środa, 8 kwietnia 2015

GOSH - tusz do rzęs Catchy Eyes

W ostatnim tygodniu na blogu było raczej cicho, co spowodowane było moim świątecznym urlopem. Ostatnie kilkanaście dni spędziłam najpierw w Pradze, a następnie w Wiedniu i gdyby nie jakaś paskudna zaraza, która rozgościła się w moim gardle, wyjazd byłby idealny. Mimo wszystko, nie dałam się zagnać do łóżka i wycisnęłam z obu wyjazdów tyle, ile tylko byłam w stanie znieść :) Oczywiście nie omieszkałam zrobić małych, zagranicznych zakupów, ale jeśli chodzi o kosmetyki, to w zasadzie dość mocno trzymałam się listy zakupów. Znacznie większe szaleństwo ogarnęło mnie w wiedeńskim Primarku, ale plan wyjazdu zakładał również i to :)
Ale ja oczywiście nie o tym miałam dzisiaj napisać, a o maskarze, która przez kilka porządnych miesięcy należała do ścisłego grona moich tuszowych ulubieńców. Wiele z Was z pewnością ją zna, ponieważ o Catchy Eyes od Gosh jest głośno już od dawna!


EFEKT/DZIAŁANIE:
Catchy Eyes, to kolejna maskara, którą bardzo mocno polubiłam. W tej chwili mam na koncie już dwa zużyte opakowania, więc myślę, że z czystym sumieniem mogę Wam ją polecić. Niestety nie od początku byłam nią zachwycona, ponieważ jest to produkt, który po otwarciu jest dosyć mokry, przez co efekt, który daje na rzęsach bywa nieco mizerny przy kilku pierwszych użyciach, ale na szczęście z czasem, tusz przechodzi prawdziwą transformację! Za pierwszym razem byłam zaskoczona rozbieżnością między moimi wrażeniami, a ogólnym zachwytem i odłożyłam maskarę w kąt. Kiedy sięgnęłam po nią ponownie mniej więcej po dwóch tygodniach, całkowicie zmieniłam o niej zdanie. I tak, ja wiem, że większość maskar musi podeschnąć, ale czasami chcę już-natychmiast :)


Catchy Eyes, po lekkim podeschnięciu, rewelacyjnie podkreśla i wydłuża rzęsy. Nigdy nie umiałam malować się tak, żeby moje rzęsy zyskiwały znacznie na objętości i grubości, ale ta maskara na szczęście nieźle sobie z tym zadaniem poradziła, bo nie tylko wydłużyła to, co i tam mam dosyć długie, ale i odpowiednio podkreśliła moje raczej cienkie włoski. Efekt był na tyle zadowalający, że z całą pewnością mogłabym Wam polecić tę maskarę nie tylko na co dzień, ale również na wyjścia. Dwie lub trzy warstwy tuszu potrafią dać naprawdę dramatyczny efekt, a jednocześnie jedna warstwa spokojnie wystarczy Wam w codziennym, dziennym makijażu.


Nie zauważyłam żadnego rodzaju podrażnień, a trwałość tuszu była rewelacyjna przez 99% okresu użytkowania. Nie miałam również żadnych problemów ze sklejaniem rzęs, bo formuła tuszu i wygodna silikonowa szczoteczka skutecznie wyeliminowały ten niechciany efekt.


SZCZOTECZKA:
Jak widać na zdjęciu powyżej, szczoteczka ma dosyć krótkie włoski, umieszczone na lekko zagiętym trzonie, który z założenia powinien lepiej dopasować się do kształtu oka, niż klasyczne, proste szczoteczki. Czy tak jest? Chyba faktycznie nie jest to pozbawione logiki, ponieważ szczoteczką naprawdę łatwo dotrzeć do nasady rzęs i łatwo maluje się nią zarówno te górne, jak i dolne rzęsy. Wydaje mi się, że taki kształt rzeczywiście nieco pokręca czy też unosi rzęsy. Sama szczoteczka nie jest przesadnie elastyczna, ale nie jest też twarda na tyle, żeby przeszkadzać w makijażu i "uwierać" w oko. A wierzcie mi, że spotkałam i takie...


