Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Celia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Celia. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 15 stycznia 2013

Ulubieńcy roku 2012 - kolorówka

Cześć Dziewczyny!

Obiecałam mojej Stefi, że przygotuję dla niej post z ulubieńcami roku, więc dziś wywiązuję się z tej obietnicy. Mam nadzieję, że moi faworyci zainteresują nie tylko jedną wierną czytelniczkę, ale że każda z Was również znajdzie tu coś ciekawego dla siebie! :)

Dzisiaj prezentuję kosmetyki kolorowe, po które najczęściej i najchętniej sięgałam w ciągu ubiegłego roku. Postaram się jeszcze przygotować ulubieńców z zakresu pielęgnacji, jednak muszę się porządnie zastanowić nad tym, jakie kosmetyki wyróżnić, ponieważ jest to dla mnie nieco większe wyzwanie, niż wyróżnianie kolorówki.

Myślę, że dość tych wstępów, przejdźmy do omówienia ulubieńców w poszczególnych kategoriach! :)

PODKŁADY


Lily Lolo w kolorze Warm Peach
Z pewnością zdążyłyście się już zorientować, że ten produkt, to moje odkrycie roku! Dzięki Agu, wpadłam po uszy! Okazało się, że podkład mineralny od Lily Lolo, jako jedyny potrafi tak długo utrzymywać mat na mojej problematycznej sferze T i to nawet bez dodatku pudru! Początkowo zupełnie nie byłam przekonana do formy podkładu w proszku, ale zwyciężyła ciekawość i zdecydowanie było warto! Z pędzlem Hakuro H50 ten podkład czyni cuda, nie tylko matowi cerę, ale również pięknie wyrównuje jej koloryt, sprawiając, że wygląda zdrowo. Nigdy nie sądziłam, że tak żółty podkład tak świetnie sprawdzi się na mojej skórze! :)

Bourjois Healthy Mix w kolorze 51 Light Vanilla
To kolejny hit blogosfery, który sprawdził się również na mojej twarzy. Wprawdzie krycie ma średnie w kierunku lekkiego, ale wszystko to, czego nie ukryje i tak przykrywam korektorem, więc zupełnie mi to nie przeszkadza. Po ten podkład sięgam, jeśli mam ochotę na coś lekkiego, co wyrówna koloryt skóry, ale nie zmatowi jej na amen. Healthy Mix sam z siebie zastyga odrobinę na błyszcząco, więc na stefę T używam i tak pudru, ale podoba mi się ten wilgotny efekt, który zostaje na policzkach. Nie zauważyłam, żeby ten podkład ciemniał mi na twarzy. Utrzymuje się stosunkowo długo, a schodząc nie robi plam na twarzy.

Under 20 - fluid matujący Anti Acne
Na ten podkład z pewnością zupełnie nie zwróciłabym uwagi, gdyby nie to, że dostałam go na czerwcowym spotkaniu blogerek. Okazało się, że Under 20 świetnie radzi sobie z matowieniem mojej cery, ładnie ją wygładza i wyrównuje. Do tego całkiem przyzwoicie kryje, a korektor ma naprawdę niewiele do roboty. Do tego przepięknie pachnie grejpfrutami! :)

***
BRONZER, ROZŚWIETLACZ, PUDER


Oriflame Beauty, Terracota Powder
Ten produkt mam już co najmniej dwa lata i mimo, że nie jest to najbardziej napigmentowany, czy najbardziej trwały produkt na świecie, to jednak lubię go i sięgam zawsze wtedy, kiedy mam ochotę nieco wykonturować buzię. Jest bardzo delikatny, właściwie na twarzy ledwo widoczny, ale zdecydowanie widzę różnicę między tym, kiedy mam go na twarzy, a kiedy pomijam jego użycie. Nie sposób zrobić sobie nim krzywdę, a jego obsługa przy użyciu grubaska z EcoTools jest bajecznie łatwa. Świetnie się u mnie sprawdza również w chłodniejsze miesiące, kiedy jestem blada i boję się sięgać po mocniej napigmentowany Bahama Mama z TheBalm.

TheBalm - rozświetlacz Mary-Lou Manizer
Uwielbiam ten kosmetyk za wszystko - począwszy od designu, przez kolor, aż po efekt, jaki daje na twarzy. Jest to jeden z nielicznych znanych mi rozświetlaczy, który zawiera w sobie tak drobniutko zmielone błyskotki, które nie są widoczne na twarzy każda z osobna, ale tworzą piękną satynową poświatę. Ma piękny, neutralny beżowy kolor, więc powinien pasować większości kobiet! Ponadto genialnie sprawdza się nie tylko na policzkach, ale również i na ciele!

Synergen - puder antybakteryjny w kolorze 03
Prawdziwie tanie rozwiązanie! Żaden z dotychczas stosowanych przeze mnie pudrów nie dawał tak długotrwałych efektów, jeśli chodzi o tak bardzo pożądany przeze mnie mat. Zdecydowany must have, w przypadku, gdy używam podkładów płynnych i niezbędnik z kosmetyczce do szybkich poprawek! 



***
RÓŻE


Alverde w kolorze 04 Soft Rose
To mój absolutny hit w kategorii róży! Jak widać powyżej mam dość liczną grupę ulubieńców, która stanowi tylko część mojej różowej kolekcji, ale ten zdominował je wszystkie! Dostałam go od Sylwii, która chyba nawet nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo trafiła z tym wyborem. W tym odcieniu moja twarz wygląda bardzo zdrowo i świeżo. Nie ma szans, żeby przedobrzyć przy jego aplikacji i to pomimo tego, że jest naprawdę przyzwoicie napigmentowany. Ponadto jest to róż, który utrzymuje się na mojej twarzy naprawdę cały dzień!

The Balm, Down Boy
Zanim dostałam róż z Alverde, ten róż był moim numerem 1. Nadal bardzo go lubię i świetnie się w nim czuję. Mam względem niego bardzo pozytywne odczucia i wiele cech tego produktu, pokrywa się z zaletami różu z Alverde, tyle, że mam wrażenie, że ten jest odrobinę mniej trwały. Oba te kolory na pierwszy rzut oka wydają się być do siebie zbliżone, oba to chłodne róże, jednak Down Boy jest po prostu różowy, natomiast Alverde ma w sobie odrobinę fioletowawego podbicia, przez co różnica między tymi produktami jest jednak widoczna.

