Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Oeparol. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Oeparol. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 16 lipca 2013

Majowo-czerwcowe denko :)

Cześć Dziewczyny!

Znowu mnie przez chwilę nie było, ale obiecuję, że już się spinam i powoli wrócę na bloga! Najpierw byłam pochłonięta obroną, a później okazało się, że po obronie miałam tyle innych rzeczy do zrobienia, że odbijanie sobie stresu z ostatnich dni zajęło mi każdą wolną chwilę :) No, ale mam już wolne i dopóki do egzaminów wstępnych jest jeszcze trochę, mogę znowu poświęcić ciut więcej wolnego czasu na bloga! Jednocześnie chciałabym Wam jeszcze raz z całego serca podziękować za trzymanie kciuków za moje pisanie pracy oraz jej obronę! :*

Wracając do tematów stricte blogowych, pora najwyższe nadrobić denkowe zaległości! Przed Wami produkty, które wykończyłam w maju oraz czerwcu wraz z moją krótką opinią na temat każdego z nich :)


W ciągu ostatnich dwóch miesięcy udało mi/nam się zużyć ponad 20 produktów. Dużo i mało, jak na dwa miesiące. Tak naprawdę, większość z nich wykończyliśmy już w czerwcu, bo maj, był wyjątkowo słabym miesiącem do denkowania. Nie wszystkie z wykończonych produktów znalazły się na zdjęciach, ale na szczęście tylko jakieś 2-3 trafiły do kosza, zanim zdążyłam je przechwycić do mojej denkowej torby :)


1. Fiji Passionfruit - żel pod prysznic; Balea (250 ml; ok. 4zł).
2. Brazil Mango - żel pod prysznic; Balea (250 ml; ok. 4 zł).
Bardzo polubiłam się z żelami z Balea! Uwielbiam w nich duży wybór zapachów oraz to, że dobrze oczyszczają moją skórę i nie wysuszają jej przy tym. A do tego są śmiesznie tanie! :) Na pewno co jakiś czas będę do nich wracać w różnych wersjach zapachowych.
 
3. Discover Santrorini - żel pod prysznic; Oriflame (400 ml; ok.10 zł).
O żelach z serii Discover od Oriflame rozpisywałam się już kiedyś TUTAJ. Dotąd nie zmieniłam zdania, choć znudził nam się już trochę wybór zapachów, więc kupujemy je znacznie rzadziej. Podobnie jak żele z Balea, ten z Oriflame dobrze oczyszczał, nie wysuszał i oczywiście przyjemnie pachniał. Mam jeszcze jeden w zapasach, a czy kupię kolejne sztuki? Jeśli będzie okazja, to pewnie tak.
 
Następcy: żel po prysznic Hawaii Pinapple z Balea; żel pod prysznic Aromatherapy Eucalyptus & Spearmint z Bath & Body Works; żel pod prysznic Aromatherapy Vanille & Verbene z Bath & Body Works.
 

4. Sweet Secret - masło do ciała o zapachu szarlotki z bitą śmietaną i cynamonem; Farmona (225 ml; ok. 15zł).
To masło urzekło mnie szczególnie w okresie zimowym i tak naprawdę właśnie wtedy zużyłam jego większość, ale w duchu wykańczania zapasów, postanowiłam, że nie ma sensu trzymać takiej końcóweczki do kolejnej zimy. Moim zdaniem masło bardzo dobrze nawilżało i natłuszczało skórę, więc stosowanie go było naprawdę przyjemne. Produkt nie wchłaniał się przesadnie długo, choć w przypadku bardziej obfitej aplikacji trzeba mu było dać kilka minut. No i oczywiście zapach - czyli największy plus tego produktu! Obłędny, ciepły i otulający zapach najprawdziwszej szarlotki! Jeśli natknę się na ten produkt bliżej kolejnej zimy, to bardzo chętnie powtórzę zakup.
 
Następca: wykańczam resztki masła do ciała Pharmatheiss Granatapfel, a na co dzień stosuję balsamy
 
5. Z Apteczki Babuni - wygładzający peeling do ciała z ekstraktem z bzu; Joanna (300ml; ok. 10-15zł).
Ten produkt to jeden z przyjemniejszych peelingów, jakich ostatnio używałam! Nie dość, że skutecznie ściera martwy naskórek i nie rozpuszcza się pod wpływem wody, to jeszcze przepięknie pachnie najprawdziwszym bzem. Może nie jest to ten sam kaliber co peelingi cukrowe, ale moim zdaniem drobinki zawarte w tym produkcie są wystarczająco ostre, żeby przy regularnych zabiegach poradzić sobie z odpowiednim wygładzeniem ciała. Bardzo go polubiłam i już ponowiłam zakup :)
 
6. Sweet Secret - waniliowy scrub do mycia ciała; Farmona (225 ml; ok.13 zł).
Kolejny bardzo udany produkt od Farmony! Ten peeling przypadł mi do gustu na równi, z opisywanym wyżej peelingiem z Joanny. Bardzo skutecznie wygładzał skórę i ścierał martwy naskórek (chyba nawet mocniej, niż ten z Joanny), a do tego naprawdę przyjemnie pachniał wanilią. Owszem, nieco sztuczną, ale nadal bardzo przyjemną dla nosa. Podobnie jak masło szarlotkowo, świetnie sprawdzał się w okresie zimowym, ale nie wykluczam, że wrócę do niego wcześniej, po wykończeniu kolejnego słoiczka peelingu bzowego z Joanny.
 
Nastęca: peeling bzowy z Joanny.
 
 
7. Push Up - serum ujędrniające do biustu; Lirene (150 ml; ok.15 zł).
Z produktami ujędrniającymi do biustu mam dziwną relację. Nie bardzo wierzę w ich działanie, nie bardzo widzę ich efekty, ale mimo wszystko staram się dość regularnie używać, bo natura (i genetyka) dość hojnie mnie obdarowały i fajnie by było, gdybym na starość nie musiała potykać się o własny biust :P W przypadku tego serum, niestety również nie zaobserwowałam żadnego szczególnego ujędrnienia czy napięcia skóry, choć naprawdę starałam się używać go regularnie. Nie jest to jedyny produkt tego typu, który nie wywarł na mnie wrażenia, więc nie wiem nawet co na ten temat sądzić. Wiem, że u innych dziewczyn się sprawdza, ale ja dotąd nie natknęłam się na żaden specyfik tego typu, który dałby u mnie jakieś zauważalne efekty. Na razie nie planuję powrotu. A może u mnie nie ma co poprawiać? ;))
 
Następca: brak.
 
