Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Vichy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Vichy. Pokaż wszystkie posty

sobota, 11 maja 2013

Kwietniowe denko!

Cześć Dziewczyny!

Dzisiaj kolejne podsumowanie miesiąca - tym razem denko! Oczywiście, jak zawsze przy tej okazji, przychodzę do Was z garścią mini recenzji!

Po ogromnym lutowo-marcowym denku (KLIK), spodziewałam się, że kwiecień będzie ubogi w zużycia, ale okazuje się, że udało mi się utrzymać bardzo przyzwoity poziom. W minionym miesiącu zużyliśmy 14 produktów. My, bo muszę uczciwie przyznać, że w dużej mierze przyczynił się do tego mój M., który dzielnie zużywał ze mną produkty do tzw. codziennej higieny :)


Jak widać na zdjęciu powyżej, gromadka zużytych produktów jest całkiem liczna. W ramach formalności, dodam, że ze dwa produkty ostatecznie wyzionęły ducha na majówce, więc teoretycznie powinny trafić do denka majowego, ale skoro nadal mamy początek miesiąca, to dorzucam je w tym poście, żeby nie trzymać już pustych butelek! ;)


1. Żel pod prysznic kwiat pomarańczy i jogurt; Isana (200ml, ok.4zł).
2. Żel pod prysznic żurawina i biała herbata; Isana (200ml, ok.4zł).
3. Żel pod prysznic kwiat maku; Isana (200ml, ok.4zł).
Jak tak na to patrzę, to zastanawiam się, czy my tak często się kąpaliśmy, czy może powinnam posądzić mojego M. o rozpijanie kosmetykow, czy może po prostu te żele z Isany są tak kiepsko wydajne?! To nasze pierwsze spotkanie z żelami pod prysznic tej marki. Spotkanie całkiem udane i rozbudzające apetyt na więcej. I choć nie są to zapachy tak atrakcyjne, jak w przypadku żeli Balea, to nadal jednak są to warianty całkiem apetyczne i przyjemne dla nosa.

Z powyższych trzech wersji zapachowych najbardziej przypadła mi do gustu wersja żurawinowa, która niestety jest już niedostępna, ponieważ była to zimowa limitowanka. Tuż za nią plasuje się najnowsza propozycja Isany, czyli żel o zapachu kwiatu maku. Jestem ogromną wielbicielką maków (co widać na blogu :)), więc tym chętniej sięgnęłam po ten żel. Zapach tego produktu kojarzył mi się z szampanem Piccolo i było to bardzo przyjemne skojarzenie, więc niewykluczone, że jeszcze spotkamy się pod prysznicem. Najmniej przypadła mi do gustu wersja z kwiatem pomarańczy, który to żel w butelce pachniał dość intensywnie, ale miałam wrażenie, że cały zapach uciekał tuż po wyciśnięciu kosmetyku na dłoń.

Jeśli chodzi o właściwości myjące - jestem zadowolona. Produkty dobrze oczyszczały skórę, nie zostawiały żadnego filmu i nie wysuszały mojej skóry. Owszem, nie nawilżały jej, ale w końcu nie tego oczekuję od żeli :) Pewnie jeszcze nie raz skuszę się na żel z Isany!

Następcy: oszczędnie używany żel Twilight Woods z Bath & Body Works; żel Discover Santorini Oriflame (zwany przez mojego M. Sorentini :D).


4. Płyn micelarny Aqua Cristal; Lirene (200ml; ok.13zł).
Płyn micelarny, który został znienawidzony przez większość blogosfery, a który mi w miarę przypadł do gustu. Na pewno napiszę o nim więcej, ale jeśli zastanawiacie się nad nim, to olejcie go, jeśli a) macie wrażliwą cerę lub b) nosicie mocny makijaż, zwłaszcza oczu! W innym przypadku możliwe, że polubicie ten produkt. Mimo kilku zalet (i dość licznej gromadki wad), na pewno nie kupię go ponownie. Mam inne, bardziej skuteczne i sprawdzone micele, które lepiej wywiązują się ze swojej roli i to do nich będę wracać w przyszłości.

Następca: płyn micelarny Lirene (z różowym kwiatkiem ;));

5. Tonik nawilżająco-oczyszczający; Lirene (200ml; ok.12zł).
To najlepszy tonik, jakiego kiedykolwiek do tej pory używałam! Zdecydowany ulubieniec i totalny must have! Nad jego zaletami, rozwodziłam się szczegółowo TUTAJ. Jeśli jeszcze go nie miałyście, to koniecznie go wypróbujcie. Ja na pewno kupię kolejną, trzecią już buteleczkę! :)

Następca: tonik nawilżający Pharmaceris A;

6. Kremowy żel do mycia twarzy Anti! Acne; Under 20 (150ml; ok.13zł).
Bardzo dobra propozycja od marki Under 20! O ile nie darzę szczególną miłością kosmetyków dla młodzieży, tak ten żel szczerze polubiłam! Bardzo dobrze oczyszczał twarz i nie wysuszał jej! Niewykluczone, że jeszcze kiedyś po niego sięgnę :) Więcej na jego temat napisałam w recenzji - KLIK.

Następca: wykańczam niekończącą się piankę Lirene Design Your Style!


7. Mleczko do ciała NutriExtra; Vichy (400ml; ok.45zł).
Do zużycia tego mleczka w dużej mierze przyczynił się Michał. Ja smarowałam się nim może z raz w tygodniu, więc trudno mi nawet pisać o nim w kontekście minirecenzji. Nie spodobał mi się jego alkoholowo-cytrusowy zapach. Zresztą alkohol denaturyzowany wysoko w składzie zupełnie go dla mnie skreślił. Na pewno więcej nie zagości w mojej łazience.

