piątek, 5 września 2014

Avène - Cleanance - emulsja z wysoką ochroną przeciwsłoneczną SPF 30

Nie lubię filtrów do twarzy. Ich stosowanie to dla mnie zło konieczne.
Te dwa zdania jeszcze jakiś czas temu wystarczyłyby za pełny opis mojego stosunku do filtrów ochronnych, stosowanych na twarz. Nie mam problemów z ochroną skóry reszty ciała i choć nie smaruję się namiętnie 50-tką, to jednak nie uciekam od kosmetyków z wyższymi wartościami SPF. Inaczej sprawa miała się u mnie z ochroną twarzy. Rozumiem wszelkie argumenty przemawiające za słusznością stosowania filtrów na twarz, ale dotąd nie spotkałam żadnego, który by nie kojarzył mi się z jedną wielką tłuściutką buzią, więc sięgałam po nie tylko z konieczności i to też bez żadnych faworytów, ot co wpadło mi w rękę i tyle. To podejście zmienił filtr, otrzymany w ramach współpracy z marką Avène. Całkiem nieoczekiwanie okazało się, że emulsja Cleanance z SPF 30 całkiem nieźle współpracuje z moją mieszaną i wyjątkowo kapryśną cerą, a do tego świetnie nadaje się nie tylko na urlop, ale również do codziennego stosowania, ponieważ naprawdę nieźle współpracuje z kosmetykami do makijażu.



Informacja od producenta:
"Emulsja Cleanance SPF 30 przeznaczona jest do ochrony skóry wrażliwej tłustej lub trądzikowej, o bardzo jasnej karnacji i łatwo ulegającej poparzeniom słonecznym.

(...)

Unikalna ochrona przed działaniem wolnych rodników: Emulsja Cleanance SPF 30 zapobiega uszkodzeniom DNA komórkowego skóry powodowanym przez wolne rodniki, dzięki zawartości Pre-tokoferylu, prekursora witaminy E. Pre-tokoferyl zapewnia pośrednią ochronę przeciwsłoneczną, sprzyja regeneracji komórek i zachowaniu dobrego stanu skóry.

Udoskonalona konsystencja i walory kosmetyczne Emulsji SPF 30: emulsja staje się  przeźroczysta  po aplikacji na skórę, nie pozostawia białego nalotu  - dzięki usunięciu dwutlenku tytanu (ekran mineralny). Nie pozostawia uczucia lepkości, doskonale się wchłania. Stanowi długotrwałą ochronę dla skóry tłustej i trądzikowej. Zawiera pudry matujące, Laurynian Glicerolu (ogranicza wydzielanie sebum, długotrwale matuje skórę), Glukonian Cynku (przeciwdziała podrażnieniom) i Wodę termalną Avène (działa kojąco i łagodząco na skórę)."


DZIAŁANIE:
Emulsja Cleanance spodobała mi się przede wszystkim ze względu na to, że w końcu trafiłam na filtr, który nie zostawia błyszczącej buzi, pokrytej białym filmem, który trudno ukryć. Produkt Avène urzekł mnie również tym, że tym razem producent nie kłamał, obiecując, że emulsja szybko się wchłania i nie pozostawia nalotu. Przy cerach tłustych i mieszanych, to naprawdę ważna kwestia, bo wszystko, co jest dla mojej skóry zbyt ciężkie od razu czuję, a co gorsza, również widzę patrząc w lustro...