8. MaXSlim - balsam intensywnie ujędrniający; Lirene (400 ml; ok.12-17 zł).
Ten produkt jest dla mnie zagadką. Mi w sumie średnio przypadł do gustu i w sumie, podobnie jak w przypadku serum do biustu, średnio widzę jego efekty na mojej skórze, a mimo to kupuję kolejne butelki. Mało tego, produkt ten mocno przypadł do gustu mojemu Michałowi, który od dłuższego czasu jest jego stałym użytkownikiem. Bynajmniej nie chodzi o działanie ujędrniające, a raczej o przyjemny cytrusowy zapach, szybkie wchłanianie i niepozostawianie tłustego filmu na skórze. O ile ja używam go tylko w strategicznych miejscach, to Michał smaruje niż całe ciało, więc produkt dość szybko nam się kończy, dlatego... kolejna butla już jest w użyciu! ;)
 
Następca: ten sam produkt.
 
9. Seria C - żel-krem antycellulitowy o podwójnym działaniu; Pharmaceris (150 ml; ok.50zł).
O tym produkcie napisałam odrębną recenzję, do której przeczytania serdecznie Was zapraszam (KLIK). Tutaj wspomnę tylko tyle, że krem-żel bardzo przypadł mi do gustu i wyjątkowo skutecznie i zauważalnie napinał moją skórę, jednocześnie nieco ją wygładzając i zmniejszając widoczność cellulitu. Jeśli trafię na ten produkt w atrakcyjnej promocji, to na pewno chętnie do niego wrócę!

Następca: balsam antycellulitowy Lirene STOP Cellulit.
 

10. Cytrynowy krem do rąk WYGŁADZENIE; Lirene (75 ml; ok.7 zł).
Całkiem skuteczny i przyjemny krem do rąk, który dobrze sprawdził się jako tak zwany "torebkowiec". Moim zdaniem nie poradzi sobie z mocno przesuszoną skórą dłoni, ale do codziennej pielęgnacji będzie jak najbardziej wystarczający. Zadowalająco nawilżał i odrobinę natłuszczał skórę dłoni, ale równocześnie szybko się wchłaniał i nie zostawiał tłustej warstwy, dzięki czemu dobrze sprawdzał się w pracy. Tylko czasami, nie dawał rady przesuszowi spowodowanemu zmasowanym atakiem papieru i konieczna była podwójna aplikacja. Taki przyjemniaczek w korzystnej cenie. Może do niego wrócę, a może wypróbuję inną wersję. Bardziej przypadł mi do gustu krem z czerwonej serii - REGENERACJA.
 
11. Krem do rąk z kwiatem pomarańczy; Isana (100ml; ok.5zł).
Krem z Isany występował u mnie chyba w każdej z ról, najpierw mieszkał w torebce, później przy łóżku w sypialni, później na regale w salonie, aż ostatecznie znowu został zagarnięty do torebki. Mimo wszystko najlepiej sprawdzał się właśnie w domu, ponieważ o ile wchłanianie nie było zbyt uciążliwe, tak tłusta warstwka, pozostawiana na dłoniach już tak. Niby wykorzystałam tę końcówkę w pracy, ale nie był to najlepszy produkt w tym miejscu. Choć dla odmiany z wszelkimi objawamy suchości i szorstkości dłoni radził sobie o niebo lepiej, niż wyżej opisany Lirene. Ta wersja była limitowana, więc pewnie nie jest już nigdzie dostępna, ale i tak nie wróciłabym do niego.
 
Następca: wykańczam miodowy krem regenerujący z Lirene.
 
12. Hydrosense - nawilżająco-wygładzający jedwab do ciała; Oeparol (200ml, ok.15 zł).
No i co ja mam tutaj napisać? W sumie produkt był całkiem przyjemny, miał neutralny zapach, dobrze się wchłaniał i całkiem nieźle nawilżał skórę, ale po prostu nie zapadł mi specjalnie w pamięć. Dostałam, zużyłam, zapomniałam. Po prostu był ok, ale to trochę za mało, żeby do niego wrócić.
 
Następca: u mnie są to przede wszystkim balsamy z Bath & Body Works, w aktualnie używanym wariancie zapachowym.
 

13. Pielęgnacja Młodości - krem matująco-normalizujący; AA (50ml; ok.18-20zł).
Świetny krem do twarzy na dzień, który bardzo mocno przypadł mi do gustu! Nie tak dawna napisałam pełną jego recenzję, którą przeczytacie TUTAJ. Co mogę napisać w skrócie na jego temat? Świetnie matowił moją cerę, dobrze współpracował ze wszystkimi podkładami, nie podrażniał, nie zapychał i nie wysuszał cery! Zdecydowanie jeszcze się spotkamy! :)

Następca: emulsja energizująca Vitaceric Dr Irena Eris.

14. Dwufazowy płyn do demkijażu Awokado; Bielenda (100ml; ok. 6zł).
Wcześniej nie znosiłam dwufazówek, a odkąd wypróbowałam tę z Lirene, a później dwufazy z Bielendy, okazało się, że nagle wszystko mi się poprzestawiało i micele poszły w odstawkę! Zwłaszcza te, które do niczego się nie nadają! ;) Dwufazówka z Bielendy skutecznie sobie radziła z każdym makijażem, nie zostawiała na oczach efektu pandy i zmywała nawet wodoodporne kosmetyki. Zastanawiam się tylko, czy wystarczająco dobrze zmywa azjatyckie kremy BB (macie na ten temat jakieś przemyślenia?). Cenię w niej to, że nie podrażniała mi oczu oraz nie zostawiała tak zwanej mgły! Zdecydowanie do powtórki!

Następca: płyn dwufazowy Bawełna z Bielendy.

15. Żel pod oczy ze świetlikiem i herbatą; Flos Lek (15ml; ok.8zł).
Uwielbiam te żele! Zużyłam już dwie tubki i uważam, że są one totalnym must-have w mojej kosmetyczce! Świetnie koi zmęczone powieki i okolice oczu, a wyjęty prosto z lodówki, momentalnie odświeża spojrzenie i redukuje opuchnięcia! Oczywiście mam już kolejną tubkę! :)

Następca: żel pod oczy ze świetlikiem i aloesem.
 

