Pokazywanie postów oznaczonych etykietą The Secret Soap Store. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą The Secret Soap Store. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 września 2012

Sierpniowe denka, czyli marność nad marnościami!

Cześć Dziewczyny,

Mamy już wrzesień, więc na blogu najwyższa pora na denka! Jak widać po tytule, w tym miesiącu było u mnie szalenie marnie, jeśli chodzi o wspomniane denka... Ledwo 12 sztuk, z czego większość, to i tak jakieś miniaturki... Przyznam, że jestem mocno zawiedziona. więc chyba pora wziąć się do roboty i wyznaczyć sobie na wrzesień armię kosmetyków do zużycia... ;)

Ok, w sierpniu było marnie, a na swoje usprawiedliwienie mam jedynie to, że niemal cały miesiąc byliśmy w rozjazdach i zwyczajnie nie mieliśmy możliwości korzystać z całych łazienkowych zasobów... Aaaale za to już dziś widzę kilku poważnych kandydatów na bohaterów wrześniowodenkowego posta, ponieważ kilka kosmetyków nieubłaganie dobija do dna i zostało mi ich już tylko na jakieś 3-4 użycia. Podejrzewam, że we wrześniu nastąpi kumulacja... :P

Przed Wami garść moich sierpniowych zużyć.


1. Puder prasowany Silk Touch; Oriflame (8g, ok.20zł).

To był mój pierwszy prasowany puder, którego naprawdę regularnie używałam. Nie robił mi krzywdy, ale właściwie to on nie robił prawie nic, poza delikatnym wykończeniem makijażu i chwilowym zmatowieniem strefy T, a biorąc pod uwagę to, że od pudru oczekuję przede wszystkim matowienia cery, to zdecydowanie nie był to produkt,  z którego byłabym zadowolona. Sama się dziwię, że miałam aż dwie sztuki. No nic, rok temu potrafiłam znieść jego wady, teraz już nie, więc gdy chciałam wykończyć jego resztkę i zobaczyłam, że sam się pokruszył i właściwie nic już z niego nie będzie, to z ulgą wyrzuciłam go do kosza... Więcej go nie kupię, wolę Synergen!

Następca: puder antybakteryjny Synergen.




2. Tonik oczyszczający; Corine de Farme (250ml, ok.7-8zł).
Jeden z moich ulubionych toników. Świetnie odświeżał skórę, koił ją zarówno po myciu, jak i po wszelkich zabiegach, a także był dla niej bardzo delikatny. Nigdy mnie nie podrażnił i nie szczypał, nawet gdy dostał się w okolice oka. I tylko opakowanie z pompką było dość upierdliwe, bo ciężko było dozować odpowiednią ilość produktu na wacik. Zakup do powtórzenia!

Następca: tonik nawilżający Lirene.

3. Kremowe mydło pod prysznic Kozie Mleko; Ziaja (500ml, ok.8zł).
Bardzo przyjemny żel pod prysznic. Nie wysuszał skóry, nie podrażniał jej, dobrze oczyszczał i miał przyjemny kremowy zapach, przypominający odrobinę kosmetyki Dove. Wszystko ok, ale raczej do niego nie wrócę. Jest wiele innych tego typu produktów, które porwały mnie bardziej.

Następca: emolientowy żel Pharmaceris, żel-oliwka z olejkiem z bawełny Lirene.







4.5.6. Szampon, żel i balsam - kosmetyki hotelowe.
Hotelowe miniaturki kosmetyków, które - poza szamponem - okazały się być naprawdę przyjemnymi mazidłami. Dalsze opinie sobie daruję, skoro i tak nie są to kosmetyki, które można by gdzieś zdobyć. A buteleczki przydadzą się na krótkie wyjazdy! ;)








7. Żel pod prysznic bambus z miętą; The Secret Soap Store - miniaturka.
Świetny produkt, który bardzo dobrze wywiązywał się ze swojego zadania. Przecudownie pachniał delikatnie osłodzoną świeżością i naprawdę sprawiał, że kąpiel była relaksująca. Szkoda tylko, że pełnowymiarowe opakowanie jest dość drogie jak na żel pod prysznic, więc raczej sobie na niego nie pozwolę. Pełna recenzja dostępna TUTAJ.



8. Effaclar K; La Roche-Posay - miniaturka.
Z tej miniaturki korzystałam od stycznia! W styczniu regularnie, a później sporadycznie na większe wypryski. Okazała się szalenie wydajna, ponieważ w styczniu, niemal przez cały miesiąc, używałam jej prawie codziennie. Sam produkt okazał się być dość niezły, ale nie fantastyczny. Owszem działał na pryszcze, ale tylko jako "dawka uderzeniowa". Po pierwszej aplikacji niedoskonałości stawały się mniej bolesne i odrobinę mniej widoczne, czasem po prostu szybciej dojrzewały, ale sam proces gojenia się był tak samo długi jak zwykle. Ponadto nie zauważyłam, żeby krem zapobiegał powstawaniu dalszych niedoskonałości, więc nie jest to produkt, który byłby w 100% trafiony i dlatego nie kupię jego pełnowymiarowej wersji. Cieszę się jednak, że go wypróbowałam i myślę, że w zamian skuszę się w końcu na Effaclar DUO.

9. I Love Love; Moschino - miniaturka.
W związku z wylotem do Rzymu postanowiłam zabrać ze sobą tylko miniaturkę jakiś świeżych perfum, które będą dobre na panujące we Włoszech upały. Padło na Moschino, który już kiedyś bardzo mi się podobał ze względu na świeże, cytrusowe nuty. Tym razem również czułam się w tym zapachu dość dobrze, chociaż czasami miałam wrażenie, że mimo całej świeżości, zdarzało mu się pachnieć na mojej skórze nieco zbyt ostro. Mojemu M. bardzo spodobał się ten zapach, więc niewykluczone, że wrócę do tego psikadła w kolejne wakacje. Czytaj - możliwe, że kupię.