Następca: Michał używał serum nawilżającego z Oeparol, a ja wykańczam wszystkie inne balsamy i masła, które wpadają mi w ręce ;)

8. Szampon z odżywką 2w1 (250ml, ok.10zł).
Kolejny produkt, z którego znacznie częściej korzystał Michał, niż ja. Ja sięgałam po ten produkt raz na jakiś czas, żeby nieco lepiej oczyścić włosy, ale szczerze powiedziawszy nie zapadł mi szczególnie w pamięci i trudno mi się o nim wypowiedzieć. Dla Michała natomiast, był to kiedyś ulubiony szampon, ale odkąd spróbował szamponu z Syoss, to nic już nie jest takie samo ;)) Nieprędko u nas zagości.

Następca: Syoss Shine Boost


9. Płyn do higieny intymnej; Facelle Sensitive (300ml; ok.7zł).
Bardzo dobry płyn do higieny intymnej! Nie podrażnia wrażliwych miejsc, dobrze oczyszcza, a do tego jest wszechstronny. Świetnie nadaje się również do higieny całego ciała, do mycia włosów i prania pędzli. Po prostu dobry i tani, więc chętnie do niego wróciłam!

Następca: ten sam produkt

10. Szarlotkowy peeling do mycia ciała Sweet Secret; Farmona (225ml; ok.15zł).
Świetny, świetny, świetny! Megamocny zdzierak, szalenie intensywnie oczyszczał skórę z martwego naskórka i cudownie pachniał prawdziwą szarlotką z obłędną ilością jabłek z cynamonem. Aż zgłodniałam na samo wspomnienie! Chętnie wrócę do niego bliżej jesieni, jeśli uda mi się gdzieś na niego trafić! Więcej przeczytacie o nim w recenzji TUTAJ.

Następca: wykańczam waniliowy scrub do mycia ciała również z serii Sweet Secret Farmony


11. Maska oczyszczająca z glinką szarą; Ziaja (10ml; ok.1,50zł).
Bardzo dobra, tania i skuteczna maska oczyszczająca! Moja cera bardzo ją lubi i świetnie na nią reaguje. Zresztą wszystko co mnie w niej urzeka, zawarłam już jakiś czas temu w recenzji TU. Co jakiś czas do niej wracam.

Następca: dalej wykańczam maskę oczyszczającą z Sanoflore

12. Kuracja do rąk REGENERACJA; Lirene (100ml, ok.10zł).
Bardzo dobry krem do rąk, który dobrze nawilżał i dbał o moje dłonie. Bardzo go polubiłam, bo świetnie się sprawdzał w codziennej pielęgnacji moich dłoni. Razem z kuracją RATUNEK bardzo zasłużenie trafił do grona moich ulubieńców i sądzę, że jeszcze nie raz do niego wrócę.

Następca: cytrynowy krem do rąk Lirene

+ próbka kremu Idealia z Vichy - niewiele mam do powiedzenia na ten temat, niby nie było źle, ale alkohol denaturyzwany w kremie do twarzy, to już ostre przegięcie! Nie mam zamiaru sprawdzać pełnowymiarowej wersji!


13. Antybakteryjny puder; Synergen (ok.9zł/szt.).
Mój ulubiony puder, który świetnie się sprawdzał na mojej mieszanej cerze. Nie zapychał jej, nie tworzył na twarzy mocno pudrowego wykończenia, dobrze matowił i sprawdzał się przy poprawkach w ciągu dnia. Zużyłam dwa opakowania, ale chyba właśnie znalazłam ideał, więc w najbliższym czasie nie planuję powrotu.

Następca: Dream Matte Powder z Maybelline

14. Top coat wysuszający lakier; Seche Vite (3,6ml; ok.8zł).
Owiany legendą top coat, który można albo kochać, albo/i nienawidzić. Nic pomiędzy. Ja miałam z nim prawdziwe love-hate relationship, bo z jednej strony ekspresowo osuszał lakier na paznokciach i pięknie go nabłyszczał, ale to koszmarne ściąganie było nie do zniesienia! Raczej już po niego nie sięgnę!

Następca: Essie Good To Go


+ dwa wyrzutki, czyli zachnięte resztki Essie Good To Go i RapiDry z OPI. Planuję niedługo post porównawczy powyższych trzech topów, więc na razie daruję sobie komentarze. Zdradzę jedynie tyle, że najlepiej sprawdza się u mnie Essie :)

***
Czy miałyście któreś z powyższych produtków? Czy znaleźli się wśród nich Wasi ulubieńcy? Jak Wam poszło denkowanie produktów w kwietniu? :)
K.

Czytaj dalej

środa, 10 kwietnia 2013

Marcowe zdobycze :)

Cześć Dziewczyny!