16. Pianka do mycia rąk Sweet Pea; Bath & Body Works (259ml; od 19 do 29 zł).
Zgodnie uwielbiamy z Michałem ten wariant pianek do mycia rąk z Bath & Body Works i oboje bardzo doceniamy ich delikatność dla skóry. No dobra, Michał nie zwraca na to aż takiej uwagi, ale ja i owszem. W dodatku odkryłam, że po umyciu rąk z użyciem tej pianki nie czuję większej potrzeby stosowania kremu do rąk i często o tym zapominam, natomiast po użyciu zwykłego mydła w kostce bardzo często wybiegam z łazienki jak poparzona, łapiąc pierwszy lepszy krem do rąk ;) Ciąle wracamy do tych pianek! Więcej napisałam w recenzji TUTAJ.
 
Następca: pianka do mycia rąk Aloha Orchid z Bath & Body Works.
 
17. Zmywacz do paznokci z acetonem; Isana (250ml; ok.10zł?).
Nigdy więcej! To moja druga butelka tego zmywacza i o ile na początku całkiem mi odpowiadał, tak teraz koszmarnie przesusza mi paznokcie i zostawia paskudny, trudno zmywalny biały osad na paznokciach i skórze. Nie wiem nawet czy wykończę resztkę odlaną w mniejszą buteleczkę... Jakie zmywacze polecacie?
 
Następca: niestety ten sam produkt, na gwałt szukam czegoś lepszego!
 
18. Pasta do zębów; Himalaya Herbals (ok.12zł/szt.).
Zwykle nie pokazuję tutaj past do zębów, ale ta jest wyjątkowa! Doskonale rozumiem wszelkie zachwyty w blogosferze! Jest delikatna dla zębów i dziąseł, nie podrażnia, a nawet pomaga podleczyć wszelkie ewentualne skaleczenia, czy uszkodzenia (nie wiem, jak to ująć w słowa). Oboje z Michałem zauważyliśmy, że w czasie korzystania z tej pasty w ogóle nie mieliśmy problemów z krwawieniem dziąseł i generalnie nie borykaliśmy się z żadnymi podrażnieniami jamy ustnej (:D). Już mam kolejną tubkę!
 
Następca: ten sam produkt!
 

19. Krem do rąk z masłem shea' L'Occitane.
Pozwolę sobie zostawić moją opinię do czasu recenzji całego koszyczka ;)
 
20. Pomadka ochronna Soft Rose; Nivea (ok.10 zł/szt.)
Bardzo dobra pomadka ochronna, która dobrze nawilżała i natłuszczała moje usta i zabezpieczała je przed czynnikami zewnętrznymi. Nie przypadła mi do gustu tak bardzo, jak wersja Vitamin Shake, ale również ją lubię. Może jeszcze ją kupię.
 
Następca: Nivea Vitamin Shake i inne pomadki ochronne, porozkładane w torebkach i kieszeniach ;)
 
21. Podkład nawilżający Healthy Mix; Bourjois (ok.60zł/op.).
To chyba mój faworyt wśród wszystkich płynnych podkładów, których do tej pory używałam! Zresztą niejednokrotnie wymieniałam go wśród moich kolorówkowych ulubieńców! Mam nadzieję, że nowa wersja podkładu rzeczywiście różni się tylko opakowaniem, bo HM, który właśnie wykończyłam nie tylko bardzo zadowalająco krył (na większe niespodzianki i tak potrzebuję korektora), ale też zostawiał na twarzy ślicznie wykończenie (taki trochę glowy look), które matowiłam zwykle tylko tam gdzie potrzebowałam, czyli w strefie T. Bardzo dobrze trzymał się na mojej twarzy, nie ciemniał, nie robił plam. No po prostu świetny! Mam kolejną buteleczkę, mam nadzieję, że również się sprawdzi! :)
 
Następca: Rimmel Match Perfection.
 
22. Żel pod prysznic z werbeną; L'Occitance
Podobnie, jak w przypadku kremu, swoje wrażenia opiszę zbiorczo w poście "koszyczkowym".


23. Hydrosense - krem nawilżający do skóry mieszanej; Oeparol (50ml; ok.15zł).
Początkowo byłam bardzo zadowolona z tego kremu, bo naprawdę świetnie nawilżał moją cerę i szybko radził sobie z pokatarowymi przesuszeniami na nosie i innymi tego typu przygodami, a później nagle przestał mi wystarczać. Zupełnie nie wiem czemu, skoro wcześniej był ok, ale prawda jest taka, że ostatniej zimy moja twarz chyba zmieniła swoje przyzwyczajenia i przestała traktować nawilżanie jako zło konieczne, a zaczęła doceniać coraz większe jego dawki. Jak wspomniałam, większość kremu zużyłam zimą, dopóki nie zaczął być niewystarczający. Pewnie sprawdziłby się wiosną, bo był lekki i łatwo się wchłaniał, ale zauważyłam, że końcówka kremu zmieniła kolor, więc resztkę postanowiłam wyrzucić.
 
Następca: lekki krem głęboko nawilżający Pharmaceris A.
 
24. Odżywka podkładowa Foundation II; Nail Tek (ok.20zł/szt.).
Jak dla mnie ten produkt to totalna porażka! Nie wiem, czy ja po prostu nie lubię się z Nail Tekami, czy ta formuła nie była odpowiednia dla moich paznokcie, ale po każdym użyciu tej odżywki, miałam wrażenie, że moje paznokcie są w jeszcze gorszym stanie. Miałam 3-4 podejścia do tej odżywki i skończyło się na tym, że połowa leci do kosza! Teraz walczę z formułą III i choć jest trochę lepiej, to nadal nie jestem do końca zadowolona. Na pewno więcej nie wrócę do tej odżywki, bo choć wielu z Was pomaga, to dla mnie jest zwyczajnie koszmarkiem!
 