WYDAJNOŚĆ:
Znowu głupio mi pisać o wydajności, bo ja tuszy używam miesiącami... Nawet korzystając z jednego tuszu non stop potrafię go zużywać dobre cztery miesiące, a jeśli urozmaicam sobie makijaż różnymi tuszami, które w międzyczasie testuję, to bywa, że tusze miewam w użyciu nawet ponad pół roku i z Goshem mniej więcej tak było. Jedno jest pewne - tusz jest bardzo długo świeży i naprawdę długo dawał mi zadowalający efekt na rzęsach bez utraty jakości. Dopiero pod sam koniec zdarzało mu się czasami odrobinkę osypać pod okiem, ale nigdy nie było to szczególnie upierdliwe, bo nie było to mocno widoczne.


OPAKOWANIE:
Catchy Eyes posiada jedno z bardziej optymistycznych opakowań, ponieważ dostajemy ją w uroczej, smukłej, różowej buteleczce o pojemności 8 ml. Podoba mi się taki design, nie powala mnie, ale jest przyjemny dla oka. Więcej nie trzeba :)


CENA/DOSTĘPNOŚĆ:
Maskara w cenie regularnej kosztuje około 45 zł i stacjonarnie znajdziecie ją głównie w Drogeriach Hebe. Na szczęście Hebe co pewien czas oferuje jednodniowe promocje na poszczególne marki, w których Gosh również często bierze udział. Jeśli jednak nie macie cierpliwości czekać, to koniecznie sprawdźcie sklepy internetowe, bo zdarzało mi się widywać ten tusz w promocji za ok.25-30 zł.


I znowu pora na efekt na rzęsach. Jak zwykle zapomniałam zrobić zdjęcia, kiedy tusz był w swojej najlepszej formie, więc to, co widzicie poniżej, to efekt schyłkowego okresu użytkowania tuszu, niemniej jednak nadal uważam, że jest on ładny i ja z takimi rzęsami świetnie się czuję. Dla mnie to typowy efekt dzienny, choć i tak nieco mocniejszy, niż zwykle noszę.



Bardzo polubiłam tę zgrabną, różowiutką buteleczkę i myślę, że jeszcze nie raz będę do niej wracać. W tej chwili nie narzekam na brak zapasów, więc nie powinnam kupować nowego egzemplarza, ale na pewno skuszę się na kolejne opakowanie, jeśli trafię na bardzo dobrą promocję :)

Koniecznie dajcie znać czy znacie tę maskarę i czy również przypadła Wam do gustu tak jak i mi. A może zupełnie nie podoba Wam się to, co udało mi się nią uzyskać? ;)
Karolina
Czytaj dalej

czwartek, 26 marca 2015

TheBalm - paletka Autobalm Hawaii

Marka TheBalm gości w mojej kosmetyczce już od niemal trzech lat. Swego czasu dużo jej było też na blogu, bo róże tej marki notorycznie pojawiały się w moich comiesięcznych ulubieńcach. W tej kwestii właściwie niewiele się zmieniło, bo TheBalm nadal jest jedną z moich ulubionych marek, a produkty, kupione na początku mojej przygody z tą firmą, nadal dzielni mi służą. Przez dłuższy czas nie sięgałam po żadne nowości, choć kilka miałam na oku, ale w końcu, mnie więcej od grudnia ubiegłego roku, na nowo rozkochałam się w tej uroczej, pin-up'owej stylistyce i z wielką radością przygarnęłam kilka nowych produktów. Jedynym z nich była stosunkowo nowa minipaletka Autobalm Hawaii, która z miejsca urzekła mnie zarówno kolorystyką, jak i swoją kompaktowością. I choć kupiłam ją przede wszystkim z myślą o wyjazdach, to okazało się, że od trzech miesięcy sięgam niemal wyłącznie po tę paletkę.
 

