Pokazywanie postów oznaczonych etykietą The Body Shop. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą The Body Shop. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 29 września 2014

Lipcowe nowości

Cześć Dziewczyny!

Były czerwcowe nowości, było kwietniowe denko (:D), pora więc ruszać dalej z nadrabianiem blogowych zaległości. Przyszła pora na lipcowe nowości - a co! :))


Jeśli wezmę dobry rozpęd, to jest szansa, że może już w październiku wyjdę na prostą... Trzymajcie kciuki!


Jak widać, ponownie uległam wyprzedażowemu szaleństwu w Bath & Body Works. Tak naprawdę chciejstwami są tylko mgiełka Forever Red Vanilla Rum i miniaturki kosmetyków - odżywek do włosów w wersji pomarańcza i imbir (czerwona tubka) oraz mięta z eukaliptusem (zielona tubka), a także mini żelu i mini balsamu do ciała o zapachu wanilii z rumiankiem. Teoretycznie nie są mi one szczególnie potrzebne, ale tak naprawdę tego typu miniatury po prostu przydają się na krótkich wyjazdach, a skoro kosztowały tylko 5 zł za sztukę... Pozostałe produkty, to po prostu zapas piankowych mydełek (i jedno z drobinkami), a także żeli i balsamów z serii Aromatherapy Eucalyptus & Spearmint (to nasza ulubiona seria z BBW! Recenzja TUTAJ). Do tego dorzuciłam też żel pod prysznic i balsam Twilight Woods, które już kiedyś miałam, ale lubię nosić ten zapach jesienią.


W okresie urlopowym oczywiście przydają się filtry i produkty po opalaniu. Produkty Kolastyny - nawilżający balsam po opalaniu, filtr SPF30 z przyspieszaczem opalania oraz sam przyspieszacz opalania kupiłam w trakcie urlopu na działce, kiedy trafiły mi się w korzystnych cenach, ale najbardziej polubiłam sam przyspieszacz. Jeśli natomiast chodzi o produkty po opalaniu, to skusiłam się na nowości z AA, czyli piankę po opalaniu oraz mgiełkę z drobinkami, która okazała się moim absolutnym hitem. Niedługo postaram się napisać Wam o niej więcej, bo myślę, że sprawdzi się w każdym czasie :)


O ile jeszcze pamiętacie, w lipcu Biedronka uraczyła nas świetną gazetką kosmetyczną, w której znalazły się m.in. suche szampony Batiste, które - na pewno to wiecie - szczerze uwielbiam (recenzja KLIK)! Wybrałam dwa zapachy, których jeszcze nie używałam (Fresh i Original) oraz dużą wersję mojego ulubionego wariantu (Blush). Oprócz tego, zdecydowałam się również na mocno chwalony płyn micelarny z Garniera (potwierdzam - jest świetny!) oraz duet szampon i odżywkę z Ultra Doux o zapachu lawendy i róży.


W trakcie trwania tej samej promocji skusiłam się również na dwie pary skarpetek złuszczających marki Purederm oraz plastry na zniszczone pięty z zawartością olejku jojoba. Na razie nie testowałam żadnego z produktów,bo nie chciałam gubić skóry na urlopie, ani straszyć wiórkami w odkrytych butach, ale teraz już powoli przestawiam się na w pełni zakryte buty, więc może to dobry moment (w końcu przygotowałam sobie jesienne botki, tj. wymieniłam fleki, jeszcze przed sezonem! jestem z siebie dumna! :D).


Na malinową odżywkę do włosów Angry Birds by Lumene miałam ochotę od dłuższego czasu. Nie dość, że totalnie poleciałam na to opakowanie, to jeszcze naczytałam się dobrych opinii. Traf chciał, że trafiłam na nią całkowicie przypadkiem na zakupach w Carrefourze. Cenowo okazała się nawet nieco tańsza, niż gdybym zamawiała ją przez internet. A skoro wzięłam odżywkę, to dobrałam od razu szampon do kompletu. Co poradzę, mam słabość do tych wściekłych ptasiorów :)


O peelingu solnym z Clareny mogłyście już przeczytać w recenzji (KLIK), a za jakiś czas pojawi się również w denku, bo właśnie kilka dni temu wykorzystałam ostatnią porcję. Byłam z niego bardzo zadowolona i pewnie jeszcze do niego wrócę, a przy okazji zgarnę pewnie również jego cukrowego, kawowego brata :)

Krem do rąk z Palmers, to całkowicie przypadkowy zakup. Umówiłam się na spotkanie, wzięłam małą torebkę, w której - jak się okazało - nie miałam kremu do rąk, a w tym czasie miałam akurat dość spore problemu z przesuszającą się skórą dłoni. Co więc robi kobieta bez kremu do rąk? Idzie do drogerii, oczywiście. Zakup ten okazał się być całkiem trafiony, bo krem naprawdę nieźle nawilża i natłuszcza dłonie. Chętnie sięgnę również po dwa inne warianty, które widziałam wtedy na półce :)


Powyższy zestaw z The Body Shop, czyli masło do ciała i żel pod prysznic o zapachu passiflory, to mój imieninowy prezent od Sylwii! Już od pewnego czasu obdarowujemy się prezentami z różnych okazji, ale przyznam, że to nadal jest miłe zaskoczenie i bardzo przyjemna niespodzianka. Sylwia, jeszcze raz dziękuję! Trafiłaś w 10 z zapachem! :)


Od Marty również dostałam dosyć niespodziewaną przesyłkę! Umawiałyśmy się tylko na odlewkę kremu CC z Lumene, tak dla wypróbowania, a tymczasem Marta sprawiła mi nie lada przyjemność, ponieważ do odlewki dołączyła również pomadkę z Make Up Revolution w odcieniu Bliss, piękny holograficzny lakier Colour Alike Niebieskie Migdały (to właśnie nazwa, nadana mu przez Kaczkę! :)), a także mini wersję płynu micelarnego z Tołpy (świetny!). Marta, jeszcze raz baaaaardzo Ci dziękuję :*


Bronzer z wiosennej kolekcji ArtDeco - Jungle Fever - chodził za mą odkąd w maju miałam przyjemność uczestniczyć w warsztatach makijażowych, organizowanych przez tę markę. W końcu uległam i kupiłam to cudeńko. Teraz tylko szkoda mi go regularnie używać, bo uwielbiam zerkać na tę piękną fakturę z ważką ;))

Skoro jesteśmy przy ArtDeco, od marki otrzymałam również przesyłkę z hitami i nowościami. Wśród nich znalazł się piękny zielony liner, dwie pomadki w - jak dla mnie - dość jesiennych odcieniach (więc teraz będą jak znalazł!), kultową bazę pod cienie oraz cień, również pochodzący z kolekcji Jungle Fever. Oprócz tego, w przesyłce znalazłam również upominek z Revlonu - krem BB z linii Photoready oraz upominek od Misslyn, czyli dwa lakiery (ten różowy, to kolorystycznie prawie idealny zamiennik Watermelona :)). Wkrótce postaram się o bliższe prezentacje i recenzje tych cudeniek :)


No i na koniec jeszcze jedna gromadka przyjemniaczków... Po pierwsze - różany błyszczyk do ust z Pat&Rub oraz lakier Color Club w odcieniu Jackie Oh!, kupione na blogowej wyprzedaży u Sylwii. Po drugie róż BeBeauty, czyli tak naprawdę Bell, kupiony za grosze w Biedronce. Po trzecie, wygrany u Marti mini liner They're Real Push-Up Liner, czyli nowość z Benefitu. I po czwarte, moje piękne MACowe pomadki, czyli Plumful, Chatterbox i Speed Dial. Czaiłam się na nie od pewnego czasu i w końcu postanowiłam sobie sprawić imieninowy prezent. Jestem z nich bardzo zadowolona, szczególnie ze słynnej Plumful! :)

***
Jak tak sobie teraz spojrzałam na te zdjęcia... No kurcze, ja się chyba jednak nigdy nie wygrzebię z tych zaległości! Przecież mam tyle pięknej kolorówki, którą warto by Wam pokazać z bliska, że to aż wstyd, że jeszcze tego nie zrobiłam... ;) No cóż... Muszę jeszcze trochę popracować na lepszym stanem cery (bo ostatnio dzieje się z nią tragedia!) i zrobię zdjęcia tych cudaków na twarzy. Macie pełne przyzwolenie na poganianie mnie ;)

No i standardowo - jeśli cokolwiek macie, miałyście, albo Wam się marzy, to koniecznie dzielcie się swoim zdaniem w komentarzu! :)
Karotka
Czytaj dalej

piątek, 28 marca 2014

Lutowe denko

Cześć Dziewczyny!