Przychodzę do Was z ostatnią częścią podsumowania marca. Tym razem oczywiście część najprzyjemniejsza, czyli zdobycze ;) Celowo używam tego określenia, ponieważ w marcu wyjątkowo moje zakupy zrównoważyły się z ilością gratisów, wygranych czy produktów otrzymanych w ramach współpracy. Oczywiście nie mogłam się oprzeć nowym lakierom i nawet nie jest mi z tego powodu głupio, za to pielęgnacyjnie byłam mocno wstrzemięźliwa! :)

Tickle My France-y, Bubble Bath, I Juggle Men
Po pierwsze - udało mi się wygrać urodzinowe rozdanie u Mani - w wyniku czego trafił do mnie piękny zestaw miniaturek lakierów OPI - w tym słynne Tickle My France-y oraz Bubble Bath, do kompletu z topperem I Juggle Men. Nudziaków nigdy za wiele, więc szalenie się z nich ucieszyłam! :)

Górny rząd: Maximilian Strasse-Her; Hip-Anema, French Affair
Dolny rząd: Spaghetti Strap; Lights; Madison Ave-Hue; Topless & Barefoot
Essie, są wynikiem trzech różnych okazji. Po pierwsze - koleżanka, która mieszka w Holandii, zaproponowała mi pomoc w zakupie lakierów z jednej z najnowszych kolekcji Essie - Madison Ave-Hue, ponieważ w tamtejszych szafach jest już ona dostępna (u nas niestety ciągle cisza!). Tym sposobem, tuż przed Świętami trafiło do mnie trio miętowoszary Maximilian Strasse-Her, makowa czerwień Hip-Anema oraz fioletoworóżowawy Madison Ave-Hue. Po drugie - w drodze wymianki z Alą, udało mi się dołączyć do mojej kolekcji upragniony różofiolet French Affair oraz cielaczka Topless & Barefoot. No i po trzecie - ponownie skusiłam się na zakupy w drogerii internetowej eKobieca, gdzie można upolować atrakcyjne kolorki Essie za niecałe 15zł. Ja skusiłam się na neonowy róż Lights oraz cielaczka o brzoskwiniowych tonach, czyli Spaghetti Strap.

Mary Rose, Flirt, Słoneczny Patrol
Moja rodzinka lakierów z blogerskiej kolekcji Wibo rozrosła się o kolejne trzy sztuki - Mary Rose (swatche KLIK) oraz Słoneczny Patrol, dostałam jako naczelna gaduła, od ich autorki, czyli sympatycznej Jamapi. Natomiast Flirt wpadł do koszyka w wyniku wszechobecnego kuszenia tym kolorem :)


Na początku miesiąca, przez nieuwagę, rozbiłam tester różobronzera Africa od W7, który otrzymałam jakiś czas od Kosmetykomanii. Tak pokochałam ten produkt, że co kilka dni przeszukiwałam sklepy internetowe w poszukiwaniu tego, w którym w końcu będzie dostępny. "Pech" chciał, że znalazłam go w Minti Shopie akurat wtedy, kiedy miała swoją premierę nowa Sleekowa paletka Lagoon. Poza tym przecież róż nie mógł wędrować w kopercie sam! No ale żeby Africe i Lagoon nie było samym smutno, dorzuciłam im jeszcze do towarzystwa paletkę fioletów UV z Technic. Za 10zł, to grzech czekać dalej aż Sleek się ocknie i przygotuje dla nas fioletową paletę! ;)


Gdzieś kiedyś obiło mi się o uszy, że róże Pocket, dostępne w ofercie Bell są bardzo przyjemnymi kosmetykami, więc zdecydowałam się na jeden kolor z ciekawości. W Biedronce kosztował mnie jakieś 5zł ;)


Dzięki Basi, udało mi się również dorwać w końcu słynne Avonowe żelowe kredki SuperShock. Wybrałam klasyczną czarną oraz cielistą Flash. Jeśli będą dostępne kredki w odcieniach fioletu i brązu, to chętnie przygarnę je do kompletu. Basia była tak miła, że do kredek dołączyła wosk Yankee Candle w wariancie Sicilian Lemon oraz przeuroczą kartkę ze świątecznymi życzeniami :)


Ostatnimi zakupami z marca są nowości z Rossmana - nawilżająca odżywka do włosów, żel pod prysznic z kwiatem maku oraz krem do rąk z masłem shea, na który natknęłam się całkiem przypadkiem, kiedy już zupełnie zarzuciłam myśl o jego zakupie. Wszystkie te kosmetyki są spod szyldu Isany, więc cena żadnego z nich raczej nie przekroczyła 5zł - takie interesy, to ja lubię :)


Kosmetyki z linii VitaCeric wstępnie prezentowałam już w TYM poście. Jak wiecie, otrzymałam je w ramach współpracy z Laboratorium Kosmetycznym Dr Ireny Eris, a moja notka bierze udział w konkursie na fotorecenzję, organizowanym wśród blogerek. Wybrałam dla siebie serum redukujące pory oraz emulsję energizującą. O działaniu kosmetyków wypowiem się szerzej w stosownym czasie, czyli bliżej końca słoiczków ;)


Jeśli zaglądacie tu regularnie, to z pewnością wiecie, że uwielbiam markę Bath & Body Works! Mam w łazience mały arsenał kosmetyków tej marki i każdy z nich szczerze uwielbiam, dlatego bardzo się ucieszyłam, kiedy otrzymałam od firmy miniaturkę jednego z najnowszych zapachów tej marki, czyli Forever Red.


Koszyczek z miniaturkami bestsellerów z L'Occitane wywołał niemałe echo wśród blogerek. Daruję sobie ponowne roztrząsanie tego tematu i tylko zaznaczę, że również i ja dostałam ten uroczy koszyczek. Kto wie, może w przyszłym roku przyda się na wielkanocną święconkę ;) Oczywiście rozmiar kosmetyków nie pozwala na napisanie kompletnej recenzji tych produktów, ale na pewno podzielę się z Wami ogólnymi wrażeniami :)


Również w ramach współpracy, otrzymałam od Hean ich najnowszy podkład Studio Lift, tusz MaxxiLash Flexi oraz piękny brzoskwinkowy lakier. W pierwszej kolejności złapałam za tusz i jestem bardzo na tak, jeśli chodzi o szczoteczkę, natomiast konsystencja tego tuszu mocno mnie zaskoczyła. Jeszcze trochę go poobserwuję i ostatecznie zajmę stanowisko :D


Ostatnia współpracowa przesyłka, to tubka Blistexu. W lutym kupiłam sobie wersję w sztyfcie, którą bardzo polubiłam, więc ucieszyłam się mogąc wypróbować mocniejszą wersję w formie kremowej. Sądzę, że przygotuję za jakiś czas post porównawczy, dotyczący obu wersji.