10. Żel emolientowy; Pharmaceris (250ml; ok.25zł).
Bardzo sympatyczny żel pod prysznic. Wydaje mi się, że rzeczywiście nawilżał nieco skórę, ale ponieważ ja nie mam problemów z ewentualnymi przesuszeniami, to wystarcza mi zwykle sam balsam. Poza tym, jak na produkt dla wrażliwców, zaskakiwał mnie tym, że potrafił podrażniać pewne strategiczne miejsca. Dość droga impreza, dlatego raczej się nie skuszę ponownie. Pełna recenzja tego produktu TUTAJ.

Następca: żel + oliwka z olejkiem z bawełny Lirene.

11. Odżywka do włosów z olejkiem babassu; Isana (250ml, ok.5zł).
Moja absolutna faworytka w kategorii odżywek do włosów. Używam jej za każdym razem, gdy nie mam czasu na maskę, a chcę, żeby moje włosy były w dobrej formie i pięknie wyglądały po myciu. Czasami mniej (składowo), znaczy więcej. Zawsze lubię mieć jedno opakowanie w pogotowiu, co przypomina mi, że muszę uzupełnić zapas... Na pewno kupię ponownie! I na pewno dorzucę kilka słów od siebie! ;)

Następca: odżywka Silicone Free, Repair & Fullness z Syoss, Odżywka z aloesem od Green Pharmacy.







12. Ultra Glam; Oriflame (30ml; ok.50zł).
Jedna z ostatnich faworytek zapachowych! Piękny delikatny, a jednocześnie dość stanowczy zapach, którego zupełnie nie umiem opisać, ale którego zakup z największą przyjemnością ponowię przy najbliższej okazji! Uwielbiam tą przepiękną "diamentową" butelkę! :)

Następca: chwilowo wracam do Euphorii Calvina Kleina, ale pewnie nie na długo, bo z tej miłości oszczędzam ją jak mogę ;))


No i z mojej strony to by było niestety na tyle. Tym razem żadnych odkryć kosmetycznych, większość to albo przeciętniaczki, albo kosmetyki ze zbyt wygórowaną.

Mam nadzieję, że Wasze zużycia poszły o niebo lepiej, niż moje?
K.

P.S. Wybaczcie zdjęcia marnej jakości! Nie wiem dlaczego, ale na aparacie zdjęcia produktów wyglądały o niebo lepiej, a zanim zdążyłam je obrobić, to powyrzucałam już wszystkie puste pudełka. Następnym razem postaram się jednak zbierać denka do torby i robić im zdjęcia w jednym czasie, ponieważ dotychczasowa metoda robienia zdjęć na bieżąco, tuż przed wyrzuceniem, coraz gorzej się sprawdza...
Czytaj dalej

niedziela, 26 sierpnia 2012

The Secret Soap Store - rewitalizujący żel pod prysznic - bambus z mięta

Witajcie ponownie,

Tym razem przygotowałam dla Was kilka słów o kolejnym produkcie do mycia ciała, czyli o żelu rewitalizującym Bambus z miętą, marki The Secret Soap Store. Produkt otrzymałam w czerwcu, przy okazji pierwszego spotkania warszawskich blogerek kosmetycznych, ale trzymałam go na tak zwaną specjalną okazję, czyli najprościej mówiąc jakiś krótki wyjazd. Tak, dobrze się domyślacie - zabrałam go do Rzymu, tym bardziej, że zdecydowaliśmy się wyłącznie na bagaż podręczny, co powodowało ograniczenia pojemności płynnych kosmetyków tylko do 100ml na buteleczkę. Jak się sprawdził w upalnym Rzymie? Zapraszam dalej! :)



Słowo od producenta:
Rewitalizujący żel pod prysznic Bambus z miętą
200ml
Relaks i odprężenie dla ciała po długim męczącym dniu.
Mięta pieprzowa
to jedno z najpopularniejszych polskich ziół.
Mięta jest nie tylko popularna, powszechna ale i wielozadaniowa.
Jej zielone listki zawierają całe bogactwo aromatycznych i pożytecznych składników, takich jak:
olejek lotny, kwas askorbinowy, rutyna, betaina, witaminy C i A oraz żelazo.
Bambus.
Ta niezwykle smukła roślina potrafi urosnąć nawet metr w ciągu doby.
Sok z jej liści bogaty w sole mineralne, mikroelementy i olejki eteryczne
pobudza skórę do działania, przyspiesza przemianę materii, usprawnia wydzielanie toksyn.
Dzięki temu po zastosowaniu kosmetyków zawierających olejki bambusowe skóra staje się gładsza, świeża i ma ładniejszy koloryt.
POWSTAJĄCA W BUTELCE PIANA JEST NATURALNYM EFEKTEM WYTRĄCANIA SIĘ OLEJKÓW.
Sposób użycia:
Żel nanieść na wilgotną skórę przy pomocy gąbki.
Obficie spłukać ciało po kąpieli.
PRODUKT PRZEBADANY DERMATOLOGICZNIE.

DZIAŁANIE: Właściwie jedyną obietnicą, jaką składa nam producent jest obietnica relaksu i odprężenia po ciężkim dniu. Nie wiem czy to oznacza, że produkt już nie musi myć, ale w każdym razie i z tego zadania wywiązał się bezbłędnie! ;)

Żel rzeczywiście ładnie oczyszczał skórę z codziennych zanieczyszczeń, nie wysuszając przy tym skóry, ani jej nie podrażniając. Produkt był delikatny dla całego ciała, a przy tym bardzo dobrze radził sobie również ze wspomnianym orzeźwieniem, dzięki czemu nadawał się zarówno do porannego, jak i wieczornego prysznica, co przy upałach panujących w Rzymie było nie lada ulgą! :)

KONSYSTENCJA: Żel TSSS ma odrobinę gęstszą konsystencję niż standardowe żele, dlatego nie jest tak mocno lejący, a jednocześnie nie sprawia problemów z wydobywaniem go z buteleczki.