Następca: duet Nail Tek III
 
***
 
To by było na tyle, jeśli chodzi o moje majowo-czerwcowe zużycia! Poszło całkiem nieźle, ale biorąc pod uwagę niedawno otrzymaną ogromniastą paczkę od Lirene i Under 20, którą pewnie widziałyście na wielu innych blogach (ale u mnie też zobaczycie ;)), chyba i tak jeszcze sporo roboty przede mną w związku z "odgruzowywaniem" szafek z zapasów kosmetycznych :D
 
A jak prezentowały się Wasze zużycia w ostatnim czasie? Czy Wy też macie ochotę ujrzeć w końcu kawałek pustej szafki ;))
K.
Czytaj dalej

sobota, 6 kwietnia 2013

Lutowo-marcowe denko

Cześć Dziewczyny!

Być może zauważyłyście, że w marcu bardzo mocno ociągałam się z postem denkowym, tak mocno, że ostatecznie postanowiłam połączyć denka z dwóch miesięcy. Bynajmniej nie dlatego, że w lutym było tego mało, o nieee... Nazbierało się tego całkiem sporo, a marzec tylko dopełnił dzieła, bo przez te dwa miesiące zużyłam łącznie 38 produktów!


Wobec powyższego nie chcę Was zbytnio zanudzać długimi opisami produktów, które były już recenzowane, dlatego odeślę Was do gotowych już recenzji tych kosmetyków. A teraz - nie przedłużając - przejdźmy do rzeczy :)


1. Balsam intensywnie ujędrniający MaXSlim; Lirene (500ml; ok.20zł).
Względem tego produktu mam dość mieszane uczucia, bo szczerze powiedziawszy nie zauważyłam większych efektów. Wielokrotnie powtarzam, że sam balsam nie jest w stanie niczego zmienić, no ale cokolwiek, tak na zachętę, naprawdę by nie zaszkodziło ;) Więcej planuję napisać wkrótce w poście, który przybliży Wam nieco trzy produkty z serii MaXSlim. Na razie nie planuję powrotu.

Następca: brak;

2/3. Żel + oliwka pod prysznic mango; Lirene (250ml; ok.8zł).
Jednym słowem - ulubieniec! Więcej w recenzji KLIK. Na pewno do niego wrócę!

Następcy: imbirowy żel pod prysznic The Body Shop; żel pod prysznic Bath & Body Works Twilight Woods; żel pod prysznic żurawina i biała herbata Isana;


4. Szampon do włosów Smooth Relax; Syoss (500ml; ok.10-12zł).
Z tego szamponu więcej korzystał mój chłopak, ale i ja wielokrotnie mu go podkradałam. Obojgu nam przypadł do gustu, nie plątał włosów i ładnie je wygładzał. Włosy mojego chłopaka były bardzo miękkie, pomimo tego, że nie stosuje on żadnych odżywek i po powrocie do sprawdzonego wcześniej szamponu jednoznacznie stwierdził, że ten był o wiele lepszy. W ogóle nagle zrobił się wybredny, jeśli chodzi o szampony, więc to więcej niż pewne, że wrócimy do tej wersji Syoss'a :)

5. Szampon do włosów z aloesem; Equilibra (250ml; ok.20zł).
Świetny szampon! Nie tylko dobrze oczyszczał włosy i skórę głowy, ale i bardzo skutecznie łagodził działanie detergentu (ALS), dzięki wysokiej zawartości aloesu (drugie miejsce w składzie). Najlepiej sprawdzał się w duecie z maską z pięciu alg i masłem shea z Bingo Spa. Mam jeszcze jedną butelkę i z przyjemnością do niego wrócę :)

6. Szampon z aloesem i hibiskusem; Alverde (200ml; ok.2 euro).
Kolejny dobry szampon, który dobrze się u mnie sprawdził, mimo wszystko wolę jednak używać szamponów, które nie zawierają alkoholu tak wysoko w składzie. Mam wrażenie, że przy dłuższym używaniu wzmagają one swędzenie skóry, więc staram się nie używać ich na co dzień, tylko co drugie, trzecie mycie. Poza tym, moim zdaniem ta wersja niewiele się różni od szamponów z Alterry. Dobry, ale niekoniecznie must have. Na razie nie wrócę do niego.

Następca: Nivea 2w1 (jego szampon); Natura Siberica Objętość i Nawilżenie (mój szampon);

7. Kuracja z aloesem i hibiskusem; Alverde (150ml; ok.2 euro).
Świetnie nawilża włosy i sprawia, że są niesamowicie mięciutkie. Bardzo ładnie po niej błyszczą i dość dobrze się układają. Mam ochotę na więcej! :)

Następca: maska z pięcioma algami i masłem shea Bingo Spa;


8. Olejek antycellulitowy brzoza i pomarańcza; Alterra (100ml; ok.18-20zł).
Od tego olejku zaczęłam przygodę z olejowaniem włosów, ale nie stosowałam go tylko w tym celu. Na włosach sprawdzał się dość dobrze, ale tak naprawdę najprzyjemniej sprawował się do masażu i do nawilżania ciała. Uwielbiam jego energetyczny, pomarańczowy zapach! Chętnie bym do niego wróciła, ale mam jeszcze kilka olejków i oliwek, które muszę zużyć, dlatego na razie nie, ale nie mówię mu nigdy! ;)

Następca: olejek z jaśminem z Orientany;

9. Wcierka do włosów i skóry głowy Jantar; Farmona (100ml; ok.10zł).
Bardzo dobra i skuteczna wcierka do skóry głowy. Naprawdę widzę po niej wysyp baby hair i czuję, że łagodzi wszelkie podrażnienia skóry głowy i przynosi mi odczuwalną ulgę, dlatego chętnie ponowiłam ten zakup! :)

Następca: ten sam produkt;


10. Oczyszczający żel peelingujący do mycia twarzy Pielęgnacja Młodości; AA (150ml; ok.15-18zł).
Całkiem dobry produkt, choć ja traktowałam go bardziej jako żel pod prysznic, niż jako peeling, choć przy odrobinie energii dawał radę. Więcej przeczytacie w recenzji KLIK. Nie wrócę do tego produktu, głównie dlatego, że nie przepadam za takimi hybrydami.