Na temat miniaturek z Vichy również było swego czasu głośno na blogach. W wybranych aptekach w całej Polsce można było otrzymać całkowicie za darmo zestawy miniaturek i próbek kosmetyków Vichy. Mi udało się zdobyć oba zestawy, srebrny poszedł do mamy, a ja zajęłam się wersją różową :)


Marzec obfitował w różne promocje, ta - zdaje się być ciągle aktualna (do 14 czy 17 kwietnia). Wystarczyło kupić najnowszy numer Glamour, wypełnić znaleziony w nim kupon i zanieść go do najbliższego salonu L'Occitane, żeby otrzymać zestaw trzech miniaturowych kremów do rąk tej marki. Rozmiarowo będą pasować do wyżej opisywanego koszyczka ;)) Różne rzeczy można mówić i pisać, ale takie maluchy będą niezastąpione w czasie wyjazdów lub w imprezowej miniaturowej torebce ;)

Uff! To by było na tyle! Choć starałam się ograniczać zbędne zakupy (czyli takie nie cieszące zbyt długo oczu, ani ciała :P), to i tak sporo mi się tego nazbierało. Na pewno przekonałam się, że pomimo licznych zapędów aferkowych, w środowisku blogerek (i nie tylko) znajduje się sporo osób życzliwych. Maniu, Magda, Ala, Basia, Ewa - dziękuję :)

A jak tam przebiegało Wasze chomikowanie zapasów w marcu? ;)
K.

P.S. Jak tak patrzę na to wszystko, zgromadzone w jednym poście, to zaczynam się cieszyć, że niektóre produkty mam w formie miniaturowej. Przynajmniej nie zajmują dużo miejsca, a z pewnością pozwolą się zastanowić nad tym, czy potrzebuję danego kosmetyku w formie pełnowymiarowej :)

P.S.2 Na komentarze pod postem denkowym postaram się odpowiedzieć w najbliższej wolnej chwili. Nie zawsze mam siłę lub czas przysiąść się do odpisywania hurtem, ale każdy Wasz komentarz czytam i bardzo sobie cenię :)
Czytaj dalej

piątek, 3 sierpnia 2012

Lipcowe denka

Witajcie Dziewczyny!

Wczoraj pokazywałam Wam, co przybyło, ale nie da się ukryć, że coś mi również ubyło... Kontynuując lipcowe podsumowanie przedstawiam Wam moje denka! W tym miesiącu udało mi się zużyć 15 produktów oraz doczekać jednego wyrzutka i szczerze powiedziawszy jestem trochę zawiedziona... Po tylu miesiącach średniej ok.20 denek czuję, że się opuszczam, a ponadto samych denek przybywa mi znacznie wolniej, niż wcześniej i zastanawiam się z czego to wynika. No nic, mam nadzieję, że wrzesień przywitam z całą wesołą gromadką pustych pudełek! ;)


1. Antybakteryjna maseczka oczyszczająca z wyciągiem z gruszki; Perfecta (10ml, ok.3zł).
Kilka dni temu napisałam pełną recenzję tej maski (TUTAJ). Muszę przyznać, że tym razem byłam średnio zadowolona, raczej do niej nie wrócę.

Następca: m.in. glinka biała i zielona z ZSK.

2. Nawilżająca maseczka z sokiem z aloesu; Perfecta (10ml, ok.3zł).
Na blogu pojawiła się recenzja również i tej maski, znajdziecie ją TUTAJ. Ta sprawdziła się nieco lepiej, niż jej gruszkowa siostra, ale nadal bez zachwytów. Być może znowu po nią sięgnę.

Następca: m.in. spirulina z ZSK.


3. Szampon 2w1 Jedwabista Miękkość; Head&Shoulders (200ml, ok.8-10zł).
Tego szamponu używał głównie mój chłopak, chociaż ja też kilkukrotnie dołączyłam z ciekawości. Mam nadzieję, że uda mi się namówić go na krótką recenzję, bo wydaje mi się, że z tego szamponu był dość zadowolony. Od siebie mogę dodać tyle, że dobrze mył, nie podrażniał skóry i bardzo przyjemnie pachniał. Możliwe, że jeszcze się u nas pojawi.

Jako ciekawostkę dodam, że mój M. już wie, że nie powinien wyrzucać pustych opakowań po kosmetykach bez konsultacji ze mną - ten szampon wykończył, kiedy nie było mnie u niego, a po powrocie usłyszałam - "zostawiłem Ci butelkę po szamponie" :D Tak więc to denko jest w ogromnej mierze jego sprawką! ;)

Następca: oboje używamy teraz szamponu Syoss Silicone Free - Repair & Fullness.