Paletka ma niewielki rozmiar i właściwie jest niewiele większa od zwykłych, kwadratowych karteczek Post-It, co niewątpliwie jest jedną z jej zalet. Paletka takiej wielkości sprawdzi się w szczególności u osób, które często podróżują i nie chcą ze sobą zabierać zbyt dużej ilości kosmetyków, ale myślę, że będą z niej zadowolone również te z Was, które potrzebuję czasami zabrać ze sobą kilka podręcznych kosmetyków na wypadek poprawek. Na przykład, jeśli planujecie jakieś wyjście do teatru czy ważną randkę tuż po pracy czy szkole :)
 
Oczywiście to są tylko przykłady, bo równie dobrze paletka sprawdzi się w codziennym użytku. Ja sama kupowałam ją z myślą o weekendowych wypadach do rodziny czy na działkę, a okazało się, że odkąd ją mam, to sięgam po nią prawie codziennie! :)


Opakowanie paletki Autobalm jest typowe dla kosmetyków TheBalm - jest wykonane ze sztywnej tekturki, która jest - wbrew pozorom - bardzo trwała (sprawdzone na kilkunastu kosmetykach TheBalm!). Paletka zamyka się na bardzo mocny magnes i istnieje raczej znikome ryzyko, że sama otworzy się w kosmetyczce. Gdyby jednak moje zapewnienie Wam nie wystarczyło, to pozwólcie, że dodam, że całość zapakowana jest jeszcze w dodatkowy zsuwany kartonik, który dodatkowo zabezpiecza paletkę przed nieplanowanym otwarciem.
 
Całość utrzymana jest w typowej dla TheBalm, uroczej stylistyce pin-up. Paletki z serii Autobalm (jest jeszcze jedna wersja, bardziej brzoskwiniowa - Autobalm California) mają dodatkowo design, wzorowany na amerykańskim prawie jazdy.

 
W obu paletkach Autobalm znajdziecie róż, rozświetlacz i dwa cienie, dzięki którym będziecie w stanie wykonać podstawowy makijaż. Ja wybrałam wersję Hawaii, ponieważ zawiera ona chłodniejsze odcienie, w których czuję się znacznie korzystniej. Wersja California zawiera odcienie cieplejsze, idące bardziej w kierunku brzoskwini i ciepłych brązów.


Róż, który znajdziecie w paletce, ma piękny, chłodny, cukierkowo-różowy odcień. Sprawia, że twarz nabiera dziewczęcego rumieńca i wygląda bardzo zdrowo. Jest naprawdę nieźle napigmentowany i warto zachować umiar w jego aplikacji. Myślę, że jakościowo w ogóle nie odbiega od pełnowymiarowych róży marki, ponieważ z powodzeniem trzyma się na twarzy przez większą część dnia (lub cały, jeśli nie dotykacie twarzy tak często jak ja - staram się z tym walczyć, ale z różnym skutkiem).


Rozświetlacz traktuję przede wszystkim jak cień do powiek, ponieważ moim zdaniem, zdecydowanie bliżej mu do matowego cielaczka, niż do typowego rozświetlacza. Szczerze powiedziawszy, nie widzę w nim żadnych drobinek, które mogłyby cokolwiek rozświetlić, więc może powinnam się go doszukiwać wyłącznie w kolorze, który ma po prostu rozjaśnić makijaż. Tak czy inaczej, cielaczek świetnie sprawdza się zarówno jako cień bazowy, jak i jako cień do rozcierania. Jest bardzo dobrze napigmentowany i ładnie wyrównuje koloryt powieki, dzięki delikatnie żółtej tonacji. Tak na marginesie - wcześniej stosowałam go na bazie ArtDeco, a teraz używam bazy z Urban Decay i choć obie są dobre, to jednak ta druga znacząco podbija jego kolor.