Następca: pianka do mycia twarzy z serii Pharmaceris A;

11. Płyn micelarny; Bourjois (250ml; ok.13zł).
Bardzo lubię ten micel i chętnie do niego wracam. Tej butelki używałam wspólnie z mamą, której też  ten produkt przypadł do gustu. Niedługo dodam na jego temat swoje trzy grosze, więc nie będę się teraz zbytnio rozpisywać. Po prostu warto po niego sięgnąć, bo może być świetną i wydajną alternatywną dla Biodermy. Już korzystamy z kolejnej butelki i na pewno będziemy kupować kolejne.
Następca: ten sam produkt;

12. Oczyszczający żel do mycia twarzy; AA Eco (125ml; ok.25zł).
Z tego żelu korzystałam kiedy chciałam potraktować moją twarz łagodnie i nie narażać ją na codzienne tarcie peelingiem (patrz nr. 10). Produkt dobrze oczyszczał i odświeżał twarz, ale obok ogórka, to on niestety nawet nie stał. Niedługo napiszę o nim więcej, bo wiem, że niektóre z Was były go ciekawe. Niestety, nie wrócę do tego produktu z kilku względów, o których wkrótce.

Następca: pianka do mycia twarzy z serii Pharmaceris A;


13. Czyścik Angels on Bare Skin; LUSH (100g; ok.6 funtów/10 euro).
Bardzo fajny i przyjemny czyścik do twarzy, który dobrze oczyszczał i jednocześnie pielęgnował cerę. Na pewno warto poznać ten produkt, ale nie do końca rozumiem, na czym polega jego fenomen. Więcej napisałam w recenzji KLIK. Na razie nie wrócę do niego, bo i nie mam jak, ale nawet w razie możliwości zakupu skuszę się raczej dla odmiany na coś innego.

Następca: pianka oczyszczająca z serii Pharmaceris A;

14. Krem złuszczający z 5% zawartością kwasu migdałowego Sebo-Almond Peel 5%; Pharmaceris T (50ml; 30-40zł).
To był naprawdę świetny krem, który nie dość, że poradził sobie z wysypem podskórnych gul, to jeszcze trzymał moją skórę w ryzach przez większy czas, kiedy go stosowałam. Pod koniec skóra jakby trochę się przyzwyczaiła, a dodatkowo zimą zmieniły się jej potrzeby, dlatego póki co robię sobie od niego przerwę, ale na pewno do niego wrócę! Piekielnie wydajny produkt! Używałam go tylko na noc, prawie codziennie przez pół roku! Więcej napisałam w recenzji KLIK.

Następca: najpierw krem nawilżający dla cery normalnej i mieszanej Oeparol Hydrosense, a obecnie Pharmaceris A lekki krem głęboko nawilżający oraz punktowo Effaclar Duo z La Roche-Posay;

15. Krem przeciwtrądzikowy matująco-normalizujący Sebostatic Dzień; Pharmaceris T (50ml; 30-40zł).
Kolejny świetny produkt z serii T! Świetnie radził sobie z utrzymaniem odpowiedniego nawilżenia skóry, jednocześnie mając lekki wpływ na opóźnienie świecenia się twarzy. Przyznam szczerze, że trochę za nim tęsknię, choć obecnie stosowany krem również jest dobry, to jednak mam wrażenie, że ten odrobinę lepiej trafiał w potrzeby mojej skóry. Więcej napisałam w recenzji KLIK.

Następca: najpierw krem matująco-nawilżający z AA Pielęgnacja Młodości, a obecnie Dr Irena Eris energizujący krem na dzień dla cery tłustej i mieszanej z serii Vitaceric; 

16. Krem pod oczy odżywczo-nawilżający Ultra Odżywianie; AA (15ml; ok.15-20zł).
Pamiętam, że kupiłam ten krem trochę w ciemno, ponieważ Rossman wycofał mój ulubiony krem pod oczy z Alterry. Szukałam wtedy czegoś, co miałoby treściwą, kremową konsystencję i co obiecywało jakieś odżywienie skóry - szczególnie przy stosowaniu na noc. W większości trafiałam na same żele, a w tej kategorii już mam swojego ulubieńca z Flos-Lek, a ten krem z AA wpadł mi w ręce przypadkiem, ale przekonał mnie do siebie prawie od razu. Wprawdzie efekty stosowania nie są jakieś spektakularne, ale podobała mi się zarówno konsystencja, jak i jego delikatne działanie. Nie podrażniał skóry wokół oczu, ani samych oczu, nie tłuścił skóry, ale sprawiał, że była miękka, dobrze nawilżona i przyjemnie napięta. Świetnie sprawdzał się też pod makijaż, a ponadto był szalenie wydajny! Stosowałam go niemal codziennie na noc, czesto również na dzień, aż od czerwca ubiegłego roku!!! Aktualnie mam kilka kremów pod oczy w zapasie, ale  gdyby nie to, to na pewno kupiłabym go jeszcze raz!

Następca: nawilżająco-rozjaśniający krem pod oczy Wrażliwa Natura 20+ od AA;


17. Imbirowe masło do ciała; The Body Shop (50ml; 20zł).
To masło należało do limitowanej świątecznej kolekcji, więc prawdopodobnie nie jest już dostepne, ale mimo to warto o nim wspomnieć. Jeśli chodzi o zapach - wiadomo, nie wszystkim przypadnie do gustu, mi się podobał, ale sięgałam po nie dość nieregularnie, bo na co dzień mnie męczył. Co do właściwości pielęgnacyjnych - było dobrze, ale nie powalająco. Masło dobrze nawilżało skórę, ale miało jak dla mnie zbyt zbitą konsystencję i trzeba było się nieźle nagimnastykować, żeby dobrze je rozprowadzić na ciele, bo dość ciężko się rozsmarowywało. Gdybym nie wypróbowała wcześniej kilku próbek masła z shea, to stwierdziłabym, że ten rodzaj produktów z TBS zupełnie nie jest warty swojej ceny, a tak - sądzę, że wszystko zależy od wersji zapachowej i właściwej jej konsystencji. Nie wróciłabym do tego produktu, nawet gdyby był dostępny w regularnej ofercie.

Następca: wykańczam masło do ciała z granatem Pharmatheiss Granatapfel i szarlotkowe masło do ciała Sweet Secret z Farmony;

18. Peelingujący żel pod prysznic z imbirem; The Body Shop (75ml; brak informacji o cenie).
Przyznam, że liczyłam na to, że ten kosmetyk będzie raczej peelingiem, niż żelem, ale niestety trochę się zawiodłam. Owszem, produkt posiadał drobinki ścierające, ale nie były one na tyle ostra, żeby porządnie złuszczyć martwy naskórek. Dla mnie to był raczej żel z drobinkami masujacymi, który spokojnie można by stosować codziennie. Tym razem zapach był odpowiednio wyważony i kąpiel z tym produktem nie była męcząca i dość chętnie sięgałam po ten żel. Niestety produkt ma jeszcze jedną wadę - jestem świadoma, że to miniaturka, ale nawet jak na miniaturkę produkt skończył się bardzo szybko. Wolę kupić albo żel, albo peeling, dlatego nie kupiłabym tego produktu.