KOLOR/ZAPACH: Sam żel, jak widzicie, ma piękny zieloniutki kolor, dzięki któremu produkt na pewno nie zniknie Wam w czeluściach łazienkowych zapasów ;) Ponadto produkt bardzo, bardzo przyjemnie pachnie. Jest to świeży zapach, odrobinę miętowy, ale nie ma w sobie nic z typowej świdrującej w nosie mięty, którą to często raczą nas producenci innych miętowych produktów. Myślę, że zapach ten jest właśnie efektem połączenia mięty z bambusem, który całość delikatnie osładza, sprawiając, że produkt przy swoich właściwościach odświeżających, jest również zwyczajnie przyjemny dla nosa. A skoro zapach jest przyjemny, to już prosta droga do relaksu za pomocą domowej miniaromaterapii... ;)



WYDAJNOŚĆ: Ja otrzymałam wersję miniaturową produktu, która zawierała - tak na oko - ok.50ml produktu. Taka ilość wystarczyła naszej dwójce na około 8 użyć. Myślę, że jest całkiem nieźle, jak na brak gąbki i konieczność "operowania" wyłączenie własnymi rękami :)

OPAKOWANIE: Tak, jak wyżej wspominałam, moja wersja to miniaturka, dlatego nie mogę ocenić opakowania pełnowymiarowego produktu. W każdym razie opakowanie produktu utrzymane jest w stylistyce typowej dla The Secret Soap Store, m.in. dla kremu do rąk z 20% zawartością masła shea, o którym też się w końcu doczekacie kilku słów ;)



CENA/DOSTĘPNOŚĆ: pełnowymiarowy żel kosztuje 18,99zł, dostępny tylko na stronie http://www.spakosmetyki.pl;

CZY KUPIĘ PONOWNIE: Bardzo bym sobie tego życzyła, jednak cena produktu nieco mnie przeraża. Wiadomo, nie jest to majątek, ale nie jest to również cena, którą przywykłam wydawać na tego typu produkty. Zobaczymy, na razie mam spory zapas żeli, ale jeśli już je wykończę, to być może skuszę się na jakieś zakupy w sklepie TSSS.

SKŁAD:
Cocamidopropyl Betaine, Sodium Lauroyl Sarcosinate, Aqua, Laureth-4, Betaine, Parfum, Panthenol, Cocamide DEA, Shea Oil, Avocado Oil, Lactid Acid, Retinol, Ascorbic Acid, Mentha Piperita Extract, Aloe Barbadensis Leaf Juice Powder, Benzyl Alcohol, Methylchloroisothiazolinone, Methylisothiazolinone, 2-(4-tert-Butylbenzyl)propionaldehyde, d-Limonene, Linalool, 3-Methyl-4-(2,6,6,-trimethyl-2-cyclohexen-1-y)-3-buten-2-one, Cl.19140, Cl.42090.

Podsumowanie:
+ dobre oczyszczenie;
+ piękny, relaksujący zapach - niezbyt ostry, ani zbyt słodki;
+ brak SLS/SLES w składzie;
+ zawartość olejków shea oraz z awokado, a także aloesu i pantenolu;
+ przyjazna, nielejąca konsystencja;
+/- przyzwoita wydajność;
- wysoka cena, jak na żel do mycia ciała.



A Wy miałyście już do czynienia z produktami marki The Secret Soap Store? Czy lubicie takie nietypowe połączenia zapachowe w żelach pod prysznic? :)
K.
Czytaj dalej

środa, 11 lipca 2012

Czerwcowe zakupy

Obiecywała, obiecywałam, no i jestem...  Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie - o ile pielęgnacja była w większości potrzebna, to kolorówkę pozostawię bez komentarza. Chciejstwo osiągnęło apogeum i nie ważne są ceny! Nic mnie nie usprawiedliwia... :P

Tym samym lipiec ogłaszam miesiącem kosmetycznej wstrzemięźliwości - nie, nie dołączę do akcji przeżyć za 50zł, bo jakoś mi się to nie widzi w moim wykonaniu... Choć podziwiam wszystkie dziewczyny, którym się udaje! W lipcu nie będę kupować nic, poza już zakupionymi produktami - jest ich 5 lub 6. Przede wszystkim nie kupię już niczego z kolorówki, a najlepiej by było, gdybym omijała wszelkie drogerie z daleka... Dopuszczam jedynie zakup tylko tych produktów, które mi się skończą... Jak na razie całkiem nieźle mi idzie, dość łatwo idzie mi omijanie drogerii lub odkładanie produktów na półkę w takowych... Zobaczymy how long? ;)

Oto moje powody do wstydu... :P

1. Pielęgnacja.

Balsamy do ciała Victoria's Secret w wersji Strawberries & Champagne oraz Berry Kiss zakupione w dużej promocji w Super-Pharm. Był początek miesiąca, jako tako brakowało mi lekkich balsamów do ciała (co okazało by się nieprawdą po głębszej eksploracji szuflad), więc, przy okazji poszukiwań prezentu dla mamy, zdecydowałam się na ich kupno... Wiedziałam, że wejście do SP niechybnie grozi zgubą... :P
Cena: 19,90zł/250ml (promocja)


Cukrowy peeling do ciała pomarańcza z kokosem marki The Secret Soap Store kupiłam tuż przed spotkaniem blogerek, na którym otrzymałam dwa kolejne peelingi. Jednak żaden z nich nawet w znacznym stopniu nie zbliżył się do tego - mojego nowego faworyta. Pisałam o nim TUTAJ.
Cena: 13,99zł/200ml (promocja)

Kremowe mydło pod prysznic z serii Kozie Mleko z Ziaji, to produkt, na którym czaiłam się całe wieki, ale zawsze było coś ciekawszego do kupienia. A ponieważ obiecałam sobie, że kupię go, jak spotkam go w promocji, to tak też uczyniłam. Nie żałuję, ale spodziewałam się więcej - w szczególności po zapachu. Ten jest bardzo przyjemny, ale pachnie jak Dove, a spodziewałam się czegoś bardziej w stylu kremu do rąk Glicerini z Eveline.
Cena: 5,49zł/500ml (promocja)