W ubiegłym roku w blogosferze panował szał na filtr dla cer tłustych i mieszanych z innej marki aptecznej, ale mnie ten szał zupełnie ominął. Nie dość, że nie byłam przekonana, że to w ogóle możliwe, żeby filtr nie bielił i nie tłuścił skóry, to jeszcze nie miałam w planach żadnych wakacji w warunkach, które skłoniłyby mnie do regularnego sięgania po filtry... W tym roku wszystko było inaczej, emulsja Cleanance trafiła do mnie w ramach współpracy, a ja miałam piękną pogodę zarówno na działce, jak i w czasie urlopu w Chorwacji, więc mogłam ją przetestować wzdłuż i wszerz :)


Filtr fantastycznie sprawdził się zarówno w polskich, jak i zagranicznych, a więc nieco "silniejszych" warunkach. Buzia, zabezpieczona filtrem SPF 30, opaliła się bardzo delikatnie, czasami nawet żałowałam, że słońce nie złapało mnie trochę mocniej, ale przynajmniej mogłam wystawiać się do niego bez większych obaw. Oczywiście, w trakcie opalania co jakiś czas ponawiałam aplikację filtru, zazwyczaj po każdej kąpieli, więc ochrona przeciwsłoneczna była zachowana. Jasną sprawą jest to, że idąc na plażę nie wykonywałam pełnego makijażu, więc ważne dla mnie było to, żeby filtr nie powodował świecenia się skóry. Na szczęście Cleanance naprawdę wchłaniała się niemal do matu. Dla pewności omiatałam jeszcze buzię pędzlem z odrobiną pudru matującego, ale tylko przed wyjściem. Po każdej kolejnej aplikacji i tak mijałoby się to już z celem, ale mimo wszystko moja buzia nadal nie była błyszcząca. Nie była też sztucznie matowa, po prostu wyglądała ładnie i zdrowo, a do tego oszczędzone mi były jakiekolwiek podrażnienia, czy zaczerwienienia od słońca.

Zdarzało mi się również używać tego filtru pod standardowy makijaż z podkładem, czy CC kremem i w każdym z tych przypadków byłam całkiem zadowolona z ich współpracy. Podkłady nie ścierały się szybciej, niż wynikałoby to z warunków zewnętrznych, a filtr z pewnością nie zaszkodził ich trwałości.


KONSYSTENCJA:
Emulsja, to bardzo dobre określenie konsystencji tego produktu, ponieważ Cleanance, to naprawdę lekki dla skóry filtr, który po wchłonięciu się jest niemal niewyczuwalny na skórze, co jest jednak miłą odmianą po wszelkiego rodzaju tłuścioszkach.

KOLOR/ZAPACH:
Cleanance pachnie tak, jak większość filtrów słonecznych, a więc z tej kwestii niczym się nie wyróżnia. Ja ten zapach lubię, bo po prostu miło mi się kojarzy z wakacjami. Jeśli chodzi o kolor produktu, to owszem, jest biały, jak inne filtry, ale na szczęście po kilkunastu sekundach od aplikacji na skórę, nie zostaje po tym żaden, nawet najmniejszy ślad, a cera jest przyjemnie... no, może nie całkowicie matowa, ale po prostu zdrowo połyskująca. W żadnym razie nie jest jednak świecąca!


OPAKOWANIE:
Filtr umieszczono w wygodnej, plastikowej tubce o pojemności 50 ml. Tubkę zakończono wygodna pompką, zamiast częstego dziubka. Myślę, że dzięki takiemu rozwiązaniu, łatwo będzie zużyć produkt do samego końca.

WYDAJNOŚĆ:
[Edit] Zapomniałabym podzielić się z Wami jeszcze jedną, dość istotną informacją - emulsja Cleanance, to niesamowicie wydajna bestia! Spokojnie przetrwałam wielokrotną aplikację w ciągu dnia (w czasie 2-3 tygodni urlopu) i to przez dwie osoby, a oprócz tego stosowałam ją również wielokrotnie już w domu, w Warszawie. Mimo to, nadal mam co najmniej 1/3 tubki, o ile nawet nie pół... :)

SKŁAD:

CENA/DOSTĘPNOŚĆ:
Emulsję Cleanance znajdziecie w aptekach, które mają w swojej ofercie produkty Avene. Stacjonarnie na pewno natkniecie się na nie w sieciach Super-Pharm, zdaje się, że teraz są nawet w bardzo korzystnej cenie. Jeśli nabierzecie ochoty na ten filtr w okresie poza sezonowym, to prawdopodobnie będziecie zmuszone poszukać go w aptekach internetowych. Sugerowana cena regularna produktu, to 68 zł.