4. Balsam do ciała mango i olej kokosowy; Eveline (500ml, ok.14zł).
Co to był za balsam! Jak on cudownie pachniał! Nie dość, że cała łazienka była w oparach mango, to jeszcze podobny kłębek zapachu unosił się za każdym, kto się nim nasmarował. Zdecydowanie nie dla przeciwników intensywnych zapachów. Za to my byliśmy bardzo zadowoleni, bo nie dość, że cudownie pachniał, to jeszcze faktycznie bardzo przyzwoicie nawilżał skórę! Duży minus za ciężkie wydobywanie produktu pod koniec, produkt osadzał się na ściankach, a pompka nie mogła tego zebrać, więc trzeba była obstukiwać butelkę z każdej strony... Jednak bardzo chętnie jeszcze do niego wrócę! :)

Następca: Oriflame Body Care - lotion z wyciągiem z zielonej herbaty; Bielenda - mleczko z serii Bawełna.

5. Żel + oliwka z olejkiem z mango; Lirene (250ml, ok.8zł).
Zdecydowanie na tak! Ten produkt bardzo mi się spodobał, zarówno pod względem zapachu (choć liczyłam na mango, to cytrusy też dają radę ;)), jak i pod względem właściwości. Produkt recenzowałam TUTAJ. Na 1000% do niego wrócę! Już kupiłam wersję z bawełną i poluję ponownie na wersję z mango.

Następca: mydło pod prysznic Ziaja Kozie Mleko.


6. Maseczka delikatnie peelingująca 5 efektów; Under Twenty (2x6ml, ok.4zł).
Ta maseczka przypadła mi do gusto dużo bardziej niż wspomniane wyżej maseczki z Perfecty. Zakładam, że tym razem dobrze trafiłam z doborem maseczki do aktualnych potrzeb mojej skóry, bo ta maska naprawdę dała mi to, czego mogłabym od niej oczekiwać, gdybym miała odwagę, bo jak wiecie, nie dawałam jej zbyt dużych szans... Z pewnością sięgnę po nią ponownie, jeśli moja cera będzie tego wymagać! Więcej znajdziecie informacji znajdziecie w recenzji TUTAJ.

Następca: ...chyba muszę przejrzeć zasoby maseczkowe ;)


7. Wygładzający krem na noc EcoBeauty; Oriflame (50ml, od 40 do 70zł).
Bardzo polubiłam ten krem, choć nie na tyle, żeby powracać do niego regularnie. Dobrze nawilża i odżywia skórę, nie powoduje niespodzianek. Tylko mocno drażnił mnie jego przesłodzony zapach. Nie byłam w stanie korzystać z tego produktu, jeśli gorzej się czułam, bo od razu robiło mi się mdło. Mimo to, być może spotkamy się kiedyś ponownie. Więcej przeczytacie w recenzji TUTAJ.

Następca: Lirene Design Your Style nawilżający kremowy mus.

8. Oczyszczający żel do mycia twarzy Normaderm; Vichy (moja tubka to gratis).
O tym jak skrajnymi uczuciami darzę ten produkt, mogłyście przeczytać już TUTAJ. Zdania nie zmieniłam i już raczej nie zmienię. Chyba dam sobie z nim spokój, bo nie mogę mu darować takiego wysuszenia twarzy, jakim mnie uraczył.

Następca: zależnie od domu - powrót do pianki Lirene Design Your Style oraz do kremu myjącego z Alterry.


9. Antyperspirant w kulce Aloe Vera; Rexona (50ml, ok.8-10zł).
Zdecydowanie jeden z najlepszych antyperspirantów. Świetnie chronił przed nieprzyjemnym zapachem,a to wszystko, czego wymagam od tego typu produktów. Sam w sobie również ładnie pachniał, niestety dość wolno zastygał. Próbowałam korzystać z antyperspirantów bez zawartości aluminium, ale u mnie one się po prostu nie sprawdzają. Z pewnością wypróbuję również inne wersje.

Następca: Dove z trawą cytrynową.

10. Szampon z ekstraktem z moreli i pszenicy; Alterra (200-250ml, ok.10zł).
To chyba moja ulubiona wersja. Mocno przypomina mi ubiegłoroczne wakacje. Sam szampon dobrze oczyszczał włosy i skórę głowy, również z olejów. Mam jednak wrażenie, że po pół roku korzystania z tych szamponów nasiliło mi się swędzenie skóry głowy na czubku (:P), więc na razie robię sobie od nich przerwę.

Następca: wyżej wspomniany Syoss oraz wymiennie szampon Babydream dla dzieci.


11. Chusteczki antybakteryjne; Tami (12szt., ok.2zł).
Całkiem przyzwoite chusteczki. Dobrze oczyszczały dłonie ze wszelkich zabrudzeń, niestety jest ich mało w opakowaniu, a i tak pod koniec były już niemal całkowicie wyschnięte. Raczej do nich nie wrócę.

Następca: żel antybakteryjny do rąk The Body Shop.


12. Żel po prysznic o zapachu borówki i wanilii; Alterra (250ml; ok.6zł?).
Moja relacja z tym produktem, to prawdziwe love-hate. Czasami zapach był relaksujący, a czasami nieznośnie słodki. Do tego dziwna glutowata konsystencja, właściwa produktom Alterry - o ile w szamponach ją lubię, tak w tym żelu była ona dość upierdliwa. Żel wprawdzie spełniał swoje zadanie, ale nie wróciłabym do niego nawet, gdyby był jeszcze dostępny.

Następca: żel pod prysznic melon & arbuz Tutti Frutti od Farmony.