Migdałowy krem do rąk z Isany kupiłam, ponieważ był mocno zachwalany na blogach, jest edycją limitowaną, a ja w ostatnich miesiącach wykończyłam chyba cztery kremy do rąk... I wprawdzie zapas mam nadal całkiem spory, to jednak sprawiłam sobie taką małą nagrodę... ;)
Cena: 4,99zł

Krem do stóp z 30% zawartością mocznika z Lirene kupiłam jeszcze przed nawiązaniem współpracy z markami należącymi do Eris, a później ten sam krem otrzymałam do testów. To nic, skoro działam na dwa domy, to będę miała możliwość dokładnie go przetestować stosując go w obu tych miejscach... ;)
Cena: 9,99zł


Mam głupi nawyk robienia zapasów produktów do pielęgnacji twarzy z większym wyprzedzeniem, niż byłoby to potrzebne. Jak tylko widzę, że kremu robi się mało, a tubka czy słoiczek jest podejrzanie lekki, to biegnę w panice do sklepu w celu uzupełnienia braków. Po czym okazuje się, że produktu wystarcza mi na kolejny tydzień lub dłużej... Wprawdzie poniższych produktów już używam, ale spokojnie mogłam się wstrzymać chwilę z ich zakupem... ;)

Matujący kremowy mus z Lirene z serii Design Your Style, to kolejny produkt, który najpierw zakupiłam sama, a później otrzymałam do przetestowania w ramach współpracy. Pierwszego słoiczka już zaczęłam używać i mam całkiem pozytywne wrażenia. Jeśli ten stan się utrzyma, to drugi słoiczek na pewno się nie zmarnuje! A ja będę pewna, że moje zapasy są w dobrym stanie... :P
Cena: 17,49zł (chociaż dam głowę, że miał być wtedy w promocji za ok.15zł... so weird...)

Krem odżywczo-nawilżający pod oczy AA z serii Ultra Odżywianie jako jedyny z drogeryjnej półki przekonał mnie do siebie na tyle, że postanowiłam go wypróbować. Wprawdzie poszłam po krem z orchideą z Alterry, ale ktoś niezbyt roztropny, wycofał go ze sprzedaży, ku mojej ogromnej rozpaczy... A skoro latka lecą, to na noc warto się konserwować nieco bardziej intensywnie niż za pomocą mojego ukochanego żelu z Flos-Lek.
Cena: 12,99zł


O peelingach gruboziarnistym i drobnoziarnistym od Perfecty czytałam bardzo dobrą opinię na blogu Idalii, dlatego skusiłam się na wypróbowanie saszetek. Mój peeling morelowy z Soraya'i powoli zmierza do dna, więc być może coś innego skusi mnie do zakupu.
Cena: 1,69zł/szt.


Maska Crema al Latte firmy Kallos była chwalona już na tak wielu blogach, że mimo początkowych wątpliwości postanowiłam ją wypróbować. Tym bardziej, że wykończyłam półlitrową maskę z proteinami kaszmiru z Bingo Spa, a tą z proteinami mlecznymi skutecznie podbiera mi moja mama... Kallos zrobił pozytywne wrażenie również i na mnie, chociaż Bingo raczej nie przebije.
Cena: ok.5zł/250ml


Woda termalna z Avene została zakupiona przy okazji dużej promocji w Super-Pharm, przy większych zakupach można ją było nabyć za jedyne 9,90zł. Wody termalne nigdy mnie nie kusiły, ale w tej cenie już więcej może nie być okazji na wypróbowanie. Szczerze? Nadal nie wiem o co ten cały szum! ;)
Cena: 9,90/150ml (promocja)

Szampon dla dzieci Babydream kupiłam w celu chwilowego, stopniowego odstawienia szamponów z Alterry. Bardzo je lubię, ale zaczynam się zastanawiam, czy przypadkiem nie przesuszają nieco moich włosów. Okaże się... ;)
Cena: 3,49zł (promocja)

2. Kolorówka i akcesoria.

Produktów z limitowanki Essence A New League miałam nie kupować, ale jak zobaczyłam stand, to przepadłam. Cień zdecydowanie był wart zakupu, a bronzer jakoś tak niekoniecznie jest dla mnie. Jest fajny, ale już się przyzwyczaiłam do mojego staruszka z Oriflame i tylko z nim romansuję, jeśli już używam bronzera. Pisałam o nich więcej TUTAJ.
Cena: cień 9,99zł, bronzer 7,99zł


Essie Good To Go i Essie Cute As A Button (KLIK) - z zakupu obu jestem zadowolona, chociaż płakać mi się chcę, jak pomyślę, że u Aliss ten lakier trzyma się tak długo, a ja mam odpryski tego samego dnia... No ale ten kolor! Za to wysuszający top, to zdecydowanie najlepszy zakup miesiąca! Już nie wyobrażam sobie malowania paznokci bez jego użycia!
Cena: ok.35zł/szt.

U góry: Luxury Leila; Na dole od lewej: Lovely Lucy, Rockstar Robyn
Cienie z metalicznej kolekcji MIYO - Lovely Lucy, Rockstar Robyn i Luxury Leila - kupiłam nieco przypadkiem. Dwa ciemniejsze z braku jaśniejszego, a jaśniejszy, bo w końcu, po długich poszukiwaniach, został znaleziony... ;) Ot, taka fanaberia...
Ok. 6zł/szt.

Mini Dropsy od MIYO - znalezione na początku miesiąc a i porwane do domu w ilościach hurtowych. Nie żałuję, bo kolory są świetne, idealnie dopełniają moją wakacyjną kolekcję! A o fiolecie pisałam już TUTAJ.
Cena: 3,50zł/szt.