The Balm, Hot Mama
Ten róż, to wakacyjny faworyt. Pięknie podkreśla lekko opaloną buzię i nie potrzebuje towarzystwa rozświetlacza, bo sam w sobie ma mnóstwo pięknych drobinek. Dobrze się utrzymuje na twarzy i świetnie się na niej układa w letnie miesiące. Ten kolor jest zdecydowanie cieplejszy, niż pozostałe róże, po które zwykłam sięgać, przez co jest na swój sposób wyjątkowo w mojej kolekcji. Jest zbliżony do Rose Gold ze Sleeka, jednak Sleek wydaje mi się być jeszcze cieplejszy i bardziej drobinkowy.

Lily Lolo w kolorze Ooh La La
To już chyba kultowy kolor wśród fanek minerałów! To kolejny produkt Lily Lolo, na który skusiła mnie Agu i kolejny, którego zakupu absolutnie nie żałuję. Ma delikatnie satynowe wykończenie i stosunkowo neutralny różowo-koralowy kolor, który powinien pasować większości kobiet. Jest niemal równie trwały, jak róż z Alverde, trzyma się naprawdę cały dzień, prawie nie blaknąc. Ponadto jest diabelnie wydajny! Wystarczy dosłownie kilka "kropeczek" proszku, żeby umalować oba policzki! :)

Essence - Marble Mania
Ten róż z wiosennej limitowanki Essence z miejsca stał się moim ulubieńcem! Mam go u mamy i używam go za każdym razem, kiedy u niej jestem. Bardzo dobrze się czuję w tym różowo-koralowym odcieniu i używam go przez cały rok, bez względu na porę roku, pogodę i samopoczucie. Zawsze wygląda dobrze i bardzo przyzwoicie się trzyma.



***
CIENIE


Inglot
To jeden z lepszych cieniowych zakupów ubiegłego roku! Bardzo chętnie sięgam po tę paletkę i jestem zadowolona z jej jakości. Cienie na bazie wytrzymują nawet do 18h! Coś pięknego! :) Wszystkie cienie prezentowałam bliżej w TYM poście.

Paleta Sleek Oh So Special
Ta paletka to niezmiennie mój ulubiony Sleek. Przez pierwszą połowę roku korzystałam przede wszystkim z tej paletki, później swoją uwagę podzieliłam między Sleeka a Inglota. Teraz znowu do niej wracam! Jestem zadowolona zarówno z jakości, pigmentacji, jak i kolorystyki tych cieni. To dla mnie najpiękniejsza paleta w kolekcji. Możecie przyjrzeć się jej TUTAJ.

Catrice - Hollywood's Boulevard
Ta mała czwórka, to zdecydowana faworytka końcówki roku! To moje najlepsze cienie do makijażu na szybko. Jestem w stanie wykonać pełny makijaż tylko dwoma cieniami i zawsze jestem zadowolona z efektu! I pomyśleć, że ta paletka to efekt przypadku, nigdy bym jej nie odkryła, gdyby nie wygrana u xkeylimex! :) Szybkie swatche pokazywałam TU.

***
KREDKA I TUSZE


Oriflame Smooth Definer w kolorze brązowym
Kiedyś nie wyobrażałam sobie makijażu bez czarnej kredki na całej dolnej powiece, teraz nie tylko obraziłam się na czerń, ale również nie zamalowuję kredką całej powieki. Brązowa kredka, włożona w zewnętrzny dolny kącik na linię wodną, pięknie zagęszcza rzęsy i jednocześnie wygląda bardzo naturalnie, dlatego sięgałam po nią niemal zawsze, kiedy zależało mi na podkreślonym spojrzeniu. O dziwo, dopiero ostatnio trafiła do moich ulubieńców miesiąca, a to tak naprawdę moja cicha bohaterka 2012 roku :)

Max Factor False Lash Effect Fusion
To jedna z moich ulubionych maskar! Zużywam już drugie opakowanie i bardzo lubię efekt, jaki daje na moich rzęsach. Jednocześnie muszę przyznać, że nie jest to tusz, który poradziłby sobie z mocnym podkreśleniem rzęs przy makijażu wieczorowym, ale na co dzień, jest świetny, ponieważ daje bardzo naturalny efekt. Rzęsy są wydłużone, przyciemnione, ale nie wyglądają sztucznie (choć tak obiecywał producent). Lubię w nim również to, że trzyma się na rzęsach cały dzień, nie kruszy się i trwa niemal nienaruszony aż do demakijażu.

Maybelline One by One
Kolejny tusz, który tylko potwierdza to, że dla moich rzęs, jedynymi słusznymi szczoteczkami są te silikonowe/plastikowe. Uwielbiam to, jak podkreśla moje rzęsy. Efekt jest nieco mocniejszy, niż w przypadku Max Factora, więc sprawdza się lepiej, kiedy chcę bardziej przyciemnić makijaż oka. Dokładna recenzja pojawiła się TUTAJ.

***
POMADKI


Pomadko-błyszczyki Celia Nude w kolorach 601, 602 i 603.
To niekwestionowane faworytki tego roku! To szminki, które pięknie podkreślają naturalny kolor ust, a jednocześnie świetnie je nawilżają i nie podkreślają suchych skórek. Gdyby tylko nie były tak wrażliwe na upały, byłyby idealne!

Catrice Ultimate Colour Pinkadilly Circus
Moja ukochana malinowa szminka, po którą sięgałam stosunkowo często w drugiej połowie roku. Bardzo dobrze czuję się w większości różowych pomadek, ale ta zdecydowanie prowadzi. Dobrze wygląda na ustach, nie podkreśla zbytnio suchych skórek i nadaje im piękny, intensywny kolor, jednocześnie nie wyglądając wyzywająco.