Pozostałe dwa cienie są równie dobrze napigmentowane. Są miękkie i świetnie się aplikują na powiekę, aczkolwiek zauważyłam, że najlepiej radzą sobie z nimi pędzle z syntetycznego włosia. Jaśniejszy cień, to coś w rodzaju starego złota z chłodnym połyskiem. Cień zdecydowanie nie należy do matowych, ale po roztarciu, błysk na oku jest bardzo ładny i niezbyt nachalny. Na pewno też nie zauważyłam żadnych problemów z tzw. wędrującymi drobinkami.


Ciemniejszy cień, to znowu mat. Tym razem mamy do czynienia z kolorem gorzkiej czekolady, wymieszanej z solidną kropelą śliwkowego fioletu. Świetnie i szybko podkreśla załamanie powieki i łatwo nadaje charakter makijażowi. Bardzo szybko można by z jego pomocą przerobić dzienny makijaż na ten nieco bardziej wieczorowy. Ja lubię stosować go właśnie w załamaniu i przy podkreśleniu dolnej linii rzęs, ale jeśli tylko lubicie robić kreski cieniem, to myślę, że w tej roli sprawdzi się równie dobrze.

 
Paletka kosztuje 62,90 zł i jest dostępna w większość sklepów internetowych - swoją kupiłam w Minti Shop. Wiem też, że TheBalm pojawiło się pod koniec ubiegłego roku w niektórych Douglasach, ale uważajcie na ceny, bo niestety D. narzucili dość sporą marżę i nie wszystkie produkty opłaca się kupować u nich stacjonarnie.


Co sądzicie o mojej nowej ulubienicy? Czy uważacie, że taka paletka przydaje się podczas wyjazdów, czy może tak czy inaczej macie z zwyczaju zabierać ze sobą większą ilość produktów kolorowych (pomijając oczywiste rzeczy typu podkład czy tusz do rzęs)? A może taka paletka z zupełności wystarczyłaby Wam do codziennego makijażu? :)
Karolina

Czytaj dalej

środa, 25 marca 2015

Essie - Dress To Kilt - kolekcja Dress To Kilt - Fall 2014 [swatche]

Lubicie kiedy pokazuję na blogu lakiery do paznokci, a ponieważ mocno Was pod tym względem zaniedbuję, dzisiaj chciałabym zaprezentować Wam kolejny piękny kolor spod szyldu Essie. Dress To Kilt, bo o nim mowa, jest flagowym lakierem jesiennej kolekcji Essie, noszącej tę samą nazwę. Choć w ubiegłym roku marka Essie nie zachwycała mnie nowymi pomysłami tak bardzo, jak w ubiegłych latach, to jednak jesiennej kostki nie mogłam przegapić! :)


KOLOR:
Choć Dress To Kilt jest reprezentantem jesiennej kolekcji, to - moim zdaniem - jest to kolor zdecydowanie ponadczasowy i ponadsezonowy, jeśli mogę tak to ująć. To przepiękny, wiśniowy odcień czerwieni, wzbogaconej kropelką czekoladowego brązu. Kiedy patrzę na ten kolor, to mam dwa skojarzenia i oba, jak zawsze kulinarne - bo raz widzę w nim wisienkę, wyłowioną z czekoladek Mon Cheri, a innym razem przypominają mi się wiśnie, które rosły na moim podwórku, kiedy byłam mała, a którymi obwieszałam sobie uszy, udając małą elegantkę w pięknych "kolczykach".
 
Generalnie nie przepadam za noszeniem czerwieni na paznokciach, ale albo miałam szczęście trafić ostatnio na kilka świetnie pasujących do mnie czerwieni, albo po prostu dorosłam do tego koloru, bo w Dress To Kilt czuję się świetnie. Taka czerwień jest dla mnie szalenie seksowna i elegancka, ale jednocześnie, przez to, że jest nieco ciemniejsza, nie jest, w moim odczuciu, aż tak krzykliwa. Chyba pierwszy raz mogę powiedzieć, że znalazłam czerwień, która faktycznie dodaje mi pewności siebie.


