Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Blistex. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Blistex. Pokaż wszystkie posty

środa, 6 listopada 2013

Ulubieńcy października :)

Cześć Dziewczyny!

Korzystając z dobrej passy blogowej dzisiaj przychodzę do Was z postem o moich październikowych ulubieńcach! Jestem z siebie taka dumna! W końcu udało mi przygotować ulubieńców na początku miesiąca... :D


W październiku używałam raczej dość stałej grupki produktów, więc niewiele tu nowości. Większość faworytów, to raczej powroty do już sprawdzonych kosmetyków. Tym razem wśród produktów pielęgnacyjnych wyróżniłam tylko jeden kosmetyk po który faktycznie sięgałam cały czas i który niezmiennie robi na mnie wrażenie. W kwestii kolorówki jak zwykle uzbierałam nieco większą gromadkę, choć tym razem mój makijaż był wyjątkowo monotematyczny i sięgałam ciągle po te same kosmetyki ;)


Cień Maybelline Color Tattoo w kolorze On And On Bronze był świetnym wyborem zawsze wtedy, kiedy malowałam się w pośpiechu! Nie tylko sam wystarczy za cały makijaż, ale też pięknie podkreśla oczy. Wystarczy dołożyć tylko kredkę i tusz i makijaż oczu miałam z głowy! Po cichu liczyłam na to, że ten cień nie będzie wymagał bazy, ale niestety bez tego nie trzyma się zbyt długo, natomiast na bazie wytrzymuje niemal cały dzień :)


W październiku przeprosiłam się z dawno nieużywanym różo-bronzerem Africa z W7. Kilka miesięcy temu nie rozstawałam się z tym produktem, po czym nieco mi się znudził i większość czasu przeleżał w szafce. Teraz jednak zachciało mi się odmiany i odstawiłam na bok nieśmiertelny róż z Alverde i z radością sięgnęłam po piękną Africę! Uwielbiam ten produkt za to, że efekt może być za każdym razem inny, w zależności od tego po której części mapki przejadę pędzelkiem. Jeśli jesteście ciekawe tego, jak wygląda na twarzy, to zapraszam do recenzji TUTAJ.


Październik to kolejny miesiąc, kiedy chętnie sięgałam po paletę Naked 2 z Urban Decay. No cóż, jak już wielokrotnie wspominałam, łączy nas relacja love-hate relationship. W ostatnim czasie ją kocham, tylko zobaczymy ile to potrwa ;)

Mój makijaż nie może obejść się bez kredki, więc w październiku sięgałam wymiennie po brązową i czarną kredkę z serii Glimmerstick Cosmic z Avonu. Co jak co, ale te kredki są naprawdę świetne! Uwielbiam je! :)


W ostatnim miesiącu przybyło mi mnóstwo lakierów, a tak naprawdę tylko ten jeden zrobił na mnie na tyle spore wrażenie, żebym go zapamiętała. Może wynika to z faktu, że na początku zupełnie go skreśliłam, po czym jednak doszłam do wniosku, że The Lace Is On, to prawdziwa gwiazda jesiennej kolekcji Essie. Wkrótce pokażę Wam go z bliska :)

Pomadka ochronna Blistex, to kolejny powrót! Od października mam toaletkę, więc urządzając się zrobiłam wielki przegląd kosmetyczki i natknęłam się na tę pomadkę! Uwielbiam jej ciasteczkowy zapach, więc na jesień jest idealna! Jeśli chodzi o walory pielęgnacyjne, to zapraszam do recenzji kilku produktów Blistex TUTAJ.


No i mamy rodzynka wśród ulubieńców - otulający balsam do rąk z Pat&Rub, to mój absolutny ulubieniec tego miesiąca. Nosiłam ten krem w torebce i zawsze sięgałam po niego z największą przyjemnością! Jego cudowny zapach jest na tyle intensywny i zwracający uwagę, że wyczuli go nawet moi współpracownicy, posądzając ten zapach o rolę moich nowych perfum :) Więcej o nim pojawi się na blogu już wkrótce! :)

***
To by było na tyle! Wybaczcie, jeśli pisałam dziś jak potłuczona! :D Mimo ogromnej ochoty na napisanie tej notki wyjątkowo nie umiałam dobrać słów, dlatego nie rozpisywałam się zbyt obszernie! Jeśli chodzi o The Lace Is On oraz balsam otulający, to ich bliższe prezentacje z pewnością pojawią się na blogu w najbliższych dniach, dlatego zapraszam Was do regularnego zaglądania! :)

Znacie moich ulubieńców? Czy wpasowali się również i w Wasze potrzeby? :)
K.
Czytaj dalej

piątek, 31 maja 2013

Balsamy Blistex - mini przegląd i moja opinia :)

Witajcie Dziewczyny!

W dzisiejszym poście chciałabym Wam pokrótce przybliżyć trzy rodzaje balsamów Blistex, które ostatnimi czasy zdobywają coraz większą popularność wśród blogerek. Spośród pięciu, czy nawet sześciu dostępnych wersji ja posiadam trzy - wersję klasyczną w sztyfcie Blistex Classic, wersję nadającą ustom kolor Blistex Lip Brilliance oraz krem do zadań specjalnych Blistex Lip Relief Cream.


Pierwszy Blistex w sztyfcie kupiłam sobie sama i bardzo go polubiłam, wersję koloryzującą dostałam w ramach upominku od mamy mojego Michała, a wersję w kremie otrzymałam do przetestowania od agencji reprezentującej markę Blistex.