Muszę przyznać, że mój opór wobec filtrów do twarzy zdecydowanie zmalał i chyba w końcu dałam się przekonać, że ich stosowanie nie musi być tak zwanym złem koniecznym. I choć ten post brzmi jak jednak wielka pieśń pochwalna, to... no cóż, po prostu polubiłam się z tym produktem. Cieszę się, że miałam okazję go przetestować, bo sama prawdopodobnie nie zdecydowałabym się na zakup w ciemno ze względu na dość wysoką cenę emulsji, jednak teraz już wiem, że w tym przypadku warto, więc z pewnością chętnie będę powracać do tego produktu.


A jaki jest Wasz stosunek do filtrów słonecznych? Zło konieczne, czy absolutny obowiązek?
Karotka

P.S. Nie mogłam zdecydować się na jeden rodzaj zdjęć, dlatego część sesji jest "domowa", a część przyjechała ze mną z Chorwacji :)
Czytaj dalej

czwartek, 4 września 2014

Konkurs z marką Seboradin! Wygraj kurację do włosów jasnych lub ciemnych!

Cześć Dziewczyny!
 
Wakacje i urlopy dla większości z nas już minęły i zdecydowanie czuć już jesień. Z biegiem czasu coraz bardziej doceniam tę porę roku i robię wszystko, żeby była nie mniej przyjemna, niż lato. Jesień to dla mnie również czas intensywniejszej pielęgnacji całego ciała, również włosów. Idąc w tym tropem, chciałabym Was zaproponować konkurs, w którym nagrodami są produkty marki Seboradin, które pomogą Wam zadbać o Wasze włosy!
 
Główną nagrodą w konkursie są trzy kosmetyki, składające się na linię pielęgnacyjną dla włosów jasnych lub ciemnych - seria do wyboru według zwycięzcy. Ale, ale! To nie koniec! Trzy kolejne osoby zostaną nagrodzone balsamem do włosów jasnych lub ciemnych - również do wyboru! Wobec tego jest o co powalczyć, bo zwyciężą aż cztery osoby! :)
 
 
Co trzeba zrobić? Jak zawsze - trzeba być obserwatorem mojego bloga lub fanem Charlotte's Wonderland na Facebook'u (KLIK), oprócz tego, należy odpowiedzieć na pytanie konkursowe. Razem z panią Anią, stwierdziłyśmy, że najprostsze pytanie jest czasami najlepsze, a jednocześnie najtrudniejsze, więc Waszym zadaniem będzie przekonanie nas, że to właśnie Wy zasługujecie na nagrodę w postaci kuracji Seboradin :)
 
Proszę o zgłoszenia w komentarzach w następującej formie:
Obserwuję blog/fb jako: (nick z GFC lub imię i trzy litery nazwiska)
Dlaczego to właśnie ja powinnam zgarnąć kurację Seboradin: (odpowiedź na pytanie)
Mail kontaktowy: (na ten adres wyślę mail z informacją o wygranej)
 
***
 

Proszę Was o uważne przeczytanie regulaminu konkursu, który zamieszczam poniżej, ponieważ zgłoszenie udziału w konkursie oznacza akceptację tego regulaminu. Życzę Wam powodzenia i czekam na Wasze odpowiedzi! :)
Karotka
 