Następca: wykańczam peeling szarlotkowy Sweet Secret z Farmony;


19. Krem regenerujący do stóp z 30% zawartością mocznika; Lirene (100ml; ok.10zł).
Ten krem darzę wyjątkowo mieszanymi uczuciami - z jednej strony doceniam jego działanie, a z drugiej do szału doprowadzają mnie jego wady, sprawiające, że jego stosowanie bywa zwyczajnie upierdliwe. Zamierzam go wkrótce zrecenzować, ponieważ mam jeszcze około połowy drugiej tubki, otrzymanej w ramach współpracy. Szczerze powiedziawszy, nie mam zielonego pojęcia, czy jeszcze go kiedyś kupię, czy może postawię na coś innego.

Następca: ten sam produkt;

20. Krem do rąk RATUNEK z 10% zawartością masła shea; Lirene (50ml; ok.8zł).
Ten krem zasługuje na osobna recenzję, bo moim zdaniem jest naprawdę świetny! Bardzo mi pomógł, kiedy miałam przesuszoną i popękaną od mrozu skórę. Jego zalety docenił również mój M. Na pewno do niego wrócę!

Następca: brak następcy w celach ratunkowych ;)

21. Krem do rąk Kwiat Hibiskusa; L'Occitane (30ml; 29zł).
Ze wszystkich kremów z L'Occitane, jakie miałam okazję dotąd wypróbować, ten był według mnie najlepszy. Bardzo żałuję, że znajdował się w edycji limitowanej, ponieważ cudownie pachniał hibiskusem - bardzo intensywnie i kwiatowo,  a ponadto bardzo dobrze nawilżał skórę. Był dużo lepszy, niż jego młodszy brat z serii Magiczne Kwiaty recenzowany TUTAJ. Niestety nie jest już dostępny.

Następca: wykańczam krem do rąk REGENERACJA z Lirene;


22. Mydło w płynie róża i jogurt - uzupełnienie; Isana (500ml; ok.5zł?).
Przyjemne, dobrze oczyszczające mydełko. Miało ładny zapach i robiło, co miało robić, ale moim zdaniem jest naprawdę słabo wydajne - cały wkład wykorzystaliśmy w ciągu 1,5 miesiąca i bardzo szybko było widać ubytek w butelce z mydłem. Pewnie kupię jeszcze inne warianty, bo jest to tani produkt, ale nie darzę go większymi uczuciami ;)

Następca: aloesowe mydło OnLine;

23. Mydło w piance Sweet Pea; Bath & Body Works (259ml; 29zł).
Nasze ulubione mydełko! Świetnie oczyszcza dłonie, pięknie pachnie i nie wysusza dłoni. Uwielbiam w nim to, że po umyciu rąk bardzo długo czuć zapach. Wprawdzie produkt swoje kosztuje, ale po pierwsze jest w wiecznej promocji za 19-20zł, a po drugie jest naprawdę wydajny. U nas stoi w WC i wystarcza nam zawsze na około 2 miesiące. Ciągle kupujemy ten sam wariant! Pełna recenzja TUTAJ.

Następca: ten sam produkt;

24. Zmywacz do paznokci z acetonem; Isana (250ml; ok.5zł).
Bardzo dobry i naprawdę skuteczny zmywacz paznokci. Nie wysusza szczególnie ani płytki, ani skórek i dobrze sobie radzi ze zmywaniem każdego lakieru. Czego więcej chcieć? Mam już kolejną butelkę.

Następca: ten sam produkt;

25. Antyperspirant w kulce; Dove (50ml; ok.10zł).
Dość dobry antyperspirant. Miał przyjemny zapach i dość dobrze chronił przed poceniem, jednak czasami, kiedy byłam dłużej poza domem, miałam wrażenie, że mi nie wystarcza, dlatego nie wrócę do niego.

Następca: moim zdaniem najlepsze są antyperspiranty z Rexony, teraz mam wersję z aloesem;


26. Tusz do rzęs False Lash Effect Fusion; Max Factor (50zł/szt.).
Jeden z moich ulubionych tuszy do rzęs! Bardzo lubię efekt, jaki daje na moich rzęsach i używam go właściwie na co dzień. Jedyne czego mi w nim brakuje, to możliwości zbudowania mocniejszego efektu, do makijażu wieczorowego. Pełna recenzja TUTAJ. Na pewno jeszcze do niego wrócę.

Następca: tusz do rzęs One by One Satin Black; Hean Maxxi Lash Flexi;

27. Tusz do rzęs Growing Lashes; Wibo (10zł/szt.).
Ten tusz miał być ideałem i faktycznie niewiele mu zabrakło, bo efekt, jaki dawał na rzęsach bardzo mi się podobał, niestety ma jedną cechę która go dyskwalifikuje i raczej do niego nie wrócę. Niedługo postaram się napisać o nim więcej.

Następca: tusz do rzęs One by One Satin Black; Hean Maxxi Lash Flexi;

28. Brązowa kredka do powiek Smooth Definer; Oriflame (22zł bez promocji).
Moja ulubiona kredka po wielu, wielu miesiącach użytkowania w końcu dokończyła żywota. Uwielbiam ją za kolor, który jest ciemnym brązem, zbliżonym do gorzkiej czekolady, ponieważ świetnie podkreślał oczy, nie będąc jednocześnie tak oczywistym i mocnym akcentem, jak czerń. Na pewno jeszcze do niej wrócę!

Następca: brązowa kredka Glimmerstick Diamonds z Avonu, którą dostałam od La Frambuesy;

29. Pomadka ochronna; Oeparol (ok.6zł/szt.).
Dość dobra pomadka ochronna, która dbała o moje usta zimą. Nie mam do niej żadnych zastrzeżeń, choć z pewnością nie powaliła mnie też na kolana i nie rozkochała tak, jak Nivea Vitamin Shake. Po prostu - dobry produkt ochronny na co dzień. Nie wiem, czy jeszcze po nią sięgnę.