BLISTEX LIP BRILLIANCE
Blistex Lip Brilliance, to pomadka w sztyfcie, która ma za zadanie nie tylko dbać o usta, ale również je podkreślać poprzez nadanie im delikatnego koloru i nabłyszczenie ich. Balsam zawiera filtr SPF15.

Balsam dość dobrze nawilża usta i pomaga w utrzymaniu ich dobrej kondycji, ale moim zdaniem nie jest to produkt do tak zwanych zadań specjalnych. Raczej nie poradzi sobie z bardzo przesuszonymi ustami, ale na co dzień jest wystarczający jako produkt ochronny, o ile na noc stosujemy balsam, który wspomoże nasze usta w głębszej regeneracji. Produkt bardzo przyjemnie pachnie owocami, ten zapach kojarzy mi się z napojami wieloowocowymi lub z owoców tropikalnych.

Lip Brilliance nadaje stosunkowo wyraźny, choć nadal delikatny, kolor. Usta po zastosowaniu tego balsamu przybierają kolor będący mieszanką ciepłego różu z czerwonymi tonami. Moje usta są dość wyraźnie podkreślone (mniej więcej tak jak po zaaplikowaniu Celii Nude). Balsam zawiera mnóstwo delikatnych drobinek, które rozświetlają usta, ale jeśli nałożymy produkt w nadmiarze, zamiast rozświetlenia uzyskamy raczej niezbyt pożądany efekt ust pociągniętych perłową pomadką.

Lubię ten produkt na co dzień, w dni kiedy mam ochotę delikatnie podkreślić usta. Jestem dość zadowolona z jego właściwości pielęgnacyjnych, ale nie stawiałabym na ten produkt jako główny filar pielęgnacji moich ust.


BLISTEX LIP RELIEF CREAM
Blistex Lip Relief Cream ma za zadanie dbać o usta, kiedy te potrzebuję szczególnej ochrony. Według producenta przyspiesza gojenie opryszczki oraz regenerację naskórka, a także intensywnie nawilża. Zawiera filtr SPF10.

Od razu zaznaczę, że nigdy nie miałam problemów z opryszczką, więc nie miałam na szczęście okazji do testowania tego produktu w tego typu warunkach, jednak moje usta raz na jakiś czas potrzebują mocnego nawilżenia, żeby uniknąć pierzchnięcia i powstawania suchych skórek. W tej kwestii krem poradził sobie bardzo dobrze, stosuję go co kilka dni na noc i zawsze rano budzę się z miękkimi i dobrze nawilżonymi ustami. Warto sięgnąć po niego na noc, jeśli następnego dnia mamy ochotę zastosować szminkę w intensywnym kolorze. Regularne stosowanie produktu ułatwia utrzymanie ust w dobrej kondycji i przyspieszenie ich regeneracji. 

Z tej wersji Blistexu jestem zadowolona najbardziej, ale lubię ją stosować tylko na noc. Produkt, z racji swojej formuły, ma konsystencję gęstego kremu, więc dość intensywnie bieli usta przez co zwyczajnie nie nadaje się na dzień. Owszem, można go stosować w mniejszej ilości, ale wtedy i tak trzeba by go wklepać w usta. Warto dodać, że ten produkt bardzo intensywnie pachnie mentolem i delikatnie mrowi usta, więc jeśli nie lubicie tego zapachu, to musicie wziąć ten fakt pod uwagę.


BLISTEX CLASSIC
Blistex Classic ma nawilżać usta i chronić je w każdych warunkach pogodowych, pielęgnować je i chronić przed przesuszeniem. Zawiera filtr SPF10.

Ten produkt również przypadł mi do gustu i jest jednym z moich ulubieńców do codziennej pielęgnacji ust. Myślę, że postawiłabym go na drugim miejscu, tuż za moją ulubioną Nivea Vitamin Shake. Z tego produktu korzystałam zarówno pod koniec zimy, jak i wiosną. Sprawdził się dobrze zarówno w zimne dni, jak i w te coraz cieplejsze. Podczas jego regularnego stosowania nie zauważyłam żadnych większych problemów z ustami i nie stosowałam w tym czasie nic szczególnego na noc. Uważam, że produkt dobrze nawilża usta i tylko raz na jakiś czas odczuwałam potrzebę nałożenia na noc czegoś bardziej treściwego.

Wersja klasyczna pomadki pachnie jak dla mnie ciasteczkami waniliowymi, albo maślanymi! Uwielbiam ten zapach, więc wyjątkowo chętnie sięgam po ten produkt. Uroku dodaje mu również lekko słodkawy posmak, choć akurat oblizywanie ust w czasie mrozu nie jest najlepszym pomysłem, dlatego trzeba się nieźle pilnować. Produkt ładnie nabłyszcza usta, ale nie nadaje im żadnego koloru.


Każdy z produktów kosztuje około 10 zł i jest dostępny w zasadzie w większości drogerii. Uważam, że ich cena nie jest wygórowana, a właściwości są porównywalne, a nawet lepsze, niż w przypadku popularnych balsamów Carmexu, które intensywnie pachną kamforą, co skutecznie mnie do nich zniechęca. Blistexy lepiej trafiają w moje upodobania zapachowe, a z ich działania jestem całkiem zadowolona. Z powyższej trójki najsłabiej wypada wersja Lip Brilliance, więc po nią sięgam najrzadziej, ale nie jest to na pewno zły produkt. Sądzę, że warto wypróbować te produkty.

Próbowałyście już Blistexów? A może macie ulubieńców do pielęgnacji ust wśród innych marek? Koniecznie podzielcie się swoimi wrażeniami i typami w komentarzach! :)
K.
Czytaj dalej

środa, 15 maja 2013

Kwietniowe nowości :)

Pięknie! Po prostu pięknie!