***
REGULAMIN KONKURSU:
1. Organizatorem konkursu jest autorka bloga Charlottes-Wonderland.blogspot.com.
2. Fundatorem nagród jest marka Seboradin.
3. W konkursie mogą wziąć udział osoby pełnoletnie lub osoby, posiadające zgodę opiekuna;
4. Warunkiem uczestnictwa w konkursie jest odpowiedź na pytanie konkursowe oraz bycie publicznym obserwatorem bloga lub polubienie fanpage'a bloga na Facebooku;
5. Zwycięzcami zostaną cztery osoby, które udzielą najciekawszej, najzabawniejszej lub najbardziej kreatywnej odpowiedzi na pytanie konkursowe;
6. Zwycięzca zostanie wybrany przez autorkę bloga Charlotte's Wonderland na podstawie subiektywnej oceny wg punktu 5 regulaminu;
7. Osoba, której odpowiedź okaże się najciekawsza zostanie nagrodzona zestawem kosmetyków do pielęgnacji włosów jasnych lub ciemnych, według wyboru zwycięzcy. Kolejne trzy osoby zostaną nagrodzone balsamem do pielęgnacji włosów jasnych lub ciemnych, według wyboru osób wyróżnionych.
8. Konkurs trwa od 04.09. do 18.09.2014 do północy;
9. Wyniki zostaną ogłoszone w ciągu 7 dni po zakończeniu konkursu.
10. Nagrody wysyła sponsor nagród, a udział w konkursie oznacza zgodę na przekazanie mu danych adresowych zwycięzców celem dokonania wysyłki nagród;
11. Ze zwycięzcą skontaktuję się za pośrednictwem adresu e-mail, wskazanego w zgłoszeniu, niezwłocznie po ogłoszeniu wyników.
12. Zwycięzca musi wskazać adres do wysyłki w ciągu 3 dni od dnia ogłoszenia wyników.
13. Konkurs nie podlega przepisom Ustawy z dnia 29 lipca 1992 roku o grach i zakładach wzajemnych (Dz. U. z 2004 roku Nr 4, poz. 27 z późn. zm.).
Czytaj dalej

wtorek, 2 września 2014

Clarena - wyszczuplający peeling morski

Cześć Dziewczyny!

Znowu mnie długo nie było i znowu nie mogę obiecać, że teraz to już na pewno wrócę regularnie. Jakiś czas temu dałam Wam znać na facebooku dlaczego mnie nie ma, mogę dodać tylko tyle, że mam szczerą nadzieję, że wszystko w końcu się jakoś poukłada. Próbując wrócić do codzienności, przychodzę do Was z recenzją ciekawego produktu do pielęgnacji ciała od marki Clarena. Jestem przekonana, że większość z Was natknęła się na innych blogach na recenzje cukrowego peelingu kawowego tej marki, natomiast ja przygotowałam dla Was swoją opinię na temat nieco mniej "wyeksploatowanego recenzencko produktu", jak to zgrabnie określiła Pani Alicja z Clareny. Za jej sugestią, wybrałam do przetestowania solny wyszczuplający peeling morski, który okazał się naprawdę ciekawym produktem z jedną drobną wadą... :)


Informacja od producenta i SKŁAD:


KONSYSTENCJA I ZAPACH:
Peeling ma postać błękitnej pasty o przyjemnym, orzeźwiającym zapachu. Choć kryształki soli nie są zbyt widoczne, to jednak są bardzo dobrze wyczuwalne pod palcami. Początkowo nie sprawiają wrażenia ostrych, a jednak w trakcie wykonywania masażu już na skórze pokazują na co je stać.


DZIAŁANIE:
Peeling pomimo niepozornych drobinek okazał się być naprawdę dobry zdzierakiem! Choć nie drapie skóry tak mocno, jak to potrafią niektóre z produktów, to efekty wcale nie są gorsze. Skóra jest baaardzo przyjemnie wygładzona, zmiękczona, a jednocześnie przyjemnie nawilżona i lekko natłuszczona. Po zmyciu peelingu, na ciele wyczuwalny jest delikatny film, który jednak nie jest tak uciążliwy, jak np w scrubuch Pat&Rub. Film, pozostały po użyciu produktu z Clareny jest delikatny, nie zostawia białych śladów i w kilka, maksymalnie kilkanaście minut całkowicie się wchłania nie brudząc później ubrań, czy pościeli. Osoby z mniejszymi problemami spokojnie mogłyby nawet darować sobie po nim stosowanie balsamu lub zastosowanie go w niewielkiej ilości tylko i wyłącznie na miejsca problematyczne.