13. Maska do włosów mleczna z elastyną; Bingo Spa (500g, ok.10-12zł).
Ten produkt podebrała mi mama, której skończyła się odżywka, więc tak naprawdę zdążyłam użyć jej dosłownie kilkukrotnie na początku oraz kilka razy pod koniec opakowania. Wrażenia po tych użyciach miałam naprawdę bardzo dobre, choć to trochę za mało, żeby zrecenzować ten produkt. Za to moja mama jest w tej masce zakochana! Już mamy kolejne opakowanie.

Następca: dokładnie ten sam produkt :)


14. Grapefruitowy scrub do stóp; Oriflame (75ml, ok.10zł?).
Przez lata nazbierałam mnóstwo tego typu produktów z Oriflame i chyba żaden nie spełniał moich oczekiwań w momencie, gdy moje stopy były w gorszym stanie. A złuszczyć stopy, które mają 3 suche skórki na krzyż, to żadna sztuka. Nigdy więcej.

Następca: kolejna ofiara zapasów - również peeling do stóp z Oriflame...

15. Serum do twarzy przywracające równowagę, Swedish Spa; Oriflame (50ml; 20-30zł).
A to dla odmiany produkt, który bardzo lubię i jest to moje drugie lub trzecie opakowanie. Stosowałam je zawsze, gdy moja cera wymagała dodatkowego nawilżenia, jak i wtedy kiedy była podrażniona np. po bliskim spotkaniu z zarostem mojego ukochanego... ;) Produkt za każdym razem dawał jej odczuwalne ukojenie, jednocześnie nie powodując ściągnięcia skóry. Chętnie jeszcze do niego wrócę.

Następca: na razie brak.


Baza pod cienie; Kobo (6g, ok.16zł).
To niestety wyrzutek tego miesiąca. Wprawdzie zostało mi jeszcze całkiem sporo produktu, niestety ze względu na wadliwe opakowanie zakrętka od początku sprawiała problemy w dokręceniu, a później po prostu przestała zakręcać się jakkolwiek. Dzięki temu powietrze miało swobodny dostęp do kosmetyku, a ten po prostu zgluciał i nijak nie da się go już zaaplikować na powieki bez rozcierania ich na pół twarzy... Do tego przy aplikacji pojawiały się trudne do rozsmarowania grudki. Chętnie kupiłabym ją ponownie, ale na razie trochę się zraziłam. Myślę jednak, że ta baza zasługuje na pełną recenzję, bo mimo wszystko to był naprawdę dobry produkt.

Następca: baza pod cienie Dax Cashmere.


No i bonusowo saszetka peelingu do stóp, otrzymanego od Agaty wraz z lakierami. Muszę przyznać, że produkt mnie zaciekawił i zastanowię się nad kupnem pełnowymiarowego opakowania, ponieważ naprawdę czułam różnicę po jego zastosowaniu.

No i to by było na tyle, jeśli chodzi o lipcowe zużycia. Dużo? Mało? A Wam jak poszło dziewczyny?
K.


Czytaj dalej

piątek, 13 lipca 2012

Vichy Normaderm - żel oczyszczający

Dzisiaj post o jednym z produktów, który jako jeden z nielicznych moich kosmetyków, wyjątkowo sprawia, że naprawdę nie wiem jak go ocenić. Z jednej strony wkurza mnie, jak mało co, a z drugiej trudno mi zarzucić mu brak działania... Tym razem mowa o dość popularnym żelu oczyszczającym Normaderm od Vichy.

Jak widać będę oceniać dość sporą, bo zawierającą aż 100ml, miniaturkę tego produktu, otrzymaną jako prezent do prezentu... ;)


Zacznę od tego, że, jak już wielokrotnie wspominałam, jestem posiadaczką cery mieszanej w kierunku tłustej. Mam tendencję do wizyt nieprzyjaciół w strefie T, za to naprawdę niewiele jest produktów, które sprawiłyby, że moja cera byłaby ściągnięta lub przesuszona. Myślę, że jest to wyjątkowo istotny fakt dla zrozumienia moich odczuć względem tego produktu.

Słowo od producenta:



DZIAŁANIE: Z jednej strony nie sposób zaprzeczyć, że produkt działa - naprawdę intensywnie oczyszcza skórę, ale nie tylko z resztek makijażu lub codziennych zanieczyszczeń. Produkt oczyszcza skórę tak głęboko, że w pierwszych dniach stosowania występuje dość intensywny nalot wroga (czyt. wysyp pryszczy). Być może samo to nie zniechęciłoby mnie do jego stosowania, jednak najbardziej irytującym był dla mnie fakt, że od kiedy zaczęłam go stosować, to moje policzki bardzo mocno zaczęły się przesuszać, a dotychczas używane kremy okazały się zbyt mało nawilżające w stosunku do "niszczycielskiej" siły tego żelu... Przesuszał mnie na tyle, że nie byłam w stanie używać tego żelu dwa razy dziennie, tak jak mam to w zwyczaju z każdym innym. Ponadto, jak zapewne pamiętacie, w tygodniu krążę pomiędzy rodzinnym domem, a mieszkaniem mojego M. - w związku z czym wiąże się to ze zmianą stosowanych produktów (po 1. wożenie ze sobą  wszystkich produktów do pielęgnacji jest zbyt upierdliwe, a po 2. używanie w dwóch miejscach tych samych zestawów kosmetyków jest zwyczajnie nudne, tym bardziej, jeśli za którymś średnio przepadam, bo wtedy męczę się z nim dwa razy dłużej... ;)). Wyobraźcie sobie moje zdziwienie, kiedy po kilku dniach stosowania Normaderm moja cera była w jako tako lepszym stanie, pojechałam wtedy na kolejne kilka dni do chłopaka, natomiast po powrocie do domu znowu zaczęłam używać Vichy, a ten dziad znowu mnie wysypał. I tak działo się właściwie po każdej kilkudniowej przerwie w jego stosowaniu. Ja dziękuję za regularny wysyp!