Jest połowa maja, a ja dopiero wrzucam kwietniowe nowości! Nie to, żebym się usprawiedliwiała, ale mam o połowę więcej pracy, niż zwykle, więc różnie to bywa z moim wolnym czasem, a kiedy mam wybór, to często wolę zajrzeć na Wasze blogi, niż napisać coś nowego (zwłaszcza, że moje posty nigdy nie należą do najkrótszych ;)). Ale jestem, zaglądam tu i staram się dość regularnie odpowiadać na komentarze, choć niestety różnie mi to wychodzi. Mam nadzieję, że mimo wszystko nie macie mi tego za złe! ;)

Nie przedłużając - pora na nowości kwietnia! Jak zwykle było trochę zakupów, ale pojawiło się też zaskakująco sporo dodatkowych przesyłek, które sprawiły mi nie mniejszą przyjemność :)


Takie zdjęcie, to już tradycja w poście o nowościach. Nowe Essie muszą być! Cztery sztuki przywędrowały  w zamówieniu z eKobieca, a trzy zostały zakupione podczas promocji w Super-Pharm.

I tak, zgodnie z ruchem wskazówek zegara mamy - różowy We're in it Together (swatche KLIK), koralowy Ole Caliente, zielony Mojito Madness, brudny ceglastoróżowy All Tied Up, jaśniuteńki róż Fiji (kupiony przez Kamilę!:)), przykurzony fiolet Nice is Nice oraz błękit Lapiz of Luxury.


To, że kupię paletkę Showstoppers, wiedziałam od pierwszej zapowiedzi! Jest dla mnie prawie tak samo fantastyczna i uniwersalna, jak ukochana Oh So Special (swatche OSS KLIK). No cóż, Urban Decay - wypchaj się! Sleek znowu króluje w moim makijażu! ;)


Oczywiście najbardziej zgubnym rezultatem zakupów w sklepach internetowych jest to, że zawsze łapię się na tym, że zamawiam coś jeszcze, żeby jednemu produktowi nie było smutno w paczce. Tym oto sposobem paletce Showstoppers towarzyszyła jej siostra - Sparkle 2, również ze Sleeka, na którą namówiła mnie Jamapi. Ona temu winna! ;)


Moja ulubiona odżywka z Essie - Nourish Me niestety już zgęstniała, a Sally Hansen z zieloną herbatą nie dba o moje paznokcie tak, jak bym tego chciała, korzystając z okazji, do lakierów z eKobieca dorzuciłam też odżywkę Fill The Gap. Jeszcze nie miała swojej premiery, ale ponieważ nie planuję póki co kolejnych zakupów, nic się jej nie stanie, jak poczeka chwilę w pudełeczku ;)

Natomiast wysuszacz Essie Good To Go, to mój absolutny must have! Koniec i kropka! A nawet wykrzyknik! ;)


Czarny eyeliner z Maybelline kupiłam po pierwsze pod wpływem wielu pozytywnych recenzji, po drugie z braku czarnego linera (ale się zdziwiłam, kiedy to odkryłam!), a po trzecie - w Hebe była mega promocja na ten produkt! Muszę przyznać, że to najpiękniejsza czerń, jaką ostatnio widziałam :)

Lakier termiczny z Eclair, w hitowym wariancie Chameleon 5a, czyli koktajl bananowo-truskawkowy,dotarł do mnie za sprawą mojej niezawodnej Sylwii! Już go nosiłam i byłam szczerze zachwycona tym, jak zmieniał kolor! Niestety nie zrobiłam wtedy zdjęć, bo lakier jest odrobinę problematyczny w obsłudze i pozalewane skórki zwyczajnie się nie nadawały do publikacji tutaj! :P

Mój ukochany puder z Synergen dobił dna (w czym pomógł mu nieco upadek z pralki...), a we wszystkich Rossmanach nagle zniknął mój kolor, poszłam więc do Super-Pharm z nadzieją, że może uda mi się wypróbować coś nowego, więc po raz pierwszy ucieszyłam się kiedy pani konsultantka zaproponowała mi pomoc, a co więcej, umiała odpowiedzieć na moje pytanie! Poleciła mi puder DreamMatte Powder z Maybelline i muszę przyznać, że to obecnie mój must have w kosmetyczce! Fantastycznie matowi moją skórę i baaardzo wydłuża czas, po którym skóra zaczyna się świecić. Zresztą nawet wtedy świeci jakby o połowę mniej... ;) Oby tak dalej Maybelline! :)

Zachęcona przez Kamilę (znowu!), przyjrzałam się jeszcze raz błyszczyko-pomadkom z Rimmel, czyli Apocalips. Sięgnęłam po przepiękny intensywny odcień różu (a jakże!), który miała ze sobą Kamila na kawie (Sylwię też skusiła!), czyli Nova! To już drugi Apocalips w mojej kosmetyczce i choć pewnie ostatni, to jednak najważniejsze, że upragniony :)


Nowa maska z Biovax, zawierająca w składzie oleje arganowy, makadamia i kokosowy, to produkt, obok którego nie mogłam przejść obojętnie! Moje włosy nie przepadają za olejowanie, ale maski kochają praktycznie w każdym wariancie! Chętnie sprawdzę co tym razem we włosowym światku piszczy :)

Szampon Syoss Shine Boost, to zakup kierowany przede wszystkim do mojego Michała. Tak bardzo polubił ten szampon, że teraz żaden inny nie jest w stanie mu się przypodobać, dlatego powrót był oczywisty! Ja też go bardzo lubię, więc raz na jakiś czas zdarza mi się go trochę podkraść :)