Cień Catrice 050 The Noble Knights chodził za mną od dawna, aż w końcu na wiosnę został wycofany ze sprzedaży. Teraz jednak Natura wykłada na światło dzienne to, co ma pochowane w magazynach i tym sposobem dorwałam ten piękny złotosrebrny kolor. Zdecydowany ulubieniec czerwca! Być może znajdziecie go również u siebie, więc na końcu notki znajdziecie swatche.
Cena: ok.8zł

Lawendowy lakier od My Secret, to również efekt skutecznych poszukiwań. Tym razem konkretnego koloru. Więcej pisałam o nim TUTAJ.
Cena: ok.6zł

Góra od lewej: 352 Matte, 460 Double Spark; Dół od lewej: 399 Pearl, 502 DS
Najmniej usprawiedliwiony i najmniej potrzebny zakup tego miesiąca. Za to najbardziej upragniony, bo cienie Inglota chodziły za mną od dawien dawna i kwestią czasu było jedynie to KIEDY a nie CZY ulegnę... No i korzystając z towarzystwa trzech uroczych koleżanek (tak, S. N. i N.! aj em toking tu ju ;)), uległam poczwórnie! Jakby tak pomyśleć, to lepiej, że nie było nas więcej, bo skończyłoby się całą paletką... (Cztery cienie, cztery osoby, jeden portfel...)
Cena: 10zł/wkład
Więcej grzechów nie pamiętam, paragonu nie mogę odkopać... ;)


Pędzle do różu Hakuro H24 i EcoTools -ostatnimi czasy przybyło mi kilka pięknych, mocno napigmentowanych róży, a jedyny mój pędzelek, który sobie z nimi radził, wygląda już na nieco poobgryzanego. Wprawdzie jeszcze się z nim nie żegnam, ale nie odczuwam już potrzeby używania go w sytuacjach innych niż awaryjne. Nareszcie doczekałam się pędzla idealnego, czyli H24!
Cena: Hakuro - 25,99zł,  EcoTools - ok.15zł (promocja w Rossmanie)

3. Zdobyczne - wymianki, wyprzedaże i inne "w".


Moje pierwsze pomadki z MACa - Viva Glam Cyndi oraz Angel, zostały okazyjnie zakupione na wyprzedaży u Marti. Jestem z nich bardzo zadowolona! Więcej niebawem! :)



Powyższe dwa lakiery, to efekt wymianki z moją ulubioną Stefanią :* Ja podrzuciłam jej cienie, które bardziej będą pasowały jej, niż mi, a ona mi wydzieliła porcyjkę ze swojej kolekcji lakierów... Zwłaszcza tej pięknej kolekcji Inglotowskich lakierów :)

***
Poniżej zbliżenie na cień Catrice 050 The Noble Knights, być może któraś z Was skusi się pogrzebać w naturowych koszyczkach wyprzedażowych i trafi na tego oto pięknego osobnika! :)




***
I jak bardzo jest ze mną źle? Należy się karna małpka?*

Ja naprawdę obiecuję poprawę! W szczególności przyrzekam, że w lipcu nie kupię z kolorówki nic poza paletką Glory i miniaturowego bonusu wraz z nią zamówionego! ;)
K.

*karna małpka - obiekt mający na celu sprawienie mi przykrości, tudzież zwrócenie uwagi na nieprawidłowość mojego postępowania. Swoje źródło ma w mojej niechęci do małp wszelakich, odkrytego przez mojego Mężczyznę usilnie proponującego mi oglądanie filmów w głównym udziałem małp, małpopodobnych lub osobiników z rodziny małpowatych (a pod to można już wiele podciągnąć... ;)), tj. King Kong, czy Geneza Planety Małp... Chociaż w King Kongu większymi małpami byli ludzie, a tego olbrzyma polubiłam za zbrechtanie tańca Naomi Watts :D Karna małpka została wprowadzona do użytku przez mojego mam-nadzieję-przyszłego-szwagra... Chociaż, jak tak dalej będzie mi wlepiać małpki za byle drwinę, to będę musiała ustanowić zwrotny rodzaj kary ostatecznej w postaci karnego Tr... a nie ważne... :D
Czytaj dalej

czwartek, 5 lipca 2012

Czerwcowe denka!

Cześć Dziewczyny!

Skoro jest już lipiec, to na blogu nie może zabraknąć denkowego podsumowania czerwca! :)

W tym miesiącu udało mi się wykończyć 17 produktów - nieco mniej niż zwykle, ale wysoka tendencja nadal utrzymana! W czerwcu, obok stale zużywanych produktów, nadal starałam wyznaczyć sobie kilka kosmetyków, które nieszczególnie przypadły mi do gustu albo które z różnych innych powodów zalegały zapomniane gdzieś w łazience. Oto i one... ;)


1. Balsam do ciała Green Nature; Be Beauty, Biedronka (250ml, ok.5zł).
Swego czasu na blogach był niezły szał na te produkty. Moją tubkę użyłam po raz pierwszy w styczniu i, jak widać, dość opornie szło mi zużywanie tego gagatka. Niby wszystko ok, niby przyjemnie pachniał, łatwo się wchłaniał i przyzwoicie nawilżał, ale ewidentnie między nami nie zaiskrzyło. Cieszę się, że to już koniec tej znajomości i nie wróciłabym do niego, nawet pomimo tego, że jego producentem jest osławiona Tołpa.

Następca: głęboko nawilżające mleczko od Lirene.

2. Krem do rąk Silk Beauty; Oriflame (100ml, 14zł).
Produkt z kategorii otwartych sama-nie-wiem-kiedy. Niby zwykle było nam nie po drodze, niby nie iskrzyło, ale jego używanie było całkiem przyjemne. Pięknie pachnie, przyzwoicie nawilża i całkiem nieźle się wchłania. Pod koniec polubiłam go na tyle, że chętnie będę sięgać po większą tubkę, którą mama trzyma w łazience... Sasasa :D

Następca: milion innych nie-wiadomo-kiedy-otwartych kremów do rąk oraz świeżutka migdałowa Isana.

3.Rozmarynowy krem do stóp, Naturals Ultra Soft; Torf Corporation (100ml, ok.4zł).
Kupiony w ubiegłym roku, podczas pospiesznych zakupów. Pięknie pachniał, ale działanie miał wyjątkowo marne, chociaż muszę przyznać, że moje stopy, a raczej pięty, to ledwo co rusza... Gorzej, że mnie to rusza, że ich nie rusza... Znacie coś na taką przypadłość? :P Tego kolegi nigdy więcej!