L'Oreal Rouge Caresse 101 Tempting Lilac
Kolejna faworytka z końcówki roku. Wprawdzie kupiłam ją pod koniec listopada, ale przez cały grudzień była produktem, po który sięgałam najczęściej! Prawdopodobnie tak często, jak po pomadkę ochronną! Świetny, naturalny kolor, konsystencja, która nie wysusza ust i piękne opakowanie. Wszystko to sprawia, że ta pomadka została stałym bywalcem mojej kosmetyczki! :)

Manhattan Soft Matt Lip Cream w kolorach 56K i 54L
Tych pomadek używałam dla odmiany w pierwszej połowie roku. Uwielbiam je za piękne, żywe kolory i za niesamowitą trwałość! Gdyby jeszcze tylko nie podsuszały ust, sięgałabym po nie dużo częściej! Te dwa kolory, to zdecydowanie moje ulubione odcienie różu, więc sięgam po nie bez większych oporów. Bliżej prezentowałam je TUTAJ.


***
LAKIERY


Nie da się ukryć, że moja paznokcie skutecznie zawojowały produkty marki Essie! Byłam (i nadal jestem) szalenie zadowolona z działania wysuszacza Good To Go, który rozwiązał wszystkie moje problemy z wiecznie niezaschniętym lakierem. Bardzo chętnie sięgałam też po odżywkę Nourish Me, która swego czasu odratowała moje paznokcie z naprawdę fatalnej kondycji. Mam wrażenie, że teraz moje paznokcie już się do niej trochę przyzwyczaiły, ale nadal sprawuje się u mnie lepiej, niż chociażby Nail Tek II.

Jeśli mam wskazać moje ulubione lakiery, po które najczęściej sięgałam w 2012 roku, to bez najmniejszych wątpliwości są to Virgin Orchid (KLIK), Splash of Grenadine (KLIK) oraz Mint Candy Apple (KLIK). Do tych lakierów wracałam najczęściej i właśnie po nich widać największe zużycie ;)

***
PRODUKTY UZUPEŁNIAJĄCE


Nivea Vitamin Shake
Ta pomadka, to produkt po, który sięgałam zawsze wtedy, kiedy nie wiedziałam czym pomalować usta. Nie lubię błyszczyków, a ta pomadka świetnie mi je zastępuje, ponieważ pięknie nabłyszcza usta i bardzo dobrze je pielęgnuje.

Oriflame Beauty, trio korektorów
Swego czasu bardzo lubiłam beżowy korektor z tego trio, ale teraz znalazłam mu godnego następcę, który wygląda nieco bardziej naturalnie i przede wszystkim jest trwalszy. Ostatnio za to polubiłam żółty korektor pod oczy, który fantastycznie tuszuje niewyspanie, ukrywa cienie i rozjaśnia okolice oka. Natomiast zielony korektor dobrze sprawdza się do ukrywania zaczerwienień - nie tylko czerwonych latarenek w postaci nieprzyjaciół, ale również zaczerwienionych policzków (oczywiście pod podkładem!).

Dax Cashmere - baza pod cienie
To ostatnio moja ulubiona baza pod cienie! Bardzo dobrze utrzymuje wszystkie cienie, które mam w kolekcji, ale najlepiej sprawdza się z Inglotami. To właśnie ten duet wytrwał na moich powiekach aż do 18h! Od bazy oczekuję przede wszystkim wydłużenia trwałości cieni i delikatnego podbicia koloru i to właśnie daje mi Cashmere. Więcej nie potrzebuję! :)

Oriflame Beauty, paletka do brwi
W lato (w te gorące dni) zupełnie olewałam sprawę podkreślania brwi, ale jak tylko robi się chłodniej, to czuję, że jest to niezbędny składnik mojego makijażu. Na początku oswajałam się z podkreślaniem brwi, używając jaśniejszego cienia, ale teraz już bez wahania sięgam po ten ciemniejszy. Widzę dużą różnicę, jaką robi podkreślenie brwi i myślę, że już na dobre przekonałam się do tego elementu makijażu.


No cóż, to chyba już wszystkie produkty kolorowe, po które najchętniej sięgałam w 2012 roku! Trochę się tego nazbierało, ale myślę, że każdy z nich zasługuje na uwagę. Mało tego, dopiero teraz uświadomiłam sobie jak dużo mam Wam jeszcze do opisania i pokazania! Ścigajcie mnie dziewczyny o recenzje - macie moje pełne przyzwolenie na motywacyjnego kopniaka w tyłek :D

A jak tam Wasze podsumowania? Czy przygotowałyście takie zestawienie na swoich blogach? Jeśli tak, to podajcie linki, chętnie poczytam! A jeśli nie lub nie prowadzicie swoich blogów, to zachęcam Was do podzielenia się Waszymi faworytami w komentarzach! :)
K.

Czytaj dalej

wtorek, 8 stycznia 2013

Ulubieńcy grudnia

Były denka, były zdobycze, więc najwyższy czas na (mrocznych) ulubieńców grudnia. Zdjęcia jakie są, takie są - spaliła mi się jedna żarówka z tych niby dziennych, więc znowu jestem zdana na zimne i marne światło dzienne, a tego nie będę miała okazji uchwycić do soboty, więc musicie przeboleć mroczny i chłodny klimat dzisiejszych ulubieńców ;)))


W grudniu niewiele się zmieniło, jeśli chodzi o moje ulubione produkty. Znajdziecie tu kilka dobrze Wam znanych produktów oraz kilka nowości. Generalnie znowu wyróżniam przede wszystkim kolorówkę, ale znalazły się również dwa hity pielęgnacyjne. Zapraszam! :)


Oczywiście po raz kolejny w ulubieńcach ląduje pomadko-błyszczyk z Celii z serii Nude. Tym razem najchętniej sięgałam po kolor 603, ale każdy z tych, które posiadam są świetne. Ten po prostu wpadł do kosmetyczki podręcznej i już tam został ;) Aplikacja tej pomadki to dla mnie prawdziwa przyjemność i nawet moje wysuszone i popękane podczas choroby usta nie odczuwają żadnego dyskomfortu, związanego z jej noszeniem. Gdyby jeszcze była odrobinkę bardziej trwała, byłaby ideałem! :)