Pianka do włosów Nivea Volume Sensation, to również wspólny zakup. Chwilę po ścięciu włosów marudziłam Michałowi, że nie umiem sobie poradzić z nową długością, więc błyskotliwie doradził mi kupno pianki, z niemałą sugestią, że i on chętnie by jej poużywał :D Faktycznie, pianka pomogła mi okiełznać nową fryzurę do czasu, kiedy włosy nie przywykły do nowego kształtu i długości, a Michał ma teraz kolejny ulubiony kosmetyk :D


Zakupowo, to już tyle, ale bynajmniej nie jest to koniec nowości! Jeśli pamiętacie - w marcu brałam udział w konkursie, organizowanym przez Laboratorium Kosmetyczne Dr Ireny Eris, w którym udało mi się zdobyć wyróżnienie za tę (KLIK) fotorecenzję! W nagrodę otrzymałam wybrany kosmetyk z linii Vitaceric (krem rewitalizujący na noc), a Pani Magdalena jako niespodziankę do nagrody dodała przepiękną filiżankę! Jest tak piękna, że aż boję się z niej pić, żeby jej nie uszkodzić (jeszcze bym ucho jej odgryzła ;)).


Marka Pharmaceris, postanowiła się zabrać za moje blogerskie cztery litery, wobec czego miałam okazję przetestować drenujący peeling antycellulitowy i skoncentrowany krem-żel antycellulitowy o podwójnym działaniu z linii Pharmaceris C. No powiem Wam, że o ile peeling jest po prostu ok, to za żelem będę płakać i zdecydowanie wypatrywać promocji! :)


Podobnie jak spora część blogerek, również i ja nawiązałam współpracę z marką Rimmel, w ramach której, na początku kwietnia dotarł do mnie ten urokliwy, pomarańczowy kubas wypełniony smakołykami od marki! Właśnie pomijam z niego kawę, pisząc dla Was ten post! :)


A w paczce, oprócz kubka znalazły się następujące produkty:
- eyeliner w kolorze gorzkiej czekolady;
- błyszczyko-pomadka Apocalips w kolorze Solstice;
- maskara Scandaleyes w nowej wersji Lycra Flex;
- pomadka Rimmel by Kate w kolorze 104;
- lakier 60 seconds w kolorze Sun Downer;
- dwa pojedyncze cienie - biały i czarny;
- kredka do powiek Scandaleyes w kolorze czarnym.

Oj będzie czym malować! :)


W kwietniu, odezwała się do mnie również pani Monika, reprezentująca Perfumerie Douglas. Po raz kolejny miałam możliwość przetestowania błyszczyków z serii Absolute Lips, tym razem w nowej, wiosennej kolorystyce. W paczce, znalazłam również piękny brzoskwiniowy cień z linii własnej Douglas :)


Od pewnego czasu, w Perfumeriach Douglas, znajdziecie również produkty do włosów. Ja mam okazję przetestować odżywkę bez spłukiwania oraz szampon z linii Douglas Hair.


Natomiast zawartość tej przesyłki była dla mnie zupełnie niespodziewana i niczym niezapowiedziana! Pani Monika, po raz kolejny wysłała do mnie kuriera, tym razem z paczuszką, zawierającą preparat minimalizujący widoczność porów z GoodSkin Labs, również dostępny w Perfumeriach Douglas. No ciekawa jestem skąd wiedziała, że akurat z porami miewam problemy... :D


Z mojego Facebooka oraz posta z Mobile Mixem, wiecie z pewnością, że miałam przyjemność uczestniczyć w evencie, wprowadzajacym markę Aussie do Polski. Od początku maja produkty zaczynają się pojawiać w Rossmanach, więc teraz również i Wy możecie spróbować, czy zachyty nad słynną 3-minutową odżywką są słuszne! :)

Ja korzystam akutalnie z szamponu i odżywki z serii Miracle Moist, a odżywka 3-minute Miracle Reconstructor czeka na swoją wielką chwilę :)


W kwietniu, również i marka Bath & Body Works wprowadziła do swojej oferty słodkie nowości, z którymi miałam okazję się zapoznać! Na majówkowym wyjeździe używałam już balsamu Berry Flirt i jestem bardzo urzeczona tym zapachem! Honey Sweethart również przyjemnie kręci w nosie, ale BF, to jest to! :)


Emulsja do mycia twarzy z nagietkiem marki Alverde, a także czekoladowy i wiśniowo-migdałowy żel pod prysznic marki Balea, to moja słodka wygrana w rozdaniu u Anety! Oba żele pachną obłędnie, a czekoladowy cudownie sprawdza się w chłodniejsze dni! :)


Balsam do ust Blistex w wersji nadającej lekkiego koloru ustom, czyli Lip Brilliance, to mały upominek od mamy mojego Michała. Nie wiem skąd wiedziała, że akurat ta wersja ciekawi mnie najbardziej w chwili obecnej, ale trafiła w dziesiątkę! :)


W połowie kwietnia, w Złotych Tarasach odbyła się noc zakupów. Tym razem to Michał wyciągnął na zakupy mnie, a nie ja jego (a musicie wiedzieć, że on zakupy ubraniowe robi zwykle dwa razy do roku :D). Traf chciał, że upolował wszystko, czego potrzebał, łącznie z eleganckimi butami, więc mogłam skorzystać z promocji, organizowanej przez centrum handlowe, zgodnie z którą za każde wydane 150zł w dowolnym sklepie w Złotych Tarasach, otrzymywało się produkt z Bath & Body Works. Jak widać na zdjęciu, w moje ręce trafiły dwie średnie świece w moim ukochanym wariancie Twilight Woods oraz balsam do ciała Forever Red! :)

***
Tym razem to już naprawdę wszystko! Maj, będzie prezentował się pod względem dużo mniej objętnościowo - i całe szczęście! Pora jeszcze mocniej zabrać się za projekt denko! :)

K.
Czytaj dalej

środa, 10 kwietnia 2013

Marcowe zdobycze :)

Cześć Dziewczyny!