Następca: regenerujący krem do stóp z 30% zawartością mocznika z Lirene.


4. Cukrowy peeling do ciała pomarańcza i kokos; The Secret Soap Store (200ml, ok.15zł).
Bardzo się polubiliśmy - pełna recenzja TU. Zdecydowanie znajomość do powtórzenia!

Następca: peeling solny z Perfecty

5. Emulsja do higieny intymnej; Intimea, Biedronka (300ml, ok. 3-4zł).
Całkiem niezły płyn do higieny rejonów intymnych. Nie podrażniał i w sumie robił, co miał robić, czyli oczyszczał. Zobaczymy, może jeszcze się u mnie pojawi.

Następca: kremowy płyn do higieny intymnej Lactima Duo od Lirene


6. Krem nawilżający; Corine de Farme (30ml, ok.14zł).
Ulubieniec minionych miesięcy, niedawno pojawiła się jego pełna recenzja TUTAJJeszcze się zobaczymy!

Następca: matujący kremowy mus od Lirene

7. Krem pod oczy z wyciągiem z orchidei; Alterra (15ml, ok.10zł).
Ten produkt również był już przedstawiany na blogu TUTAJ. Bardzo go lubiłam, szczególnie na noc. Chętnie bym do niego wróciła, ale niestety został wycofany... :(

Następca: krem odżywczo-nawilżający pod oczy AA Ultra Odżywianie


8. Matujący krem-żel na noc Matte Touch; Oriflame (50ml, 43zł).
Bardzo go lubię. Uważam, że ten krem jest zdecydowanie lepszy niż jego brat bliźniak na dzień. Naprawdę odżywia i nawilża skórę, nieszczególnie ją przy tym przetłuszczając. Uwielbiam jego gęstą, kremową konsystencję. To już mój enty słoiczek, więc mam ochotę na coś innego.

Następca: Hydrogenic głęboko nawilżający krem na noc od Dr Irena Eris.


9. Micelarny żel do mycia i demakijażu Be Beauty; Biedronka (150ml, ok.5zł).
Jeden z faworytów do codziennego oczyszczania twarzy. Zasłużenie okrzyknięty hitem blogosfery! :) Szerzej było o nim TUTAJ. To była moja druga tubka i na pewno nie ostatnia! :)


10. Maska oczyszczająca z glinką szarą; Ziaja (7ml, ok.1,50zł).
Bardzo polubiłam się z tym produktem i uważam, że jest to najlepsza dostępna glinka w saszetce. Żadna inna maska tak dobrze nie działa na moją cerę! Więcej było o niej TUTAJ. Zawsze chętnie do niej wracam!

Następca: Staram się zużywać inne posiadane glinka w saszetkach i tubkach oraz glinki sypkie z ZSK.

11. Maska nawilżająca z glinką zieloną; Ziaja (7ml, ok.1,50zł).
Kolejny hit blogosfery, który mnie niestety nie powalił na kolana. Za taką cenę dam szansę drugiej saszetce, ale na mojej cerze maski nawilżające nie robią większego wrażenia... ;)

Następca: jak wyżej - inne posiadane maseczki w saszetkach oraz spirulina z ZSK.


12. Peeling biała czekolada i wanilia; Isana (250ml; ok.5zł).
Jedne go kochają, inne nienawidzą. Ja należę do tych drugich, a że nieopatrznie kupiłam dwa opakowania (bo może będzie fajny), to dziękuję Bogu, że to już koniec! Nigdy więcej!

Następca: cukrowy peeling mango-arbuz od Farmony

13. Żel pod prysznic Discover Marrakech; Oriflame (250ml; ok.8-10zł).
Uwielbiam żele z tej linii, kilka dni temu na blogu ukazała się ich obszerna recenzja TUTAJ. Zawsze mam pod ręką spore zapasy... ;)

Następca: żel-oliwka z mango od Lirene oraz kremowe mydło pod prysznic Ziaja Kozie Mleko

14. Żel pod prysznic Discover Borneo; Oriflame (400ml; ok.10-14zł).
Jak wyżej - KLIK :)


15. Szampon do włosów granat i aloes; Alterra (200-250zł, ok.10zł).
Bardzo lubię tą wersję Alterry. Bardzo dobrze oczyszcza włosy, również z olejów. Ostatnio zastanawiam się tylko, czy nie pora na przerwę...

Następca: szczerze powiedziawszy używałam go w domu, a tam ostatnio bywam dość rzadko, więc rano łapię to, co wpadnie mi w ręce... :P

16. Odżywka do włosów granat i aloes; Alterra (200-250ml, ok.10zł).
Bardzo, bardzo dobra odżywka. Włosy po jej użyciu są miękkie, sypkie i delikatnie połyskujące. Zawsze chętnie do niej wracam.

Następca: maska granat i aloes z Alterry


17. Maska do włosów z proteinami kaszmiru i kolagenem; Bingo Spa (500ml, ok.10zł).
Dla mnie to absolutnie genialny produkt! Włosy po jej użyciu - nawet na kilka minut - były lśniące, niesamowicie mięciutkie, sypkie i bardzo, bardzo gładkie w dotyku! Z największą przyjemnością będę do niej wracać, szkoda tylko, że bardzo trudno ją dostać.

Następca: maska do włosów z proteinami mlecznymi Bingo Spa i Kallos Crema Al Latte

W czerwcu to by było na tyle. Jak widzicie pożegnałam kilka produktów z kategorii tych nielubianych, kilka tych, które mają szansę stać się moim KWC oraz kilka sprawdzonych ulubieńców. Co zabawne - wiele z wykończonych produktów zostało zastąpione produktami pochodzącymi ze spotkania blogerek - jak widać ominęły mnie spore zakupy (i spore - niekoniecznie potrzebne zostały też poczynione - shame on me!)... ;)

Czy używałyście już tych produktów? Sprawdziły się u Was?
K.