Następca: w kieszeni mojej kurtki zadomowiła się teraz pomadka ochronna Noni Care;

30. Odżywka do paznokci Nourish Me; Essie (36zł/szt.).
To moja ukochana odżywka i jednocześnie baza pod lakier! Używałam jej praktycznie za każdym razem, kiedy malowałam paznokcie i wystarczyło mi jej dokładnie na 11 miesięcy! Świetnie dbała o moje paznokcie, a największą różnicę zauważyłam na samym początku, kiedy to właściwie momentalnie przestały się rozdwajać. Później jej moc jakby spadła, ale nadal dość dobrze się sprawowała i zawsze wracałam do niej z podkulonym ogonem, kiedy inne "cud" odżywki okazywały się robić spustoszenie. Na pewno jeszcze do niej wrócę!

Następca: Sally Hansen odżywka Green Tea & Bamboo;


31. Maska z naturalnego jedwabiu z algami filipińskimi i aloesem; Orientana (15zł/szt.).
Bardzo podobało mi się działanie tego produktu. Twarz była wyraźnie nawilżona, ale nie lepiąca. O wadach i zaletach takiej formy maski rozpisywałam się TUTAJ. Być może wrócę do niej raz na jakiś czas w ramach maseczki "bankietowej".

32/33. Maseczka aktywnie oczyszczająca z białą glinką; AA (10ml; ok.5zł).
Z tego produktu nie byłam zbytnio zadowolona. Szczerze powiedziawszy nie zauważyłam zbytnio efektów. Nie wrócę do niej.

34/35. Bibułki matujące; Beauty Formulas (50szt./ok.11zł).
Bibułki kupiłam w dwupaku ponad rok temu, ale na początku używałam ich dość sporadycznie. Dobrze ściągały nadmiar sebum i nie ingerowały zbytnio w makijaż, ale w kryzysowych sytuacjach nie mogło się obejść bez użycia pudru, ponieważ inaczej mat nie trwał zbyt długo. Na razie wypróbuję inne produkty tego typu.

Następca: bibułki matujące z Marion;


36/37. Szampon przeciwłupieżowy ELESTABION T; Flos-Lek (ok.3zł za saszetkę z dwoma porcjami).
Tego szamponu używałam w lutym raz w tygodniu w ramach kuracji. Nie mam raczej problemów z łupieżem, ale moja skóra głowy bywa podrażniona i zdarzają się czasem drobne ranki i podejrzane farfocle ;) Ten szampon całkiem fajnie spisywał się w łagodzeniu podrażnień i okiełznaniu skóry głowy. Ciekawa jestem jak sprawdziłby się stosowany regularnie.

38. Maska nawilżająca; AA (ok.5zł/szt.).
Ta maska niestety również niezbyt przypadła mi do gustu, myślę, że za sprawą parafiny w składzie była dla mnie zbyt tłusta i zamiast nawilżająco, działała raczej natłuszczająco, a tego moja cera zdecydowanie nie potrzebuje.

+ próbka kremu rozświetlającego i odlewka bogatego balsamu do dłoni z Pat&Rub.


No cóż, pewnie nie trzeba być jasnowidzem, żeby stwierdzić, że kwiecień pewnie będzie dość słabym miesiącem, jeśli chodzi o zużycia. Niemniej jednak jestem szalenie dumna z tego, ja dużo kosmetyków udało nam się wykorzystać do dna przez ostatnie dwa miesiące :)

A jak tam Wasze denkowanie? :)
K.
Czytaj dalej

czwartek, 28 marca 2013

Oeparol Stimulance - rozświetlające serum przeciwzmarszczkowe

Witajcie Dziewczyny,
 
Kontynuując dobrą passę w recenzowaniu pielęgnacji stwierdziłam, że to najwyższa pora znowu zajrzeć do kosmetyczki mojej mamy, która dzięki uprzejmości Pani Małgosi z agencji Flywheel miała okazję przetestować rozświetlajace serum przeciwzmarszczkowe z najnowszej linii marki Oeparol - Stimulance, skierowanej do osób po 40 roku życia.

Ponownie recenzja powstała w wyniku zebrania wrażeń mamy ze stosowania tego produktu i włożenia ich w typowe dla mnie ramy, wyróżniające poszczególne cechy produktu, tak, żeby czytanie tej opinii było dla Was równie przyjemne, jak zawsze :)

 
Producent o produkcie:

 
Charakterystyka cery mamy:
Normalna, z okresową tendencją do przesuszania; grupa wiekowa: powyżej 40 lat; mała ilość zmarszczek, istniejące są dość płytkie i niewielkie; cera bez tendencji do przetłuszczania się, nie świecąca się;
 
DZIAŁANIE:
Mama używała tego serum w ramach kuracji zamiast kremu, zarówno na dzień, jak i na noc. Według niej serum dobrze nawilża skórę, delikatnie ja napina, tym samym lekko poprawiając owal twarzy. Kosmetyk dobrze wygładza i przyjemnie napina skórę, dzięki czemu bruzdy nosowo-wargowe są trochę mniej widoczne, choć jest to raczej działanie doraźne, a nie trwałe. Serum łatwo się wchłania i nie sprawia, że zostawia lepkiej i świecącej warstwy na twarzy.
 
Zgodnie z obietnicą producenta serum ma mieć działanie rozświetlające i rzeczywiście tak jest. Produkt zawiera w sobie drobinki, ale według mamy nie wyglądają one na twarzy jak brokat, tylko sprawiają, że twarz wygląda na wypoczętą i - zwłaszcza rano - szybciej wygląda świeżo. Na serum mama aplikuje podkład, przez co drobinki trochę się chowają, ale twarz nadal wygląda korzystnie. Produkt nie powodował świecenia się twarzy, ale tak, jak wspominiałam w charakterystyce - cera mamy nie ma do tego tendencji.
 
KONSYSTENCJA:
Serum ma delikatną, trochę żelową konsystencję. Jest bardzo lekkie i szybko się wchłania.
 
 
 
KOLOR/ZAPACH:
Według mamy, serum ma neutralny zapach. Sam produkt jest lekko perłowy i bardzo dobrze widać obiecane drobinki.
 