Przed Wami kolejny denkowy post - tym razem dotarłyśmy do lutego, więc zaczynam być prawie na bieżąco :) Jeśli lubicie moje posty z minirecenzjami wykończonych produktów, to w tym miesiącu ukazały się wcześniej aż dwa takie tasiemcowe posty, które znajdziecie TU i TU.


W lutym moje zużycia były nieco mniej imponujące, niż zwykle, bo zebrało mi się tylko 9 pustych opakowań, ale w zasadzie każdy z tych produktów należy do tych zdecydowanie wydajnych, więc nadal jestem z siebie zadowolona :))


***


1. Kremowy żel pod prysznic z hibiskusem i migdałem; Purely Pampering; Dove (500 ml; ok.18 zł).
O serii Purely Pampering słyszałam już od dawna wiele dobrego, dlatego kiedy natknęłam się na te żele w sporej promocji w Rossmannie, to od razu porwałam z półki dwa warianty zapachowe. Jako pierwszy poszedł w ruch ten z hibiskusem i migdałem i muszę przyznać, że spodziewałam się nieco bardziej intensywnego zapachu. Choć ten jest bardzo przyjemny, to jednak wpisuje się w pewien "nurt zapachowy" typowy dla kosmetyków Dove, a te dodatkowe nuty po prostu nieco go osładzają. Tak czy inaczej - zapach produktu był bardzo przyjemny i przyjemne było też działanie żelu. Przyjemnie oczyszczał skórę, dobrze się rozprowadzał na skórze, nie powodował uczucia ściągniętej, czy wysuszonej skóry i był całkiem wydajny. Jest duża szansa na powrót.

Aktualnie używam: żel pod prysznic wiśniowo-migdałowy z Balea;

2. Balsam do ciała z mango; Youngy; Lirene (400 ml; ok.15 zł).
Balsamy do ciała z Lirene już chyba na stałe wpisały się w nasza codzienną pielęgnację, a po serię Youngy zarówno ja, jak i mój facet sięgamy z ogromną przyjemnością! Wcześniej kupiłam wersję z papają, a w lutym wykończyliśmy tę z mango, natomiast w kolejce czekają jeszcze trzy wielkie butle, które dostałam w paczce od kochanych Pań Erisek :) Wersja z mango moim zdaniem dość realistycznie oddaje zapach tego owocu i choć jest on początkowo dosyć intensywny, to jednak nie utrzymuje się długo na skórze, dzięki czemu nie kłóci się z perfumami. Moja skóra nie należy do tych najbardziej wymagających, więc lekka konsystencją balsamów Youngy bardzo jej odpowiada, a mi samej podoba się to, że balsam bardzo szybko się wchłania, więc mogę go pospiesznie wsmarować nawet gdy brakuje mi czasu :) Nie wiem, czy posiadaczki suchej skóry będą zadowolone z tego produktu, dla mnie to produkt do codziennej pielęgnacji, pomagający utrzymać skórę w dobrej formie, ale nie postawiłabym na niego w przypadku pilnej potrzeby ratowania przesuszonej skóry ;) Tak czy inaczej - dla mnie jest co najmniej dobry, więc na pewno chętnie będę korzystać z dostępnych wariantów tych balsamów :)

Aktualnie używam: balsam do ciała Intensywna Regeneracja z Lirene;


3. Mydło w piance; Fresh Sparkling Snow; Bath & Body Works (259 ml; cena regularna - 29 zł).
Całkiem niedawno pisałam Wam - zresztą po raz kolejny - że uwielbiam piankowe mydełka z BBW i tu macie na to kolejny dowód :) Niektóre z Was narzekały, że Wasze dłonie są po nim wysuszone, ale u mnie nic takiego się nie dzieje. Mydełko dobrze oczyszcza i pięknie pachnie. Fresh Sparkling Snow był świąteczną edycją limitowaną, ale pewnie wróci w kolejną zimę :) To, że będę do nich wracać, jest bardziej, niż oczywiste!

Aktualnie używam: mydło w piance Sea Island Cotton z Bath & Body Works :)

4. Rewitalizujący balsam do dłoni (żurawina i cytryna); Pat&Rub (100 ml; 39 zł).
O tym balsamie zdążyłam napisać dosłownie kilka dni temu, więc zapraszam Was do przeczytania pełnej recenzji TUTAJ. W skrócie mogę Wam napisać tyle, że balsam był bardzo przyjemny, podobał mi się jego cytrusowy zapach, a działanie było po prostu dobre. Dobre, ale po wypróbowaniu jeszcze trzech innych wersji już wiem, że żurawina i cytryna, to wersja, która działa na moje dłonie najmniej skutecznie, dlatego prawdopodobnie nie sięgnę już po ten konkretny wariant.

Aktualnie używam: rozgrzwający balsam do rąk (cynamon, imbir, goździk, szałwia)


5. Żel kojący zaczerwienienia; PURI-CAPILIUM; Pharmaceris N (200 ml; ok.39 zł).
W zasadzie dobrze byłoby napisać recenzję tego żelu, bo mam o nim sporo do powiedzenia. Podobało mi się w nim to, że był delikatny dla mojej skóry, dobrze ją oczyszczał, radził sobie z pozostałościami makijażu, a przy tym nie wysuszał jej. Dodatkowo okazał się być również całkiem wydajny, bo wystarczyło go naprawdę niewiele, żeby umyć całą buzię. Na razie mam sporo produktów do mycia twarzy, ale myślę, że gdyby nie to, to zastanowiłabym się nad ponownym zakupem :)

Aktualnie używam: peeling myjący z Under Twenty;

6. Czyścik do twarzy Let The Good Times Roll; LUSH (100 g; ok.6-7 funtów).
Ten czyścik, to mój absolutny hit! Cudownie pachnie czymś w rodzaju maślanych ciasteczek, więc ma ogromnego plusa już na starcie. Tak się jednak składa, że jego fantastyczne działanie w pełni dorównuje przyjemnemu zapachowi - produkt bardzo dobrze oczyszcza skórę, a do tego przyjemnie złuszcza martwy naskórek, dzięki drobniutkim ziarenkom, które wyglądają niepozornie, ale mają niezłą moc! :) Więcej szczegółów znajdziecie w recenzji TU. Na pewno do niego wrócę jak tylko będę miała okazję go kupić :)

Aktualnie używam: peeling myjący z Under Twenty;


7./8. Szampon i odżywka z linii bananowej; The Body Shop (250 ml; 25 zł/szt.).
Ten duet mogłabym okrzyknąć hitem końcówki 2013 roku! Dotąd nie miałam zbyt wiele do czynienia z produktami z TBS, a jeśli już to wrażenia miałam raczej umiarkowane, natomiast bananowy duet sprawdził się u mnie genialnie, co od razu wywindowało nieco w moich oczach wizerunek tej marki ;)) Szampon (i znowu) świetnie oczyszczał włosy i skórę głowy, a do tego nie wzmagał plątania się włosów. Odżywka natomiast przyjemnie wygładzała włosy, sprawiała, że były miękkie i mięsiste w dotyku i całkiem nieźle dbała o ich kondycję. Zdecydowanie spotkanie do powtórzenia! Więcej szczegółów przeczytacie w recenzji - TU.