EDIT: Zapomniałam dodać, że ten żel, jako jedyny właściwie zawsze powoduje u mnie ściągnięcie, podczas, gdy innym zdarza się to jedynie zimą...

Sęk jednak w tym, że żel stosowany regularnie ma zbawienny wpływ na już istniejących nieprzyjaciół, ponieważ dosłownie w ciągu 2-3 dni, obsusza wszystko niemal do zera - oczywiście pod warunkiem, że niczego wcześniej nie rozdrapiemy... Dlatego teraz, gdy została mi już tylko końcówka, a moja cera nagle znowu zaczęła mi płatać figle (a ja próbuję ustalić co jest tego przyczyną), zabieram go ciągle ze sobą, żeby pozbyć się tego, co już mam (właściwie włącznie z opisywanym żelem...), a przy okazji, żeby nie musieć się więcej siłować z kolejnym wysypem, za każdym razem kiedy wracam do jego używania. Natomiast na noc stosuję żel z 80% zawartością aloesu, licząc na to, że tym razem rano nie zastanę na moich policzkach pustyni...



KONSYSTENCJA: Bardzo gęsty żel, o zwartej konsystencji. Należy aplikować go na zwilżoną twarz, bo inaczej będzie się tylko mazać...

KOLOR/ZAPACH: Żel ma delikatnie zielonkawy kolor oraz trudny do określenia, dość przyjemny, ale dziwny zapach.

OPAKOWANIE: Moje opakowanie, to miniaturowa miękka tuba o zawartości 100ml, zamykana na klapkę. Pełnowymiarowe wersje żelu - 200 i 400 ml - zawarte są w dużej butli z pompką.


WYDAJNOŚĆ: Wydaje mi się, że mimo gęstej konsystencji żel jest bardzo wydajny, ponieważ naprawdę niewielka ilość wystarczy, żeby porządnie umyć twarz, uzyskując przy tym spore ilości piany (SLES).

CENA/DOSTĘPNOŚĆ: wg KWC żel kosztuje ok.35zł/200ml, jednak często widuję go w promocji w Super-Pharm za ok.20zł; dostępny prawdopodobnie w każdej aptece;

CZY KUPIĘ PONOWNIE: I tu mam naprawdę ogromną zagwozdkę, bo z jednej strony ten produkt irytuje mnie tak wieloma rzeczami, że powinno to przesłonić jakiekolwiek jego plusy, a z drugiej strony naprawdę mało który produkt tak szybko i skutecznie rozprawia się z nieprzyjaciółmi na mojej twarzy... Kilka naprawdę paskudnych i bolących krostek jest już niemal całkiem wysuszone zaledwie po 3-4 dniach codziennego używania tego produktu. Dlatego myślę sobie, że być może skuszę się jeszcze kiedyś na niego, ale prawdopodobnie tylko wtedy, kiedy nie będę tak często zmieniać miejsca mojego noclegu... ;)

Podsumowanie:
+ szybko i skutecznie wysusza nieprzyjaciół;
+ przyjemny zapach;
+ wysoka wydajność;
- wysusza skórę;
- powoduje wysyp nieprzyjaciół po każdej kilkudniowe przerwie w stosowaniu

SKŁAD:
Aqua, Sodium Laureth Sulfate, Peg-200, Hydrogenated Glyceryl Palmate, Decyl Glucoside, Glycerin, Peg-120 Methyl Glucose Dioleate, Peg-7 Gliceryl Cocoate, Ci 19140, Ci 42053, Totarol, Triethanolamine, Salicylic Acid, Sodium Citrate, Dipotassium Glycyrrhizate, Capryloyl Salicylic Acid, Eperua Falcata, Dextrin, Parfum

Sama nie wiem co sądzić o tym produkcie, bo nie mogę jednoznacznie stwierdzić, że jest zły, ponieważ z pewnością działa, tylko czy to działanie warte jest tylu "skutków ubocznych"? Miałyście ten żel? Czy również miałyście z nim takie przejścia?
K.
Czytaj dalej

środa, 14 grudnia 2011

Mikołajkowo-urodzinowe chwalipięctwo :)

Mikołajki już za nami, a na Waszych blogach pojawiały się często posty, w których pokazywałyście Wasze prezenty. Nie wiem, czy to przypadek, ale zauważyłam, że sporo z Was miało też w ostatnim czasie urodziny, więc prezentów było dwa razy więcej (co każda z nas uwielbia! :D). Ponieważ ja również mam urodziny w okolicach Mikołajek, to i do mnie zawitało kilka uroczych paczuszek z prezentami... Chwaliłyście się Wy, to pochwalę się i ja! ;)

Wszystkich cudowności pokazywać Wam nie będę, ponieważ chciałabym pozostać jak najbardziej w tematyce kosmetycznej, dlatego pierwszą paczuszką, którą się pochwalę będzie ta oto torebeczka... 


Torebeczka zawierała prezent od mamy mojego mężczyzny i muszę przyznać, że bardzo trafiła w moje upodobania i kosmetyczne zainteresowania! Oto co zawierała torebeczka...

