W ostatnim tygodniu na blogu było raczej cicho, co spowodowane było moim świątecznym urlopem. Ostatnie kilkanaście dni spędziłam najpierw w Pradze, a następnie w Wiedniu i gdyby nie jakaś paskudna zaraza, która rozgościła się w moim gardle, wyjazd byłby idealny. Mimo wszystko, nie dałam się zagnać do łóżka i wycisnęłam z obu wyjazdów tyle, ile tylko byłam w stanie znieść :) Oczywiście nie omieszkałam zrobić małych, zagranicznych zakupów, ale jeśli chodzi o kosmetyki, to w zasadzie dość mocno trzymałam się listy zakupów. Znacznie większe szaleństwo ogarnęło mnie w wiedeńskim Primarku, ale plan wyjazdu zakładał również i to :)
Ale ja oczywiście nie o tym miałam dzisiaj napisać, a o maskarze, która przez kilka porządnych miesięcy należała do ścisłego grona moich tuszowych ulubieńców. Wiele z Was z pewnością ją zna, ponieważ o Catchy Eyes od Gosh jest głośno już od dawna!
EFEKT/DZIAŁANIE:
Catchy Eyes, to kolejna maskara, którą bardzo mocno polubiłam. W tej chwili mam na koncie już dwa zużyte opakowania, więc myślę, że z czystym sumieniem mogę Wam ją polecić. Niestety nie od początku byłam nią zachwycona, ponieważ jest to produkt, który po otwarciu jest dosyć mokry, przez co efekt, który daje na rzęsach bywa nieco mizerny przy kilku pierwszych użyciach, ale na szczęście z czasem, tusz przechodzi prawdziwą transformację! Za pierwszym razem byłam zaskoczona rozbieżnością między moimi wrażeniami, a ogólnym zachwytem i odłożyłam maskarę w kąt. Kiedy sięgnęłam po nią ponownie mniej więcej po dwóch tygodniach, całkowicie zmieniłam o niej zdanie. I tak, ja wiem, że większość maskar musi podeschnąć, ale czasami chcę już-natychmiast :)
Catchy Eyes, po lekkim podeschnięciu, rewelacyjnie podkreśla i wydłuża rzęsy. Nigdy nie umiałam malować się tak, żeby moje rzęsy zyskiwały znacznie na objętości i grubości, ale ta maskara na szczęście nieźle sobie z tym zadaniem poradziła, bo nie tylko wydłużyła to, co i tam mam dosyć długie, ale i odpowiednio podkreśliła moje raczej cienkie włoski. Efekt był na tyle zadowalający, że z całą pewnością mogłabym Wam polecić tę maskarę nie tylko na co dzień, ale również na wyjścia. Dwie lub trzy warstwy tuszu potrafią dać naprawdę dramatyczny efekt, a jednocześnie jedna warstwa spokojnie wystarczy Wam w codziennym, dziennym makijażu.
Nie zauważyłam żadnego rodzaju podrażnień, a trwałość tuszu była rewelacyjna przez 99% okresu użytkowania. Nie miałam również żadnych problemów ze sklejaniem rzęs, bo formuła tuszu i wygodna silikonowa szczoteczka skutecznie wyeliminowały ten niechciany efekt.
SZCZOTECZKA:
Jak widać na zdjęciu powyżej, szczoteczka ma dosyć krótkie włoski, umieszczone na lekko zagiętym trzonie, który z założenia powinien lepiej dopasować się do kształtu oka, niż klasyczne, proste szczoteczki. Czy tak jest? Chyba faktycznie nie jest to pozbawione logiki, ponieważ szczoteczką naprawdę łatwo dotrzeć do nasady rzęs i łatwo maluje się nią zarówno te górne, jak i dolne rzęsy. Wydaje mi się, że taki kształt rzeczywiście nieco pokręca czy też unosi rzęsy. Sama szczoteczka nie jest przesadnie elastyczna, ale nie jest też twarda na tyle, żeby przeszkadzać w makijażu i "uwierać" w oko. A wierzcie mi, że spotkałam i takie...
WYDAJNOŚĆ:
Znowu głupio mi pisać o wydajności, bo ja tuszy używam miesiącami... Nawet korzystając z jednego tuszu non stop potrafię go zużywać dobre cztery miesiące, a jeśli urozmaicam sobie makijaż różnymi tuszami, które w międzyczasie testuję, to bywa, że tusze miewam w użyciu nawet ponad pół roku i z Goshem mniej więcej tak było. Jedno jest pewne - tusz jest bardzo długo świeży i naprawdę długo dawał mi zadowalający efekt na rzęsach bez utraty jakości. Dopiero pod sam koniec zdarzało mu się czasami odrobinkę osypać pod okiem, ale nigdy nie było to szczególnie upierdliwe, bo nie było to mocno widoczne.
OPAKOWANIE:
Catchy Eyes posiada jedno z bardziej optymistycznych opakowań, ponieważ dostajemy ją w uroczej, smukłej, różowej buteleczce o pojemności 8 ml. Podoba mi się taki design, nie powala mnie, ale jest przyjemny dla oka. Więcej nie trzeba :)
CENA/DOSTĘPNOŚĆ:
Maskara w cenie regularnej kosztuje około 45 zł i stacjonarnie znajdziecie ją głównie w Drogeriach Hebe. Na szczęście Hebe co pewien czas oferuje jednodniowe promocje na poszczególne marki, w których Gosh również często bierze udział. Jeśli jednak nie macie cierpliwości czekać, to koniecznie sprawdźcie sklepy internetowe, bo zdarzało mi się widywać ten tusz w promocji za ok.25-30 zł.
I znowu pora na efekt na rzęsach. Jak zwykle zapomniałam zrobić zdjęcia, kiedy tusz był w swojej najlepszej formie, więc to, co widzicie poniżej, to efekt schyłkowego okresu użytkowania tuszu, niemniej jednak nadal uważam, że jest on ładny i ja z takimi rzęsami świetnie się czuję. Dla mnie to typowy efekt dzienny, choć i tak nieco mocniejszy, niż zwykle noszę.
Bardzo polubiłam tę zgrabną, różowiutką buteleczkę i myślę, że jeszcze nie raz będę do niej wracać. W tej chwili nie narzekam na brak zapasów, więc nie powinnam kupować nowego egzemplarza, ale na pewno skuszę się na kolejne opakowanie, jeśli trafię na bardzo dobrą promocję :)
Koniecznie dajcie znać czy znacie tę maskarę i czy również przypadła Wam do gustu tak jak i mi. A może zupełnie nie podoba Wam się to, co udało mi się nią uzyskać? ;)
Karolina