Aktualnie używam: szampon aloesowy Equilibra oraz maska do włosów z awokado i winogronami z Alverde;

9. Suchy szampon do włosów Cherry; Batiste (200 ml; 15 zł).
O suchych szamponach z Batiste też ostatnio trochę pisałam, więc pewnie już wiecie, że dla mnie to must have! Świetnie się sprawdzają w sytuacjach kryzysowych, kiedy nie ma czasu na dokładne mycie włosów (ale z całkowicie tłustymi strąkami może sobie nie poradzić), albo kiedy macie (jak ja) nieznośny nawyk odgarniania i dotykania przydługiej już grzywki... W domu mam kilka wersji szamponów, z których większość zrecenzowałam TUTAJ. Teraz próbuję kolejnych wariantów, o których za jakiś czas pewnie znowu napiszę :)

Aktualnie używam: suche szampony Batiste w wersji Wild i koloryzowanej Medium.

***
Uff! Tym razem odwaliłam dobrą robotę, bo większość produktów została już zrecenzowana, dlatego moje mini recenzje mogły się ograniczyć do zachęcenia Was do kliknięcia w link :) Takie denka, to ja mogę opisywać nawet codziennie! Tym bardziej, że właściwie każdy ze wspomnianych produktów bardzo dobrze się u mnie sprawdził! Sobie i Wam życzę jak najwięcej takich kosmetyków! :))

Dajcie znać co z moich denek gościło również na Waszych półkach i jakie macie zdanie o tych produktach! A może dopiero się przymierzacie do wypróbowania któregoś z nich? :)
K.
Czytaj dalej

poniedziałek, 30 grudnia 2013

Ulubieńcy grudnia

Cześć Dziewczyny!

W końcu udało mi się wrócić z postem typowo kosmetycznym! Nie zamierzam się szczególnie usprawiedliwiać, tak to czasem bywa, że raz miewamy wenę do pisania, a innym razem blogowanie zajmuje dalsze miejsce w życiu... ;) W grudniu, kiedy tylko nie biegałam za prezentami, wracałam do domu po pracy i zwykle padałam na kanapie, albo zaczytywałam się w kolejnych książkach. Tak też czasami trzeba! Może powinnam więc uczynić częstsze blogowanie moim noworocznym postanowieniem? Warto o tym pomyśleć :))

Ostatnio świadomie pominęłam ulubieńców listopada, ponieważ w zasadzie byłaby to powtórka z rozrywki i musiałabym niemal w całości skopiować ulubieńców października. Zmieniły się dosłownie jedynie pojedyncze produkty, ale nie widziałam sensu tworzenia nowego postu dla 1-2 kosmetyków, których najchętniej używałam w listopadzie. Choć w grudniu nadal wielu ulubieńców października (i listopada) mogłoby się powtórzyć, to jednak wybrałam kilka nowych (lub powracających do zestawienia) produktów, które w grudniu towarzyszyły mi szczególnie często! Tym razem wyróżniłam więcej produktów pielęgnacyjnych, więc zapraszam na krótką prezentację ulubieńców :)

WŁOSY:



W tej kategorii zdecydowanie powinnam wyróżnić świetny duet z The Body Shop, czyli bananowy szampon i odżywkę do włosów. Oba produkty świetnie spisują się na moich włosach, szampon dobrze je oczyszcza, a odżywka sprawia, że są mięciutkie i dobrze odżywione. Więcej o nich napisałam w niedawnej recenzji TU.


Kiedy nie korzystałam z dobrodziejstw bananowego duetu korzystałam z szamponu żurawinowego od Barwy, którego działanie uzupełniałam później maską z efektem laminowania z Love2Mix Organic z ekstraktami z mango i awokado. Nie powiem, żebym miała po niej spektakularnie gładkie włosy, ale są ładnie wygładzone, miękkie, mięsiste i zdecydowanie bardziej połyskujące. Postaram się napisać o niej wkrótce więcej :)

Zdarzało się również tak, że czasami nie miałam czasu na mycie całkiem przyzwoicie wyglądających włosów i wtedy ponownie z pomocą przyszły mi moje ulubione suche szampony z Batiste! Tym razem namiętnie sięgałam po wersję Wild, która ma szalenie słodki i nieco orientalny zapach, który - ponownie - przypadł mi do gustu. Przygotowuję dla Was recenzję i porównanie sześciu wersji szamponów Batiste, które przewinęły się przez moje ręce :)

CERA:



W grudniu wyjątkowo chętnie sięgałam po fantastyczny czyścik z limitowanej świątecznej edycji produktów Lush. Let The Good Times Roll przyciągał mnie nie tylko świetnym działaniem, ale i cudownym zapachem! Oczyszczanie i peelingowanie w jednym, a do tego pachnące ciasteczkami maślanymi... Czego chcieć więcej?! :)

Ten produkt nie powinien być dla Was żadnym zaskoczeniem! Odkąd pierwszy raz użyłam lekkiego kremu głęboko nawilżającego z serii A od Pharmaceris, dosłownie przepadłam! Właśnie rozpoczęłam trzecie opakowanie tego kremu i cóż... Dla mojej cery nie ma chyba nic lepszego! Miałam lepsze i gorsze kremy, było wiele dobrych, ale tylko do tego mam takie zaufanie, które jest poparte widocznymi efektami. Nadaje się zarówno na dzień, jak i na noc (wspierany punktowym działaniem produktów z kwasami z serii T). Więcej pisałam o nim TUTAJ.

ZAPACHY:



W tej kategorii niemal niezmiennie królują zapachy z Bath & Body Works, żongluję tylko buteleczkami. Zarówno w listopadzie, jak i w grudniu najchętniej sięgałam po serie Dark Kiss i Twilight Woods. Zapach wód toaletowych wzmacniałam poprzez wcześniejsze użycie żeli i balsamów z tych samych serii. Na święta zrobiłam wyjątek dla Paris Amour, ale nie da się ukryć, że to właśnie DK i TW całkowicie zdominowały moje zapachowe klimaty :)

KOLORÓWKA:



Jakiś czas temu kupiłam słynny cień w kremie Maybelline Colour Tattoo w odcieniu Permanent Taupe... i nie bardzo miałam na niego pomysł! Oczywiście z pomocą jak zwykle przyszły Wasze blogi! Okazało się, że ten cień wygląda fantastycznie na brwiach! Nie tylko ma idealnie chłodny, nieco szarawy odcień, ale również wygląda bardzo naturalnie, a przy tym nie skleja włosków, ani nie osiada na ich powierzchni! Mój hit!

Ponadto, w końcu miałam okazję wypróbować również słynną bazę ArtDeco. Muszę przyznać, że pierwsze tygodnie spędzone z tą bazą obfitują w pozytywne doświadczenia! Baza ma fantastyczną, masełkowatą konsystencję, bardzo łatwo się rozprowadza (bez naciągania skóry!), no i oczywiście świetnie trzyma cienie na powiekach!

***

To by było na tyle! Sądzę, że każdy z produktów czynnie przysłużył się mojej skórze i zapracował sobie na to miejsce w ulubieńcach! :) Dajcie znać, czy znacie moich faworytów i jakie macie o nich zdanie? :)
K.
Czytaj dalej

środa, 11 grudnia 2013

The Body Shop - szampon i odżywka z serii bananowej :)

Cześć Dziewczyny!