PĘDZELEK I KRYCIE:
Mój egzemplarz pochodzi z kostki czterech miniaturek, ale pędzelek i konsystencja lakiaru całkowicie odpowiadają tym, z pełnowymiarowej buteleczki wersji profesjonalnej lakieru. Pędzelek jest cienki, ale w miarę wygodny. Nie smuży, ale chyba większa w tym zasługa kremowego wykończenia lakieru, dzięki któremu lakier swobodnie mógłby zapewnić pełne krycie już przy jednej warstwie. Ja, zgodnie z nawykiem, i tak nakładam dwie, bo uważam, że zapewnia mi to lepszą trwałość i głębię koloru, ale jeśli Wy nie macie na to ochoty, to jedna warstwa prawdopodobnie całkowicie Wam wystarczy :)


TRWAŁOŚĆ:
Dress To Kilt zdarzyło mi się nosić najdłużej około pięciu dni. Nie jest to zasadą, bo czasami zmywałam go wcześniej ze względu na drobne ubytki, ale wszystko to zależy od też od tego jak długie nosicie paznokcie. Ja zwykle noszę nieco krótsze, nie wystające zbyt daleko poza brzeg opuszka, dlatego często wiele kolorów ściera się u mnie odrobinę wolniej. Na dłuższych paznokciach żegnam się z idealnym lakierami zwykle już po dwóch, trzech dniach.


ZMYWANIE:
Ze zmywaniem czerwieni zdarzają się czasami spore problemy, na szczęście Dress To Kilt nie należy do tych szczególnie uciążliwych. Właściwie zmywa się całkowicie już po dwóch, trzech przeciągnięciach wacikiem nasączonym zmywaczem. Co ważne, nie zauważyłam u siebie żadnych przebarwień płytki, ani też ubrudzonych skórek.

CENA/DOSTĘPNOŚĆ:
Z racji tego, że nie jest to kolekcja aktualnie promowana przez Essie, jej dostępność jest odrobinę niższa, ale jeśli dobrze poszukacie, to bez problemu znajdziecie kostkę z miniaturkami z kolekcji Dress To Kilt w cenie 32,99 zł (np. Hairstore) lub pełnowymiarowy lakier w formule profesjonalnej, najtaniej znalazłam go w sklepie eZebra w cenie 14,94 zł. Regularne ceny lakierów Essie wahają się od 32 zł za wersję drogeryjną, aż do 45 zł za lakier w wersji profesjonalnej.







I jak Wam się podoba moja piękna wisienka? Już dawno nie zachwycałam się tak bardzo nad Essie, a kiedyś była to moja ukochana marka lakierów! Jeśli Essie podtrzyma poziom z kolekcji jesiennej i zimowej w najbliższych kolekcjach, to może nawet to uczucie rozkwitnie na nowo ;)
Karolina
Czytaj dalej

wtorek, 24 marca 2015

LUSH - Herbalism

W tym miesiącu moja wena co chwilę popycha mnie do wysmarowania recenzji produktów Lush, w związku z czym chciałabym przedstawić Wam kolejny fantastyczny produkt tej marki, który zasługuje równie duży rozgłos, co jego nieco bardziej znany kolega - czyścik Angels On Bare Skin. Poznajcie jeden z moich osobistych hitów Lush - czyścik Herbalism. 


DZIAŁANIE:
Herbalism to kolejny produkt z szerokiej gamy czyścików do twarzy. Jednocześnie jest to kolejny fantastyczny produkt, który z pewnością sprawdzi się u właścicielek cer mieszanych i tłustych, ponieważ zawiera w składzie glinkę białą, która ma działanie regulujące produkcję sebum. Jednocześnie, na pierwszym miejscu w składzie tego czyścika znajdziecie delikatny środek złuszczający, to jest mączkę z nasion migdałów. Dzięki temu Herbalism jest idealny do codziennego stosowania, ponieważ nie jest tak intensywny, jak opisywane ostatnio Dark Angels, a jednocześnie drobinki delikatnie złuszczają stary naskórek bez podrażniania skóry.