Lotion Vichy.
Po pierwsze NUTRIextra mleczko - pielęgnacja odżywczo-regenerująca, 2-dniowy komfort skóry z Vichy - ufff! Co za długaśna nazwa! :D Uwielbiam wszelkiego rodzaju balsamy do ciała, mleczka, masła, więc to jest naprawdę trafiony prezent. W dodatku dzięki temu mam możliwość przetestować kosmetyki apteczne, a z Vichy nie miałam zbyt wiele wspólnego w życiu ;) Butla mleczka ma wygodną pompkę, więc sądzę, że dozowanie balsamu będzie dzięki temu mocno ułatwione. W dodatku warto wspomnieć, że ta niepozorna buteleczka ze zdjęcia zawiera aż 400 ml produktu! Bardzo się cieszę! :) Jak tylko wykończę mangowe masełko do ciała z Biedronki, to natychmiast zabiorę się za to mleczko!

Próbki La Roche-Posay i Vichy.
Ponadto paczuszka zawierała aż 3 próbki różnych produktów La Roche-Posay oraz miniaturkę (ta - niezła miniaturka - aż 100 ml! :D) oczyszczającego żelu do twarzy Vichy Normaderm. Obecnie mam kilka pootwieranych produktów do oczyszczania twarzy, więc nie chcę otwierać nowego, ale niech ja tylko wykończę chociaż jeden z tych otwartych... ;)

Próbki La Roche-Posay.
Bardzo mocno ucieszyły mnie próbeczki z La Roche-Posay, ponieważ dostałam 5ml tubkę Effaclar K, obok którego krążyłam kilkukrotnie przy okazji promocji w Super-Pharm, więc z największą przyjemnością go wypróbuję. Opis na opakowaniu dosyć enigmatycznie określa ten produkt jako odnawiający krem do skóry tłustej przeciw nawrotom. W każdym razie ja z nieprzyjaciółmi miewam różne przygody i najczęściej czepiają się mojej brody, więc zamierzam ich potraktować właśnie Effaclar'em. Jeśli któraś z Was stosowała Effaclar K lub Effaclar Duo, to bardzo chętnie poczytam Wasze opinie na ich temat!

Drugą z próbek jest 15ml tubka Hydreane Legere, czyli krem nawilżający do skóry wrażliwej dla skóry normalnej i mieszanej. Nawilżacze zawsze są potrzebne, więc i ten na pewno znajdzie miejsce w mojej kosmetyczce! Dodatkowo uważam, że może być dobrą równowagą dla wspomnianego Effaclar'u. Zobaczymy co z tego duetu wyjdzie! :)

Próbka balsamu LIPIKAR.
Ostatnią z próbek jest saszetka natłuszczającego balsamu do ciała LIPIKAR, również z La Roche-Posay. Taką próbką może nie wysmaruję całego ciała, ale myślę, że przyda się do natłuszczenia i nawilżenia ewentualnych przesuszonych miejsc na skórze... Co mnie mocno rozśmieszyło, to to, że ta saszetka zawiera o 2 ml więcej produktu niż wyżej opisywana tubka Effaclar K ;)

Zawartość paczuszki bardzo mocno przypadła mi do gustu i przystąpię do testów, jak tylko zużyję część z otwartych kosmetyków, tak żeby bez wyrzutów sumienia otworzyć te cudeńka! :)

Ponadto są jeszcze trzy "drobiazgi", którymi chciałabym Wam się pochwalić. Po pierwsze - kosmetycznie - od mojej przyjaciółki, Doroty, dostałam na urodziny wymarzony pędzel do podkładu! Tym bardziej wymarzony, bo po pierwsze skunks, a po drugie z Maestro! Pędzel pochodzi ze Złotej Kolekcji i nosi nazwę Foundation. Kusi mnie jednak, żeby wypróbować go do różu Pixie Pink ze Sleeka, który jest dosyć mocno napigmentowany i, mimo, że zwykłym pędzlem do różu bez większych problemów sobie radzę, to jednak ciekawi mnie efekt skunksa ;)

W planach mam jeszcze zakup Maestro 143, również do podkładu. Uwielbiam pędzle z tej firmy - mam głównie kilka sztuk pędzli do malowania oczu, ale stopniowo zamierzam uzupełniać kolekcję o pędzle do twarzy.

Oto i on:
Maestro - Złota Kolekcja - foundation













No i jeszcze dwa niekosmetyczne prezenty od mojego Ukochanego...

Mój ogrzewacz :)
Po pierwsze... TERMOFOR! :) Cudowny, przesłodki, ubrany w śliczny sweterek, cieplutki termofor! Już go testowałam! Dogrzewałam nim zmarznięte ręce po tym, jak w moim pokoju nie wiedzieć czemu zrobiło się lodowato... Jak się później okazało - po przedświątecznym myciu okien, jakimś cudem jedno z nich było niedomknięte i po prostu wiało mi do pokoju... Taki szczegół, a taki upierdliwy! ;)

Charmsy - YES.
No i last but not least - kolejna zawieszka do mojej charmsowej bransoletki z YES. Wybór mojego Ukochanego padł na londyńskiego Big Bena. Lepszego wyboru dokonać nie mógł, bo Londyn wielbię szczerze całym swoim sercem i mam do tego miasta przeogromny sentyment! Dlatego sprawia mi ogromną radość obserwowanie Big Bena na moim nadgarstku! :)

A wy dałyście się przekonać do biżuteryjnego zbieractwa? Kolekcjonujecie charmsy albo pandorkowe kuleczki? Mi marzy się piękna Pandorka, ale to dopiero, jak uzupełnię moją charmsową bransoletkę o kilka kolejnych zawieszek - myślę, że najładniej będzie wyglądać maksymalnie z pięcioma zawieszkami, tak, żeby nie było naćkane ;)

K.
Czytaj dalej
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Blog template designed by SandDBlast