Przychodzę do Was z ostatnią częścią podsumowania marca. Tym razem oczywiście część najprzyjemniejsza, czyli zdobycze ;) Celowo używam tego określenia, ponieważ w marcu wyjątkowo moje zakupy zrównoważyły się z ilością gratisów, wygranych czy produktów otrzymanych w ramach współpracy. Oczywiście nie mogłam się oprzeć nowym lakierom i nawet nie jest mi z tego powodu głupio, za to pielęgnacyjnie byłam mocno wstrzemięźliwa! :)

Tickle My France-y, Bubble Bath, I Juggle Men
Po pierwsze - udało mi się wygrać urodzinowe rozdanie u Mani - w wyniku czego trafił do mnie piękny zestaw miniaturek lakierów OPI - w tym słynne Tickle My France-y oraz Bubble Bath, do kompletu z topperem I Juggle Men. Nudziaków nigdy za wiele, więc szalenie się z nich ucieszyłam! :)

Górny rząd: Maximilian Strasse-Her; Hip-Anema, French Affair
Dolny rząd: Spaghetti Strap; Lights; Madison Ave-Hue; Topless & Barefoot
Essie, są wynikiem trzech różnych okazji. Po pierwsze - koleżanka, która mieszka w Holandii, zaproponowała mi pomoc w zakupie lakierów z jednej z najnowszych kolekcji Essie - Madison Ave-Hue, ponieważ w tamtejszych szafach jest już ona dostępna (u nas niestety ciągle cisza!). Tym sposobem, tuż przed Świętami trafiło do mnie trio miętowoszary Maximilian Strasse-Her, makowa czerwień Hip-Anema oraz fioletoworóżowawy Madison Ave-Hue. Po drugie - w drodze wymianki z Alą, udało mi się dołączyć do mojej kolekcji upragniony różofiolet French Affair oraz cielaczka Topless & Barefoot. No i po trzecie - ponownie skusiłam się na zakupy w drogerii internetowej eKobieca, gdzie można upolować atrakcyjne kolorki Essie za niecałe 15zł. Ja skusiłam się na neonowy róż Lights oraz cielaczka o brzoskwiniowych tonach, czyli Spaghetti Strap.

Mary Rose, Flirt, Słoneczny Patrol
Moja rodzinka lakierów z blogerskiej kolekcji Wibo rozrosła się o kolejne trzy sztuki - Mary Rose (swatche KLIK) oraz Słoneczny Patrol, dostałam jako naczelna gaduła, od ich autorki, czyli sympatycznej Jamapi. Natomiast Flirt wpadł do koszyka w wyniku wszechobecnego kuszenia tym kolorem :)


Na początku miesiąca, przez nieuwagę, rozbiłam tester różobronzera Africa od W7, który otrzymałam jakiś czas od Kosmetykomanii. Tak pokochałam ten produkt, że co kilka dni przeszukiwałam sklepy internetowe w poszukiwaniu tego, w którym w końcu będzie dostępny. "Pech" chciał, że znalazłam go w Minti Shopie akurat wtedy, kiedy miała swoją premierę nowa Sleekowa paletka Lagoon. Poza tym przecież róż nie mógł wędrować w kopercie sam! No ale żeby Africe i Lagoon nie było samym smutno, dorzuciłam im jeszcze do towarzystwa paletkę fioletów UV z Technic. Za 10zł, to grzech czekać dalej aż Sleek się ocknie i przygotuje dla nas fioletową paletę! ;)


Gdzieś kiedyś obiło mi się o uszy, że róże Pocket, dostępne w ofercie Bell są bardzo przyjemnymi kosmetykami, więc zdecydowałam się na jeden kolor z ciekawości. W Biedronce kosztował mnie jakieś 5zł ;)


Dzięki Basi, udało mi się również dorwać w końcu słynne Avonowe żelowe kredki SuperShock. Wybrałam klasyczną czarną oraz cielistą Flash. Jeśli będą dostępne kredki w odcieniach fioletu i brązu, to chętnie przygarnę je do kompletu. Basia była tak miła, że do kredek dołączyła wosk Yankee Candle w wariancie Sicilian Lemon oraz przeuroczą kartkę ze świątecznymi życzeniami :)


Ostatnimi zakupami z marca są nowości z Rossmana - nawilżająca odżywka do włosów, żel pod prysznic z kwiatem maku oraz krem do rąk z masłem shea, na który natknęłam się całkiem przypadkiem, kiedy już zupełnie zarzuciłam myśl o jego zakupie. Wszystkie te kosmetyki są spod szyldu Isany, więc cena żadnego z nich raczej nie przekroczyła 5zł - takie interesy, to ja lubię :)


Kosmetyki z linii VitaCeric wstępnie prezentowałam już w TYM poście. Jak wiecie, otrzymałam je w ramach współpracy z Laboratorium Kosmetycznym Dr Ireny Eris, a moja notka bierze udział w konkursie na fotorecenzję, organizowanym wśród blogerek. Wybrałam dla siebie serum redukujące pory oraz emulsję energizującą. O działaniu kosmetyków wypowiem się szerzej w stosownym czasie, czyli bliżej końca słoiczków ;)


Jeśli zaglądacie tu regularnie, to z pewnością wiecie, że uwielbiam markę Bath & Body Works! Mam w łazience mały arsenał kosmetyków tej marki i każdy z nich szczerze uwielbiam, dlatego bardzo się ucieszyłam, kiedy otrzymałam od firmy miniaturkę jednego z najnowszych zapachów tej marki, czyli Forever Red.