Przygotowałam na dzisiaj recenzję produktów, które cieszą się niezmiennie sporym zainteresowaniem wśród blogerek i ich czytelniczek i które wzbudziły również i Wasze zainteresowanie, kiedy pokazałam je w nowościach, czy na Instagramie. Zapraszam na moją opinię na temat bananowego duetu z The Body Shop! :)


Szampon i odżywkę kupiłam od razu w komplecie i tak też ich używałam, dlatego opiszę moje wrażenia ze stosowania ich w duecie. Najpierw chciałabym się skupić na wspólnych cechach produktów, żeby na koniec dodać kilka słów o ich działaniu i moich wrażeniach z używania każdego z kosmetyków.

***
OPAKOWANIE:
Zarówno szampon, jak i odżywkę umieszczono w plastikowych, dość twardych butelkach o pojemności 250 ml. Jest to standardowa pojemność tego typu produktów, choć na pierwszy rzut oka wydają się one znacznie mniejsze. Myślę, że im bliżej końca produktów, tym bardziej trzeba będzie się gimnastykować z ich wydobyciem z opakowania, ale na razie nie sprawia mi to żadnych problemów. Buteleczki zakończone są korkiem z klapką, więc przynajmniej odpada siłowanie się z odkręcanym korkiem :)


KONSYSTENCJA:
Produkty dość znacznie różnią się między sobą konsystencją. Szampon wygląda trochę jak rozwodniony kisiel, jest mocno zwarty i stosunkowo gęsty, jednak to dopiero odżywka pokazuje prawdziwe znaczenie słowa "gęstość" :) Ta przypomina raczej bardzo gęsty budyń i to taki w którym łyżka staje :)

Moim zdaniem konsystencja obu produktów jest bardzo odpowiednia do przypisanych im zadań, ponieważ szampon po kontakcie z wodą, nałożony nawet w niewielkiej ilości, zaczyna się obficie pienić i bardzo łatwo o rozprowadzenia go na całych włosach i skórze głowy. Odżywka natomiast mocno przywiera do włosów od razu po nałożeniu i nie spływa z nich aż do spłukania. Sprawia wrażenie takiej, która wręcz otula włos, a przy tym jej aplikacja jest bardzo łatwa i przypomina nieco kremowanie włosów.


KOLOR/ZAPACH:
Oba produkty mają żółtawy kolor, przy odżywka przypomina nierozrobione jeszcze żółtko jajka! Oba produkty fantastycznie pachną bananem i to takim prawdziwym, dojrzałym owocem! Nie czuję w nich żadnej chemii. Zapach jest mocno wyczuwalny w trakcie mycia, a czasami nawet zostaje na włosach na parę godzin. Nie zwracam na to nigdy szczególnej uwagi, ale faktycznie kilkakrotnie zdarzyło mi się wyczuć go na włosach dawno po myciu :)

WYDAJNOŚĆ:
Oba produkty kupiłam w tym samym czasie i używam ich wspólnie. Korzystałam z nich przez cały październik z przerwą na listopad, kiedy to używałam innego szamponu i odżywki (o których również wkrótce), żeby z początkiem grudnia znowu powrócić do bananowych smakołyków! Uogólniając - na moich dość długich włosach, mytych co drugi dzień, wylądowała już 1/3 szamponu i ok.1/2 odżywki. Jak na niecałe 1,5 miesiąca jest nieźle. Odżywka z pewnością skończy mi się dużo szybciej, niż szampon i pewnie przy regularnym używaniu wystarczy mi mniej więcej do końca grudnia. Natomiast szampon powinien wystarczyć jeszcze na ok.1,5 miesiąca korzystania.

CENA/DOSTĘPNOŚĆ:
Każdy z produktów kosztuje 25 zł, jednak ostatnio co jakiś czas zdarzają się promocje takie, jak ta, z której skorzystałam, czyli 2 za 1. Warto polować na nie w Waszych salonach The Body Shop!


SZAMPON BANANOWY - MOJA OPINIA
Jak już wspomniałam, szampon bardzo łatwo rozprowadza się na skórze głowy i na całej długości włosów. Wystarczy mu jedynie niewielki kontakt z mokrymi włosami, żeby zaczął się intensywnie pienić (choć może też bez przesady z tą pianą, to taka normalna piana, typowa bardziej dla szamponów, niż dla płynów do kąpieli ;)) i dokładnie dał się rozmasować na długości. Szampon nie plątał mi włosów i gdyby nie to, że uwielbiam moje włosy po odżywkach, to byłabym nawet skłonna zaryzykować poprzestanie na tym. Myślę, że nie miałabym większych problemów z rozczesywaniem (ale z Tangle Teezerem lub drewnianym grzebieniem TBS jestem trochę nieobiektywna w tej kwestii ;)).

Produkt nie podrażnia mojej skóry głowy, za co jestem mu ogromnie wdzięczna i ponownie ze zdziwieniem stwierdzam, że chyba nigdy nie doświadczyłam podrażnienia od produktu, zawierającego SLES, co dość często zdarza się w przypadku produktów z łagodniejszymi detergentami, a wyposażonych w mnóstwo ziołowych ekstraktów. Bananowy szampon nie tylko mnie nie podrażnił, ale też nie spowodował żadnych innych nieprzyjemności. Jestem z niego bardzo zadowolona!


SKŁAD SZAMPONU:
Aqua/Water/Eau, Sodium Laureth Sulfate, Musa Paradisica Fruit (Banana), Cocamidopropyl Betaine, Glyceryl Hydroxystearate, Sorbitan Sesquicaprylate, Phenocyethanol, Sodium Chloride, Benzyl Alcohol, Sodium Benzoate, Mel/Miel/Honey, Panthenol, Polyquaternium-7, Stearic Acid, Citric Acid, Palmitic Acid, Parfum/Fragrance, Disodium EDTA, Ascorbic Acid, Sodium Hydroxide, CI 19140/Yellow 5, CI 14700/Red 4


BANANOWA ODŻYWKA - MOJA OPINIA:
O ile z szamponu jestem zadowolona, tak w przypadku odżywki to stwierdzenie byłoby dużym niedopowiedzeniem. Jestem nią autentycznie zachwycona i doskonale rozumiem wszechobecne zachwyty! Moje włosy świetnie na nią reagują! Nie tylko stają się szalenie mięciutkie w dotyku (i to już w chwilę po aplikacji odżywki!), ale są też po niej ładnie wygładzone i nie puszą się tak, jak to miewają w zwyczaju. Są dobrze nawilżone i odżywione i stają się bardzo mięsiste i gładkie w dotyku. Nie mam najmniejszych problemów z rozczesaniem włosów po użyciu tej odżywki i w zasadzie obojętne jest mi czy używam wtedy Tangle Teezera, czy zwykłego plastikowego grzebienia (choć wiem, że nie powinno się ;)).

Jedyne czego nie polecam, to korzystania z tej odżywki po użyciu wcześniej oleju Amla - połączenie kadzidlanej Amli w połączeniu z dojrzałym bananem, to wyjątkowo okrutny smród, który w dodatku dość długo utrzymuje się na włosach - poza tym nie mam żadnych zastrzeżeń! :D


SKŁAD ODŻYWKI:
Zwróćcie uwagę na to, że skład odżywki naprawdę robi wrażenie, znajdziecie w nim ekstrakt w owocu banana znajdziecie już na drugim miejscu, oprócz tego w środku niezbyt długiego składu znajdziecie również miód i pantenol!

Aqua/Water/Eau, Musa Paradisica Fruit (Banana), Cetearyl Alcohol, Cetrimonium Chloride, Phenoxyethanol, Hydroxyethylcellulose, Lecithin, Mel/Honey/Miel, Panthenol, Propylene Glycol, Parfum/Fragrance, Benzyl Alcohol, Ascorbic Acid, Citric Acid, Sodium Chloride, Sodium Hydroxide, CI 15985/Yellow 6, CI 19140/Yellow 5.