Zorientowałam się, że nigdy dotąd nie wspominałam Wam jeszcze o mojej ulubionej brązowej kredce z Oriflame. Biedna, nigdy jeszcze nie trafiła do ulubieńców, a jest właściwie jedynym kosmetykiem, który jest zameldowany na stałe w mojej kosmetyczce! Bardzo rzadko z niej rezygnuję, bo lubię użyć jej choć odrobinę, żeby zagęścić rzęsy z zewnętrznych kącikach oczu, zwłaszcza tych dolnych! Nie jest to może kredka marzeń, czasem się coś się zmaże, czasem coś rozetrze, ale i tak ją lubię, bo po całym dniu nadal mam jej całkiem sporo na linii wodnej. Kredka jest ciemnobrązowa, brak jej rudości, momentami wygląda nawet jak czarna, ale jest od niej dużo bardziej naturalna, jeśli chodzi o efekt :)

Najbardziej świąteczny lakier na świecie, to dla mnie w tym roku The Spy Who Loved Me od OPI (swatche TUTAJ). Jest to przecudowny czerwony lakier z drobinkami, którego urody nie uraczycie na powyższym zdjęciu, dlatego odsyłam Was do posta z recenzją KLIK. 



A to chyba żadna niespodzianka, co? Paletka cieni Catrice - Hollywood Boulevard i podkład mineralny Lily Lolo w kolorze Warm Peach, ponownie były tymi produktami, które towarzyszyły mi przez większą część miesiąca. Spokojnie mogę napisać, że spędziłam z nimi jakieś 90% grudniowych dni ;)


Po raz enty w moich ulubieńcach znalazł się róż z Alverde w kolorze 04 Soft Rose. Uwielbiam go za wszystko! Za naturalny, świeży efekt, za trwałość i za łatwość w obsłudze. Skutecznie zdetronizował moje ukochane róże z TheBalm ;)

W grudniu miałam ochotę na nieco blasku, dlatego z ciekawością sięgnęłam po rozświetlacz, który udało mi się wygrać jakiś czas temu u Frambuesy. Okazuje się, że rozświetlacz z limitowanej edycji Essence Wild Craft daje na twarzy naprawdę piękny efeky i to nawet pomimo dość widocznych drobinek. Bardzo się z nim polubiłam i chętnie sięgam po niego nawet na co dzień :)


No i ulubieńcy pielęgnacyjni - po pierwsze krem intensywanie nawilżający z Oeaparol, który pomógł mi uratować twarz przed wysuszeniem na rodzynka ;) Jak tylko się rozchorowałam, moja skóra natychmiastowo zareagowała na to ogromnym przesuszeniem, w związku z czym, jak tylko trochę poradziłam sobie z gorączką, rzuciłam się do kuferka z zapasami w poszukiwaniu jakiegoś porządnego nawilżacza. Oeparol okazał się być strzałem w dziesiątkę!

Maska Catastrophe Cosmetic - mój absolutny hit! Jeszcze nigdy nie miałam maski, która tak świetnie i widocznie działałaby na moją twarz. Jestem absolutnie oczarowana! Ponieważ powoli wykańczam słoiczek, spodziewajcie się wkrótce pełnej recenzji! :)

A jak tam u Was w grudniu z ulubieńcami? Czy stawiałyście na sprawdzone produkty, czy może trafiłyście na produkt, który szturmem podbił Wasze serca? :))
K.

Czytaj dalej

czwartek, 13 grudnia 2012

Listopadowe zdobycze

Tak, tak - zdaje sobie sprawę z tego, że mamy już prawie połowę grudnia, ale cóż poradzę na to, że nadal jeszcze nie zebrałam się z podsumowaniem zdobyczy z ubiegłego miesiąca? Udało mi się dorobić fotki niektórych produktów, które pojawiły się u mnie później, ale niestety nie są one pierwszej jakości ze względu na wybitnie nieodpowiednią porę i niesprzyjające sztuczne światło. Musicie mi to wybaczyć. Robię co mogę, ale ostatnio zupełnie nie mam okazji zapolować na dzienne światło, a przecież blog kosmetyczny bez zdjęć mija się z celem! Mam nadzieję, że uda mi się narobić zdjęć na zapas bliżej świąt, a poza tym światło światłem, ale powoli przymierzam się też do kupna nowego aparatu :)

No ale pomińmy zbędne wstępy i przejdźmy do oglądania! W listopadzie - przede wszystkim ze względu na spotkanie warszawskich blogerek - przybyło mi całe mnóstwo kosmetyków. Wraz z moimi zakupami, wygranymi i kosmetykami, pochodzącymi ze współprac nagromadziłam tak dużo kosmetyków, że moje ostatnie denka, to przy tym pikuś. Na szczęście w grudniu staram się panować na moim głodem nowości, w czym zdecydowanie pomaga konieczność wykosztowania się na prezenty dla wcale niemałego grona najbliższych ;)


To może zacznijmy od kosmetyków, które otrzymałam podczas spotkania blogerek - wszystkie z nich są widoczne na powyższym zdjęciu. Nie robiłam im osobnych zdjęć, ponieważ bliższe prezentacje możecie zobaczyć w relacjach niektórych z dziewczyn, które były na spotkaniu, m.in. Sylwii. Na razie zdradzę tyle, że te z kosmetyków, których zaczęłam już używać, uważam za naprawdę udane. Na pewno większość z nich doczeka się swoich recenzji na blogu, więc wtedy będziecie miały okazję dokładnie się z nimi zapoznać :)


Dziewczyny, które były uczestniczkami spotkania blogerek, miały szansę na zrobienie zakupów w Bath & Body Works z 25% zniżką. Oczywiście nie mogłam sobie odmówić tej przyjemności i skusiłam się na balsam i wodę toaletową z linii Twilight Woods oraz antybakteryjne mydło w piance z linii Sweet Pea.