Koszyczek z miniaturkami bestsellerów z L'Occitane wywołał niemałe echo wśród blogerek. Daruję sobie ponowne roztrząsanie tego tematu i tylko zaznaczę, że również i ja dostałam ten uroczy koszyczek. Kto wie, może w przyszłym roku przyda się na wielkanocną święconkę ;) Oczywiście rozmiar kosmetyków nie pozwala na napisanie kompletnej recenzji tych produktów, ale na pewno podzielę się z Wami ogólnymi wrażeniami :)


Również w ramach współpracy, otrzymałam od Hean ich najnowszy podkład Studio Lift, tusz MaxxiLash Flexi oraz piękny brzoskwinkowy lakier. W pierwszej kolejności złapałam za tusz i jestem bardzo na tak, jeśli chodzi o szczoteczkę, natomiast konsystencja tego tuszu mocno mnie zaskoczyła. Jeszcze trochę go poobserwuję i ostatecznie zajmę stanowisko :D


Ostatnia współpracowa przesyłka, to tubka Blistexu. W lutym kupiłam sobie wersję w sztyfcie, którą bardzo polubiłam, więc ucieszyłam się mogąc wypróbować mocniejszą wersję w formie kremowej. Sądzę, że przygotuję za jakiś czas post porównawczy, dotyczący obu wersji.


Na temat miniaturek z Vichy również było swego czasu głośno na blogach. W wybranych aptekach w całej Polsce można było otrzymać całkowicie za darmo zestawy miniaturek i próbek kosmetyków Vichy. Mi udało się zdobyć oba zestawy, srebrny poszedł do mamy, a ja zajęłam się wersją różową :)


Marzec obfitował w różne promocje, ta - zdaje się być ciągle aktualna (do 14 czy 17 kwietnia). Wystarczyło kupić najnowszy numer Glamour, wypełnić znaleziony w nim kupon i zanieść go do najbliższego salonu L'Occitane, żeby otrzymać zestaw trzech miniaturowych kremów do rąk tej marki. Rozmiarowo będą pasować do wyżej opisywanego koszyczka ;)) Różne rzeczy można mówić i pisać, ale takie maluchy będą niezastąpione w czasie wyjazdów lub w imprezowej miniaturowej torebce ;)

Uff! To by było na tyle! Choć starałam się ograniczać zbędne zakupy (czyli takie nie cieszące zbyt długo oczu, ani ciała :P), to i tak sporo mi się tego nazbierało. Na pewno przekonałam się, że pomimo licznych zapędów aferkowych, w środowisku blogerek (i nie tylko) znajduje się sporo osób życzliwych. Maniu, Magda, Ala, Basia, Ewa - dziękuję :)

A jak tam przebiegało Wasze chomikowanie zapasów w marcu? ;)
K.

P.S. Jak tak patrzę na to wszystko, zgromadzone w jednym poście, to zaczynam się cieszyć, że niektóre produkty mam w formie miniaturowej. Przynajmniej nie zajmują dużo miejsca, a z pewnością pozwolą się zastanowić nad tym, czy potrzebuję danego kosmetyku w formie pełnowymiarowej :)

P.S.2 Na komentarze pod postem denkowym postaram się odpowiedzieć w najbliższej wolnej chwili. Nie zawsze mam siłę lub czas przysiąść się do odpisywania hurtem, ale każdy Wasz komentarz czytam i bardzo sobie cenię :)
Czytaj dalej

wtorek, 2 kwietnia 2013

Ulubieńcy marca

Mamy już kwiecień, dlatego dzisiejszym postem rozpoczynam podsumowanie marca. Na pierwszy ogień znowu idą ulubieńcy!

Tym razem nazbierałam całkiem liczną gromadkę, szczególnie kosmetyków pielęgnacyjnych. Pierwszy raz od dawna miałam tak liczne grono produktów, po które sięgałam ze szczególną chęcią, a ich stosowanie nie tylko przynosiło efekty, ale było również wyjątkowo przyjemne :)


Zacznijmy od kolorówki - tutaj pojawiło się kilku ulubieńców, po których sięgam niemal codziennie. W pierwszej połowie miesiąca żelaznym zestawem był róż Africa z W7, który miałam wcześniej w formie testera, który niestety roztrzaskał się przez moją niezdarność. Tak pokochałam ten produktu, że kupiłam jego pełnowymiarowe opakowanie, jak tylko natknęłam się na nie w jednym ze sklepów internetowych. Zanim jednak dotarł do mnie nowy kartonik, sięgałam po sprawdzoną już Hervanę od Benefitu. Jak widać pudełeczka rządziły moim sercem ;)

Podobnie, choć zdecydowanie mniej dramatycznie, było w przypadku moich ulubionych cieni. W pierwszej połowie miesiąca sięgałam po paletę Naked 2 z Urban Decay, ale ponieważ korzystam z niej niemal non stop od stycznia, postanowiłam co nieco zmienić i w końcu przeprosiłam się z moją ukochaną paletą Sleeka - Oh So Special. No mówcie co chcecie, ale ja preferuję konsystencję i łatwość aplikacji właśnie cieni ze Sleek. Urban Decay jest niestety dużo bardziej problematyczne jak dla mnie.