Czy peeling ma działanie wyszczuplające? Oczywiście regularnie stosowany, do spółki z dietą i sportem z pewnością tak. W cuda nie wierzę, więc nie spodziewałabym się, że kilka spotkań z peelingiem cokolwiek zmieni, wierzę jednak, że odpowiednia pielęgnacja przyspiesza widoczność i jakość efektów, osiągniętych ćwiczeniami i dietą i w tej konfiguracji dobry peeling z pewnością nas wspomoże :)


OPAKOWANIE:
Peeling zamknięto w prostym, przezroczystym, plastikowym słoiczku o pojemności 250 ml. Jest to rozwiązanie najprostsze i zwyczajnie najbardziej odpowiednie dla produktu o takiej konsystencji. Produkt łatwo wybrać do końca i na szczęście nie trzeba się z tym za bardzo gimnastykować. Szata graficzna jest tu typowa dla Clareny, czyli ascetyczny minimalizm.

WYDAJNOŚĆ:
Dochodząc do kwestii wydajności produktu... Niestety uważam, że w tej kwestii niestety nie trafiłam na mistrza... Produkt, w zależności od obszaru ciała, na którym jest stosowany, wystarczy na pięć, maksymalnie 10 zabiegów, co biorąc pod uwagę nie najniższą cenę i w pewnym sensie utrudnioną dostępność, zaczyna być już nieco problematyczne. Z drugiej strony, jeśli rozłożyć cenę nawet na te pięć zabiegów, to czy nie warto raz w tygodniu przeznaczyć na samą siebie tych 10 zł? ;))


CENA/DOSTĘPNOŚĆ:
Jak już pewnie szybko przekalkulowałyście,  jedno opakowanie scrubu, to koszt ok. 45-55 zł w zależności od miejsca. Oczywiście najłatwiej kupicie ten produkt w sklepie internetowym Clareny (KLIK), ale istnieje również możliwość zakupu produktów w marki w niektórych salonach kosmetycznych, których listę sprawdzicie TU.

CZY KUPIĘ PONOWNIE:
Nie wiem... Bo choć polubiłam się z tym produktem i jestem zadowolona z jego działania, to jednak nie ukrywam, że cena jest dla mnie pewnym ograniczeniem. Sądzę, że gdybym miała powtórzyć zakup, to sięgnęłabym najpierw po wersję kawową (czyli cukrowy), tak dla porównania i wtedy decydowała dalej który z tych dwóch produktów bardziej przypadnie mi do gustu i właśnie tym rozpieszczałabym się raz na jakiś czas :) Jedno jest jednak pewne - peeling z Clareny przypadł mi do gustu dużo bardziej, niż scrub z Pat&Rub!

Czy macie większe zaufanie do marek, produkujących kosmetyki z myślą o salonach? W moim przypadku to dopiero drugie spotkanie z Clareną, ale jednocześnie drugie naprawdę udane :) Dajcie znać, czy miałyście okazję korzystać już z dobrodziejstw peelingów lub innych kosmetyków z Clareny i oczywiście co o nich myślicie. 
Karotka
Czytaj dalej

czwartek, 7 sierpnia 2014

AA Eco - przeciwzmarszczkowy krem do twarzy z dziką różą

Cześć Dziewczyny!
 
Kremy przeciwzmarszczkowe generalnie nieszczególnie mnie interesują, ale w tyle głowy mam jednak świadomość, że 25 lat, to dobry wiek, żeby na dobre wpleść w dotychczasową pielęgnację elementy profilaktyki przeciwzmarszczkowej. Z tą myślą sięgnęłam po krem, który dostałam w ubiegłym roku w paczce świątecznej od firmy Oceanic. Ponieważ AA jest marką, z którą mam dość dobre doświadczenie, pomyślałam, że linia Eco również wpasuje się w moje aktualne potrzeby. W ten sposób sięgnęłam po swój pierwszy krem przeciwzmarszczkowy AA Eco z dziką różą.