Na spotkaniu miałam okazję dokonać małej wymianki z Kasią z bloga KasiaTheWeak, która specjalnie dla mnie trzymała jeden z moich ukochanych mleczek do ciała - Bawełnę z Bielendy. Dzięki Kasiu! :)


Tym razem ponownie moje zakupy - kiedy przez blogi przewinął się szał na waniliowy scrub do mycia ciała z Farmony stwierdziłam, że prędzej czy później trafi w moje ręce. Podobne pragnienie wzbudziło we mnie również szarlotkowe masło do ciała i jak tylko usłyszałam, że ten kosmetyk jest dostępny w Douglasie, to czym prędzej pobiegłam tam i wsadziłam oba produkty do koszyka. I muszę przyznać jedno - zapachy są do schrupania! :)


Wydawać by się mogło, że spotkaniu mam dość kolorówki na najbliższy rok, ale oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie skorzystała z wielkiej Rossmanowskiej promocji na kolorówkę. 40% zniżki piechotą nie chodzi, więc uzupełniłam zapasy szminek o te kolory, które od dawna chodziły mi po głowie (czyli Rimmel by Kate - 10, 16 i 20), o jeden, który zupełnie mnie nie oczarował przy pierwszym kontakcie, ale udało mu się to za drugi razem (Rimmel by Kate 101) oraz o dwa, które stały się nieoczekiwanym hitem blogosfery, a których nie umiałam sobie odpuścić (L'Oreal Rouge Caresse - Tempting Lilac i Dating Coral). Do szminek dołączył również korektor True Match z L'Oreal oraz tusz Growing Lashes z Wibo. Wszystko kupione za nieporównywalnie mniejsze pieniądze, niż w regularnych cenach! Tak, to ja lubię! :)


Powyżej mała prezentacja Rimmelowskich nowych zdobyczy - od lewej Rimmel by Kate 10, 16, 20, 101 oraz 102, którą otrzymałam od Rimmel w ramach blogerskiego spotkania :)


Jak już większość z Was wie - byłabym chora, gdybym nie zniosła do domu choć jednego żelu pod prysznic. A ponieważ udało mi się skorzystać z wizażowej zniżki na te żele, przytargałam do domu dwie nowości - śliwkę z syropem klonowym oraz pomarańczę z lukrecję oraz żel, z którym miałam już kiedyś przyjemność, czyli malinę i mleczko waniliowe.


Byłabym również chora, gdybym nie przytargała do domu jakiś nowych lakierów. Tym sposobem do kolekcji dołączyły dwa nowe Essie - Bahama Mama (fiolet) i Head Mistress (wiśniowy), kolejne dwa kawowe Ingloty - 367 oraz 371 (buziaki dla Stefi :*), słynny Golden Rose Jolly Jewels 110 oraz upragniony OPIk z kolekcji Skyfall w kolorze The Spy Who Loved Me, który dostałam od Blanki na spotkaniu.


Przejdźmy teraz do współprac - tak jak spora grupa blogerek, również i ja zgodziłam się na przetestowanie kosmetyków marki Pharmetheiss Cosmetics, którą dotąd kojarzyłam z kilku reklam, miniaturki kremu w GlossyBoxie oraz ich obecności na półkach w Hebe. Niedługo zaczną pojawiać się recenzje tych produktów, z których dowiecie się więcej o tych kosmetykach oraz będziecie mogły stwierdzić, czy warto w nie zainwestować ;)

Do testów otrzymałam masło do ciała, żel pod prysznic, krem do rąk oraz krem do twarzy, który testuje moja mama z racji odpowiedniego rodzaju cery.


Przy okazji składania zamówienia w sklepie kosmetykomania, gdzie kupowałam część nagród na  konkurs urodzinowy (KLIK), otrzymałam do testów kilka różnych produktów z kolorówki. Najbardziej cieszą mnie chyba testery produktów W7 - zwłaszcza bronzera, na który od pewnego czasu miałam ochotę! :)

Do testów otrzymałam pełnowymiarowe produkty MeMeMe - szminkę w kolorze Aglaea oraz lakier w kolorze Loyal, a także testery produktów marki W7 - Honolulu, Africa i Double Act, jak również tester cieni Sleek Molten Metal.


Ponadto od Pani Magdy z Pharmaceris otrzymałam do przetestowania kolejne produkty z linii Pharmaceris T, w szczególności krem peelingujący z 10% zawartością kwasu migdałowego, na którym szczególnie mi zależało, bo z jego młodszego brata jestem bardzo zadowolona. Oprócz tego otrzymałam również płyn micelralny oraz krem kojący Octopirox.


Przechodząc płynnie do prezentów - ten ze zdjęć powyżej, otrzymałam od Asi z bloga 1001 pasji, która zaproponowała mi, że podeśle mi dwa biedronkowe masełka do ciała z serii Azja, którą uwielbiam niemal tak samo, jak serię Afryka. Jakby tego było mało, dostałam również dwie ogromne odlewki produktów Pat&Rub oraz cały woreczek próbeczek idealnie dobranych dla mojej cery! Dziękuję Ci jeszcze raz Asiu! :*


W związku z tym, że w listopadzie obchodziłam urodziny, od mojego ukochanego dostałam moje ulubione perfumy, czyli klasyczną Euphorię od Calvina Kleina. Poprzedni flakon nieubłaganie dobija dna i od dłuższego czasu starałam się go oszczędzać, teraz już nie muszę! :)


W listopadzie dopisywało mi również szczęście, jeśli chodzi o wygrane w rozdaniach - powyżej świetna nagroda, którą zdobyłam u La Frambuesa. Nigdzie nie udało mi się upolować limitowanki Wild Craft z Essence, a przynajmniej tych produktów, którymi byłam najbardziej zainteresowana, ale okazało się, że one same do mnie przyszły. Dostałam dwa lakiery - fioletowy i cielisty, dwa cienie - fioletowy <3 i oliwkowy oraz piękny rozświetlacz. W dodatku Marysia dorzuciła mi dwa cudnej urody drobiazgi w postaci brązowej kredki Avon oraz Celii Nude w kolorze 606. To już moja piąta "nudna" Celia w kolekcji! Uwielbiam te pomadki! :)


No i na koniec listopada, dokładnie w moje urodziny, dowiedziałam się, że u Kasi z bloga Kolczyki Izoldy udało mi się również wygrać cudownie pachnącą puszkę Ciastka z The Body Shop, która zawiera w sobie trzy miniaturowe oraz jeden pełnowymiarowy produkt ze świątecznej linii o zapachu imbiru. Cudowności! Już tylko czekam, żeby zabrać je na poświąteczny wyjazd! :)

Taaaak... To by było na tyle, jeśli chodzi o najciekawsze zakupy i zdobycze! Ledwo poukładałam to wszystko na półkach, w pudełkach i innych schowkach. Teraz czeka mnie masa zużywania i mam nadzieję, że grudniowa wstrzemięźliwość w zakupach kosmetycznych znacznie mi to ułatwi ;)

A jak tam Wasze zdobycze? Czy w listopadzie udało Wam się spełnić jakieś szczególne kosmetyczne zachcianki, czy raczej starałyście się robić zakupy z głową? :)
K.
Czytaj dalej

poniedziałek, 3 grudnia 2012

Ulubieńcy listopada

Witajcie Dziewczyny!