Po użyciu tego czyścika, moja skóra jest przyjemnie gładka i miękka. Ze względu na to, że produkt ma lekkie działanie peelingujące, lubię sięgać po niego rano, żeby pobudzić nieco skórę i pomóc jej wrócić do formy po wielogodzinnym śnie :) Wielokrotnie zabieram go również pod prysznic i wtedy wykonuję około minutowy masaż twarz z użyciem tego czyścika, a następnie zostawiam go na skórze przez kolejną minutę lub dwie, żeby moja cera mogła skorzystać więcej z jego dobroczynnych składników :)


KONSYSTENCJA, ZAPACH I SPOSÓB UŻYCIA:
Herbalism, to kolejny czyścik o konsystencji zwartej pasty. Jest nieco mniej mokry, niż Dark Angels, ale za to niemal niczym nie różni się od słynnego czyścika Angels On Bare Skin, z tym wyjątkiem, że w przeciwieństwie do AOBS, tu nie ma lawendy, więc czyścik łatwiej rozprowadzić na twarzy. A wystarczy oczywiście oderwać kawałek i rozrobić go z kilkoma kroplami wody z zagłębieniu dłoni. Następnie rozprowadzamy całość na zwilżonej twarzy i chwilę masujemy.

Herbalism cudownie pachnie mieszanką słodkich migdałów i świeżego rozmarynu, co oczywiście znajduje swoje uzasadnienie w bogatym składzie produktu. Tak na marginesie, znajdziecie tam również kilka innych atrakcyjnych składników, takich jak ekstrakt z gardenii, ekstrakt z róży damasceńskiej oraz olejek z szałwii.


WYDAJNOŚĆ:
Ponownie mamy do czynienia z produktem, który jest ważny przez trzy miesiące od daty produkcji. Zapewniam Was, że ta ilość czasu prawdopodobnie nie wystarczy Wam na zużycie produktu do końca, jeśli nie będziecie sięgać po niego dzień w dzień. Ja lubię traktować go jako urozmaicenie w mojej pielęgnacji, więc w momencie kiedy sięgam dna w opakowaniu, mija pół roku odkąd go mam. I znowu - robię to na własną odpowiedzialność, ale absolutnie nie zachęcam do takiego rozwiązania... ;)


OPAKOWANIE:
Czyścik Herbalism umieszczono w typowym dla Lush czarnym, plastikowym pudełeczku o pojemności 100 g. Jest to, moim zdaniem, najwygodniejsze rozwiązanie do kosmetyku o takiej konsystencji. Z łatwością zużyjecie go do ostatniego okruszka.

Warto dodać, że jeśli uzbieracie pięć pustych opakować po kosmetykach Lush, to będziecie mogły wymienić je w sklepie na świeżą maskę do twarzy gratis! Ja już naszykowałam swoje puste opakowania, żeby wymienić je przy okazji najbliższego zagranicznego wyjazdu do Wiednia, który czeka mnie już na przełomie miesiąca :)

CENA/DOSTĘPNOŚĆ:
Opakowanie Herbalism, to wydatek 6,75£ lub 10,95€. Produkty Lush niestety nie są dostępne stacjonarnie w Polsce, ale możecie skusić się na zakupy ze sklepu online, który wysyła również do Polski (warto zebrać się w kilka osób, żeby rozłożyć koszty przesyłki). Jeśli chodzi o europejskie kraje, w których zaopatrzycie się w kosmetyki Lush, to z pewnością kupicie je w Wielkiej Brytanii, Irlandii, Niemczech, Austrii czy Włoszech. Pełną listę znajdziecie na stronie LUSH.

SKŁAD:

Dajcie znać, czy udało mi się zainteresować Was ofertą Lush, a jeśli znacie już tę markę i macie wśród niej swoich faworytów, to koniecznie dajcie mi o nich znać w komentarzach! Już wkrótce będę miała możliwość zrobić zakupy stacjonarnie w sklepie Lush, więc będę mogła przyjrzeć się bliżej Waszym ulubieńcom! :)
Karolina
Czytaj dalej

sobota, 21 marca 2015

Wiosenny konkurs z Essie!