Informacja od producenta:


DZIAŁANIE:
Oczywiście skuteczność kremów przeciwzmarszczkowych trudno ocenić po jednym słoiczku, a już tym bardziej w tak - stosunkowo młodym wieku, dlatego odpuszczę sobie głębsze obserwacje na ten temat. Nie ma co czarować - pielęgnacja przeciwzmarszczkowa, to wypadkowa długoletniej profilaktyki, ekspozycji na słońce, a także częściowo naszej diety i jeden krem nic tutaj sam nie zdziała.
 
Tak czy inaczej, krem AA Eco okazał się być naprawdę treściwym mazidłem. Dla mojej mieszanej cery czasami nawet zbyt treściwym, dlatego stosowałam go tylko na noc, kiedy moja skóra mogła z niego najbardziej skorzystać, a ja jednocześnie nie obawiałam się wzmożonego błysku. Myślę, że najbardziej będą z niego zadowolone skóry suche, wrażliwe lub mieszane w kierunku suchej. Dla pozostałych krem może być uszczęśliwianiem na siłę, ponieważ naprawdę intensywnie nawilża, odżywia i chyba nawet nieco natłuszcza cerę.
 
W czasie stosowania produktu cera rzeczywiście była przyjemnie gładka (choć niepozbawiona wyprysków, ale nie winię za to kremu - ten stan rzeczy utrzymuje się niezależnie od stosowanego specyfiku...) i napięta - w dobrym znaczeniu tego słowa. Jednocześnie mam jednak wrażenie, że dla mojej skóry to wszystko jak na razie to za dużo szczęścia na raz. Krem wchłaniał się raczej wolno i dość szybko zaczynałam się błyszczeć, dlatego stosowałam go właśnie głównie na noc.
 

KONSYSTENCJA:
Krem miał w miarę treściwą konsystencję, która jednak łatwo dawała się rozsmarować i nie mazała się po twarzy. Ponownie wspomnę, że moim zdaniem najbardziej ucieszy ona posiadaczki cer, którym bliżej do suchych, niż tłustych.
 
ZAPACH:
Z tego, co pamiętam, krem - zgodnie z obietnicą producenta - nie miał żadnego wyraźnego zapachu. Wyczuwalny był jedynie bardzo delikatna, typowo kremowa woń.


OPAKOWANIE:
Krem umieszczono w szklanym słoiczku, z przyjemną dla oka etykietą. Dodatkowo, na opakowaniu znajdują się wszelkie przydatne informacje.

WYDAJNOŚĆ:
W moim przypadku krem był bardzo wydajny! Stosowałam go codziennie wieczorem przez dobre dwa miesiące, o ile nawet nie więcej.


CENA/DOSTĘPNOŚĆ:
Produkty z linii AA Eco znajdziecie przede wszystkim w aptekach. Za ten konkretny krem zapłacicie ok. 40-50 zł.

 
No cóż... Właściwie tym razem najbardziej przydatną informacją z mojej recenzji będzie wskazanie kto mógłby być zadowolony z tego kremu bardziej. Dla mnie spotkanie z nim było owszem przyjemne, ale widzę, że moja skóra nie przepada (jeszcze) za tak treściwymi produktami. Mimo wszystko, uspokoiłam trochę sumienie fundując sobie małą kurację profilaktyczną. W tej chwili wróciłam znowu do najprostszych kremów nawilżających (w wieczornej pielęgnacji) i ten wariant nadal sprawdza się u mnie najlepiej.

Oczywiście dajcie znać co sądzicie o tym produkcie, jeśli miałyście z nim do czynienia! Co w ogóle sądzicie o pielęgnacji, a raczej profilaktyce przeciwzmarszczkowej w wieku dwudziestukilku lat? :)
Karotka
Czytaj dalej

środa, 6 sierpnia 2014

Rimmel - Salon Pro - Jazz Funk

Cześć Dziewczyny!