Pozostała dwójka kolorówkowych ulubieńców, to lakier Essie z ubiegłorocznej kolekcji wakacyjnej Bikini So Teeny, w przepięknym odcieniu różu z domieszką fioletu, czyli Cascade Cool. Niedługo zaprezentuję go z bliska, bo wyjątkowo mnie urzekł i sądzę, że poszerzy grono najlepszych według mnie kolorów z Essie. Całą gromadkę uzupełnia korektor z L'Oreal w odcieniu Ivory. Stosuję go zarówno pod oczy, jak i na wypryski i w obu sytuacjach sprawdza się bardzo dobrze. Na razie nie szukam innego korektora, też w zupełności mi wystarcza!


Tak, jak zapowiadałam - grono ulubieńców w zakresie pielęgnacji jest w tym miesiącu wyjątkowo liczne. W marcu byłam wyjątkowo wierna naprawdę sporej gromadce kosmetyków, które skradły moje serce i nos ;)


Przede wszystkim - podobnie jak w lutym - z ogromną przyjemnością korzystałam z mojego prezentu walentynkowego, czyli balsamu i żelu pod prysznic z Bath & Body Works z linii Twilight Woods. Żel zaskoczył mnie swoją wysoką wydajnością, bo naprawdę sięgam po niego całkiem regularnie, a jego naprawdę niewiele ubywa. Wprawdzie i tak staram się go oszczędzać, ale wychodzi mi to z różnym skutkiem. Przyjemne doznania po prysznicu kontynuuję za pomocą balsamu z tej samej linii - uwielbiam ten zapach, a działanie balsamu na skórę jest naprawdę zaskakująco dobre.

W marcu z własnej głupoty miałam problem z przesuszoną skórą dłoni. Walczyłam z nią na różne sposoby przez około tygodnia, ale działanie regeneracyjne dla skóry wspomógł świetny peeling Flake Away z Soap & Glory, który dostałam jakiś czas temu od Hexxany. Mam miniaturkę, więc staram się go oszczędzać i używam go tylko na dłonie, ale ten produkt pachnie tak obłędnie, że z największą radością wykonałabym nim peeling całego ciała!

Niestety, o ile skóra na ciele nie płatała mi żadnych figli, tak moja cera również zaczęła nieco głupieć i w marcu, tylko się to nasiliło. Borykałam się jednocześnie z suchymi skórkami, czy nawet czasem plackami i z nadmiernym przetłuszczaniem się cery. Im bardziej ją nawilżałam, tym bardziej się przetłuszczała, im bardziej chciałam zwalczyć nieprzyjaciół i przetłuszczanie, tym bardziej się przesuszała. Na pewno nie pomógł mi w tym Effaclar Duo, który wyrządził mi więcej szkód, niż pożytku - dam mu jeszcze szansę, ale nie wróżę miedzy nami miłości. W każdym razie w walce z nadmiernym przetłuszczaniem i niedoskonałościami wspomagałam się maską oczyszczającą z Sanoflore, która jest naprawdę dobrym produktem, który bardzo dobrze wywiązuje się ze swojego zadania. Myślę, że również i o niej napiszę wkrótce parę słów.


Odnosząc się jeszcze do problemów z przesuszonymi dłońmi - najwięcej dobrego zdziałał dla mnie krem do zniszczonych dłoni Ratunek z Lirene, który zawiera 10% masła shea. Tak jak wcześniej uratował dłonie mojego chłopaka, tak teraz pięknie zajął się moimi. Jeśli natomiast chodzi o moją cerę, to z suchymi miejscami najlepiej poradził sobie lekki krem głęboko nawilżający z Pharmaceris z linii A. Naprawdę świetnie się w tej roli sprawdził. Stosuję go jako krem na noc i moja skóra jest mu naprawdę wdzięczna za odpowiedni poziom nawilżenia.

W marcu o kondycję moich ust dbał Blistex w sztyfcie. Jestem z jego działania bardzo zadowolona i choć nie zdetronizuje on mojego ulubieńca z Nivea, to jednak ma sporą szansę mu dorównać. Oprócz dobrego działania pielęgnacyjnego, uwielbiam w nim jego piękny zapach. Dla mnie pachnie jak ciasteczka waniliowe! Pyszności! :)

Ostatnimi, ale nie mniej ważnymi produktami są suche szampony Batiste. Wcześniej korzystałam z suchego szamponu z Oriflame, który był dość dobry, ale nigdy nie sądziłam, że Batiste będzie aż tak skuteczne! Małą wersję noszę ze sobą w torebce w razie awaryjnej sytuacji, natomiast dużą butelkę trzymam w łazience i ratuję się nią zawsze wtedy, kiedy mojej czuprynie przydałoby się trochę odświeżenia, a niekoniecznie mam czas na mycie głowy. Zwykle myję głowę co drugi dzień i to wystarcza, ale zdarzają się dni, kiedy włosy, mimo, że czyste są nieco przyklapnięte i nie układają się tak, jak bym chciała. Wtedy sięgam po Batiste i kryzys zażegnany ;)

No i to by było na tyle! Widzę, że wyszły mi z tego niemal mini recenzje. Ja chyba nie potrafię pisać zwięźle ;)

A jak tam Wasi ulubieńcy? Czy Wasze gromadki były w tym miesiącu równie liczne? :)
K.
Czytaj dalej

sobota, 23 marca 2013

Najciekawsze zdobycze lutego, czyli chciwość moja nie zna granic ;))

Cześć Dziewczyny!

