym razem otrzymałam kolejne trzy lakiery z serii 60 seconds by Rita Ora w kolorach White Hot Love (już się nim z Wami podzieliłam), Breakfast in Bed oraz Don't Be Shy (absolutnie róż idealny!). W moje ręce wpadły również kredki do oczu z serii Exaggerate (o których pisałam ostatnio TUTAJ), a także czarny liner w słoiczku Scandaleyes i tusz Scandaleyes Rockin' Curves (którym również się z Wami podzieliłam :)).

Rimmel 60 seconds by Rita Ora
Powyżej prezentuję Wam swatche pięciu z sześciu posiadanych przeze mnie lakierów Rimmel z serii 60 seconds by Rita Ora. Jeśli chciałybyście poczytać więcej o którymś z nich, to dajcie znać w komentarzach :)


Lakiery Essie kupuję już coraz rzadziej, bo nagromadziłam już naprawdę pokaźną gromadę produktów tej marki, a poza tym kolejne kolekcje coraz mniej mnie porywają. Są jednak takie kolory, które nie od razu chwytają mnie za serce i które zyskują dopiero przy bliższym poznaniu. Tak też było z powyższą dwójką. Beżowo-piaskowy Spin The Bottle i dżinsowo-niebieski Truth Or Flare wpadły mi w oko dopiero u Sylwii, czyli mojej Essie-siostry, więc jak tylko natknęłam się na nie w Super-Pharm, to od razu porwałam je do koszyka. W obu kolorach czuję się zaskakująco dobrze i chętnie je noszę :)

Essie Truth or Flare oraz Essie Spin The Bottle
Powyżej oczywiście swatche. Dodam jeszcze, że lakiery należą do wiosennej kolekcji Essie Hide & Go Chic, z których pozostałą czwórkę prezentowałam już TUTAJ.


Do Natury zaglądam bardzo rzadko, ale od kilku miesięcy zapisywałam sobie na liście zakupów powody, dla których w końcu powinnam ją odwiedzić. Jednym z nich były pokazane wyżej kremy do rąk z Anidy, ale tym, co przyciągnęło mnie do tej drogerii był również niebieski tusz z Essence. Kiedy byłam w liceum, uwielbiałam malować rzęsy niebieskim tuszem z Avonu, później jednak trudno mi było znaleźć taki, więc wróciłam do czerni. Teraz z przyjemnością sięgnęłam znowu po kolor i właśnie ten tusz w dużej mierze zdominował mój urlopowy makijaż. Bardzo często towarzyszył mu też top coat z limitowanki Beach Cruiser, który sprawia, że każdy tusz do rzęs, który zostanie pokryty top coatem, staje się wodoodporny i muszę z przyjemnością przyznać, że ten patent zdecydowanie działa! To świetna opcja dla tych, którym nie odpowiada efekt delikatnego podkreślenia rzęs, który zwykle dają klasyczne wodoodporne tusze.

Rozświetlająca kredka pod łuk brwiowy z Catrice, to efekt tej samej wizyty w Naturze. Swego czasu naczytałam się sporo o kredce podobnego typu, którą oferuje Benefit, a parę lat wstecz Catrice już miało coś podobnego w jednej z edycji limitowanych, jednak nie udało mi się wtedy załapać. Tym razem skusiłam się i... no cóż, dobrze, że kupiłam Catrice, a nie Benefit, bo jednak zbyt rzadko sięgam po takie bajery, żeby wydawać na nie znacznie większe pieniądze, niż te kilkanaście złotych ;)

Matowa pomadka Bourjois Rouge Edition Velvet w kolorze Ole Flamingo, to dla odmiany efekt ogromnej promocji na produkty "naustne" z oferty Super-Pharm. Miałam nadzieję nosić ten kolor w czasie ślubu mojej przyjaciółki, ale niestety nie udało mi się na niego dotrzeć z powodów rodzinnych... :/ Chyba muszę zacząć nosić ją na co dzień, żeby mi się takie cudeńko nie zmarnowało... ;)