Mamy już trzeci dzień grudnia, a to najlepsza pora, żeby rozpocząć kosmetyczne podsumowania listopada. Tym razem zacznę od ulubieńców miesiąca. Następnie powinny pojawić się denka i oczywiście zdobycze. Nie wiem, czy uda mi się umieścić te posty dzień po dniu, ponieważ nie mam jeszcze wszystkich zdjęć, a ten tydzień, jak i w ogóle cały miesiąc zapowiadają się być intensywne! Już od grudnia zaczynam dodatkową pracę, a poza tym mam kilka ważnych spraw, którymi chciałabym się zająć do końca roku, więc z racji tego, że niewiele czasu mi zostało, bo jak wiadomo ostatni miesiąc w roku ucieka najszybciej, w grudniu może zdarzyć się tak, że będzie tutaj odrobinę ciszej, niż zwykle. Jak to się mówi, pożyjemy - zobaczymy! ;)

Zajmijmy się jednak tematem dzisiejszego posta, czyli ulubieńcami! Jest tu kilka powtórek, ale i kilka nowości, które w kilku słowach Wam przybliżę.


Jedynym produktem do pielęgnacji, który wyróżniłam w tym miesiącu jest bogaty balsam do dłoni z linii Home Spa Pat&Rub, którego odlewkę otrzymałam w paczuszce od kochanej Hexxany. Nie dość, że balsam pachnie rewelacyjnie, jest megawydajny, nawet jak na odlewkę (dość obfitą warto wspomnieć), to jeszcze naprawdę świetnie troszczy się o dłonie. W ciągu dnia korzystam z innych kremów do rąk, ale ten balsam na tyle zdobył sobie moje serce, że noc należy tylko do niego ;)


Jeśli chodzi o cienie, to w moje ręce najczęściej wpadały dwa sprawdzone zestawy - paletka Catrice z limitowanki Hollywood's Faboulous 40'ties i trzy cienie z mojej dziesiątki Inglota. W obu przypadkach jestem bardzo zadowolona zarówno z jakości, trwałości, jak i kolorystyki cieni i świetnie się w nich czuję. W dodatku jestem w stanie wykonać nimi naprawdę ekspresowy makijaż oka i często robię go tylko dwoma cieniami. Oj tak, w listopadzie zupełnie nie chciało mi się eksperymentować! ;)

Zbliżenie na kolory z paletki Catrice - Hollywood Boulevard.


Oraz zbliżenie na ulubioną trójkę z Inglota - szampański, perłowy beż (395P) na całą powiekę i szarość w załamaniu (502DS), to najprostsze połączenie, jakie stosowałam. W przypływie czasu, sięgałam też po fioletowo-szary perłowy cień (420P) i aplikowałam go w zewnętrznym kąciku, przy jednoczesnym zachowaniu powyższego szablonu, dotyczącego pozostałych dwóch kolorów ;)

Zbliżenie na kolory z Inglota.
Od lewej: 395P, 420P, 502DS
W listopadzie zaczęłam również częściej sięgać po szminki. Wprawdzie sięgałam również po bardziej wyraziste kolory, niż te, które pokazuję poniżej, ale do pracy te były zwyczajnie bezpieczniejsze, więc siłą rzeczy to one częściej wpadały w moje ręce. Są to (na zdjęciu od lewej) kolejno L'Oreal Rouge Caresse w odcieniu 101 Tempting Lilac (oczywiście nowość z Rossmanowskich polowań!), Catrice Ultimate Color Pinkadilly Circus (jest to piękny, ciepły, malinowy róż, który na zdjęciu jest zupełnie przekłamany i niepodobny do tego rzeczywistego), no i oczywiście moje faworytki - pomadko-błyszczyki Celia Nude w kolorach 602 i 603.


Kolejnymi ulubieńcami są już po raz kolejny róż z Alverde (04) i podkład mineralny Lily Lolo (Warm Peach), które zdecydowanie dominowały w moim listopadowym makijażu. Wprawdzie w tym miesiącu sięgałam też po dwa inne podkłady (płynne, z lenistwa ;)), ale to jednak Lily Lolo grał i myślę, że długo jeszcze będzie grać pierwsze skrzypce. A jeśli chodzi o róż, to no cóż... Alverde jest u mnie ostatnio niezastąpiony! ;)

Puder antybakteryjny Synergen (03), to mój ulubieniec od dłuższego czasu - i mimo, że akurat z LL średnio się lubi, to mocno doceniam jego działanie, kiedy sięgam po płynne podkłady. Fantastycznie utrzymuje mat na mojej skórze i robi to dużo lepiej niż masa innych pudrów, których używałam. Kolejnym hitem z niskiej półki jest też nowo zakupiony tusz Wibo Growing Lashes, który zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie. Może nie będzie to mój KWC, ale w pewnością jest to bardzo dobry tusz i chętnie zdradzam z nim ulubiony Max Factor.


Jeśli chodzi o inne przyjemności - w listopadzie chętnie upajałam się zapachem Twilight Woods z Bath & Body Works. Wiele dziewczyn już wcześniej pisało, że to ich hit zapachowy, ale ja już miałam kilku ulubieńców z innych kategorii, kiedy jednak chcąc skorzystać z 25% zniżki nie zastałam moich ulubionych zapachów w formie wody toaletowej, to stwierdziłam, że sprawdzę o co chodzi z tym Twilight. Oj dziewczyny! Chodzi! To jest tak niesamowicie ciepły, słodki, otulający, a jednocześnie nie mdlący, ani niezbyt ostry zapach, że z miejsca się w nim zakochałam i w tej chwili tylko Euphoria od Calvina Kleina skutecznie z nim konkuruje. Reszta poszła w odstawkę! :)


Z mojej strony to by było na tyle, jeśli chodzi o ulubieńców! Myślę, że najpóźniej pojutrze pojawię się u Was z wpisem denkowym, więc do zobaczenia! Do tej pory jednak chętnie poczytam jakich Wy miałyście ulubieńców w listopadzie i czy znacie i lubicie moje hity minionego miesiąca :)
K.
Czytaj dalej

środa, 7 listopada 2012

Najciekawsze październikowe zdobycze :)

Witajcie Dziewczyny!