 
OPAKOWANIE:
Opakowanie to miękka, plastikowa tubka, zakończona higienicznym dziubkiem. Jest łatwa i wygodna w użytkowaniu.
 
 
WYDAJNOŚĆ:
Po miesiącu codziennego użytkowania dwa razy dziennie serum jest już na wykończeniu i zostało go tylko na kilka aplikacji. Według mamy produkt jest całkiem wydajny, tym bardziej, że jak twierdzi - wcale go sobie nie żałowała.
 
CENA/DOSTĘPNOŚĆ:
ok.15zł, dostępny raczej głównie w aptekach internetowych
 
 
SKŁAD:
 
 
CZY KUPI PONOWNIE:
Zdecydowanie tak! Mama jest bardzo zadowolona z działania produktu i jak usłyszała, w jak korzystnej cenie jest dostępne, to od razu stwierdziła, że chętnie wypróbuje również krem pod oczy z tej serii. Trzymam ją za słowo :)

 
Czy Wy lub Wasze mamy również używałyście kosmetyków Oeparol z tej serii? Które z nich są według Was szczególnie godne uwagi?
 
A może znacie i lubicie inne kosmetyki tej marki? Ja dotąd używałam tylko kremu nawilżającego, o którym również wkrótce powinno pojawić się tutaj kilka słów :)
K.

 
 
Produkt otrzymałam w ramach współpracy z Agencją Flywheel. Dziękujemy Pani Małgosi za przekazanie produktu do wypróbowania.
Czytaj dalej

wtorek, 8 stycznia 2013

Ulubieńcy grudnia

Były denka, były zdobycze, więc najwyższy czas na (mrocznych) ulubieńców grudnia. Zdjęcia jakie są, takie są - spaliła mi się jedna żarówka z tych niby dziennych, więc znowu jestem zdana na zimne i marne światło dzienne, a tego nie będę miała okazji uchwycić do soboty, więc musicie przeboleć mroczny i chłodny klimat dzisiejszych ulubieńców ;)))


W grudniu niewiele się zmieniło, jeśli chodzi o moje ulubione produkty. Znajdziecie tu kilka dobrze Wam znanych produktów oraz kilka nowości. Generalnie znowu wyróżniam przede wszystkim kolorówkę, ale znalazły się również dwa hity pielęgnacyjne. Zapraszam! :)


Oczywiście po raz kolejny w ulubieńcach ląduje pomadko-błyszczyk z Celii z serii Nude. Tym razem najchętniej sięgałam po kolor 603, ale każdy z tych, które posiadam są świetne. Ten po prostu wpadł do kosmetyczki podręcznej i już tam został ;) Aplikacja tej pomadki to dla mnie prawdziwa przyjemność i nawet moje wysuszone i popękane podczas choroby usta nie odczuwają żadnego dyskomfortu, związanego z jej noszeniem. Gdyby jeszcze była odrobinkę bardziej trwała, byłaby ideałem! :)

Zorientowałam się, że nigdy dotąd nie wspominałam Wam jeszcze o mojej ulubionej brązowej kredce z Oriflame. Biedna, nigdy jeszcze nie trafiła do ulubieńców, a jest właściwie jedynym kosmetykiem, który jest zameldowany na stałe w mojej kosmetyczce! Bardzo rzadko z niej rezygnuję, bo lubię użyć jej choć odrobinę, żeby zagęścić rzęsy z zewnętrznych kącikach oczu, zwłaszcza tych dolnych! Nie jest to może kredka marzeń, czasem się coś się zmaże, czasem coś rozetrze, ale i tak ją lubię, bo po całym dniu nadal mam jej całkiem sporo na linii wodnej. Kredka jest ciemnobrązowa, brak jej rudości, momentami wygląda nawet jak czarna, ale jest od niej dużo bardziej naturalna, jeśli chodzi o efekt :)

Najbardziej świąteczny lakier na świecie, to dla mnie w tym roku The Spy Who Loved Me od OPI (swatche TUTAJ). Jest to przecudowny czerwony lakier z drobinkami, którego urody nie uraczycie na powyższym zdjęciu, dlatego odsyłam Was do posta z recenzją KLIK



A to chyba żadna niespodzianka, co? Paletka cieni Catrice - Hollywood Boulevard i podkład mineralny Lily Lolo w kolorze Warm Peach, ponownie były tymi produktami, które towarzyszyły mi przez większą część miesiąca. Spokojnie mogę napisać, że spędziłam z nimi jakieś 90% grudniowych dni ;)


Po raz enty w moich ulubieńcach znalazł się róż z Alverde w kolorze 04 Soft Rose. Uwielbiam go za wszystko! Za naturalny, świeży efekt, za trwałość i za łatwość w obsłudze. Skutecznie zdetronizował moje ukochane róże z TheBalm ;)

W grudniu miałam ochotę na nieco blasku, dlatego z ciekawością sięgnęłam po rozświetlacz, który udało mi się wygrać jakiś czas temu u Frambuesy. Okazuje się, że rozświetlacz z limitowanej edycji Essence Wild Craft daje na twarzy naprawdę piękny efeky i to nawet pomimo dość widocznych drobinek. Bardzo się z nim polubiłam i chętnie sięgam po niego nawet na co dzień :)


No i ulubieńcy pielęgnacyjni - po pierwsze krem intensywanie nawilżający z Oeaparol, który pomógł mi uratować twarz przed wysuszeniem na rodzynka ;) Jak tylko się rozchorowałam, moja skóra natychmiastowo zareagowała na to ogromnym przesuszeniem, w związku z czym, jak tylko trochę poradziłam sobie z gorączką, rzuciłam się do kuferka z zapasami w poszukiwaniu jakiegoś porządnego nawilżacza. Oeparol okazał się być strzałem w dziesiątkę!

Maska Catastrophe Cosmetic - mój absolutny hit! Jeszcze nigdy nie miałam maski, która tak świetnie i widocznie działałaby na moją twarz. Jestem absolutnie oczarowana! Ponieważ powoli wykańczam słoiczek, spodziewajcie się wkrótce pełnej recenzji! :)

A jak tam u Was w grudniu z ulubieńcami? Czy stawiałyście na sprawdzone produkty, czy może trafiłyście na produkt, który szturmem podbił Wasze serca? :))
K.

Czytaj dalej
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Blog template designed by SandDBlast