Kiedy spora część blogosfery uczestniczyła w konkursie na makijaż nowymi kosmetykami kolorowymi od Dr Ireny Eris, jak postanowiłam tym razem odpuścić sobie uczestnictwo. Znam swoje możliwości i znam uzdolnienia koleżanek blogerek, który odwaliły kawał dobrej roboty. Magda postanowiła jednak, że podeśle mi coś, z czego na pewno skorzystam, dzięki czemu miałam okazję również wypróbować kosmetyk z linii ProVoke. W moje ręce trafiła zgrabna paletka, zawierająca czwórkę cieni w odcieniach beżu i brązu. Cienie mają naprawdę piękne i bardzo bezpieczne, uniwersalne kolory, więc sprawdzą się z pewnością na wyjazdach. Są też naprawdę komfortowe w aplikacji i nawet niewprawna ręka (taka jak moja :P), nie powinna mieć z nimi problemów :)


Pomadki ochronne z Nivea, to kolejny produkt do którego co jakiś czas wracam. Wersja Vitamin Shake, to mój must have, ze względu na to, że pięknie nabłyszcza i nadaje odrobinkę koloru. Skusiłam się również na nowość Fruity Shine - wersję brzoskwiniową. Natomiast wersja z oliwkowa Pure & Natural, to ulubieniec mojego Michała, który twierdzi, że pomadka pachnie herbatą Earl Grey :)


Ostatnia już grupka nowości z czerwca, to prezenty, wylosowane na charytatywnym spotkaniu blogerek, zorganizowanym przez Olę z bloga HiDiamond. Miło czasami uczestniczyć w spotkaniu, mającym na celu pomoc tym, którzy tego potrzebują. Dzięki Oli, pieniądze, uzbierane ze sprzedaży losów, zostały przeznaczone na rzecz Stasia, chłopczyka, który urodził się bez rączek. Udało nam się uzbierać całkiem pokaźną sumkę, która na pewno pozwoliła pomóc choć na chwilę :)

Muszę przyznać, że trafiło mi się sporo przydatnych produktów. Częścią podzieliłam się z przyszłą teściową (mam nadzieję, że choć troszeczkę poprawiłam jej tym nastrój :)), a część poszła w obroty w czasie urlopu. Największą przyjemność sprawił mi jednak zestaw z The Body Shopu :) W końcu mam pełnowymiarowe masło o przepięknym, owocowym zapachu :)

***
Jeśli chodzi o czerwcowe nowości, to by było na tyle. Tyle dobrego w tym opóźnieniu, że spora część produktów już poszła w ruch, dzięki czemu, w kilku przypadkach, mogłam się z Wami podzielić również pierwszymi wrażeniami z użytkowania tych kosmetyków :)

Jak zawsze - dajcie znać, jeśli coś Was szczególnie zainteresowało lub jeśli używałyście któregoś z tych kosmetyków i chcecie się podzielić swoją opinią na ich temat :)
Karotka
Czytaj dalej

środa, 4 czerwca 2014

Majowe nowości

Cześć Dziewczyny!

Maj był dla mnie miesiącem (znowu) obfitującym w mnóstwo nowości. Jak zwykle wszędzie zwęszyłam okazję do powiększenia moich i tak już sporych kosmetycznych zasobów, więc miejmy już tę majową spowiedź za sobą. Zgrzeszyłam. Postanawiam poprawę (obiecanki-cacanki) ;)


Choć w kwestii pielęgnacji staram się kupować tylko to, co niezbędne, a majowe denko osiągnęło naprawdę zadowalający poziom (o czym za jakiś czas), kolorówka nadal niemiłosiernie mnie kusi i to ona stanowi zwykle większość moich zakupów. Stanowczo warto dać sobie na wstrzymanie, bo choć spełniłam kilka swoich kosmetycznych marzeń i zachcianek, to jednak znowu zaczyna robić się w moich szufladach nieco tłoczno.