Tym razem ujawniam Wam najciekawsze zdobycze października, kończąc tym samym podsumowania października. Ponownie pokazuję Wam tylko to, co według mnie zasługuje na największą uwagę. Ileż można pokazywać, że kupiłam mydło i waciki ;)) Poza kosmetykami, które pokazuję niżej przybyło mi kilka produktów o włosowym przeznaczeniu, głównie za sprawą rossmanowskich promocji na marki własne, ale zdjęcia wyszły tak obrzydliwie ciemne, że nawet nie ma sensu ich pokazywać. Jeśli będę miała na ich temat coś do powiedzenia, to z pewnością przygotuję odpowiednią recenzję :)

A teraz oddajmy się przyjemności podziwiania nowości w moich obszernych zbiorach :D Kilka z Was - w komentarzach pod postem denkowym - pisało, że chyba mogę już uzupełnić zapasy, otóż zapasy ciągle jeszcze nie stopniały tak bardzo, jakby sobie tego życzyła, więc w tym temacie póki co dość spokojnie. Za to mój kolorówkowy potwór jest ciągle na głodzie, czego dowodem są poniższe zdjęcia... Zapraszam! :)

Aha! Tak, to wszystko jest mi szalenie niezbędne ;))))))


Po pierwsze i chyba najważniejsze - lakiery z nowej jesiennej, zwanej również kawową, kolekcji Inglota. Zdecydowałam się na kolory - od lewej - 364, 366 i 368. Jestem oczarowana tymi lakierami, wyglądają cudownie i z pewnością pokaże się tu na blogu z bliska!

Oczywiście cena standardowa, jak na lakiery Inglota, czyli 20zł. Chociaż tym razem buteleczki są odrobinę mniejsze, niż te z regularnej kolekcji, ale jest to kwestia bodajże 1,5ml.

Pragnę również dodać, że moje sztuki przyjechały do mnie aż z Opola, za sprawą mojej kochanej Stefanii! Podobno u nas były problemy z dostępnością koloru 366 (najbardziej popularny w kolekcji), więc pomyślałam, że swoje zakupy poczynię u mojej przyjaciółki, zamiast u naburmuszonych Pań w warszawskich salonach - chociaż akurat w salonie w Wola Parku spotkałam się z przemiłą obsługą, kiedy na szybko wpadłam po klej do rzęs (i jeszcze zostałam obdarzona komplementem! no kto tego nie lubi?! ;)). W każdym razie czasami mam wrażenie, że klient jest tam tak samo intruzem, jak klientki bez złotej karty w Sephorze... ;))

Stefi, dziękuję za pomoc i za uśmiech! :*


Te z Was,, które śledzą blog Sylwii, mogą kojarzyć, że w połowie miesiąca wybrałyśmy się na targi kosmetyczne w Hali Expo. Ja skusiłam się na pierwsze OPIki w mojej kolekcji - te akurat pochodzą z kolekcji Vintage Minnie Mouse. Różowy to If You Moust, You Moust, natomiast czerwień to The Color of Minnie. Każdy z nich kosztował 21zł za pełnowymiarową buteleczkę, więc żal było się nie skusić! Do tego wybrałam miniaturkę wysuszającego top coatu (jako, że mój Good To Go, chyba już doszczętnie zgluciał...). Ta przyjemność kosztowała mnie 10zł - i jest to bardzo dobrze wydane 10zł, przynajmniej jestem niemal pewna, że zdążę go wykorzystać zanim mi zgęstnieje, a i krążąc między mamą, a moim M. nie mam problemu z dodatkowym ciężarem z kosmetyczce, bo to maleństwo praktycznie nic nie waży ;)


Moja słabość - Essie. Nie mogłam sobie darować zakupu kilku nowych buteleczek, tym bardziej, że na targach dostępne były lakiery, których próżno szukać w szafie w Super-Pharm (tak jakby 90 kolorów, to było mało...). Ponadto lakiery kosztowały tylko 19zł, więc skusiłam się również na dwa kolory ze stałej oferty, na które i tak miałam ochotę. I tak od lewej mamy Super Bossa Nova (stała kolekcja), No More Film (kolekcja letnia - Resort 2012), A Crewed Interest (kolekcja wiosenna - Navigate Her) oraz Funny Face (stała kolekcja).


Wystarczy lakierów! Przejdźmy do kolejnego, bardzo udanego zakupu w tym miesiącu - mam na myśli oczywiście podkład mineralny Lily Lolo w kolorze Warm Peach oraz róż w kolorze Ooh La La. Te kosmetyki poznałam za sprawą Agu, która była tak kochana i w ubiegłym miesiącu wysłała mi odsypki ze swoich produktów. Są to prawdopodobnie najpopularniejsze i najchętniej kupowane kolory i wcale się temu nie dziwię! Zdążyły się już pojawić we wczorajszych ulubieńcach miesiąca :)


Kolejne upragnione zdobycze - pomadko-błyszczyki z Celii! Zdecydowałam się na kolory 601, 602 i 603 (od lewej). Kolor 602 miałam już wcześniej, ale niestety odkąd mi się złamała i przełożyłam ją do słoiczka, niestety zaczęłam o niej zapominać. Teraz jest już chłodniej, więc moje Celie mają szansę się uchować... :)
Uwielbiam je za to jak cudownie zmiękczają i mimo wszystko pielęgnują usta, aż dziwię się, że zapomniałam dodać ich do wczorajszych ulubieńców... Szkoda się nie skusić za 10zł, w końcu to ledwie koszt pomadki ochronnej :)

Moje pomadko-błyszczyki przyszły do mnie aż ze Szczecina od kochanej Agu, z niemałą pomocą jej W. Po raz kolejny przekonuję się, że Agata jest po prostu aniołem! ;) Dziękuję!