P.S. Z satysfakcją stwierdzam, że coraz więcej wykończonych produktów ma już swoją recenzję na blogu. Jestem z siebie dumna - oby tak dalej ;)) <głasku głask>
Czytaj dalej

czwartek, 28 czerwca 2012

The Secret Soap Store - wyszczuplający peeling cukrowy - pomarańcza i kokos

Cześć Dziewczyny!

W czerwca dużo było postów dotyczących kolorówki, ale ileż można podziwiać lakiery do paznokci? (Sylwia, wiem, że Tobie akurat zawsze jest mało - nie zapomniałam o Tobie i już niedługo znowu będzie trochę kolorówki ;)) Dla równowagi pod koniec miesiąca wzięło mnie na pielęgnację - a ponieważ skończyłam pisać rozdział z pracy magisterskiej, to chwilowo mogę sobie pozwolić na dłuższe notki, czyli to, co Tygryski i Karotki lubią najbardziej! :)

Dzisiaj chciałabym przedstawić Wam produkt, który bardzo szybko szczerze polubiłam, a który równie szybko postanowił mnie opuścić... Zupełnie nie wiem czemu... Nie polubił mnie? Mnie?! ;) Przed Wami peeling cukrowy z The Secret Soap Store o obłędnym zapachu pomarańczy i (podobno) kokosa!


Słowo od producenta:

DZIAŁANIE: Proszę Was, przeczytajcie powyższe obietnice, które składa nam producent, bo zgadzam się niemal z każdym słowem! Wiadomo, że peeling (a już zwłaszcza taki, którego nie używamy codziennie) nie spowoduje, że nagle zmienimy rozmiar z 40 na 36, ale każda z pozostałych obietnic jest jak najbardziej spełniona. 

Przede wszystkim - peeling cukrowy z TSSS jest naprawdę solidnym zdzierakiem! Fantastycznie wygładza skórę, usuwa z niej martwy naskórek i pozostawia ją mięciutką i delikatnie natłuszczoną, co zawdzięczamy zawartym w składzie olejkom. Produkt nie zawiera w parafiny, dlatego możecie być pewne, że owo wygładzenie skóry jest realnym efektem, a nie tylko pozornym, jak to czasami z parafiną bywa. Jeśli jednak nie lubicie filmu pozostawianego przez peelingi, to wystarczy postać dosłownie kilka minut dłużej pod prysznicem, żeby ją z siebie zmyć.

SPOSÓB UŻYCIA: Warto zwrócić uwagę na ilość produktu jaką aplikujemy na skórę, ponieważ peeling ten niestety lubi się osypywać. Najlepiej nanieść niewielką ilość produktu na mały fragment skóry, delikatnie go "wciskając" w ciało i dopiero wtedy rozpoczynając masaż. W ten sposób najłatwiej ograniczymy osypywanie, a co za tym idzie - marnowanie produktu.


KONSYSTENCJA: Peeling jest dość suchy, z czego wynika wspomniane wyżej osypywanie się produktu. Brakuje mi w nim jakiejś żelowej bazy, która trzymałaby wszystko w ryzach. Peeling zawiera naprawdę dużo drobinek cukrowych, które mocno złuszczają skórę i nie ulegają zbyt szybkiemu roztopowi. Peeling oprócz drobinek cukru zawiera fragmenty ze skórki pomarańczy, co dodaje mu ogromnego uroku i zwyczajnie jest to miłe dla oka... :)



KOLOR/ZAPACH: Peeling ma żółtopomarańczowy kolor i obłędnie oraz dość słodko pachnie pomarańczami! Nie jest to czysty zapach tego cytrusa, zdecydowanie czuć w nim coś jeszcze, ale nie zgadłabym, że jest to kokos... Mój M. po podsunięciu mu pod nos odpowiednio zasłoniętego opakowania (a więc nie mógł się zasugerować), również bez większych problemów wyczuł pomarańcze, ale był zdziwiony, gdy zapytałam go o kokosy... ;)

OPAKOWANIE: Standardowe dla tego typu produktów, czyli okrągły słój, z dużym otwieranym wiekiem. Takie opakowanie pozwala nam wykorzystać produkt do ostatniego ziarenka :) Produkt pod pokrywą jest zabezpieczony warstewką folii z nadrukowanym logo marki. Niby drobny detal, ale to kolejna rzecz, która sprawia, że ten kosmetyk jest wyjątkowo przyjemny dla oka. Pojemność produktu to 200ml. 

WYDAJNOŚĆ: I tutaj niestety duży minus... Jak już pisałam we wstępie, najwyraźniej ten produkt nie zapałał do mnie równie wielką miłością, jaką ja go obdarzyłam, ponieważ w tej chwili wystarczy mi go już tylko na jedno użycie, a zapewniam Was, że nie korzystałam z niego codziennie... Ze względu na suchą konsystencję i osypywanie się ten produkt kończy się jeszcze szybciej niż większość znanych mi peelingów. Moim zdaniem wystarcza go na około 8 użyć, może 10, jeśli będziemy go oszczędnie aplikować... Nieładnie! Taki z niego flirciarz! Najpierw rozkochuje, a później zmyka... ;)

CENA/DOSTĘPNOŚĆ: ok.18zł, stacjonarnie - Super-Pharm (tam kupiłam go w promocyjnej cenie ok.12zł), internet - http://www.spakosmetyki.pl/ (na tej stronie dostępna jest inna wersja, z dużo ciekawszym składem)

CZY KUPIĘ PONOWNIE: Tak! Zdecydowanie tak! Choć tym razem wybiorę wersję róża z migdałem... Już nie mogę się doczekać! :)

Podsumowanie:
+ fantastyczne działanie złuszczające i wygładzające;
+ przepiękny zapach;
+ dość ostre drobinki, które dobrze wywiązują się ze swojego zadania i nie rozpuszczają się zbyt szybko;
+ wygodne i po prostu śliczne opakowanie;
+ miłe dla oka detale (skórka pomarańczy w peelingu, pomarańcze na opakowaniu, piękne logo na folijce);
+/- cena (mogłoby być lepiej, zwłaszcza przy takiej wydajności);
- marna, marna wydajność;
- uciążliwa aplikacja i osypywanie się produktu.