Dawno już się nie widziałyśmy! Nie chcę się za bardzo z niczego tłumaczyć, ale po prostu jestem Wam winna słówko wyjaśnienia. Urlop na początku lipca mocno mnie rozleniwił, a zanim zdążyłam się wdrożyć po nim w blogowanie, zdarzył nam się kolejny szpital i inne atrakcje z tym związane... Za dużo tych przykrości nas spotyka w tym roku, ale - choć chciałabym, żeby było inaczej - niewiele możemy z tym zrobić. Tak czy inaczej, jestem znowu! Nie wiem na ile, nie wiem jak intensywnie, ale chyba już dobrze wiecie, że i tak piszę po prostu wtedy, kiedy chcę i nie lubię robić nic na siłę :))

Ok, koniec smutów, pora brać się do roboty! Pozwólcie, że znowu zacznę lekko, bo od lakieru do paznokci! Jednak nie bylejakiego, a jednego z moich ulubionych! W mojej naprawdę licznej kolekcji znajdziecie mnóstwo kolorów, ale mimo wszystko niewiele jest takich po które sięgam regularnie, bez względu na porę roku. Lakier Jazz Funk z serii Salon Pro od Rimmel jest jednym z tych, które zajmują zaszczytne miejsce na podium, dlatego przyszła pora, żeby w końcu podzielić się z Wami tym, jak wygląda na moich paznokciach. Tych u rąk, ale warto zaznaczyć, że JF jest równie dobrym przyjacielem, jak nie lepszym, moich paznokci u stóp ;)))


KOLOR:
Jazz Funk, to energetyczny, nieco malinowy róż. W zależności od światła raz jest bardziej różowy-różowy, a innym razem bliżej mu do koralowego-różowego. Jest całkowicie kremowy, zarówno jeśli chodzi o brak jakichkolwiek drobin, jak i po prostu dobre krycie typowo kremowego lakieru.


PĘDZELEK I KRYCIE:
Seria Salon Pro została wyposażona w szeroki pędzelek z lekko zaokrąglonymi brzegami, który w moim odczuciu jest bardzo wygodny. Nawet spora nakrętka nieszczególnie mi przeszkadza w równej i ładnej aplikacji lakieru. Sama formuła produktu jest na szczęście bardzo współpracująca - nie rozlewa się po skórkach, dobrze kryje, nie smuży i nie robi prześwitów. Do pełnego krycia wystarczą dwie cieniutkie warstwy. Jedna pewnie też na upartego dałaby radę, ale z wiekiem nabrałam cierpliwości do malowania, więc wole postawić na sprawdzone dwie warstwy i dłużej cieszyć się ładnym, niewytartym mani :)


TRWAŁOŚĆ:
Lakier wytrzymuje na moich paznokciach około 4 dni. W tym czasie końcówki lekko się wycierają, ale za to bardzo rzadko zdarzają mi się odpryski. Dla mnie jest to wynik bardzo zadowalający! Równie często noszę ten kolor na paznokciach u stóp i zdarza mi się, że lakier zmywam tylko dlatego, że widać już odrost ;)


ZMYWANIE:
Jazz Funk należy do całkowicie bezproblemowych lakierów. Łatwo się nim maluje, dobrze się go nosi i równie przyjemnie pozbywa się go z paznokci. Produkt nie maże się, nie farbuje płytki i bardzo szybko ustępuje.

CENA/DOSTĘPNOŚĆ:
Lakier bez problemu dostaniecie wszędzie tam, gdzie znajdziecie szafę Rimmel, czyli we wszelkich drogeriach, czy marketach. Jego cena regularna wynosi ok.19-20 zł, jednak dość regularnie można trafić na promocję, dzięki czemu kupicie go za ok. 12 zł.


No i pora na obiecaną prezentację na paznokciach :)







I jak? Podoba się Wam tak samo, jak i mi? :)
Karotka
Czytaj dalej
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Blog template designed by SandDBlast