Zrobiło się nieco chłodniej i mój uśpiony szminkowy nałóg dał o sobie znać. W październiku skusiłam się aż na trzy pomadki od Catrice. Wszystkie różowe... I podoba mi się jeszcze jedna... ;)) To totalne szaleństwo, ale każda z nich jest inna i w żadnym wypadku nie umiałam wybrać jednej. Zdecydowałam się więc na Pinkadilly Circus (seria Ultimate Colour), Kiss Kiss Hibiskiss (seria Ultimate Shine) oraz Colour Bomb z letniej limitowanki Revoltaire, którą udało mi się dorwać w stanie nienaruszonym w Hebe. Kolory na zdjęciach mogą być nieco przekłamane, ale mój aparat po prostu głupiał widząc tyle różu na raz :D

Koszt każdej z pomadek to ok.16zł.



Nie, nie! Nie kupiłam na raz całej palety, ale w związku z udaną współpracą z dotychczasową piątką, skusiłam się na uzupełnienie palety o kolejną piątkę cieni. Wszystkie pokazywałam już z bliska TUTAJ. Również nie mam pojęcia dlaczego zapomniałam o tej palecie w październikowych ulubieńcach. Chyba miałam jakieś zaćmienie, w końcu z tej palety zrezygnowałam tylko w ostatnich dniach miesiąca, a poza nimi była wałkowana non stop! ;)


Tak żeście chwaliły ten krem kakaowy do ciała z Isany, że i ja postanowiłam go przygarnąć. Tym bardziej, że nie dość, że zbiera same dobre opinie, to jeszcze półlitrowe opakowanie kosztowało w promocji jakieś 7-8zł... No żal nie przygarnąć. Jeszcze nie miało swojej premiery, ale chyba przełamię swój projekt denko i otworzę go kosztem odstawienia owocowego musu z Farmony, którego używam u mamy. Zdecydowanie mam ochotę na bardziej otulające zapachy w tą zimnicę ;)


Ten duet z Bath & Body Works również zdążył już trafić do moich ulubionych produktów. Korzystając ze zniżki, którą można było zgarnąć na fanpage'u BBW zdecydowałam się na zakup wody toaletowej (moja Euphoria dobija dna i chcę ją co nieco oszczędzić ;)). Początkowo miałam ochotę na Dark Kiss, ale ostatecznie moje serce zdobyła kompozycja Carried Away, która jest wyjątkowo świeża, jak na produkt, który stosuję jesienią, ale ma w sobie coś takiego, że po prostu uwielbiam ten zapach! Myślę, że całkiem niedługo pokuszę się o recenzję zapachu (po zniżce ok.80zł/75ml). Z balsamem (29zł) jeszcze się wstrzymam, bo wypadałoby jeszcze chwilę go poużywać ;)


Malinowy żel pod prysznic z Balea i szampon hibiskus i aloes z Alverde, to "zdobycze" z Budapesztu, które przywędrowały do mnie dzięki uprzejmości Sylwii. Malinka jeszcze czeka na swoją kolej, ale szampon już poszedł w ruch i jestem póki co zadowolona! Ciekawe jak polubimy się na dłuższą metę :) Za oba produkty zapłaciłam w sumie ok.15zł.

Na tym koniec zakupów, ale nie koniec zdobyczy. W różnych okolicznościach przywędrowały do mnie również poniższe produkty...


Maskara Play It Big, którą udało mi się wygrać w konkursie organizowanym przez Gray. Jest to nowość od marki Astor i jestem jej bardzo ciekawa. Jeśli Wy też macie ochotę spróbować szczęścia, to rozglądajcie się uważnie po blogosferze, bo zdaje się, że te maskary są do wygrania w konkursach trwających na kilku innych blogach :)

Kasia dorzuciła od siebie kilka innych ciekawych drobiazgów, które pewnie pojawią się tutaj w ramach recenzji lub w postach denkowych :)


Ostatnio dopisuje mi szczęście, ponieważ udało mi się również wygrać rozdanie u Kasi z xkeylimex, w którym zdobyłam paletkę cieni, lakier i błyszczyk z ostatniej limitowanki Catrice, czyli Hollywood's Fabulous 40ties. Szalenie mnie cieszy ta wygrana, ponieważ zupełnie ominęła mnie ta limitowanka - zanim dotarłam do Natury, to wszystko co ciekawsze już dawno było wykupione... Tym samym limitka sama przyszła do mnie! :D

Również i ta Kasia dorzuciła od siebie całe mnóstwo dodatków, za które bardzo dziękuję :)


Wspominałam już o Sylwii i jej wizycie w Budapeszcie, prawda? Sylwia nie tylko zrobiła dla mnie minizakupy, ale również przywiozła mi prezent w postaci cudownego różu Alverde w kolorze 04 Soft Rose. Absolutnie genialny kolor! :)


Pod koniec października byłam również na konferencji organizowanej przez markę Kryolan. Relacja z tego wydarzenia wkrótce pojawi się na blogu, a oto co otrzymałam w ramach kosmetycznego upominku - pomadka w przepięknym różowo-koralowym kolorze, granatowy, matowy cień oraz próbkę produktu make-up blend, który prawdopodobnie może spełniać zarówno rolę bazy pod podkład, jak i odpowiednika Duraline :)


No i na sam koniec - zestaw nowych farb Palette Salon Colors. Tym razem nie ja będę testerką, bo - tak, jak wspominałam przy okazji włosowego tagu - póki co nie farbuję włosów. Lubię mój naturalny kolor. Tym razem testerkami zostały mamy - moja i mojego M. W dodatku obie - nie konsultując się ze sobą - zdecydowały się na ten sam kolor, czyli Jasny Blond :)) Zobaczymy czy nie pomylę mam, chociaż mama mojego M. to i tak już "prawie swoja"  :D:D:D

Uff! Wystarczy tego! Oj, gdyby nie te blogerki i przyjaciółki, to nie miałabym połowy tego całego arsenału - one temu winne... ;)))

A jak tam Wasze zdobycze? Czy też macie taki problem z pohamowaniem lakierowych chciejstw? ;)
K.
Czytaj dalej
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Blog template designed by SandDBlast