***
Jestem z tego duetu bardzo zadowolona i z czystym sercem mogę go Wam polecić! Czy znacie już bananowe smakołyki z The Body Shop? :)
K.
Czytaj dalej

sobota, 16 listopada 2013

Październikowe nowości

Cześć Dziewczyny!

Po kilku dniach przerwy wracam do Was z kolejnym postem podsumowującym - tym razem nowości ubiegłego - szczególnie obfitego miesiąca. Tak wyszło, że w październiku uczestniczyłam w dwóch fantastycznych spotkaniach blogerskich, a ponadto sama poczyniłam nieco zakupów, które pokażę Wam poniżej. Październik był również obfity w przeróżne gratisy i atrakcyjne promocje. No cóż, żeby nie rozwlekać za bardzo, zdecydowałam się zaprezentować moje nowości z formie kolaży (dobrze to napisałam? :P).

To, co mnie satysfakcjonuje na równi z nowymi osobnikami w moich zasobach, to to, że naprawdę sporo mi ubyło w ciągu minionych dwóch miesięcy i chyba nie zwalniam tempa, dlatego moje sumienie jest nieco spokojniejsze ;) Oczywiście post o denkach również się pojawi, jak tylko zwalczę opisywanie każdego z produktów. Same dobrze wiecie, że nie przepadam za jednozdaniowym opisem produktu z poście denkowym, bo nie widzę w czymś takim większego sensu. Aaaale... Ja nie o denkach dzisiaj miałam... ;)


Na przełomie września i października było głośno o promocji w The Body Shop, która dotyczyła słynnego bananowego duetu do włosów. Początkowo nie miałam zamiaru z niej korzystać, ale Agu, Iwetto i Bellitka zewsząd mnie kusiły tymi produktami i tą promocją, że i ja w ostatniej chwili złapałam w sklepie swój duet - szampon i odżywkę. A promocja była bardzo korzystna, ponieważ płaciło się tylko za jeden produkt, a drugi był gratis :)

Drugą okazją, z której skorzystałam, to realizacja nagród za pieczątki, zbierane na karcie lojalnościowej w Bath & Body Works. Za pierwszą czwórkę mogłam wybrać dowolne body do Scentportable, czyli przenośnego odświeżacza powietrza, a także dowolny wkład z oferty B&BW. Pani namówiła mnie na uroczą sówkę, którą można zaczepić w torebce, a jak zginą Wam klucze, to wystarczy nacisnąć sówkę w czoło, bo jej oczy, to jednocześnie latareczki :D Wkład, który wybrałam, to mieszanka lawendy i wanilii!

Drugą nagrodą za pieczątki była dowolna pełnowymiarowa mgiełka z kolekcji Signature. Od dłuższego czasu przymierzałam się zgarnięcia mgiełki Carried Away, dlatego wybór był oczywisty :)


Bez lakierowych zakupów byłabym chora - fakt. Miesiąc bez nowych Essie (kostka minilakierów z kolekcji For The Twill Of It) byłby miesiącem straconym - fakt. Kolekcja jesienna Hean (nr 185 i 186) jest urzekająca - fakt. Tak samo jak Typografia z Colour Alike (A, B, H) - fakt. Do tego dodajcie jeszcze promocję 2za1 na produkty Kinetics (2x Kwik Kote), szał na piaski z Wibo (Glamour Sand nr 3) i potrzebę zakupu nowej bazy pod cienie (ArtDeco).


Pielęgnacyjnie też nie próżnowałam - uzupełniłam ciągle zużywane zapasy płynów dwufazowych (tym razem Eucerin) i zmywacza (wracam do Isany...). Do tego w Biedronce skusiłam się na kurację z olejkiem arganowym z Marion oraz dużą butlę słynnego micela BeBeauty. A w Rossmannie kupiłam sól do kąpieli stóp Fuss Wohl, bo odkąd przeskoczyłam w botki na obcasie co jakiś czas wracam z prawie odrętwiałymi stopami, więc porządny relaks jest im niezbędny!

Dalej widzicie moją drugą butlę szamponu H-Keratineum z Pharmaceris (niedługo recenzja!), a także drugą mojego ukochanego żelu z Bath & Body Works z serii Aromatheraphy w wersji wanilia i werbena! Do tego nowy balsam z Lirene Youngy w wersji papaja (cudo!) oraz nowy krem pod prysznic z Lirene o jakże jesienno-zimowym zapachu wanilii.


Na samym początku października otrzymałam również sferyczny peeling oczyszczający z nowej serii Dr Ireny Eris - Normamat! Pierwsze wrażenia z używania tego produktu zawarłam w poście konkursowym TUTAJ, ale na pewno pojawi się tu jeszcze jego pełna recenzja, ponieważ uważam, że to produkt naprawdę godny uwagi :)

Marta, reprezentująca między innymi markę AA, przesłała mi do testów serum przyspieszające wzrost rzęs - 4 Long Lashes. Niedługo zaczynam testy, myślę, że minęło już wystarczająco dużo czasu od testów poprzedniego serum tego typu. A serum od AA prezentuje się wyjątkowo korzystnie cenowo (w porównaniu do innych preparatów tego typu), dlatego jestem go szczególnie ciekawa!


Pod koniec października uczestniczyłam w warsztatach makijażowych z wizażystką Anią Orłowską, organizowanych przez markę Lirene. O tym spotkaniu jeszcze Wam nie napisałam, ale koniecznie muszę to nadrobić, ponieważ to był wyjątkowo przyjemny wieczór :) Na spotkaniu zaprezentowano nam nowości makijażowe, wchodzące do oferty Lirene - przede wszystkim nowy podkład Glam & Matt, który jest naprawdę świetny! Używam go już od 2-3 tygodni i jestem z niego bardzo zadowolona! Oprócz tego, w ofercie pojawia się też produkt, który początkowo wygląda jak zwykły krem, by po chwili zmienić się na twarzy w lekki krem koloryzująco-nawilżający. To oczywiście Magic Mike, o pardon! Magic Make-up! I znowu - mama skorzystała na tym, że ma ciemniejszą odcień cery, niż ja, więc G&M w kolorze 03 Beżowy oraz Magic Make-Up w kolorze 02 Naturalny trafiły właśnie do niej, więc bardzo możliwe, że o wrażeniach ze stosowania produktów damy znać obie :) 

Dzieła dopełnia koloryzująco-rozświetlające trio do ciała, czyli Body BB w dwóch odcieniach i Body Shine. Body BB, to - w dużym uproszczeniu - rajstopy w sprayu, tyle, że w kremie :D Jest to balsam koloryzujący, który oczywiście możecie nakładać nie tylko na nogi, ale takie było pierwsze skojarzenie, ponieważ produkt wcieramy w skórę jak balsam, a ten nadaje skórze koloru (dostępne odcienie dla jasnej i ciemnej karnacji), a przy okazji ukrywa drobne niedoskonałości! W dodatku nie jest to ani balsam brązujący, ani tym bardziej samoopalacz, ponieważ kolor zmywa się ze skóry pod wpływem wody. Body Shine to już typowy balsam rozświetlający skórę, więc z pewnością zrobi furrorę w sezonie karnawałowym. Każdy z produktów z pewnością opiszę na blogu po bliższym zapoznaniu się z nimi :)


Pod koniec września odezwała się do mnie Pani Natalia, reprezentująca m.in. markę Barwa i zaproponowała przetestowanie produktów z serii Siarkowa Moc oraz kilku innych produktów marki Barwa. Kiedy jednak odebrałam paczkę wydałam z siebie niemały okrzyk zachwytu! Takiej zawartości, to ja się nie spodziewałam. Oprócz produktów z serii Siarkowa Moc, w paczce znalazłam również produkty z serii Miss, Barwa Naturalna, a także Barwa Ziołowa. Produktami podzieliłam się częściowo z mamą i razem postaramy się zrecenzować dla Was tę ogromną pakę :) Pierwsze recenzje produktów z serii Siarkowa Moc już pojawiły się na blogu TU i TU.