Początek wiosny to idealny moment, żeby sprawić moim czytelnikom trochę przyjemności! Tym razem chciałabym obdarować Was zestawem dwóch lakierów Essie w pięknych kolorach DJ Play That Song oraz Bouncer It's Me. Warto wziąć udział, bo zwycięzców będzie aż dwunastu i każdy z nich otrzyma oba kolory! :)


Co trzeba zrobić, żeby wziąć udział w konkursie? Wystarczy odpowiedzieć na pytanie: po jakie kolory najchętniej sięgasz wiosną i krótko uzasadnić swoją odpowiedź. Możecie opowiedzieć zarówno o swojej garderobie, jaki i o ulubionych kolorach w makijażu lub na paznokciach :)

Jak zawsze - wygrywa osoba, która udzieli najciekawszej lub najzabawniejszej odpowiedzi. Nie musicie obserwować mojego bloga, ale byłoby miło! Na blogu będzie czterech zwycięzców i tyle samo na blogowym fanpage'u oraz na instagramie! Warto spróbować swoich sił! :)





REGULAMIN KONKURSU:
1. Organizatorem konkursu jest autorka bloga Charlottes-Wonderland.blogspot.com.
2. Fundatorem nagród jest Essie Polska.
3. W konkursie mogą wziąć udział osoby pełnoletnie lub osoby, posiadające zgodę opiekuna;
4. Warunkiem uczestnictwa w konkursie jest odpowiedź na pytanie konkursowe (dotyczy konkursu przeprowadzonego na platformie blogspot oraz na facebookowym fanpage'u bloga Charlotte's Wonderland) lub krótka odpowiedź na pytanie, obserwacja profilu instagram.com/karotkakarotka i udostępnienie zdjęcia konkursowego oznaczonego hashtagami #charlotteswonderland #konkursessie (dotyczy konkursu przeprowadzonego w aplikacji instagram);
5. Zwycięzcami  będą po cztery osoby, które udzielą najciekawszej lub najzabawniejszej odpowiedzi na pytanie konkursowe (dotyczy konkursu przeprowadzonego na platformie blogspot oraz na facebookowym fanpage'u bloga Charlotte's Wonderland) oraz cztery osoby, które odpowiedzą na pytanie, a także odpowiednio oznaczą post (dotyczy konkursu przeprowadzonego w aplikacji instagram);
6. Zwycięzca zostanie wybrany przez autorkę bloga Charlotte's Wonderland na podstawie subiektywnej oceny wg punktu 5 regulaminu;
7. Uczestnicy mogą wziąć udział w konkursie na każdej platformie, jednak wygrać może tylko raz.
8. Konkurs trwa od 21.03.2015. do 06.04.2015 do północy;
9. Wyniki zostaną ogłoszone w ciągu 7 dni po zakończeniu konkursu.
10. Nagrody wysyła autorka bloga Charlottes-Wonderland.blogspot.com;
11. Ze zwycięzcami z platformy blogspot skontaktuję się za pośrednictwem adresu e-mail, wskazanego w zgłoszeniu, niezwłocznie po ogłoszeniu wyników. Ze zwycięzacami z facebooka, skontaktuję się poprzez wiadomość prywatną wysłaną na profilu, z którego padła zwycięska odpowiedź. Ze zwycięzcami z instagramu skontaktuję się pod zdjęciem konkursowym.
12. Zwycięzca musi wskazać adres do wysyłki w ciągu 3 dni od dnia ogłoszenia wyników.
13. Konkurs nie podlega przepisom Ustawy z dnia 29 lipca 1992 roku o grach i zakładach wzajemnych (Dz. U. z 2004 roku Nr 4, poz. 27 z późn. zm.).



Czytaj dalej
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Blog template designed by SandDBlast