***

Powyższe zakupy zawdzięczam Aalimce, która przy okazji majówki u rodziców, zrobiła dla mnie drobne zakupy. Zależało mi na trójce letnich żeli z Balea o bardzo apetycznych zapachach mango, arbuza (niby melon, to melon, ale na zdjęciu jest arbuz...) i karamboli. Oprócz tego przygarnęłam kolejną pomadkę ochronną z Alverde, tym razem w wariancie wiśniowym, oraz słynny kamuflaż tej samej marki. Do tej pory używałam korektora Alverde Cream To Powder i byłam nim zachwycona, ale mam już w nim dość spore denko, dlatego poprosiłam Kamilę o zakup jego następcy :) Wszystkie te produkty, kupowane bezpośrednio w DM wyniosły mnie niecałe 30 zł, więc zdecydowanie się opłacało! Żel mango już króluje pod prysznicem i muszę się przyznać, że ten zapach w dużej mierze zdominował moją aktualną pielęgnację :)


Zakup antyperspirantu Nivea Calm&Care (10,99 zł) oraz naturalnego dezodorantu w kamieniu Crystal (ok.25 zł), był podyktowany coraz częstszymi podrażnieniami na skórze pod pachami. Nigdy nie miałam przesadnie wrażliwej skóry, ale najwyraźniej częstsze używanie Rexony (związane ze wzmożoną aktywnością fizyczną) dało mi się we znaki, a depilacja za pomocą maszynki, na pewno nie pomogła rozwiązać problemu. W tej chwili, zawsze po goleniu, przecieram skórę kryształem, który ma w składzie ałun, charakteryzujący się właściwościami łagodzącymi (jako antyperspirant zupełnie się u mnie nie sprawdza; swoją drogą kwestia zawartości soli aluminium i jej działania skórę jest mocno dyskusyjna, więc zachęcam do poczytania ciekawych rozważań tutaj). Na co dzień staram się też sięgać po delikatniejszy antyperspirant - w tym celu wybrałam wersję Nivea Calm&Care, która również teoretycznie ma być przeznaczona do skóry wrażliwej, a po Rexonę sięgam w cieplejsze dni lub przed ćwiczeniami. Na ten moment ta strategia zdaje się mieć zbawienne działanie dla mojej skóry! Jeśli Wam też zdarzyły się takie problemy, to polecam wypróbować moją metodę :)

Woda termalna Uriage szturmem wtargnęła do mojego serca, a ponieważ właśnie wykończyłam swoją pierwszą butelkę, kupiłam nową w promocji za niecałe 14 zł. Na razie używam wody termalnej z Avene, ale Uriage chciałam już mieć, ponieważ jest wygodniejsza na wyjazdy z racji braku konieczności osuszania.

Zmywacz z Isany w wersji z acetonem (ok.5 zł?) i pasta do zębów Dental Cream z Himalaya Herbals (ok.11 zł) nie wymagają chyba komentarza, prawda? :)

Emulsja matująca z serii Purritin z Iwostinu, to powtórka z rozrywki. Właśnie wykończyłam pierwszą tubkę tego kremu i polubiłam się z nim, dlatego od razu sięgnęłam po nowe opakowanie. Do kremów na dzień (zależy mi na tych, które nie będą wzmagać błysku) podchodzę z coraz większym dystansem, dlatego jak już coś się u mnie sprawdzi, to staram się tego trzymać. Krem nawilżający z serii Sensitia również z Iwostinu (tego typu produkty stosuję przede wszystkim na noc), to produkt testowy. Byłam ciekawa jak wypadnie w porównaniu do mojego ukochanego Vita Sensilium z Pharmaceris A. Za nieco ponad miesiąc powinnam zresztą podzielić się z Wami moim spostrzeżeniami na ten temat :) Każdy z kremów kosztuje ok.30 zł.