zdjęcie można powiększyć
Na powyższym zdjęciu znajdziecie ogrom paznokciowych dobroci, które przytargałam z I Spotkania Lakieromaniaczek, o którym pisałam TUTAJ. Nadal nie wiem, jak skomentować taką ilość, jak na to patrzę, bo buzia sama mi się cieszy! Częścią produktów podzieliłam się już z mamą i przyszłą teściową :)

zdjęcie można powiększyć
Tu dla odmiany skarby, które otrzymałyśmy na VI Spotkaniu Warszawskich Blogerek Urodowych, o którym pisałam już TUTAJ. Otrzymałyśmy mnóstwo wspaniałych produktów i mam też coś dla Was, ale musicie jeszcze chwilę poczekać! :)

***

Sama nie wiem jak to skomentować. Może po prostu dajcie znać co Wam najbardziej wpadło w oko i czego jesteście najbardziej ciekawe? Może uda mi się o tym dla Was wkrótce napisać :) Koniecznie piszcie, jeśli używałyście któregoś z tych produktów - podzielcie się wrażeniami, zwłaszcza, jeśli coś nie powinno czekać w szufladzie z zapasami! :)
K.
Czytaj dalej

sobota, 6 kwietnia 2013

Lutowo-marcowe denko

Cześć Dziewczyny!

Być może zauważyłyście, że w marcu bardzo mocno ociągałam się z postem denkowym, tak mocno, że ostatecznie postanowiłam połączyć denka z dwóch miesięcy. Bynajmniej nie dlatego, że w lutym było tego mało, o nieee... Nazbierało się tego całkiem sporo, a marzec tylko dopełnił dzieła, bo przez te dwa miesiące zużyłam łącznie 38 produktów!


Wobec powyższego nie chcę Was zbytnio zanudzać długimi opisami produktów, które były już recenzowane, dlatego odeślę Was do gotowych już recenzji tych kosmetyków. A teraz - nie przedłużając - przejdźmy do rzeczy :)


1. Balsam intensywnie ujędrniający MaXSlim; Lirene (500ml; ok.20zł).
Względem tego produktu mam dość mieszane uczucia, bo szczerze powiedziawszy nie zauważyłam większych efektów. Wielokrotnie powtarzam, że sam balsam nie jest w stanie niczego zmienić, no ale cokolwiek, tak na zachętę, naprawdę by nie zaszkodziło ;) Więcej planuję napisać wkrótce w poście, który przybliży Wam nieco trzy produkty z serii MaXSlim. Na razie nie planuję powrotu.

Następca: brak;

2/3. Żel + oliwka pod prysznic mango; Lirene (250ml; ok.8zł).
Jednym słowem - ulubieniec! Więcej w recenzji KLIK. Na pewno do niego wrócę!

Następcy: imbirowy żel pod prysznic The Body Shop; żel pod prysznic Bath & Body Works Twilight Woods; żel pod prysznic żurawina i biała herbata Isana;


4. Szampon do włosów Smooth Relax; Syoss (500ml; ok.10-12zł).
Z tego szamponu więcej korzystał mój chłopak, ale i ja wielokrotnie mu go podkradałam. Obojgu nam przypadł do gustu, nie plątał włosów i ładnie je wygładzał. Włosy mojego chłopaka były bardzo miękkie, pomimo tego, że nie stosuje on żadnych odżywek i po powrocie do sprawdzonego wcześniej szamponu jednoznacznie stwierdził, że ten był o wiele lepszy. W ogóle nagle zrobił się wybredny, jeśli chodzi o szampony, więc to więcej niż pewne, że wrócimy do tej wersji Syoss'a :)

5. Szampon do włosów z aloesem; Equilibra (250ml; ok.20zł).
Świetny szampon! Nie tylko dobrze oczyszczał włosy i skórę głowy, ale i bardzo skutecznie łagodził działanie detergentu (ALS), dzięki wysokiej zawartości aloesu (drugie miejsce w składzie). Najlepiej sprawdzał się w duecie z maską z pięciu alg i masłem shea z Bingo Spa. Mam jeszcze jedną butelkę i z przyjemnością do niego wrócę :)

6. Szampon z aloesem i hibiskusem; Alverde (200ml; ok.2 euro).
Kolejny dobry szampon, który dobrze się u mnie sprawdził, mimo wszystko wolę jednak używać szamponów, które nie zawierają alkoholu tak wysoko w składzie. Mam wrażenie, że przy dłuższym używaniu wzmagają one swędzenie skóry, więc staram się nie używać ich na co dzień, tylko co drugie, trzecie mycie. Poza tym, moim zdaniem ta wersja niewiele się różni od szamponów z Alterry. Dobry, ale niekoniecznie must have. Na razie nie wrócę do niego.

Następca: Nivea 2w1 (jego szampon); Natura Siberica Objętość i Nawilżenie (mój szampon);

7. Kuracja z aloesem i hibiskusem; Alverde (150ml; ok.2 euro).
Świetnie nawilża włosy i sprawia, że są niesamowicie mięciutkie. Bardzo ładnie po niej błyszczą i dość dobrze się układają. Mam ochotę na więcej! :)

Następca: maska z pięcioma algami i masłem shea Bingo Spa;


8. Olejek antycellulitowy brzoza i pomarańcza; Alterra (100ml; ok.18-20zł).
Od tego olejku zaczęłam przygodę z olejowaniem włosów, ale nie stosowałam go tylko w tym celu. Na włosach sprawdzał się dość dobrze, ale tak naprawdę najprzyjemniej sprawował się do masażu i do nawilżania ciała. Uwielbiam jego energetyczny, pomarańczowy zapach! Chętnie bym do niego wróciła, ale mam jeszcze kilka olejków i oliwek, które muszę zużyć, dlatego na razie nie, ale nie mówię mu nigdy! ;)

Następca: olejek z jaśminem z Orientany;

9. Wcierka do włosów i skóry głowy Jantar; Farmona (100ml; ok.10zł).
Bardzo dobra i skuteczna wcierka do skóry głowy. Naprawdę widzę po niej wysyp baby hair i czuję, że łagodzi wszelkie podrażnienia skóry głowy i przynosi mi odczuwalną ulgę, dlatego chętnie ponowiłam ten zakup! :)

Następca: ten sam produkt;


10. Oczyszczający żel peelingujący do mycia twarzy Pielęgnacja Młodości; AA (150ml; ok.15-18zł).
Całkiem dobry produkt, choć ja traktowałam go bardziej jako żel pod prysznic, niż jako peeling, choć przy odrobinie energii dawał radę. Więcej przeczytacie w recenzji KLIK. Nie wrócę do tego produktu, głównie dlatego, że nie przepadam za takimi hybrydami.

Następca: pianka do mycia twarzy z serii Pharmaceris A;

11. Płyn micelarny; Bourjois (250ml; ok.13zł).
Bardzo lubię ten micel i chętnie do niego wracam. Tej butelki używałam wspólnie z mamą, której też  ten produkt przypadł do gustu. Niedługo dodam na jego temat swoje trzy grosze, więc nie będę się teraz zbytnio rozpisywać. Po prostu warto po niego sięgnąć, bo może być świetną i wydajną alternatywną dla Biodermy. Już korzystamy z kolejnej butelki i na pewno będziemy kupować kolejne.
Następca: ten sam produkt;

12. Oczyszczający żel do mycia twarzy; AA Eco (125ml; ok.25zł).
Z tego żelu korzystałam kiedy chciałam potraktować moją twarz łagodnie i nie narażać ją na codzienne tarcie peelingiem (patrz nr. 10). Produkt dobrze oczyszczał i odświeżał twarz, ale obok ogórka, to on niestety nawet nie stał. Niedługo napiszę o nim więcej, bo wiem, że niektóre z Was były go ciekawe. Niestety, nie wrócę do tego produktu z kilku względów, o których wkrótce.