Odkładałam to, ile się da, ale pora się przyznać - jestem zakupoholikiem i kosmetycznym chomikiem! Miesiąc luty był tego najlepszym wyrazem, dlatego w marcu starałam się dużo bardziej pilnować z całkiem przyzwoitym efektem. Ale zanim o marcu, pora przyznać się do kilku(dziesięciu?) kosmetycznych słabostek, którym uległam jeszcze w lutym. Wybrałam tylko te najciekawsze produkty, bo inaczej ten post mógłby nie mieć końca...

Dobrze, że moje denka nadal trzymają się na dobrym poziomie, bo inaczej chyba nic nie koiłoby moich wyrzutów sumienia odnośnie gromadzonych ilości. No nic, staram się teraz ograniczać zakupy pielęgnacyjne, ponieważ tego mam pod dostatkiem, podobnie jest z kolorówką. W tej chwili największą moją słabością są lakiery Essie, ale tego nawet nie mam ochoty ograniczać. Niedługo przygotuję post z moją Essiakową kolekcją, niech no tylko dotrze do mnie te kilka kolejnych sztuk, na które z utęsknieniem czekam... :)

Górne trio: Neo Whimsical, Lilacism, Muchi Muchi
Dolne trio: Status Symbol, Too Too Hot, Flawless
Where's My Chaffeur, Leading Lady, Beyond Cozy, Snap Happy
Bikini So Teeny, Cascade Cool, Off The Shoulder
Peaches and Cream, Blue Lake, Mint Sorbet

LAKIERY
Jak widać - obsESSIEja w pełni. To się już nawet nie kwalifikuje na żadne leczenie i tyle w tym temacie. Jestem maniakiem i uwielbiam tę markę.

Skusiłam się również na pastelowe trio z blogerskiej kolekcji Wibo - na pierwszy rzut poszły Peaches & Cream, Blue Lake i Mint Sorbet. Za sprawą Jamapi rodzinka już zdążyła się powiększyć, ale nie zapominajmy, że na razie rozmawiamy o lutym ;)




USTA
Jak widać w końcu uległam słynnym pomadkom Eliksir z Wibo. Opakowanie jest totalnie tandetne, ale kryje w sobie naprawdę bardzo przyjemne mazidła, które nie dość, że dobre, to jeszcze tanie, a wybór kolorów jest naprawdę bardzo przyzwoity. Dla siebie wybrałam kolory 1, 3, 4 i 7.

Wobec kuszących zewsząd promocji na moje ukochane Caresski od L'Oreal nie mogłam nie skończyć z dwoma kolejnymi kolorami. Tym razem mój wybór padł na Rose Mademoiselle oraz Rock'n'Mauve. Wszystkie moje kolory Rouge Caresse pokazywałam TUTAJ.

Żeby szminki mogły się pięknie prezentować na moich ustach nie zaszkodzi sięgnąć po kolejne mazidła przeznaczone do ich pielęgnacji. Waniliowe masełko z Nivea dołączyło do swojej malinowej koleżanki, a Blistex, to zupełna nowość w mojej kosmetyczce, ale jak już nawet mama mi go poleciła, to nie mogłam nie spróbować.






WŁOSY I CIAŁO
W końcu porwałam się na zakupy w sklepie internetowym Kalina, który jest dystrybutorem rosyjskich kosmetyków. Na razie skusiłam się na ofertę przeznaczoną przede wszystkim dla włosów - na początek szampony i odżywki z linii Objętość i Nawilżenie oraz Objętość i Odżywienie marki Natura Siberica. Oprócz tego przygarnęłam również, polecane przez blogerki, maskę drożdżową oraz tonik przeciwko wypadaniu włosów z Receptur Babuszki Agafii. Do tego dorzuciłam samotny produkt do twarzy, czyli glinkę z Morza Martwego.

Produkty marki Orientana otrzymałam do przetestowania od Pani Anny, właścicielki marki Orientana. Wybrałam dla siebie maskę z algami filipińskimi i aloesem (recenzja TUTAJ) oraz olejek do ciała o zapachu jaśminu indyjskiego.

Jakiś czas temu napisała do mnie również Vincy, która reprezentuje markę Sigma Beauty, proponując dołączenie do programu Sigma Affiliate. Po wymianie kilku maili, ostatecznie zdecydowałam się spróbować, a jako prezent powitalny otrzymałam dwa pędzelki Sigma - flat top F80 oraz pędzel do rozcierania E25.

Last but not least, to element materialny prezentu walentynkowego od mojego ukochanego. Za każdym razem zaskakuje mnie to, jak dobrze mnie zna i wie, co mogłoby mi się spodobać. Poza zaproszeniem do teatru na Annę Kareninę dostałam od niego żel pod prysznic i balsam z mojej ukochanej linii Twilight Woods z Bath & Body Works. Co najlepsze - M. nie wiedział nawet, że mam wodę toaletową z tej serii! Tym bardziej jestem pełna podziwu, że wśród tak bogatego wyboru zapachów, trafił tak idealnie! <3

***
Chyba wystarczy już tego chwalenia się, co? Na pewno wszystko - prędzej czy później - zobaczycie na blogu z bliska. Pytanie tylko, kiedy ja zdążę pokazać Wam te wszystkie lakiery! Jak tak dalej pójdzie, to żarty żartami, ale naprawdę przemianuję się na blog lakierowy ;))))

Co Wam szczególnie wpadło w oko?
...i pytanie prowokacja...
Jak bardzo chcecie popatrzeć na Essie? ;)

K.
Czytaj dalej
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Blog template designed by SandDBlast