Oliwka Hipp (ok.15 zł) też nie znalazła się tutaj przypadkiem! To jak dotąd najbardziej uniwersalny kosmetyk, który miałam w swoich rękach. Fantastycznie sprawdza się zarówno do olejowania włosów, paznokci, jak i po prostu w zastępstwie zwykłego balsamu. Ostatnio już za nim zatęskniłam, bo nic nie dawało takich efektów na moich paznokciach jak półgodzinna kąpiel w podgrzanej oliwce!

Jak widać pielęgnacja lubi kończyć się i przybywać stadkiem ;)


Produkty ARTDECO, to upominki które otrzymałam na bardzo interesujących warsztatach z makijażystą tej marki. Do tej pory znałam tylko słynną bazę pod cienie, a teraz mam możliwość zapoznać się również z innymi produktami marki. W moje ręce trafił tusz do rzęs Wonder Lash Mascara, puder oraz podkład z serii do makijażu High Definition oraz pomadka o pięknym, nieco koralowym odcieniu. Tusz i pomadka są już w użyciu, więc za jakiś czas spróbuję podzielić się z Wami moim wrażeniami.


Podczas gdy wszyscy szaleli na promocjach w Rossmannie ja starałam się go unikać z daleka. Prawie by mi się to udało, ale w ostatnim tygodniu promocji -49% złamałam ten niepisany zakaz i przygarnęłam cień /sprasowany pigment L'Oreal Color Infaillible w kolorze Forever Pink (ok.18 zł w CND) oraz dwie pomadki - matową Bourjois Rouge Ediotion Velvet 02 (ok.25 zł) oraz upragnioną Rimmel Moisture Renew w kolorze 360 As You Want Victoria (ok.14 zł).


Jak wiadomo, promocje typu -40% całkiem przypadkowo lubią się mnożyć w tym samym czasie we wszystkich drogeriach. O ile zwykle staram się omijać wtedy wszystkie te przybytki rozpusty, tak tym razem zbyt wczesne wyjście z domu poskutkowało "szlajaniem się" po Hebe w tym niebezpiecznym okresie. Co z kolei zaowocowało kilkoma nowościami (dla mnie) z Gosha. Ponieważ marka generalnie należy raczej do tych droższych (jak na półkę drogeryjną oczywiście), skusiłam się na cztery produkty, które wpadły mi w oko - piękny bronzer (Pink), pomadkę (158 Yours Forever), krem CC (02 Ivory) oraz róż-mozaikę (Pink Pie). W tej chwili najbardziej cieszy mnie CC, bo choć teoretycznie nie powinien dogadywać się z moją cerą, to jednak w wolne dni jest dla mnie ostatnio niezastąpiony, kiedy zależy mi na lekkim, ale ładnym makijażu :) Nie pamiętam już cen poszczególnych produktów, ale po zniżce 40% za całą czwórkę zapłaciłam ok.100 zł.


No i to są właściwie najważniejsze zakupy maja! Od tak dawna przymierzałam się do zakupu Daisy Eau So Fresh, że już nawet nie jestem w stanie określić początkowej daty mojej fascynacji tym zapachem. Bardzo długo odkładałam ten zakup, sięgałam po inne produkty i ostatecznie zawsze przekonywałam się, że chyba jednak dojrzałam już do tych lżejszych i bardziej kwiatowych zapachów. W międzyczasie zakochałam się też w absolutnie cudownej Roses de Chloe! Wybór był tak trudny, że skusiłam się na obie buteleczki. Daisy Eau So Fresh w pojemności 125 ml, a Chloe - 30 ml. Teraz chyba bym zamienił te pojemności, bo - o dziwo - to w Chloe czuję się znacznie lepiej i pewniej, choć Daisy z pewnością się u mnie nie zmarnuje. Obie buteleczki przyszły na początku miesiąca i przez ten czas w zasadzie używałam ich codziennie na przemian. Za oba flakony zapłaciłam w Perfumesco tyle, ile zapłaciłabym pewnie za samą Daisy w dowolnej stacjonarnej perfumerii.