Następca: pianka do mycia twarzy z serii Pharmaceris A;


13. Czyścik Angels on Bare Skin; LUSH (100g; ok.6 funtów/10 euro).
Bardzo fajny i przyjemny czyścik do twarzy, który dobrze oczyszczał i jednocześnie pielęgnował cerę. Na pewno warto poznać ten produkt, ale nie do końca rozumiem, na czym polega jego fenomen. Więcej napisałam w recenzji KLIK. Na razie nie wrócę do niego, bo i nie mam jak, ale nawet w razie możliwości zakupu skuszę się raczej dla odmiany na coś innego.

Następca: pianka oczyszczająca z serii Pharmaceris A;

14. Krem złuszczający z 5% zawartością kwasu migdałowego Sebo-Almond Peel 5%; Pharmaceris T (50ml; 30-40zł).
To był naprawdę świetny krem, który nie dość, że poradził sobie z wysypem podskórnych gul, to jeszcze trzymał moją skórę w ryzach przez większy czas, kiedy go stosowałam. Pod koniec skóra jakby trochę się przyzwyczaiła, a dodatkowo zimą zmieniły się jej potrzeby, dlatego póki co robię sobie od niego przerwę, ale na pewno do niego wrócę! Piekielnie wydajny produkt! Używałam go tylko na noc, prawie codziennie przez pół roku! Więcej napisałam w recenzji KLIK.

Następca: najpierw krem nawilżający dla cery normalnej i mieszanej Oeparol Hydrosense, a obecnie Pharmaceris A lekki krem głęboko nawilżający oraz punktowo Effaclar Duo z La Roche-Posay;

15. Krem przeciwtrądzikowy matująco-normalizujący Sebostatic Dzień; Pharmaceris T (50ml; 30-40zł).
Kolejny świetny produkt z serii T! Świetnie radził sobie z utrzymaniem odpowiedniego nawilżenia skóry, jednocześnie mając lekki wpływ na opóźnienie świecenia się twarzy. Przyznam szczerze, że trochę za nim tęsknię, choć obecnie stosowany krem również jest dobry, to jednak mam wrażenie, że ten odrobinę lepiej trafiał w potrzeby mojej skóry. Więcej napisałam w recenzji KLIK.

Następca: najpierw krem matująco-nawilżający z AA Pielęgnacja Młodości, a obecnie Dr Irena Eris energizujący krem na dzień dla cery tłustej i mieszanej z serii Vitaceric; 

16. Krem pod oczy odżywczo-nawilżający Ultra Odżywianie; AA (15ml; ok.15-20zł).
Pamiętam, że kupiłam ten krem trochę w ciemno, ponieważ Rossman wycofał mój ulubiony krem pod oczy z Alterry. Szukałam wtedy czegoś, co miałoby treściwą, kremową konsystencję i co obiecywało jakieś odżywienie skóry - szczególnie przy stosowaniu na noc. W większości trafiałam na same żele, a w tej kategorii już mam swojego ulubieńca z Flos-Lek, a ten krem z AA wpadł mi w ręce przypadkiem, ale przekonał mnie do siebie prawie od razu. Wprawdzie efekty stosowania nie są jakieś spektakularne, ale podobała mi się zarówno konsystencja, jak i jego delikatne działanie. Nie podrażniał skóry wokół oczu, ani samych oczu, nie tłuścił skóry, ale sprawiał, że była miękka, dobrze nawilżona i przyjemnie napięta. Świetnie sprawdzał się też pod makijaż, a ponadto był szalenie wydajny! Stosowałam go niemal codziennie na noc, czesto również na dzień, aż od czerwca ubiegłego roku!!! Aktualnie mam kilka kremów pod oczy w zapasie, ale  gdyby nie to, to na pewno kupiłabym go jeszcze raz!

Następca: nawilżająco-rozjaśniający krem pod oczy Wrażliwa Natura 20+ od AA;


17. Imbirowe masło do ciała; The Body Shop (50ml; 20zł).
To masło należało do limitowanej świątecznej kolekcji, więc prawdopodobnie nie jest już dostepne, ale mimo to warto o nim wspomnieć. Jeśli chodzi o zapach - wiadomo, nie wszystkim przypadnie do gustu, mi się podobał, ale sięgałam po nie dość nieregularnie, bo na co dzień mnie męczył. Co do właściwości pielęgnacyjnych - było dobrze, ale nie powalająco. Masło dobrze nawilżało skórę, ale miało jak dla mnie zbyt zbitą konsystencję i trzeba było się nieźle nagimnastykować, żeby dobrze je rozprowadzić na ciele, bo dość ciężko się rozsmarowywało. Gdybym nie wypróbowała wcześniej kilku próbek masła z shea, to stwierdziłabym, że ten rodzaj produktów z TBS zupełnie nie jest warty swojej ceny, a tak - sądzę, że wszystko zależy od wersji zapachowej i właściwej jej konsystencji. Nie wróciłabym do tego produktu, nawet gdyby był dostępny w regularnej ofercie.

Następca: wykańczam masło do ciała z granatem Pharmatheiss Granatapfel i szarlotkowe masło do ciała Sweet Secret z Farmony;

18. Peelingujący żel pod prysznic z imbirem; The Body Shop (75ml; brak informacji o cenie).
Przyznam, że liczyłam na to, że ten kosmetyk będzie raczej peelingiem, niż żelem, ale niestety trochę się zawiodłam. Owszem, produkt posiadał drobinki ścierające, ale nie były one na tyle ostra, żeby porządnie złuszczyć martwy naskórek. Dla mnie to był raczej żel z drobinkami masujacymi, który spokojnie można by stosować codziennie. Tym razem zapach był odpowiednio wyważony i kąpiel z tym produktem nie była męcząca i dość chętnie sięgałam po ten żel. Niestety produkt ma jeszcze jedną wadę - jestem świadoma, że to miniaturka, ale nawet jak na miniaturkę produkt skończył się bardzo szybko. Wolę kupić albo żel, albo peeling, dlatego nie kupiłabym tego produktu.

Następca: wykańczam peeling szarlotkowy Sweet Secret z Farmony;


19. Krem regenerujący do stóp z 30% zawartością mocznika; Lirene (100ml; ok.10zł).
Ten krem darzę wyjątkowo mieszanymi uczuciami - z jednej strony doceniam jego działanie, a z drugiej do szału doprowadzają mnie jego wady, sprawiające, że jego stosowanie bywa zwyczajnie upierdliwe. Zamierzam go wkrótce zrecenzować, ponieważ mam jeszcze około połowy drugiej tubki, otrzymanej w ramach współpracy. Szczerze powiedziawszy, nie mam zielonego pojęcia, czy jeszcze go kiedyś kupię, czy może postawię na coś innego.

Następca: ten sam produkt;

20. Krem do rąk RATUNEK z 10% zawartością masła shea; Lirene (50ml; ok.8zł).
Ten krem zasługuje na osobna recenzję, bo moim zdaniem jest naprawdę świetny! Bardzo mi pomógł, kiedy miałam przesuszoną i popękaną od mrozu skórę. Jego zalety docenił również mój M. Na pewno do niego wrócę!

Następca: brak następcy w celach ratunkowych ;)

21. Krem do rąk Kwiat Hibiskusa; L'Occitane (30ml; 29zł).
Ze wszystkich kremów z L'Occitane, jakie miałam okazję dotąd wypróbować, ten był według mnie najlepszy. Bardzo żałuję, że znajdował się w edycji limitowanej, ponieważ cudownie pachniał hibiskusem - bardzo intensywnie i kwiatowo,  a ponadto bardzo dobrze nawilżał skórę. Był dużo lepszy, niż jego młodszy brat z serii Magiczne Kwiaty recenzowany TUTAJ. Niestety nie jest już dostępny.