SKŁAD:

Używałyście peelingów z The Secret Soap Store? A może miałyście do czynienia z innymi produktami tej marki?
Czytaj dalej

poniedziałek, 4 czerwca 2012

Spotkanie Warszawskich Blogerek Kosmetycznych, czyli jak spędziłam Dzień Dziecka... :)

W ostatnim poście wspominałam Wam, że wybieram się na spotkanie blogerek warszawskich, a dzisiaj przychodzę do Was z relacją i zdjęciami z tegoż eventu :)

Spotkanie odbyło się w piątek, 1 czerwca (prawdziwy Dzień Dziecka, ale o tym za moment...;)), w Five Restaurant na ul. Grzybowskiej. W pierwszej kolejności nie sposób nie wspomnieć, z jak profesjonalnym i uprzejmym przyjęciem spotkałyśmy się w tym miejscu. Organizatorkom - Marcie (Sauria80World) i Patrycji (Subiektywna Ja) - udało się zarezerwować całą dolną część restauracji wraz z VIP roomem, który, jak słusznie zauważyła jedna z dziewczyn, posłużył nam za magazyn na wszystkie piękne paki, które otrzymałyśmy od sponsorów. Obsługa restauracji fantastycznie przygotowała pomieszczenie, w którym przyszło nam spędzić, w dość sporym i rozgadanym gronie, kilka niesamowicie przyjemnych godzin! Zresztą same zobaczcie... :)

Five Restaurant
Jeszcze przed godziną 17 zaczęły pojawiać się pierwsze uczestniczki spotkania, więc zanim dotarłam na miejsce uzbierało się już całkiem liczne grono blogerek, w tym osoby, na które najmocniej liczyłam - moje top gaduły (dobra, dobra, ja też u Was nieźle spamuję ;)), czyli Sylwia (Lacquer Maniacs) i Kasia (Gray maluje)! Bardzo się cieszę, że w końcu udało nam się spotkać i to nie przy szafie w Jasminie, tylko kulturalnie, jak ludzie, przy kawce i innych smoothies... ;) Przy okazji zapoznałyśmy się też nieco bliżej z Mileną (Female Pleasure Lola) oraz przelotnie z Moniką (Blog Moniszona) Na spotkaniu zjawiło nas się w sumie 19 i żałuję, że nie z każdą z dziewczyn była okazja porozmawiać. Namiastką tego był za to moment kiedy każda z nas przedstawiała się, mówiąc o sobie i swoim blogu kilka zdań - wtedy oczywiście od razu rozległa się masa komentarzy w stylu - widziałam Twój blog, byłam u Ciebie, czy aaa to Ty! ;) Właściwie nie było ani chwili ciszy, o co zadbały dwie największe gaduły spotkania, czyli Marta (Sauria80World) i Olga (TheOleskaaa)! ;)

A oto lista uczestniczek spotkania:

Nie mam pojęcia, o której wyszłabym ze spotkania, gdybym nie miała w planach na ten wieczór Ursynaliów (Slayer & Limp Bizkit), jednak, pomimo ogromnej ochoty na koncerty, wcale nie spieszyłam się do wyjścia, tym bardziej, że pod koniec udało nam się uciąć miłą pogawędkę z Martą... :)

Nie da się ukryć, że niesamowicie przyjemny był również fakt obdarowania nas przez sponsorów tak licznymi ilościami kosmetyków! Dobrze, że mój M. zgarnął mnie samochodem, bo inaczej miałabym problem, żeby się z tym wszystkim doczłapać do domu, a co dopiero na koncert! Dziewczyny nie żartowały mówiąc, żebyśmy zabrały ze sobą walizki! :D

Otrzymałyśmy przepiękne prezenty od następujących firm:
- Lirene;
- Under Twenty;
- Dr Irena Eris;
- Dax Cosmetics (Perfecta & Celia);
- The Secret Soap Store;
- Procter & Gamble (Wella, Head&Shoulders, Pantene, Olay);
- Flos-Lek;
- Farmona;
- DLA Kosmetyki.

Jakby tego było mało Dominika (Kosmetyki Orlicy), jak na toruniankę przystało, przywiozła dla nas całą masę prawdziwych pierniczków, a Patrycja (Ściany Mają Uszy) dla każdej z nas przygotowała własnoręcznie wykonany puder do kąpieli!

Tego nie spodziewałabym się nawet w najśmielszych marzeniach! Coś mi się obiło o uszy, że będą jakieś prezenty od sponsorów, ale spodziewałam się raczej garści próbek, z których i tak pewnie byłabym zadowolona... A tu takie numery... ;)

Zapraszam do oglądania zdjęć ze spotkania oraz zbliżeń na zawartość poszczególnych paczek! :)
K.

Gray
Subiektywna, Siouxie i Sauria
Gray
Siouxie
Kasia, Sylwia i Milena
Marta, Dominika i Beata
Ja, Kasia i Sylwia
Ja i moja radość :D
Dominika, Beata, Magda, Ania, Marta, Marta, Monika
Olga, Dominika, Beata i Ania
Monika, Patrycja, Iwona
Moje i Grayowe skarby :)





Mój przydział ;)
Dr Irena Eris
Farmona
Farmona
The Secret Soap Store
Dax Cosmetics - Perfecta & Celia
Zbliżenie na lakiery Celii (producent Dax Cosmetics)
Procter & Gamble - Head&Shoulders, Pantene, Wella, Olay
Under Twenty
Lirene
Flos-Lek
DLA Kosmetyki
Puder do kąpieli od Patrycji z bloga http://scianymajauszy.blogspot.com/
Zdjęcia wykonane przeze mnie, Monikę oraz Patrycję (jeśli którąś autorkę pominęłam, to krzyczcie! ;))
Czytaj dalej
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Blog template designed by SandDBlast