Zoya - Payton, to kolejny zakup jeszcze z kwietnia, ale zanim dotarł do Kamili, a Kamila do mnie, musiało minąć trochę czasu. W każdym razie cieszę się, że upragniona Payton w końcu wpadła w moje ręce i że kosztowała mnie tyle, co na targach kosmetycznych, czyli 28 zł :)

Dalej mamy oczywiście nowe Essie. O ile kolekcja Resort Fling zupełnie mnie nie oczarowała, tak sam lakier Find Me An Oasis już jak najbardziej. Niestety formuła profesjonalna jest strasznie trudna we współpracy, ale kolor naprawdę wiele rekompensuje... Brzoskwinka, to kolor, który od dawna wisiał na mojej wishliście, czyli Van D'Go. Każdy z lakierów był kupiony w mniej lub bardziej promocyjnej cenie (w sklepach Kajuba oraz Minti Shop) ;) Dalsze pozycje, to Carousel Coral, Foot Loose i Carry On, które przygarnęłam od mojej Essie-soulmate Sylwii w bardzo okazyjnej-okazji [tak, świadomie użyłam masła maślanego ;)].


W ramach współpracy z marką Rimmel otrzymałam trzy nowe kolory lakierów z serii 60 Seconds, z kolekcji sygnowanej przez Ritę Orę. Z całej trójki - White Hot Love, Lose Your Lingerie oraz Midnight Rendevous - używałam jak na razie tylko ostatniego i muszę przyznać, że z miejsca mnie oczarował. Podobno jaśniejsze kolory są trochę problematyczne, ale ten był bardzo komfortowy w aplikacji, no i ten kolor!


Powyższe mogę podsumować tylko tak - takie tam pierdoły z Biedronki. Nic z tego nie było mi potrzebne, ale przy tych śmiesznych cenach jakoś samo wylądowało w koszyku. Peelingi Bielendy kosztowały ok.5 zł, a maski Biovax były chyba 2 zł. Tak wyszło ;)


No i ostatni duży zakup z maja, to pędzle Real Techniques! Od dawna planowałam, że dołączą do mojej kolekcji i wielokrotnie widziałam je oczyma wyobraźni na mojej toaletce. Miałam zamiar kupić je przez iHerb, ale w międzyczasie pojawiły się jakieś problemy z płatnościami, więc ostatecznie pozbierałam je przy okazji jakiś drobnych promocji i kodów zniżkowych do sklepów Minti Shop i E-Zebra. Może nie zaoszczędziła tyle, co za pośrednictwem iHerb, no ale przynajmniej nikt mi ich nie utopił w oceanie :D

Skusiłam się na zestaw pędzli do twarzy Core Collection, pojedyncze pędzle Expert Face Brush, Setting Brush, Blush Brush oraz gąbeczkę Miracle Complexion Sponge. ...i teraz boję się ich użyć! Są takie śliczne, że aż szkoda mi je brudzić i kurzyć... Pomińmy tę kwestię milczeniem, proszę... :D

***
No! Nie obiecuję (sobie), że w czerwcu nie kupię nic, bo to nie byłoby prawdą (w końcu już czekam na nowe opakowanie podkładu mineralnego :D), ale wiem, że czekają mnie ważniejsze wydatki, dlatego bardzo chciałabym znowu trochę wyhamować moje zapędy. Co tam zresztą wyrzuty sumienia, skoro wszystko tak cieszy! ;))

Standardowo - czekam na Wasze opinie o powyższych kosmetykach, jeśli już miałyście z nimi do czynienia! Co Wam przypadło do gustu, a co nie? A może coś Was szczególnie ciekawi i może mogłabym Wam krótko odpowiedzieć/podpowiedzieć [coś]? :)
K.
Czytaj dalej
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Blog template designed by SandDBlast