Następca: wykańczam krem do rąk REGENERACJA z Lirene;


22. Mydło w płynie róża i jogurt - uzupełnienie; Isana (500ml; ok.5zł?).
Przyjemne, dobrze oczyszczające mydełko. Miało ładny zapach i robiło, co miało robić, ale moim zdaniem jest naprawdę słabo wydajne - cały wkład wykorzystaliśmy w ciągu 1,5 miesiąca i bardzo szybko było widać ubytek w butelce z mydłem. Pewnie kupię jeszcze inne warianty, bo jest to tani produkt, ale nie darzę go większymi uczuciami ;)

Następca: aloesowe mydło OnLine;

23. Mydło w piance Sweet Pea; Bath & Body Works (259ml; 29zł).
Nasze ulubione mydełko! Świetnie oczyszcza dłonie, pięknie pachnie i nie wysusza dłoni. Uwielbiam w nim to, że po umyciu rąk bardzo długo czuć zapach. Wprawdzie produkt swoje kosztuje, ale po pierwsze jest w wiecznej promocji za 19-20zł, a po drugie jest naprawdę wydajny. U nas stoi w WC i wystarcza nam zawsze na około 2 miesiące. Ciągle kupujemy ten sam wariant! Pełna recenzja TUTAJ.

Następca: ten sam produkt;

24. Zmywacz do paznokci z acetonem; Isana (250ml; ok.5zł).
Bardzo dobry i naprawdę skuteczny zmywacz paznokci. Nie wysusza szczególnie ani płytki, ani skórek i dobrze sobie radzi ze zmywaniem każdego lakieru. Czego więcej chcieć? Mam już kolejną butelkę.

Następca: ten sam produkt;

25. Antyperspirant w kulce; Dove (50ml; ok.10zł).
Dość dobry antyperspirant. Miał przyjemny zapach i dość dobrze chronił przed poceniem, jednak czasami, kiedy byłam dłużej poza domem, miałam wrażenie, że mi nie wystarcza, dlatego nie wrócę do niego.

Następca: moim zdaniem najlepsze są antyperspiranty z Rexony, teraz mam wersję z aloesem;


26. Tusz do rzęs False Lash Effect Fusion; Max Factor (50zł/szt.).
Jeden z moich ulubionych tuszy do rzęs! Bardzo lubię efekt, jaki daje na moich rzęsach i używam go właściwie na co dzień. Jedyne czego mi w nim brakuje, to możliwości zbudowania mocniejszego efektu, do makijażu wieczorowego. Pełna recenzja TUTAJ. Na pewno jeszcze do niego wrócę.

Następca: tusz do rzęs One by One Satin Black; Hean Maxxi Lash Flexi;

27. Tusz do rzęs Growing Lashes; Wibo (10zł/szt.).
Ten tusz miał być ideałem i faktycznie niewiele mu zabrakło, bo efekt, jaki dawał na rzęsach bardzo mi się podobał, niestety ma jedną cechę która go dyskwalifikuje i raczej do niego nie wrócę. Niedługo postaram się napisać o nim więcej.

Następca: tusz do rzęs One by One Satin Black; Hean Maxxi Lash Flexi;

28. Brązowa kredka do powiek Smooth Definer; Oriflame (22zł bez promocji).
Moja ulubiona kredka po wielu, wielu miesiącach użytkowania w końcu dokończyła żywota. Uwielbiam ją za kolor, który jest ciemnym brązem, zbliżonym do gorzkiej czekolady, ponieważ świetnie podkreślał oczy, nie będąc jednocześnie tak oczywistym i mocnym akcentem, jak czerń. Na pewno jeszcze do niej wrócę!

Następca: brązowa kredka Glimmerstick Diamonds z Avonu, którą dostałam od La Frambuesy;

29. Pomadka ochronna; Oeparol (ok.6zł/szt.).
Dość dobra pomadka ochronna, która dbała o moje usta zimą. Nie mam do niej żadnych zastrzeżeń, choć z pewnością nie powaliła mnie też na kolana i nie rozkochała tak, jak Nivea Vitamin Shake. Po prostu - dobry produkt ochronny na co dzień. Nie wiem, czy jeszcze po nią sięgnę.

Następca: w kieszeni mojej kurtki zadomowiła się teraz pomadka ochronna Noni Care;

30. Odżywka do paznokci Nourish Me; Essie (36zł/szt.).
To moja ukochana odżywka i jednocześnie baza pod lakier! Używałam jej praktycznie za każdym razem, kiedy malowałam paznokcie i wystarczyło mi jej dokładnie na 11 miesięcy! Świetnie dbała o moje paznokcie, a największą różnicę zauważyłam na samym początku, kiedy to właściwie momentalnie przestały się rozdwajać. Później jej moc jakby spadła, ale nadal dość dobrze się sprawowała i zawsze wracałam do niej z podkulonym ogonem, kiedy inne "cud" odżywki okazywały się robić spustoszenie. Na pewno jeszcze do niej wrócę!

Następca: Sally Hansen odżywka Green Tea & Bamboo;


31. Maska z naturalnego jedwabiu z algami filipińskimi i aloesem; Orientana (15zł/szt.).
Bardzo podobało mi się działanie tego produktu. Twarz była wyraźnie nawilżona, ale nie lepiąca. O wadach i zaletach takiej formy maski rozpisywałam się TUTAJ. Być może wrócę do niej raz na jakiś czas w ramach maseczki "bankietowej".

32/33. Maseczka aktywnie oczyszczająca z białą glinką; AA (10ml; ok.5zł).
Z tego produktu nie byłam zbytnio zadowolona. Szczerze powiedziawszy nie zauważyłam zbytnio efektów. Nie wrócę do niej.

34/35. Bibułki matujące; Beauty Formulas (50szt./ok.11zł).
Bibułki kupiłam w dwupaku ponad rok temu, ale na początku używałam ich dość sporadycznie. Dobrze ściągały nadmiar sebum i nie ingerowały zbytnio w makijaż, ale w kryzysowych sytuacjach nie mogło się obejść bez użycia pudru, ponieważ inaczej mat nie trwał zbyt długo. Na razie wypróbuję inne produkty tego typu.

Następca: bibułki matujące z Marion;


36/37. Szampon przeciwłupieżowy ELESTABION T; Flos-Lek (ok.3zł za saszetkę z dwoma porcjami).
Tego szamponu używałam w lutym raz w tygodniu w ramach kuracji. Nie mam raczej problemów z łupieżem, ale moja skóra głowy bywa podrażniona i zdarzają się czasem drobne ranki i podejrzane farfocle ;) Ten szampon całkiem fajnie spisywał się w łagodzeniu podrażnień i okiełznaniu skóry głowy. Ciekawa jestem jak sprawdziłby się stosowany regularnie.

38. Maska nawilżająca; AA (ok.5zł/szt.).
Ta maska niestety również niezbyt przypadła mi do gustu, myślę, że za sprawą parafiny w składzie była dla mnie zbyt tłusta i zamiast nawilżająco, działała raczej natłuszczająco, a tego moja cera zdecydowanie nie potrzebuje.

+ próbka kremu rozświetlającego i odlewka bogatego balsamu do dłoni z Pat&Rub.


No cóż, pewnie nie trzeba być jasnowidzem, żeby stwierdzić, że kwiecień pewnie będzie dość słabym miesiącem, jeśli chodzi o zużycia. Niemniej jednak jestem szalenie dumna z tego, ja dużo kosmetyków udało nam się wykorzystać do dna przez ostatnie dwa miesiące :)

A jak tam Wasze denkowanie? :)
K.
Czytaj dalej
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Blog template designed by SandDBlast